czwartek, 21 maja 2015

Jeśli macie ochotę na książkę, którą będziecie czytać do bladego świtu, nie zważając na to, że następnego dnia trzeba wcześnie wstać, sięgnijcie po "Dwóch braci". Ben Elton z całą pewnością wie, jak przykuć uwagę czytelnika.

Ben Elton to znany komik, pisarz i autor scenariuszy do seriali komediowych. Nie jest zapewne osobą, którą wytypowalibyście jako potencjalnego autora powieści o Holokauście. A jednak tak się dziwnie składa, że nie jest nawet pierwszym komikiem, który za ten poważny temat się zabrał. Co więcej, napisał sagę rodzinną, w której zgrabnie wykorzystał chwyty dobrego scenarzysty i połączył je z historią własnej rodziny, tworząc powieść, od której naprawdę trudno się oderwać.

Berlin, lata dwudzieste - Frieda, młoda lekarka, małżonka muzyka jazzowego, rodzi bliźnięta. Niestety, jeden z chłopców zaraz po porodzie umiera. W sali obok ma miejsce inna tragedia - młoda kobieta umiera, wydawszy na świat chłopca. Ojciec dziecka ją zostawił, rodzice się jej wyrzekli. Dziecka nikt nie chce, dopóki lekarz nie wpada na prosty i zuchwały pomysł podsunięcia dziecka Friedzie i Wolfgangowi. Ci przyjmują to jako dar losu - adoptują małego i wychowują obu synów, jakby byli rodzonymi braćmi. Jest jednak mały problem - Frieda i Wolfgang są z pochodzenia Żydami, zaś adoptowany przez nich chłopczyk to czystej krwi Aryjczyk.

Chłopcy dorastają, nieświadomi tego, że w ich żyłach nie płynie ta sama krew. Ich dzieciństwo upływa na beztroskich zabawach i nawiązywaniu przyjaźni. Szczególnie bliskie są im dwie dziewczynki - Silke, córka kobiety, którą Frieda zatrudniła jako pomoc domową i Dagmara, która pobiera lekcje muzyki u ojca chłopców. Cała czwórka tworzy zgraną paczkę, choć Silke zawsze czuje się nieco gorsza od reszty. Dagmara jest w jej oczach prawdziwą księżniczką - jej rodzice są bogaczami, właścicielami wielkiego domu towarowego w centrum miasta. Jest nie tylko bogata, ale także piękna i pewna siebie, a Silke nie może znieść uwielbienia, jakim darzą Dagmarę obaj chłopcy. Nie wie, że już za kilka lat się ich sytuacja się odmieni i to ona, córka sprzątaczki, będzie stała nieporównywalnie wyżej w społecznej hierarchii niż była dziedziczka żydowskiej fortuny.

Elton bardzo sprawnie snuje swoją opowieść, sprawiając, że od śledzenia losów całej czwórki trudno się oderwać. Dobrze wie, jak przykuć uwagę czytelnika, nie zdradzając, który z braci został adoptowany. Kto nie jest synem Friedy i Wolfganga? Porywczy Otto, który marzy o zemście na nazistach, czy wyważony i ambitny Paulus? Co więcej, wiemy, że wojnę przeżył prawdopodobnie tylko jeden z nich - opowieść toczy się w wielu planach czasowych, między innymi w latach pięćdziesiątych w Londynie, gdzie jeden z braci Stengel otrzymał właśnie list od osoby, która podaje się za Dagmarę. Nie wiemy jednak, czy to Paulus, czy Otto, nie wiemy też, jak to się w ogóle stało, że jeden z nich walczył w czasie wojny w armii angielskiej, a następnie dostał pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Znając historię, możemy się spodziewać, że ten z braci, który z pochodzenia nie jest Żydem, został ostatecznie odebrany rodzinie i wcielony siłą do Wehrmachtu, a może nawet do SS. Przewrotny los może postawić obu kochających się braci po przeciwnych stronach barykady na tym samym froncie.

Taka historia może wydawać się mało wiarygodna, a jednak niesamowite jest to, że została oparta na losach dwóch wujków autora. Nie byli wprawdzie braćmi, lecz kuzynami, ale jeden z nich został adoptowany przez żydowską rodzinę i wcielony do niemieckiej armii, a drugi uciekł w 1939 roku do Londynu i znalazł się na froncie w mundurze alianckim. W pewnym momencie obaj walczyli w odległości zaledwie jednej mili.

I to prawdopodobnie jest odpowiednia chwila na to, by wyjawić, że żałuję, że Ben Elton nie zdecydował się spisać wspomnień swoich krewnych, zamiast przekładać je na język powieści. Nie da się bowiem ukryć, że czytając "Dwóch braci", ma się czasem wrażenie, że autor trochę się zagalopował, a ciągłe zwroty akcji i zaskakujące rozwiązania są nieco zbyt zgrabne. Otto i Paulus są bohaterami, których nie sposób nie lubić, ale trudno w nich uwierzyć. Poświęcenia, do których się posuwają dla dziewczyny, w której są obaj zakochani, sięgają chyba odrobinę za daleko, i z przejmującej opowieści o strasznym kawałku dziejów miejscami robi się ckliwa opera mydlana.

Sytuację ratują dziewczyny. Zarówno Silke, jak i Dagmara są postaciami intrygującymi i dobrze zbudowanymi. Bracia to chodzące ideały, ale Dagmara wydaje się znacznie mniej jednoznaczną postacią, a i mała Silke zdaje się skrywać jakieś tajemnice.

Nie zmienia to jednak faktu, że "Dwaj bracia" to książka przejmująca. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym, jak straszliwy był los niemieckich Żydów, dla których piekło zaczęło się już kilka lat przed wybuchem wojny. Stenglowie są dobrymi obywatelami, wierzą w swój kraj, w sprawiedliwość i moc prawa, a przecież ta wiara w niczym im nie pomoże. Czytelnik bezsilnie przygląda się temu, jak nie decydują się w porę na emigrację, jak bezradnie przyglądają się temu, co dzieje się z ich krajem, absurdalnie długo zachowując wiarę w to, że nic gorszego się już przecież nie może wydarzyć. Kochają swój Berlin, do końca.

