środa, 17 czerwca 2015

Zawsze trochę współczuję pisarzom, którzy napisali książkę doskonałą. Jak po stworzeniu wielkiego dzieła można napisać kolejną powieść? Michael Crummey przyznał w jednym z wywiadów, że miał kaca po "Dostatku". Ta szeroko nagradzana (choć nie w rodzinnym kraju autora) powieść była czymś co, według własnych słów, "musiał napisać". Panoramiczny obraz Nowej Fundlandii, z całą jej mitologią, tajemniczością i tradycją, przemówił do czytelników na całym świecie. Swoją kolejną powieścią, wydaną właśnie u nas przez zachwycający swoimi wyborami Wiatr od morza, Michael Crummey udowodnił jednak, że "Dostatek" nie będzie jego najlepszym dziełem, a Nowa Fundlandia to nie tylko romantyczny zakątek przesiąknięty magią.

"Sweetland" pokazuje nam nieco inne oblicze tego skrawka ziemi. Od lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia władze Kanady prowadziły politykę przesiedlania mieszkańców niewielkich osad rybackich rozsianych po wyspach Nowej Fundlandii. Ich utrzymanie było kosztowne, toteż przygotowano plan, który miał zapewnić mieszkańcom godziwe życie i pracę na stałym lądzie. Przesiedleni rybacy, z dziada pradziada utrzymujący się z połowów, mieli spalić swoje łodzie i zapomnieć o morzu. Program jednak nie do końca się sprawdził i w 1975 roku został zakończony, a jego głównym skutkiem pozostały dziesiątki, jeśli nie setki opuszczonych wiosek i rozbitych społeczności.

Niedawno jednak Kanadyjczycy ponownie zaczęli przesiedlać mieszkańców Nowej Fundlandii. Tym razem zawinił katastrofalny stan populacji dorsza - ryba ta niemalże zniknęła z wielu kanadyjskich łowisk. Wprowadzono moratorium na połowy, zaś ludzie utrzymujący się z połowów zostali bez środków do życia. Rząd zaczął więc ponownie oferować pieniądze tym, którzy zgodzą się przenieść w inne regiony kraju.

Wokół takiego właśnie przypadku zbudowana jest fabuła najnowszej powieści Crummeya. Sweetland to nazwa wyspy, a zarazem nazwisko głównego bohatera. Mieszkańcy osady rybackiej otrzymali bardzo atrakcyjną ofertę od rządu, aby jednak mogli z niej skorzystać, konieczna jest zgoda wszystkich. Większość przywitała pomysł z entuzjazmem, niektórzy się wahają. Ostatecznie jednak tylko Moses Sweetland, emerytowany latarnik, nie chce podpisać papierów. Nie potrafi wyjaśnić, dlaczego chce zostać, jednak jest w swoim postanowieniu niezłomny. Ma 69 lat i potrafi być uparty, nawet kiedy zaczyna dostawać listy z pogróżkami.

Moses jest porażająco wiarygodną postacią. Jest prawdziwy ze swoimi wadami, ma poczucie humoru, potrafi się nawet śmiać sam z siebie, jest też refleksyjny, czuły i spokojny. Przede wszystkim zaś jest wierny miejscu, z którego się wywodzi, choć sam nie do końca rozumie, dlaczego.

Powieść podzielona jest na dwie części - w pierwszej wyspa jest wciąż jeszcze zamieszkana, a sąsiedzi Sweetlanda próbują na różne sposoby przekonać go do wyjazdu. On jednak, jakby na przekór swojemu imieniu, nie ma zamiaru się poddać. Moses to po angielsku Mojżesz - ale Sweetland nie ma zamiaru wyprowadzać z wyspy swoich rodaków. Wręcz przeciwnie, chce, aby zatrzymali ziemię swoich przodków, aby jej nie zostawiali. Gdy w końcu niemalże ulegnie, dojdzie do tragedii, która skłoni go do podjęcia niezwykle trudnej i brzemiennej w skutki decyzji.

"Sweetland" to nie tylko opowieść o starym człowieku przywiązanym do swoich korzeni. To przede wszystkim alegoryczna historia miejsc, które znikają wskutek ludzkiej działalności. Crummey jest Nowofunlandczykiem z pochodzenia i martwi go zamieranie małych społeczności, które od wieków były solą tej krainy. Jednak nie tylko w Nowej Fundlandii wioski znikają z map. To samo dzieje się w wielu innych rejonach świata. W Beskidzie Niskim w ramach akcji "Wisła" wysiedlono dziesiątki, jeśli nie setki wsi zamieszkanych przez Łemków. W Chinach rząd przenosi całe społeczności do miast, by na terenie ich wiosek zbudować zaporę wodną, fabrykę lub stadion. Na Podlasiu wyludniają się wioski, bo młodzi ludzie nie chcą już w nich mieszkać, jako że nie ma tam dla nich pracy. Nowa Fundlandia jest przykładem czegoś, co dotyka praktycznie cały świat. Zaś rozbitych społeczności i zapomnianych tradycji nie da się potem przywrócić do życia. "Sweetland" to piękna elegia na ich cześć.

W jednej ze scen Moses znajduje mapę swoich okolic, pełną białych plam i nienazwanych miejsc. Dopisuje nazwy wysp, dorysowuje brakujące zatoki, tworzy nowe lądy. Próbuje ocalić od zapomnienia miejsca, które nawet na mapie nie doczekały się utrwalenia. Misja ta niestety skazana jest na niepowodzenie. Ale czy nie było warto próbować?

