Blog > Komentarze do wpisu

Kukułka

   Jak to jest, że ostatnio każda książka, po którą sięgam, przyczynia się do mojego ciągłego niewyspania? Czy to moja wina, że wciąż zarywam noce, czy po prostu trafiam na takie lektury? Najpierw nie spałam przez "Kosogłosa", potem kilka wieczorów spędziłam nad nowym kryminałem Jo Nesbo, a teraz, zupełnie niespodziewanie, "Kukułka" Antoniny Kozłowskiej zafundowała mi kolejne dwie noce prawie bez snu. Powinnam teraz sięgnąć po coś naprawdę nudnego, bo długo tak nie pociągnę...

"Kukułka" to wciągająca, przesycona emocjami powieść o dwóch kobietach, reprezentujących dwa światy. Marta mieszka na ogrodzonym osiedlu na przedmieściach, gdzie ludzie czują się lepsi, ekskluzywni. Iwona to woźna z pobliskiej podstawówki, mieszkająca z matką w ciasnym mieszkanku w starym bloku i samotnie wychowująca dwójkę dzieci. Marta ma męża, dobrą pracę i jest skrajnie samotna, podczas gdy z trudem wiążącą koniec z końcem Iwonę otacza wianuszek sąsiadek i znajomych. Jedyne, co w życiu wychodzi Iwonie, to rodzenie dzieci - jedyne, co nie wychodzi Marcie. Los splecie je ze sobą, stykając każdą z nich zarazem ze światem, o którym dotychczas nie miała pojęcia.

Głównym tematem książki pozornie jest dziecko i potrzeba posiadania go, wydaje mi się jednak, że w istocie "Kukułka" opowiada o czymś innym. O tym, jak często marzymy o czymś tylko dlatego, że tego nie mamy. Chcemy żyć gdzie indziej, pewni że tam będzie lepiej - w świecie ogrodzonych bloków i prywatnych przychodni, w świecie matek z dziećmi przesiadujących w piaskownicy. Dla każdego z nas to "gdzie indziej" będzie inne, i nie zdajemy sobie sprawy, że taka zmiana niczego nie zmienia, szczęście bowiem nie leży na zewnątrz, ale w nas. Marta i Iwona marzą o tym, czego nie mogą mieć, nie zastanawiając się zbytnio, co by było, gdyby to dostały, i czy faktycznie byłoby im lepiej. Marzą tak desperacko, że decydują się na krok, który może je obie zniszczyć.

"Kukułka" nie zaskakuje, mimo że wciąga. Fabuła jest bardzo przewidywalna, a postaci dość schematyczne. Instynktownie stajemy od początku po stronie Marty - to ona nie może mieć dziecka i cierpi, i to ją poznajemy jako pierwszą. Autorka czyni więc Iwonę postacią daleko bardziej od Marty sympatyczną, abyśmy nie mogli dokonać łatwego wyboru i z góry osądzić jedną z bohaterek. Jednocześnie ten zabieg jest nieco zbyt przejrzysty, i w związku z tym irytowała mnie anielskość Iwony, która momentami zachowywała się jak święta. Marta wydaje mi się bardziej prawdziwa, i chociaż trudno ją lubić, to rozumiem ją i jej postępowanie jest dla mnie wiarygodne. I w jej przypadku jednak pojawia się wiele schematów, jak choćby dokonana przez nią aborcja i wątek winy i kary, trochę zbyt oczywisty. Dlaczego więc, mimo tych momentami przewidywalnych rozwiązań, czyta się tę książkę tak dobrze? Przyczyny są moim zdaniem dwie - kapitalne tło społeczne i emocjonalne nasycenie. Życie w dwóch sąsiadujących ze sobą światach na przedmieściach zostało opisane tak celnie, że trudno nie przeglądać się w nim jak w zwierciadle, jeśli się do którego z tych światów należy. Moment, w którym Marta odkrywa, że osiedle żyje w godzinach przedpołudniowych, że w czasie, gdy ona zawsze była w pracy, w mięsnym i w warzywniaku spotykają się kobiety niespiesznie wybierające produkty na obiad, matki z wózkami i opartymi na nich książkami snują się po alejkach, witając się po imieniu i wymieniając wrażenia o biegunkach, kolkach i słoiczkach z obiadkami, jest jakby żywcem wyjęty z moich własnych wspomnień z pierwszych tygodni urlopu macierzyńskiego, a szok Marty jest też mój. Emocje, które się kłebią w tej książce, nakazują wstrzymać oddech i szybciej przerzucać strony, niecierpliwie czekając końca.

