sobota, 28 marca 2015

Chciałam zacząć od tego, jak interesującą pisarką jest Sarah Waters. Wspomnieć o tym, że na rynku brytyjskim rzesze fanów czekają niecierpliwie na każdą jej kolejną powieść. Wyrazić żal, że choć wszystkie jej książki wydano po polsku, mało się o niej u nas mówi i pisze. I jeszcze większy, że kiedy już się mówi, to często szufladkuje się ją jako autorkę powieści lesbijskich. Ale zdecydowałam, że zacznę inaczej.

Od tego, co najważniejsze.

Natychmiast, ostatecznie jutro, sięgnijcie po najnowszą książkę Sary Waters. Otwórzcie „Za ścianą” i sprawdźcie, jak wygląda powieść doskonała. Taka, która ściska za gardło, czaruje obrazem świata, którego już nie ma, odpędza sen. Powieść, której zdaniem wielu angielskich krytyków (jak też i niżej podpisanej) nie powstydziłaby się Virginia Woolf.


Czy jest sens pisać coś jeszcze? Recenzować dzieło, któremu nie mam nic do zarzucenia, będzie trudno, tym bardziej, że jego fabuła kryje w sobie zwrot akcji, którego wyjawienie byłoby zbrodnią przeciwko czytelnikom (mam bowiem nadzieję, że każdy z was już w tej chwili planuje, kiedy czytelnikiem tej książki się stanie)! Zapewne jednak zjada was ciekawość (chyba że znudziły was moje mętne wywody i właśnie w tej chwili otwieracie zakupiony przed chwilą plik z książką w wersji elektronicznej). Przejdźmy więc do konkretów.

Jest rok 1922, czas zmian, który został niezwykle malowniczo przedstawiony w serialu „Downton Abbey” (tak, tak, to ma być kolejny wabik). Frances Wray i jej matka nie przypominają jednak w niczym bohaterów serialu. Kiedyś ich świat był inny – trzymały służbę, mieszkały w pięknym domu, nie martwiąc się o przyszłość. Jednak przyszła wojna, bracia Frances pojechali na front i zginęli, ojciec wpędził się w chorobę i umarł. Matka i córka zostały bez środków do życia, z wielkim, niewygodnym domem, pogrążone w żałobie i bezradne. Teraz decydują się na coś, co dawniej byłoby nie do pomyślenia – podnajmują część domu lokatorom.

Lokatorzy oznaczają bardzo wyczekiwany dochód, ale jednocześnie ich pojawienie się zakłóca bezpieczną rutynę domu pań Wray. Młodzi ludzie – Lilian i Leonard Barber, są kilka lat po ślubie. Są głośni, weseli nietaktowni. Kiedy zaś Frances odkrywa, z przerażeniem i zachwytem zarazem, że pani Barber budzi w niej dawno uśpione marzenia, uczucia i żądze, nic nie będzie takie samo. Lilian daje się uwieść, a czytelnikowi zaczyna się wydawać, że czyta lesbijski romans.

Sarah Waters potrafi jednak czytelnika zaskoczyć. Roztrzaskuje nasze oczekiwania w drobny mak, z podobną niedelikatnością obchodząc się ze swoimi bohaterami. Ze zgrozą obserwujemy, jak wszystko się rozpada – spokojne życie Frances, nadzieje Lilian, nasza wizja książki. Trzeba być ostrożnym, oddając się w ręce tej pisarki – wprawdzie jej ostatnie dwie powieści mogły uśpić naszą czujność, jednak Sarah Waters jest przecież autorką „Złodziejki”, w której jest więcej zaskakujących zwrotów akcji, niż w całej twórczości niejednego autora kryminałów. To pisarka, która nie oszczędza swoich bohaterów, karząc ich surowo za najmniejszą nawet słabość.

Po raz pierwszy od dawna musiałam użyć całej swojej siły woli, by nie zajrzeć na ostatnie strony. Czytałam w nerwach, mamrocząc pod nosem inwektywy pod adresem bohaterek, strofując je lub wzdrygając się, gdy były o krok od katastrofy. Waters najpierw bowiem budzi w nas sympatię dla swoich postaci, sprawia, że zaczynamy je rozumieć i z nimi współodczuwać, a następnie wprawia w wir machinę, która bezlitośnie obnaża ich wady. To opowieść o nieporozumieniach, o milczeniu, zaniechaniu, tchórzostwie i panice. To opowieść o tym, do czego może doprowadzić nas miłość.

Tło historyczne prawie nie istnieje, a przecież przez losy tych dwóch kobiet, które celowo lub przypadkiem próbowały swoją epoką wyprzedzić, mówią nam o tych czasach więcej, niż najbardziej szczegółowe opisy. To nie są czasy jazzu i szalonych imprez. To moment przejścia – stary świat się skończył, a nowy jest jeszcze bardzo odległy. Epoka, w której trudno jest być po prostu sobą, zwłaszcza jeśli się jest kobietą.

Sarah Waters napisała już dwie doskonałe powieści – „Złodziejkę” i „Muskając aksamit”. Przyniosły jej sławę, ale także łatkę autorki powieści o wiktoriańskich lesbijkach. Nie można powiedzieć, żeby jej ta łatka przeszkadzała – napisała nawet doktorat na temat literatury gejowskiej i lesbijskiej i wykłada ten przedmiot na uniwersytecie. Ostatnie dwie powieści były jednak swego rodzaju eksperymentami – „Pod osłoną nocy” wprawdzie także zawiera motyw miłości między kobietami, przede wszystkim jest jednak nieszablonowym obrazem życia w Londynie w czasie bombardowań, a także zabawą z narracją – historia opowiadana jest od końca do początku. „Ktoś we mnie” to z kolei próba odtworzenia klimatu powieści gotyckiej i zarazem jedyna książka Waters, w której nie występuje wątek dwóch kobiet. I choć obie te książki były nominowane do nagrody Bookera, nie zachwyciły wszystkich czytelników. „Za ścianą” to jednak powrót wielkiej Sary Waters. Nie przegapcie.


Moja ocena: 6/6



wtorek, 24 marca 2015

Chyba każdy słyszał o niani, która spadła z nieba. Kto nie czytał książek Pameli L. Travers, mógł widzieć adaptację Disneya albo chociaż film sprzed dwóch lat o tym, jak Disney namówił słynną autorkę na to, żeby pozwoliła przenieść Mary Poppins na ekran (Ratując pana Banksa). Jeśli jednak wasza znajomość z Mary Poppins ogranicza się do mglistych wspomnień z dzieciństwa i ewentualnie obejrzenia któregoś z filmów, możecie się mocno zdziwić, sięgając po książki. Powiem więcej - zdecydowanie powinniście po nie sięgnąć!

Mary Poppins nie jest bowiem żadną bajkową postacią, dobroduszną i wnoszącą promyk magii w szare życie rodziny Banksów. Mary to postać z pogranicza obu światów - realnego i magicznego, i jak to z przybyszami z innych światów bywa, niesie w sobie pierwiastek ciemności. Mówiąc krótko - jest postacią zdecydowanie niejednoznaczną, raczej zimną, oschłą, a nawet przerażającą. Dlaczego więc dzieci i dorośli tak bardzo ją pokochali?

