poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nie wiem, czy pamiętacie, że rok temu, po wizycie na Pyrkonie, postanowiłam, że będę czytać więcej fantastyki, a zwłaszcza fantasy. Nie mogę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowana swoimi postępami w tej dziedzinie, choć jakieś kroki poczyniłam i kilka zaległych lektur nadrobiłam. Zaczęłam też uzupełnianie biblioteczki, co okazało się wcale nie takie proste - nakład niektórych książek, które mi wtedy polecaliście, dawno się już wyczerpał. Jednak poluję wytrwale, kilka pozycji mi na półkach przybyło (no dobrze, powiedzmy szczerze, że nie na półkach, tylko na podłodze, na półki już od dawna nie wcisnę nawet "Małego księcia", a co dopiero mówić o opasłych tomiszczach, jakie lubią produkować pisarze parający się fantastyką). Mam też listę pisarzy, z którymi mam zamiar zawrzeć znajomość. A jedno z nazwisk na niej widniejących to Joe Abercrombie.

Ucieszyłam się więc, widząc w zapowiedziach "Pół króla". Wprawdzie szybko doczytałam, że to powieść przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, ale w końcu stara nie jestem... Niech więc będzie "Pół króla" na początek znajomości z autorem, który, nota bene, w sierpniu przyjedzie do Poznania, będzie więc szansa poznać go bardziej bezpośrednio!

"Pół króla" okazało się takim fantasy nowej generacji. Przynajmniej ja to tak określam - prawdopodobnie już wcześniej pisano książki, w których magii właściwie nie ma, ale cała otoczka jest typowa dla świata fantasy, ale mam wrażenie, że prawdziwą modę wykreował George R. R. Martin. Nie ma więc w książce Abercrombiego czarodziei, magicznych istot, zaklęć i przepowiedni. Jest tylko połowa króla, który w dodatku szybko zostaje pozbawiony tronu. Nie ma nawet smoków, co akurat może sprawić, że trudniej będzie mi namówić Olę na lekturę. Namawiać jednak będę, bo jest coś, co jej się z pewnością spodoba.

Jest przesympatyczny, budzący w czytelniku ciepłe uczucia, dowcipny i zaskakujący bohater.

Oczywiście zaskakiwać będzie młodszego czytelnika. Ja nie byłam zdziwiona, że potomek królewskiego rodu, Yarvi, który urodził się ze zdeformowaną ręką i nigdy nie miał zostać królem, pod wpływem okoliczności zaczyna zmieniać się, nabierać siły, odwagi i determinacji. Schemat to znany z innych powieści typu bildungsroman, które opowiadają o dojrzewaniu nastoletniego bohatera. Jestem przekonana jednak, że nastoletni czytelnik będzie śledzić jego przemianę z zapartym tchem. Zresztą ja również z przyjemnością śledziłam liczne przygody Yarviego, który, jak się łatwo domyślić, będzie musiał się mocno natrudzić, by zasłużyć sobie na tron, który niespodziewanie najpierw przypadł mu w udziale, a następnie został odebrany.

Co ciekawe, powieść, w której nie ma zbyt wiele miejsca na powolne budowanie postaci, w pewnym momencie okazuje się czymś więcej, niż tylko pełną przygód opowieścią o nieszczęsnym młodzieńcu. Autor okazał się szczwanym lisem - rekomendacja Martina, która widnieje na okładce, nie jest chyba całkiem przypadkowym zabiegiem marketingowym. Abercrombie potrafi zaskoczyć, zaś jego postaci okazują się dużo bardziej wieloznaczne, niż się to wydawało na początku lektury.

Nie powiem nic więcej - odkryjcie wszystkie tajemnice Yarviego i jego towarzyszy na własną rękę. Myślę, że warto - "Pół króla" to naprawdę dobrze napisana powieść, która trafi wysoko na moją listę książek o najbardziej zaskakujących zakończeniach. Wprawdzie bohaterem jest człowiek, który sam siebie nazywa połową króla, jednak satysfakcja z lektury jest jak najbardziej pełna.

Moja ocena: 5/6

środa, 22 kwietnia 2015

Moja córka zakochała się w literaturze fantasy i jest jej dość wierna już od wielu miesięcy. W ramach delikatnych prób poszerzania jej czytelniczych horyzontów podsunęłam jej kiedyś "Igrzyska śmierci" i od tego czasu dystopie zostały dopisane do listy akceptowanych przez nią gatunków. "Nieludzie" Kat Falls mogą się przyczynić do rozszerzenia jej o powieści postapokaliptyczne, książka ta jest bowiem bardzo lekkim i przyjemnym wprowadzeniem do tego, było nie było, niezbyt łatwego gatunku.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości w Ameryce. Kilkanaście lat temu firma biotechnologiczna podjęła próbę stworzenia chimer, które uatrakcyjniłyby parki rozrywki. W efekcie udało im się stworzyć wirusa, który zabił setki tysięcy ludzi, zaś teraz, po latach mutacji, stracił wprawdzie swoje śmiercionośne właściwości, za to powoduje, że ludzie nim zarażeni powoli zmieniają się w zwierzęta. Ci, którzy ocaleli, zamknęli się w miastach otoczonych wysokimi murami. Są w nich bezpieczni, pod warunkiem, że nikt i nic nie przedostaje się przez tę barierę. Nie wiedzą, jak wygląda życie poza murami, i nawet gdyby chcieli się dowiedzieć, nie mają na to szans. Uzbrojeni strażnicy strzegą muru w dzień i w nocy, a wszelkie próby przekroczenia go karane są śmiercią.

Nastoletnia Lane żyje bezpiecznie w Davenport, nie wiedząc, czy opowieści o dziwnych stworzeniach będących krzyżówkami różnych gatunków są prawdą, czy też opowiadający jej takie historie tato ma wyjątkowo bujną wyobraźnię. Jednak pewnego dnia ojciec znika, zaś Lane będzie zmuszona wydostać się poza mur, by ocalić mu życie. Szybko przekona się, że jej ojciec wie więcej o życiu w dziczy, niż ona kiedykolwiek przypuszczała, a żeby go uratować, sama będzie musiała się wiele nauczyć.