Dobra powieść obyczajowa, napisana jak zwykle u tej autorki bardzo zgrabnie, obrazowo, wdzięcznie. Lubię książki Antoniny Kozłowskiej za to, że są właściwie o mnie - o nas, pokoleniu trzydziestolatków, ze wspólnymi wspomnieniami dzieciństwa w PRLu, żyjących w tej dziwnej, podzielonej rzeczywistości polskich miast. W "Kukułce" i wcześniej w "Czerwonym rowerze" odnalazłam wierny i niepokojący obraz mojego świata.

Moja ocena: 4.5/6

środa, 24 listopada 2010, padma

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/11/24 12:32:23
W czasach nastolatkowych mieszkalam przez kilk lat wlasnie na takim podwarszawskim osiedlu, wypelnionym kobietami podobnymi do Marty (choc wiekszosc miala jednak dzieci, ktore stanowily sens ich zycia). Swiat Kozlowskiej wydaje mi sie jednak tak obcy, ze az nierealny, z tego co piszesz. Zawsze, nawet jeszcze mieszkajac w Polsce czulam, ze cos jest okropnie nie tak, ze tyle ludzi odgradza sie od reszty w osiedlach strzezonych, ze tworzy sie taki makabryczny podzial na tych, ktorzy zyja "bezpiecznie", "wygodnie" i tych, ktorzy mieszkaja "zwyczajniej". Nie raz czytalam tez, ze Polska jesli chodzi o liczbe osob mieszkajacych na osiedlach strzezonych przypomina najniebezpieczniejsze kraje Ameryki Poludniowej.
Ale moze nie o te osiedla tu chodzi. Dziecko - to dla mnie zyciowa abstrakcja, i mimo iz bardzo ciesze sie z rodzicielstwa osob mi bliskich, to z wiekiem coraz bardziej dochodze do wniosku, ze ja dzieci miec nie chce i nie bede. Niby jestem z pokolenia bohaterek Kozlowskiej, ale nie odnajduje sie w jej swiecie, nic a nic.
-
2010/11/24 12:51:49
Na osiedlu Marty też większość kobiet ma dzieci, stąd jej poczucie wyobcowania i obsesyjne pragnienie posiadania dziecka, czyli bycia taką samą jak jej sąsiadki. Co do mnie, to ja właśnie mieszkam w takiej okolicy, ale po drugiej stronie niejako - grodzone osiedla od zawsze napawały nas grozą. Mieszkamy w blokowisku z czasów Gierka, na osiedlu, na którym większość ludzi zna się od niepamiętnych czasów, jesteśmy wśród nielicznych nowych. Po drugiej stronie szosy mamy ogrodzone osiedle, na którym mieszka kilku naszych dobrych znajomych, bywamy więc i u nich. Obserwuję ten sam kontrast, który opisuje Kozłowska, chociaż sama jestem trochę pomiędzy - nie pasuję do osiedla grodzonego, bo nie odnajduję się w tej atmosferze niby-ekskluzywności, nie mam służbowego samochodu (a naszym staruszkiem to prawie wstyd na takie osiedle wjeżdżać), nie przejmuję się za bardzo swoim i innych statusem materialnym. Z drugiej strony, na moim osiedlu jest mnóstwo staruszków, wiele bezrobotnych matek, ludzie znają się od pokoleń, a my jesteśmy nowi. Czuję się tu jednak dobrze, lepiej, niż bym się czuła na osiedlu po drugiej stronie szosy. I dlatego też odnajduję się w książce Kozłowskiej, chociaż nie identyfikuję z żadną z jej bohaterek, widzę je jednak w niektóych swoich znajomych i sąsiadkach.
