poniedziałek, 29 października 2018

Jesienią ciągnie mnie do kryminałów, ale w tym roku albo wyjątkowo wybrzydzam, albo nie mam szczęścia - nie udało mi się przeczytać żadnego, który by mnie w pełni zadowolił. Żaden nie okazał się też całkowitym rozczarowaniem, więc ostatecznie nie było aż tak źle, ale przyznam, że nadal czekam na coś, co spodoba mi się bez zastrzeżeń. Co gorsza, nie napisałam tu w ogóle o ostatnich takim zachwycie ("Susza" Jane Harper, moją nieblogową recenzję możecie znaleźć tutaj). Niemniej, parę fajnych książek się tej jesieni trafiło, choć ideału wśród nich nie było.

Andrew Mayne "Naturalista", tłum. Jacek Żuławnik, Wydawnictwo W.A.B.

Książka, o której zrobiło się głośno za sprawą wyjątkowo oryginalnej akcji promocyjnej (egzemplarz "Naturalisty" ukryto w lasach w kilku miastach, czytelnicy o północy wyznaczonego dnia wyruszyli na poszukiwania), a na którą miałam ochotę jeszcze zanim się ukazała. Jako partnerka naukowca z ciekawością czekałam na thriller, którego bohaterem jest bioinformatyk, rozwiązujący zagadki kryminalne z użyciem metod naukowych. Postać profesora Theo Craya okazała się niestety rozczarowaniem. Theo angażuje się w śledztwo niemal od pierwszych stron, ale nie do końca wiadomo, dlaczego. W lesie zostają znalezione zwłoki jego byłej studentki, a on sam jest początkowo podejrzany. Kiedy tylko policja go wypuszcza, zaczyna prowadzić własne dochodzenie, wiele ryzykując i oddając się temu całkowicie. Mam wrażenie, że autor chciał jak najszybciej przejść do ciekawszej części powieści i nie chciało mu się zadbać o wiarygodność bohatera i jego motywację.

Samo śledztwo jest dość ciekawe, choć dziwnie poszarpane - przeskakujemy od jednej zamordowanej dziewczyny do drugiej, a łatwość, z jaką Theo je znajduje, jest nie do końca wiarygodna. Intryga okazuje się na szczęście wciągająca, a "Naturalistę" czyta się szybko i przyjemne, ale nie mogę powiedzieć, żeby spełnił moje oczekiwania.

Moja ocena: 4/6

Peter May "Na szlaku trumien", tłum. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros

Peter May od lat należy do moich ulubionych autorów kryminałów. Jego książki trudno zresztą jednoznacznie sklasyfikować, ponieważ zagadka kryminalna jest w nich tylko pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i trudnych kwestiach. W tej książce wrócił do miejsca, które było tłem jego najlepszego cyklu (recenzja pierwszej części tutaj), czyli na Hebrydy Zewnętrzne. Okoliczności przyrody są więc wyjątkowo pociągające - jest wyspa, wzburzone morze i dużo deszczu. W otwierającej książkę scenie na plaży leży przemarznięty i przemoczony mężczyzna. Cudem się uratował, ale nie pamięta, co właściwie mu zagrażało. Nie wie też, kim jest, jak się nazywa i dlaczego przed chwilą wyczołgał się z wody. Ktoś prowadzi go do pobliskiego budynku, który okazuje się być jego domem. Odwiedzają go sąsiedzi, a on nie wie, czy powinien się przyznać do amnezji. Kiedy zaś na pobliskiej wyspie znalezione zostają zwłoki, mężczyzna boi się, że to on jest mordercą.

To dobra powieść, od której nie mogłam się oderwać, choć irytował mnie główny bohater i inne pojawiające się w niej postaci. Na pewno jednak warto przeczytać, zwłaszcza jeśli jesteście fanami mrocznych, wyspiarskich kryminałów.

Moja ocena: 4.5/6

"Rok we mgle" Michelle Richmond, tłum. Krzysztof Uliszewski, Wydawnictwo Otwarte

Kolejna książka, która zaczyna się na plaży. Abby szykuje się do ślubu, a że jej narzeczony ma sześcioletnią córeczkę, zostanie nie tylko żoną, ale i macochą. Matka małej Emmy zniknęła, odzywa się tylko czasami i najwyraźniej nie dba o dziewczynkę. Abby zabiera ją na plażę i trzyma mocno za rękę, ale w pewnej chwili rozprasza ją robienie zdjęć. Dziewczynka znika we mgle.

Ciąg dalszy to bolesna opowieść o rozpadzie rodziny, która dopiero miała zaistnieć, i o upartym poszukiwaniu dziewczynki. Najbardziej zaangażowana jest w to właśnie Abby, którą męczy poczucie winy. Kiedy wszyscy będą chcieli dać za wygraną, ona nie odpuści, i ten wątek jest najciekawszą częścią książki. Niestety, autorka postanowiła go ubarwić licznymi wspomnieniami głównej bohaterki, które niewiele wnoszą, za to spowalniają akcję. Całość czyta się nie najgorzej, a im bliżej końca, tym akcja przyspiesza, książce jednak przydałoby się lekkie skrócenie.

Moja ocena: 4/6

Alma Katsu "Głód", tłum. Danuta Górska, Wydawnictwo Albatros

Z tą książką wiązałam duże nadzieje, pomysł na powieść był bowiem przedni. Autorka wykorzystała prawdziwą historię wyprawy grupy osadników, którzy, podobnie jak tysiące innych, postanowili przedostać się do Kalifornii i zacząć tam nowe życie. Załadowali na wozy swój dobytek, zebrali się w grupę (tak było bezpieczniej) i wyruszyli. Niestety, zamiast wyjechać w pierwszych dniach przedwiośnia, zwlekali, tym samym ryzykując, że zima dopadnie ich podczas trudnej przeprawy przez góry. Obrali więc nową, niesprawdzoną, ale bardzo obiecującą trasę, która miała być dużo krótsza. Niestety, okazała się ona wyjątkowo trudna i praktycznie nieprzejezdna dla zaprzężonych w woły wozów. Pionierzy zmuszeni byli zimować w górach, a większość z nich nie dożyła wiosny.

Alma Katsu zrobiła dobry użytek z tej smutnej opowieści, a także starannie wykonała research. Jej bohaterowie to postaci historyczne, a główna oś wydarzeń wiernie trzyma się faktów. Dodała jednak elementy nie do końca realistyczne, jakby to, co spotkało członków feralnej wyprawy, nie było samo w sobie dość przerażające. Myślę, że powieść podobałaby mi się dużo bardziej, gdyby nie zawierała elementów horroru. Trudno też było mi polubić bohaterów, którzy byli tak drobiazgowo opisani, że aż nudni.

Niemniej, przeczytałam z zaciekawieniem i cieszę się z tej lektury, jako że mało wiedziałam o wyprawie Donnera. Fani horrorów i elementów nadprzyrodzonych w thrillerach powinni być zachwyceni.

Moja ocena: 4/6


Udało wam się przeczytać ostatnio jakiś naprawdę doskonały kryminał? Taki przynajmniej na piątkę?

niedziela, 21 października 2018

Czasem otwieram książkę na chwilę, żeby sprawdzić, czy faktycznie okaże się tak dobra, jak mówią. Wiele godzin później z żalem stwierdzam, że powinnam jednak iść spać. A po przewróceniu ostatniej strony wiem, że długo jeszcze będę o tej historii myśleć.