Mimo różnych zastrzeżeń, polecam tę książkę z czystym sumieniem. Muszę wprawdzie odnotować, że sporo w niej zdań, których gramatyce można sporo zarzucić - przydałaby się staranna redakcja, jednak nie zmienia to faktu, że choć momentami krzywiłam się nieco, czytałam tę książkę długo w noc. Dałam się zaskoczyć, wzruszyć i zirytować, nie na styl, ale na bohaterów, których los zaczął mnie bardzo obchodzić.

Moja ocena: 4.5/6

poniedziałek, 18 maja 2015

Udało mi się dzisiaj zażartować.

I cóż z tego? - powiecie. Każdy czasem żartuje, to nie powód, żeby od razu o tym pisać na blogu. Poprzewracało się tej Padmie w głowie, lepiej by recenzję napisała.

Pozwólcie jednak, że uściślę! Udało mi się dzisiaj zażartować po chińsku.

Dwa lata nauki, rysowania przeklętych znaczków, wpatrywania w teksty, które równie dobrze mogłyby być napisane przez kosmitów, przegrzewanie zwojów mózgowych przy próbach sformułowania zdania złożonego. I wreszcie ten moment dzisiaj, kilka sekund dosłownie, kiedy coś mnie rozśmiesza i bez namysłu mówię to swoją nieporadną chińszczyzną, a nauczycielka się śmieje. Udało mi się przekazać to, o co mi chodziło!

Miłość do czytania jest dla mnie nierozerwalnie związana z miłością do języków. Polski alfabet zawiera trzydzieści dwie litery. Angielski dwadzieścia sześć. Miłość, nienawiść, złość, wątpliwość - wszystko to można wyrazić za ich pomocą. Dzieła Szekspira to kombinacja dwudziestu sześciu znaków. Poskładane w słowa stanowią miecz, ale też koc, którym otulamy siebie i innych w chwilach smutku.

Kiedy byłam mała, marzyłam o kilku rzeczach. Wyjawię wam dwa z tych marzeń - chciałam podróżować po świecie i znać wiele języków. Umieć nazwać rzeczy różnymi imionami, zrozumieć ludzi żyjących po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Nie znałam wtedy tego cytatu, ale instynktownie rozumiałam słowa Wittgensteina - że granice moje języka są granicami mojego świata.

Nie zostałam poliglotką, ale też nie poprzestałam na marzeniach. Mam drugą duszę - według Karola Wielkiego jest nią drugi język. Po angielsku jestem tak samo sobą, jak po polsku - dziwne, prawda? Czy można być tą samą osobą w innym języku? Przecież w każdym myśli się nieco inaczej.

Angielski jest cudownym językiem i wyznam, że kocham go używać, ale nigdy nie zamierzałam na nim poprzestać. Dwie dusze to już coś, ale czemu by nie postarać się o kolejne? Okazuje się, że można kochać także włoski, hiszpański, rosyjski i zapewne wiele innych języków. Tylko z niemieckim się jakoś nie polubiliśmy, choć trochę tego żałuję.

Tak naprawdę jednak zrozumiałam, czym jest to poszerzanie granic, kiedy zaczęłam odważne wycieczki w stronę języków azjatyckich. Języki europejskie, przynajmniej niektóre, wydają się zbyt bliskie. Mają słowa, które intuicyjnie rozumiemy, gramatykę, którą potrafimy pojąć. Z językami orientalnymi jest zupełnie inaczej.

Zaczęło się od indonezyjskiego, który jest językiem stosunkowo prostym i niezbyt trudnym do opanowania przez Europejczyka. Alfabet ma łaciński, gramatykę niesamowicie uproszczoną, jedynym wysiłkiem (za to poważnym) jest próba zapamiętania niezliczonych słów, które nie wydają się do niczego podobne. Po indonezyjsku świat wydaje się miejscem przyjaznym, pełnym krewnych i przyjaciół. To świat swobody - słowa często funkcjonują w dwóch wersjach, a to, której użyjesz, zależy tylko od ciebie.

Inaczej sprawa wygląda z chińskim. Kiedy w momencie jakiejś bezrozumnej brawury postanowiłam, że przed wyjazdem do Chin zapiszę się na krótki i intensywny kurs tego języka, byłam przekonana, że po miesiącu będę w stanie przynajmniej się potargować, zapytać o wolne pokoje w hotelu. W końcu z indonezyjskim udało się to nie tylko mnie, ale także mojej kilkuletniej wtedy córce, która po miesiącu nauki z samouczka potrafiła się przedstawić, spytać o cenę i zrozumieć odpowiedź. Szybko przekonałam się, że tak jak Chin nie da się zrozumieć podczas miesięcznego wyjazdu, tak samo język nie odkryje tak łatwo swoich tajemnic.

Chiny to prawdziwa zagadka. Kraj ogromny, skomplikowany i trudny, zamieszkany przez ludzi, którzy w pierwszej chwili wydają się mało przyjaźni, za to jest ich tak dużo, że trudno nie poczuć się przytłoczonym. Dokładnie tak samo wygląda sprawa z językiem chińskim. Po pierwsze - w Chinach jest wiele języków. Oficjalny mandaryński bywa za trudny dla mieszkańców Syczuanu, którzy mówią po tybetański, i zapewne tak samo wygląda to w wielu innych regionach. Pismo onieśmiela - znaków w pierwszej części podręcznika jest tyle, ilu Chińczyków w pekińskim metrze, a wierzcie mi - ilość ludzi wsiadających tam na każdej stacji jest po prostu niewiarygodna.