"Nieludzie" Kat Falls to powieść pełna niespodzianek i nie ma sensu zdradzanie zbyt wielu z nich. Łatwo się domyślić, że Lane będzie musiała się zmienić i wydorośleć, by przetrwać w dziczy, a skoro powieść przeznaczona jest dla nastoletniego czytelnika, musi pojawić się też choć cień wątku miłosnego. Tutaj mamy aż dwóch kawalerów - poważnego i zdeterminowanego strażnika i nieliczącego się z nikim dzikusa. Obaj poczują coś do Lane, a że różnią się od siebie tak, jak moje oba koty - ruda i nieprzewidywalna Daisy i srebrzysta i stateczna Lucy - między całą trójką będzie często iskrzyć.

Najciekawsza jest jednak sama Lane i przemiana, jaką przechodzi - z przestraszonej dziewczynki, która obsesyjnie odkaża skórę po każdym kontakcie z brudem do zdecydowanej pannicy stającej w obronie "dzikich", czyli ludzi zarażonych wirusem i przemienionych. Nie sposób jej nie lubić, a przy okazji może być nie najgorszym wzorcem do naśladowania, gdy odważnie staje w obronie tych, którzy wyglądają inaczej.

Niestety, znajdzie się też łyżka dziegciu - muszę zdecydowanie ukryć tę książkę przed U, który jest genetykiem i który z pewnością nie mógłby jej czytać, nie pomstując w głos na różne bzdury dotyczące realiów świata przedstawionego. Cała idea zamykania się w gettach po to, by nie zachorować na coś, co złapać można tylko, kiedy się zostanie ugryzionym, wydaje się pozbawiona sensu. Jeśli jednak przymkniemy oko na takie niedociągnięcia, lektura sprawi nam sporo przyjemności, zaś młodego czytelnika może wciągnąć bez reszty. Przetestuję ją na pewno na Oli.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kiedy przychodzi wiosna, chciałabym być w Nowym Jorku. Idąc za radą bohaterów "Mam wiadomość", spędziłam tam dwa cudowne, wiosenne tygodnie trzy lata temu i od tego czasu co roku, kiedy zaczynają kwitnąć forsycje, tęsknię za tym niepodobnym do żadnego innego miastem. Skoro jednak w tym roku nie uda mi się tam wrócić, może chociaż o nim poczytam? Oto bardzo subiektywnie wybrana dziesiątka książek o mieście, które nigdy nie śpi:

1. Kamila Sławińska "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny"

Zacznę od książki, którą czytałam na krótko przed wyjazdem, tak że całe fragmenty książki Sławińskiej tkwiły mi żywo w pamięci, kiedy przemierzałam opisywane przez nią miejsca. Bardzo emocjonalny i doskonale napisany przewodnik, który jest właściwie zbiorem opowieści o wybranych miejscach.

2. Colson Whitehead "The Colossus of New York"

Ta niewielka książeczka towarzyszyła była pierwszą pozycją, jaką kupiłam w legendarnym Strandzie (oczywiście nie ostatnią). Towarzyszyła mi codziennie w pociągu, którym dojeżdżałam na Manhattan z Newark, i miałam wrażenie, że czuję, jak idealnie rytm tej prozy pasuje do tętna nowojorskich dworców. Recenzję znajdziecie tutaj.

3. Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o Nowym Jorku, niech to będzie właśnie ta. Jeśli przeczytaliście ich już dziesiątki, Magdalena Rittenhouse i tak was zaskoczy.

4. Rem Koolhaas "Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu"

Tę książkę czytam od jakiegoś czasu - powoli, bo jej lektura oszałamia. Właściwie można się tego było spodziewać już po zapoznaniu się z tytułem.

5. Amy Waldman "The Submission"

Prowokująca i ważna powieść, która pyta o to, kim stali się nowojorczycy po 11 września. W konkursie na projekt pomnika dla ofiar ataku na WTC zwycięża projekt, którego autorem jest muzułmanin. Pomysł na fabułę genialny w swojej prostocie.

6. Claire Messud "Dzieci cesarza"

Losy grupki młodych nowojorczyków jako pretekst do rozważań o amerykańskim społeczeństwie. Recenzja tutaj.

7. Sam Wasson "Piąta aleja, piąta rano"

Numerem siedem miało być "Śniadanie u Tiffany'ego", które wielbię bezgranicznie. Może jednak lepiej będzie polecić książkę, która opowiada o powstaniu filmu z Audrey Hepburn w roli głównej - warto przeczytać, żeby zrozumieć, z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się filmowcy i jak skomplikowany był świat ówczesnego Nowego Jorku.

8. Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Cofnijmy się teraz jeszcze bardziej w czasie - chyba nigdy Nowy Jork nie był bardziej fascynujący, niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy jego potęga dopiero się rodziła. Książka Winnickiej może nie jest specjalnie odkrywcza, ale można sobie wiedzę odświeżyć w sposób wyjątkowo przyjemny - Winnicka pisze zgrabnie, a książka ma piękne ilustracje.

9. Caleb Carr "Alienista"

Z epoki jazzu przenieśmy się kilka lat wstecz. Jest końcówka XIX wieku, a w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca. Policji pomaga tytułowy alienista - ktoś, kto dzisiaj zostałby nazwany psychopatologiem, wtedy zaś był tajemniczym dziwakiem. Świetny, bardzo nastrojowy kryminał!

10. Emily Barton "Brookland"

Skoro już przemieszczamy się w czasie, dziesiąta książka opowie o osiemnastowiecznym Nowym Jorku. Cudowna historia o niezwykłej kobiecie i moście, który połączył Brooklyn z Manhattanem. Muszę ją koniecznie przeczytać raz jeszcze i napisać na jej temat długą i pełną zachwytów notkę.

Macie swoje ulubione nowojorskie lektury? Przyznam, że z trudem ograniczyłam się do dziesięciu - obszerną listę znajdziecie w komentarzach pod tym tekstem - korzystam z niej od trzech lat :) Jeśli zaś marzy Wam się wiosenny Nowy Jork, pod tagiem New York znajdziecie relacje ze spacerów po poszczególnych dzielnicach. Ach, jak bardzo chciałabym się znowu znaleźć na Brooklynie, patrząc na zapalające się powoli światła Manhattanu, lub przespacerować po Central Parku w słoneczne, kwietniowe popołudnie...

