Blog > Komentarze do wpisu

Zapomnieć o raju?

   Kilka tygodni przed wakacjami pojawiła się na naszym rynku niepozorna książeczka, która powinna być dodawana do każdego biletu lotniczego i każdej wycieczki. "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym" szwedzkiej reporterki Jennie Dielemans to książka, która co najmniej uwiera, a momentami wręcz boli. Dotyka problemów, które czasami i mnie spędzają sen z powiek, i prowokuje do dyskusji (w trakcie lektury niemalże pokłóciłam się na jej temat z koleżankami z pracy).

Kupując wycieczkę w biurze podróży starannie wybieramy hotel. Cały rok ciężko pracujemy i chcemy, żeby nasze wakacje były idealne - mamy przecież do nich prawo! Musi być blisko plaży, czysto, cicho, nie za dużo rodzin z małymi dziećmi, nawet jeśli sami też jedziemy w potomstwem, w ofercie musi być masaż i pokaz lokalnych tańców. Często nie wychodzimy nawet poza teren hotelu, ewentualnie strzeżeni przez przewodnika wyjeżdżamy na krótką wycieczkę fakultatywną lub wychodzimy na zakupy na lokalnym ryneczku, przygotowanym specjalnie pod turystów. Nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, że za murem otaczającym nasz kurort ludzie żyją w skrajnym ubóstwie, że pokojówka, która sprząta nasz pokój, mieszka z czwórką dzieci i rodzicami w malutkim pokoju bez bieżącej wody, że lokalni sprzedawcy marzą o tym, żebyśmy kupili od nich choćby jeden sznurek koralików, ale nie mogą nam go nawet pokazać, bo nie wolno im zbliżać się do dzielnicy turystycznej. Nie zastanawiamy się, czy zanim wyszliśmy na plażę po śniadaniu, nie leżały na niej wyrzucone przez morze zwłoki uchodźcy z Afryki, który próbował nielegalnie przedostać się do Turcji.

Myślimy sobie, że my nie jesteśmy tacy najgorsi. Przecież staramy się zawsze coś kupić od miejscowych, zresztą dostają przecież nasze pieniądze, choćby za produkty, które zjadamy, czy podatek płacony przez właścicieli hotelu. Tymczasem nasze pieniądze w przeważającej większości wracają do kraju, z którego pochodzi firma organizująca nasze wakacje. Ziemia została przez nią wykupiona za bezcen dawno temu na takich warunkach, które niewiele korzyści przynoszą miejscowym. Nawet jedzenie jest często sprowadzane z zagranicy, zaś pracownicy hotelu harują za głodowe stawki. Nikt nam tego jednak nie powie, gdy przyjdziemy do biura spytać o katalog na lato 2011.

Od dawna bojkotuję taki rodzaj wakacji, w przekonaniu, że jest to szkodliwy dla lokalnych mieszkańców i ich środowiska sposób podróżowania. Zresztą zanudziłabym się na wakacjach all-inclusive, wolę dreszczyk emocji i satysfakcję płynącą z samodzielnego organizowania sobie podróży w mniej sztampowe miejsca. Niepostrzeżenie jednak stałam się częścią innej wielkiej machiny turystycznej, jaką jest podróżowanie z plecakiem (backpacking) i obowiązkowo przewodnikiem Lonely Planet w dłoni. Od jakiegoś czasu pewne elementy moich wakacji mnie także uwierają, i nie dziwię się, że backpackersom także obrywa się od Jennie Dielemans.

W "Witajcie w raju" jest scena, która właściwie mogłaby być obrazkiem z moich wakacji w Wietnamie. Dwie turystki z Europy przyjeżdżają do górskiego miasteczka Sapa, aby przyjrzeć się życiu lokalnych mniejszości etnicznych. Wybierają się na wycieczkę z miejscową przewodniczką do górskich wiosek, i po wyjściu za miasto zostają natychmiast otoczone przez mały tłumek dzieci i kobiet sprzedających pamiątki. Próbują udawać, że ich nie widzą, aż w końcu proszą wprost przewodniczkę: "Słuchaj, to dla mnie strasznie krępujące. Możesz być tak miła i się jakoś ich pozbyć?" I tak kupiły już zdecydowanie za dużo pamiątek od miejscowych, a głupio ich ignorować tak wprost. Jakbym widziała samą siebie. Bo przecież odwrócić się od dziecka, które tak uroczą angielszczyzną, z uśmiechem pyta cię o imię i miejsce pochodzenia? Odburknąć mu nie sposób, chociaż wiadomo, że kolejne zdanie będzie brzmiało "Paulina, buy from me, only 1 dollar..." A kupić tych wszystkich pamiątek też się nie da, bo i kasy nie starczy, i gdzieś tam jednak wewnątrz tkwi we mnie poczucie, że tak też nie jest dobrze, bo te dzieci nigdy nie pójdą do szkoły, jeśli staną się źródłem utrzymania rodziny. Tylko czy pójdą do szkoły, jeśli rodzina żadnego źródła utrzymania mieć nie będzie?

Miejsca odwiedzane przez backpackersów różnią się od kurortów między innymi możliwością interakcji między miejscowymi a przyjezdnymi. Turysta z plecakiem jedzie tam, gdzie jeszcze nie ma zbyt wiele "komerchy" - plaża musi być dziewicza, ludność lokalna mało nachalna, ale przyjazna, ceny śmiesznie niskie, takie same dla wszystkich. Tylko że gdy w takie dziewicze miejsce przyjedzie piąta, siódma i dwudziesta grupa niskobudżetowych turystów, któryś z miejscowych w końcu poda cenę za kilo bananów lub kokosa dziesięć razy wyższą niż normalnie, na początek nieśmiało, a potem coraz pewniej, gdy stwierdza, że turysta płaci bez szemrania. W końcu dla niego to różnica rzędu 50 groszy, złotówki - niezauważalna. W ten sposób machina turystyczna się nakręca, kolejni sprzedawcy podnoszą ceny, do miasteczka czy wioski ściągają następni chcący zarobić, turyści są osaczani już po wyjściu z pociągu czy autobusu, i uciekają w kolejne "dziewicze" i "niezepsute" miejsce...

Robimy miejscowym zdjęcia, traktujemy ich jako atrakcję turystyczną. Oni sami coraz częściej chętnie pozują, aby chwilę później wyciągnąć rękę i podać cenę. Sprzedają się na różne sposoby - oddają nam swoją kulturę, która często tylko na pokaz dla nas już istnieje, zatraciwszy swój prawdziwy sens. Oddają swoje ciało, tak jak w Tajlandii, która jest jednym wielkim domem publicznym. Zresztą tzw. lokale z masażem często są tam prowadzone przez Europejczyków - z jednym z nich rozmawia Jennie Dielemans, i wstrząsająca jest to rozmowa.

