środa, 27 czerwca 2018

Siostry Mitford, u nas prawie nieznane, były prawdziwymi celebrytkami w Wielkiej Brytanii w latach trzydziestych i do dzisiaj nie zostały zapomniane. Powieści Nancy Mitford, zwłaszcza „Pogoń za miłością” i „Miłość w chłodnym klimacie”, mają coraz to nowe wydania. Od kilku miesięcy czytam zbiór listów sześciu sióstr, przy czym muszę zaznaczyć, że trwa to tak długo nie dlatego, że idzie mi to z trudem, ale dlatego, że sobie tę uroczą, mądrą i pełną fantastycznych cytatów książkę dawkuję. A ponieważ „Miłość w chłodnym klimacie” ukazała się właśnie po polsku, stwierdziłam, że to dobra okazja, by wreszcie tę powieść przeczytać.

Zanim jednak zdradzę, czy mi się podobała, należałoby wyjaśnić, skąd wziął się szum wokół sześciu sióstr. W końcu niejedna arystokratyczna rodzina miała sporo córek, a że pisanie listów od zawsze należało do typowych arystokratycznych rozrywek, większość z nich może poszczycić się bogatą korespondencją, a niektóre także innymi próbami literackimi. Pochodzące z rodziny posiadającej tytuł szlachecki, choć nie bardzo znaczący, siostry Mitford, wsławiły się jednak licznymi skandalami, związkami z ważnymi postaciami i bardzo udanymi próbami literackimi.

Nancy została znaną pisarką, a jej powieści są inspirowane wątkami autobiograficznymi. Jej bliskim przyjacielem był Evelyn Waugh, z którym wymieniła setki listów. Jessica zrobiła karierę dziennikarską w Stanach, dokąd uciekła z poślubionym w sekrecie synem szwagierki Churchilla.  Diana była rodzinną pięknością, została faszystką, wzięła ślub w domu Goebbelsa, a gościem na uroczystości był Adolf Hitler. Przyjaźń z Hitlerem zawarła także Unity, ale po wybuchu wojny próbowała popełnić samobójstwo. Deborah wyszła za księcia Devonshire, tym samym wchodząc do jednej z najważniejszych rodzin angielskich. Zamieszkała w Chatsworth (w serialu BBC Chatsworth staje się siedzibą paną Darcy’ego – Pemberley), przestawała z rodziną królewską i z państwem Kennedy. Najmniej rzucała się w oczy Pamela, która prowadziła spokojne życie.

Trudno się więc dziwić, że siostry budziły zainteresowanie, tym bardziej, że wszystkie były doskonale wykształcone, oczytane i błyskotliwe. Powieści Nancy Mitford pozwalają nam się domyślać, jak mogło wyglądać ich życie, a na pewno stanowią wgląd w świat ludzi posiadających tytuły, ludzi, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia.

„Miłość w chłodnym klimacie” to lekka i urocza opowieść o Polly Hampton – pięknej córce najbardziej szacownej rodziny w okolicy, która długo nie przejawia inklinacji do małżeństwa, doprowadzając tym swoją matkę do rozpaczy, by znienacka oznajmić, że wychodzi za bardzo nieodpowiedniego mężczyznę. Załamani rodzice całe nadzieje przerzucają na nieznanego im kuzyna Polly, który stanie się dziedzicem ich majątku i tytułu. Cedric mieszka w Kanadzie, a przynajmniej tak im się wydaje, są więc pełni obaw co do jego ogłady i towarzyskiego potencjału. Kiedy jednak młodzieniec wkroczy na scenę, sprawi im niemałą niespodziankę.

Narratorką jest Fanny, przyjaciółka Polly, dużo bardziej konserwatywna, ironizująca, ale sympatyczna dziewczyna, która potrafi śmiać się z siebie. Niewiele się w tej książce dzieje, a czytelnik oczekujący nagłych zwrotów akcji raczej się rozczaruje. Niemniej, całość skrzy się dowcipem, każda postać, nawet drugoplanowa, sprawia wrażenie rzeczywistej, i trudno nie polubić nawet największych snobów. Nancy Mitford potrafi spojrzeń na każdego w czuły sposób, bezlitośnie obnażając jego słabostki, a jednocześnie mu je wybaczając i sprawiając, że i my o nich zapominamy.

W tle zaś mamy wielki świat. Wystawne przyjęcia, bale, kolacje u oksfordzkich akademików, wizyty u fryzjerów, nieudane podwieczorki. Świat rodem z Downton Abbey, ale dużo bardziej ludzki, zwyczajny. Tak jak w scenie, w której Fanny, Polly i jej matka, lady Montdore, wracają ze ślubu przyjaciółki. Na dworze pada, ale, jak pisze Fanny, „szofer okrył nas wszystkie wielką niedźwiedzią skórą i podstawił ogrzewacz pod nasze srebrne giemzowe pantofelki”. Rozwodzi się jeszcze nad tym, jak przytulnie im było, po czym mówi:

„Lady Montdore ujęła to następująco:

– Uwielbiam siedzieć tutaj taka sucha i patrzeć, jak ci biedni ludzie mokną”.

Lady Montdore nie wie, co jest stosowne, jest tak przekonana o swojej wyjątkowości, że pojęcie taktu jest jej całkowicie obce. Jest męcząca i egotyczna, choć potrafi mieć złote serce. Pragmatycznie podchodzi do kwestii życiowych, podobnie zresztą jak większość bohaterów powieści. Wszystko kręci się wokół związków, ale miłość w wydaniu arystokratycznym jest, jak zresztą tytuł sugeruje, niezbyt gorąca.

„Nie wychodź za mąż za byle kogo, z miłości – przestrzegała [lady Montdore]. – Pamiętaj, że miłość nie trwa wiecznie, musi się skończyć, ale jeśli poślubisz to wszystko, będziesz to miała do końca życia. Nie zapominaj, że pewnego dnia będziesz w średnim wieku, i pomyśl, jak czuje się kobieta, której nie stać na parę brylantowych kolczyków”.

„To wszystko” oznacza wszelkie dobra materialne, które dla bohaterów „Miłości w chłodnym klimacie” są najistotniejsze. Nikt się z tym nie kryje, co autorka bez krygowania się oznajmia. Nic nie jest tematem tabu i nic nie umyka bacznemu spojrzeniu lady Montdore. Fanny opisuje ją w sposób, który jest jednocześnie niezwykle trafionym podsumowaniem samej autorki. Piszę, że „była niezrównana, kiedy szło o wzięci pod lupę (…), nic nie umknęło jej świdrującemu oku, żadne też miłosierne zahamowania nie tonowały jej komentarzy na temat tego, co zaobserwowała”.