środa, 15 kwietnia 2015

W niewielkim miasteczku na południu Anglii samotna matka, Jess, dokonuje prawdziwych cudów, żeby utrzymać swoją dość nietypową gromadkę. Mąż zachorował na depresję, wyprowadził się do mamy "na chwilę" dwa lata temu. Jess wychowuje nie tylko ich wspólną córkę - dziesięcioletnią Tanzie, ale także pasierba. Nicky ma 16 lat, ubiera się w stylu gotyckim i maluje oczy, przez co jest obiektem drwin i napaści ze strony miejscowych osiłków. Tanzie to matematyczny geniusz - nic nie sprawia jej takiej przyjemności, jak rozwiązywanie skomplikowanych równań. Nauczyciel próbuje załatwić jej stypendium do doskonałej szkoły prywatnej, niestety, Jess musiałaby pokryć pięć procent czesnego, co wydaje się być niemożliwe. Wtedy nauczyciel zgłasza Tanzie na olimpiadę matematyczną, w której można zdobyć wysokie nagrody finansowe.Jedyny problem jest taki, że konkurs odbywa się w Szkocji. Jess stawia wszystko na tę jedną kartę i postanawia, że za wszelką cenę dowiezie córkę na miejsce.

Tak zaczynają się perypetie uroczej grupy dziwaków, którym wszechświat wydaje się nie sprzyjać. Nawet optymistyczna Jess momentami będzie przeżywać chwile zwątpienia, gdy los będzie rzucał kolejne kłody pod jej nogi. Na szczęście pomoc przyjdzie z niespodziewanej strony.

Ed to zamożny biznesmen, który nierozważnie wpakował się w spore tarapaty. Oskarżono go o sprzedaż informacji poufnych, został odsunięty od firmy, którą założył, najlepszy kumpel nie chce z nim rozmawiać, a w niedalekiej przyszłości czeka go proces. Ed sam do końca nie rozumie, jak to się stanie, że pewnego dnia po prostu zapakuje całą rodzinę Jess, łącznie z ogromnym i śliniącym się psem, do swojego nieskazitelnego audi, by dowieźć ich na konkurs do Szkocji.

"Razem będzie lepiej" to urocza powieść drogi, która ma w sobie coś z atmosfery nagradzanego filmu "Mała Miss". Tu również grupa pogubionych i nieszczęśliwych dziwaków jedzie przed siebie, chcąc pomóc małej dziewczynce spełnić jej marzenia. Od początku wiemy, że musi się to skończyć happy endem, ale cóż z tego - z napięciem śledzimy losy całej czwórki, zastanawiając się, jak uda im się pokonać przeszkody.

Jojo Moyes doskonale buduje napięcie, co kilka rozdziałów zaskakując czymś zarówno swoich bohaterów, jak i czytelnika. Jej dialogi bywają przezabawne, a opisy bardzo sugestywne. Wyperfumowane domy, zakurzone pensjonaty, przydrożne bary - wszystkie mijane przez nich miejsca są jak żywe i doskonale odzwierciedlają stan emocjonalny naszych bohaterów, który zresztą zmienia się równie często, jak mijane przez nich krajobrazy.

Lubię książki tej autorki - są doskonałym lekarstwem na kiepski nastrój. Niby nic w nich szczególnego nie ma, a jednak trudno nie poczuć się lepiej, kiedy bohaterowie, których nie sposób nie lubić, nagle odkrywają, że są dokładnie tam, gdzie powinni, że nie są sami, że świat bywa przyjaznym miejscem. Przy okazji zaś poruszanych jest sporo ważnych tematów - bieda i jej konsekwencje, zaufanie i jego nadużycie, uczciwość względem siebie i innych. Przede wszystkim zaś ciepła historia o dobrych ludziach, którym wreszcie zaczynają przytrafiać się dobre rzeczy.

Moja ocena: 4.5/6

piątek, 10 kwietnia 2015

Remigiusz Mróz - jeszcze rok temu nazwisko to nie obiło mi się nawet o uszy, ale w ostatnich miesiącach mam wrażenie, że jego książkę znajdę nawet w lodówce. Nie mam jednak alergii na popularnych autorów, wręcz przeciwnie - musiałam sprawdzić na własnej skórze, czy jest się czym ekscytować. Zabrałam jedną z jego książek, jadąc na święta to rodziny.

Nie będę was trzymać w niepewności. Powiem to od razu - nie był to dobry pomysł.

Nie był to dobry pomysł, bo "Kasacja" jest świetna i się nie wyspałam.

Thriller prawniczy, jakim podobno jest ta książka, kojarzy się z Johnem Grishamem, długimi posiedzeniami na sali sądowej, zawiłymi dywagacjami i gierkami prokuratora i adwokata. Nie, żebym miałam coś przeciwko - bardzo lubię książki z wątkiem prawniczym w tle. Jednak "Kasacja", choć opowiada o prawnikach i zawiera sceny z procesu, w niczym nie przypomina książek Grishama. I dobrze! To przezabawna, napisana chyba z lekkim przymrużeniem oka powieść sensacyjna z uroczymi bohaterami, których nie sposób nie pokochać i całkiem zgrabną i zaskakującą intrygą kryminalną w tle.

Dwoje bohaterów to osoby z dwóch różnych światów. Joanna Chyłka, doświadczona pani adwokat, uwielbia szybką jazdę, mięsne posiłki i Iron Maiden. Ma cięty język i nie przebiera w słowach. Kordian Oryński to aplikant, który ma wiele szczęścia, trafiając do kancelarii, w której pracuje Chyłka - na studiach się nie wyróżniał i nie wydaje się przygotowany do pracy w pełnej ambitnych pracoholików firmie. Od Chyłki różni się tak, jak uwielbiany przez niego Will Smith różni się od Bruce'a Dickinsona - jeździ tramwajami, odżywia się zdrowo i łatwo go zbić z tropu. Szybko jednak okaże się, że doskonale potrafi odnaleźć się w towarzystwie twardej Chyłki i zawiązuje się między nimi zaskakująca nić porozumienia.