Guzel Jachina to debiutująca rosyjska pisarka tatarskiego pochodzenia. Chciałabym wiedzieć więcej o życiu różnych grup i narodowości, które składały się dawniej na ZSRR, a dzisiaj albo tworzą Rosję, albo zamieszkują kraje Azji Środkowej i Kaukazu, marzą mi się książki kirgiskie, kazachskie, tadżyckie... Tym chętniej sięgnęłam więc po tę powieść, której autorka luźno inspirowała się losami swojej babci. Dostałam wszystko, czego oczekiwałam i dużo więcej. „Zulejka otwiera oczy” to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku, może nawet najlepsza.

Tytułowa bohaterka to młoda Tatarka. Są lata trzydzieste XX wieku, Zulejka mieszka na wsi w Tatarstanie i całymi dniami stara się spełnić oczekiwania starszego od siebie męża i jego zrzędliwej i jędzowatej matki. Jest przekonana, że jej się poszczęściło, bo mąż bije tak, żeby za bardzo nie bolało, jest zaradny i potrafi zadbać o gospodarstwo. Wprawdzie wszystkie ich dzieci umarły zaraz po urodzeniu, a teściowa robi, co może by uprzykrzyć jej życie, ale Zulejka nie narzeka. Pewnego dnia jednak w jej monotonne, wypełnione harówką życia wkracza Historia. Do wsi po raz kolejny przybyli Rosjanie. Bywali tu już wcześniej, rekwirując zapasy żywności i inne dobra. Teraz chcą przejąć całe gospodarstwa, które mają stać się częścią kołchozów. Maż Zulejki nie zamierza się na to godzić. Stawia opór i ginie, zastrzelony przez wierzącego w nowy porządek społeczny idealistę – Iwana Ignatowa.

Świat Zulejki się kończy. Ma kilka minut na spakowanie się i wraz z innymi mieszkańcami wsi – „kułakami”, jak ich nazywają Rosjanie, jedzie do Kazania, a stamtąd dalej, pociągiem w głąb Związku Radzieckiego. Dowódcą transportu zostaje Ignatow, i ani on, ani wywożeni na Syberię chłopi i inni „wrogowie” systemu nie wiedzą, jaki los ich czeka.

Opowieść o Zulejce chwyta za gardło, albo i za serce, od pierwszych stron. Jest coś hipnotycznego w sposobie pisania autorki, co sprawia, że zapominamy o otaczającym nas świecie i w kilka sekund przenosimy się do kazańskiego więzienia, w którym zesłańcy spędzają długie tygodnie, potem do dusznego pociągu, odsyłanego z jednej zapadłej dziury do kolejnej, aż wreszcie na rzekę Angarę, gdzie wysadzono garstkę tych, którzy przeżyli trudy podróży. W środku tajgi, bez zapasów, ciepłej odzieży i potrzebnych narzedzi, będą musieli urządzić sobie życie. Choć tytułową bohaterką jest Zulejka, a jej przemiana z zahukanej służącej w kogoś zupełnie innego stanowi główny wątek powieści, równie istotną i może nawet jeszcze ciekawszą postacią jest Iwan Ignatow. Idealistyczny i gorliwy wyznawca stalinizmu, przekonany, że postępuje słusznie, stopniowo przywiązuje się do ludzi, których uważał za zdrajców. Początkowo próbuje o nich zadbać, bo wierzy, że mają jeszcze swoje zadanie do wypełnienia i że przyczynią się do budowy kraju. Później zaczyna dostrzegać w nich ludzi, coraz trudniej przychodzi mu wykreślanie z akt kolejnych nazwisk tych, którzy umarli. Najbardziej zaś konfuduje go to, co czuje do Zulejki, której męża zastrzelił.

Tatarka i Rosjanin, ludzie i historia, opresyjny system i rodząca się wspólnota wykluczonych – „Zulejka otwiera oczy” to powieść o wielu warstwach i znaczeniach. W budowanym nad Angarą obozie niejeden z zesłańców odnajdzie swoje miejsce, swoją wolność, choć w niewoli. Każdy z nich stanie się też nam bliski, autorka bowiem nikogo nie zaniedbuje, portretując ich z czułością i uwagą. Każdy jest inny, ale muszą trzymać się razem. W tajdze nikt nie przetrwałby w pojedynkę, nawet ich komendant.

Zmieniają się wszyscy, zarówno skazańcy, jak i Ignatow. Początkowo wszyscy są bezwolni. Zulejka wykonuje polecenia męża i teściowej, Ignatow – swoich przełożonych. Inny ważny bohater, Wolf Karłowicz Lejbe, chowa się przed światem w iluzjach tworzonych przez jego umysł, nie potrafi stawić czoła rzeczywistości. Nad Angarą będą musieli zmierzyć się z samodzielnością, jedni z lepszym, inni z gorszym skutkiem.

Autorka wzorowała się na opowieściach babki, która została uznana za kułaczkę i zesłana na Syberię. Trafiła do tajgi nad Angarą, gdzie wraz ze współtowarzyszami musiała zbudować osadę z niczego. Do końca życia czuła się związana z ludźmi, których tam spotkała, utrzymując z nimi stały kontakt. Nie była pierwowzorem Zulejki, ale opisała świat, w którym jej wnuczka Zulejkę umieściła. Świat brutalny i pełen bólu, w powieści przedstawiony bez znieczulenia.

Powieść Guzel Jachiny stała się fenomenem wydawniczym. W Rosji sprzedano ponad 120 tysięcy egzemplarzy, nagrodzono ją też prestiżowymi wyróżnieniami. Książka ukazała się już w 24 krajach. Nie dziwi mnie to, żałuję tylko, że u nas przeszła prawie bez echa. To powieść, której lektura z jednej strony boli, z drugiej urzeka. Czytajcie ją, czytajcie koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Guzel Jachina "Zulejka otwiera oczy"

Tłum. Henryk Chłystowski

Wydawnictwo Noir sur Blanc 2017



niedziela, 14 października 2018

Zaczęło się dramatycznie. Wysiadaliśmy właśnie, kiedy zatłoczonym autobusem szarpnęło, a chwilę później U leżał ze zwichniętym kolanem na chodniku. Zwiedzanie Wiecznego Miasta zaczęliśmy więc od szpitalnej izby przyjęć. Kolano jako tako nastawiono, przed północą dotarliśmy wreszcie do wynajętego domku, ale jasne było, że razem nie pozwiedzamy.

Cóż, będzie za to pretekst do powrotu, choć tak naprawdę go nie potrzebuję. Pięć dni w Rzymie to żart, pięćdziesięciu by było mało. Ale nawet w tak krótkim czasie udało mi się dotrzeć do kilku miejsc, których nie powinien ominąć żaden miłośnik literatury. Wybrałam dla was pięć z nich, a jeśli znacie inne, chętnie o nich poczytam!

Keats-Shelley House

Pierwsze miejsce będzie najłatwiejsze do odnalezienia, znajduje się bowiem zaraz przy Schodach Hiszpańskich. Dla mnie było jednym z dwóch najważniejszych. To tutaj John Keats spędził ostatnie miesiące życia. Można zajrzeć do pokoju, w którym zmarł, spojrzeć przez okno na zatłoczone schody. Dla mnie było to przejmujące doświadczenie, myślę zresztą, że te ciche, pełne książek i rękopisów pokoje na każdym wywrą wrażenie.