A co plagi osiedli grodzonych, to ja też słyszałam o tym, że Polska w nich przoduje, i nie mogę zrozumieć ich fenomenu - te, które znam, są brzydkie, klaustrofobiczne, okropne!
-
2010/11/24 12:52:51
Cieszę się, że zamieściłaś dobrą recenzję tej książki, bo właśnie ją sobie zamówiłam do czytania na święta. Myślę, że ta autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy - przede wszystkim darem obserwacji i celnymi uwagami. Polecam też jej blogi, które zresztą znajdują się na blox.pl :)
-
2010/11/24 12:54:46
Myślę, że się nie zawiedziesz:) A jej blogi mam w zakładkach, polecam także!
-
2010/11/24 13:29:44
Wlasnie ja sie czulam tak klaustrofobicznie na naszym osiedlu. To nie byly apartamentowce, a domy jednorodzinne, jeden podobny do drugiego jak krople wody. Mialo to wszystko przypominac amerykanskie przedmiescie, dla mnie koszmar. Masa ekspatow, kobiet zajmujacych sie jedynie wychowywaniem dzieci, gdy ich mezowie pracuja od rana do nocy. Z czasem przybywalo Polakow, ale nasza rodzina byla jedna z pierwszych polskich rodzin. Samo osiedle tez bylo jednym z pierwszych tego typu w Polsce. Mysle, ze dla cudzoziemcow, ktorzy w Polsce zostawali tylko kilka lat (takich byla wiekszosc), to osiedle nie stanowilo synonimu luksusu i wyjatkowosci. Ot, firma placila, poziom byl - jak dla nich - calkiem przecietny, no i bylo bezpiecznie, dzieci mogly biegac po alejkach, plywac na osiedlowm basenie, a mamusie mialy kolezanki podobne do siebie. Wszyscy chcieli jakos przeczekac te kilka lat w malo dla nich przystepnej Polsce. Nie bez znaczenia byla bliskosc szkoly brytyjskiej (tuz za osiedlem) i amerykanskiej - krotka jazda samochodem. Do tych szkol chodzily niemal wszystkie dzieci i mlodziez z osiedla.
W osiedlach miejskich strzezonych jest inaczej, tam mieszkaja przede wszystkim Polacy z klasy sredniej. Rozumiem ich aspiracje, rozumiem tez potrzebe strzezonych osiedli, ale mnie jednak kojarza sie wylacznie z gettami. Przykre, ze duze polskie miasta podzielone sa na takie getta wlasnie. Pamietam, jak przeprowadzilam sie z Olsztyna do Warszawy (poczatek lat 90.) i moj szok, ze tyle okien na nizszych pietrach kamienic jest zakratowanych. Wtedy panowala w Polsce ogromna przestepczosc, nas to dotknelo wiele razy (aczkolwiek nie wlamania do mieszkania, ale mojemu tacie regularnie raz w miesiacu wybijano przednia szybe w samochodzie czy przekluwano opony). Wlasnie z powodu bezpieczenstwa moi rodzice zdecydowali sie na przeprowadzke na strzezone osiedle. Nie dalo sie walczyc z kryminalistami i wandalami, trzeba bylo uciec.
-
2010/11/24 13:53:00
Napisałam u siebie, że książka jest o postawie "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma " i to w przypadku obydwu kobiet, i widzę, że też to dostrzegłaś.
Bardzo mi sie podobało, choć mi dla odmiany przeszkadzało na siłę optymistyczne zakończenie.
-
2010/11/24 13:54:29
Mój najbliższy plan zakupowy obejmuje właśnie nabycie "Kukułki", ale też "Czerwonego roweru", którego nie miałam okazji przeczytać.