Sprawa, nad którą pracują, nie jest typowa. Mężczyzna oskarżony o wyjątkowo brutalne zabójstwo nie wydaje się skory do współpracy. Prawie się nie odzywa i wydaje się, że jest mu obojętne, czy zostanie uznany za winnego. Nasi prawnicy nie są pewni, co o nim myśleć. Nie potrafią zdecydować, czy jest szansa, że jest niewinny. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia - szefostwo naciska na nich, by specjalnie nie angażowali się w tę sprawę, a sąd szybko wydaje wyrok skazujący.

Mróz potrafi jednak komplikować akcję - pojawiają się nowe tropy, zaś prawnicy nie chcą porzucić sprawy, choć pozornie wydaje się beznadziejna. Postanawiają wnieść o kasację wyroku. Od tego momentu fabuła skręca w stronę sensacji, zaś od lektury naprawdę trudno się oderwać. Chyłka i Zordon, takie bowiem przezwisko zyskuje Kordian, pakują się w wielkie tarapaty i prawdziwą przyjemnością jest obserwowanie, jak się z nich będą wydobywać.

Lektura długo w noc zainteresowała moich rodziców, którzy następnego ranka odebrali mi książkę i zapewne sami chodzą w tej chwili nie wyspani. Tym lepiej, bo zasypałabym was cytatami - w książce mnóstwo jest dowcipnych dialogów, które zapadają w pamięć. Wygląda na to, że zawarłam właśnie znajomość z pisarzem, którego na pewno będę jeszcze czytać!

Moja ocena: 4.5/6


piątek, 03 kwietnia 2015

Podsumowań miesięcznych lub kwartalnych nigdy na tym blogu nie było. I nie wiem właściwie, dlaczego, bo lubię takie podsumowania czytać u innych. W ramach przedświątecznej prokrastynacji i odsuwania w czasie pieczenia mazurków spróbuję coś podsumować, a że jak szaleć to szaleć, podsumuję sobie cały kwartał. A co!

Zacznijmy od przeczytanych książek - według listy w kalendarzu było ich w trzech pierwszych miesiącach roku 20. Prawdopodobnie zapomniałam zapisać kilku tytułów, bywa. Co ciekawe, w tej dwudziestce jest aż dziewięć książek polskich autorów!

Najlepsze książki?

Sarah Waters "Za ścianą" i Kateřina Tučková "Boginie z Žítkovej"

Co poza tym? Jeden dłuższy, bardzo udany, bardzo biały wyjazd w góry, relacja na Innych stronach

Książkowych wydarzeń niewiele, chyba tylko Targi Książki dla Dzieci w Poznaniu. Spędziłyśmy na nich z Olą mnóstwo czasu, ale kupiłyśmy tylko dwie książki, obie na stoisku Multico:

Marzec zaś upłynął przede wszystkim pod znakiem siania i przesadzania, czyli w tym roku uprawy balkonowe zaczynam od nasionek :)

Pomidory

Papryczki chili

W ramach głośnego czytania całą rodziną kończymy właśnie "Kwiat kalafiora" - polecam, "Jeżycjada" doskonale sprawdza się jako lektura na rodzinne wieczory!

Cykle blogowe

W tym kwartale znowu zapraszałam gości w poniedziałki. Poniedziałkowi goście ostatnich trzech miesięcy to:

Janek z Tramwaju nr 4

Ela z Czytam, bo muszę

Sylwia i Marta z Książek mojej siostry

Jarek z Krytycznym okiem

Kasia z Mojej pasieki

Paulina Z Krakowskiego czytania

 

Niedzielne dziesiątki:

Książki do przeczytania w 2015 (jedna przeczytana)

Książki na poprawę nastroju

Książki o pieszych wędrówkach

 

Jak zapewne zauważyliście, czasami piszę też dla Onetu. Teksty z ostatnich trzech miesięcy:

Jak czytać więcej i dotrzymywać noworocznych postanowień

20 najgorszych rzeczy, które mogą przydarzyć się molowi książkowemu

Książki, które wprawią cię w wiosenny nastrój

Książki z fascynującymi dedykacjami

Sporo się działo, a kwiecień zapowiada się jeszcze bardziej interesująco - w najbliższych dwóch tygodniach czekają mnie dwa blogowo-książkowe wydarzenia! Szczegółów na razie nie zdradzę, ale mogę wyjawić, co mam zamiar czytać! Książki leżące na samej górze są wynikiem mojej najnowszej fascynacji kolejnym regionem świata :) Zaś dwa tomy po prawej stronie upolowałam wreszcie na allegro, zainspirowana przez Bibliomiśka!


Muszę chyba przestać udawać, że nie słyszę wołającego do mnie ciasta na mazurki. Życzę Wam spokojnych, zaczytanych i radosnych Świąt!

poniedziałek, 30 marca 2015

Jakiś czas temu przez amerykańskie i angielskie portale książkowe przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy dorośli powinni się wstydzić tego, że czytają książki dla młodzieży. Literatura młodzieżowa, po angielsku nazywana Young Adult fiction, święci prawdziwe triumfy za oceanem, i to bynajmniej nie tylko wśród czytelników mających naście lat. Niektórzy czytelnicy i krytycy uważają, że dorośli sięgający po książki z tego gatunku są żałośni, nie mają wyrobionego gustu i generalnie powinni się za siebie wstydzić.

Na szczęście po publikacji pierwszego artykułu, który głosił tę tezę, zewsząd zaczęły rozbrzmiewać głosy obronne. Ludzie oczytani i dobrze wykształceni przyznawali się do tego, że lubią czytać także książki z kategorii Young Adult, co więcej - uważają, że to literatura jak każda inna.

Zapewne wiecie, lub przynajmniej się domyślacie, że identyfikuję się z tą drugą grupą.

Cóż - mam dobry powód, żeby czytać książki dla młodzieży. Moja córka jest już nastolatką, a od wielu lat przecież czytam książki przeznaczone dla niej - dawniej po to, żeby wybrać coś, co jej się spodoba, teraz często na jej prośbę, żeby móc podyskutować i zrozumieć jej fascynację jakimś tytułem.

Czytałabym jednak książki dla młodzieży, nawet gdybym nastolatki w domu nie miała.