Sięgnęłam po piękny tom zawierający wszystkie książki o Mary Poppins, nawet takie, których wcześniej na polski nie przetłumaczono, aby przypomnieć sobie, dlaczego ją uwielbiałam jako dziecko.Nastawiona byłam na sentymentalną i przyjemną lekturą, idealnie pasującą do wiosennej aury. Ze zdziwieniem przewracałam kolejne strony, coraz bardziej zafascynowana, nie mogąc uwierzyć, jak wybiórcza okazuje się pamięć. O ile bowiem sporo przygód rodzeństwa Banks zapisało się w niej trwale, zupełnie zapomniałam, jak kontrowersyjną postacią jest sama słynna niania. A może po prostu jako dziecko tego nie zauważałam?

Mary zostaje przyniesiona do domu Banksów przez wiatr. Dostaje z miejsca pracę, choć nie ma żadnych referencji. Od początku daje wszystkim do zrozumienia, że to ona robi im łaskę, pracując w ich domu. Dzieci są jednak zafascynowane - widziały, że przywiał ją wiatr, a gdy Mary idzie się rozpakować do ich pokoju, wjeżdża pod górę po poręczy. Maluchy od razu wiedzą, że jest w niej coś niezwykłego. Kiedy zaglądają do jej torby, wydaje im się pusta, po chwili jednak Mary wyciąga z  niej fartuch, mydło, perfumy, siedem flanelowych koszul nocnych i cztery bawełniane, pantofle, składane łóżko, pierzynę i kilka innych drobiazgów.

Screen z filmu

Już sam ten początek zwiastuje coś, co będzie cechą charakterystyczną wszystkich opowieści o Mary Poppins - są one zbudowane wokół paradoksów. Fakt, że niania wjechała pod górę po poręczy rozbudził w dzieciach mnóstwo oczekiwań. Zaglądając do jej torby, spodziewały się, że zobaczą w niej niezwykłe, magiczne przedmioty, tymczasem torba okazała się pusta. Kiedy pogodziły się już z rozczarowaniem, Mary z torby wyjęła łóżko! Wielbiciele Harry'ego Pottera mogą dostrzec analogię między tą zrobioną z dywanika torbą niani, a niewielką torebką Hermiony, w której mieścił się namiot i miecz.

Źródło

W życiu Banksów zawitała więc magia, a dzieci natychmiast przylgnęły do nowej niani. Ta jednak wcale tego sobie nie życzyła. Jest dla nich oschła i nieprzyjemna, często zwraca się do nich w sposób okrutny i niesprawiedliwy. Wokół niej dzieją się rzeczy niezwykłe, kiedy jednak mały Michaś próbuje którąś z nich wspomnieć w rozmowie, zostaje wyśmiany.

Mary jest nie tylko chłodna i zdystansowana - trudno znaleźć bardziej zapatrzoną w siebie osobę. Uważa się za chodzący ideał i często to podkreśla. Nie jest ładna, ale uwielbia wpatrywać się w swoje odbicie w szybie. Kiedy jej czas w domu na Czereśniowej dobiega końca, nie przejawia żadnego żalu. Dzieci płaczą, a ona spokojnie odchodzi.

Dlaczego więc tak ją uwielbiają? Czasem kary, które stosują, bywają naprawdę surowe - tak jak wtedy, gdy Janeczka zostawiona bez opieki w domu wchodzi w obraz namalowany na porcelanowym talerzu i ze zgrozą odkrywa, że być może nie będzie mogła wrócić. Z drugiej strony jednak w towarzystwie Mary nie sposób się nudzić - można niespodziewanie pojechać w podróż dookoła świata, znaleźć się w głębinach oceanu lub zjeść piknik pod sufitem, unosząc się w powietrzu. Można też zastanowić się nad naturą świata i tym, co sami o sobie wiemy. Przecież zajmuje się ona także malutkimi dziećmi, które pamiętają, gdzie były, zanim przyszły na świat! Nie wierzą, że kiedyś zdołają zapomnieć to, co wydaje im się najcenniejszym i najpiękniejszym wspomnieniem. A jednak - zaraz po pierwszych urodzinach wspomnienia znikają, a one stają się po prostu zwykłymi dziećmi.

Mary nie zapomniała. Jest kimś wyjątkowym, a sama Travers przyznała, że przy tworzeniu tej postaci inspirowała się mitologią indyjską, a zwłaszcza Upaniszadami. Znała je zresztą dzięki swojej przyjaźni z W. B. Yeatsem, który przełożył Upaniszady na język angielski.

Przyniesiona przez wiatr niania jest jak siddhi, duchowa moc, jak jogin, który staje się jednością z wiatrem i chmurą. Nie jest już zwykłym człowiekiem, zna tajemnice przed ludźmi ukryte.

Czyż można się więc dziwić temu, jak dziwnie i z dystansem potrafi się zachowywać Mary? Nie wiemy, ile dzieci już wychowała, wiemy jednak, że z tych bywa naprawdę dumna. Czasem przez jej twarz przemknie uśmiech, który zaraz zostaje stłumiony, czasem w jej oczach pojawia się iskierka dumy. Jednak Mary woli się nie spoufalać - wie, że jest z nimi tylko na chwilę. Nie jest jedną z nich. Musi być bardzo samotna w swojej wyjątkowości.

Opowieści Pameli L. Travers są popisem dzikiej wyobraźni autorki. Każda historia to nowa przygoda, zaś czytając je z perspektywy dorosłego trudno nie zauważać kolejnych aluzji do mitologii indyjskiej i greckiej, a także sytuacji, które mogą być pretekstem do wielu rozważań. Tak jak w ostatnim rozdziale "Mary Poppins w parku", kiedy to z okazji Halloween dzieci zauważają, że ich cienie postanowiły zrobić sobie spacer bez swoich właścicieli. Oczywiście, jedyny cień, który nie opuścił swojej właścicielki, to cień Mary, która następnego dnia zauważa z samouwielbieniem, że przecież jej cień nie miałby po co od niej uciekać. Dlaczego by nie zinterpretować tej opowiastki jako historii o tym, że każdy ma swoją cienistą stronę i że może ona czasem wędrować gdzieś bez naszego udziału? A może cień to po prostu cząstka nas, której nigdy wcześniej nie poświęciliśmy żadnej uwagi?

Wydawnictwo Jaguar przygotowało niezwykłe wydanie wszystkich książek o Mary Poppins. Umieszczone zostały w jednym, naprawdę imponujących rozmiarów tomie (902 strony). Wśród nich znalazły się dwie części wcześniej w Polsce nie wydane - "Mary Poppins w kuchni" i urocza "Mary Poppins od A do Z", którą warto jednak przeczytać w oryginale, choć i tłumaczenie jest naprawdę dobre - każda litera alfabetu dostaje swój rozdział, w którym większość słów zaczyna się na tę właśnie literę.