Obecnie mieszkam na osiedlu, na którym mało jest dzieci, mało matek z wózkami spacerujących po zielonych alejkach placów zabaw. Moi sąsiedzi są bądź sędziwi, bądź jeszcze zbyt młodzi na posiadanie dzieci, choć do takiego wieku się zbliżający.
I muszę przyznać, że i tak czasami jest klaustrofobicznie, gdy sąsiedzi z nieukrywaną ciekawością wypytują mnie o najbardziej prywatne szczegóły z mojego życia, bo przecież "znają mnie od małego". Chyba już wolałabym te matki z dziećmi.
-
2010/11/24 13:58:57
Czyli mamy podobne odczucia, chociaż mieszkałyśmy w trochę innym otoczeniu. Podobno w tej chwili na takich strzeżonych osiedlach przestępczość jest często wyższa niż na niestrzeżonych, a w każdym razie jest więcej włamań, czyli tak naprawdę kwestia bezpieczeństwa nie jest jednoznaczna. Na moim osiedlu zdarzają się włamania, włamano nam się do samochodu raz, ale do samochodu koleżanki ze strzeżonego osiedla także się włamali...
A na takim osiedlu domków lub szeregowców też nie chcielibyśmy mieszkać, to już równie dobrze jest w bloku, a przynajmniej wszędzie mamy blisko... Szkoda, że nie bardzo jest u nas alternatywa, bo nowe osiedla są najczęściej grodzone, co nam się nie podoba, a poza tym i starymi blokami zostają tylko kamienice, które wprawdzie są często piękne i klimatyczne, ale niestety - kwestia bezpieczeństwa w tych "kamienicowych" rejonach miasta zostawia dużo do życzenia, przynajmniej w Poznaniu, a i stan tych kamienic jest często tragiczny. Mieszkanie zaś w ładnej, odnowionej kamienicy potrafi kosztować więcej niż dom z ogrodem... Dlatego zdecydowaliśmy się na blok, a kiedyś mamy nadzieję się przenieść pod miasto, ale nie do szeregowca;)
-
2010/11/24 15:33:03
A ja się samolubnie cieszę, że zarywasz noce, bo możesz potem polecać ciekawe lektury mi i innym czytelnikom bloga :) Pozdrawiam!
-
2010/11/24 16:39:08
Ja mieszkam na takim strzeżonym osiedlu, w tym sensie, że chodzi po nim ochrona, ale bram nie ma i czuję się z jednej strony bezpiecznie za pancernymi drzwiami, a z drugiej wśród sąsiadów panuje ludożerstwo ;) Jeśli ktoś zrobi grilla na ostatnim piętrze, na tarasie, gdzie nad nim jest tylko niebo, inni pragną go zjeść żywcem. Ale z drugiej strony mam bliską koleżankę, która mieszkając na normalnym osiedlu i wcale nie w Nowej Hucie w środku nocy obudziła się we własnym łóżku, oprócz niej w pokoju było dwóch panów, którzy wynieśli cały dobytek w kilkanaście minut. Ale nie ma nerwicy, mieszka normalnie. Nie bronię osiedli strzeżonych, sama mieszkam tu chwilowo, ale okazuje się że u nas nie dom jest potwierdzeniem jakiegośtam statusu tylko własnie apartament za bramami. Wszyscy wiedzą, że ten adres to konkretny standard wykończenia, a domu tak łatwo nie pokazesz :) Ja marze żeby wyjechać poza miasto i mieć własny malutki domek. Brak intymności w blokach mnie przytłacza, może dlatego, że wychowałam się w domu. Natomiast to, co w "Kukułce" mną szarpnęło to fakt, ile kobiet pragnie mieć dziecko jako ten ostateczny sprawdzian, że wszystko się im udaje- kariera, majątek. I tu okazuje się, że finanse tego nie zapewnią. Patrzę teraz na kobiety wokół siebie i myślę, jak wiele z nich ma takie motywacje.
-
2010/11/24 16:42:52
Trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiadów? A to, co się odkrywa wyrywając się z biurowych widełek 9-17 jest bardzo ciekawe. I niekoniecznie mam na myśli panie z małymi dziećmi ;)
-
2010/11/24 17:07:14
dziękuję :)
-
2010/11/24 18:53:52
mdl2 - nie, to ja dziękuję:) Aczkolwiek za te zarwane noce to nie wiem;)

-
2010/11/24 18:57:38
rozcinam-pomarancze - aż się boję pytać;)