Przede wszystkim dlatego, że tym, za co najbardziej kocham literaturę, jest poszerzanie horyzontów. Może to wyświechtana fraza, ale dokładnie to robią książki - otwierają oczy na innych, uczą empatii, prowokują do spojrzenia na świat cudzymi oczami. Książki młodzieżowe, których bohaterami najczęściej są nastolatki właśnie, przypominają, jak cudownie i zarazem okropnie kategoryczny i pełen pasji jest ten okres życia. Nastoletni bohaterowie nie uznają półśrodków. Zakochują się na zabój, wydają zdecydowane sądy, śmiało przechodzą do działania. Nie wszyscy, z pewnością, jednak ta determinacja i zapał są bardzo charakterystyczne. Czytając, przypominam sobie, jak to było, postrzegać świat w tak intensywny sposób.

Jest jeszcze jedna cecha, za którą wszyscy powinniśmy kochać książki dla młodzieży. Są one doskonałym lekarstwem na brak chęci na czytanie. Nie masz ochoty na żadną książkę? Zmuszasz się, by sięgać po kolejne lektury, ale każdą rzucasz w kąt po kilkunastu minutach? Zajrzyj do jakiejś książki dla młodzieży - jest duża szansa, że nie zauważysz, że minęło kilka godzin!

Do sięgnięcia po książki Maggie Stiefvater nie skłoniła mnie jednak czytelnicza niemoc. Pisarka ta zainteresowała moją córkę, jako że napisała drugi tom uwielbianej przez nią serii (każdy tom ma innego autora). "Król kruków" i "Złodzieje snów" to nowy cykl tej autorki, a opisy brzmiały zachęcająco. Przeczytałam obie części w dwa wieczory, co z pewnością źle o nich nie świadczy.

Kot musi być. Ten młodszy, skoro książki młodzieżowe.

Prawdę powiedziawszy,"Król kruków" zaczyna się dość chaotycznie, a wrażenie lekkiego chaosu pozostaje do końca lektury. Poznajemy Blue, córkę wróżki, jedyną zresztą osobę w rodzinie, która nie posiada daru jasnowidzenia. Mieszkając z kilkoma obdarzonymi takim darem ciotkami, Blue jest zdecydowanie zbyt często informowana o tym, że nad jej przyszłością ciąży cień - kiedy pocałuje chłopaka, sprowadzi na niego śmierć. Ona sama, jako niezbyt zainteresowana płcią przeciwną nastolatka, jest raczej tą przepowiednią zirytowana, niż przejęta, przynajmniej do momentu, kiedy sama nie dozna wizji i nie zobaczy chłopaka, na którego ma wywrzeć taki dramatyczny wpływ.

Chłopców zresztą jest w tej opowieści pod dostatkiem. Gansey, Ronan, Adam i Noah początkowo wydają się do siebie podobni - nieco mroczni, lojalni, ale skryci, połączeni wspólną obsesją. Blue zostaje nieco przypadkiem wciągnięta do ich grupy, i choć próbuje się mieć na baczności, od początku wiadomo, że ulegnie urokowi któregoś z nich. Daje się wciągnąć w poszukiwania, które opętały zwłaszcza Ganseya - marzy on o znalezieniu ciała walijskiego króla sprzed wieków, wierząc, że nie jest on tak naprawdę martwy.

"Złodzieje snów" to ciąg dalszy ich przygód, o dziwo, zdecydowanie lepszy niż tom pierwszy. Poszukiwania tajemniczego władcy wciąż trwają, nie jest też rozstrzygnięta kwestia pocałunku. Wychodzą też na jaw niecodzienne umiejętności mało jak dotąd wyeksponowanego członka grupy - Ronana. Potrafi on przynosić przedmioty ze swoich snów, a przy okazji skrywa też kilka innych tajemnic.

Ronan, Gansey, Adam - wszyscy trzej okazują się nieco inni, niż się to na początku wydawało. Autorka powoli buduje swoje postaci, unikając prostych rozwiązań. Adam, którego najbardziej lubiliśmy w części pierwszej, po wydarzeniach z "Króla kruków" zmienia się. Z całej grupy jest najuboższy i nie potrafi poradzić sobie z poczuciem niższości. Zmaga się ze złością - na siebie, na Blue, na swoich przyjaciół. Blue zresztą niczego mu nie ułatwia, nie jest z nim szczera i sama nie wie, czego od niego chce. Gansey, który początkowo irytował mnie najbardziej, zmienia się na lepsze. To taki złoty chłopiec, który nie wie, czym jest prawdziwe życie, za to potrafi z niezwykłą wytrwałością dążyć do celu, choćby ten wydawał się całkiem nieprawdopodobny. Najciekawszy zaś jest Ronan - ale o nim przeczytajcie sami! Byle nie przed snem, bo fragmenty o jego koszmarach są całkiem sugestywne!

Jeśli sądzicie, że fantastyka dla młodzieży oznacza książki o wampirach i upadłych aniołach, Maggie Stiefvater może was pozytywnie zaskoczyć. W jej książkach magia po prostu jest, splatają się też wątki, które mogą prowadzić czytelnika w wielu kierunkach - na przykład w stronę tajemniczych linii na płaskowyżu Nazca w Peru. Jednak tym, co w "Królu kruków" i "Złodziejach snów" jest najciekawsze, jest po prostu portret grupy nastolatków, szukających swojego miejsca w życiu. Bohaterowie są może trochę pogubieni, ale ich wzajemne relacje są opisane pieczołowicie i wiarygodnie. Trudno nie ulec ich urokowi, tym bardziej, że autorka nie faworyzuje nikogo, poświęcając każdemu wiele uwagi.

Fabuła bywa nieco naciągana i czasem irytowały mnie niektóre wydarzenia. Podobała mi się jednak tajemniczość i to, że zarówno przyszłość, jak i przeszłość bohaterów nie jest czytelnikowi jeszcze znana. Jestem przekonana, że moją córkę ta lektura zachwyci. Na pewno będzie bardzo przejęta klątwą ciążącą nad Blue i smutnym losem niektórych z chłopców. Ja też nie żałuję czasu, który nad tą serią spędziłam, i ciekawa jestem ciągu dalszego.

Moja ocena: 4/6

sobota, 28 marca 2015

Chciałam zacząć od tego, jak interesującą pisarką jest Sarah Waters. Wspomnieć o tym, że na rynku brytyjskim rzesze fanów czekają niecierpliwie na każdą jej kolejną powieść. Wyrazić żal, że choć wszystkie jej książki wydano po polsku, mało się o niej u nas mówi i pisze. I jeszcze większy, że kiedy już się mówi, to często szufladkuje się ją jako autorkę powieści lesbijskich. Ale zdecydowałam, że zacznę inaczej.