Lubię trzymać przy łóżku jakąś antologię, tomik poezji lub zbiór listów. Sięgam po nią wieczorami, czytając kilka stron przed snem. Przez ostatnie miesiące czytałam wieczorami Mary Poppins, ciesząc się każdym kolejnym rozdziałem. Liczyłam na magiczne przygody we śnie, niestety, na wizytę niani trzeba widocznie zasłużyć. Chyba nie byłam wystarczająco grzeczna? A może właśnie nie dość niegrzeczna?


Źródło

Znacie Mary Poppins? Zaczytywaliście się w książkach Travers w dzieciństwie, marząc o takiej niani? Nie zapomnijcie o niej - o dziwo jej przygody nie zestarzały się! Jeśli zaś nie zawarliście dotąd tej znajomości, nie ma na co czekać, w końcu kto wie, czy któregoś dnia nie zobaczycie na niebie gwiazdy, której wcześniej tam nie było, albo do waszego ogródka nagle zawita bardzo pewna siebie i arogancka niania z parasolką?

Moja ocena: 6/6

wtorek, 17 marca 2015

Dawno, dawno temu, w Białych Karpatach, na granicy Słowacji i Moraw, żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć, warzyć eliksiry miłosne i trucizny, przepowiadały przyszłość, zaklinały pogodę. Nie chwaliły się swoimi umiejętnościami - mieszkały w chatkach na uboczu, ale ludzie zawsze wiedzieli, jak do nich trafić. W naszym kraju nazywano by je szeptuchami, zielarkami, mądrymi babami. Tam uważano je za boginie.

Boginie nie były bowiem wyznawczyniami diabła. Ich umiejętności były mieszaniną magii i religii, zaś o objawienia modliły się do Boga. Ich umiejętności były zdecydowanie nadprzyrodzone, toteż nie uważano ich za zwykłe śmiertelniczki.

Brzmi jak bajka? Wierzcie lub nie, ale boginie naprawdę kiedyś żyły w Karpatach. Ostatnią z nich agenci czechosłowackiej bezpieki zamknęli w szpitalu psychiatryczym, w którym zmarła. Czeska pisarka, Kateřina Tučková, przywraca je do życia w opartej na autentycznych dokumentach i poprzedzonej starannymi badaniami powieści "Boginie z Žítkovej". 

Tučková w zgrabny sposób połączyła sensacyjną historię z wzorowanymi na autentycznych dokumentami z czeskich i polskich archiwów. Jej bohaterką jest Dora Idesová, siostrzenica ostatniej z rodu bogiń - Surmeny. Dora, choć wychowana przez boginię, ie może pochwalić się szczególnymi umiejętnościami. Surmena nie uczyniła z niej swojej następczyni. Dziewczynka pełniła dla niej rolę Anioła - sprowadzała potrzebujących pomocy, zbłąkanych podróżnych. Jednak pewnego dnia na całą rodzinę spadło nieszczęście, a Dora i jej młodszy brat zostali bez opieki. Surmena zniknęła z ich życia, zabrana przez funkcjonariuszy, którzy traktowali ją jako zagrożenie dla komunistycznego ustroju.

Dorosła Dora pracuje na uniwersytecie jako etnografka. Po części z zawodowej ciekawości, a po części z potrzeby wyjaśnienia bolesnych spraw z przeszłości, zaczyna dociekać, jak to naprawdę było z Surmeną i dlaczego ich rodzina została rozdzielona. Prawdy szuka w archiwach, które powoli zostają udostępniane ogółowi społeczeństwa. Ze listów, sprawozdań i donosów zaczyna składać historię, która przeraża i zasmuca. Historię celowego zniszczenia życia ostatniej z bogiń, historię zemsty.

Nie wszystkie boginie były dobrodusznymi uzdrowicielkami. Zdarzały się wśród nich osoby na wskroś złe - eksperymentujące ze swoją mocą, wykorzystujące ją do krzywdzenia innych. Mówi się, że dobro wraca - z książki Tučkovej wynika, że podobnie jest ze złem. Zło jest zresztą ważnym elementem tej powieści, przez której karty przewijają się gorliwi donosiciele, nazistowscy dygnitarze i komunistyczni działacze. Urodziłam się w komunistycznej Polsce i choć opowieść o losach Surmeny mnie zasmuca, to jednak nie szokuje - wiem, jak się wtedy żyło. Jednak dla młodszych czytelników, którzy kojarzą komunizm tylko z komediami z czasów PRLu, a może nawet nie, ta lektura może być wstrząsająca.

"Boginie z Žítkovej" to książka, od której trudno się oderwać. Magia przenika jej strony, zaś tajemnica, którą z trudem odkrywa Dora, intryguje także czytelnika. Bogiń już nie ma, dobrze więc, że ktoś przywraca pamięć o nich. A kto wie, może w Białych Karpatach wkrótce urodzą się dziewczynki, które będą potrafiły przywołać burze?

Moja ocena: 5.5/6

poniedziałek, 16 marca 2015

Z Pauliną, moją imienniczką, nie znamy się osobiście, wydaje mi się jednak, że kiedy się wreszcie spotkamy, będziemy miały wrażenie, że jesteśmy starymi znajomymi. Dlaczego? Ponieważ bardzo często czytamy te same książki, a to dokładnie tak, jakbyśmy miały wspólnych przyjaciół!

Znana jako Viv, Paulina to krakowianka całym sercem i duszą. Jej blog, Krakowskie czytanie, to nie tylko zbiór świetnych recenzji - sporo tam tekstów o Krakowie i o książkach, w których pojawiają się krakowskie wątki. To taki klasyczny blog książkowy, z autorką, która daje się poznać przez swoje teksty, ze stosikami, wyzwaniami, recenzjami, relacjami z targów książki. Warto zaglądać!

Zapraszam do przeczytania o książkach, o których opowiada Viv!


Książka, która odmieniła moje życie

 

Czy była taka książka, które odmieniła całe moje życie? Chyba nie. Za to wiele lektur wpłynęło w większym lub mniejszym stopniu na część mnie – na to, jak postrzegam świat wokół, i jak kształtuję ten wewnętrzny, na moje plany na przyszłość i sposób, w jaki radzę sobie z przeszłością. Na moje zainteresowania, i na moją ignorancję – zabierając mnie w zupełnie nieznane regiony i stawiając przez obcymi mi dotąd problemami (choćby ostatnio, czytając Śmierć w Amazonii po raz pierwszy zetknęłam się z problemami ochrony środowiska w puszczy Amazońskiej).

 

Książką, która zaważyła na całym moim życiu był… Kubuś Puchatek. Pierwsza przeczytana przez mnie własnoocznie książka. Zajęło mi to trzy miesiące, i byłam z siebie strasznie dumna, że tak szybko! Czytanie jako czynność spodobała mi się tak bardzo, że czytam do dziś. Już trochę szybciej.

 

Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

 

Niedawno przez mnie czytana powieść młodzieżowa autorstwa Benjamina Alire Saenza Inne zasady lata (Oryg. Aristotle and Dante discover the secrets of the universe).  Książka bardzo znana w Stanach Zjednoczonych, ale zupełnie pominięta u nas. Winę za to osobiście przypisuję zerowej informacji medialnej, że to u nas w ogóle wyszło, zmianie tytułu i okładki, i to tak diametralnej i na niekorzyść, że łzy mi płyną do oczu, ilekroć na nią patrzę.