Powieść Crummeya traktuje o odchodzeniu i umieraniu. Przeraźliwie samotny Moses jest smutną postacią, mimo swojego poczucia humoru, swojej wytrwałości i przekonania, że to co robi jest słuszne. Ostatecznie jednak okazuje się, że sama wyspa nie wystarczy. To ludzie, którzy ją zamieszkiwali, tworzyli świat Sweetlanda - bez nich nie może przetrwać.

Jeśli wszystko to brzmi przygnębiająco, muszę dodać, że historia ta jest opowiedziana w porywający sposób. Trudno się oderwać od lektury, która hipnotyzuje tak samo, jak "Dostatek". Moses, Lovless, Jesse, Ruth - te postaci są wyraziste i pełne życia. Sam Moses zaś staje się kimś niemalże bliskim, i trudno nie poczuć ucisku w żołądku w pewnych momentach powieści, choć inne wywołują na twarzy czytelnika uśmiech. Samo zakończenie zaś - nie, nic nie powiem, po prostu przeczytajcie sami!

To piękna książka, jedna z tych, o których trudno będzie zapomnieć. Zwłaszcza jeśli znikanie z mapy świata pięknych miejsc pełnych tradycji i historii powoduje u was, tak jak u mnie, ból w sercu. Przypomina, że przeszłość jest wciąż żywa, że miejsca pochówku naszych przodków stanowią część nas samych. Czy literatura może jednak cokolwiek zdziałać? Moses, w obliczu braku papieru toaletowego, przeszukuje domy sąsiadów. Znajduje karton powieści o Nowej Fundlandii. Przegląda je, zaczyna jedną czytać, wreszcie zniesmaczony, wyrzuca ją do oceanu. Nowa Fundlandia w niej przedstawiona jest jego zdaniem fałszywa. Ta scena zdaje się sugerować, że książki nie uratują Nowej Fundlandii. Nie wystarczy czytać o mitach i folklorze. I tak znikną, a wraz z nimi cała kultura rybackich wiosek. Wydaje mi się, że "Sweetland" nie jest próbą ratowania tego świata. To raczej świadectwo jego odchodzenia, pieśń na jego cześć i na cześć ludzi, którzy go zamieszkiwali. Piękna i smutna.

Moja ocena: 6/6

czwartek, 11 czerwca 2015

Zamglona ścieżka przez park. Albo twarz kobiety zapatrzonej w dal. Albo ukwiecona weranda drewnianego domu. Dla wielu czytelniczek taka okładka stanowi magnes, daje pewność, że sięgają po książkę niewymagającą, lekką i przyjemną w lekturze. Inne czytelniczki i zapewne większość czytelników omija takie okładki wzrokiem, w przekonaniu że tzw. literatura kobieca jest dla nich zbyt banalna, zbyt egzaltowana, nieinteresująca. Sensowne to czy nie, tak to chyba działa.

Co się jednak dzieje, kiedy wszystko sugeruje banalną opowieść rodem znad rozlewiska, podczas gdy książka ma do zaoferowania dużo więcej niż tylko "pokrzepienie serc"? Przewrotny wydawca umieszcza na okładce romantyczny obrazek. Przewrotna autorka wymyśla fabułę, która kojarzy się jednoznacznie. Jeśli bowiem nie przepadacie za książkami o ucieczce na wieś, gdzie ludzie się kochają i każdy smaży powidła ze śliwek z własnego sadu, nie zawiesicie oka na książce o warszawiaku, który rozczarowany swoim życiem rzuca wszystko, jedzie przed siebie, by niespodziewanie kupić sobie pensjonat w Bieszczadach.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ja też bym nie zawiesiła. Kiedy mam ochotę poczytać coś ckliwego i ciepłego, sięgam po serię o Malowniczem, bo już ją polubiłam. Nie interesują mnie kolejne książki z tym samym motywem w tle. A jednak!

"Magnolia" Grażyny Jeromin-Gałuszki jest taką właśnie przewrotną książką. Nic nie wskazuje na to, że wyróżnia się czymś od innych opowieści o pensjonatach w małych miasteczkach. Od dawna jednak docierały do mnie głosy, że warto po nią sięgnąć i któregoś dnia postanowiłam to sprawdzić. Opowieść o Filipie Spalskim, który zarobił sporo jako pilot, a któregoś dnia postanowił po prostu przepuścić część swojego majątku na zapyziały pensjonat, którego nawet nie polubił, okazała się całkiem dobrze napisana. Magnolię, położoną gdzieś w bieszczadzkiej wiosce, zaludniają głównie kobiety - szorstkie, zabawne, nietypowe. Miło się słucha ich rozmów i przekomarzania, nawet ich kłopoty wydają się jakieś swojskie (no, może poza problemem Doris, który przybrał formę walizki pełnej pieniędzy). Przyznam jednak, że w trakcie lektury co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że to przecież jest najzupełniej zwyczajna, choć ładnie napisana, książka. Niczym szczególnym się nie wyróżniała - ot, klimatycznie napisana opowieść, jakich wiele. Dopóki nie dotarłam do zakończenia.

Cóż, rozumiem już, dlaczego tyle osób twierdziło, że "Magnolia" jest nietypowa. Nie mogę jednak powiedzieć nic, co was o tym przekona - po prostu przeczytajcie, kiedy najdzie was ochota na dobrą powieść z ciekawymi postaciami kobiecymi.

Jednak mimo że ostatecznie bardzo mi się ta książka podobała, kiedy usłyszałam, że "Magnolia" ma część drugą, poczułam się rozczarowana. Niemożliwe, żeby druga część była równie dobra! Zapewne jednak nie uda mi się was zaskoczyć, gdy napiszę, że wszystkie plotki na ten temat okazały się prawdziwe. "Długie lato w Magnolii" to kolejna mądra i zaskakująca powieść tej autorki. I pomyśleć, że pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie to, że jechałam na kilka dni w Bieszczady, a lubię czytać książki związane z miejscem, w którym jestem.