Od tego, co najważniejsze.

Natychmiast, ostatecznie jutro, sięgnijcie po najnowszą książkę Sary Waters. Otwórzcie „Za ścianą” i sprawdźcie, jak wygląda powieść doskonała. Taka, która ściska za gardło, czaruje obrazem świata, którego już nie ma, odpędza sen. Powieść, której zdaniem wielu angielskich krytyków (jak też i niżej podpisanej) nie powstydziłaby się Virginia Woolf.


Czy jest sens pisać coś jeszcze? Recenzować dzieło, któremu nie mam nic do zarzucenia, będzie trudno, tym bardziej, że jego fabuła kryje w sobie zwrot akcji, którego wyjawienie byłoby zbrodnią przeciwko czytelnikom (mam bowiem nadzieję, że każdy z was już w tej chwili planuje, kiedy czytelnikiem tej książki się stanie)! Zapewne jednak zjada was ciekawość (chyba że znudziły was moje mętne wywody i właśnie w tej chwili otwieracie zakupiony przed chwilą plik z książką w wersji elektronicznej). Przejdźmy więc do konkretów.

Jest rok 1922, czas zmian, który został niezwykle malowniczo przedstawiony w serialu „Downton Abbey” (tak, tak, to ma być kolejny wabik). Frances Wray i jej matka nie przypominają jednak w niczym bohaterów serialu. Kiedyś ich świat był inny – trzymały służbę, mieszkały w pięknym domu, nie martwiąc się o przyszłość. Jednak przyszła wojna, bracia Frances pojechali na front i zginęli, ojciec wpędził się w chorobę i umarł. Matka i córka zostały bez środków do życia, z wielkim, niewygodnym domem, pogrążone w żałobie i bezradne. Teraz decydują się na coś, co dawniej byłoby nie do pomyślenia – podnajmują część domu lokatorom.

Lokatorzy oznaczają bardzo wyczekiwany dochód, ale jednocześnie ich pojawienie się zakłóca bezpieczną rutynę domu pań Wray. Młodzi ludzie – Lilian i Leonard Barber, są kilka lat po ślubie. Są głośni, weseli nietaktowni. Kiedy zaś Frances odkrywa, z przerażeniem i zachwytem zarazem, że pani Barber budzi w niej dawno uśpione marzenia, uczucia i żądze, nic nie będzie takie samo. Lilian daje się uwieść, a czytelnikowi zaczyna się wydawać, że czyta lesbijski romans.

Sarah Waters potrafi jednak czytelnika zaskoczyć. Roztrzaskuje nasze oczekiwania w drobny mak, z podobną niedelikatnością obchodząc się ze swoimi bohaterami. Ze zgrozą obserwujemy, jak wszystko się rozpada – spokojne życie Frances, nadzieje Lilian, nasza wizja książki. Trzeba być ostrożnym, oddając się w ręce tej pisarki – wprawdzie jej ostatnie dwie powieści mogły uśpić naszą czujność, jednak Sarah Waters jest przecież autorką „Złodziejki”, w której jest więcej zaskakujących zwrotów akcji, niż w całej twórczości niejednego autora kryminałów. To pisarka, która nie oszczędza swoich bohaterów, karząc ich surowo za najmniejszą nawet słabość.

Po raz pierwszy od dawna musiałam użyć całej swojej siły woli, by nie zajrzeć na ostatnie strony. Czytałam w nerwach, mamrocząc pod nosem inwektywy pod adresem bohaterek, strofując je lub wzdrygając się, gdy były o krok od katastrofy. Waters najpierw bowiem budzi w nas sympatię dla swoich postaci, sprawia, że zaczynamy je rozumieć i z nimi współodczuwać, a następnie wprawia w wir machinę, która bezlitośnie obnaża ich wady. To opowieść o nieporozumieniach, o milczeniu, zaniechaniu, tchórzostwie i panice. To opowieść o tym, do czego może doprowadzić nas miłość.

Tło historyczne prawie nie istnieje, a przecież przez losy tych dwóch kobiet, które celowo lub przypadkiem próbowały swoją epoką wyprzedzić, mówią nam o tych czasach więcej, niż najbardziej szczegółowe opisy. To nie są czasy jazzu i szalonych imprez. To moment przejścia – stary świat się skończył, a nowy jest jeszcze bardzo odległy. Epoka, w której trudno jest być po prostu sobą, zwłaszcza jeśli się jest kobietą.

Sarah Waters napisała już dwie doskonałe powieści – „Złodziejkę” i „Muskając aksamit”. Przyniosły jej sławę, ale także łatkę autorki powieści o wiktoriańskich lesbijkach. Nie można powiedzieć, żeby jej ta łatka przeszkadzała – napisała nawet doktorat na temat literatury gejowskiej i lesbijskiej i wykłada ten przedmiot na uniwersytecie. Ostatnie dwie powieści były jednak swego rodzaju eksperymentami – „Pod osłoną nocy” wprawdzie także zawiera motyw miłości między kobietami, przede wszystkim jest jednak nieszablonowym obrazem życia w Londynie w czasie bombardowań, a także zabawą z narracją – historia opowiadana jest od końca do początku. „Ktoś we mnie” to z kolei próba odtworzenia klimatu powieści gotyckiej i zarazem jedyna książka Waters, w której nie występuje wątek dwóch kobiet. I choć obie te książki były nominowane do nagrody Bookera, nie zachwyciły wszystkich czytelników. „Za ścianą” to jednak powrót wielkiej Sary Waters. Nie przegapcie.


Moja ocena: 6/6



wtorek, 24 marca 2015

Chyba każdy słyszał o niani, która spadła z nieba. Kto nie czytał książek Pameli L. Travers, mógł widzieć adaptację Disneya albo chociaż film sprzed dwóch lat o tym, jak Disney namówił słynną autorkę na to, żeby pozwoliła przenieść Mary Poppins na ekran (Ratując pana Banksa). Jeśli jednak wasza znajomość z Mary Poppins ogranicza się do mglistych wspomnień z dzieciństwa i ewentualnie obejrzenia któregoś z filmów, możecie się mocno zdziwić, sięgając po książki. Powiem więcej - zdecydowanie powinniście po nie sięgnąć!