Taka właśnie jest sama Nancy Mitford. Nie każdemu się tak książka spodoba, ale jeśli lubicie słodkogorzkie, ironiczne spojrzenie na świat i nie odrzuca was na sam dźwięk słowa „hrabia” lub „książę”, „Miłość w chłodnym klimacie” powinna natychmiast wskoczyć na szczyt listy lektur na najbliższe miesiące.

Moja ocena: 6/6

Nancy Mitford "Miłość w chłodnym klimacie"

tłum. Aleksandra Ambros

Wydawnictwo Czytelnik 2018



piątek, 15 czerwca 2018

Zwróciłam na tę książkę uwagę ze względu na okładkę. Rzadko mi się to zdarza, zazwyczaj wybieram lektury bardzo starannie, czytając recenzje, sprawdzając autora. Tym razem wystarczył ptaszek i temat. Zresztą jak miałaby mnie nie zainteresować oparta na faktach opowieść o zapomnianej malarce ptaków z epoki wiktoriańskiej?

Powieść Melissy Ashley jest zresztą też w jakimś stopniu efektem przypadkowej fascynacji. Autorka zainteresowała się ptakami Australii, zaczęła je obserwować, i wreszcie przeczytała biografię wiktoriańskiego ornitologa, twórcy pierwszej monografii ptaków Australii. W niej natrafiła na wzmiankę o Elizabeth Gould - żonie rzeczonego badacza, która nie tylko towarzyszyła mu w wyprawie na Antypody, ale też stworzyła litografie do wszystkich jego dzieł i bardzo wydatnie przyczyniła się do jego sukcesu. Jej ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki, a dorobek zaiste imponujący - w ciągu dziesięciu lat spod jej pędzla wyszło 650 tablic. Okazało się jednak, że o jej życiu prawie nic nie wiadomo, pod jej litografiami podpisywał się także jej mąż, a biografowie Goulda ledwo o niej wspominają.

Melissa Ashley zaczęła więc zgłębiać temat, jeżdżąc do rozrzuconych po świecie archiwów i docierając do potomków Elizabeth. Efektem jest powieść, w której oczywiście sporo zostało przez autorkę dopowiedziane i wyobrażone, jednak zasadnicza historia oparta jest na faktach.

Elizabeth wyłania się z niej jako bardzo interesująca postać, pełna wewnętrznych sprzeczności. Z jednej strony matka licznej gromadki dzieci, najwyraźniej bardzo im oddana, z drugiej - porzuca je na długie dwa lata, by towarzyszyć mężowi podczas wyprawy jego życia. Preparuje z nim zwierzęta, maluje u boku Edwarda Leara, dyskutuje z Karolem Darwinem, hoduje egzotyczne ptaki. Robi to, co robiło wielu wiktoriańskich dżentelmenów.

Czy frustrował ją fakt, że cała chwała spływa na jej męża? Czy dopisanie jego inicjałów do jej ilustracji przyjmowała jako coś oczywistego? Czy rzeczywiście, tak jak sugeruje to autorka powieści, dostrzegała zagrożenie, jakie wiktoriańskie zbieractwo stanowi dla przyrody? Czy sprzeciwiała się zabijaniu zwierząt na użytek kolekcji? Mam wrażenie, że Melissa Ashley trochę za bardzo uwspółcześniła postać Elizabeth. Jej bohaterka ubolewa nad tym, jak wiele ptaków zabija jej mąż, obawia się, że jego chciwość może zagrażać przetrwaniu gatunków. Owszem, Elizabeth komentowała to w listach, ale autorka chyba trochę za dużo do tych komentarzy dopowiada. A może nie? Może to ja nie doceniam pani Gould?

"Malarka ptaków" przywraca pamięć o niezwykłej kobiecie i jej dokonaniach, i za to autorce należą się słowa uznania. Przyznam, że wolałabym przeczytać porządną biografię, a nie powieść, i po zakończeniu lektury zaczęłam szukać czegoś solidniejszego. Niestety, okazało się, że Elizabeth Gould nie doczekała się obszernego opracowania, tym cenniejsza więc wydaje się praca Melissy Ashley. Owszem, mam sporo zastrzeżeń do tej książki. Postaciom brakuje głębi, sama Elizabeth jest trochę zbyt cukierkowa, zbyt pozytywna. Z drugiej strony jednak wiktoriańska obsesja na punkcie gromadzenia okazów przyrodniczych odmalowana jest doskonale, a całość czyta się z przyjemnością. Przeglądam teraz ilustracje Elizabeth Gould (błogosławiony niech będzie internet), i nie wątpię, że będziecie robić to samo po lekturze!

Moja ocena: 4/6

Melissa Ashley "Malarka ptaków"

tłum. Agnieszka Wyszogradzka-Gaik

Wydawnictwo Czarna Owca 2018

poniedziałek, 07 maja 2018

Ojciec zaginionej nastolatki wraca do miejsca, w którym widziano ją po raz ostatni. Od tragedii minął rok. Nikt go tam nie chce, a prośby o pomoc w odnalezieniu córki spotykają się z niechęcią. Czym sobie na to zasłużył? I co stało się z Adą, która tak bardzo nie chciała jechać na wakacje z rodzicami, a potem z nich nie wróciła?

Z każdą kolejną książką Wojciech Chmielarz udowadnia, że jest bardzo dobrym pisarzem, którego po prostu trzeba znać. „Żmijowisko” to thriller psychologiczny z wątkiem kryminalnym w tle, a tym, co zazwyczaj nazywany tłem obyczajowym na pierwszym planie. Zaginięcie Ady jest tylko jednym punktem na osi tajemnic, skrywanych uczuć i występków. Śledzimy zarówno to, co do niego doprowadziło, jak i to, co było dalej. Na zmianę przenosimy się rok wstecz, by następnie wrócić do teraźniejszości, a od czasu do czasu dowiadujemy też tego, co działo się pomiędzy. W ten sposób prawda wychodzi na jaw powoli, mnożą się kolejne pytania. Wydaje nam się, że zaczynamy coś rozumieć, ale cóż z tego? Na końcu autor i tak wystrychnie nas na dudka. Zakończenie zostawi nas bez tchu, z mętlikiem emocji i refleksji.