"Długie lato w Magnolii" rozpoczyna się opowieścią o kolejnym mężczyźnie, który ucieka od swojego wielkomiejskiego życia. Tym razem jest to pisarz, autor kryminałów, którego z Filipem Spalskim łączy pewna obojętność na to, co się wokół nich dzieje. Do Magnolii trafia oczywiście przypadkiem, a mieszkanki pensjonatu zdają się go nie obchodzić. Jednak wiemy od początku, że w którymś momencie zaangażuje się - akcja toczy się dwutorowo, a jej drugi wątek opowiada o przesłuchaniu prowadzonym na miejscowym komisariacie. Wiemy, że nasz bohater stanął w obronie Doris, że ktoś jest w szpitalu. Co się jednak stało i dlaczego dowiemy się dopiero po cierpliwej lekturze. Tym razem autorka wplotła wątek kryminalny, który jednak toczy się niejako w tle. Na pierwszym planie są bowiem wciąż tak samo prawdziwe, mądre i zabawne kobiety, stare i młode.

Grażyna Jeromin-Gałuszka przekonała mnie do swoich książek. Nie wiem, czy nie szkoda, że za sprawą okładek i opisów zaszufladkowano ją jako autorkę literatury dla kobiet, choć z drugiej strony być może sięgną po jej książki liczne rzesze czytelniczek, które nie kupiłyby czegoś wyglądającego na ambitniejszą literaturę. Na szczęście ani one,ani bardziej wymagające osoby nie powinny poczuć się rozczarowane. Obie książki o Magnolii to dobrze napisane, mądre opowieści z zaskakującymi zwrotami akcji, które sprawiają, że trudno będzie o nich zapomnieć, a zarazem ze świetnie wykreowanym światem zaludnionym przez dających się lubić bohaterów. Polecam!

Moja ocena: 5/6

czwartek, 21 maja 2015

Jeśli macie ochotę na książkę, którą będziecie czytać do bladego świtu, nie zważając na to, że następnego dnia trzeba wcześnie wstać, sięgnijcie po "Dwóch braci". Ben Elton z całą pewnością wie, jak przykuć uwagę czytelnika.

Ben Elton to znany komik, pisarz i autor scenariuszy do seriali komediowych. Nie jest zapewne osobą, którą wytypowalibyście jako potencjalnego autora powieści o Holokauście. A jednak tak się dziwnie składa, że nie jest nawet pierwszym komikiem, który za ten poważny temat się zabrał. Co więcej, napisał sagę rodzinną, w której zgrabnie wykorzystał chwyty dobrego scenarzysty i połączył je z historią własnej rodziny, tworząc powieść, od której naprawdę trudno się oderwać.

Berlin, lata dwudzieste - Frieda, młoda lekarka, małżonka muzyka jazzowego, rodzi bliźnięta. Niestety, jeden z chłopców zaraz po porodzie umiera. W sali obok ma miejsce inna tragedia - młoda kobieta umiera, wydawszy na świat chłopca. Ojciec dziecka ją zostawił, rodzice się jej wyrzekli. Dziecka nikt nie chce, dopóki lekarz nie wpada na prosty i zuchwały pomysł podsunięcia dziecka Friedzie i Wolfgangowi. Ci przyjmują to jako dar losu - adoptują małego i wychowują obu synów, jakby byli rodzonymi braćmi. Jest jednak mały problem - Frieda i Wolfgang są z pochodzenia Żydami, zaś adoptowany przez nich chłopczyk to czystej krwi Aryjczyk.

Chłopcy dorastają, nieświadomi tego, że w ich żyłach nie płynie ta sama krew. Ich dzieciństwo upływa na beztroskich zabawach i nawiązywaniu przyjaźni. Szczególnie bliskie są im dwie dziewczynki - Silke, córka kobiety, którą Frieda zatrudniła jako pomoc domową i Dagmara, która pobiera lekcje muzyki u ojca chłopców. Cała czwórka tworzy zgraną paczkę, choć Silke zawsze czuje się nieco gorsza od reszty. Dagmara jest w jej oczach prawdziwą księżniczką - jej rodzice są bogaczami, właścicielami wielkiego domu towarowego w centrum miasta. Jest nie tylko bogata, ale także piękna i pewna siebie, a Silke nie może znieść uwielbienia, jakim darzą Dagmarę obaj chłopcy. Nie wie, że już za kilka lat się ich sytuacja się odmieni i to ona, córka sprzątaczki, będzie stała nieporównywalnie wyżej w społecznej hierarchii niż była dziedziczka żydowskiej fortuny.

Elton bardzo sprawnie snuje swoją opowieść, sprawiając, że od śledzenia losów całej czwórki trudno się oderwać. Dobrze wie, jak przykuć uwagę czytelnika, nie zdradzając, który z braci został adoptowany. Kto nie jest synem Friedy i Wolfganga? Porywczy Otto, który marzy o zemście na nazistach, czy wyważony i ambitny Paulus? Co więcej, wiemy, że wojnę przeżył prawdopodobnie tylko jeden z nich - opowieść toczy się w wielu planach czasowych, między innymi w latach pięćdziesiątych w Londynie, gdzie jeden z braci Stengel otrzymał właśnie list od osoby, która podaje się za Dagmarę. Nie wiemy jednak, czy to Paulus, czy Otto, nie wiemy też, jak to się w ogóle stało, że jeden z nich walczył w czasie wojny w armii angielskiej, a następnie dostał pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Znając historię, możemy się spodziewać, że ten z braci, który z pochodzenia nie jest Żydem, został ostatecznie odebrany rodzinie i wcielony siłą do Wehrmachtu, a może nawet do SS. Przewrotny los może postawić obu kochających się braci po przeciwnych stronach barykady na tym samym froncie.