Czy to znaczy, że lepiej zostać w domu? Pod względem ekologicznym na pewno. Podróże samolotem to morderstwo dla naszego środowiska. Podróż z Europy do Tajlandii powoduje emisję dwóch do trzech ton dwutlenku węgla. Na osobę! Na miejscu zaś wykorzystujemy miejscowych, zostawiamy im nasze śmieci, i często w dobrej wierze upokarzamy ich. Witold Szabłowski, którego recenzja książki Dielemans ukazała się w nowym magazynie Książki, pisze bardzo ostro: "Turystom dano do ręki bardzo delikatną materię - poczucie godności innych ludzi. Na razie - niezależnie, czy to turyści typu last minute, czy lonely planet - zachowują się jak małpa z brzytwą. Lepiej im czym prędzej tę brzytwę zabrać. Nie jesteśmy ani gotowi, ani wystarczająco dojrzali, by tyle podróżować. Nie mamy szansy być. (...) Wniosek z lektury Jennie Dielemans jest jeden: podróżowanie w dzisiejszym stylu jest złe, szkodliwe i odrażające, w dodatku daje złudne i niczym nieuzasadnione poczucie poznawania świata." Bardzo mocne to słowa, i nie do końca się z nimi zgadzam. Pan Szabłowski ma rację w swojej diagnozie - nie jesteśmy gotowi. Ale ja wierzę, że można zminimalizować swój negatywny wpływ, a może nawet czasem coś zmienić na lepsze. Jest to chyba jednak niemożliwe w przypadku masowej turystyki. Jeśli jednak unikamy wielkich koncernów i przygotowujemy swoje podróże niezależnie - a przecież coraz więcej osób w naszym kraju tak robi - dlaczego by nie wysilić się trochę bardziej i znaleźć sposoby na to, aby nasze pieniądze trafiły bezpośrednio do miejscowych? Są przewodniki, które podpowiadają jak to zrobić. Sama mam taką książkę, wydaną kilka lat temu przez National Geographic - nosi tytuł "Zielony azymut" i zawiera wskazówki, dokąd pojechać, aby zrobić coś dobrego, gdzie starać się o wolontariat, a gdzie można po prostu wypocząć, nie płacąc zagranicznym koncernom i wspierając społeczność lokalną. Książka nie jest idealna, przede wszystkim dlatego, że nie jest napisana z myślą o mało zamożnym turyście z takiego kraju jak Polska, ale zawiera sporo dobrych pomysłów.

Książka Jennie Dielemans jest jednak bardzo mądra i bardzo ważna. Nie zniechęciła mnie do podróżowania - tego bakcyla połknęłam już zbyt dawno i nie wyleczę się z niego chyba nigdy, ale zmusiła do refleksji. Może po jej lekturze zastanowimy się chwilę, zanim podniesiemy obiektyw w twarz dziewczyny z tajskiego plemienia? Może zamiast odganiać się od dzieci, pogadamy z nimi, pobawimy się, spytamy o ich sprawy? Zamiast pójść do baru prowadzonego przez białasa, który postanowił zamieszkać w raju, popytamy miejscowych o knajpki prowadzone przez lokalną rodzinę?

Oczywiście, wyrzutów sumienia tak łatwo się nie pozbędę. Od dawna widzę mechanizmy, które rządzą światem backpackerskim, i widzę, jak szybko zmieniamy świat na gorsze. Szukając ładnej plaży w Tajlandii, przeglądałam forum podróżnicze. We wpisach z 2005 roku znalazłam opis Ko Tao jako rajskiej wyspy, cichej, czystej, niezbyt zabudowanej. Na miejscu okazało się, że 5 lat zmieniło wszystko, i choć nadal jest tam ładnie, to właściwie nic z opisu już nie jest prawdą. Tak szybko zmieniliśmy ten kawałek świata, i to bez pomocy wielkich agencji turystycznych. My, z naszymi plecakami i poczuciem, że nasze podróże są ekologiczne, lepsze, prawdziwsze.

Polecam Wam gorąco lekturę "Witajcie w raju" i chętnie poznam wasze zdanie. Czy mamy prawo do odpoczynku za wszelką cenę? Czy miejscowi są sami sobie winni, bo albo wyprzedali ziemię za bezcen, albo traktują turystów jak maszynki do pieniędzy i sprzedają im wszystko, łącznie z własnym ciałem i duszą? Czy jest moralnie słuszne wylegiwać się w hotelu, sącząc drinka, którego cena jest wyższa niż tygodniówka jakiejkolwiek osoby żyjącej za murem tegoż hotelu? Czy naprawdę lepiej zostać w domu? Czy da się pojechać do raju i go nie zniszczyć?

Moja ocena: 5/6

wtorek, 14 czerwca 2011, padma

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/06/14 20:35:01
bardzo mądry tekst i wyobrażam sobie, że książka też taka jest. dopisuję do mojej listy, bo jeszcze o niej nie słyszałam.
odnośnie podróżowania to nastawiam się na poznawanie bliskich mi okolic, o tyle mi łatwiej o ile daleki wschód mnie jakoś nigdy specjalnie nie interesował. będąc w anglii na przykład wolę poznać kraj, w którym już przebywam, albo pociągiem pojechać do francji. nie zawsze mi się jednak udaje uniknąć podróży samolotem, i to tych długodystansowych właśnie.
-
2011/06/14 21:39:45
Bardzo i to przypomina Platformę Michela Houellebecq'a. Chociaż jej bohater sądził, że pomagał w ten sposób krajom trzeciego świata...
-
2011/06/15 00:22:49
A ja pozwolę się z Tobą nie zgodzić.
Wyjeżdżam na wakacje dwojakiego rodzaju - zarówno te zorganizowane przez biura podróży, jak i całkowicie samodzielnie zaplanowane, gdy wiem co, jak i gdzie chcę zobaczyć, bo oba warianty mi odpowiadają, a ponadto nie czuję, że robię cokolwiek złego, czy niestosownego.

Na te drugie wakacje jadę z wyboru, choć nie podróżuję z przewodnikiem w ręku, a raczej zdaję się na swoją intuicję - wszak pozostałe miliony osób, które kupiły przewodnik przede mną też uważają, iż zobaczyły coś wyjątkowego, a tak przecież nie jest, bo praktycznie niczym nie różni się to od turystyki masowej.
Podróże pierwszego rodzaju odbywam z konieczności. Nie da się by kobieta (bo w towarzystwie kobiet zwykle podróżuję) bezpiecznie zwiedziła kraje chociażby Bliskiego Wschodu, by nie była na każdym kroku nagabywana i zaczepiana, by mogła czuć się choć trochę bezpiecznie. Zwłaszcza teraz, w trakcie rewolucji w krajach muzułmańskich kobiety nie są mile widziane (jako przykład przytoczę niedawną wstrząsającą historię kobiet z placu Midan Tahrir, które posądzane przez żołnierzy egipskich o nierząd były bite, dyskryminowane, a czasami nawet gwałcone). W takich sytuacjach zorganizowany pobyt, za murami bezpiecznego hotelu, który jest właściwie "małą Europą", z jednej strony gwarantuje azyl, a z drugiej możliwość wyrwania się do świata bardziej lokalnego. Nie należę do osób, które piękna plaża, all inclusive, dziesięć basenów i drinki przynoszone na leżak powstrzymają przed opuszczeniem gmachu hotelu. Co więcej, zawsze staram się wybierać miejsca jak najbliższe miejscowym - nie interesują mnie głośne kurorty, pełne dyskotek, deptaków etc. , bo wolę zaciszne miejscowości, w których hotele to nie jedyne zabudowania, ale gdzie mieszkają też i żyją miejscowi. Na dalsze wycieczki wybieram się raczej w zorganizowanej grupie, ale przede wszystkim z małych lokalnych biur prowadzonych przez tubylców. Pamiątek nie kupuję prawie wcale, a jeśli już to na miejscowych targach, lecz nie tych stworzonych specjalnie dla turystów. Staram się także dużo rozmawiać z ludźmi - przede wszystkim tymi pracującymi w hotelach, stąd doskonale wiem jak kształtuje się sytuacja w danym kraju, jak trudno im się żyje. Z wieloma utrzymuję kontakt nawet po powrocie do kraju, oczywiście na stopie jak najbardziej przyjacielskiej (szczerze nie rozumiem kobiet, które nabierają się na uroki co niektórych). Dzięki temu jestem świadkiem naprawdę fajnych wydarzeń - choćby jednemu z moich egipskich znajomych powiększyła się niedawno rodzina, o czym od razu powiadomił mnie mailowo, załączając piękne zdjęcie córeczki.