Tytułowe Żmijowisko to miejscowość, dziura właściwie. Działa tu agroturystyka, której właściciele ledwie wiążą koniec z końcem. Kamila i Arek, rodzice Ady, przyjechali tu na doroczny zjazd znajomych Kamili ze studiów. Arek nie czuje się mile widziany. Ożenił się z Kamilą, bo przytrafiła im się Ada. Ciąża pokrzyżowała ich plany, ale ułożyli sobie jakoś życie. Niemniej kiedy dawny chłopak Kamili Robert przyjeżdża na zjazd z piękną, czarnoskórą dziewczyną, w dodatku modelką i celebrytką, zarówno Kamila, jak i Arek, czują zazdrość i niechęć.

Co ciekawe, to właśnie pół-Nigeryjka Adaoma stała się moją ulubioną postacią. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Autor w wiarygodny sposób buduje postać dziewczyny, która ma ambicje na coś więcej, niż przypadło jej w udziale, ale nie może wyrwać się ze świata, który przypadł jej w udziale. Targają nią rozterki, jest empatyczna i interesująca. Chmielarz nie zaniedbał też bohaterów drugoplanowych. Wszyscy są soczyści, wielowymiarowi i potrafią zaskoczyć. Może najmniej interesująca jest córka sąsiada, Sabina, która budzi fascynację syna gospodarzy Żmijowiska.

Żmije dawno już zniknęły z miejscowości, w której toczy się akcja, ale ludzie potrafią być równie jadowici, a rany, które sobie zadają, ślimaczą się latami. Lektura „Żmijowiska” potrafi zaboleć. Chmielarz pokazuje, jak straszne rzeczy potrafimy wyrządzić sobie z miłości i jak wiele ukrywamy, czasem nawet sami przed sobą. Koniecznie przeczytajcie.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz "Żmijowisko"

Wydawnictwo Marginesy 2018

piątek, 27 kwietnia 2018

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie przekonanie, że czasem trzeba pozwolić się wypchnąć ze strefy komfortu i zmierzyć z tematem, który zaboli i wstrząśnie. Powiedzieć, że lektura debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta wstrząsa, to nic nie powiedzieć. Ta książka chwyta za gardło i ciska czytelnikiem o ścianę, a potem robi to znowu, po wielokroć. Chcemy ją odłożyć, ale jesteśmy zahipnotyzowani, bo Tallent potrafi utrzymać naszą uwagę. Przeplata sceny straszne lżejszymi, nawet zabawnymi, i od pierwszych stronach odmalowuje swoją bohaterkę w taki sposób, że żal nam jest ją porzucić.

Turtle ma 14 lat. Mieszka w północnej Kalifornii, w starym domu na wzgórzu. Ma tylko ojca, który jest przekonany, że koniec świata się zbliża, należy więc być na niego przygotowanym. Nauczył córkę sztuki przetrwania w lesie, wieczorami czyszczą razem broń. Ojciec próbuje pomagać córce w zadaniach domowych, a nocami ją gwałci.

„Moja Najdroższa” to historia skomplikowanej relacji córki do krzywdzącego ją ojca-socjopaty. Turtle przejawia coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Ojciec jest dla niej całym światem, wydaje jej się, że go kocha, ich wspólne życie wydaje jej się jedynym prawdziwym. Jej więź z przyrodą jest niesamowita. W lesie zachowuje się jak drapieżnik, bezszelestnie porusza się po ciemku, potrafi zdobyć pożywienie i znaleźć schronienie. Czasem znika na dłużej i zastanawia się, co by było, gdyby nie wróciła. Podczas jednej z takich eskapad poznaje dwóch chłopców, w przez znajomość z nimi inne życie.

Martin, ojciec Turtle, jest przerażająco inteligentnym psychopatą. W pewnym momencie mówi do córki:

Otóż nie mamy żadnych dowodów na to, że inni ludzie są świadomi i żywi tak jak my. Wiemy to tylko o samych sobie, bo bezpośrednio poznajemy własne myśli, emocje, to nieopisywalne poczucie, że żyjemy, ale nie potrafimy doświadczać świadomości innych. I dlatego… dlatego nie mamy pewności, czy oni żyją, naprawdę żyją, i doświadczają życia tak jak my.

Wychowana w taki sposób dziewczynka, przeświadczona, że ból jest niezbędnym elementem każdego treningu, że aby przetrwać, trzeba przekroczyć granice (ojciec znęca się nad nią fizycznie i psychicznie, czyniąc z tego element szkolenia), jest jednak zdolna do empatii. Kiedy w jej otoczeniu pojawi się mała dziewczynka, Turtle w pewnym momencie myśli: „nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić”. Jest przekonana, że to tylko myśl, całkowicie nieprawdziwa, ale „podoba jej się. Cieszy się, gdy sobie wyobraża, że mogłaby być osobą zdolną do takich słów”. Ratując dziewczynkę, ocaliłaby niejako samą siebie.

Tallent tworzy rozbudowane opisy przyrody i uczuć Turtle, które są tak napisane, że nie sposób się od nich oderwać. Historia, którą opowiada, jest straszna, a jednocześnie w jakiś sposób odrealniona, przez co łatwiej ją znieść. Chwilami miałam wrażenie, że to tylko jakaś okrutna gra, wszystko było zbyt graficzne i zbyt malownicze. Szarpana sprzecznymi uczuciami Turtle nienawidzi ojca, a jednocześnie cały czas go usprawiedliwia i nie wyobraża sobie życia bez niego. Myśli:

Musisz być dla mnie twardy, bo nie daję sobie z sobą rady, a ty każesz mi robić to, co naprawdę chcę robić, ale sama nie potrafię. No ale... ale czasem nie jesteś dość ostrożny... Jest w tobie jakiś brak (...).

Tallent próbuje uczynić go bardziej zrozumiałym, wspomina o jego rozterkach i przeszłości, ale moim zdaniem nie przynosi to żadnego skutku. Jedyną postacią, która się liczy i którą uczymy się naprawdę rozumieć jest Turtle. Chłopcy, ojciec, dziewczynka – to tylko statyści, którzy popychają Turtle do zmian. Tak naprawdę powieść jest o niej, o jej dojrzewaniu i przemianie.

Pobrzmiewają w „Mojej Najdroższej” echa Cormaca McCarthy’ego, a osoby oczytane w dziełach osiemnastowiecznych filozofów na pewno zauważą odniesienia do traktatów Johna Smitha, a także wpływy Kanta i Hume’a. Pojawia się Miasteczko Middlemarch, a jeden ze szkolnych kolegów Turtle ma na imię Rilke. Forma nawiązuje do osiemnastowiecznej Bildunsroman. To powieść bogata w aluzje i znaczenia.