 

 

Ta krótka i oszczędna powieść opowiada o dwóch nastolatkach, mieszkających  w El Paso w Teksasie gdzieś w latach 80. Ubiegłego stulecia. Obaj mają nietypowe imiona, obaj pochodzą z latynoskich rodzin, ale sami ze swoim meksykańskim pochodzeniem  nie mają wiele wspólnego, obaj dorastają. Autor w wyjątkowy sposób zdołał bez pietyzmu, bez zbędnych dramatów, ale i bez upraszczania opisać ten trudny okres w życiu. Na dwustu stronach mówi o rodzinie, o akceptacji tego, kim się jest, o tym, że nie zawsze jest łatwo, o przyjaźni, miłości, samotności. To pod każdym względem wyjątkowa książka, daleko wykraczająca poza etykietę „literatury młodzieżowej”;  jeśli tak wygląda współczesna literatura skierowana do nastoletniego odbiorcy, to nie mamy się co martwić o przyszłość ludzkości.

 

Książka, którą czytałam wielokrotnie, i którą jednocześnie zabrałabym na bezludną wyspę

 

Któregokolwiek Harrego Pottera J. K. Rowling, najchętniej Zakon Feniksa, bo to moja ulubiona część i jednocześnie najgrubsza (lubię łączyć przyjemne z przyjemnym). To nie jest to, że kocham tę serię, ani nawet że ją ubóstwiam. O nie. Ja to czytam jako literaturę non-fiction. Ostatnio z racji wieku przestałam oczekiwać listu z Hogwartu, wpisującego mnie na listę uczniów, za to zaczęłam na stronie autorki „Pottermore” intensywnie studiować eliksiry i w przyszłości chcę zostać nauczycielką tego przedmiotu. Póki co zaś z dumą reprezentuję Hufflepuff na drodze ku zwycięstwu Pucharu Domów.

 

Nigdy wcześniej, i nigdy później premiera kolejnej część cyklu nie napawała mnie takim podekscytowaniem, jak wtedy, gdy miał się ukazać kolejny Potter. A gdy to już następowało, nie miało znaczenia – test z historii czy sprzątanie pokoju. Nie było mnie dla świata, zanim nie skończyłam czytać. Z Zakonem było o tyle ciężko, że to ciężka książka (w sensie fizycznym), ale i tak pakowałam ją razem  książkami i zeszytami do ośmiu przedmiotów i dawaj na lekcje. A potem chowałam ją za segregatorem i czytałam na matematyce. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, jak bardzo igrałam wtedy z ogniem, bo zła wielkość marginesu na kartce powodowała, że nauczycielka krzyczała przez 20 minut. Jakby mnie wtedy dorwała z tym Potterem… Uff.

******************************************************************

Jak sądzicie? Harry Potter na bezludną wyspę? Nie jest to zły wybór, choć ja wolałabym wydanie, które miałoby siedem tomów w jednym :) Swoją drogą, chyba jeszcze takiego nie ma, a szkoda! Czytania mnóstwo, a w razie potrzeby można się takim opasłym tomiskiem obronić ;) Natomiast Inne zasady lata wpisuję natychmiast na listę książek do zdobycia!

Paulina - dziękuję, że się dałaś zaprosić!



piątek, 13 marca 2015

Czujecie zmęczenie, typowe dla tego dziwnego okresu, kiedy zima już prawie się skończyła, a wiosna prawie nadeszła? Ja w takich chwilach sięgam po książki, które obiecują dobrą rozrywkę i dawkę emocji. Zastanawiam się jednak, czy emocje, które gwarantuje "Blackout" Marca Elsberga, nie są nieco zbyt intensywne jak na ten prawie wiosenny weekend. Zwłaszcza że dzisiaj piątek, trzynastego.

Elsberg napisał bowiem wyjątkowo realistyczny i sugestywny thriller, który boleśnie uświadamia, jak bardzo jesteśmy zależni od jednego tylko czynnika - od prądu. Autor poświęcił wiele czasu na dokładne badania, odwiedził elektrownie w kilku europejskich krajach, rozmawiał z ekspertami, a następnie przedstawił prawdziwie apokaliptyczną wizję.

Wyobraźmy sobie, że prąd się właśnie wyłączył. Początkowo nikt się nie martwi - delektujemy się chwilą spokoju lub irytujemy niepotrzebną przerwą w pracy. Wieczorem wyciągamy z szuflady świeczki i zadziwiamy dzieci nietypową atmosferą. Jednak po kilku godzinach zaczynamy się denerwować - rozmraża nam się lodówka, w kranie znika woda, która jest pompowana za pomocą prądu. Następnego dnia w toalecie zaczyna śmierdzieć, w domu robi się zimno, a po ulicach snują się lekko zdezorientowani, choć jeszcze nie spanikowani ludzie. Gorzej wygląda sytuacja tych, którzy byli właśnie w podróży. Utknęli na lotniskach albo, co gorsza, skończyła im się gdzieś w trasie benzyna. Zatankować nie mogą, bo paliwo jest pompowane z podziemnych zbiorników z użyciem prądu.

Po kilku dniach zaczyna być groźnie. Kończą się zapasy jedzenia, sklepy zresztą nie pracują, a ludzie nie mają gotówki. Banki nie mogą jej wypłacać, bo skończyły im się zapasy, a nowych nie ma jak dowieźć. Szpitale, które dotąd miały prąd z własnych generatorów, powoli muszą wyłączać aparaturę - zapasy paliwa do agregatów prądotwórczych kończą się. Mieszkańcy są ewakuowani z bloków do tymczasowych obozów. Co gorsza, reaktory w elektrowniach atomowych zaczynają się przegrzewać i wizja katastrofy nuklearnej staje się niepokojąco realna.

Taką plastyczną wizję roztacza przed nami autor "Blackoutu" i trudno się jej nie poddać. Myślę, że większość czytelników musiała zwalczyć nagłą potrzebę wybrania z bankomatu większej ilości gotówki, kupienia kilkunastu zgrzewek wody i solidnego zapasu konserw. Tak na wszelki wypadek.

Książka zachwyca rozmachem i realizmem, choć mnogość bohaterów jest też jej wadą. Wiele osób pojawia się tylko na krótką chwilę, a niemieckie, francuski i włoskie nazwiska zaczynają się mylić. Na szczęście główny wątek dotyczy kilku zaledwie postaci, które dają się poznać i polubić. W roli głównej występuje taki nieprofesjonalny Harrison Ford - włoski hacker, który jako jedyny dostrzega prawdziwe przyczyny katastrofy. I choć od początku wiadomo, że to jemu uda się złapać terrorystów, którzy stoją za całym zamieszaniem, śledzenie całej intrygi jest przyjemne i bynajmniej nie nużące.