Taka historia może wydawać się mało wiarygodna, a jednak niesamowite jest to, że została oparta na losach dwóch wujków autora. Nie byli wprawdzie braćmi, lecz kuzynami, ale jeden z nich został adoptowany przez żydowską rodzinę i wcielony do niemieckiej armii, a drugi uciekł w 1939 roku do Londynu i znalazł się na froncie w mundurze alianckim. W pewnym momencie obaj walczyli w odległości zaledwie jednej mili.

I to prawdopodobnie jest odpowiednia chwila na to, by wyjawić, że żałuję, że Ben Elton nie zdecydował się spisać wspomnień swoich krewnych, zamiast przekładać je na język powieści. Nie da się bowiem ukryć, że czytając "Dwóch braci", ma się czasem wrażenie, że autor trochę się zagalopował, a ciągłe zwroty akcji i zaskakujące rozwiązania są nieco zbyt zgrabne. Otto i Paulus są bohaterami, których nie sposób nie lubić, ale trudno w nich uwierzyć. Poświęcenia, do których się posuwają dla dziewczyny, w której są obaj zakochani, sięgają chyba odrobinę za daleko, i z przejmującej opowieści o strasznym kawałku dziejów miejscami robi się ckliwa opera mydlana.

Sytuację ratują dziewczyny. Zarówno Silke, jak i Dagmara są postaciami intrygującymi i dobrze zbudowanymi. Bracia to chodzące ideały, ale Dagmara wydaje się znacznie mniej jednoznaczną postacią, a i mała Silke zdaje się skrywać jakieś tajemnice.

Nie zmienia to jednak faktu, że "Dwaj bracia" to książka przejmująca. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym, jak straszliwy był los niemieckich Żydów, dla których piekło zaczęło się już kilka lat przed wybuchem wojny. Stenglowie są dobrymi obywatelami, wierzą w swój kraj, w sprawiedliwość i moc prawa, a przecież ta wiara w niczym im nie pomoże. Czytelnik bezsilnie przygląda się temu, jak nie decydują się w porę na emigrację, jak bezradnie przyglądają się temu, co dzieje się z ich krajem, absurdalnie długo zachowując wiarę w to, że nic gorszego się już przecież nie może wydarzyć. Kochają swój Berlin, do końca.

Mimo różnych zastrzeżeń, polecam tę książkę z czystym sumieniem. Muszę wprawdzie odnotować, że sporo w niej zdań, których gramatyce można sporo zarzucić - przydałaby się staranna redakcja, jednak nie zmienia to faktu, że choć momentami krzywiłam się nieco, czytałam tę książkę długo w noc. Dałam się zaskoczyć, wzruszyć i zirytować, nie na styl, ale na bohaterów, których los zaczął mnie bardzo obchodzić.

Moja ocena: 4.5/6

poniedziałek, 18 maja 2015

Udało mi się dzisiaj zażartować.

I cóż z tego? - powiecie. Każdy czasem żartuje, to nie powód, żeby od razu o tym pisać na blogu. Poprzewracało się tej Padmie w głowie, lepiej by recenzję napisała.

Pozwólcie jednak, że uściślę! Udało mi się dzisiaj zażartować po chińsku.

Dwa lata nauki, rysowania przeklętych znaczków, wpatrywania w teksty, które równie dobrze mogłyby być napisane przez kosmitów, przegrzewanie zwojów mózgowych przy próbach sformułowania zdania złożonego. I wreszcie ten moment dzisiaj, kilka sekund dosłownie, kiedy coś mnie rozśmiesza i bez namysłu mówię to swoją nieporadną chińszczyzną, a nauczycielka się śmieje. Udało mi się przekazać to, o co mi chodziło!

Miłość do czytania jest dla mnie nierozerwalnie związana z miłością do języków. Polski alfabet zawiera trzydzieści dwie litery. Angielski dwadzieścia sześć. Miłość, nienawiść, złość, wątpliwość - wszystko to można wyrazić za ich pomocą. Dzieła Szekspira to kombinacja dwudziestu sześciu znaków. Poskładane w słowa stanowią miecz, ale też koc, którym otulamy siebie i innych w chwilach smutku.

Kiedy byłam mała, marzyłam o kilku rzeczach. Wyjawię wam dwa z tych marzeń - chciałam podróżować po świecie i znać wiele języków. Umieć nazwać rzeczy różnymi imionami, zrozumieć ludzi żyjących po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Nie znałam wtedy tego cytatu, ale instynktownie rozumiałam słowa Wittgensteina - że granice moje języka są granicami mojego świata.

Nie zostałam poliglotką, ale też nie poprzestałam na marzeniach. Mam drugą duszę - według Karola Wielkiego jest nią drugi język. Po angielsku jestem tak samo sobą, jak po polsku - dziwne, prawda? Czy można być tą samą osobą w innym języku? Przecież w każdym myśli się nieco inaczej.

Angielski jest cudownym językiem i wyznam, że kocham go używać, ale nigdy nie zamierzałam na nim poprzestać. Dwie dusze to już coś, ale czemu by nie postarać się o kolejne? Okazuje się, że można kochać także włoski, hiszpański, rosyjski i zapewne wiele innych języków. Tylko z niemieckim się jakoś nie polubiliśmy, choć trochę tego żałuję.

Tak naprawdę jednak zrozumiałam, czym jest to poszerzanie granic, kiedy zaczęłam odważne wycieczki w stronę języków azjatyckich. Języki europejskie, przynajmniej niektóre, wydają się zbyt bliskie. Mają słowa, które intuicyjnie rozumiemy, gramatykę, którą potrafimy pojąć. Z językami orientalnymi jest zupełnie inaczej.