Jeśli jednak pokonamy strach, okaże się, że to fascynujący język, który kryje w sobie świat, o jakim nam się nie śniło. Pismo to prawdziwe rebusy. Kiedy poznamy znaczenie niektórych części znaków (tak zwanych kluczy), będziemy mogli rozszyfrować ich pochodzenie, a nawet znaczenie. Na przykład znak oznaczający spokój składa się z dwóch części - kobiety i dziecka. Kobieta i dziecko oznacza widocznie spokój dla Chińczyka, który dąży do tego, by mieć rodzinę. Mnóstwo znaków kryje w sobie opowieści o cesarzach, sztyletach, górach - trzeba tylko je odszyfrować. Niektóre znaki przypominają rzecz, którą oznaczają - drzewo to pień i gałęzie, o ile oczywiście ma się dość wyobraźni, by to dostrzec.

Do czytania książek po chińsku droga długa - na razie wyzwaniem jest menu w restauracji.

Jak całkowicie innym doświadczeniem musi być czytanie książki po chińsku! Nie potrafię sobie jeszcze tego wyobrazić - przeczytanie krótkiego tekstu z podręcznika to dla mnie droga przez mękę. Widzę już jednak, że jest to zupełnie inne doświadczenie, niż składanie w całość tych trzydziestu dwóch liter. Czytanie staje się dużo bardziej wizualne, zresztą powoli zaczynam widzieć oczyma wyobraźni znak, kiedy mówię słowo - mowa i pismo stają się w dziwny sposób jednym.

Chiński jest też bardzo poetycki. Pogoda to "tian qi" - dosłownie "oddech nieba". Czy to nie jest piękne? Z drugiej strony, to język dużo bardziej zwięzły, niż na przykład angielski. Wydaje się pozbawiony wielu elementów, które w naszych językach tworzą gramatykę, która tam okazała się zbędna. Wiele słów to jednocześnie przymiotniki, rzeczowniki i czasowniki, ich znaczenie określa kontekst.

Zresztą taką samą radość, jak obce języki, sprawia mi język ojczysty. Lubię słowa, które dobrze układają się na języku, zaskakują, przypominają coś, o czym zapomniałam. Tyle jest pięknych słów, których używamy coraz rzadziej - podlotek, absztyfikant, safanduła. Uwielbiam gwarę poznańską, cieszę się nią tak, jak rogalami świętomarcińskimi - zapamiętuję słówka, a niektóre nawet przyswoiłam tak dobrze, że stały się dla mnie naturalne: mówię bimba, wuchta, laczki, bluzka na naramkach, ostrzytko.

Po co o tym piszę? Ot tak, z czystej radości, że udało mi się dzisiaj oswoić troszkę bardziej kolejny język, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak długa droga przede mną, zanim będę w stanie przeczytać po chińsku książkę. Przy okazji zaś chciałam was zachęcić, żebyście - jeśli nigdy nie próbowaliście - zaczęli czytać w obcym języku. Albo językach, bo każdy kolejny przychodzi nieco łatwiej. Smakujcie słowa, obce i rodzime, bo książka to przecież także forma, choć często nie zwracamy na to uwagi, pochłonięci losami bohaterów powieści. Jeśli wasza ukochana książka została pierwotnie napisana w innym języku, spróbujcie ją w tym języku przeczytać. Może odkryjecie w niej coś nowego? Pewne jest, że granice waszego świata się przesuną.

piątek, 15 maja 2015

Spotkania z autorami to jedno, ale wiadomo, że chodzimy na targi także po to, żeby kupić książki! Zresztą z tej możliwości mogą skorzystać także osoby, które do Warszawy nie dotrą, wiele księgarni internetowych i wydawnictw oferuje bowiem targowe ceny także przy zakupach przez internet. Nie pokuszę się na wyczerpujący przegląd nowości, które ukazały się w ostatnich dniach, ale powiem wam, które książki sama chętnie zakupiłabym na targach (i które prędzej czy później znajdą się na moich półkach).

Sarah Waters "Pod osłoną nocy", wyd. Prószyński i S-ka

Tu nieco minęłam się z prawdą - mam tę książkę na półce od dawna, z tym że po angielsku. Jedna z bardziej intrygujących powieści Waters - albo ją pokochacie, albo was zirytuje. Tak czy inaczej, warto sprawdzić!

Witold Rybczyński "Dom. Krótka historia idei", wyd. Karakter

Historią domu i życia prywatnego pasjonuję się prywatnie i zajmuję zawodowo, książka Rybczyńskiego bardzo mnie więc cieszy.

Michael Crummey "Sweetland", wyd. Wiatr od morza

Kolejna książka kanadyjskiego mistrza! Nic więcej nie trzeba dodawać, jeśli czytaliście "Dostatek", to na pewno czekacie niecierpliwie na "Sweetland". Dla mnie dodatkowym magnesem jest surowe, północne wybrzeże w tle.

Karl Ove Knausgård "Moja walka. Tom 2", Wydawnictwo Literackie

Tę książkę polecam w ciemno, choć nie czytałam pierwszego tomu. Wiem jednak, że przeczytam, i mam jakieś dziwne przeczucie, że na pierwszym się nie skończy.

Jakob Wegelius "Legenda o Sally Jones", wyd. Zakamarki

Gdybym miała kupić jedną książkę dla dzieci, wybrałabym zapewne tę właśnie opowieść o gorylicy, którą porwano i sprzedano na targu w Stambule. I obawiam się, że się i tak nie oprę, choć moja córka zdecydowanie już nie łapie się na docelową grupę wiekową.

Donna Tartt "Szczygieł", wyd. Znak

Nagrodzona Pulitzerem, 800-stronicowa powieść Donny Tartt wzbudza dość skrajne emocje w czytelnikach i recenzentach. Ja jestem w trakcie lektury i bardzo jestem ciekawa, czy rozpłynę się w zachwytach, czy raczej rozczaruję.

