Blog > Komentarze do wpisu

Rok w mongolskiej wiosce

   Końcówka roku jest dla mnie bardzo udana, jeśli chodzi o lektury. Moje własne półki kryją prawdziwe skarby, a wyciąganie książek trochę na chybił trafił okazuje się całkiem skuteczną taktyką. Wybór książki roku, którego będę musiała dokonać już wkrótce, staje się coraz trudniejszy.

"Hearing birds fly" Louisy Waugh to opowieść angielskiej dziennikarki, która wybrała się niegdyś w podróż po Azji i choć w Mongolii spędziła wówczas zaledwie kilka dni, kraj ten zafascynował ją na tyle, że po latach postanowiła wrócić tam na dłużej. Dwa lata mieszkała w stolicy kraju, Ułan Bator, pracując w redakcji lokalnej gazety. Jej marzeniem jednak było poznanie życia nomadów i bliższe przyjrzenie się dzikiemu krajobrazowi, który ją niegdyś tak zaczarował. Pracujący dla Korpusu Pokoju znajomy powiedział jej o Tsengel, niewielkiej wiosce na zachodnich krańcach Mongolii, której naczelnik chciałby zatrudnić nauczyciela angielskiego. Louisa wysłała telegram na adres poczty w Tsengel z zapytaniem o tę posadę i po kilku tygodniach dostała zwięzłą odpowiedź: Potrzebujemy nauczyciela. Przyjedź do wioski. Abbai.

Louisa przyznaje, że jest dziewczyną z miasta. Lubi rozrywkę, dobre jedzenie i wygodę, nienawidzi pracy fizycznej, potu i brudu. A jednak zdecydowała się spędzić rok w miejscowości, która liczy sobie zaledwie tysiąc mieszkańców, w której elektryczność pojawia się od czasu do czasu, nie ma bieżącej wody, centralnego ogrzewania i absolutnie żadnych udogodnień. Wyjechała do najbardziej na zachód wysuniętej osady w Mongolii i zakochała się w dzikich górach i ich mieszkańcach.

"Hearing birds fly" to całkowicie pozbawiona sentymentalizmu opowieść o Tsengel i ludziach, którzy zamieszkują ten opuszczony kawałek świata. Przeprowadzka w takie miejsce mogła nosić znamiona romantycznej przygody, jednak rzeczywistość okazała się całkowicie nieromantyczna. Louisa musi nauczyć się troszczyć o siebie i początkowo zwykłe, codzienne czynności, takie jak przyniesienie sobie wody z rzeki, narąbanie drewna na opał i przygotowanie jedzenie, pochłaniają całą jej energię. Zimą temperatury spadają tu do -48°C, a Louisa mieszka w jurcie. Do jedzenia jest tylko baranina, nie ma żadnych owoców i warzyw, zaś nabiał dostępny jest jedynie latem. Kolejną niespodzianką jest bariera językowa. Louisa opanowała doskonale mongolski podczas dwóch lat spędzonych w Ułan Bator, jedna w Tsengel Mongołowie stanowią mniejszość. Większość mieszkańców to Kazachowie, posługujący się językiem kazachskim, drugą grupę stanowią Tuwińcy (pochodzący z Republiki Tuwy, jednej z malutkich republik Federacji Rosyjskiej), którzy również mają swój język. Louisa nie potrafi zrozumieć żadnego z tych języków, w dodatku szybko się przekonuje, że wieś jest podzielona również kulturowo, a Kazachowie i Tuwińczycy, których kultura zbliżona jest do mongolskiej, żyją w opozycji. Mieszkająca z tuwińską rodziną Louisa odkrywa, że traci wszelkich przyjaciół wśród Kazachów, i że jeśli chce poznać kulturę obu społeczności, będzie musiała podzielić swój czas w wiosce pomiędzy obie grupy.

Głównymi bohaterami książki są właśnie mieszkańcy Tsengel. "Hearing birds fly" przewyższa w tym względzie o głowę większość książek podróżniczych - w ciągu roku spędzonego w tej zamkniętej społeczności autorka poznaje jej członków z dobrych i złych stron i opisuje ich przenikliwie i dokładnie. Ich nieprawdopodobna otwartość i gościnność sprawiają, że zostaje uznana za członka rodziny, i to najpierw przez rodzinę tuwańską, a następnie kazachską. Jeździ z nimi w odwiedziny do mieszkających w samotnych chatkach w górach krewnych, wysłuchuje ich zwierzeń, bierze udział w tradycyjnych świętach, gotuje, sprząta, nosi wodę, bawi dzieci, a przy okazji uczy angielskiego w miejscowej szkole. Latem, gdy wieś pustoszeje, a większość mieszkańców przenosi się do jurt postawionych na górskich pastwiskach, Louisa zostaje zaproszona przez swoich przyjaciół do spędzenia tych miesięcy z nimi. Pasie z nimi owce, co kilka tygodni przenosząc się w nowe miejsce, robi sery, filcuje wełnę i pracuje ciężej niż kiedykolwiek w życiu, ale za to po kilku tygodniach nestorka rodu nazywa ją "córką".