Warto przeczytać, chociaż teraz chciałabym tę książkę wyrzucić z pamięci możliwie jak najszybciej. Będę jednak czekać na kolejną książkę autora, myślę, że warto będzie go mieć na oku, bo potrafi pisać przewrotnie, sprawnie i kontrowersyjnie.

Moja ocena: 5/6

Gabriel Tallent "Moja Najdroższa"

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018



niedziela, 22 kwietnia 2018

Amerykańska premiera książki Hilary Jordan, nad którą autorka pracowała podobno aż siedem lat, miała miejsce w tygodniu wyborów prezydenckich w USA. Fotel prezydenta objął wówczas Barack Obama. Polskie wydanie ukazuje się w zupełnie innej rzeczywistości. Warto o tym pamiętać, jeśli czytając tę opowiadającą o amerykańskim Południu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku powieść będzie nam się zdawało, że teraz jest już inaczej.

"Błoto" to bardzo dobry przykład tzw. literatury środka, o której dyskutowaliśmy niedawno na Facebooku i Instagramie przy okazji premiery "Między falami". To powieść, która łączy w sobie dość ambitne podejście do tematu (narracja na wiele głosów, metafora błota przewijająca się przez cały tekst, trudny temat) z czymś, co po angielsku nazywa się readability, a po polsku, z braku zgrabnego słowa, określamy przymiotnikiem wciągający.

Laura McAllan wychodzi dość późno za mąż i za mężem wyjeżdża na południe Stanów, by tam spróbować szczęście na własnej farmie. Szczęścia próbuje Henry, ona haruje, toczy nierówną walkę z oblepiającym wszystko błotem i próbuje się odnaleźć w nieoswojonej rzeczywistości. Z wojny wracają kolejni bohaterowie -  młodszy brat Henry'ego, Jamie, i czarnoskóry Ronsel. Ronsel jest bohaterem wojennym, ale na Południu wciąż rządzonym przez prawa Jima Crowa liczy się kolor skóry, a nie bohaterstwo. Obaj mężczyźni zawierają przyjaźń, której inni nie będą w stanie zaakceptować.

Jordan prowadzi narrację wielogłosowo, każdego z bohaterów obdarzając inną melodią języka. Z tej poszatkowanej opowieści rodzi się wiele pytań. Laura, najważniejsza z postaci, mówi tak:

"Początki to momenty trudne do uchwycenia. Czasami myślimy, że udało nam się do nich dotrzeć, ale wtedy wystarczy spojrzeć wstecz i widzi się jeszcze wcześniejszy początek".

Częste powroty do przeszłości , zmiany głosu narratora umożliwiają skondensowanie skomplikowanej i trudnej historii do stosunkowo niewielkiej objętościowo książki. Tytułowe błoto oblepia w niej buty i wbija się pod paznokcie bohaterów, ale jest też metaforą brudu, w którym wszyscy grzęzną. Zresztą jest to metafora niepokojąco aktualna.

"Błoto" nie jest jednak tylko opowieścią o razismie i uprzedzeniach. To także historia miłości, dramatycznych wyborów lub inercji, konsekwencji naszych działań i zaniechań. Nie jest to historia oczywista. Jamie mówi zresztą w pewnym momencie: "Czasami wyrządzanie zła jest konieczne. Czasami jest to jedyny sposób, żeby przywrócić dobro". Jordan zgrabnie prowadzi narrację, a jej bohaterowie zmierzają ku nieuniknionej tragedii. Mniej więcej od połowy książki trudno się oderwać od lektury. Trochę szkoda, że zapomina przy tym o wielowymiarowości niektórych postaci. Bywają zbyt jednoznaczne, anielskie lub nienawistne. Jest to jednak drobna słabość, "Błoto" bowiem czyta się znakomicie, a emocje towarzyszące podczas lektury prędko nie opadają.

Polecam gorąco, a sama mam zamiar obejrzeć wkrótce ekranizację, podobno znakomitą. Oglądaliście albo czytaliście? Podzielcie się opiniami!

Moja ocena: 5/6

Hillary Jordan "Błoto"

Tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko

Wydawnictwo Otwarte 2018



wtorek, 27 marca 2018

Lubię wiedzieć, co na listach bestsellerów piszczy, i choć nie czytam większości książek, które okupują wysokie pozycje, od czasu do czasu sprawdzam, skąd się wzięła popularność jakiejś powieści. Zwłaszcza jeśli ta powieść jest kryminałem lub thrillerem, czyli doskonale się nadaje w charakterze odstresowywacza. Historia "Kobieta w oknie" może być uznana za modelową. Debiutujący autor pisze książkę, najczęściej thriller, o który wydawcy nagle zaczynają się zabijać. Książka trafia na listy bestsellerów w wielu krajach, a wszyscy zastanawiają się, dlaczego właśnie ta, a nie inna. Wyjaśnić tego nie umie chyba nikt, niewątpliwie jednak większość z takich tytułów to solidnie napisane, wyprowadzające czytelnika w pole powieści, które nie są może objawieniem, ale dają sporo przyjemności.

Tak właśnie było z "Kobietą w oknie". Polski wydawca wykonał dobrą promocyjną robotę, ale też materiał jest niezgorszy. Główną bohaterką jest Anna Fox, która mieszka sama w sporym domu na Manhattanie. Anna cierpi na agorafobię - boi się przestrzeni i nie wychodzi z domu, nie jest w stanie nawet otworzyć okna. Obserwuje świat zza szyby. Doskonale zna swoich sąsiadów, wyszukując informacje o nich w internecie. Anna pracowała kiedyś jako psycholog dziecięcy, teraz doradza na forum dla osób cierpiących na tę samą, co ona, chorobę.

Wszystko to czyni z niej doskonałą bohaterkę thrillera. Nie wychodząc z domu jest bardziej narażona. Nie będzie w stanie pobiec po pomoc, jeśli zajdzie taka potrzeba, nie zdoła dopytać kogoś obcego, kiedy będzie chciała się czegoś dowiedzieć. W dodatku łyka mnóstwo leków, zapija je obficie alkoholem, nie każdy uzna ją więc za wiarygodną.

Kiedy do domu obok wprowadzają się Russellowie - on, ona i zahukany szesnastolatek, świat Anny się zmieni. Zobaczy z okna coś, co nią wstrząśnie. Ale czy może być pewna tego, co widziała?

Ten zabieg fabularny bardzo przypomina scenę z "Dziewczyny z pociągu" - tam też bohaterka zobaczyła straszną scenę z okna. Anna jest jednak ciekawszą postacią niż Rachel. Da się lubić, intryguje i budzi współczucie. Chcemy wiedzieć, co przyczyniło się do jej choroby, dlaczego mąż i córka z nią nie mieszkają, a przede wszystkim - jak sobie poradzi.