Wypatrzyliście coś jeszcze na stoiskach? To dla mnie najprzyjemniejsza część targów - wyszukiwanie ciekawych tytułów, których w necie nie wyłapałam, tym bardziej, że nie wszystkie wydawnictwa mają przejrzyste strony internetowe... Na szczęście są w Poznaniu dobre księgarnie, które takie tytuły, nawet te z bardziej niszowych oficyn, potrafią wyszukać i wyeksponować! Ale jeśli pominęłam książkę, dla której specjalnie przeszukiwaliście stoiska, podzielcie się tytułem w komentarzach!

czwartek, 14 maja 2015

Na Warszawskie Targi Książki jeszcze nigdy nie dotarłam, ale nie przeszkadza mi to w ekscytowaniu się tym świętem książki z zacisza własnego domu. Dla tych, którzy mają możliwość bardziej bezpośredniego uczestniczenia przygotowałam jednak krótki przegląd tego, co się w ciągu tych czterech dni będzie działo. Jeśli przeraża was wielostronicowy program targów, niech to będzie wasza ściąga.

Najpierw spotkania autorskie, czyli okazja nie tylko do tego, żeby zdobyć autograf uwielbianego pisarza lub pisarki, ale także i przede wszystkim do tego, by wyznać im swoje uczucia! Nie wstydźcie się, oni dają nam radość swoimi książkami, ucieszcie ich więc miłym słowem! Wybieram bardzo subiektywnie spotkania z autorami, których książki czytałam lub zamierzam wkrótce przeczytać.

Czwartek

14.00 - 16.00 dyskusja z udziałem Swietłany Aleksijewicz, Izy Michalewicz, Michała Olszewskiego, Görana Rosenberga i Drauzio Varelli - Centrum Konferencyjne PAP, ul. Bracka 6/8 

16.00 Anna Fryczkowska – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

16.00 Grażyna Jeromin-Gałuszka – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

Piątek

14.00 Łukasz Supergan, autor książki „Pustka wielkich cisz” – stoisko Wydawnictwa Sorus (340C/G) (także w sobotę o 13.00)

14.00 Olga Rudnicka – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

15.00 Małgorzatą Szejnert – sala Paryż B

16.00 Hanna Kowalewska – stoisko wydawnictwa Zysk i S-ka (115/D12)

16.00 Patrick Devill, Olivier Rolin, Paulina Wilk. Dyskusja "Między reportażem a fikcją" – stoisko Francji (113/D11)

18.00 Jakub Rybicki, autor „Po Bajkale. Rowerem przez Syberię” – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

Sobota

11.00 Hanna Krall – stoisko wydawnictwa Dowody na Istnienie (129/D14)

11.30 Bernard Werber , autor książek „Imperium mrówek”, „Dzień mrówek” i” Rewolucja mrówek” – stoisko wydawnictwa Sonia Draga (82/C) (też o 15.00)

12.15 Pierre Lemaitre, autor książki „Koronkowa robota” – stoisko wydawnictwa Muza (47/D5)

13.00 Marcin Szczygielski, stoisko Wydawnictwa Bajka (1/H)

13.00 Anna Ficner-Ogonowska – spotkanie na scenie A w Business Club

13.00 Katarzyna Bonda – stoisko wydawnictwa Muza (47/D5), a potem od 16.00 spotkanie w Sali Rzym

13.00 Elżbieta Cherezińska – stoisko wydawnictwa Zysk i S-ka (115/D12)

13.00 Hanna Krall – stoisko Agory (50/D7)

13.00 Andrzej Stasiuk – stoisko wydawnictwa Czarne (69/D8)

14.00 Anna Lichota, autorka książki „No i na co ci te góry?” – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

14.00 Ałbena Grabowska – stoisko Zwierciadła (38/D5)

14.00 Magdalena Grzebałkowska – stoisko Agory (50/D7)

15.00 Magdalena Kordel – stoisko Znak (77/D9)

16.30 Anna Herbich – sala Paryż B

16.30 coś dla miłośników fantastyki - Jarosław Grzędowicz, Maja Lidia Kossakowska i Robert M. Wegner – stoisko Firmy Księgarskiej Olesiejuk (79/D10)

Niedziela

11.00 Magdalena Parys – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

12.00 Olga Tokarczuk – stoisko Wydawnictwa Literackiego (54/D8)

12.00 Zygmunt Miłoszewski – stoisko Grupy Wydawniczej Foksal (30/D4)

12.00 Małgorzata Warda – stoisko motyleksiazkowe.pl (125/D14) (a o 13.30 na stoisku Media Rodzina)

13.00 Wojciech Karpiński – stoisko Zeszytów Literackich (48/D7)

14.30 Łukasz Orbitowski – stoisko wydawnictwa Sine Qua Non (117/D13)

 

Sporo? Wierzcie mi, to zaledwie ułamek tego, co się na Stadionie Narodowym będzie działo. Jeśli macie siłę i cierpliwość, tutaj możecie przewertować pełny program spotkań autorskich. Pochwalcie się też, na które spotkania się wybieracie?

Jutro zaś przegląd najciekawszych nowości, które ukazały się właśnie w okresie targów - zajrzyjcie koniecznie, jeśli nie boicie się dodawać kolejnych książek do listy nieprzeczytanych ;)



wtorek, 05 maja 2015

Macie czasami ochotę na taki porządny, dobrze napisany kryminał, który sprawi, że zarwiecie nockę, bo nie będziecie w stanie odłożyć lektury, dopóki się nie dowiecie, kto zabił? Ja miewam zwłaszcza w okresach, które są z różnych przyczyn męczące. A czasem bez powodu - tak po prostu, żeby wrócić do znanego schematu, dać się trochę powodzić za noc, trochę przestraszyć, lekko zaskoczyć. Trzymam na półce kilka nieprzeczytanych kryminałów autorów, których lubię, na taką właśnie "czarną godzinę". Są jednak autorzy, których książki połykam od razu, kiedy się ukażą, i wygląda na to, że do ich grona awansował właśnie Jørn Lier Horst.