Mary Poppins nie jest bowiem żadną bajkową postacią, dobroduszną i wnoszącą promyk magii w szare życie rodziny Banksów. Mary to postać z pogranicza obu światów - realnego i magicznego, i jak to z przybyszami z innych światów bywa, niesie w sobie pierwiastek ciemności. Mówiąc krótko - jest postacią zdecydowanie niejednoznaczną, raczej zimną, oschłą, a nawet przerażającą. Dlaczego więc dzieci i dorośli tak bardzo ją pokochali?

Sięgnęłam po piękny tom zawierający wszystkie książki o Mary Poppins, nawet takie, których wcześniej na polski nie przetłumaczono, aby przypomnieć sobie, dlaczego ją uwielbiałam jako dziecko.Nastawiona byłam na sentymentalną i przyjemną lekturą, idealnie pasującą do wiosennej aury. Ze zdziwieniem przewracałam kolejne strony, coraz bardziej zafascynowana, nie mogąc uwierzyć, jak wybiórcza okazuje się pamięć. O ile bowiem sporo przygód rodzeństwa Banks zapisało się w niej trwale, zupełnie zapomniałam, jak kontrowersyjną postacią jest sama słynna niania. A może po prostu jako dziecko tego nie zauważałam?

Mary zostaje przyniesiona do domu Banksów przez wiatr. Dostaje z miejsca pracę, choć nie ma żadnych referencji. Od początku daje wszystkim do zrozumienia, że to ona robi im łaskę, pracując w ich domu. Dzieci są jednak zafascynowane - widziały, że przywiał ją wiatr, a gdy Mary idzie się rozpakować do ich pokoju, wjeżdża pod górę po poręczy. Maluchy od razu wiedzą, że jest w niej coś niezwykłego. Kiedy zaglądają do jej torby, wydaje im się pusta, po chwili jednak Mary wyciąga z  niej fartuch, mydło, perfumy, siedem flanelowych koszul nocnych i cztery bawełniane, pantofle, składane łóżko, pierzynę i kilka innych drobiazgów.

Screen z filmu

Już sam ten początek zwiastuje coś, co będzie cechą charakterystyczną wszystkich opowieści o Mary Poppins - są one zbudowane wokół paradoksów. Fakt, że niania wjechała pod górę po poręczy rozbudził w dzieciach mnóstwo oczekiwań. Zaglądając do jej torby, spodziewały się, że zobaczą w niej niezwykłe, magiczne przedmioty, tymczasem torba okazała się pusta. Kiedy pogodziły się już z rozczarowaniem, Mary z torby wyjęła łóżko! Wielbiciele Harry'ego Pottera mogą dostrzec analogię między tą zrobioną z dywanika torbą niani, a niewielką torebką Hermiony, w której mieścił się namiot i miecz.

Źródło

W życiu Banksów zawitała więc magia, a dzieci natychmiast przylgnęły do nowej niani. Ta jednak wcale tego sobie nie życzyła. Jest dla nich oschła i nieprzyjemna, często zwraca się do nich w sposób okrutny i niesprawiedliwy. Wokół niej dzieją się rzeczy niezwykłe, kiedy jednak mały Michaś próbuje którąś z nich wspomnieć w rozmowie, zostaje wyśmiany.

Mary jest nie tylko chłodna i zdystansowana - trudno znaleźć bardziej zapatrzoną w siebie osobę. Uważa się za chodzący ideał i często to podkreśla. Nie jest ładna, ale uwielbia wpatrywać się w swoje odbicie w szybie. Kiedy jej czas w domu na Czereśniowej dobiega końca, nie przejawia żadnego żalu. Dzieci płaczą, a ona spokojnie odchodzi.

Dlaczego więc tak ją uwielbiają? Czasem kary, które stosują, bywają naprawdę surowe - tak jak wtedy, gdy Janeczka zostawiona bez opieki w domu wchodzi w obraz namalowany na porcelanowym talerzu i ze zgrozą odkrywa, że być może nie będzie mogła wrócić. Z drugiej strony jednak w towarzystwie Mary nie sposób się nudzić - można niespodziewanie pojechać w podróż dookoła świata, znaleźć się w głębinach oceanu lub zjeść piknik pod sufitem, unosząc się w powietrzu. Można też zastanowić się nad naturą świata i tym, co sami o sobie wiemy. Przecież zajmuje się ona także malutkimi dziećmi, które pamiętają, gdzie były, zanim przyszły na świat! Nie wierzą, że kiedyś zdołają zapomnieć to, co wydaje im się najcenniejszym i najpiękniejszym wspomnieniem. A jednak - zaraz po pierwszych urodzinach wspomnienia znikają, a one stają się po prostu zwykłymi dziećmi.

Mary nie zapomniała. Jest kimś wyjątkowym, a sama Travers przyznała, że przy tworzeniu tej postaci inspirowała się mitologią indyjską, a zwłaszcza Upaniszadami. Znała je zresztą dzięki swojej przyjaźni z W. B. Yeatsem, który przełożył Upaniszady na język angielski.

Przyniesiona przez wiatr niania jest jak siddhi, duchowa moc, jak jogin, który staje się jednością z wiatrem i chmurą. Nie jest już zwykłym człowiekiem, zna tajemnice przed ludźmi ukryte.

Czyż można się więc dziwić temu, jak dziwnie i z dystansem potrafi się zachowywać Mary? Nie wiemy, ile dzieci już wychowała, wiemy jednak, że z tych bywa naprawdę dumna. Czasem przez jej twarz przemknie uśmiech, który zaraz zostaje stłumiony, czasem w jej oczach pojawia się iskierka dumy. Jednak Mary woli się nie spoufalać - wie, że jest z nimi tylko na chwilę. Nie jest jedną z nich. Musi być bardzo samotna w swojej wyjątkowości.