Całość jest może nieco przegadana, zwłaszcza fragmenty dotyczące bezproduktywnych narad polityków mogłyby być nieco krótsze, ale książkę czyta się tak czy inaczej błyskawicznie. Warto - nie tylko dla rozrywki, ale też po to, by sobie uświadomić, jak wiele zależy od prądu i zawczasu przemyśleć, jak powinniśmy się zachować w sytuacji kryzysowej. Tak na wszelki wypadek ;)

Moja ocena: 4.5/6

poniedziałek, 09 marca 2015

Kiedy zapraszałam Kasię, nie wiedziałam, o jakich książkach napisze, byłam jednak pewna, że wymieni gdzieś nazwisko Krzysztonia! Jest jego zagorzałą orędowniczką, jeśli więc zastanawiacie się, czy warto sięgnąć po jego książki, koniecznie zajrzyjcie do Mojej Pasieki. Jeśli się nie zastanawiacie, też zajrzyjcie, ponieważ znajdziecie tam mnóstwo książek nieoczywistych, opisanych w sposób wnikliwy i przyjemny w odbiorze.

Uwaga dla alergików - Kasia posiada prawdziwy zwierzyniec - cudne koty, psy i oczywiście pszczoły ;)

Dla urozmaicenia dzisiaj jedno z pytań pojawia się po raz pierwszy!

************************************************************************************

1. Książka, która zmieniła twoje życie

Jestem typowym molem książkowym, w związku z czym mogłabym wymieniać godzinami same tytuły książek, które zmieniły moje życie w mniejszy bądź większy sposób. Było ich naprawdę dużo, ale skoro muszę wybrać jedną, powiem „Pod skórą” Michela Fabera, bo ona wywołała zmianę na całe życie, czyli moje przejście na wegetarianizm (około roku 2007). Nie jest to książka o wegetarianizmie, nie jest to postulat na rzecz zdrowego odżywiania, ani nie ma związku z żadną organizacją, która zajmuje się ochroną zwierząt. Absolutnie nic z tych rzeczy! Otóż w dużym uproszczeniu, jest to swoisty thriller o kobiecie polującej na mężczyzn. Właściwie historia jak jedna z wielu, ładnie napisana, wciągająca, bez zarzutu. A jednak historia (przepraszam, ale żeby wyjaśnić muszę zdradzić) istoty lubiącej zjadać ludzkie mięso, trzymającej człowieka w klatce jak człowiek zwierzęta hodowlane, preparującej to mięso na posiłki, zadziałała mocno na moją wyobraźnię. Oczywiście zgodzę się, że to daleko posunięta analogia do jedzenia zwierząt, ale dla mnie okazała się czymś przełomowym. Od czasu lektury nie sięgnęłam już nigdy po mięso.


2. Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

 

Wiele osób, które mnie zna wie o mojej słabości do literatury polskiej i o słabości do „Obłędu” Jerzego Krzysztonia. Właściwie jestem gorącą orędowniczką jego twórczości w ogóle, ale „Obłęd” to moja powieść życia, to parafrazując Goethego, moja nieświęta biblia świata. Dlatego, mimo że to już pewnie nudne, chciałabym nadal zachęcać do zapoznania się z prozą Jerzego Krzysztonia, bo ciągle jest w moim odczuciu za mało znana i popularyzowana. „Obłęd” to niewątpliwie jego najlepsze i najpełniejsze dzieło, jego opus magnum, historia popadania w chorobę psychiczną, wobec której każda istota ludzka jest kompletnie bezbronna. Porównywana przez samego autora do historii Odysa, pragnącego usilnego powrotu do Itaki, jest relacją trudnego powrotu do stanu „normalności”. Powieść podejmuje próbę przekazania tego, co jest najtrudniejsze to przekazania: stanu świadomości, która odpycha rzeczywistość, buduje nowe realia umysłu i doprowadza do niebezpiecznego momentu, gdy człowiekowi wydaje się, że jest niemalże wszechmocny. To jednak nie tylko opowieść o tytułowym obłędzie. To także bogaty obrazek polskiej przeszłości, opiewający okres PRLu, która w powszechnej wyobraźni wydaje się takim absurdalnym okresem z filmów Barei, podczas gdy ów absurd był podszyty niejednokrotnie inwigilacją i prześladowaniami. Nie bez powodu nieocenzurowana wersja „Obłędu” pojawiła się ponad dwadzieścia lat po pierwszych wydaniach.



3. Książka, którą czytałaś kilka razy

 

Ponownie: jest takich książek bardzo, bardzo wiele! Wybierając tylko jedną zadaję kłam rzeczywistości, bowiem czytam po wielokroć całkiem pokaźną listę tytułów. Pozwolę sobie wymienić dwa: cykl o Rudolfie Gąbczaku Joanny Fabickiej, a dokładnie cztery tomy cyklu:

„Szalone życie Rudolfa” (tom 1)

„Świńskim truchtem” (tom 2)

„Seks i inne przykrości” (tom 3)

„Tango ortodonto” (tom 4)

Powiem w skrócie, cykl o Rudolfie to idealnie remedium na kiepski nastrój, złą pogodę, problemy w pracy i inne smutki, jakie człowieka czasami dopadają, z powodu, lub bez powodu. Ogółem, poprawiacz humoru w mistrzowskim wykonaniu.

Drugim tytułem są „Listy” Haliny Poświatowskiej. W sumie nie wiem, czemu tak często do nich wracam, bo nieodmiennie na koniec mam łzy w oczach, a jednak jest coś w tych listach, w samej postaci Poświatowskiej, że przyciągają mnie jak magnes i wystarczy, że zacznę w którymkolwiek bądź miejscu, a przepadam i muszę ponownie przeczytać do końca.

**********************************************************************************

Przyznam, że jestem zaintrygowana zarówno niesamowitym wpływem Fabera, jak i Krzysztoniem. Cyklu o Rudolfie za to nie czytałam i muszę to koniecznie nadrobić! A Wy?

Kasiu, dziękuję, że dałaś się zaprosić!

 



piątek, 06 marca 2015

Marzena Filipczak odważną kobietą jest. Po odwiedzeniu Dalekiego Wschodu zamarzyła o tym bliższym. Nie szukała towarzyszy, nie pisała ogłoszeń na forach podróżniczych, po prostu wsiadła w samolot i poleciała. Najpierw do Gruzji, a stamtąd różnymi środkami lokomocji dalej, do Armenii, Górskiego Karabachu, do Iraku, Iranu. I oczywiście okazało się, że bycie samotną kobietą w podróży niczego nie utrudnia, wręcz przeciwnie - ludzie napotkani po drodze dokładają wszelkich starań, żeby się tą zbłąkaną dziewczyną zaopiekować, zadbać o to, by się jej nic nie stało.

W efekcie autorka przebyła znaczną część drogi prywatnymi samochodami. Przekazywano ją sobie z rąk do rąk, karmiono, zapewniano nocleg i obwożono po miejscowych atrakcjach. Zetknęła się z niesamowitą ilością życzliwych i przyjaznych ludzi, dla których gościnność jest oczywistością i sięga dużo dalej niż gościnność wielu narodów europejskich.