Myślę wobec tego, że obie formy podróżowania są potrzebne, chociaż w pobytach all inclusive widzę dużo złego - ale przede wszystkim z winy osób, które na takie wakacje się wybierają. Nie tylko nie chcą zobaczyć niczego poza hotelem, dopuścić do siebie myśli o tym, że świat zewnętrzny jest inny, ale przede wszystkim traktują miejscowych jak służących, jak osoby, które dla pieniędzy zrobią wszystko i które, z racji tego, że wzięły tak dużo kasy powinny im usługiwać, a jeśli już wybierają się na wycieczki lokalne to tylko po to by zobaczyć zabytek z okien autobusu, skąd pstrykną mu fotkę i potem wkleją ją na naszą klasę.

Wydaje mi się też, że pieniądze, które płacimy na wypoczynek nie wracają w całości do naszego kraju, tylko zasilają konta właścicieli hoteli (np. państwa Hilton), ale duża część tych pieniędzy idzie do ministerstw turystyki danego kraju. Co oczywiście nie oznacza, że miejscowym żyje się lepiej.

Reasumując uważam, że już jest po prostu za późno by zmienić reguły rządzące turystyką, by nagle pozamykać hotele, czy podróżować wyłącznie transportem naziemnym. Ale jeśli będziemy podróżować z głową to naprawdę możemy dużo zdziałać :) (pokazuje to doskonale przykład spadku liczby turystów w Tunezji i Egipcie w trakcie rewolucji, co też miało wpływ na szybkie rozwiązanie tamtejszych konfliktów - a państwa, które odnotowały ogromne straty zrozumiały, że muszą się teraz już liczyć z odwiedzającymi je turystami).
-
2011/06/15 00:26:43
Urlop w hotelu nie jest zdecydowanie dla mnie ale też nie jestem do końca przekonana czy mechanizm takich wakacji wygląda dokładnie tak, jak napisałaś. Wiem, że np. tureckie hotele należą do Turków, że Turcy w ten sposób zapewniają miejscowym pracę, rolnikom zbyt itd. itp. Jeśli jednak piszemy o krajach faktycznie dalekich, to z podróży samolotem nie jestem w stanie zrezygnować. Wolże zrezygnować z jadania egzotycznych owoców zimą i w ten sposób zminimalizować zanieczyszczenie środowiska i równocześnie wesprzeć rolnictwo regionalne. Z taką sytuacją, jak opisujesz się nie spotkałam - byłam w wielu miejscach, gdzie być może byłam pierwszym "turystą" - nie spotkałam się z dziećmi usiłującymi mi coś sprzedać. Najczęściej ludzie chceili darować mi ich plony za darmo, jeśli w ogóle. Najczęściej jednak staraliśmy się rozmawiać, zdarzyło mi się próbować ich potraw prosto z paleniska itp. Zawsze mamy ze sobą wiele rzeczy, które tym osobom mogą się przydać: t-shirty, mydełka, szampony, jakieś drobne kosmetyki, żywność. Wydaje mi się, że o ile nie należę do grupy all-inclusive, to także nie jestem typową backpackerką. Nie staram się spędzić urlopu jak najtaniej tylko jak najgodziwiej. Z drugiej strony rozumiem ludzi, którzy nie mają ochoty na samodzielne organizowanie wakacji, którym do szczęścia potrzebna jest tylko przysłowiowa palma i drink. Ja bym tak nie mogła, ale skoro inni pragną tak wypoczywać....
-
2011/06/15 00:38:36
Świetny tekst. Jakiś czas temu przyglądałam się tej książce, chyba wypadałoby ją zakupić, bo to jest szalenie ciekawy temat. Sama nie znam się może dobrze na podróżowaniu... Jednak jakiś czas temu tylko słyszałam, że znajomi znajomych wybierają się w jakąś super ekstra wycieczkę specjalnym pociągiem po Afryce i jakoś nieswojo mi się zrobiło, bo już widzę jak tym pociągiem sobie podziwiają safari, słonie, czy tam "jakieś małe murzyniątka", ale fajnie, sielsko, tylko że kawałek dalej ludzie z głodu umierają i na AIDS. Osobiście nie wybrałabym się na podobne wakacje. Wolałabym część tych pieniędzy gdzieś przekazać, na pomoc tym krajom (ale tak, żeby rzeczywiście trafiły gdzie trzeba. Niestety z tym czasem nie wiadomo jak bywa :( ), a za drugą część pojechać w góry polskie. A bo ja tak te góry polskie lubię! Właśnie zajarzyłam, że dawno tam nie byłam... Hmmm...
-
2011/06/15 10:37:29
Wspaniała recenzja. Jakiś czas temu zamówiłam tę książkę w bibliotece i teraz czekam na swoją kolej. Po Twoim tekście widzę, że warto do niej zajrzeć.
Jestem z tych osób co podróżują samodzielnie, tzn. bez biur podróży. Raz jedyny miałam taką okazję i więcej tego nie powtórzę. Uwielbiam planować wyjazdy te małe i duże. W pewnym momencie miałam dość spore parcie by poznawać odległe państwa. Z czasem zdałam sobie sprawę, że w Polsce jest wiele do zobaczenia. Trzeba tylko chcieć to zauważyć. Co oczywiście nie zmienia faktu, iż nie interesują mnie inne kultury, które nadal będę chciała poznawać.
Gdy już jestem daleko od domu, przeważnie nocuję u lokalnej ludności, wynajmując pokoik. Razem z Mężem staramy się o to, by w ten sposób przebywać z ludźmi. Jeśli chodzi o jedzenie, to tylko małe, przyjazne knajpki. Myślę, że w dużej mierze, od nas samym zależy, jak to będzie wyglądać.
Podążanie stricte za przewodnikiem (tym książkowym) już nie jest do końca takim "wolnym" podróżowaniem. W końcu odwiedzamy miejsca czyjeś. Mam na myśli, ślepe zawierzanie swojego wyjazdu autorom tego typu publikacji.
Pozdrawiam:))
-
Gość: n,,,, *.leon.com.pl
2011/06/15 10:47:10