Zaczęło się od indonezyjskiego, który jest językiem stosunkowo prostym i niezbyt trudnym do opanowania przez Europejczyka. Alfabet ma łaciński, gramatykę niesamowicie uproszczoną, jedynym wysiłkiem (za to poważnym) jest próba zapamiętania niezliczonych słów, które nie wydają się do niczego podobne. Po indonezyjsku świat wydaje się miejscem przyjaznym, pełnym krewnych i przyjaciół. To świat swobody - słowa często funkcjonują w dwóch wersjach, a to, której użyjesz, zależy tylko od ciebie.

Inaczej sprawa wygląda z chińskim. Kiedy w momencie jakiejś bezrozumnej brawury postanowiłam, że przed wyjazdem do Chin zapiszę się na krótki i intensywny kurs tego języka, byłam przekonana, że po miesiącu będę w stanie przynajmniej się potargować, zapytać o wolne pokoje w hotelu. W końcu z indonezyjskim udało się to nie tylko mnie, ale także mojej kilkuletniej wtedy córce, która po miesiącu nauki z samouczka potrafiła się przedstawić, spytać o cenę i zrozumieć odpowiedź. Szybko przekonałam się, że tak jak Chin nie da się zrozumieć podczas miesięcznego wyjazdu, tak samo język nie odkryje tak łatwo swoich tajemnic.

Chiny to prawdziwa zagadka. Kraj ogromny, skomplikowany i trudny, zamieszkany przez ludzi, którzy w pierwszej chwili wydają się mało przyjaźni, za to jest ich tak dużo, że trudno nie poczuć się przytłoczonym. Dokładnie tak samo wygląda sprawa z językiem chińskim. Po pierwsze - w Chinach jest wiele języków. Oficjalny mandaryński bywa za trudny dla mieszkańców Syczuanu, którzy mówią po tybetański, i zapewne tak samo wygląda to w wielu innych regionach. Pismo onieśmiela - znaków w pierwszej części podręcznika jest tyle, ilu Chińczyków w pekińskim metrze, a wierzcie mi - ilość ludzi wsiadających tam na każdej stacji jest po prostu niewiarygodna.

Jeśli jednak pokonamy strach, okaże się, że to fascynujący język, który kryje w sobie świat, o jakim nam się nie śniło. Pismo to prawdziwe rebusy. Kiedy poznamy znaczenie niektórych części znaków (tak zwanych kluczy), będziemy mogli rozszyfrować ich pochodzenie, a nawet znaczenie. Na przykład znak oznaczający spokój składa się z dwóch części - kobiety i dziecka. Kobieta i dziecko oznacza widocznie spokój dla Chińczyka, który dąży do tego, by mieć rodzinę. Mnóstwo znaków kryje w sobie opowieści o cesarzach, sztyletach, górach - trzeba tylko je odszyfrować. Niektóre znaki przypominają rzecz, którą oznaczają - drzewo to pień i gałęzie, o ile oczywiście ma się dość wyobraźni, by to dostrzec.

Do czytania książek po chińsku droga długa - na razie wyzwaniem jest menu w restauracji.

Jak całkowicie innym doświadczeniem musi być czytanie książki po chińsku! Nie potrafię sobie jeszcze tego wyobrazić - przeczytanie krótkiego tekstu z podręcznika to dla mnie droga przez mękę. Widzę już jednak, że jest to zupełnie inne doświadczenie, niż składanie w całość tych trzydziestu dwóch liter. Czytanie staje się dużo bardziej wizualne, zresztą powoli zaczynam widzieć oczyma wyobraźni znak, kiedy mówię słowo - mowa i pismo stają się w dziwny sposób jednym.

Chiński jest też bardzo poetycki. Pogoda to "tian qi" - dosłownie "oddech nieba". Czy to nie jest piękne? Z drugiej strony, to język dużo bardziej zwięzły, niż na przykład angielski. Wydaje się pozbawiony wielu elementów, które w naszych językach tworzą gramatykę, która tam okazała się zbędna. Wiele słów to jednocześnie przymiotniki, rzeczowniki i czasowniki, ich znaczenie określa kontekst.

Zresztą taką samą radość, jak obce języki, sprawia mi język ojczysty. Lubię słowa, które dobrze układają się na języku, zaskakują, przypominają coś, o czym zapomniałam. Tyle jest pięknych słów, których używamy coraz rzadziej - podlotek, absztyfikant, safanduła. Uwielbiam gwarę poznańską, cieszę się nią tak, jak rogalami świętomarcińskimi - zapamiętuję słówka, a niektóre nawet przyswoiłam tak dobrze, że stały się dla mnie naturalne: mówię bimba, wuchta, laczki, bluzka na naramkach, ostrzytko.

Po co o tym piszę? Ot tak, z czystej radości, że udało mi się dzisiaj oswoić troszkę bardziej kolejny język, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak długa droga przede mną, zanim będę w stanie przeczytać po chińsku książkę. Przy okazji zaś chciałam was zachęcić, żebyście - jeśli nigdy nie próbowaliście - zaczęli czytać w obcym języku. Albo językach, bo każdy kolejny przychodzi nieco łatwiej. Smakujcie słowa, obce i rodzime, bo książka to przecież także forma, choć często nie zwracamy na to uwagi, pochłonięci losami bohaterów powieści. Jeśli wasza ukochana książka została pierwotnie napisana w innym języku, spróbujcie ją w tym języku przeczytać. Może odkryjecie w niej coś nowego? Pewne jest, że granice waszego świata się przesuną.

piątek, 15 maja 2015

Spotkania z autorami to jedno, ale wiadomo, że chodzimy na targi także po to, żeby kupić książki! Zresztą z tej możliwości mogą skorzystać także osoby, które do Warszawy nie dotrą, wiele księgarni internetowych i wydawnictw oferuje bowiem targowe ceny także przy zakupach przez internet. Nie pokuszę się na wyczerpujący przegląd nowości, które ukazały się w ostatnich dniach, ale powiem wam, które książki sama chętnie zakupiłabym na targach (i które prędzej czy później znajdą się na moich półkach).