Tsengel i otaczające je surowe góry w opowieści Waugh stają się krainą okrutną, ale pełną magii. Autorka bezlitośnie analizuje brak perspektyw, brak pracy, specyficzną kulturę, w której większość obowiązków wykonują kobiety, mężczyźni zaś, o ile nie mają pieniędzy do zainwestowania w samochód lub stada bydła do oporządzania, nie mają do roboty nic i zapełniają sobie dni pijąc tanią wódkę lokalnej produkcji. Jednocześnie jednak poznaje ludzi, którzy całe życie spędzili na tych górskich łąkach i nie pragną niczego więcej. Niestraszna im ciężka praca, żyją w warunkach, które dla nas byłyby wręcz niewyobrażalne, ale za drzwiami swoich jurt mają przestrzeń, góry i wiatr.W mroźny zimowy dzień, gdy zamarznięta rzeka lśniła w słońcu, w szkole opatuleni w futra nauczyciele gromadzili się w parnej kuchni będącej jedynym ciepłym pomieszczeniem, zaś po pracy wędrowali z jednego domu do drugiego, wszędzie wypijając ogromne ilości gorącej herbaty, plotkując i śmiejąc się, Louisa pisze: "W dni takie jak ten, czarodziejskie, przejrzyste i mroźne, nie było miejsca na ziemi, w którym chciałabym być bardziej niż tutaj."

Siedząc w ciepłym mieszkaniu, z kubkiem gorącej herbaty w ręku, chętnie bym się z nią zamieniła. Jej opowieść wzbudza we mnie tęsknotę za nieznanym, za tym, żeby zmierzyć się z miejscem i światem całkowicie obcym i zostać tam przyjętym za swego. A skoro chwilowo nie mogę tego zrealizować, to cieszę się, że wpadła mi w ręce tak książka, tak obrazowo odmalowująca nieznany kawałek świata.

"Hearing birds fly" dostało nagrodę The Royal Society of Literature Ondaatje Prize, przyznawaną książkom najlepiej oddającym "ducha danego miejsca". Gdyby nie to, zapewne przegapiłabym tę książkę w kartonie z książkami za 50p - tyle jest książek podróżniczych, że czasami trudno znaleźć wśród nich prawdziwe perełki. Książka Waugh przenosi nas w świat obcy i fascynujący, czyni to w sposób szczery, dosadny i pozbawiony sentymentalizmu, a jednocześnie tak, że trudno nie poddać się magii życia wśród nomadów.

Moja ocena: 6/6

czwartek, 27 grudnia 2012, padma

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/12/27 15:50:28
Recenzja jest zachęcająca do lektury :-)
Pozdrawiam!
-
2012/12/27 23:49:27
Nie wiem jak pani Louisa, ale ty piszesz tak, że człowiek chce od razu do Mongolii - chociaż te jurty trochę mnie ostudziły, przyznaję ;)
Pozdrawiam
-
2012/12/28 01:07:13
inwentaryzacja krotochwil - Hihi, powinnam pobrać prowizję o mongolskiego ministerstwa tyrystyki, jeśli takowe posiadają;) Jurty są całkiem wygodne i ciepłe - miałam okazję nocować w jurcie u kirgiskiej rodziny. Na zewnątrz było poniżej zera, ale w środku było ciepło, w dodatku okryto nas tyloma kołdrami, że to był jeden z najcieplejszych noclegów:) Gorzej rano, gdy piecyk wygasł;) Mnie bardziej studzi dieta - nie przeżyłabym nawet kilku tygodni bez żadnych warzyw i owoców, a z książki wynika, że w Tsengel warzywa pojawiały się raz w roku na kilka tygodni, i były to tylko ziemniaki;) A tak nie na temat - masz uroczy nick:)
-
Gość: jachu, *.tktelekom.pl
2012/12/28 14:41:14
tad.williams.prv.pl/ - po wejściu na stronę jest duży biało czerwony napis "konkurs", wystarczy kliknąć. Do wygrania wiele nagród książkowych :) Zapraszam!



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...