Opowieści Pameli L. Travers są popisem dzikiej wyobraźni autorki. Każda historia to nowa przygoda, zaś czytając je z perspektywy dorosłego trudno nie zauważać kolejnych aluzji do mitologii indyjskiej i greckiej, a także sytuacji, które mogą być pretekstem do wielu rozważań. Tak jak w ostatnim rozdziale "Mary Poppins w parku", kiedy to z okazji Halloween dzieci zauważają, że ich cienie postanowiły zrobić sobie spacer bez swoich właścicieli. Oczywiście, jedyny cień, który nie opuścił swojej właścicielki, to cień Mary, która następnego dnia zauważa z samouwielbieniem, że przecież jej cień nie miałby po co od niej uciekać. Dlaczego by nie zinterpretować tej opowiastki jako historii o tym, że każdy ma swoją cienistą stronę i że może ona czasem wędrować gdzieś bez naszego udziału? A może cień to po prostu cząstka nas, której nigdy wcześniej nie poświęciliśmy żadnej uwagi?

Wydawnictwo Jaguar przygotowało niezwykłe wydanie wszystkich książek o Mary Poppins. Umieszczone zostały w jednym, naprawdę imponujących rozmiarów tomie (902 strony). Wśród nich znalazły się dwie części wcześniej w Polsce nie wydane - "Mary Poppins w kuchni" i urocza "Mary Poppins od A do Z", którą warto jednak przeczytać w oryginale, choć i tłumaczenie jest naprawdę dobre - każda litera alfabetu dostaje swój rozdział, w którym większość słów zaczyna się na tę właśnie literę.

Lubię trzymać przy łóżku jakąś antologię, tomik poezji lub zbiór listów. Sięgam po nią wieczorami, czytając kilka stron przed snem. Przez ostatnie miesiące czytałam wieczorami Mary Poppins, ciesząc się każdym kolejnym rozdziałem. Liczyłam na magiczne przygody we śnie, niestety, na wizytę niani trzeba widocznie zasłużyć. Chyba nie byłam wystarczająco grzeczna? A może właśnie nie dość niegrzeczna?


Źródło

Znacie Mary Poppins? Zaczytywaliście się w książkach Travers w dzieciństwie, marząc o takiej niani? Nie zapomnijcie o niej - o dziwo jej przygody nie zestarzały się! Jeśli zaś nie zawarliście dotąd tej znajomości, nie ma na co czekać, w końcu kto wie, czy któregoś dnia nie zobaczycie na niebie gwiazdy, której wcześniej tam nie było, albo do waszego ogródka nagle zawita bardzo pewna siebie i arogancka niania z parasolką?

Moja ocena: 6/6

wtorek, 17 marca 2015

Dawno, dawno temu, w Białych Karpatach, na granicy Słowacji i Moraw, żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć, warzyć eliksiry miłosne i trucizny, przepowiadały przyszłość, zaklinały pogodę. Nie chwaliły się swoimi umiejętnościami - mieszkały w chatkach na uboczu, ale ludzie zawsze wiedzieli, jak do nich trafić. W naszym kraju nazywano by je szeptuchami, zielarkami, mądrymi babami. Tam uważano je za boginie.

Boginie nie były bowiem wyznawczyniami diabła. Ich umiejętności były mieszaniną magii i religii, zaś o objawienia modliły się do Boga. Ich umiejętności były zdecydowanie nadprzyrodzone, toteż nie uważano ich za zwykłe śmiertelniczki.

Brzmi jak bajka? Wierzcie lub nie, ale boginie naprawdę kiedyś żyły w Karpatach. Ostatnią z nich agenci czechosłowackiej bezpieki zamknęli w szpitalu psychiatryczym, w którym zmarła. Czeska pisarka, Kateřina Tučková, przywraca je do życia w opartej na autentycznych dokumentach i poprzedzonej starannymi badaniami powieści "Boginie z Žítkovej". 

Tučková w zgrabny sposób połączyła sensacyjną historię z wzorowanymi na autentycznych dokumentami z czeskich i polskich archiwów. Jej bohaterką jest Dora Idesová, siostrzenica ostatniej z rodu bogiń - Surmeny. Dora, choć wychowana przez boginię, ie może pochwalić się szczególnymi umiejętnościami. Surmena nie uczyniła z niej swojej następczyni. Dziewczynka pełniła dla niej rolę Anioła - sprowadzała potrzebujących pomocy, zbłąkanych podróżnych. Jednak pewnego dnia na całą rodzinę spadło nieszczęście, a Dora i jej młodszy brat zostali bez opieki. Surmena zniknęła z ich życia, zabrana przez funkcjonariuszy, którzy traktowali ją jako zagrożenie dla komunistycznego ustroju.

Dorosła Dora pracuje na uniwersytecie jako etnografka. Po części z zawodowej ciekawości, a po części z potrzeby wyjaśnienia bolesnych spraw z przeszłości, zaczyna dociekać, jak to naprawdę było z Surmeną i dlaczego ich rodzina została rozdzielona. Prawdy szuka w archiwach, które powoli zostają udostępniane ogółowi społeczeństwa. Ze listów, sprawozdań i donosów zaczyna składać historię, która przeraża i zasmuca. Historię celowego zniszczenia życia ostatniej z bogiń, historię zemsty.

Nie wszystkie boginie były dobrodusznymi uzdrowicielkami. Zdarzały się wśród nich osoby na wskroś złe - eksperymentujące ze swoją mocą, wykorzystujące ją do krzywdzenia innych. Mówi się, że dobro wraca - z książki Tučkovej wynika, że podobnie jest ze złem. Zło jest zresztą ważnym elementem tej powieści, przez której karty przewijają się gorliwi donosiciele, nazistowscy dygnitarze i komunistyczni działacze. Urodziłam się w komunistycznej Polsce i choć opowieść o losach Surmeny mnie zasmuca, to jednak nie szokuje - wiem, jak się wtedy żyło. Jednak dla młodszych czytelników, którzy kojarzą komunizm tylko z komediami z czasów PRLu, a może nawet nie, ta lektura może być wstrząsająca.

"Boginie z Žítkovej" to książka, od której trudno się oderwać. Magia przenika jej strony, zaś tajemnica, którą z trudem odkrywa Dora, intryguje także czytelnika. Bogiń już nie ma, dobrze więc, że ktoś przywraca pamięć o nich. A kto wie, może w Białych Karpatach wkrótce urodzą się dziewczynki, które będą potrafiły przywołać burze?

Moja ocena: 5.5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...