Keats przyjechał do Rzymu w nadziei, że ciepły klimat wpłynie korzystnie na jego zdrowie. Chorował na gruźlicę, musiał więc zdawać sobie sprawę z tego, że całkowity powrót do zdrowia jest niemożliwy - wtedy była to choroba nieuleczalna. Pobyt we Włoszech być może odwlekł na kilka miesięcy to, co nieuniknione.

Oryginalne meble z sypialni Keatsa spalono po jego śmierci. Gruźlica była wtedy prawdziwym postrachem, na wszelki wypadek unikano więc kontaktu z przedmiotami, których dotykali chorzy. Wnętrze zostało jednak dość szybko odtworzone. Inne pokoje zawierają oryginalne meble, a także mnóstwo eksponatów zgromadzonych już w późniejszych latach, takich jak rękopisy i szkice Keatsa i jego przyjaciół.

Muzeum gromadzi też pamiątki po Percym Shelleyu, choć ten nigdy tu nie był. Bardzo chętnie odwiedziłby Keatsa, był bowiem wielbicielem jego poezji. Keats jednak nieufnie podchodził do Shelleya, który po pierwsze nie cieszył się zbyt dobrą reputacją (delikatnie rzecz ujmując), a po drugie był arystokratą, co w młodym poecie budziło niechęć. Dla mnie jednak ta część wystawy była wyjątkowo ciekawa, jako że niedawno skończyłam tłumaczyć biografię Mary Shelley - żony Percy'ego, i Mary Wollstonecraft - jego teściowej. W jednym z ciasnych pokoików znalazłam rękopis listu, który kilka tygodni wcześniej przekładałam na polski - poczułam ciarki na plecach!

Cmentarz protestancki

Przenieśmy się więc od razu w drugie związane z tymi samymi osobami miejsce, które dla mnie będzie chyba stałym celem pielgrzymek. Nawet jeśli nie obdarzacie Keatsa i Shelleya specjalną atencją, podczas pobytu w Rzymie koniecznie wybierzcie się na tak zwany English Cemetery, czyli protestancki cmentarz. To wyjątkowo klimatyczne miejsce, którym trudno się nie zachwycić, powstało z myślą o Anglikach, którzy licznie odwiedzali Wieczne Miasto podczas tzw. Grand Tour, czyli wyjazdów na kontynent celem podziwiania sztuki europejskiej i nabywania ogłady. W XVIII wieku taką wycieczkę (często trwającą kilka lat) odbywał każdy szanujący się dżentelmen. Jeździły też panie, choć nie aż tak licznie. Nie wszyscy wracali z takich wyjazdów cało i zdrowo, zwłaszcza że w Rzymie można było wówczas zachorować na malarię. Katoliccy Włosi nie pozwalali na pochówek protestantów na swoich cmentarzach. Przez wieki ciała niekatolików grzebano za murami miejskimi, aż wreszcie powstał ten cmentarz.

Dzisiaj cmentarz przypomina oazę. Jest tu zielono, cicho i melancholijnie. W słońcu wygrzewają się koty, które znalazły tu dom i są pod dobrą opieką. Każdy nagrobek to oddzielna opowieść.

Podobnie jak większość osób odwiedzających to miejsce, szukałam przede wszystkim dwóch grobów. Pierwszy znalazłam nieco z boku, na trawniku.

To nagrobek Keatsa, który nie chciał, by wyryto na nim jego nazwisko. Poprosił, by umieszczono jedynie napis: "Tutaj spoczywa ten, którego imię zapisano na wodzie".

W centralnej części cmentarza, u stóp kamiennej piramidy, pochowano Percy'ego Shelleya. Mąż Mary Shelley utonął w Morzu Śródziemnym. Jego ciało zostało wyrzucone na brzeg, a pochówkiem zajął się przyjaciel, nieco szemrany typek, który zresztą zarezerwował dla siebie miejsce obok Percy'ego. Mary przyjechała tu dopiero wiele lat później.


Cytat wyryty na płycie nagrobnej pochodzi z "Burzy" Szekspira i w tłumaczeniu Barańczaka brzmi:

Już niestraszne mu cierpienia

W klejnot morza się przemienia.

Nimfy morskie biją w dzwon.

Na tym samym cmentarzu pochowano też trzyletniego syna Mary i Percy'ego, Williama. Jego śmierć była ogromną tragedią i w jakimś sensie zapoczątkowała ciąg zdarzeń, których końcem było wyrzucenie na brzeg ciała Percy'ego.

Mogłabym o nich pisać długo, ale się powstrzymam. Przeczytajcie Buntowniczki Charlotte Gordon, kiedy się już ukażą (w przyszłym roku), jeśli chcecie wiedzieć więcej (przeczytajcie koniecznie, bo zarówno Mary Shelley, jak i Mary Wollstonecraft miały niesamowicie ciekawe życie).

Dom Goethego

Łatwo na niego trafić, znajduje się bowiem w pobliżu najpopularniejszych zabytków, czyli Schodów Hiszpańskich i Fontanny di Trevi. Goethe spędził we Włoszech tylko dwa lata, ale ten pobyt wywarł na nim wielkie wrażenie. Jego rzymskie mieszkanie przy Via del Corso zostało przerobione na muzeum. Niestety, wnętrze nie jest tak atrakcyjne, jak dom Keatsa, ponieważ praktycznie nie ma w nim mebli ani innych elementów wyposażenia. Można za to obejrzeć sporo rękopisów, pierwsze wydania jego książek i obrazy.

Nie jest to może miejsce, do którego warto specjalnie jechać (o ile nie jesteście wielkimi fanami Goethego), ale warto wstąpić przy okazji spaceru po okolicy.

Antico Caffè Greco

Domy to jedno, ale znani pisarze bywali przecież na mieście, jadali, spotykali się ze znajomymi. I chyba każdy zajrzał do tej słynnej kawiarni, oddalonej zaledwie o kilka kroków od Schodów Hiszpańskich. Do regularnych bywalców należeli Byron, Percy i Mary Shelleyowie, Dickens Goethe. Nad kawiarnią mieszkał kiedyś Hans Christian Andersen - niestety jego mieszkania nie można zwiedzać.

Na tej samej ulicy mieszkali William Thackeray i lord Tennyson, a kilka przecznic dalej Henryk Sienkiewicz. Ceny w kawiarni są stosowne do okoliczności, ale przy barze można wypić pyszne espresso za grosze, a na następnej przecznicy można kupić chyba najsłynniejsze rzymskie tiramisu. Mowa o Pompi Tiramisu - lokalu, który od ponad sześćdziesięciu lat prowadzi rodzina Pompich. Powiem tak - było to jedyne miejsce, które podczas tych pięciu dni odwiedziłyśmy dwa razy!


Open Door Bookshop

Co to by była za wycieczka, gdyby nie można z niej było przywieźć jakiejś książki! Ostatnim miejscem niech będzie więc księgarnia. Open Door Bookshop to prawdziwa instytucja. Od czterdziestu lat można tam kupić książki w języku angielskim (znajdzie się też coś po włosku). Księgarnia położona jest na Zatybrzu, które skradło moje serce, jest malutka, ale książek w niej co niemiara, a i ceny ma całkiem przyzwoite. No i jak wygląda!


