Blog > Komentarze do wpisu

Przetrwanie nie wystarcza - "Stacja Jedenaście" Emily St. John Mandel

Wracałam kilka dni temu z pracy i myślałam o tym, jaki świat jest piękny. Pogoda była daleka od ideału – tak naprawdę było posępnie, ciemno i mokro. Ludzie narzucali na głowę kaptury, próbując ochronić twarz przed mżawką. Niosłam ciężką torbę z zakupami i cieszyłam się życiem.

Sądzicie, że zwariowałam? Że przesadnie roztkliwiam się na myśl o nadchodzących świętach? A może zazdrościcie mi tego radosnego podejścia? Przeczytajcie „Stację Jedenaście” Emily St. John Mandel i też poczujecie czyste, niezmącone szczęście. Popatrzycie na szarobury świat za oknem i zachwycicie się jego pięknem.

„Stacja Jedenaście” opowiada bowiem o świecie, w którym nie ma tego wszystkiego, co my przyjmujemy za pewnik. Jej bohaterka tworzy listę rzeczy, których nigdy więcej nie zrobi. A więc: „Nigdy więcej nurkowania w podświetlonym na zielono basenie z chlorowaną wodą. (…) Nigdy więcej przyciągających ćmy lampek na ganku podczas letnich nocy. Nigdy więcej pociągów sunących pod powierzchnią miast, zasilanych oszałamiającą mocą trzeciej szyny. Nigdy więcej miast. (…) Nigdy więcej podświetlonych ekranów, kiedy ludzie podnoszą swoje telefony ponad tłum, żeby zrobić zdjęcie w czasie koncertu. Nigdy więcej koncertowych scen z jaskrawymi światłami, nigdy więcej muzyki elektronicznej, punka, gitar elektrycznych”.

Czy to wszystko naprawdę mogłoby zniknąć? Moglibyśmy stracić dostęp do prądu, do internetu, do aptek i dentystów? Miłośnicy powieści postapokaliptycznych znają mnóstwo scenariuszy, które mogłyby do tego doprowadzić. Kanadyjska pisarka wykorzystuje jeden z nich – wybuch ogólnoświatowej epidemii – do stworzenia urzekającej opowieści o tym, co w życiu jest naprawdę ważne.

Punkt wyjściowy nie jest specjalnie oryginalny. Pewnego dnia wybucha epidemia – wyjątkowo zjadliwy wirus wywołuje grypę, która zabija w ciągu 48 godzin od pierwszego zetknięcia z kimś zarażonym. W wyniku epidemii umiera 99% ludzi. Cywilizacja upada – ci, którzy potrafiliby obsługiwać jakiekolwiek urządzenia, zginęli; nieliczni, którzy przetrwali, zdani są sami na siebie.

„Stacja Jedenaście” nie jest jednak opowieścią o zagładzie. Epidemia jest tylko punktem wyjścia dla dużo bardziej oryginalnej historii, w której przeplatają się losy kilkorga bohaterów. Łączy ich niejaki Arthur Leander – hollywoodzki gwiazdor, który pada martwy na pierwszych stronach powieści. Emily St. John Mandel przeplata jednak plany czasowe, poznamy więc wcześniejsze losy Arthura i ludzi, którzy w jakiś sposób związali z nim swój los.

Głównym wątkiem powieści jest jednak to, co dzieje się dwadzieścia lat po epidemii. Miejscem akcji jest pogranicze Stanów Zjednoczonych i Kanady, zamieszkane teraz przez rozproszone grupki ludzi, którzy na różne sposoby próbują ułożyć sobie życie. Między tymi osadami wędruje niezwykły zespół – Podróżująca Symfonia, której członkowie, zamiast po prostu walczyć o przetrwanie, przemierzają okolice jeziora Michigan, wystawiając sztuki Szekspira. Na jednym z wozów wypisali swoje motto – pochodzące ze Star Treka zdanie: „Samo przetrwanie nie wystarcza”, i po prostu robią to, co kochają.