Sarah Waters "Pod osłoną nocy", wyd. Prószyński i S-ka

Tu nieco minęłam się z prawdą - mam tę książkę na półce od dawna, z tym że po angielsku. Jedna z bardziej intrygujących powieści Waters - albo ją pokochacie, albo was zirytuje. Tak czy inaczej, warto sprawdzić!

Witold Rybczyński "Dom. Krótka historia idei", wyd. Karakter

Historią domu i życia prywatnego pasjonuję się prywatnie i zajmuję zawodowo, książka Rybczyńskiego bardzo mnie więc cieszy.

Michael Crummey "Sweetland", wyd. Wiatr od morza

Kolejna książka kanadyjskiego mistrza! Nic więcej nie trzeba dodawać, jeśli czytaliście "Dostatek", to na pewno czekacie niecierpliwie na "Sweetland". Dla mnie dodatkowym magnesem jest surowe, północne wybrzeże w tle.

Karl Ove Knausgård "Moja walka. Tom 2", Wydawnictwo Literackie

Tę książkę polecam w ciemno, choć nie czytałam pierwszego tomu. Wiem jednak, że przeczytam, i mam jakieś dziwne przeczucie, że na pierwszym się nie skończy.

Jakob Wegelius "Legenda o Sally Jones", wyd. Zakamarki

Gdybym miała kupić jedną książkę dla dzieci, wybrałabym zapewne tę właśnie opowieść o gorylicy, którą porwano i sprzedano na targu w Stambule. I obawiam się, że się i tak nie oprę, choć moja córka zdecydowanie już nie łapie się na docelową grupę wiekową.

Donna Tartt "Szczygieł", wyd. Znak

Nagrodzona Pulitzerem, 800-stronicowa powieść Donny Tartt wzbudza dość skrajne emocje w czytelnikach i recenzentach. Ja jestem w trakcie lektury i bardzo jestem ciekawa, czy rozpłynę się w zachwytach, czy raczej rozczaruję.

Wypatrzyliście coś jeszcze na stoiskach? To dla mnie najprzyjemniejsza część targów - wyszukiwanie ciekawych tytułów, których w necie nie wyłapałam, tym bardziej, że nie wszystkie wydawnictwa mają przejrzyste strony internetowe... Na szczęście są w Poznaniu dobre księgarnie, które takie tytuły, nawet te z bardziej niszowych oficyn, potrafią wyszukać i wyeksponować! Ale jeśli pominęłam książkę, dla której specjalnie przeszukiwaliście stoiska, podzielcie się tytułem w komentarzach!

czwartek, 14 maja 2015

Na Warszawskie Targi Książki jeszcze nigdy nie dotarłam, ale nie przeszkadza mi to w ekscytowaniu się tym świętem książki z zacisza własnego domu. Dla tych, którzy mają możliwość bardziej bezpośredniego uczestniczenia przygotowałam jednak krótki przegląd tego, co się w ciągu tych czterech dni będzie działo. Jeśli przeraża was wielostronicowy program targów, niech to będzie wasza ściąga.

Najpierw spotkania autorskie, czyli okazja nie tylko do tego, żeby zdobyć autograf uwielbianego pisarza lub pisarki, ale także i przede wszystkim do tego, by wyznać im swoje uczucia! Nie wstydźcie się, oni dają nam radość swoimi książkami, ucieszcie ich więc miłym słowem! Wybieram bardzo subiektywnie spotkania z autorami, których książki czytałam lub zamierzam wkrótce przeczytać.

Czwartek

14.00 - 16.00 dyskusja z udziałem Swietłany Aleksijewicz, Izy Michalewicz, Michała Olszewskiego, Görana Rosenberga i Drauzio Varelli - Centrum Konferencyjne PAP, ul. Bracka 6/8 

16.00 Anna Fryczkowska – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

16.00 Grażyna Jeromin-Gałuszka – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

Piątek

14.00 Łukasz Supergan, autor książki „Pustka wielkich cisz” – stoisko Wydawnictwa Sorus (340C/G) (także w sobotę o 13.00)

14.00 Olga Rudnicka – stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka (80/C)

15.00 Małgorzatą Szejnert – sala Paryż B

16.00 Hanna Kowalewska – stoisko wydawnictwa Zysk i S-ka (115/D12)

16.00 Patrick Devill, Olivier Rolin, Paulina Wilk. Dyskusja "Między reportażem a fikcją" – stoisko Francji (113/D11)

18.00 Jakub Rybicki, autor „Po Bajkale. Rowerem przez Syberię” – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

Sobota

11.00 Hanna Krall – stoisko wydawnictwa Dowody na Istnienie (129/D14)

11.30 Bernard Werber , autor książek „Imperium mrówek”, „Dzień mrówek” i” Rewolucja mrówek” – stoisko wydawnictwa Sonia Draga (82/C) (też o 15.00)