Sporo mi jeszcze zostało do zobaczenia, ale myślę, że jak na pięć dni utrudnionego zwiedzania nie było najgorzej. Chętnie spędziłabym więcej czasu na Zatybrzu, pochodziła też po innych dzielnicach i poszukała domów kolejnych pisarzy...

Więcej zdjęć z Rzymu na Instagramie, tu i tu. Dopisalibyście coś do listy? Szukacie takich książkowych miejsc podczas wyjazdów?


 




poniedziałek, 01 października 2018

Podróż „dookoła świata, dookoła siebie”, „żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć”. Te urywki z okładki „Przebłysku” Roberta Rienta niepokojąco przywodzą na myśl książki Coehlo. Ale jest też blurb Pawła Cywińskiego, który raczej nie poleciłby podróżniczego kiczu, a i autor raczej wyrobił sobie już nie najgorszą markę. Postanowiłam przeczytać, tym bardziej, że co by nie mówić, wizja ucieczki w podróż jest mi bliska. Oczywiście wiem, że nie da się rozwiązać problemów, zmieniając po prostu miejsce pobytu, wystarczająco często czytam Thoreau. A jednak to kusząca wizja i tyle.

Robert Rient ją zrealizował. Spakował życie w kartony, rzeczy niezbędne upchnął w plecaku i wsiadł w pociąg na Syberię. Już na pierwszych stronach przyznał, że jednym z powodów wyjazdu jest nawracająca myśl o tym, by umrzeć. Jedziemy więc z nim koleją, a potem dalej, do Azji, Ameryki, na środek oceanu, przyglądając się, sprawdzając, czy mu taka podróż pomoże.

Na szczęście już pierwsze strony przekonują, że nie będzie to podróż w stylu „Alchemika”. Dni w kolei transsyberyjskiej są niczym koszmar na jawie – uciążliwy, jowialny współpasażer wypytuje, polewa, osacza. Oszczędzana na później jagodzianka okazuje się kapuśniaczkiem. Ciasnota pociągu oznacza ciągłe naruszanie przestrzeni osobistej. Autor zdaje się popadać w paranoję – boi się nawet czytać „Gułag” Anne Applebaum.

Im dalej jednak jedzie, tym się robi spokojniejszy. Z Syberii leci do Tajlandii, gdzie całymi dniami leży na plaży i patrzy na kraby. Wycisza się, ale kiedy zaczynam się obawiać, że jednak popadnie w kicz, pisze: „Nie jest mi jednak dane doświadczyć oświecenia. Chmara komarów brutalnie sprowadza mnie na ziemię”.

Jednocześnie im bardziej cieszy się otoczeniem, tym mniej wsłuchuje się w siebie, a jego pisanie staje się po prostu relacją z podróży. Ładnie napisaną pocztówką, na szczęście wyważoną i mądrą. Nie zawsze tak samo ciekawą, ale godną uwagi. Gdzieś po drodze, może w Nowej Zelandii, a może wcześniej, autor chyba nauczył się po prostu być, tu i teraz. Jego rozedrganie zniknęło. Czyli jednak?

Spodziewałam się tekstu olśniewającego, z którego będę wypisywać garściami zgrabne cytaty. Zamiast tego autor wybrał cytaty dla mnie (w przypisach komentuje swoją podróż słowami innych autorów i są to świetnie dobrane, wiele mówiące fragmenty) i po prostu opisał mi swoją podróż. Bez fajerwerków, momentami zbyt sucho, encyklopedycznie. Szkoda, bo chyba można było z takiej podróży wycisnąć więcej. Ale może nie taki był jej cel. Pierwsze rozdziały są lepsze, choć posępne, ale im dalej, tym mniej swady, a więcej krajoznawstwa.

Przeczytać więc można, zwłaszcza jeśli lubicie książki podróżnicze, ale nie sądzę, że to książka, która utkwi na dłużej w pamięci.

Moja ocena: 4/6

Robert Rient "Przebłysk"

Wydawnictwo Wielka Litera 2018



piątek, 14 września 2018

Nie było mnie tu nieprzyzwoicie długo i choć od zawsze wierzę, że czas na pisanie jest kwestią wyboru, a nie możliwości lub ich braku, w ostatnich miesiącach przekonałam się na własnej skórze, że niekoniecznie tak bywa. Świat postanowił nas doświadczyć i to na kilka różnych sposobów. Witam więc jesień z żalem za latem, które przeszło gdzieś obok i którego prawie nie zauważyłam, ale też z nadzieją, że okaże się dla nas łaskawsza.

Aby wrócić do normalności, a przynajmniej spróbować, wyjęłam z koperty pachnącą nowością, opasłą powieść amerykańskiej autorki. Dwa dni później stwierdzam, że była to dobra decyzja i siadam, by podzielić się z wami kilkoma refleksjami. Jennifer Egan, bo o niej mowa, za swoją poprzednią powieść dostała nagrodę Pulitzera. Było to w 2011 roku, ale "Manhattan Beach", które będzie miało niebawem premierę, zaczęła pisać jeszcze wcześniej. Widać, że powieść ta jest wynikiem żmudnej, wieloletniej pracy. Już pierwsze strony skutecznie przenoszą nas w czasie, do lat trzydziestych ubiegłego wieku, na Brooklyn. Autorka zadbała o szczegóły. Jej Nowy Jork tętni życiem, w dokach uwijają się stoczniowcy i drobni przestępcy, na zapleczach barów rezydują gangsterzy, przed czynszowymi kamienicami rozrabiają nudzące się dzieciaki. Podczas lektury można niemalże poczuć słony wiatr, zaduch ciasnych mieszkań, dym papierosowy.

Wszystko zaczyna się od pozornie niewiele znaczącej sceny - ojciec z jedenastoletnią córką, Anną, jedzie w odwiedziny do opływającego w bogactwa mężczyzny, pana Stylesa. Anna ma się bawić z dziećmi bogacza, podczas gdy jej ojciec będzie z nim ubijał jakiś tajemniczy interes. Dziewczynka idzie z nowo poznaną koleżanką na plażę, gdzie mimo zimna ściąga buty i brodzi w lodowatej wodzie. Jej ojciec nie jest zbyt zadowolony, ale jego tajemniczy rozmówca zdaje się być pod wrażeniem. Pyta dziewczynkę, co poczuła. "Boli tylko na początku" - odpowiada Anna. - "Po chwili nic się nie czuje".

To jednorazowe, tajemnicze spotkanie zaważy na życiu całej trójki. Nieprędko dowiemy się, co tak naprawdę się wtedy stało, ale podskórnie wyczuwamy, że ta chwila na plaży ich zmieniła. Anna jest jeszcze dzieckiem, ale pan Styles zrobił na niej wrażenie, którego nie zatrze czas.