Jest wśród nich Kirsten, która była obecna przy śmierci Arthura, a teraz pielęgnuje pamięć o nim. Nie pamięta zresztą prawie nic innego – kiedy stary świat się skończył, miała zaledwie osiem lat. Zapomniała twarze swoich rodziców i choć wiedziała, jak wyglądało życie w dawnych czasach, nie była w stanie sobie niczego przypomnieć. Jej brat, który zmarł kilka lat po epidemii, twierdził, że niepamięć bywa błogosławieństwem, ona sama zaś nie chciała sobie przypomnieć, co działo się w pierwszym roku po epidemii.

Emily St. John Mandel w sposób hipnotyzujący snuje swoją opowieść o naszym świecie i o tym, co z niego zostało. „Stacja Jedenaście” nie jest typową powieścią postapo – świat po katastrofie jest wprawdzie przerażająco pusty, ale zarazem jest zaskakująco spokojny. Owszem, bywa niebezpieczny, a ci, którzy przetrwali, musieli robić straszne rzeczy, ale przyzwoitość i normalność nadal istnieją. Ludzie żyją nadal, bez swoich najbliższych, bez domów, sklepów, lekarzy, ale nadal rodzą dzieci, łączą się w niewielkie społeczności i wspierają. Bywa groźnie, gdy dane miejsce zostanie opanowane przez fanatyków religijnych, ale bywa też zaskakująco zwyczajnie. Najlepiej żyje się tym, którzy nie pamiętają tego, jak było wcześniej.

Ci, którzy pamiętają, szukają śladów starego świata, żeby ocalić je od zapomnienia. Kirsten zbiera wycinki z gazet, a w plecaku nosi ciężki przycisk do papieru. „Stacja Jedenaście” to elegia o świecie, który przeminął, pełna czułości, ale nieprzesadnie sentymentalna. Autorka zresztą świadomie unika ckliwości – jedna z jej bohaterek rysuje komiks, którego bohaterami są ostatni ludzie, którzy przeżyli katastrofę. W pewnym momencie wykasowuje przydługie stwierdzenie jednej z postaci, która wspomina swoje dawne życie, bo jest ono „za długie, zbyt melodramatyczne. Wymazała to i napisała: Patrzyłem na mój zniszczony dom i starałem się wymazać z pamięci słodycz życia na Ziemi”.

Dawno nie czytałam tak pięknej i mądrej książki. Co więcej – choć „Stacja Jedenaście” opowiada o końcu świata, jaki znamy, jej przesłanie jest zdecydowanie optymistyczne. Arthur i jego bliscy spędzili życie jakby w półśnie. Nie potrafili wejść w prawdziwe relacje, nie czerpali satysfakcji z pracy, nie czuli podekscytowania, inspiracji, dzikiej radości. Epidemia zabrała większość ludzi, jednak ci, którzy przeżyli, nauczyli się zachwycać tym, co im zostało. Z rozrzewnieniem wspominali lodówki, ale cieszyli się z drobnych radości. Przestało im wystarczać przetrwanie.

„Stacja Jedenaście” to postapokaliptyczna powieść, która nie opowiada o apokalipsie. Jej głównym tematem jest pamięć i zapomnienie, a także to, jak sztuka może pomóc nam przetrwać wszystko, co najgorsze. To lektura obowiązkowa, jednak z najlepszych książek roku, która wzbudziła zachwyt wśród krytyków i czytelników za oceanem, wyrażony między innymi nagrodą Arthura C. Clarke’a i nominacjami do National Book Award i PEN/Faulkner Award. Dajmy się i my zachwycić i uwieść.

Moja ocena: 6/6

Emily St. John Mandel "Stacja Jedenaście"

Tłum. Magdalena Lewańczyk

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

 

poniedziałek, 21 grudnia 2015, padma

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/12/21 09:04:21
Dopisałam sobie do listy. Kojarzyłam już wcześniej tytuł i okładkę, ale zastanawiam się teraz, jak mogłam wcześniej się nią bliżej nie zainteresować. Tylko dlaczego oryginalna okładka jest taka ładna, a polska taka brzydka? :(
-
2015/12/21 10:42:32
Ach, jaka cudna recenzja! Zgadzam się z Tobą i dla mnie również będzie to jedna z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Jest niezwykła, wyjątkowa...
-
2015/12/22 13:37:23
Mam w planie ale jeszcze nie zaczęłam. Tym z większą radością będę oczekiwać przyjemnej lektury:)



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...