Książka, która po tej podróży powstała, inspiruje do pójścia w ślady autorki, a przede wszystkim odczarowuje kilka mitów. Autorka powtarza zapewnienia osób napotkanych po drodze, że w ich kraju jest bezpiecznie. Mieszkańcy Kurdystanu albo Górskiego Karabachu - regionów nie uznawanych za oddzielne państwa, chętnie witają nielicznych turystów. Filipczak trafiła jednak też w miejsca, w których turysta jest taką rzadkością, że staje się podejrzany. W Osetii Północnej, kiedy chce odwiedzić Alański Park Narodowy, zostaje zatrzymana przez policję i przesłuchana - jej obecność w tym miejscu jest tak dziwna, że zostaje posądzona o szpiegostwo. Policjanci nie rozumieją, skąd w ogóle dowiedziała się o istnieniu takiego Parku Narodowego. Ostatecznie nie spotyka jej jednak nic niemiłego - zostaje obdarowana czekoladą i doprowadzona do pociągu.

"Między światami" opowiada o dwóch podróżach, które autorka odbyła w ciągu jednego roku. W trakcie pierwszej przemierzyła Gruzję, Armenię, Górski Karabach, Osetię Północną, Kałamucję, Uzbekistan i Kirgistan. Jeszcze w tym samym roku wróciła w tamte rejony, tym razem zaczynając podróż w Turcji i odwiedzając Kurdystan (położony w granicach Iraku), Iran, Turkmenistan i fragment Kazachstanu. O swoich podróżach opowiada w sposób dość zorganizowany, każdemu miejscu poświęcając kolejny rozdział. Podaje informacje historyczne i kulturowe, ale przede wszystkim opisuje ludzi, których spotkała i absurdy, z którymi musiała się zmierzyć.

Jako kobieta miała dostęp do świata, który pozostaje zamknięty przed większością turystów - świata muzułmańskich kobiet. Jednocześnie, ponieważ była sama, mężczyźni traktowali ją czasem jako kogoś pozbawionego płci - samotna kobieta w ich kulturze nie istnieje, a w dodatku tej turystce trzeba było czasem pomóc. Miała więc wgląd w oba te światy, co podkreśliła w tytule.

To bardzo przyjemna w lekturze książka, którą aż chce się z kimś dzielić - częstokroć czytałam rodzinie fragmenty na głos. Sporo wiem o tym rejonie świata, ale niejedna informacja mnie zaskoczyła. Autorka da się lubić i chętnie towarzyszyłam jej w tej podróży.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 01 marca 2015

Skoro już w tym tygodniu o pieszej wędrówce i książce na jej temat wpisałam, pomyślałam, że spróbuję zrobić listę dziesięciu ciekawych książek, w których motyw pieszej wędrówki jest istotnym elementem fabuły. Zbliża się ta pora roku, w której niecierpliwie przeglądam mapy, przewodniki i strony linii lotniczych, zaczynając planowanie wakacyjnego wyjazdu, a wędrówka przez jakieś dzikie tereny jest dla mnie koniecznym składnikiem urlopu. Tym razem wybranie dziesięciu książek poszło szybko, głównie dlatego, że większości moich ukochanych książek o pieszych wyprawach nie znajdziecie w języku polskim. Oto moje ulubione literackie wędrówki:

1. J. R. R. Tolkien "Władca pierścieni"

Niewątpliwie jest to moja ulubiona książka o wędrowaniu. Nie tylko imponuje rozmachem i opisem świata, ale także zawiera mnóstwo pięknych, prostych myśli o podróżowaniu. Co powiecie na ten fragment?

Kto wie, co zakręt bliski kryje,
Drzwi tajemnicy, dziwną ścieżkę.
Tylem ją razy w życiu mijał,
Aż przyjdzie chwila, gdy nareszcie
Otworzy mi się droga nowa
Tam, dokąd księżyc nam się chowa,
I zaprowadzi mnie jak najdalej,
Tam, gdzie nad ziemią słońce wstaje.

I oczywiście złota myśl, prosta, ale w moim przypadku bardzo trafna - "Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd cię poniosą". 

2. C. S. Lewis "Srebrne krzesło"

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu klasyki fantasy. Moja ulubiona książka z cyklu "Opowieści z Narnii" to wyjątkowo mądra opowieść o pieszej wyprawie. Julia i Eustachy trafiają do Narnii, by odnaleźć dawno zaginionego królewicza Riliana. Aslan daje Julii zestaw wskazówek, tzw. znaków, które ta ma powtarzać każdego dnia. Jednak gdy znużenie podróżą staje się nie do zniesienia, Julia zaniedbuje ten najważniejszy obowiązek, tym samym pakując siebie i swoich towarzyszy w poważne kłopoty. Mądra i prosta to lekcja o tym, jak ważne jest pokonywanie zmęczenia i pamiętanie o tym, po co się wędruje. Dodajmy, że książka nie byłaby aż tak urocza, gdyby nie cudna postać Błotosmętka, którego czasami można zobaczyć w każdym towarzyszu podróży, a nawet w sobie. Ten wiecznie narzekający czarnowidz jest jednak wiernym przyjacielem, w dodatku wprowadza mnóstwo humoru do dość mrocznej opowieści.

3. Richard Adams "Wodnikowe wzgórze"

Zadziwiająca książka o królikach, które wędrują w poszukiwaniu lepszego świata. Brzmi dziwnie? Jeśli nie znacie jeszcze arcydzieła Adamsa, koniecznie go poszukajcie - to jedna z najmądrzejszych książek, jakie napisano. Nie jest to bynajmniej opowiastka dla dzieci, raczej alegoryczna opowieść o świecie, który jest odbiciem naszego, z mrożącymi krew w żyłach przygodami i uroczymi bohaterami do kompletu.

4. Patrick Leigh Fermor "Mani. Wędrówki po Peloponezie"

Szkoda, że nie została po polsku wydana najbardziej znana książka tego autora - "A Time of gifts", która jest pierwszą częścią trylogii opisującej szaloną wyprawę autora - z Holandii do Stambułu, pieszo, w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Czekam niecierpliwie na polskie tłumaczenie, licząc że choć tyle czasu minęło, ktoś taką klasykę jednak wyda, tymczasem zaś cieszę się niezmiernie inną książką tego autora.

"Mani. Wędrówki po Peloponezie" to, jak z pewnością się nie domyślacie, relacja z pieszych wycieczek po Grecji. Choć książka ukazuje się u nas 55 lat po wydaniu oryginalnym, warto po nią sięgnąć - Patrick Fermor nie tylko był interesującym człowiekiem (pracował dla wywiadu), ale przede wszystkim potrafił doskonale pisać. Jego Peloponez staje się miejscem tak bliskim czytelnikowi, jak sąsiednia dzielnica. Opisy przyrody, w których nie ma zbędnego słowa, zachwycają, a w dodatku towarzyszą im ciekawe opowieści o historii i kulturze Grecji.

5. Tomas Espedal "Idź"

Wyjątkowa na naszym rynku pozycja - książka właśnie o chodzeniu! Narrator pewnego dnia postanawia zerwać ze swoją partnerką, wybiera jednak dość niekonwencjonalny sposób. Po prostu wychodzi z domu i zaczyna iść przed siebie. Idzie, aż wreszcie przestaje myśleć o sobie, a zaczyna medytować o wędrowaniu. Rozmyśla o filozofach piszących o chodzeniu, wspomina Jana Jakuba Rousseau i Williama Wordswortha. Wspomina swoje dawne wędrówki i medytuje nad obecną.