Całość czyta się znakomicie, zwłaszcza że autor całkiem nieźle wodzi nas za nos. Wprawdzie przyznam, że kilka zwrotów akcji przewidziałam, ale być może za dużo się już tych thrillerów naczytałam. Albo miałam akurat przebłyski wyjątkowej bystrości? Zakończenie mnie za to zaskoczyło, zarwałam zresztą dla niego noc.

Z ciekawości sprawdziłam, kim jest autor, i okazuje się, że pod pseudonimem A. J. Finn ukrył się niejaki Daniel Mallory, redaktor w wydawnictwie, które "Kobietę w oknie" opublikowało. Przez lata walczył z depresją, mam wrażenie, że dobrze to wykorzystał tworząc postać Anny.

Pamiętajcie o tej książce, kiedy najdzie was ochota na coś bardzo wciągającego. Niech was nie odstrasza status bestsellera - nie wszystko z toplisty warto czytać, ale akurat "Kobietę w oknie" jak najbardziej.

Moja ocena: 4.5/6

A. J. Finn "Kobieta w oknie"

Tłum. Jacek Żuławnik

Wydawnictwo W.A.B. 2018

środa, 14 marca 2018

Czasami może się nam wydawać, że sporo wiemy na temat historii USA. Nie ma się co oszukiwać – miewam takie złudzenia. Zresztą to chyba nic dziwnego, zważywszy, że zdarza mi się prowadzić takie zajęcia. Na szczęście od czasu do czasu zdarza się reporter, który sprowadza mnie na ziemię, opowiadając historię ważną i straszną, o której prawie nic lub zupełnie nic nie wiedziałam.

Tak było z książka Davida Granna, którego talent wielbię odkąd przeczytałam „Zaginione miasto Z” (KLIK). Jego opowieść o tajemniczych zabójstwach Indian Osage, których nieszczęście polegało na tym, że znaleźli się wśród najbogatszych ludzi w Stanach, to taka soczewka, w której można zobaczyć spory kawałek historii, a co gorsza, także niepokojące odbicie teraźniejszości. Donald Trump podpisał przecież zgodę na poprowadzenie rurociągu w bezpośrednim sąsiedztwie rezerwatu Standing Rock, zamieszkanego przez Sjuksów, ignorując tym samym wielomiesięczne protesty Indian, święte dla nich miejsca pochówku ich przodków, a także ich bezpieczeństwo (rurociąg stworzy zagrożenie dla zasobów wody pitnej). Historia, którą opisuje Grann, jest bardziej dramatyczna, ale zasadniczo dotyczy tego samego – braku poszanowania dla mniejszości, traktowania ludzi o innym kolorze skóry z pogardą i nienawiścią, usprawiedliwianie zbrodni na nich popełnianych.

Przekleństwem Indian Osage stało się bogactwo, które – paradoksalnie – zawdzięczali białym. Podobnie jak inne plemiona, Indianie Osage byli stopniowo wysiedlani ze swoich ziem. Rząd Stanów Zjednoczonych dał im tereny, których nikt nie chciał – nieurodzajne i nieprzyjazne. Okazało się jednak, że pozornie bezwartościowe działki kryją w sobie wielkie zasoby ropy, a Indianie zaczęli pobierać opłatę za dzierżawę. Kwoty rosły, aż wreszcie Osagowie, ku wzburzeniu sporej części społeczeństwa, zostali milionerami.

I wtedy zaczęli ginąć. Od kuli, od nieznanej choroby, od trucizny. Ginęli także ci, którzy za bardzo interesowali się tajemniczymi zgonami.

W „Czasie Krwawego Księżyca” David Grann skupia się na historii jednej rodziny. Opowiada o tym, jak umierały siostry, ich mężowie i inne osoby z nimi związane. Nikt nie widział powiązań, śmierci wydawały się przypadkowe i niezwiązane ze sobą. Dopiero niejaki Tom White, agent działającego od niedawna Biura Śledczego, podjął śledztwo, nie spodziewając się zresztą, jak wiele trudności napotka.

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza opisuje smutne losy rodziny Mollie Burkhart, jednej z głównych bohaterek reportażu Granna. Druga, najobszerniejsza, skupia się na śledztwie White’a i na procesie. Wreszcie trzecia, współczesna, jest opowieścią reportera o zbieraniu materiałów, a także szokującym uzupełnieniem całej historii. Razem składają się w przerażającą opowieść o chciwości i wyrachowaniu.

„Czas krwawego księżyca” to reportaż historyczny, który czyta się jak powieść, zapominając, że to prawdziwa historia. Grann doskonale zrekonstruował żmudne i skomplikowane śledztwo, jego Tom White to bohater z krwi i kości – naiwny idealista, który popełnia błędy, ale wytrwale dąży do celu. Jednocześnie autor unika prostych osądów, szuka wyważonych słów na opisanie nawet największych drani. Wypatruje odcieni szarości nawet w najgłębszej czerni, ale nikogo nie usprawiedliwia.

To przerażająca opowieść, świetnie napisana i wstrząsająca. Poznajemy losy jednej rodziny, ale to tylko kropla w morzu przemocy, którego doświadczyli Osagowie. „Ta ziemia wciąż przesiąknięta jest krwią” – mówi jedna z rozmówczyń autora. Zarówno ona, jak i inni współcześni potomkowie ofiar wciąż szukają prawdy.

Moja ocena: 5/6

David Grann "Czas Krwawego Księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI"

Tłum. Piotr Grzegorzewski

Wydawnictwo W.A.B. 2018

niedziela, 25 lutego 2018

Chociaż sama zaproponowałam takie zestawienie, przyznam, że nie do końca podoba mi się takie postawienie sprawy. Owszem, wszystkie książki, które wymienię, czyta się w ten specyficzny, właściwy lekturze kryminałów, sposób. Mówiąc kolokwialnie – wciągają. O ile jednak w przypadku kryminałów intryga powstała w głowie autora lub autorki, o tyle wszystkie te reportaże bazują na ludzkich tragediach. Nie sięgamy po nie po to, żeby nas wciągnęły i żeby miło spędzić czas. Sięgamy po to, żeby dowiedzieć się tego, o czym bieżące przekazy medialne nie wspomniały. Po to, żeby spróbować zrozumieć.