Święta Prawda! Od lat jeżdżę na wieś, z której pochodzę a mimo to widzę jak mało wiem o tamtym życiu i tych ludziach i jak bardzo jest to dla mnie egzotyczne - a ja dla nich. Byłam niedawno nad naszym Bałtykiem, najpierw zimą potem w lecie w tej samej miejscowości i wiem, że to były dwa rożne miejsca tzn to z lata nie istnieje w realu;) To był amok! I porównanie tej samej wsi, w której w zimie były czynne dwa nocne sklepy spożywcze a w lecie wiadomo:) Nie mogę słuchać tych opowieści o all inclusive w Egipcie, zwłaszcza, że osoby to opowiadające są takimi ignorantami ze właściwie gdyby im ten hotel postawić pod Łodzią tez by się nie zorientowali! Dla niektórych możliwość nie opuszczania hotelu i poruszania się jedynie windą z jadalni na taras z basenem to główna zaleta takich wczasów a wycieczki to głupia męka. I to sa młodzi ludzie, którzy powinni być ciekawi świata! Drugi typ to nieco starsi, którzy fundują sobie takie drogie wczasy w nagrodę i nie zabierają dzieci, bo nie chodzi o to żeby dzieciom pokazać kawałek świata ale żeby sie wyleżeć na leżaku i opić tych darmowych drinków. I tacy klienci mają czelność chwalić się, że gdzieś byli ale nie potrafią wskazać na mapie tego kraju!!! :O No ale oni książki nie przeczytają i sie już tego nie zmieni. A jak powinno się jeździć? Myślę, że żeby coś naprawdę poznać trzeba gdzieś pomieszkać przynajmniej parę tygodni i poczuć wszystkie niewygody na własnej skórze. Albo wędrować bez kasy jak pewna babcia emerytka - był kiedyś wywiad z nią, powiedziała ze jeździ stopem, śpi u ludzi i korzysta w ludzkiej życzliwości poznając w ten sposób wielu wspaniałych osób itd. Powiedziała ze generalnie młodym tego systemu nie poleca bo to śmiertelnie niebezpieczne a jej - starej babie - już nie zależy. Czyli jednak jakaś cenę płaci.
-
Gość: msaga, *.ip.netia.com.pl
2011/06/15 10:55:07
To może kilka słów od osoby która wybiera się na tygodniowy all inclusive w tym roku do Turcji. Moje zdanie jest takie że każdy z nas jest inny, każdy lubi coś innego. Na cały rok mam dwa tygodnie wakacji, przez ten tydzień za granicą chciałabym i wypocząć (tzn. poleżeć na plaży, wygrzać sie na słońcu, popływać w ciepłym morzu, poczytać jak i zwiedzić kilka ciekawych miejsc ( na wiecej niestety nie ma czasu). Naprawdę nie mam ochoty dodatkowo przed samym urlopem biegać i załatwiać na własną rękę wyjazdu, nie mam na to czasu i przez to wogóle mnie to nie kręci, przynajmniej na razie nie, moze kiedyś sie to zmieni. A potem jechac na ten tydzień zastanawiając się jak to będzie. Bardzo często pracuję od 8 -22 i poprostu nie mam czasu na organizowanie urlopu samemu- staram się to ograniczyć do minimum a z samego urlopu wyniesć maksymalną ilość wypoczynku. To ma być mój zastrzyk energii na następny rok. Jestem zwykłym przecietnym człowiekiem który po prostu chce odpoczać. Byłam już w Turcji w tamtym roku - to nieprawda ze na wakacjach all inclusive nie ma szans zapoznania rodowitych mieszkańców. Trafiliśmy do pubu który prowadzilło kilku młodych Turków. Zaprzyjażniliśmy się z nimi, zaprowadzili nas w góry, podpowiadali gdzie pójść co zobaczyć, dużo rozmawialiśmy, sporo dowiedzieliśmy jak się tam zyje z punktu widzenia rdzennego Turka:) stali się naszym małym centrum informacyjnym. Polubiliśmy wieczorne posiadówki u nich w pubie, zostawiliśmy tam sporo kasy - i niech mi ktoś powie że nie wspieraliśmy lokalnego biznesu na all inclusive? Najbliższe Bodrum zwiedziliśmy na własną rękę korzystając z komunikacji miejskiej, jadając w lokalnych knajpkach, płacąc za wejsciówki itd itp Skorzystaliśmy również z wycieczki fakultatywnej do Efezu korzystając z lokalnego biura podróży. Ale gdybym miała skorzystać z naszego biura podróży równiez nie widze w tym nic złego. Chcę zwiedzić te najsłynniejsze miejsca w pierwszej kolejności, później mogę sie zastanowić gdzie jeszcze mogę pojechać. Nie uważam żebym wykorzystywała miejscowych, zostawienie napiwku Pani sprzątającej czy kelnerowi również nie oznacza dla mnie upokorzenia kogoś tylko traktuję to właśnie jako wsparcie. Wiadomo że napewno nie pracują oni tam za jakieś wygórowane stawki. Ja kiedyś też sprzątałam i kelnerowałam i branie napiwków nie było dla mnie jakims upokorzeniem a raczej własnie dodatkowym zastrzykiem gotówki.
Gdyby nie turystyka, bieda w wielu krajach byłaby na o wiele większym poziomie, to fakt sprawdzony i potwierdzony. Dzięki hotelom i turystom mnóstwo osób ma pracę, w Polsce również. Prawdą jest że dla zwykłych pracowników są to małe stawki ale wogóle są. W Polsce kelner, sprzątaczka itp itd również nie zarabia kokosów, ale mimo wszystko wielu ludzi się cieszy że wogóle ma pracę i tylko czeka na otwarcie sezonu.
Naprawdę nie widzę nic złego w spędzaniu urlopu korzystając z wypoczynku zorganizowanego i bardzo się cieszę że taka forma istnieje. Rozumiem ze jest mnóstwo ludzi którzy wolą zorganizować sobie wszystko na własną rękę i bardzo fajnie. Tak jak napisałam ile ludzi tyle gustów.
Pozdrawiam wszystkich wycieczkowiczów
Aga
-
2011/06/15 11:03:58
Cóż ja biedny żuczek mogę powiedzieć? W genach mam zakodowane siedzenie na tyłku. Serce i rozum podpowiadają, żeby jednak jechać w nieznane. Wrodzone lenistwo szepcze: "Masz małe dzieci, daj se spokój!" i niestety tymczasowo chwytam się tej wymówki, jak tonący brzytwy. A przecież chciałbym TAK (gdzieś w tekście są odnośniki do fotorelacji uczestników zamieszczonych na picassie), albo TAK (niedługo będzie wirtualna okazja, bo książka zamówiona na spotkanie DKK), tylko że ...
Wracając do meritum, nie wiem co życie przyniesie. Może biuro turystyczne, może konia (kiedyś pod wioskowym sklepem spotkałem pana, który podróżował konno znad morza w Bieszczady), ale książkę przeczytam, bo czujnym trzeba być :)
-
2011/06/15 11:42:40
Padmo, wywołałaś burzę tą recenzją :) Ale o to zapewne chodziło też autorce książki, by ludzie zastanawiali się, czy podróżują w sposób "sustainable".
Zgadzam się i nie zgadzam z autorką i Tobą. Jako dziecko jeździłam z rodzicami na typowe wakacje w hotelu z wycieczką fakultatywną i dobrze wiem, że tego typu wyjazdy mi nie odpowiadają oraz że często nie przyczyniają się do poprawy losu ludności tam, czasem wręcz przeciwnie. Jednak od wielu, wielu lat nie jeżdżę tak, więc nie mogę się wypowiadać, jak to teraz jest. Wiem tylko, że wiele się zmieniło w wielu miejscach, jest masa hotelików ekologicznych, w których pobyt nie szkodzi środowisku, których właścicielami są jakieś kolektywy, a zyski idą na poprawę sytuacji mieszkających w okolicy ludzi. Sa też takie przewodniki, które pomogą wybrać najlepsze miejsca w każdym zakątku świata.