sesolello - masz rację, to jest przerażające, i obawiam się, że ja też spotkałam się z takim podejściem... Ale czy taka była motywacja Marty? Nie jestem pewna, moim zdaniem ona raczej płynęła z prądem, chciała dziecko bo to jej się wydawało naturalne, bo tak wszyscy mają, a to, że czuła się bez tego dziecka wykluczona, było niejako dodatkiem, skutkiem jej ogólnego zagubienia i niepewności...
-
Gość: MM, *.lot.pl
2010/11/24 19:55:15
Padmo,
napisałaś : I w jej przypadku jednak pojawia się wiele schematów, jak choćby dokonana przez nią aborcja i wątek winy i kary, trochę zbyt oczywisty.
Ale autorka trochę zmyłkowo naprowadza na ten trop - później lekarz mówi Marcie, że wówczas aborcja nie była potrzebna, jej organizm by ciąży nie utrzymał, jak później wiele innych.
Myślę że to nie wina, nie kara jest głównym problemem tej książki, ale kwestia - to co dostajemy jest jak rzut kosmiczną kostką jednym dostają się dzieci i strzeżone osiedle, jednym tylko strzeżone osiedle, jednym tylko dzieci, a jeszcze innym nic i dobre książki są też o tym jak ludzie sobie radzą z tą nieusuwalną niesprawiedliwością życia, jak ją tłumaczą i chcą ją zmieniać.
A tak w ogóle to dzięki za znakomite i inspirujące recenzje ;)
Pozdrawiam.
-
Gość: Sesolello, *.multi-play.net.pl
2010/11/24 19:55:37
Masz rację, faktycznie, teraz jak o tym myślę, to wydawało się jej to nastepną naturalną rzeczą do zrobienia, że się tak brzydko wyrażę. Tylko w momencie, w którym kobiecie sukcesu coś się nie udaje przeobraża się to troszkę w obsesję, mówię to głównie na podstawie obserwacji 2 znajomych. Nagle myślą tylko o tym, tak jakby był to kolejny sprawdzian. Mówię to, bo myśl o matce surogatce wydaje mi się krokiem zupełnie szalonym. Nie ukrywam że w pewnym sensie kojarzy mi sie to z kupieniem dziecka, są przecież adopcje. Nie jest to ocena!, w końcu wiesz, co bys zrobiła, dopiero gdy dochodzi do takiej sytuacji.
-
2010/11/25 09:57:08
Bardzo lubię polska literaturę, chyba właśnie dlatego, że dotyka rzeczywistości, którą znam. Książki wielu zagranicznych autorów, mimo, że dobre i wciągające, zawsze pozostaną dla nas trochę, lub bardzo obce kulturowo. Myślę, że wiele aspektów literatury obcej pozostanie dla nas nigdy nie odkrytych, a przez to staje się ona dla nas uboższa, tło jest mniej wyraziste, problemy bohaterów nie do końca zrozumiane.
Przeczytam tę książkę na pewno, i inne tej autorki
-
2010/11/25 10:41:27
Moniazo, z calym szacunkiem, ale jest to jedna z wiekszych bzdur, jakie slyszalam ostatnio. Dlaczego nie wypowiadasz sie w swoim imieniu, a piszac o wyimaginowanych "nas"? Wez pod uwage fakt, ze nie kazdy, kto wychowal sie w danym kraju, czuje sie z tym krajem zwiazany kulturowo. Moze znac rzeczywistosc wokol niego, ale nie znaczy to, ze ja rozumie i ze jest mu ona bliska. To, czy dana kultura jest obca czy nie dla kogos to nie kwestia tylko znajomosci jej. Poza tym mylnie zakladasz, ze wszyscy anonimowi "my" wychowalismy sie w Polsce i tam mieszkamy.
-
2010/11/25 21:46:35
moniazo - a ja właśnie lubię literaturę obcą częściowo za to, że daje mi dystans, i także za to, że pozwala zobaczyć, jak podobni do siebie jesteśmy w różnych częściach globu (zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę krajów poniekąd egzotycznych). Literatura w moim doczuciu powinna otwierać przed nami obce światy i czynić je naszymi, bliskimi, a to może czynić zarówno literatura polska, jak i obca. W książkach Antoniny Kozłowskiej podoba mi się najbardziej to, że pokazuje bliskie mi światy w taki sposób, że zwraca uwagę na rzeczy, których sama nie dostrzegłam, że podsuwa interpretacje rzeczy, które dzieją się obok mnie, ale ich nie widzę. Napisałam już w recenzji "Czerwonego roweru" chyba, że przeglądam się w tej książce jak w lustrze, w które wcale nie chciałam patrzeć, i za to ją cenię.