Autorka nie pozwala nam jednak na spokojne śledzenie ich dalszych losów. Zaledwie kilka scen dalej przenosimy się o kilka lat do przodu. Anna jest już dziewiętnastolatką. Jakiś czas temu jej ojciec nie wrócił do domu. Czekała na niego, nie wierząc, że mógłby ją tak po prostu zostawić. Czy odpowiedzialność za jej niepełnosprawną siostrę go przerosła? Uciekł? A może nie żyje? Anna nie ma czasu na zastanawianie się. Musi pomóc matce utrzymać rodzinę. Dostaje nudną i męczącą pracę w stoczni - toczy się II wojna światowa, Amerykanie budują kolejne okręty wojenne, a że rąk do pracy brakuje, w stoczni masowo pracują kobiety. Anna nie jest jednak usatysfakcjonowana. Kiedy słyszy o szkoleniu dla nurków, dociera do niej, że od zawsze marzyła o czymś takim. O chodzeniu po dnie morza.

Morze odkrywa w "Manhattan Beach" niebagatelną rolę. Anna dopnie swego i będzie chodzić po jego dnie. Wszystkie najważniejsze sceny powieści dzieją się na morzu, w morzu lub nad morzem. W przejmującej i niesamowicie symbolicznej scenie, w której Anna zabiera siostrę po raz pierwszy na plażę, ta zaczyna paplać bez ustanku: "możemorzemożemorze". Jej słowa będą wracały w najmniej spodziewanych momentach.

Choć to w pewnym stopniu historia rodziny, od życia w zaciszu domowym dużo ważniejsze jest środowisko, w którym bohaterowie pracują. Nowy Jork lat trzydziestych i czterdziestych to miejsce trudne, bo i kryzys, i wojna, i przemiany, ale też intensywne i oferujące wiele możliwości. Wystarczy trochę zaradności, by się gdzieś zahaczyć. Ojciec Anny, Eddie, kiedyś dorobił się sporych pieniędzy. Potem je stracił, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by je znowu zaczął zarabiać, musi tylko poznać odpowiednich ludzi. Dexter Styles, gangster, wżenił się w bogatą rodzinę, wkraczając do świata, który go nie chce. Nie przejął się - robił swoje, sprawnie zarządzając licznymi klubami, jaskiniami hazardu i innymi tajemniczymi przedsięwzięciami. Najciekawsza jest oczywiście sytuacja Anny, która najpierw pracuje wśród innych kobiet, ale zapragnąwszy zostać nurkiem, wkracza w męską domenę. Nie jest tam mile widziana, i podobnie jak Dexter Styles, nie dba o to. Jej walka o zdobycie wymarzonej posady obrazuje szybko zmieniającą się sytuację kobiet w Ameryce lat trzydziestych i czterdziestych. Początkowo nikt nie traktuje jej poważnie, nie wierząc, że da sobie radę w ważącym dziewięćdziesiąt kilo kombinezonie. Jej upór zaczyna jednak przynosić efekty.

Fragmenty opowiadające o nurkowaniu i o tym, jak prymitywnym i trudnym w obsłudze wyposażeniem dysponowali wówczas nurkowie należą zresztą do najciekawszych w powieści. Zanurzając się w mętnych wodach zatoki, nurkowie mają do dyspozycji tylko dwie liny - jedna łączy ich z łodzią, druga służy do komunikacji z partnerem, który ich asekuruje z powierzchni. Komunikacja za pomocą liny nie jest łatwa, nie jest też zrozumiała. Trzeba być czujnym, mieć intuicję, obserwować bąbelki na powierzchni wody. Być może tak właśnie wygląda życie bohaterów, a nawet nasza - czytelników - sytuacja. Autorka nie zdradza wszystkiego, trzeba czujnie obserwować bąbelki - ślady wydarzeń. Błądzimy pod wodą, ze światem łączą nas wątłe nitki i wiara w to, że ktoś czuwa i w krytycznym momencie wyciągnie pomocną dłoń.

Podczas lektury trzeba także zachować czujność. Pozornie nieistotne szczegóły pojawiają się znienacka, przeważnie w relacji innych bohaterów - nie tych, których dotyczą. Łatwo je przegapić. Dopiero, kiedy pojawią się ponownie, ale tym razem przedstawione przez kogoś innego, zaczynamy rozumieć, że są ważne. Wszyscy skrywają jakieś sekrety. O spotkaniach się nie wspomina, nie zdradza się prawdy na swój temat, nie ujawnia informacji o rodzinie. Pozory mylą, a autorka lubi wyprowadzać czytelnika na manowce. Lepiej nie ulegać pokusie i nie osądzać, bo mało kto okaże się taki, jak się nam na początku może wydawać. Najmocniej rezonują sceny najbardziej tajemnicze - otwierająca powieść przechadzka po plaży, zabranie siostry nad morze, pewne nurkowanie. Wracają do nas podczas lektury, i choć, żeby je w pełni zrozumieć, trzeba by chyba przeczytać powieść raz jeszcze, trudno wyrzucić je spod powiek.

"Manhattan beach" nie jest powieścią bez wad. Miejscami szczegóły historyczne przytłaczają i nużą. Przeskoki między bohaterami i miejscami potrafią zmęczyć. Egan pisze jednak tak pięknym językiem (pięknie przełożonym przez Annę Gralak), że trudno nie ulec urokowi jej zgrabnych fraz. To pozornie bardzo tradycyjna powieść - historyczna, realistyczna, obszerna. Nieprzypadkowo jednak opatrzona jest mottem z Moby Dicka. Pod przykrywką powieści historycznej kryje się wieloznaczna, tajemnicza opowieść o zaczynaniu na nowo i powrotach, o związkach między rodzicami i dziećmi, o walce i relacjach, które nie są takie, jakie się wydają. A także o Nowym Jorku w chwili zmian, niebezpiecznym, ale pełnym możliwości, niepojętym i fascynującym.

Moja ocena: 5,5/6

Jennifer Egan "Manhattan Beach"

Tłum. Anna Gralak

Wydawnictwo Znak Liternova 2018


środa, 27 czerwca 2018

Siostry Mitford, u nas prawie nieznane, były prawdziwymi celebrytkami w Wielkiej Brytanii w latach trzydziestych i do dzisiaj nie zostały zapomniane. Powieści Nancy Mitford, zwłaszcza „Pogoń za miłością” i „Miłość w chłodnym klimacie”, mają coraz to nowe wydania. Od kilku miesięcy czytam zbiór listów sześciu sióstr, przy czym muszę zaznaczyć, że trwa to tak długo nie dlatego, że idzie mi to z trudem, ale dlatego, że sobie tę uroczą, mądrą i pełną fantastycznych cytatów książkę dawkuję. A ponieważ „Miłość w chłodnym klimacie” ukazała się właśnie po polsku, stwierdziłam, że to dobra okazja, by wreszcie tę powieść przeczytać.

Zanim jednak zdradzę, czy mi się podobała, należałoby wyjaśnić, skąd wziął się szum wokół sześciu sióstr. W końcu niejedna arystokratyczna rodzina miała sporo córek, a że pisanie listów od zawsze należało do typowych arystokratycznych rozrywek, większość z nich może poszczycić się bogatą korespondencją, a niektóre także innymi próbami literackimi. Pochodzące z rodziny posiadającej tytuł szlachecki, choć nie bardzo znaczący, siostry Mitford, wsławiły się jednak licznymi skandalami, związkami z ważnymi postaciami i bardzo udanymi próbami literackimi.