Co do bakcpackerów to zupełnie nie zgadzam się z Szabłowskim. "Nie jesteśmy gotowi..." - a kiedyś byliśmy? Z moich obserwacji wynika, że podróżujący z krajów zachodnich mają o wiele większą świadomość tego, co jest słuszne i jak podróżować z poszanowaniem innych. W Indiach najgorsi byli turyści - Amerykanie pochodzenia indyjskiego. Ich dzieci śmieciły gdzie popadnie, dorośli potrafili nakrzyczeć na żebrzące dzieci czy kobiety, aż przykro było patrzeć. W porównaniu z nimi turyści zachodni są święci.
Z odbieraniem godności też byłabym ostrożna. Dla nas może i jest to niewygodne, gdy ktoś celuje w nas obiektyw kamery, ale w Bangladeszu czy Indiach wiele razy proszono mnie, bym zrobiła zdjęcie, ludzie ustawiali się przede mną, bo bardzo chcieli, bym miała ich zdjęcie na pamiątkę: dzieci, starcy, nastolatkowie. Oczywiście mnie także chcieli uwiecznić na swoich komórkach. I ja zawsze, zawsze pytam, czy mogę zrobić zdjęcie, w przypadku odmowy (może jedna na 50 osób odmawia, z reguły kobiety i to dlatego, że są ich zdaniem nieodpowiednio ubrane :)) respektuję to. Ocenianie wszystkiego naszego kategoriami - w tym podejścia do fotografii - jest krzywdzące i dopiero oznacza brak poszanowania. Na marginesie - jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, by ktoś chciał pieniądze za zdjęcie. A nie, przepraszam, jeden starszy pan w Katarze podał cenę (przed zrobieniem zdjęcia, miał cennik), ale zrezygnowałam z uśmiechem. Poza tym ja jak najczęściej rozmawiam z miejscowymi, na tyle na ile pozwala znajomość języka i znajomość body language :) Te kontakty zapamiętuję najlepiej i dla nich, że tak powiem, podróżuję.

Owszem, dla środowiska podróżowanie jest zjawiskiem fatalnym, ale zawsze można się pocieszać. Największy carbon footprint tworzy posiadanie dzieci, to są szkody kolosalne (szacuje się, że do piątego roku życia dziecko emituje 17 ton CO2 rocznie). Nie mam dzieci, wystarczająco ich jest na świecie, więc oszczędzam. Nie mam samochodu, prawie nie włączam ogrzewania zimą itd. To, co zaoszczędzę, z czystym sumieniem przeznaczam na podróże.

Czy lokalni mieszkańcy sami są winni, że wyprzedają się za bezcen? Hmm, sprawa jest tak skomplikowana, że wymaga chyba napisania książki. Krótko powiem: nie. Czy można pojechać do raju i go nie niszczyć? Oczywiście. Czy lepiej zostać w domu? Nie. Moim skromnym zdaniem nic nie zastąpi podróżowania.
-
2011/06/15 12:22:47
Wczytałam się jeszcze dokładniej w komentarze i chciałabym nawiązać do komentarza Abieli. Bardzo mądrze napisała, że nie podróżuje "najtaniej, ale jak najgodziwiej". To także moja dewiza. Również zabieram ze sobą choćby drobiazgi, które mogę rozdać, aczkolwiek bywa (w Bangladeszu było to aż onieśmielające), że częściej ja dostawałam prezent najpierw (w różnej formie, od kawałka ciasta po zerwany z drzewa owoc tamaryndowca czy przedstawienie całej rodzinie - jeśli dziecko ciągnie mnie do domu, przedstawia swojej babci, mamie, siostrze, kózce i pieskowi, i pokazuje mi swój dom, zupełnie bezinteresowanie, to postrzegam to za najcudowniejszy prezent).

Młodzież angielska często jeździ na gap year do krajów rozwijających się nie tylko po to, by pić drinki z palemką na tajskiej plaży. Normą jest wolontariat, budowa szkoły w Ekwadorze czy nauka angielskiego gdzieś w Kambodży. Sporo emerytów także jeździ w takich celach na wiele miesięcy za granicę. My wspieramy od ponad roku edukację dziewczynki w małej indyjskiej wiosce oraz pomagamy finansowo jej społeczności przez konkretną fundację. Właśnie w zeszłym tygodniu przyszedł aktualny raport, w czym nasz wkład zeszłoroczny pomógł, przyszły dwa jej zdjęcia, jedno z mamą przed domem - podrosła i wyładniała :) Piszemy do niej listy, ona wysyła nam rysunki. Nieczęsto, kilka razy w roku, ale cieszę się jak dziecko, gdy przychodzi wiadomość o niej.
-
2011/06/15 16:18:32
Witaj Padmo, witajcie Wszyscy!

Bardzo ciekawa książka i świetna recenzja! A także interesująca dyskusja nią wywołana. Koniecznie muszę tę książkę przeczytać, zwłaszcza, że na wiele z posuszonych w niej tematów nie raz zdarzyło mi się rozmyślać.

Podróżujemy z mężem dużo i często, ale dotychczas głównie po Europie i zawsze na własną rękę (wyjątkiem były Święta Bożego Narodzenia spędzone na Teneryfie - tu zadecydowała cena: podróż organizowana przez biuro była o połowe tańsza niż lot i nocleg rezerwowany osobno). Uwielbiamy poznawać nowe miasta z mapą i przewodnikiem w ręku, choć ten ostatni traktujemy raczej jako zbiór wskazówek aniżeli nieomylną wyrocznię. Zawsze przed podróżą szukamy informacji o naszym celu w internecie, a tam można przecież znaleźć wszystko: od oficjalnych stron danego miasta, przez blogi, fora i liczne strony tematyczne. Będąc na miejscu często wałęsamy się bez planu albo jeździmy tramwajami lub autobusami odkrywając ciekawe miejsca z dala od turystycznych atrakcji. Tak poznaliśmy i nieco oswoiliśmy dla siebie w ciągu kilku dni Londyn czy Stambuł. Ciekawych ludzi, knajpki czy sklepiki napotykamy zawsze po drodze :)

Jeśli chodzi o dalsze podróże, to dotychczas powstrzymywały mnie strach przed długim lotem i wysokie ceny takiej wyprawy. Do Egiptu i Tunezji nie pojadę ze względów etycznych - nie mogłabym wypoczywać w luksusowym hotelu wiedząc, że parę kilometrów dalej ludzie głodują w slamsach. Z drugiej strony te hotele tysiącom Egipcjan dają pracę... Skomplikowany ten świat...