Ten norweski pisarz wie, o czym mówi, kiedy opowiada o pracy w policji - sam przez lata pracował jako śledczy. Jego książki ukazują się w Polsce niekoniecznie we właściwej kolejności - najpierw był "Jaskiniowiec", najnowsza część cyklu, teraz zaś dostajemy wcześniejszą powieść, "Psy gończe". Właściwie jednak nic złego z tego nie wynika. Każda stanowi zamkniętą całość i nie przeszkadzało mi, że czytałam je w odwrotnej niż zaplanowana przez autora kolejności.

Zresztą nic nie przeszkadzało mi podczas lektury. Zabrałam "Psy gończe" na majówkę, i dobrze się złożyło, że piątek był deszczowy i posępny. Bez wyrzutów sumienia zaparzałam sobie herbatę za herbatą, śledząc nieprzyjemne perypetie Williama Wistinga i z zadowoleniem wyglądając przez mocno przybrudzone już przez deszcz okno. Gdyby było ładnie, robiłabym zresztą to samo, bo od tej lektury naprawdę niełatwo byłoby się oderwać!

Wisting, doświadczony policjant, musi zmierzyć się z wyjątkowo nieprzyjemnym zadaniem. Sprawa, którą zajmował się przed laty - morderstwo młodej dziewczyny, nieoczekiwanie powraca. Sprawca wychodzi na wolność i oskarża policję o fałszowanie dowodów, a że Wisting prowadził wtedy śledztwo, na nim spoczywa odpowiedzialność. Komendant nie zastanawia się długo i zawiesza kolegę, ten zaś zaczyna zdawać sobie sprawę, że tym razem ma przeciwko sobie kogoś z policyjnych szeregów. W dodatku bez śladu znika kolejna młoda dziewczyna i trudno nie zakładać, że sprawy te się nie łączą.

Swoją rolę ma też druga bohaterka - Line, córka Wistinga, która pracuje jako dziennikarka śledcza. W "Jaskiniowcu" poznaliśmy ją jako bystrą i przebojową osobę, która zrobi wiele dla uzyskania dobrego materiału, ale ma też poczucie misji i chętnie przyczynia się do ujęcia sprawcy. Line pracuje nad nowym tematem i bardzo chciałaby odkryć coś sensacyjnego, tym razem nie dla własnej satysfakcji, ale po to, by przyćmić artykuły opowiadające o hańbie jej ojca. Wszystkie te sprawy zaczną się zgrabnie zazębiać, akcja gwałtownie przyspieszy, zaś rozwiązanie okaże się  spójne i przynajmniej w części zaskakujące.

Dobrze czyta się książki Jørna Liera Horsta. Jego bohaterowie dają się lubić - Wisting jest niesamowicie zrównoważony, solidny i rozważny, jego córka zaś to dzikie dziewczę, często w gorącej wodzie kąpane. W tle to, co lubię najbardziej - niewielkie miasteczko, mała komenda, na której wszyscy się dobrze znają, lasy, jeziora, odludne gospodarstwa, słowem - wymarzona sceneria dla powieści kryminalnej. "Jaskiniowiec" zrobił na mnie dobre wrażenie, "Psy gończe" sprawiły, że zostałam wierną fanką.

Moja ocena: 5/6


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nie wiem, czy pamiętacie, że rok temu, po wizycie na Pyrkonie, postanowiłam, że będę czytać więcej fantastyki, a zwłaszcza fantasy. Nie mogę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowana swoimi postępami w tej dziedzinie, choć jakieś kroki poczyniłam i kilka zaległych lektur nadrobiłam. Zaczęłam też uzupełnianie biblioteczki, co okazało się wcale nie takie proste - nakład niektórych książek, które mi wtedy polecaliście, dawno się już wyczerpał. Jednak poluję wytrwale, kilka pozycji mi na półkach przybyło (no dobrze, powiedzmy szczerze, że nie na półkach, tylko na podłodze, na półki już od dawna nie wcisnę nawet "Małego księcia", a co dopiero mówić o opasłych tomiszczach, jakie lubią produkować pisarze parający się fantastyką). Mam też listę pisarzy, z którymi mam zamiar zawrzeć znajomość. A jedno z nazwisk na niej widniejących to Joe Abercrombie.

Ucieszyłam się więc, widząc w zapowiedziach "Pół króla". Wprawdzie szybko doczytałam, że to powieść przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, ale w końcu stara nie jestem... Niech więc będzie "Pół króla" na początek znajomości z autorem, który, nota bene, w sierpniu przyjedzie do Poznania, będzie więc szansa poznać go bardziej bezpośrednio!

"Pół króla" okazało się takim fantasy nowej generacji. Przynajmniej ja to tak określam - prawdopodobnie już wcześniej pisano książki, w których magii właściwie nie ma, ale cała otoczka jest typowa dla świata fantasy, ale mam wrażenie, że prawdziwą modę wykreował George R. R. Martin. Nie ma więc w książce Abercrombiego czarodziei, magicznych istot, zaklęć i przepowiedni. Jest tylko połowa króla, który w dodatku szybko zostaje pozbawiony tronu. Nie ma nawet smoków, co akurat może sprawić, że trudniej będzie mi namówić Olę na lekturę. Namawiać jednak będę, bo jest coś, co jej się z pewnością spodoba.

Jest przesympatyczny, budzący w czytelniku ciepłe uczucia, dowcipny i zaskakujący bohater.