"Idź" to zbiór luźnych myśli, bliższy długiemu esejowi osobistemu niż jakiemukolwiek innemu gatunkowi, do czytania powoli, najlepiej podczas własnej wędrówki.

6. Gao Xingjian "Góra duszy"

Pierwszy chiński laureat literackiej nagrody Nobla nie był w swoim kraju mile widziany. Kiedy dowiedział się, że grozi mu aresztowanie, wyruszył po prostu przed siebie - nie na Zachód, ale przez Chiny, szukając tradycyjnych obrzędów, dzikiej przyrody i marząc o tym, że odnajdzie coś pierwotnego. Książka, która powstała w wyniku tej podróży (autor przebył pieszo 15 tysięcy kilometrów!), nie jest łatwą lekturą. To typowa powieść postmodernistyczna, ze zmieniającym się narratorem, poszatkowanym stylem, przeplatającymi się gatunkami. Ja podczytuję ją od czasu do czasu, kiedy mam ochotę na tekst, który skłoni mnie do przemyśleń.

7. Bill Bryson "Piknik z niedźwiedziami "

Przejdźmy może do lżejszych tekstów o wędrowaniu. Kolejna luka na polskim rynku zostanie wkrótce zapełniona - doskonała książka amerykańskiego pisarza ukazuje się u nas z siedemnastoletnim opóźnieniem. Bryson wybrał się wtedy na pieszą wędrówkę jednym z najbardziej znanych amerykańskich szlaków pieszych - nie tym samym, które wybrała Cheryl Strayed w "Dzikiej drodze", ale szlakiem prowadzącym wzdłuż Appallachów. To ponad trzy tysiące kilometrów drogi przez dzikie ostępy, Bryson zaś relacjonuje swoją przygodę z właściwym dla siebie dystansem do rzeczywistości i humorem.

Polska premiera dopiero 30 czerwca.

8. Liv Arnesen "Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun"

Nie wykluczam, że książka ta znajdzie się jeszcze w niejednej Niedzielnej Dziesiątce, należy bowiem do moich ulubionych. To inspirująca opowieść Norweżki, która poszła sobie na biegun południowy. Tak po prostu, sama, wydając mniej pieniędzy, niż jakikolwiek inny zdobywca bieguna. Prosta, zwyczajnie napisana opowieść o bynajmniej nie tak zwyczajnej kobiecie.

9. Cheryl Strayed "Dzika droga"

Oczywiście w zestawieniu nie mogło zabraknąć książki, która je zainspirowała. Doskonała opowieść dziewczyny, która kupiła buty, plecak i przeszła Pacific Crest Trail, sama. Więcej o tej książce pisałam kilka dni temu.

 10. A. B. Guthrie "Droga na Zachód"

I inne książki opowiadające o wędrówce na zachód Ameryki. Wymieniłabym po raz kolejny serie Laury Ingalls Wilder o małym domku na prerii, ale jej bohaterowie na zachód raczej jechali. Natomiast osadnicy zmierzający do Oregonu, którzy są bohaterami nagrodzonej Pulitzerem powieści Guthriego, większość drogi pokonali pieszo, idąc obok swoich wozów. Te wędrówki przez prerię, góry i rzeki nie przestają mnie fascynować.

 

Zabrakło miejsca dla jakiejkolwiek opowieści o pielgrzymce do Santiago de Compostela, przede wszystkim dlatego, że czytałam chyba tylko jedną taką książkę, a jest ich na rynku już co najmniej kilka. Zabrakło "Długiego marszu" Sławomira Rawicza, nie potrafię bowiem przekonać się do książki, która może i jest dobrze napisana, ale jednak oparta na oszustwie. Zabrakło też książek o wędrówkach po górach, bo zasługują chyba na własną dziesiątkę.

Czego jeszcze, waszym zdaniem, brakuje? Lubicie czytać o pieszych wyprawach? Macie ochotę pójść w ślady bohaterów i po prostu ruszyć przed siebie, czy raczej cieszycie się tym, że nie musicie marznąć, moknąć i walczyć z pęcherzami?



czwartek, 26 lutego 2015

Kto z nas nie zaczął swojej znajomości z najwyższymi polskimi górami od Morskiego Oka? To jezioro, nazwane przez Władysława Tarnowskiego, pianistę i poetę, "Tatrów duszą zwierciadlaną", przyciąga nad magnes zarówno alpinistów, jak i ceprów, wędrujących nad jego brzeg w tenisówkach lub szpilkach. Aż 30% całego ruchu turystycznego w Tatrach odbywa się właśnie na szlaku prowadzącym nad Morskie Oko.

Rzadko można kontemplować piękno jeziora w ciszy i samotności. Trzeba zostać na noc w schronisku, w terminie dalekim od wszelkich ferii i wakacji. Wtedy, wstając o świcie, możemy cieszyć się widokiem bez towarzystwa głośnych grupek jedzących gofry.

Mimo tej oszałamiającej popularności, to właśnie nad Morskim Okiem można spotkać wspinaczy, którzy opowiadają wieczorami o swoich górskich przygodach - spędziłam tu kiedyś kilka magicznych wieczorów, słuchając takich opowieści. Na okolicznych skałach szlify zdobywają liczni alpiniści, co roku też zdarzają się tu wypadki (średnio kilkanaście interwencji TOPR rocznie). Stąd też wyrusza się na najwyższą polską górę.

Jeśli Tatry są wam bliskie, nie przegapcie pięknej książki, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Tatrzańskiego Parku Narodowego. "Morskie Oko - przyroda i człowiek", pod redakcją Adama Choińskiego i Joanny Pociask-Karteczki to prawdziwe kompendium wiedzy o Morskim Oku, książka nie tylko zawierająca niesamowitą ilość wiedzy, ale także pięknie wydana.

Zainteresowałam się nią w ramach realizowanego przez naszą rodzinę projektu "Polskie Parki Narodowe" - postanowiliśmy odwiedzić wraz z Olą wszystkie polskie parki narodowe, pokazując jej, jak piękną i dziką przyrodę można znaleźć w naszym kraju. Przypadkowo na rękę poszło nam Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody Salamandra, wybierając w tym roku parki narodowe jako temat konkursu wiedzy przyrodniczej dla szkół podstawowych i gimnazjalnych. Ola zgłosiła się chętnie, w pierwszych etapach poszło jej nieźle, wygrzebujemy więc co chwilę z półek wszystkie książki na temat polskiej przyrody, jakie mamy.

Na tę książkę zwróciłabym jednak uwagę tak czy inaczej, choć nie wiem, czy tak szybko. Szkoda byłoby ją przegapić, jest bowiem doskonałym dodatkiem do każdej górskiej biblioteczki. Szczerze mówiąc, bogactwo informacji początkowo mnie przytłoczyło. Spodziewałam się jakiejś przeglądowej monografii, z podstawowymi danymi na temat przyrody i geografii, a dostałam prawdziwą encyklopedię - zbyt szczegółową dla mojej córki, za to doskonałą dla mnie.