12.15 Pierre Lemaitre, autor książki „Koronkowa robota” – stoisko wydawnictwa Muza (47/D5)

13.00 Marcin Szczygielski, stoisko Wydawnictwa Bajka (1/H)

13.00 Anna Ficner-Ogonowska – spotkanie na scenie A w Business Club

13.00 Katarzyna Bonda – stoisko wydawnictwa Muza (47/D5), a potem od 16.00 spotkanie w Sali Rzym

13.00 Elżbieta Cherezińska – stoisko wydawnictwa Zysk i S-ka (115/D12)

13.00 Hanna Krall – stoisko Agory (50/D7)

13.00 Andrzej Stasiuk – stoisko wydawnictwa Czarne (69/D8)

14.00 Anna Lichota, autorka książki „No i na co ci te góry?” – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

14.00 Ałbena Grabowska – stoisko Zwierciadła (38/D5)

14.00 Magdalena Grzebałkowska – stoisko Agory (50/D7)

15.00 Magdalena Kordel – stoisko Znak (77/D9)

16.30 Anna Herbich – sala Paryż B

16.30 coś dla miłośników fantastyki - Jarosław Grzędowicz, Maja Lidia Kossakowska i Robert M. Wegner – stoisko Firmy Księgarskiej Olesiejuk (79/D10)

Niedziela

11.00 Magdalena Parys – stoisko wydawnictwa Świat Książki (79/D10)

12.00 Olga Tokarczuk – stoisko Wydawnictwa Literackiego (54/D8)

12.00 Zygmunt Miłoszewski – stoisko Grupy Wydawniczej Foksal (30/D4)

12.00 Małgorzata Warda – stoisko motyleksiazkowe.pl (125/D14) (a o 13.30 na stoisku Media Rodzina)

13.00 Wojciech Karpiński – stoisko Zeszytów Literackich (48/D7)

14.30 Łukasz Orbitowski – stoisko wydawnictwa Sine Qua Non (117/D13)

 

Sporo? Wierzcie mi, to zaledwie ułamek tego, co się na Stadionie Narodowym będzie działo. Jeśli macie siłę i cierpliwość, tutaj możecie przewertować pełny program spotkań autorskich. Pochwalcie się też, na które spotkania się wybieracie?

Jutro zaś przegląd najciekawszych nowości, które ukazały się właśnie w okresie targów - zajrzyjcie koniecznie, jeśli nie boicie się dodawać kolejnych książek do listy nieprzeczytanych ;)



wtorek, 05 maja 2015

Macie czasami ochotę na taki porządny, dobrze napisany kryminał, który sprawi, że zarwiecie nockę, bo nie będziecie w stanie odłożyć lektury, dopóki się nie dowiecie, kto zabił? Ja miewam zwłaszcza w okresach, które są z różnych przyczyn męczące. A czasem bez powodu - tak po prostu, żeby wrócić do znanego schematu, dać się trochę powodzić za noc, trochę przestraszyć, lekko zaskoczyć. Trzymam na półce kilka nieprzeczytanych kryminałów autorów, których lubię, na taką właśnie "czarną godzinę". Są jednak autorzy, których książki połykam od razu, kiedy się ukażą, i wygląda na to, że do ich grona awansował właśnie Jørn Lier Horst.

Ten norweski pisarz wie, o czym mówi, kiedy opowiada o pracy w policji - sam przez lata pracował jako śledczy. Jego książki ukazują się w Polsce niekoniecznie we właściwej kolejności - najpierw był "Jaskiniowiec", najnowsza część cyklu, teraz zaś dostajemy wcześniejszą powieść, "Psy gończe". Właściwie jednak nic złego z tego nie wynika. Każda stanowi zamkniętą całość i nie przeszkadzało mi, że czytałam je w odwrotnej niż zaplanowana przez autora kolejności.

Zresztą nic nie przeszkadzało mi podczas lektury. Zabrałam "Psy gończe" na majówkę, i dobrze się złożyło, że piątek był deszczowy i posępny. Bez wyrzutów sumienia zaparzałam sobie herbatę za herbatą, śledząc nieprzyjemne perypetie Williama Wistinga i z zadowoleniem wyglądając przez mocno przybrudzone już przez deszcz okno. Gdyby było ładnie, robiłabym zresztą to samo, bo od tej lektury naprawdę niełatwo byłoby się oderwać!

Wisting, doświadczony policjant, musi zmierzyć się z wyjątkowo nieprzyjemnym zadaniem. Sprawa, którą zajmował się przed laty - morderstwo młodej dziewczyny, nieoczekiwanie powraca. Sprawca wychodzi na wolność i oskarża policję o fałszowanie dowodów, a że Wisting prowadził wtedy śledztwo, na nim spoczywa odpowiedzialność. Komendant nie zastanawia się długo i zawiesza kolegę, ten zaś zaczyna zdawać sobie sprawę, że tym razem ma przeciwko sobie kogoś z policyjnych szeregów. W dodatku bez śladu znika kolejna młoda dziewczyna i trudno nie zakładać, że sprawy te się nie łączą.

Swoją rolę ma też druga bohaterka - Line, córka Wistinga, która pracuje jako dziennikarka śledcza. W "Jaskiniowcu" poznaliśmy ją jako bystrą i przebojową osobę, która zrobi wiele dla uzyskania dobrego materiału, ale ma też poczucie misji i chętnie przyczynia się do ujęcia sprawcy. Line pracuje nad nowym tematem i bardzo chciałaby odkryć coś sensacyjnego, tym razem nie dla własnej satysfakcji, ale po to, by przyćmić artykuły opowiadające o hańbie jej ojca. Wszystkie te sprawy zaczną się zgrabnie zazębiać, akcja gwałtownie przyspieszy, zaś rozwiązanie okaże się  spójne i przynajmniej w części zaskakujące.