Reasumując: jestem gorącą zwolenniczką kreatywnego podróżowania z głową! Ponadto chyba można tu zastosować zasadę: "Po pierwsze, nie szkodzić..." Pozdrawiam
-
2011/06/15 17:30:25
Czy aby niektórzy nie popadają w pewną przesadę? Każdy człowiek wytwarza śmieci i szkodzi środowisku. Wszędzie i zawsze: w domu, w pracy i na urlopie, podczas wędrówki z plecakiem i na leżaku ustawionym nad luksusowym basenem w ekskluzywnym kurorcie. Samym swoim istnieniem (a jest nas coraz więcej) zagrażamy tej planecie. No i co? Mamy popełnić zbiorowe samobójstwo? No skąd, ileż gazów wtedy by się uwolniło.
Recepta na ten stan rzeczy, która tak naprawdę pomogłaby uzdrowić sytuację? Ja jej nie znam.

Niektórzy litują się nad biednymi, głodnymi ludźmi w dalekich krajach. Nie trzeba ich aż tak daleko szukać. Tylko że ci tutejsi są tacy szarzy, nieegzotyczni. Niefotogeniczni.

Dodam, że wcale nie uważam się za osobę lepszą niż ogół, może tylko mniej we mnie hipokryzji, bo niestety wiele spraw postrzegam w czarnych barwach, które wydają mi się tymi prawdziwymi.
-
2011/06/15 18:01:45
Impressje, owszem, wszyscy samym swym istnieniem szkodzimy środowisku, ale mamy ręce i nogi oraz rozum, by te szkody były jak najmniejsze. O to tu chodzi. O przyjemność bez dużej szkody.
Nie trzeba daleko szukać biednych i głodnych, ale w przeciwieństwie do tych blisko, ci daleko bardzo często nie mogą liczyć na żadną pomoc ze strony państwa, nierówności są większe, pomoc społeczna znikoma, a rządy wielu krajów mają potrzebujących w nosie. Nie we wszystkich krajach wszyscy obywatele mają równe prawa, tak jak w Polsce czy innych krajach europejskich. I bieda gdzieś daleko bywa skrajną biedą, ludzie autentycznie nie mają co jeść i gdzie spać, podczas gdy w naszych krajach mało kto naprawdę głoduje. Są bardzo różne wymiary biedy.
-
Gość: Wingy, *.boanqu2.dynamic.dsl.tele.dk
2011/06/15 20:49:01
Dziękuję za Twój blog, czytam każdy wpis. Przeczytałam już kilka polecanych przez Ciebie książek i nie zawiodłam się. Pytania, które postawiłaś na zakończenie recenzji można by odnieść jeszcze do wielu innych dziedzin życia. Mam wrażenie, że mówimy o "pętli cywilizacyjnej" - którą bardziej lub mniej świadomie, z większym bądź mniejszym, bądź może również żadnym, poczuciem winy - zaciskamy na szyi Ziemi i na swoich własnych szyjach. Próbując na te pytania odpowiedzieć trzeba uważać, żeby się samemu "nie zapętlić"! I tak się zastanawiam, że skoro zmiany następują w takim tempie, o jakim piszesz, to moje prawnuki, (mam nadzieję, że jednak nie wnuki) na podróżowanie po "nieznanych" lądach nie będą miały szans, chyba że zdecydują się na podróż w kosmos, ale z plecakiem w kosmos chyba jeszcze się nie będzie dało ... Pozdrawiam.
-
2011/06/15 22:31:51
Dziękuję Wam za ciekawą dyskusję! Nie ukrywam, że liczyłam na taką;)
Dwa dodatkowe tematy pojawiły się w komentarzach. Jeden poruszyła msaga:
Wydaje mi się, że to nie chodzi o to, czy wakacje zorganizowane są złe czy dobre. Chodzi o to, że nie powinniśmy sobie mydlić oczu, że wszystko dookoła nas jest ok. Jeśli zauważymy, że ktoś jest wyzyskiwany, czy że nasz hotel pompuje ścieki do oceanu na przykład, możemy na różne sposoby zareagować, choćby tak, jak radzi Chihiro - wybierając hotel sieci proekologicznej, albo taki, który po prostu wydaje nam się nieco bardziej w porządku. Poza tym bardzo ciekawie napisałaś o tym, że jadąc na wycieczkę all-inclusive można też czasem wyjść do miejscowych, kupić coś bezpośrednio od nich. W tej książce jest reportaż z Dominikany, który był dla mnie chyba najsmutniejszy ze wszystkich. Miejscowi marzą o tym, żeby choć czasami ktoś z turystów przebywających za murami hotelu wyszedł do nich - nie tylko po to, aby coś kupić, choć o tym także mogą jedynie pomarzyć, ale także po to, aby zobaczyć, w jak interesującym i bogatym kulturowo mieście się znajduje. Nie byłam na Dominikanie, ale wygląda na to, że tam naprawdę są miejsca, w których miejscowi nie mają kompletnie nic z istnienia tam wielu hoteli.
Aha, z tym napiwkiem chodziło mi o coś dokładnie przeciwnego - zostawianie ich jest jak najbardziej ok!
Cieszę się, że napisałaś, bo wierzę, że obraz turysty nie jest taki, jak ten opisany w "Witajcie w raju". Na pewno jest wiele osób, które traktują świat z góry i nie interesuje ich nic oprócz drinka na leżaku, ale jest też druga grupa, która podróżuje tak, jak wy - w sposób zorganizowany, ale bez zamykania się przez światem.

impressje - owszem, szkodzimy cały czas, ale czy to znaczy, że mamy wzruszyć ramionami i powiedzieć, że już i tak za późno? Że nic się nie da zrobić? A może raczej małymi kroczkami zmieniać świat, zaczynając od własnych nawyków? Mnie akurat ta kwestia podróży poruszyła, ponieważ jeżdżę często i napatrzyłam się i na tak skrajną biedę, że trudno w nią uwierzyć, i na arogancję turystów, i na straszliwe niszczenie środowiska. Ale widziałam też przykłady dobrze rozwijających się społeczności, które mądrze czerpią z turystów. Znam ludzi, którzy podróżują tak, aby coś dobrego po drodze zostawić. I chętnie pozastanawiam się nad sobą, i sprawdzę, czy nie mogłabym jednak szkodzić mniej... Zresztą to samo postuluję w życiu codziennym, nie tylko na wyjeździe. Sama popełniam mnóstwo grzeszków - już choćby kupując tyle książek;) Ale nie oznacza to, że powinnam się z góry poddać...
Co do biedy i pomagania ludziom z egzotycznych krajów - ja nie widzę nic złego w tym, że się im pomaga. Pomagać powinno się zarówno swoim rodakom, jeśli ma się takie możliwości i wie, jak to zrobić, jak i przysłowiowym dzieciom z Afryki. Ale jedno i drugie mądrze, bo wiadomo, że organizacje charytatywne potrafią zrobić więcej szkody niż pożytku. To jest jednak inny temat, na inną może dyskusję (jeśli natrafię na książkę, która ją zainspiruje;))
-
2011/06/15 22:41:18
chihiro2 - bardzo dobrze to ujęłaś - ja także zgadzam się i nie zgadzam;) Co do wycieczek all-inclusive, to właściwie nie mam zdania - nie jeżdżę na nie, nie mogę poczynić własnych obserwacji. Jeśli chodzi o backpackersów, to tutaj już obserwacji mam sporo. I często są one smutne. Myślę, że zwłaszcza południowo-wschodnia Azja jest taką Mekką która przyciąga młodzież szukającą rozrywki, jeżdżącą od jednej imprezy do drugiej, jednego full moon party do kolejnego (o tym też jest cały rozdział). Byłam w Backpacker's Hostel w Hanoi i oglądałam totalnie pijane małolaty z Europy żartujące sobie z "żółtków", których spotkały po drodze. Z drugiej strony, spotkałam całą masę ludzi z plecakami, którzy podróżowali bardzo świadomie, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej, próbując poznać miejscowych, biorąc udział w różnych programach wolontariackich itp. I wielu tak jak Ty pyta przed zrobieniem zdjęcia, itp. Zresztą sama też to robię - przeważnie uśmiechem i gestem wskazującym na aparat. Są kraje, gdzie ludzie często odmawiają, ale i takie, gdzie sami proszą o zdjęcia, to fakt.
Co do śladu węglowego, to zmartwiłaś mnie - nie mam wymówki;) A tak naprawdę, to trochę martwi mnie, że mój ślad węglowy jest zdecydowanie za duży, i nie ukrywam, że czasem o tym myślę, gdy zastanawiam się, czy kupić na obiad mięso, czy warzywa;) Poważnie! Wiem, że to trochę paranoja, ale nachodzą mnie znienacka takie myśli podczas zakupów;)
-
2011/06/15 22:50:52
bezszmer - idealnie, nie masz dylematów;) A mnie ciągle ciągnie gdzieś daleko, i potem się muszę gryźć;) A książka dobra, polecam!