Nancy została znaną pisarką, a jej powieści są inspirowane wątkami autobiograficznymi. Jej bliskim przyjacielem był Evelyn Waugh, z którym wymieniła setki listów. Jessica zrobiła karierę dziennikarską w Stanach, dokąd uciekła z poślubionym w sekrecie synem szwagierki Churchilla.  Diana była rodzinną pięknością, została faszystką, wzięła ślub w domu Goebbelsa, a gościem na uroczystości był Adolf Hitler. Przyjaźń z Hitlerem zawarła także Unity, ale po wybuchu wojny próbowała popełnić samobójstwo. Deborah wyszła za księcia Devonshire, tym samym wchodząc do jednej z najważniejszych rodzin angielskich. Zamieszkała w Chatsworth (w serialu BBC Chatsworth staje się siedzibą paną Darcy’ego – Pemberley), przestawała z rodziną królewską i z państwem Kennedy. Najmniej rzucała się w oczy Pamela, która prowadziła spokojne życie.

Trudno się więc dziwić, że siostry budziły zainteresowanie, tym bardziej, że wszystkie były doskonale wykształcone, oczytane i błyskotliwe. Powieści Nancy Mitford pozwalają nam się domyślać, jak mogło wyglądać ich życie, a na pewno stanowią wgląd w świat ludzi posiadających tytuły, ludzi, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia.

„Miłość w chłodnym klimacie” to lekka i urocza opowieść o Polly Hampton – pięknej córce najbardziej szacownej rodziny w okolicy, która długo nie przejawia inklinacji do małżeństwa, doprowadzając tym swoją matkę do rozpaczy, by znienacka oznajmić, że wychodzi za bardzo nieodpowiedniego mężczyznę. Załamani rodzice całe nadzieje przerzucają na nieznanego im kuzyna Polly, który stanie się dziedzicem ich majątku i tytułu. Cedric mieszka w Kanadzie, a przynajmniej tak im się wydaje, są więc pełni obaw co do jego ogłady i towarzyskiego potencjału. Kiedy jednak młodzieniec wkroczy na scenę, sprawi im niemałą niespodziankę.

Narratorką jest Fanny, przyjaciółka Polly, dużo bardziej konserwatywna, ironizująca, ale sympatyczna dziewczyna, która potrafi śmiać się z siebie. Niewiele się w tej książce dzieje, a czytelnik oczekujący nagłych zwrotów akcji raczej się rozczaruje. Niemniej, całość skrzy się dowcipem, każda postać, nawet drugoplanowa, sprawia wrażenie rzeczywistej, i trudno nie polubić nawet największych snobów. Nancy Mitford potrafi spojrzeń na każdego w czuły sposób, bezlitośnie obnażając jego słabostki, a jednocześnie mu je wybaczając i sprawiając, że i my o nich zapominamy.

W tle zaś mamy wielki świat. Wystawne przyjęcia, bale, kolacje u oksfordzkich akademików, wizyty u fryzjerów, nieudane podwieczorki. Świat rodem z Downton Abbey, ale dużo bardziej ludzki, zwyczajny. Tak jak w scenie, w której Fanny, Polly i jej matka, lady Montdore, wracają ze ślubu przyjaciółki. Na dworze pada, ale, jak pisze Fanny, „szofer okrył nas wszystkie wielką niedźwiedzią skórą i podstawił ogrzewacz pod nasze srebrne giemzowe pantofelki”. Rozwodzi się jeszcze nad tym, jak przytulnie im było, po czym mówi:

„Lady Montdore ujęła to następująco:

– Uwielbiam siedzieć tutaj taka sucha i patrzeć, jak ci biedni ludzie mokną”.

Lady Montdore nie wie, co jest stosowne, jest tak przekonana o swojej wyjątkowości, że pojęcie taktu jest jej całkowicie obce. Jest męcząca i egotyczna, choć potrafi mieć złote serce. Pragmatycznie podchodzi do kwestii życiowych, podobnie zresztą jak większość bohaterów powieści. Wszystko kręci się wokół związków, ale miłość w wydaniu arystokratycznym jest, jak zresztą tytuł sugeruje, niezbyt gorąca.

„Nie wychodź za mąż za byle kogo, z miłości – przestrzegała [lady Montdore]. – Pamiętaj, że miłość nie trwa wiecznie, musi się skończyć, ale jeśli poślubisz to wszystko, będziesz to miała do końca życia. Nie zapominaj, że pewnego dnia będziesz w średnim wieku, i pomyśl, jak czuje się kobieta, której nie stać na parę brylantowych kolczyków”.

„To wszystko” oznacza wszelkie dobra materialne, które dla bohaterów „Miłości w chłodnym klimacie” są najistotniejsze. Nikt się z tym nie kryje, co autorka bez krygowania się oznajmia. Nic nie jest tematem tabu i nic nie umyka bacznemu spojrzeniu lady Montdore. Fanny opisuje ją w sposób, który jest jednocześnie niezwykle trafionym podsumowaniem samej autorki. Piszę, że „była niezrównana, kiedy szło o wzięci pod lupę (…), nic nie umknęło jej świdrującemu oku, żadne też miłosierne zahamowania nie tonowały jej komentarzy na temat tego, co zaobserwowała”.

Taka właśnie jest sama Nancy Mitford. Nie każdemu się tak książka spodoba, ale jeśli lubicie słodkogorzkie, ironiczne spojrzenie na świat i nie odrzuca was na sam dźwięk słowa „hrabia” lub „książę”, „Miłość w chłodnym klimacie” powinna natychmiast wskoczyć na szczyt listy lektur na najbliższe miesiące.

Moja ocena: 6/6

Nancy Mitford "Miłość w chłodnym klimacie"

tłum. Aleksandra Ambros

Wydawnictwo Czytelnik 2018



piątek, 15 czerwca 2018

Zwróciłam na tę książkę uwagę ze względu na okładkę. Rzadko mi się to zdarza, zazwyczaj wybieram lektury bardzo starannie, czytając recenzje, sprawdzając autora. Tym razem wystarczył ptaszek i temat. Zresztą jak miałaby mnie nie zainteresować oparta na faktach opowieść o zapomnianej malarce ptaków z epoki wiktoriańskiej?

Powieść Melissy Ashley jest zresztą też w jakimś stopniu efektem przypadkowej fascynacji. Autorka zainteresowała się ptakami Australii, zaczęła je obserwować, i wreszcie przeczytała biografię wiktoriańskiego ornitologa, twórcy pierwszej monografii ptaków Australii. W niej natrafiła na wzmiankę o Elizabeth Gould - żonie rzeczonego badacza, która nie tylko towarzyszyła mu w wyprawie na Antypody, ale też stworzyła litografie do wszystkich jego dzieł i bardzo wydatnie przyczyniła się do jego sukcesu. Jej ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki, a dorobek zaiste imponujący - w ciągu dziesięciu lat spod jej pędzla wyszło 650 tablic. Okazało się jednak, że o jej życiu prawie nic nie wiadomo, pod jej litografiami podpisywał się także jej mąż, a biografowie Goulda ledwo o niej wspominają.

Melissa Ashley zaczęła więc zgłębiać temat, jeżdżąc do rozrzuconych po świecie archiwów i docierając do potomków Elizabeth. Efektem jest powieść, w której oczywiście sporo zostało przez autorkę dopowiedziane i wyobrażone, jednak zasadnicza historia oparta jest na faktach.