Oczywiście zaskakiwać będzie młodszego czytelnika. Ja nie byłam zdziwiona, że potomek królewskiego rodu, Yarvi, który urodził się ze zdeformowaną ręką i nigdy nie miał zostać królem, pod wpływem okoliczności zaczyna zmieniać się, nabierać siły, odwagi i determinacji. Schemat to znany z innych powieści typu bildungsroman, które opowiadają o dojrzewaniu nastoletniego bohatera. Jestem przekonana jednak, że nastoletni czytelnik będzie śledzić jego przemianę z zapartym tchem. Zresztą ja również z przyjemnością śledziłam liczne przygody Yarviego, który, jak się łatwo domyślić, będzie musiał się mocno natrudzić, by zasłużyć sobie na tron, który niespodziewanie najpierw przypadł mu w udziale, a następnie został odebrany.

Co ciekawe, powieść, w której nie ma zbyt wiele miejsca na powolne budowanie postaci, w pewnym momencie okazuje się czymś więcej, niż tylko pełną przygód opowieścią o nieszczęsnym młodzieńcu. Autor okazał się szczwanym lisem - rekomendacja Martina, która widnieje na okładce, nie jest chyba całkiem przypadkowym zabiegiem marketingowym. Abercrombie potrafi zaskoczyć, zaś jego postaci okazują się dużo bardziej wieloznaczne, niż się to wydawało na początku lektury.

Nie powiem nic więcej - odkryjcie wszystkie tajemnice Yarviego i jego towarzyszy na własną rękę. Myślę, że warto - "Pół króla" to naprawdę dobrze napisana powieść, która trafi wysoko na moją listę książek o najbardziej zaskakujących zakończeniach. Wprawdzie bohaterem jest człowiek, który sam siebie nazywa połową króla, jednak satysfakcja z lektury jest jak najbardziej pełna.

Moja ocena: 5/6

środa, 22 kwietnia 2015

Moja córka zakochała się w literaturze fantasy i jest jej dość wierna już od wielu miesięcy. W ramach delikatnych prób poszerzania jej czytelniczych horyzontów podsunęłam jej kiedyś "Igrzyska śmierci" i od tego czasu dystopie zostały dopisane do listy akceptowanych przez nią gatunków. "Nieludzie" Kat Falls mogą się przyczynić do rozszerzenia jej o powieści postapokaliptyczne, książka ta jest bowiem bardzo lekkim i przyjemnym wprowadzeniem do tego, było nie było, niezbyt łatwego gatunku.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości w Ameryce. Kilkanaście lat temu firma biotechnologiczna podjęła próbę stworzenia chimer, które uatrakcyjniłyby parki rozrywki. W efekcie udało im się stworzyć wirusa, który zabił setki tysięcy ludzi, zaś teraz, po latach mutacji, stracił wprawdzie swoje śmiercionośne właściwości, za to powoduje, że ludzie nim zarażeni powoli zmieniają się w zwierzęta. Ci, którzy ocaleli, zamknęli się w miastach otoczonych wysokimi murami. Są w nich bezpieczni, pod warunkiem, że nikt i nic nie przedostaje się przez tę barierę. Nie wiedzą, jak wygląda życie poza murami, i nawet gdyby chcieli się dowiedzieć, nie mają na to szans. Uzbrojeni strażnicy strzegą muru w dzień i w nocy, a wszelkie próby przekroczenia go karane są śmiercią.

Nastoletnia Lane żyje bezpiecznie w Davenport, nie wiedząc, czy opowieści o dziwnych stworzeniach będących krzyżówkami różnych gatunków są prawdą, czy też opowiadający jej takie historie tato ma wyjątkowo bujną wyobraźnię. Jednak pewnego dnia ojciec znika, zaś Lane będzie zmuszona wydostać się poza mur, by ocalić mu życie. Szybko przekona się, że jej ojciec wie więcej o życiu w dziczy, niż ona kiedykolwiek przypuszczała, a żeby go uratować, sama będzie musiała się wiele nauczyć.

"Nieludzie" Kat Falls to powieść pełna niespodzianek i nie ma sensu zdradzanie zbyt wielu z nich. Łatwo się domyślić, że Lane będzie musiała się zmienić i wydorośleć, by przetrwać w dziczy, a skoro powieść przeznaczona jest dla nastoletniego czytelnika, musi pojawić się też choć cień wątku miłosnego. Tutaj mamy aż dwóch kawalerów - poważnego i zdeterminowanego strażnika i nieliczącego się z nikim dzikusa. Obaj poczują coś do Lane, a że różnią się od siebie tak, jak moje oba koty - ruda i nieprzewidywalna Daisy i srebrzysta i stateczna Lucy - między całą trójką będzie często iskrzyć.

Najciekawsza jest jednak sama Lane i przemiana, jaką przechodzi - z przestraszonej dziewczynki, która obsesyjnie odkaża skórę po każdym kontakcie z brudem do zdecydowanej pannicy stającej w obronie "dzikich", czyli ludzi zarażonych wirusem i przemienionych. Nie sposób jej nie lubić, a przy okazji może być nie najgorszym wzorcem do naśladowania, gdy odważnie staje w obronie tych, którzy wyglądają inaczej.

Niestety, znajdzie się też łyżka dziegciu - muszę zdecydowanie ukryć tę książkę przed U, który jest genetykiem i który z pewnością nie mógłby jej czytać, nie pomstując w głos na różne bzdury dotyczące realiów świata przedstawionego. Cała idea zamykania się w gettach po to, by nie zachorować na coś, co złapać można tylko, kiedy się zostanie ugryzionym, wydaje się pozbawiona sensu. Jeśli jednak przymkniemy oko na takie niedociągnięcia, lektura sprawi nam sporo przyjemności, zaś młodego czytelnika może wciągnąć bez reszty. Przetestuję ją na pewno na Oli.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kiedy przychodzi wiosna, chciałabym być w Nowym Jorku. Idąc za radą bohaterów "Mam wiadomość", spędziłam tam dwa cudowne, wiosenne tygodnie trzy lata temu i od tego czasu co roku, kiedy zaczynają kwitnąć forsycje, tęsknię za tym niepodobnym do żadnego innego miastem. Skoro jednak w tym roku nie uda mi się tam wrócić, może chociaż o nim poczytam? Oto bardzo subiektywnie wybrana dziesiątka książek o mieście, które nigdy nie śpi:

1. Kamila Sławińska "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny"

Zacznę od książki, którą czytałam na krótko przed wyjazdem, tak że całe fragmenty książki Sławińskiej tkwiły mi żywo w pamięci, kiedy przemierzałam opisywane przez nią miejsca. Bardzo emocjonalny i doskonale napisany przewodnik, który jest właściwie zbiorem opowieści o wybranych miejscach.