Całość podzielona jest na trzy części - pierwsza dotyczy samego jeziora, charakterystyki jego wód i zamieszkujących je zwierząt. Druga skupia się na otoczeniu i klimacie - opisane są okoliczne jaskinie, szata roślinna, zwierzęta okolicznych gór, a także warunki pogodowe. Trzecia, napisana w najbardziej wciągający sposób, opowiada o ludziach związanych z jeziorem - pierwszy badaczach, założycielach słynnego schroniska, o poetach i malarzach odkrywających jego uroki, a także o słynnych wypadkach i akcjach ratowniczych.

Ten niewielki w sumie kawałek świata ma arcyciekawą historię. Niewiele zresztą brakowało, a w ogóle nie znalazłby się w granicach naszego kraju. Spór o te tereny zaczął się już w XVI wieku, zaś pod koniec XIX wieku powołano specjalną komisję, która obradowała w schronisku nad Morskim Okiem i próbowała rozstrzygnąć, czy ziemie te powinny być polskie, czy węgierskie! Na początku wieku XX sprawa trafiła do sądu, superarbitrem był Szwajcar, a w procesie brali udział prawnicy i rzeczoznawcy wielu narodowości. Jaki był wynik procesu - dobrze wiemy, cała historia jest jednak naprawdę pasjonująca i oczywiście szczegółowo zreferowana w książce.

Wydawało mi się początkowo, że nie dam rady przeczytać całości, że będę raczej zaglądać do niektórych rozdziałów w miarę potrzeby, ale okazało się, że przeczytałam całość z prawdziwą przyjemnością. No, może kilka rozdziałów przekartkowałam (te o budowie geologicznej, składzie chemicznym wody i jej biooptycznych właściwościach itp) - wciąż na widok czegokolwiek mającego związek z fizyką i chemią czuję, jak mój umysł się wyłącza! Całą trzecią część pochłonęłam jednak w jeden wieczór - historia Morskiego Oka jest fascynująca i świetnie napisana.

Całość kończy rozdział o mistyce tego miejsca - szkoda, że nie został on umieszczony jako ostatni (po nim jest tylko krótki rozdzialik o nurkowaniu w jeziorze, który mógł się pojawić wcześniej), jest bowiem doskonałym podsumowaniem tego, jak niezwykłą, niewytłumaczalną magią emanuje Morskie Oko. Nie bez powodu Tetmajer nazwał jej zwierciadłem Karpat, a Asnyk wielkim poematem natury.

Jeśli będziecie się wybierać kiedyś na wycieczkę w to słynne miejsce, sięgnijcie wcześniej po tę monografię - spojrzycie inaczej zarówno na schronisko, jak i na otaczające je szczyty.

Moja ocena: 6/6


poniedziałek, 23 lutego 2015

Jarek to człowiek - instytucja. Blogujemy mniej więcej tak samo długo, ale pod względem ilości recenzji Krytycznym okiem bije Miasto książek na głowę! Jarek to prawdziwy recenzent, a nie bloger, który czasami tylko się w recenzenta bawi - analizuje i krytykuje, używając pięknej polszczyzny. Czyta dużo literatury polskiej, więc to do niego zaglądam, kiedy chcę wiedzieć, co nowego nasi rodzimi autorzy napisali i czy czegoś dobrego nie przegapiłam. Na blogu wydaje się chłodnym profesjonalistą, prywatnie ciepły i rozmowny człowiek. Oprócz recenzowania bierze też pisarzy w krzyżowy ogień pytań. Seria wywiadów, które publikował na blogu przez cały rok, ukazała się niedawno w wersji książkowej - polecam! Dzisiaj jednak to on odpowiedział na moje pytania dotyczące książek.

Książka, która zmieniła moje życie

Było sporo lektur, które zostawiły pewne niezatarte ślady. Aby napisać o tej dokonującej ważnej zmiany, muszę się cofnąć do czasów licealnych. Mam na myśli opowiadania Tadeusza Borowskiego. Byłem młody, nieświadomy wielu spraw, wtedy się dla mnie otworzyły bramy piekła i naprawdę nic nie było już takie jak dawniej. Potem przeczytałem mnóstwo książek o samym Auschwitz, o Holokauście. Ciągle je pochłaniam z jakąś mroczną obsesją. Wciąż mi mało, choć wiem już tak wiele i nadal nie mieści mi się w głowie, że to wszystko miało miejsce. "Proszę państwa do gazu" to tekst, który wrył mi się w pamięć i rozpoczął te obsesyjne poszukiwania. Niedawno, w wieku 36 lat, poczułem się gotowy na odwiedzenie Auschwitz. Do śladów po Birkenau nie dotarłem, nie dałem rady. Spotkanie z Borowskim rozpoczęło moje spotkanie z Zagładą. Czymś nadal niepojętym.


Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

Tematycznie znowu koszmar wojny, ale nic na to nie poradzę, że tak się złożyło. Przed pięciu laty Korporacja Ha!art wydała niezwykłą publikację. To "Apte. Niedokończona powieść" Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego. Kim był Apte? Obiecujący rysownik, poeta, artysta. Biografia tego człowieka obejmuje jego dzieciństwo i młodość w przedwojennym Krakowie, gimnazjalne wzloty i upadki, fascynację malarstwem oraz poezją. Następnie dramaturgię wydarzeń związanych z ucieczką do Lwowa z zagarniętego przez Niemców Krakowa. Skomplikowane losy Żyda na emigracji, który o mało nie staje się człowiekiem radzieckim i ulega złudzie socjalistycznych utopii. Opowieść o Ryszardzie Aptem jest naprawdę pasjonującym studium życia społecznego przedwojennego Krakowa, Lwowa początku lat czterdziestych minionego stulecia, barwną panoramą mojego miasta, czyli Wieliczki czasu wojny i przejmującym świadectwem Holokaustu w południowej Polsce. Książka zawiera także niezwykły dodatek - kilkanaście mrocznych rysunków artysty.


Książka, której nie należy sądzić po okładce

Przychodzi mi do głowy zbiór opowiadań Huberta Klimko-Dobrzanieckiego "Pornogarmażerka", W.A.B. 2013. Zupełnie nie wiem, jaki cel przyświecał tej koszmarnej okładce. Bo ciało można sprzedawać, ale nie sygnować nim tego zbioru! Jest tam siedemnaście opowiadań, w których autor rozlicza się z kolejnego etapu swojej emigracji, tym razem w Austrii. Mamy  w tej książce garść soczystych opowieści, ironicznych, złośliwych czasami, niejednokrotnie absurdalnych, ale w klimacie tego absurdu nielekkiego. Nad współczesną Austrią zadumał się wagabunda, którego kolejnym domem - między innymi po Islandii - stał się Wiedeń. Skreślił kilkanaście świetnych obrazków, wplatając w nie emigracyjne bolączki i dużą dozę specyficznego humoru. Ale śmiesznie nie jest. Na okładce natomiast jest dramatycznie.

*************************************************************

Dziękuję Jarkowi i zapraszam na jego blog, Was zaś zachęcam do skomentowania Jarkowych odpowiedzi. Ciekawa jestem zwłaszcza Waszych opinii o okładce "Pornogarmażerki" :)


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...