Niemniej książki te czyta się „na jednym oddechu”. Być może tym bardziej dlatego, że opowiadają o czymś, co się zdarzyło, o prawdziwych ludziach i o dramatach, które stały się ich udziałem. Jeśli więc boicie się reportaży i omijacie ten gatunek szerokim łukiem, w przekonaniu, że nie jest dla was, być może jedna z poniższych książek przekona was, że warto zmienić zdanie?

Zacznę od tytułów, których na zdjęciu brak:

Ewa Winnicka „Był sobie chłopczyk”, Wydawnictwo Czarne 2017

W przypadku tej książki najłatwiej zrozumieć dylematy, o których wspomniałam powyżej. Straszliwa tragedia, która opisuje autorka, nie może nie poruszyć. Ponieważ jednak relacjonowały ją wszystkie tabloidy, możemy czuć obawy, sięgając po książkę reporterską. Czy nie będzie się ona ocierać o sensacyjność? Na szczęście tak nie jest, a książka Winnickiej jest najlepszym chyba przykładem na to, w jaki sposób reportaż może i chyba powinien objaśniać świat. Przedstawiając historię chłopczyka z Cieszyna, którego zwłoki wyłowiono ze stawu i który pozostał anonimowy przez dwa lata, z punktu widzenia policji, rodziców i innych członków rodziny, autorka próbuje pokazać nam sprawę na tyle wielostronnie, żebyśmy zrozumieli trochę więcej. I mimo że tak naprawdę nie da się chyba zrozumieć ani tego, że ktoś zabija własnego syna, ani tego, że dziadkowie, kuzyni, ciotki, przyrodnie rodzeństwo i sąsiedzi mogą przez dwa lata udawać (przed innymi i chyba też przed sobą), że wszystko jest w porządku i że w rodzinie nie zniknęło żadne dziecko, to „Był sobie chłopczyk” jest przede wszystkim opowieścią o tym, jak do tego doszło.

Rozpisałam się, z czego wynika, że powinnam poświęcić tej książce osobny wpis. Póki co zachęcam do zmierzenia się z nią.

Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów”, Wydawnictwo Czarne 2017

Tej książki chyba nie trzeba przedstawiać – uhonorowano ją Nagrodą Literacką Nike. Żyłam w PRL-u i teoretycznie dużo wiem o tym, jak wtedy było, a mimo to lektura reportażu o sprawie Grzegorza Przemyka wstrząsnęła mną. Uświadomiła mi ogrom aparatu, który tuszował takie przestępstwa. Niby wszystko wiadomo, a od lektury trudno się oderwać.

I dalej:

Truman Capote „Z zimną krwią”, tłum. Rudolf Krzysztof Filip, Dom Wydawniczy Rebis 2013

Pionierska książka, jedna z pierwszych reporterskich prób zrelacjonowania prawdziwej zbrodni. Capote opowiada o morderstwie czteroosobowej rodziny farmera z Kansas, relacjonuje nie tylko samą zbrodnię, ale też poszukiwanie sprawców, aż do ich egzekucji. Doskonale napisana książka, która ma to, co Hanna Krall nazywa nadwyżką – tę wartość dodaną, dzięki której reportaż nie jest tylko o tym, o czym jest.

Hampton Sides „Ogar piekielny ściga mnie”, tłum. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Czarne 2017

Pisałam już o tej książce, powtórzę się – opowieść o zamachu na Martina Luthera Kinga i o śledztwie oraz pościgu to doskonały reportaż historyczny. Ma wszystko, co trzeba – autor dotarł do imponującej liczby źródeł, przedstawił je w sposób arcyciekawy, z werwą opowiedział całą historię i przy okazji rozprawił się z wieloma mitami. Trudno odłożyć.

Carl Bernstein, Bob Woodward „Wszyscy ludzie prezydenta”, tłum. Piotr Tarczyński, Wydawnictwo Agora 2014

Historia słynnego dziennikarskiego śledztwa, które doprowadziło do ujawnienia afery Watergate. Jeśli mało wiecie o historii USA, warto przeczytać. Jeśli wiecie sporo – tym bardziej. To jedna z trudniejszych lektur na tej liście, jeśli chodzi o płynność czytania. Mnogość nazwisk i faktów sprawia, że łatwo się zgubić, warto robić sobie notatki. Niemniej, sama historia śledztwa porywa, tym bardziej, że opisują ją ci sami ludzie, którzy je prowadzili. Piszą sucho, tak jakby chcieli obalić własny mit. Ja jednak przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, choć ostrzegam, że to książka dla dociekliwych i wytrwałych. Jeśli jednak nie odstrasza ją drobiazgowość, jest duża szansa, że dacie się wciągnąć.

Åsne Seierstad „Jeden z nas”, tłum. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo W.A.B. 2015

Nie miałam ochoty czytać tej książki. Masakra na wyspie Utøya wycisnęła ze mnie już niejedną łzę, nie chciałam wiedzieć nic więcej o człowieku, który jej dokonał. Bardzo sobie jednak cenię Åsne Seierstad, która zresztą nie miała tej książki w planach. Zamówiono u niej artykuł, kiedy jednak zaczęła się zagłębiać w temat, przesiedziała dziesiątki godzin na sali sądowej, napisała książkę. O Breiviku, o ofiarach, a przede wszystkim o tym, jak przez lata dorastał w społeczeństwie, niejako wśród nas. Źle się czyta tę książkę, jej ciężar emocjonalny przygniata. Niemniej to doskonały reportaż, od którego trudno się oderwać i którego nie sposób zapomnieć.

Katherine Boo „Zawsze piękne”, tłum. Adriana Sokołowska – Ostapko, Wydawnictwo Znak 2013

Doskonała książka o życiu w slumsach Bombaju została nagrodzona National Book Award i zdobyła szereg nominacji, w tym do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Mam jednak wrażenie, że przesza u nas trochę bez echa. Autorka przez trzy lata mieszkała ze swoimi bohaterami, a jej reportaż pokazuje Indie nie od cukierkowej, egzotycznej strony. Trudno nie poczuć więzi z bohaterami i przerażenia na myśl o ich losie, a że książka jest świetnie, pięknie napisana, czyta się ją o wiele za łatwo.

Roman Cílek „Ja, Olga Hepnarová”, tłum. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera 2016

Dwudziestodwulatka wjeżdża ciężarówką w przystanek tramwajowy, zabijając stojących tam ludzi. Po chwili z niezmąconym spokojem oświadcza, że zrobiła to celowo. Skazano ją na karę śmierci – jako ostatnią kobietę w Czechach, a książkę o niej i o tym, dlaczego, czyta się jak thriller. I znowu, jak w kilku poprzednich – od początku wiadomo, jak się ta historia kończy, a mimo to nie można przestać czytać.