2. Colson Whitehead "The Colossus of New York"

Ta niewielka książeczka towarzyszyła była pierwszą pozycją, jaką kupiłam w legendarnym Strandzie (oczywiście nie ostatnią). Towarzyszyła mi codziennie w pociągu, którym dojeżdżałam na Manhattan z Newark, i miałam wrażenie, że czuję, jak idealnie rytm tej prozy pasuje do tętna nowojorskich dworców. Recenzję znajdziecie tutaj.

3. Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o Nowym Jorku, niech to będzie właśnie ta. Jeśli przeczytaliście ich już dziesiątki, Magdalena Rittenhouse i tak was zaskoczy.

4. Rem Koolhaas "Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu"

Tę książkę czytam od jakiegoś czasu - powoli, bo jej lektura oszałamia. Właściwie można się tego było spodziewać już po zapoznaniu się z tytułem.

5. Amy Waldman "The Submission"

Prowokująca i ważna powieść, która pyta o to, kim stali się nowojorczycy po 11 września. W konkursie na projekt pomnika dla ofiar ataku na WTC zwycięża projekt, którego autorem jest muzułmanin. Pomysł na fabułę genialny w swojej prostocie.

6. Claire Messud "Dzieci cesarza"

Losy grupki młodych nowojorczyków jako pretekst do rozważań o amerykańskim społeczeństwie. Recenzja tutaj.

7. Sam Wasson "Piąta aleja, piąta rano"

Numerem siedem miało być "Śniadanie u Tiffany'ego", które wielbię bezgranicznie. Może jednak lepiej będzie polecić książkę, która opowiada o powstaniu filmu z Audrey Hepburn w roli głównej - warto przeczytać, żeby zrozumieć, z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się filmowcy i jak skomplikowany był świat ówczesnego Nowego Jorku.

8. Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Cofnijmy się teraz jeszcze bardziej w czasie - chyba nigdy Nowy Jork nie był bardziej fascynujący, niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy jego potęga dopiero się rodziła. Książka Winnickiej może nie jest specjalnie odkrywcza, ale można sobie wiedzę odświeżyć w sposób wyjątkowo przyjemny - Winnicka pisze zgrabnie, a książka ma piękne ilustracje.

9. Caleb Carr "Alienista"

Z epoki jazzu przenieśmy się kilka lat wstecz. Jest końcówka XIX wieku, a w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca. Policji pomaga tytułowy alienista - ktoś, kto dzisiaj zostałby nazwany psychopatologiem, wtedy zaś był tajemniczym dziwakiem. Świetny, bardzo nastrojowy kryminał!

10. Emily Barton "Brookland"

Skoro już przemieszczamy się w czasie, dziesiąta książka opowie o osiemnastowiecznym Nowym Jorku. Cudowna historia o niezwykłej kobiecie i moście, który połączył Brooklyn z Manhattanem. Muszę ją koniecznie przeczytać raz jeszcze i napisać na jej temat długą i pełną zachwytów notkę.

Macie swoje ulubione nowojorskie lektury? Przyznam, że z trudem ograniczyłam się do dziesięciu - obszerną listę znajdziecie w komentarzach pod tym tekstem - korzystam z niej od trzech lat :) Jeśli zaś marzy Wam się wiosenny Nowy Jork, pod tagiem New York znajdziecie relacje ze spacerów po poszczególnych dzielnicach. Ach, jak bardzo chciałabym się znowu znaleźć na Brooklynie, patrząc na zapalające się powoli światła Manhattanu, lub przespacerować po Central Parku w słoneczne, kwietniowe popołudnie...

środa, 15 kwietnia 2015

W niewielkim miasteczku na południu Anglii samotna matka, Jess, dokonuje prawdziwych cudów, żeby utrzymać swoją dość nietypową gromadkę. Mąż zachorował na depresję, wyprowadził się do mamy "na chwilę" dwa lata temu. Jess wychowuje nie tylko ich wspólną córkę - dziesięcioletnią Tanzie, ale także pasierba. Nicky ma 16 lat, ubiera się w stylu gotyckim i maluje oczy, przez co jest obiektem drwin i napaści ze strony miejscowych osiłków. Tanzie to matematyczny geniusz - nic nie sprawia jej takiej przyjemności, jak rozwiązywanie skomplikowanych równań. Nauczyciel próbuje załatwić jej stypendium do doskonałej szkoły prywatnej, niestety, Jess musiałaby pokryć pięć procent czesnego, co wydaje się być niemożliwe. Wtedy nauczyciel zgłasza Tanzie na olimpiadę matematyczną, w której można zdobyć wysokie nagrody finansowe.Jedyny problem jest taki, że konkurs odbywa się w Szkocji. Jess stawia wszystko na tę jedną kartę i postanawia, że za wszelką cenę dowiezie córkę na miejsce.

Tak zaczynają się perypetie uroczej grupy dziwaków, którym wszechświat wydaje się nie sprzyjać. Nawet optymistyczna Jess momentami będzie przeżywać chwile zwątpienia, gdy los będzie rzucał kolejne kłody pod jej nogi. Na szczęście pomoc przyjdzie z niespodziewanej strony.