-
2010/11/25 21:52:45
Sesolello - masz rację, że tak może się stać. Chociaż ja przyznam szczerze, że w tej historii, która podobno zainspirowała "Kukułkę", prawdziwej historii matki-surogatki, która odmówiła oddania dziecka, moja sympatia była po stronie rodziców biologicznych. Być może faktycznie to, jak postrzegamy te dylematy, zależy od naszych doświadczeń życiowych - mam kilka koleżanek, które nie mogą mieć dzieci, znam dobrze dziewczyny, które przeszły kilka poronień, i sama kiedyś strasznie się bałam, że nie będę mogła mieć dziecka, więc łatwiej mi podzielić uczucia takich par. Matka-surogatka powinna wiedzieć, na co się godzi, i podoba mi się użyte w "Kukułce" porównanie do niani, która przecież faktycznie może się bardzo z dzieckiem związać i je pokochać, ale to nie znaczy, że powinna móc je zatrzymać. Oczywiście, inaczej jest nosić dziecko w sobie, i na pewno trudno przewidzieć, jak się będzie czuło oddając je...
-
2010/11/25 21:56:40
MM - masz rację co do tej aborcji, nie zwróciłam na to późniejsze wyjaśnienie lekarza uwagi. Co do tematu książki, to jak najbardziej się zgadzam. I generalnie bardzo lubię, gdy książka oprócz tematu głównego, tak naprawdę mówi o czymś jeszcze, i to mówi na tyle ciekawie i prowokująco, że pobudza do takiej dyskusji, jak ta:) I dziękuję za miłe słowa!:)
-
Gość: Sesolello, *.multi-play.net.pl
2010/11/25 22:58:00
No tak, właśnie dlatego, że sama straciłam ciążę czynię pewne przypuszczenia co by było gdyby... Ale jeśli nie mogłabym mieć dziecka własnego, bo takie pragnienie zawsze dominuje, i wyczerpałabym wszelkie sposoby leczenia, to i tak wybrałabym adopcję. Ale takich par jak widać jest coraz więcej, więc cieszę się, że na ten temat w końcu zaczyna się dyskusja.
-
2010/11/26 13:36:12
Oj, to bardzo mi przykro! I przyznam, że ja też myslałabym raczej o adopcji, gdybym swojego dziecka mieć nie mogła, i nie mogła się pogodzić z życiem bez dzieci. Temat ważny niewątpliwie!
-
2010/11/28 16:37:47
Chcialbym bardzo zarwac sobie choc jedna noc ta powiescia. Niestety musze troche poczekac...
-
2010/11/30 10:40:05
a właśnie, zapomniałam o tej książce. Muszę zapolować :)
-
2010/11/30 12:26:55
przeczytalam. temat ciekawy ale ksiazka banalna i zle napisana...
-
Gość: sylwinka, 77.236.26.*
2011/01/08 14:49:17
Przeczytałam wreszcie "Kukułkę", również nocą, bo bardzo wciągnęła. Zgadzam się, że temat ciekawy, poruszający kwestie ciągle jeszcze trochę tabu, kontrowersyjne i pełne osobistych dylematów. Książka porusza nie tylko emocjami bohaterów, w których łatwo się rozpoznać, nie tylko bardzo dobrym zmysłem obserwacyjnym, często zbieżnym z moimi obserwacjami, ale i ciekawą w sumie konstrukcją, podobnie jak w "Czerwonym rowerze" kryjącą tajemnicę. W sposobie pisania jednak raziła mnie powtarzalność - kilka obserwacji, a nawet kilka fraz nachalnie pojawiało się więcej niż jedne raz, a także trochę za dużo fragmentów podsumowujących motywacje i odczucia bohaterów, takich psychologiczną analiz nie pasujących do trybu powieściowego. Zakończenie może nie do końca, chwała Bogu, sielankowe, niemniej jednak i tak trochę nieprzekonywujące, choć bardzo kuszące... Z całą pewnością sięgnę po następne książki Kozłowskiej.
-
Gość: Justa, 89.167.38.*
2011/01/15 20:55:45
Książka rewelacyjna do momentu zakończenia... jak dla mnie mało realne zakończenie i jakby napisane "na siłę" aby wszystko zakończyło się pozytywnie...Świetnie przedstawiony temat na czasie. Język, jakim operuje Autorka jest bardzo lekki i książkę czyta się jednym tchem. Skusiłam się zaraz po przeczytaniu "Kukułki" na drugą pozycję "Trzy połówki jabłka" i również polecam.



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...