Elizabeth wyłania się z niej jako bardzo interesująca postać, pełna wewnętrznych sprzeczności. Z jednej strony matka licznej gromadki dzieci, najwyraźniej bardzo im oddana, z drugiej - porzuca je na długie dwa lata, by towarzyszyć mężowi podczas wyprawy jego życia. Preparuje z nim zwierzęta, maluje u boku Edwarda Leara, dyskutuje z Karolem Darwinem, hoduje egzotyczne ptaki. Robi to, co robiło wielu wiktoriańskich dżentelmenów.

Czy frustrował ją fakt, że cała chwała spływa na jej męża? Czy dopisanie jego inicjałów do jej ilustracji przyjmowała jako coś oczywistego? Czy rzeczywiście, tak jak sugeruje to autorka powieści, dostrzegała zagrożenie, jakie wiktoriańskie zbieractwo stanowi dla przyrody? Czy sprzeciwiała się zabijaniu zwierząt na użytek kolekcji? Mam wrażenie, że Melissa Ashley trochę za bardzo uwspółcześniła postać Elizabeth. Jej bohaterka ubolewa nad tym, jak wiele ptaków zabija jej mąż, obawia się, że jego chciwość może zagrażać przetrwaniu gatunków. Owszem, Elizabeth komentowała to w listach, ale autorka chyba trochę za dużo do tych komentarzy dopowiada. A może nie? Może to ja nie doceniam pani Gould?

"Malarka ptaków" przywraca pamięć o niezwykłej kobiecie i jej dokonaniach, i za to autorce należą się słowa uznania. Przyznam, że wolałabym przeczytać porządną biografię, a nie powieść, i po zakończeniu lektury zaczęłam szukać czegoś solidniejszego. Niestety, okazało się, że Elizabeth Gould nie doczekała się obszernego opracowania, tym cenniejsza więc wydaje się praca Melissy Ashley. Owszem, mam sporo zastrzeżeń do tej książki. Postaciom brakuje głębi, sama Elizabeth jest trochę zbyt cukierkowa, zbyt pozytywna. Z drugiej strony jednak wiktoriańska obsesja na punkcie gromadzenia okazów przyrodniczych odmalowana jest doskonale, a całość czyta się z przyjemnością. Przeglądam teraz ilustracje Elizabeth Gould (błogosławiony niech będzie internet), i nie wątpię, że będziecie robić to samo po lekturze!

Moja ocena: 4/6

Melissa Ashley "Malarka ptaków"

tłum. Agnieszka Wyszogradzka-Gaik

Wydawnictwo Czarna Owca 2018

poniedziałek, 07 maja 2018

Ojciec zaginionej nastolatki wraca do miejsca, w którym widziano ją po raz ostatni. Od tragedii minął rok. Nikt go tam nie chce, a prośby o pomoc w odnalezieniu córki spotykają się z niechęcią. Czym sobie na to zasłużył? I co stało się z Adą, która tak bardzo nie chciała jechać na wakacje z rodzicami, a potem z nich nie wróciła?

Z każdą kolejną książką Wojciech Chmielarz udowadnia, że jest bardzo dobrym pisarzem, którego po prostu trzeba znać. „Żmijowisko” to thriller psychologiczny z wątkiem kryminalnym w tle, a tym, co zazwyczaj nazywany tłem obyczajowym na pierwszym planie. Zaginięcie Ady jest tylko jednym punktem na osi tajemnic, skrywanych uczuć i występków. Śledzimy zarówno to, co do niego doprowadziło, jak i to, co było dalej. Na zmianę przenosimy się rok wstecz, by następnie wrócić do teraźniejszości, a od czasu do czasu dowiadujemy też tego, co działo się pomiędzy. W ten sposób prawda wychodzi na jaw powoli, mnożą się kolejne pytania. Wydaje nam się, że zaczynamy coś rozumieć, ale cóż z tego? Na końcu autor i tak wystrychnie nas na dudka. Zakończenie zostawi nas bez tchu, z mętlikiem emocji i refleksji.

Tytułowe Żmijowisko to miejscowość, dziura właściwie. Działa tu agroturystyka, której właściciele ledwie wiążą koniec z końcem. Kamila i Arek, rodzice Ady, przyjechali tu na doroczny zjazd znajomych Kamili ze studiów. Arek nie czuje się mile widziany. Ożenił się z Kamilą, bo przytrafiła im się Ada. Ciąża pokrzyżowała ich plany, ale ułożyli sobie jakoś życie. Niemniej kiedy dawny chłopak Kamili Robert przyjeżdża na zjazd z piękną, czarnoskórą dziewczyną, w dodatku modelką i celebrytką, zarówno Kamila, jak i Arek, czują zazdrość i niechęć.

Co ciekawe, to właśnie pół-Nigeryjka Adaoma stała się moją ulubioną postacią. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Autor w wiarygodny sposób buduje postać dziewczyny, która ma ambicje na coś więcej, niż przypadło jej w udziale, ale nie może wyrwać się ze świata, który przypadł jej w udziale. Targają nią rozterki, jest empatyczna i interesująca. Chmielarz nie zaniedbał też bohaterów drugoplanowych. Wszyscy są soczyści, wielowymiarowi i potrafią zaskoczyć. Może najmniej interesująca jest córka sąsiada, Sabina, która budzi fascynację syna gospodarzy Żmijowiska.

Żmije dawno już zniknęły z miejscowości, w której toczy się akcja, ale ludzie potrafią być równie jadowici, a rany, które sobie zadają, ślimaczą się latami. Lektura „Żmijowiska” potrafi zaboleć. Chmielarz pokazuje, jak straszne rzeczy potrafimy wyrządzić sobie z miłości i jak wiele ukrywamy, czasem nawet sami przed sobą. Koniecznie przeczytajcie.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz "Żmijowisko"

Wydawnictwo Marginesy 2018

piątek, 27 kwietnia 2018

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie przekonanie, że czasem trzeba pozwolić się wypchnąć ze strefy komfortu i zmierzyć z tematem, który zaboli i wstrząśnie. Powiedzieć, że lektura debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta wstrząsa, to nic nie powiedzieć. Ta książka chwyta za gardło i ciska czytelnikiem o ścianę, a potem robi to znowu, po wielokroć. Chcemy ją odłożyć, ale jesteśmy zahipnotyzowani, bo Tallent potrafi utrzymać naszą uwagę. Przeplata sceny straszne lżejszymi, nawet zabawnymi, i od pierwszych stronach odmalowuje swoją bohaterkę w taki sposób, że żal nam jest ją porzucić.

Turtle ma 14 lat. Mieszka w północnej Kalifornii, w starym domu na wzgórzu. Ma tylko ojca, który jest przekonany, że koniec świata się zbliża, należy więc być na niego przygotowanym. Nauczył córkę sztuki przetrwania w lesie, wieczorami czyszczą razem broń. Ojciec próbuje pomagać córce w zadaniach domowych, a nocami ją gwałci.

„Moja Najdroższa” to historia skomplikowanej relacji córki do krzywdzącego ją ojca-socjopaty. Turtle przejawia coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Ojciec jest dla niej całym światem, wydaje jej się, że go kocha, ich wspólne życie wydaje jej się jedynym prawdziwym. Jej więź z przyrodą jest niesamowita. W lesie zachowuje się jak drapieżnik, bezszelestnie porusza się po ciemku, potrafi zdobyć pożywienie i znaleźć schronienie. Czasem znika na dłużej i zastanawia się, co by było, gdyby nie wróciła. Podczas jednej z takich eskapad poznaje dwóch chłopców, w przez znajomość z nimi inne życie.