Kamil Bałuk „Wszystkie dzieci Louisa”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2017

Sensacyjna historia dawcy nasienia, który został ojcem baaardzo wielu osób w Holandii, jest przede wszystkim opowieścią o jego dzieciach. O poszukiwaniach, o dochodzeniu do prawdy, o odkrywaniu, że ma się wiele rodzeństwa, o którym się nie wiedziało. O tym, czy można być bratem / siostrą tak wielu odmiennych ludzi. Świetnie napisana, poszczególne części kończą się niespodziankami, których nie powstydziłby się scenarzysta dobrego serialu.

David Grann „Zaginione miasto Z”, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B. 2010

Jedna z moich ulubionych książek wszech czasów, nie wiem, czy to nie za jej sprawą tak bardzo polubiłam reportaże. Historia obsesji sprzed stu lat i wyprawy, mającej na celu wyjaśnienie zagadki zaginięcia wiktoriańskiego podróżnika w dżungli amazońskiej. Doskonała!

Dodalibyście coś do listy? Nie zmieściła mi się „Światu nie mamy czego zazdrościć” – nie mogłam się od niej oderwać i myślę o tym, żeby przeczytać ją ponownie. Nie zmieściło się „Niebo jest nasze” Koernera, wydane w serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne i choćby ze względu na temat niezwykle wciągające. Chętnie dowiem się, jaki reportaż was wciągnął, i to nawet wbrew trudnej tematyce?

środa, 21 lutego 2018

Kiedy nie chce mi się czytać, sięgam po kryminał. Ta metoda rzadko zawodzi, a jednak w ostatnich miesiącach nie zawsze działała. Dopóki nie popatrzyłam na świetne okładki dwóch książek Chmielarza, wydanych przez marginesy (jedno wznowienie i jedna nowość) i nie przypomniałam sobie, że już od dawna chciałam przekonać się, czy ten autor faktycznie tak dobrze pisze, jak ptaszki ćwierkają.

A dzisiaj, siedem czy osiem zarwanych nocy później, mogę się tylko bić w piersi, że tak długo czekałam.

Cykl kryminałów, których bohaterem jest Jakub Mortka, policjant z Warszawy, jest dobrze pomyślany i solidnie wykonany. Aż żal, że nie ma więcej części. Niby nie ma w nich nic wyjątkowego, ale w tym chyba leży ich siła. Mortka jest taki, jak należy - smutny, melancholijny, nie radzi sobie z byłą żoną, a jego życie jest mało poukładane. Jego koledzy są też, jak należy - czasem solidni, czasem nie, niektórzy coś kręcą, innym można ufać, chyba że tylko się tak wydaje. A w tle Warszawa i smętne realia komendy stołecznej.

Znalezione obrazy dla zapytania podpalacz chmielarzZaczyna się wszystko od "Podpalacza". Zgodnie z tytułem, ktoś podkłada ogień. W płomieniach stają domy jednorodzinne, niestety, niekoniecznie puste. Mortka na początku nie robi dobrego wrażenia. Trochę się miota, w irytujący sposób przypomina bohaterów kryminałów ze Skandynawii. Na szczęście z każdą kolejną stroną lubimy go bardziej, staje się bardziej nasz, taki zwyczajny, ale też intrygujący. I choć jego prywatne życie jest w rozsypce, w pracy okazuje się całkiem skuteczny. Jednocześnie nie jest to skuteczność w stylu rodem z Hollywood. Jesteśmy przecież w Polsce, kraju, w którym policja może i by chciała, ale nie bardzo ma jak. Mortka też by chciał, ale cóż z tego. Niektórzy jego koledzy nie są tak pełni zapału, jak on, zgarnia cięgi, wyciągając ich z łóżek. Podpalacz jest o krok przed nim, a komisarz błądzi, pyta ciągle o to samo, nie trafia na dobre tropy. W tle zaś dzielnica domków jednorodzinnych, podupadające biznesy, kapele, gwiazdki cała ta nasza siermiężność.

W "Farmie lalek" zostaje zesłany na wieś i gdzieś w Karkonoszach trafia na zwłoki kilku kobiet. W tej niewielkiej miejscowości nic się nigdy nie dzieje, takie odkrycie stanowi więc nie lada sensację. Oczywiście podejrzenia padają od razu na społeczność romską, która mieszka w pobliżu i nie cieszy się sympatią miejscowych. Co gorsza, trudno się z nimi dogadać - działają według własnego kodeksu honorowego, a współpraca z policją nie mieści się w jego ramach. Mortka, jako gość ze stolicy, jest tu traktowany jako autorytet, ale nie znaczy to, że poprowadzi śledztwo. O nie - taka duża sprawa jest okazją do wybicia się, nie można jej oddać obcemu.

Muszę powiedzieć, że była to jedyna część cyklu, podczas lektury której udało mi się dość wcześnie rozwiązać zagadkę kryminalną. Nie bawiłam się przez to dużo gorzej podczas lektury, tym bardziej, że "Farma lalek" jest bardzo mroczna i nastrojowa.

Mimo to ucieszyłam się, że w "Przejęciu" jesteśmy z powrotem w Warszawie. Co więcej, w tym tomie Mortka dostaje nowego partnera, a raczej partnerkę. Aspirantka Suchocka to uparta i rzeczowa kobieta, która Mortkę trochę denerwuje, a trochę chyba onieśmiela. Ja ją polubiłam, zwłaszcza że do idealnych nie należy i dość szybko okazuje się, że coś ukrywa. Afera, którą rozwiązują, okazuje się iście międzynarodowa, co łatwo zgadnąć już na początku, jako że pierwsze sceny powieści toczą się w Kolumbii. Ta zagadka była chyba najbardziej skomplikowana ze wszystkich, nie umiałam wpaść na żadną sensowną hipotezę. Nasi bohaterowie też się męczą, skrupulatnie prowadzą dochodzenie, zbierają materiał, pytają, rozmawiają i badają. I nic. Sporo śladów wydaje się prowadzić donikąd, czasem zaś policjanci po prostu zawalają sprawę. bardzo to wszystko życiowe i przez to wiarygodne, i to pomimo kolumbijskiego początku. Za "Przejęcie" otrzymał Chmielarz nagrodę Wielkiego Kalibru, myślę, że jak najbardziej zasłużenie.