smtk69 - nie czytałam "Platformy", ale muszę w takim razie po nią sięgnąć!

claudete - ale ja się z Tobą całkowicie zgadzam! Tylko uważam, że nie można chować głowy w piasek, mówiąc, że ja to nikomu nie szkodzę. Raczej warto pomyśleć, jak właśnie podróżować z głową, jak to dobrze ujęłaś:) Dzięki za historie o egipskim znajomym - o to właśnie mi chodziło, żeby takie znajomości nawiązywać, zamiast chować się za murem. Wiadomo, że wszystko zależy od naszej postawy.

abiela - ja też nei wiem, tak to przedstawia autorka tej książki. Ona twierdzi, że często (co oczywiście nie znaczy zawsze), zysk z istnienia tych hoteli jest niewielki, a dodatkowo ludzie tracą swój kawałek świata, bo na przykłąd nie mogą wchodzić na plażę, obok której mieszkają. Dielemans pisze tak o Dominikanie - że ludzie w hotelach pracują za głodowe stawki, a dodatkowo utracili część swojego dziedzictwa, choćby prawo do kąpieli w morzu, w miejscu gdzie kąpali się od dzieciństwa. Być może w Turcji, która jednak jest częściowo w Europie, jest inaczej - myślę, że na pewno jest inaczej, ale pewnie i tam zdarza się wyzysk. No i nie da się ukryć, że powszechną praktyką jest sprzątanie z plaży ciał uchodźców wyrzuconych w nocy na brzeg - i jest w tym coś straszliwie smutnego.
Podoba mi się Twoje stwierdzenie o podróżowaniu jak najgodniej, o to właśnie mi chodziło, gdy pisałam tę recenzję - abyśmy się zastanowili, czy tak właśnie podróżujemy i jak to robić.
-
2011/06/15 23:01:42
pani Katarzyna - z tym przekazywaniem pieniędzy to też może być różnie. Czasem lepiej faktycznie pojechać, ale tak, żeby miejscowi na nas trochę zarobili, i żeby zobaczyli jakąś inną postawę życiową na przykład? A polskie góry też kocham:)

n - my spotkaliśmy taką fajną starszą parę w Kirgizji, przyjechali tam na rowerach ze Szwajcarii - bardzo pozytywni ludzie i przyjemnie mi było po spotkaniu z nimi!

Bazyl - to ty szczęśliwy człowiek jesteś;) Siedzisz sobie i Ci dobrze, a mnie zaraz nosi i ani zaoszczędzić nie mogę, ani odpocząć, bo jak tylko trochę wolnego i kasy na koncie, to zaraz wyparowuje, a ja po urlopie wymęczona jestem;)

agussiek - bardzo słuszne podsumowanie:) A co do wysokich cen dalekich podróży, to wprawdzie nie namawiam do podróżowania;), ale taka np. Azja to taniej wychodzi niż europejskie miasta;) Ale fakt, że wypoczynek to w sumie marny;)

Wingy - tak, ta pętla się powoli zaciska. Mnie też to martwi. Zastanawiam się, czy moje dziecko zobaczy rzeczy, o których marzy, miejsca, które są dla nas magiczne, a w których nie byłyśmy i może nie zdążymy. Ona marzy np. o zobaczeniu na wolności tygrysa, i wiem, że teraz to jest jeszcze możliwe, ale czy jej dzieci będą mogły je także zobaczyć? Może właśnie przez to, że pokażę jej piękno i delikatność świata, będzie bardziej na to wrażliwa, zastanowi się dwa razy przed kupnem kolejnego energochłonnego gadżetu, zamontuje baterię słoneczną na swoim domu, zasili konto fundacji chroniącej indyjskie tygrysy itp. W tym widzę sens podróży - że oglądając piękno i różnorodność świata, budzi się w nas pragnienie, aby to wszystko nie zniknęło...

-
Gość: Wingy, *.boanqu2.dynamic.dsl.tele.dk
2011/06/16 09:03:00
Pięknie opisałaś sens podróży, ale nie tylko podróży ...
-
Gość: msaga, *.ip.netia.com.pl
2011/06/16 09:17:03
Świat się zmienia i zmieniać będzie, pewnie nasze dzieci czy wnuki nie zobaczą już tego co my ale czy my widzimy to co oglądali nasi dziadkowie? Wystarczy powtórka z historii i świat znowu przewróci się do góry nogami... A kto zagwarantuje że tak się nie stanie?Jest mnóstwo miejsc które kiedyś istaniały a teraz możemy je sobie pooglądać ewentualnie na starych fotografiach czy pocztówkach.
-
2011/06/16 11:06:59
Padmo, o pomocy pisał właśnie Theroux w "Dark Star Safari", na pewno zwrócisz na to uwagę - nie pisał, że pomoc jest zła, ale że jest w niewłaściwy sposób zorganizowana (zresztą to też mówił na spotkaniu, ale w skrócie), bo firmy budujące np. szpital zatrudniają pracowników sprowadzonych z zagranicy, sprowadzają materiały itp., a można by zatrudnić lokalną społeczność, dam im pracę (z reguły taniej to wychodzi) i nauczyć konkretnych umiejętności. I czasem dzieje się, że szkoła jest zbudowana czy szpital, "dobroczyńca", który to ufundował wyjeżdża, a jak sa potrzebne naprawy czy remont nikt z lokalnej społeczności nie jest w stanie sobie z tym poradzić, bo nie mają umiejętności, więc budynek niszczeje. To samo jest z drogami, całą infrastrukturą. A wykształceni Afrykanie często wolą emigrować.
O pomocy z Zachodu pisała też Dambisa Moyo i jej książka uchodzi za kamień milowy, jeśli chodzi o ten problem - było o niej głośno, bo kobieta zna się na rzeczy (i pochodzi z Afryki, nie jest specjalistą z zewnątrz) i tak głośno o tym mówi, obwiniając rządy krajów afrykańskich, że licząc na pomoc z zagranicy nie potrafią/nie chcą zapewnić swoim obywatelom nic. www.amazon.co.uk/Dead-Aid-working-another-Africa/dp/0141031182/ref=ntt_at_ep_dpt_1