Martin, ojciec Turtle, jest przerażająco inteligentnym psychopatą. W pewnym momencie mówi do córki:

Otóż nie mamy żadnych dowodów na to, że inni ludzie są świadomi i żywi tak jak my. Wiemy to tylko o samych sobie, bo bezpośrednio poznajemy własne myśli, emocje, to nieopisywalne poczucie, że żyjemy, ale nie potrafimy doświadczać świadomości innych. I dlatego… dlatego nie mamy pewności, czy oni żyją, naprawdę żyją, i doświadczają życia tak jak my.

Wychowana w taki sposób dziewczynka, przeświadczona, że ból jest niezbędnym elementem każdego treningu, że aby przetrwać, trzeba przekroczyć granice (ojciec znęca się nad nią fizycznie i psychicznie, czyniąc z tego element szkolenia), jest jednak zdolna do empatii. Kiedy w jej otoczeniu pojawi się mała dziewczynka, Turtle w pewnym momencie myśli: „nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić”. Jest przekonana, że to tylko myśl, całkowicie nieprawdziwa, ale „podoba jej się. Cieszy się, gdy sobie wyobraża, że mogłaby być osobą zdolną do takich słów”. Ratując dziewczynkę, ocaliłaby niejako samą siebie.

Tallent tworzy rozbudowane opisy przyrody i uczuć Turtle, które są tak napisane, że nie sposób się od nich oderwać. Historia, którą opowiada, jest straszna, a jednocześnie w jakiś sposób odrealniona, przez co łatwiej ją znieść. Chwilami miałam wrażenie, że to tylko jakaś okrutna gra, wszystko było zbyt graficzne i zbyt malownicze. Szarpana sprzecznymi uczuciami Turtle nienawidzi ojca, a jednocześnie cały czas go usprawiedliwia i nie wyobraża sobie życia bez niego. Myśli:

Musisz być dla mnie twardy, bo nie daję sobie z sobą rady, a ty każesz mi robić to, co naprawdę chcę robić, ale sama nie potrafię. No ale... ale czasem nie jesteś dość ostrożny... Jest w tobie jakiś brak (...).

Tallent próbuje uczynić go bardziej zrozumiałym, wspomina o jego rozterkach i przeszłości, ale moim zdaniem nie przynosi to żadnego skutku. Jedyną postacią, która się liczy i którą uczymy się naprawdę rozumieć jest Turtle. Chłopcy, ojciec, dziewczynka – to tylko statyści, którzy popychają Turtle do zmian. Tak naprawdę powieść jest o niej, o jej dojrzewaniu i przemianie.

Pobrzmiewają w „Mojej Najdroższej” echa Cormaca McCarthy’ego, a osoby oczytane w dziełach osiemnastowiecznych filozofów na pewno zauważą odniesienia do traktatów Johna Smitha, a także wpływy Kanta i Hume’a. Pojawia się Miasteczko Middlemarch, a jeden ze szkolnych kolegów Turtle ma na imię Rilke. Forma nawiązuje do osiemnastowiecznej Bildunsroman. To powieść bogata w aluzje i znaczenia.

Warto przeczytać, chociaż teraz chciałabym tę książkę wyrzucić z pamięci możliwie jak najszybciej. Będę jednak czekać na kolejną książkę autora, myślę, że warto będzie go mieć na oku, bo potrafi pisać przewrotnie, sprawnie i kontrowersyjnie.

Moja ocena: 5/6

Gabriel Tallent "Moja Najdroższa"

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018



niedziela, 22 kwietnia 2018

Amerykańska premiera książki Hilary Jordan, nad którą autorka pracowała podobno aż siedem lat, miała miejsce w tygodniu wyborów prezydenckich w USA. Fotel prezydenta objął wówczas Barack Obama. Polskie wydanie ukazuje się w zupełnie innej rzeczywistości. Warto o tym pamiętać, jeśli czytając tę opowiadającą o amerykańskim Południu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku powieść będzie nam się zdawało, że teraz jest już inaczej.

"Błoto" to bardzo dobry przykład tzw. literatury środka, o której dyskutowaliśmy niedawno na Facebooku i Instagramie przy okazji premiery "Między falami". To powieść, która łączy w sobie dość ambitne podejście do tematu (narracja na wiele głosów, metafora błota przewijająca się przez cały tekst, trudny temat) z czymś, co po angielsku nazywa się readability, a po polsku, z braku zgrabnego słowa, określamy przymiotnikiem wciągający.

Laura McAllan wychodzi dość późno za mąż i za mężem wyjeżdża na południe Stanów, by tam spróbować szczęście na własnej farmie. Szczęścia próbuje Henry, ona haruje, toczy nierówną walkę z oblepiającym wszystko błotem i próbuje się odnaleźć w nieoswojonej rzeczywistości. Z wojny wracają kolejni bohaterowie -  młodszy brat Henry'ego, Jamie, i czarnoskóry Ronsel. Ronsel jest bohaterem wojennym, ale na Południu wciąż rządzonym przez prawa Jima Crowa liczy się kolor skóry, a nie bohaterstwo. Obaj mężczyźni zawierają przyjaźń, której inni nie będą w stanie zaakceptować.

Jordan prowadzi narrację wielogłosowo, każdego z bohaterów obdarzając inną melodią języka. Z tej poszatkowanej opowieści rodzi się wiele pytań. Laura, najważniejsza z postaci, mówi tak:

"Początki to momenty trudne do uchwycenia. Czasami myślimy, że udało nam się do nich dotrzeć, ale wtedy wystarczy spojrzeć wstecz i widzi się jeszcze wcześniejszy początek".

Częste powroty do przeszłości , zmiany głosu narratora umożliwiają skondensowanie skomplikowanej i trudnej historii do stosunkowo niewielkiej objętościowo książki. Tytułowe błoto oblepia w niej buty i wbija się pod paznokcie bohaterów, ale jest też metaforą brudu, w którym wszyscy grzęzną. Zresztą jest to metafora niepokojąco aktualna.

"Błoto" nie jest jednak tylko opowieścią o razismie i uprzedzeniach. To także historia miłości, dramatycznych wyborów lub inercji, konsekwencji naszych działań i zaniechań. Nie jest to historia oczywista. Jamie mówi zresztą w pewnym momencie: "Czasami wyrządzanie zła jest konieczne. Czasami jest to jedyny sposób, żeby przywrócić dobro". Jordan zgrabnie prowadzi narrację, a jej bohaterowie zmierzają ku nieuniknionej tragedii. Mniej więcej od połowy książki trudno się oderwać od lektury. Trochę szkoda, że zapomina przy tym o wielowymiarowości niektórych postaci. Bywają zbyt jednoznaczne, anielskie lub nienawistne. Jest to jednak drobna słabość, "Błoto" bowiem czyta się znakomicie, a emocje towarzyszące podczas lektury prędko nie opadają.

Polecam gorąco, a sama mam zamiar obejrzeć wkrótce ekranizację, podobno znakomitą. Oglądaliście albo czytaliście? Podzielcie się opiniami!

Moja ocena: 5/6

Hillary Jordan "Błoto"

Tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko

Wydawnictwo Otwarte 2018



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...