Ed to zamożny biznesmen, który nierozważnie wpakował się w spore tarapaty. Oskarżono go o sprzedaż informacji poufnych, został odsunięty od firmy, którą założył, najlepszy kumpel nie chce z nim rozmawiać, a w niedalekiej przyszłości czeka go proces. Ed sam do końca nie rozumie, jak to się stanie, że pewnego dnia po prostu zapakuje całą rodzinę Jess, łącznie z ogromnym i śliniącym się psem, do swojego nieskazitelnego audi, by dowieźć ich na konkurs do Szkocji.

"Razem będzie lepiej" to urocza powieść drogi, która ma w sobie coś z atmosfery nagradzanego filmu "Mała Miss". Tu również grupa pogubionych i nieszczęśliwych dziwaków jedzie przed siebie, chcąc pomóc małej dziewczynce spełnić jej marzenia. Od początku wiemy, że musi się to skończyć happy endem, ale cóż z tego - z napięciem śledzimy losy całej czwórki, zastanawiając się, jak uda im się pokonać przeszkody.

Jojo Moyes doskonale buduje napięcie, co kilka rozdziałów zaskakując czymś zarówno swoich bohaterów, jak i czytelnika. Jej dialogi bywają przezabawne, a opisy bardzo sugestywne. Wyperfumowane domy, zakurzone pensjonaty, przydrożne bary - wszystkie mijane przez nich miejsca są jak żywe i doskonale odzwierciedlają stan emocjonalny naszych bohaterów, który zresztą zmienia się równie często, jak mijane przez nich krajobrazy.

Lubię książki tej autorki - są doskonałym lekarstwem na kiepski nastrój. Niby nic w nich szczególnego nie ma, a jednak trudno nie poczuć się lepiej, kiedy bohaterowie, których nie sposób nie lubić, nagle odkrywają, że są dokładnie tam, gdzie powinni, że nie są sami, że świat bywa przyjaznym miejscem. Przy okazji zaś poruszanych jest sporo ważnych tematów - bieda i jej konsekwencje, zaufanie i jego nadużycie, uczciwość względem siebie i innych. Przede wszystkim zaś ciepła historia o dobrych ludziach, którym wreszcie zaczynają przytrafiać się dobre rzeczy.

Moja ocena: 4.5/6

piątek, 10 kwietnia 2015

Remigiusz Mróz - jeszcze rok temu nazwisko to nie obiło mi się nawet o uszy, ale w ostatnich miesiącach mam wrażenie, że jego książkę znajdę nawet w lodówce. Nie mam jednak alergii na popularnych autorów, wręcz przeciwnie - musiałam sprawdzić na własnej skórze, czy jest się czym ekscytować. Zabrałam jedną z jego książek, jadąc na święta to rodziny.

Nie będę was trzymać w niepewności. Powiem to od razu - nie był to dobry pomysł.

Nie był to dobry pomysł, bo "Kasacja" jest świetna i się nie wyspałam.

Thriller prawniczy, jakim podobno jest ta książka, kojarzy się z Johnem Grishamem, długimi posiedzeniami na sali sądowej, zawiłymi dywagacjami i gierkami prokuratora i adwokata. Nie, żebym miałam coś przeciwko - bardzo lubię książki z wątkiem prawniczym w tle. Jednak "Kasacja", choć opowiada o prawnikach i zawiera sceny z procesu, w niczym nie przypomina książek Grishama. I dobrze! To przezabawna, napisana chyba z lekkim przymrużeniem oka powieść sensacyjna z uroczymi bohaterami, których nie sposób nie pokochać i całkiem zgrabną i zaskakującą intrygą kryminalną w tle.

Dwoje bohaterów to osoby z dwóch różnych światów. Joanna Chyłka, doświadczona pani adwokat, uwielbia szybką jazdę, mięsne posiłki i Iron Maiden. Ma cięty język i nie przebiera w słowach. Kordian Oryński to aplikant, który ma wiele szczęścia, trafiając do kancelarii, w której pracuje Chyłka - na studiach się nie wyróżniał i nie wydaje się przygotowany do pracy w pełnej ambitnych pracoholików firmie. Od Chyłki różni się tak, jak uwielbiany przez niego Will Smith różni się od Bruce'a Dickinsona - jeździ tramwajami, odżywia się zdrowo i łatwo go zbić z tropu. Szybko jednak okaże się, że doskonale potrafi odnaleźć się w towarzystwie twardej Chyłki i zawiązuje się między nimi zaskakująca nić porozumienia.

Sprawa, nad którą pracują, nie jest typowa. Mężczyzna oskarżony o wyjątkowo brutalne zabójstwo nie wydaje się skory do współpracy. Prawie się nie odzywa i wydaje się, że jest mu obojętne, czy zostanie uznany za winnego. Nasi prawnicy nie są pewni, co o nim myśleć. Nie potrafią zdecydować, czy jest szansa, że jest niewinny. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia - szefostwo naciska na nich, by specjalnie nie angażowali się w tę sprawę, a sąd szybko wydaje wyrok skazujący.

Mróz potrafi jednak komplikować akcję - pojawiają się nowe tropy, zaś prawnicy nie chcą porzucić sprawy, choć pozornie wydaje się beznadziejna. Postanawiają wnieść o kasację wyroku. Od tego momentu fabuła skręca w stronę sensacji, zaś od lektury naprawdę trudno się oderwać. Chyłka i Zordon, takie bowiem przezwisko zyskuje Kordian, pakują się w wielkie tarapaty i prawdziwą przyjemnością jest obserwowanie, jak się z nich będą wydobywać.

Lektura długo w noc zainteresowała moich rodziców, którzy następnego ranka odebrali mi książkę i zapewne sami chodzą w tej chwili nie wyspani. Tym lepiej, bo zasypałabym was cytatami - w książce mnóstwo jest dowcipnych dialogów, które zapadają w pamięć. Wygląda na to, że zawarłam właśnie znajomość z pisarzem, którego na pewno będę jeszcze czytać!

Moja ocena: 4.5/6


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...