Znalezione obrazy dla zapytania osiedle marzeń chmielarzCzęść czwarta i piąta są bardzo mocno powiązane. "Osiedle marzeń" pokazuje mroczną stronę zamkniętych osiedli. Morderstwo popełnione na młodej dziewczynie to zaledwie czubek góry lodowej. Jest niby ekskluzywnie, a tak naprawdę bardzo przaśnie, a i sama intryga wydaje się pasować do klimatu, w jakim żyjemy. Nawet gangsterzy są tu niby naprawdę, a jednak niedorobieni. Wyjątkowo poruszył mnie wątek grupki młodych chłopców, którzy są ambitni, chcą się nie tylko dorobić, ale wręcz wybić, i wybierają nie najlepszą drogę. Ich historia jest przejmująca, strach pomyśleć, jak łatwo młodzi ludzie bez perspektyw mogą pójść podobną ścieżką.

W "Osiedlu marzeń" pojawia się wiele wątków pootwieranych we wcześniejszych książkach. Niektóre zostaną domknięte dopiero w kolejnej części.

Najnowsze "Cienie" są bowiem bezpośrednią kontynuacją "Osiedla marzeń". Znowu zaczyna się od znalezienia zwłok, tym razem jednak z przytupem - podejrzanym jest były partner Mortki. Zarówno komisarz, jak i aspirantka będą mieli osobiste powody, żeby rozwikłać sprawę, a nie da się ukryć, że łatwo nie będzie. Współpraca okaże się trudna, komplikacje się namnożą, a czytelnik, na tym etapie bardzo już z bohaterami zżyty, nie pójdzie spać, póki nie dowie się, jak się to wszystko kończy.

Mortka jest już nieco inny. Wydaje się dojrzalszy, a może po prostu spokojniejszy, mniej rozedrgany. Czytają wszystkie części jedną po drugiej, z łatwością dostrzegłam te zmiany, i cieszyłam się z nich. Co ciekawe, nie stał się nudniejszy, wręcz przeciwnie - wydaje mi się, że jako bohater jest jeszcze ciekawszy, mniej sztampowy.

Warto więc czytać po kolei. Niektóre postaci przewijają się przez wszystkie części, często wspominane są wcześniejsze sprawy, nie warto odbierać sobie przyjemności, sięgając najpierw na przykład po "Cienie".

Dobrze, że takie książki u nas powstają. Ten cykl mógłby z powodzeniem święcić triumfy w Skandynawii, nam zaś podoba się tym bardziej, że oglądamy w nim Polskę - dziwną, trochę straszną, byle jaką, ale jednak znajomą i swojską. Gra tu wszystko - intryga, bohaterowie, tło. I choć "Cienie" wydają się zamknięciem całości, bardzo liczę na to, że Wojciech Chmielarz jeszcze zafunduje nam jakieś spotkanie (spotkania?) z komisarzem Mortką.

Moja ocena: 5/6

środa, 07 lutego 2018

Kilka lat temu zachwyciłam się książka Davida Granna "Zaginione miasto Z" (recenzja tutaj). Trudno mi więc było nie porównywać reportażu Douglasa Prestona do tamtej lektury. Nic dziwnego, że "Zaginione Miasto Boga Małp" mnie nie olśniło - mimo podobieństw nie jest to przecież ta sama, ani nawet taka sama książka, a podświadomie na to chyba liczyłam. Spróbuję jednak zachować obiektywizm, zwłaszcza że lektura sprawiła mi sporo przyjemności i gdybym nie znała książki Granna, nie byłabym raczej rozczarowana.

"Zaginione Miasto Boga Małp" to solidna relacja z wyprawy, która sama w sobie była naprawdę sensacyjna. Kto by się spodziewał, że w XXI wieku można jeszcze całkiem poważnie szukać ruin ogromnego miasta? Wydaje nam się, że kula ziemska jest już zbadana, jeśli ludzie nie docierają do jakiegoś jej zakątka, z pewnością został on dokładnie sfotografowany z satelity. A jednak w dżungli Hondurasu wciąż kryje się mnóstwo niespodzianek. To teren trudny do eksploracji, także dlatego, że kontrolują go kartele narkotykowe. O wężach, pająkach i chorobach roznoszonych przez owady nawet nie wspominam.

Co gorsza, dżungla jest tak gęsta, że dokładnie porasta starożytne ruiny, można stać metr od rzeźby, ściany lub ołtarza i ich nie zauważyć. Nic dziwnego, że od pokoleń krążą legendy o tym, że kryją się tam prawdziwe skarby.

Bohaterowie książki Prestona poświęcili sporą część życia na to, żeby odnaleźć Miasto Boga Małp. Pierwsza część książki to relacja historyczna - poznajemy ludzi, którzy twierdzili, że dotarli do ruin, ale nie potrafili tego udowodnić. Czytamy o szyfrach i sekretnych mapach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o kolejnych próbach, które się nie powiodły. Czekamy na relację z wyprawy pełnej niebezpieczeństw i niepewności. Napięcie jednak nie rośnie, współcześni odkrywcy korzystają z najnowszych technologii i miasta szukają z daleka, z powietrza, na fotografiach.

Ciekawie robi się dopiero w połowie książki, kiedy nasi bohaterowie trafiają do dżungli. Od tej części opowieści nie mogłam się wręcz oderwać. Niby wszystko toczyło się nieźle, ale jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że zaraz coś się wydarzy.

I faktycznie - najbardziej dramatyczna część książki dotyczy tego, co się działo po powrocie. Mimo że autor przeplatał swoją opowieść dość chaotycznymi wynurzeniami na temat przyczyn znikania wielkich cywilizacji, nie mogłam się oderwać od lektury. Przy okazji sporo się dowiedziałam, zarówno o tym, co może się przydarzyć, kiedy wrócimy z dżungli (nie wiem, czy nie wolałabym tego nie wiedzieć!), jak i o problemach współczesnego Hondurasu.

"Zaginione Miasto Boga Małp" nie jest tak pasjonującą lekturą, jak bym się spodziewała, ma słabe fragmenty i nieco dziwnie rozłożone napięcie. Na szczęście druga część książki ratuje sytuację. Zresztą może jakie czasy, takie wyprawy? Epoka romantyków już minęła, przyszła pora na solidnie przygotowanych, może nieco nudnawych, ale skutecznych miłośników nowych technologii? Chcąc być sprawiedliwa, muszę przyznać, że niektórzy uczestnicy wyprawy opisywanej przez Prestona całkiem przypominają dawnych zapaleńców. Warto przeczytać, choćby po to, żeby uwierzyć, iż nie wszystko zostało już odkryte i przebadane.

Moja ocena: 4/6

"Zaginione Miasto Boga Małp" Douglas Preston

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...