Z tym wychodzeniem w podróży do lokalnych mieszkańców jest różnie. Wiesz dobrze, jak sama podróżuję i jak się "bratam" z "lokalsami". Ale jako dziecko czy nastolatka nie robiłam tego często. Byłam w Kenii i na Dominikanie i choć widziałam wioski, gdzie mieszkali zwykli ludzi, widziałam je z okien autobusu. Hotele luksusowe specjalnie buduje się czasem z dala od wiosek, by nie można było mieć kontaktu z tą społecznością. Nas w dodatku straszono, że biali są niemile widziani, że zdarzały się morderstwa białych turystów i generalnie organizatorzy już na miejscu z poczuciem wyższości mówili, że w tych wioskach jest taka bieda, że nie ma ich po co oglądać. Jako kilkunastoletnia dziewczyna nie mogłam po protsu wyjść i iść sama parę kilometrów do najbliższej wioski, choć ciekawiło mnie, co tam jest. Takie hotele właśnie krytykuję i taką propagandę i arogancję przybyszy.

A czy Dielemans pisze cokolwiek o seksturystyce? Wszyscy wiemy o azjatyckich domach publicznych, ale nasuwa mi się też znakomity film o podstarzałych kobietach wyjeżdżających na Haiti, by tam brać sobie młodych czarnoskórych kochanków i umilić sobie pobyt, "Heading South" - gorąco polecam!
-
Gość: Libreria, 95.108.122.*
2011/06/16 22:50:49
Padmo
faktycznie poruszyłaś towarzystwo blogowe.
tak na dobrą sprawę, trzeba by siedziec w domu i nie wyjezdzac z niego.
Osobiscie preferuje te wyjazdy szalone, nagle z plecakiem na plecach. zdarzalo mi sie mieszkac w hotelach, ale zawsze to byl tylko nocleg, bo podczas dnia to raczej byla permanentna wycieczka po nieznanych wczesniej miejscach.
ja pamietam i bardzo milo wspominam moje dwie podroze dosc dzikie do bulgarii i na krym. obie wyprawy to byl jeden spontaniczny zryw. wiedzielismy tylko dokad jedziemy, do jakiego kraju, a co sie tam bedzie dzialo, nie wiedzielismy. mielismy namiot, gotowi z niego skorzystac, choc nie bylo takiej potrzeby. spotykalismy ludzi chetnych nas przenocowac, poznalismy wspanialych, chetnych do romowy kompanow. pamietam Bakczysaraj, ktory zrobil na mnie ogromne wrazenie. fakt nie sa to miejsca tak odlegle jak tajlandia i problemy podczas podrozy o ktorych ty wspominasz w kontekscie ksiazki nas wtedy nie dotyczyly.
tylko raz wybralismy maly hotelik w Bansko ale oprocz tego jednego razu spalismy wylacznie u ludzi, ktorych goscinnosc do dzisiaj mnie zachwyca. jadalismy w knajpkach, ktore prowadzili ludzie, ktorych poznawalismy. i to bylo wspaniale.
czy mozna pojechac do raju i go nie zniszczyc?
mysle, ze mozna. te kawalki ziemi, ktore zostaly stworzone, sa tez dla ludzi. i jesli w mysl zasady, zeby jadac do danego miejsca nie wywyzszac sie swoim pochodzeniem a ze skromnoscia przyjac to co inne nam oferuje, mysle ze jest to mozliwe.
pozdrawiam
-
Gość: Libreria, 95.108.122.*
2011/06/16 22:53:57
nie korzystam ze swojego komputera i nie wiem jak wstawiac wielka litere, raz moze mi sie udalo. przepraszam.
-
Gość: Dorota, *.net153.okay.pl
2011/06/18 12:42:25
Od kilku dni mam tę książkę na swojej półce. Skusiłam się, czytając wcześniej sporo informacji i recenzji na jej temat. Nie byłam nigdy na żadnym all inclusive ;), zatem pewnie jeszcze inaczej popatrzę na opisane w niej sytuacje.
-
Gość: , *.tarnow154.tnp.pl
2011/06/19 13:15:33
zdecydowanie się nie zgadzam z Twoją opinią. Jadąc na wakacje nie robię nic złego, tak samo nie robię nic złego mieszkając w hotelu. Gdyby nie nasze wakacje, tamci ludzie nie mieliby ani 10 % z tego co mają teraz zarobku.
-
2011/07/01 23:24:02
Przeczytałam notkę tylko jednym okiem, żeby czytać tę książkę na zupełnie świeżo. ;) Ponieważ nie ma dla mnie w tym roku urlopu, postanowiłam poczytać o tym, jak źle jest wyjeżdżać na wakacje. :D
Skończę lekturę i wrócę tu, żeby porównać wrażenia.
-
2011/07/02 00:02:23
Bardzo dobrą książkę do tego celu wybrałaś:)))
-
2011/07/04 15:28:15
Ja ukulam na swoje potrzeby teorie, ze turystyka z krajow bogatych do biednych i imigracja z biednych do bogatych to jedyny sposob na wyrownanie roznic poziomu zycia miedzy nimi - przeciez nawet niedawne rewolucje arabskie nie bylyby mozliwe, gdyby obecnosc turystow w Tunezji, Egipcie i Maroku nie pokazala mieszkancom tych krajow, ze mozna zyc inaczej - i w ten sposob usprawiedliwiam przed soba fakt, ze jestem i turystka, i imigrantka :)
Jedynym krajem spoza Europy, ktory do tej pory odwiedzilam, bylo Peru i musze przyznac, ze wyjazd okazal sie nie tylko udany, ale tez - jak mowi Chihiro - "sustainable," czy jak mowi Abiela - "godny." Wycieczke organizowalo peruwianskie biuro podrozy, przemieszczalismy sie po kraju we czworo: my dwoje + peruwianski przewodnik + peruwianski kierowca. Spalismy w kilku eko hotelach (dzialajacych na baterie sloneczne, po 22 wylaczano nam prad), wloczylismy sie po miastach i wsiach i robilismy tam zakupy, jedlismy w restauracjach, nie w hotelu. Na duze grupy turystyczne wpadlismy tylko na Machu Picchu i w kanionie Colca.
Z drugiej strony, wiem, ze bardzo chcialabym pojechac do Wietnamu lub Kambodzy i, ze taki "zrownowazony" wyjazd do tych krajow moze okazac sie niemozliwy, ze w ktoryms momencie znajdziemy sie - tak jak Ty - osaczeni przez przerazliwie biednych ludzi starajacych sie sprzedac nam kolejna pamiatke. I co wtedy?



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...