Dobrze czyta się książki Jørna Liera Horsta. Jego bohaterowie dają się lubić - Wisting jest niesamowicie zrównoważony, solidny i rozważny, jego córka zaś to dzikie dziewczę, często w gorącej wodzie kąpane. W tle to, co lubię najbardziej - niewielkie miasteczko, mała komenda, na której wszyscy się dobrze znają, lasy, jeziora, odludne gospodarstwa, słowem - wymarzona sceneria dla powieści kryminalnej. "Jaskiniowiec" zrobił na mnie dobre wrażenie, "Psy gończe" sprawiły, że zostałam wierną fanką.

Moja ocena: 5/6


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nie wiem, czy pamiętacie, że rok temu, po wizycie na Pyrkonie, postanowiłam, że będę czytać więcej fantastyki, a zwłaszcza fantasy. Nie mogę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowana swoimi postępami w tej dziedzinie, choć jakieś kroki poczyniłam i kilka zaległych lektur nadrobiłam. Zaczęłam też uzupełnianie biblioteczki, co okazało się wcale nie takie proste - nakład niektórych książek, które mi wtedy polecaliście, dawno się już wyczerpał. Jednak poluję wytrwale, kilka pozycji mi na półkach przybyło (no dobrze, powiedzmy szczerze, że nie na półkach, tylko na podłodze, na półki już od dawna nie wcisnę nawet "Małego księcia", a co dopiero mówić o opasłych tomiszczach, jakie lubią produkować pisarze parający się fantastyką). Mam też listę pisarzy, z którymi mam zamiar zawrzeć znajomość. A jedno z nazwisk na niej widniejących to Joe Abercrombie.

Ucieszyłam się więc, widząc w zapowiedziach "Pół króla". Wprawdzie szybko doczytałam, że to powieść przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, ale w końcu stara nie jestem... Niech więc będzie "Pół króla" na początek znajomości z autorem, który, nota bene, w sierpniu przyjedzie do Poznania, będzie więc szansa poznać go bardziej bezpośrednio!

"Pół króla" okazało się takim fantasy nowej generacji. Przynajmniej ja to tak określam - prawdopodobnie już wcześniej pisano książki, w których magii właściwie nie ma, ale cała otoczka jest typowa dla świata fantasy, ale mam wrażenie, że prawdziwą modę wykreował George R. R. Martin. Nie ma więc w książce Abercrombiego czarodziei, magicznych istot, zaklęć i przepowiedni. Jest tylko połowa króla, który w dodatku szybko zostaje pozbawiony tronu. Nie ma nawet smoków, co akurat może sprawić, że trudniej będzie mi namówić Olę na lekturę. Namawiać jednak będę, bo jest coś, co jej się z pewnością spodoba.

Jest przesympatyczny, budzący w czytelniku ciepłe uczucia, dowcipny i zaskakujący bohater.

Oczywiście zaskakiwać będzie młodszego czytelnika. Ja nie byłam zdziwiona, że potomek królewskiego rodu, Yarvi, który urodził się ze zdeformowaną ręką i nigdy nie miał zostać królem, pod wpływem okoliczności zaczyna zmieniać się, nabierać siły, odwagi i determinacji. Schemat to znany z innych powieści typu bildungsroman, które opowiadają o dojrzewaniu nastoletniego bohatera. Jestem przekonana jednak, że nastoletni czytelnik będzie śledzić jego przemianę z zapartym tchem. Zresztą ja również z przyjemnością śledziłam liczne przygody Yarviego, który, jak się łatwo domyślić, będzie musiał się mocno natrudzić, by zasłużyć sobie na tron, który niespodziewanie najpierw przypadł mu w udziale, a następnie został odebrany.

Co ciekawe, powieść, w której nie ma zbyt wiele miejsca na powolne budowanie postaci, w pewnym momencie okazuje się czymś więcej, niż tylko pełną przygód opowieścią o nieszczęsnym młodzieńcu. Autor okazał się szczwanym lisem - rekomendacja Martina, która widnieje na okładce, nie jest chyba całkiem przypadkowym zabiegiem marketingowym. Abercrombie potrafi zaskoczyć, zaś jego postaci okazują się dużo bardziej wieloznaczne, niż się to wydawało na początku lektury.

Nie powiem nic więcej - odkryjcie wszystkie tajemnice Yarviego i jego towarzyszy na własną rękę. Myślę, że warto - "Pół króla" to naprawdę dobrze napisana powieść, która trafi wysoko na moją listę książek o najbardziej zaskakujących zakończeniach. Wprawdzie bohaterem jest człowiek, który sam siebie nazywa połową króla, jednak satysfakcja z lektury jest jak najbardziej pełna.

Moja ocena: 5/6

środa, 22 kwietnia 2015

Moja córka zakochała się w literaturze fantasy i jest jej dość wierna już od wielu miesięcy. W ramach delikatnych prób poszerzania jej czytelniczych horyzontów podsunęłam jej kiedyś "Igrzyska śmierci" i od tego czasu dystopie zostały dopisane do listy akceptowanych przez nią gatunków. "Nieludzie" Kat Falls mogą się przyczynić do rozszerzenia jej o powieści postapokaliptyczne, książka ta jest bowiem bardzo lekkim i przyjemnym wprowadzeniem do tego, było nie było, niezbyt łatwego gatunku.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości w Ameryce. Kilkanaście lat temu firma biotechnologiczna podjęła próbę stworzenia chimer, które uatrakcyjniłyby parki rozrywki. W efekcie udało im się stworzyć wirusa, który zabił setki tysięcy ludzi, zaś teraz, po latach mutacji, stracił wprawdzie swoje śmiercionośne właściwości, za to powoduje, że ludzie nim zarażeni powoli zmieniają się w zwierzęta. Ci, którzy ocaleli, zamknęli się w miastach otoczonych wysokimi murami. Są w nich bezpieczni, pod warunkiem, że nikt i nic nie przedostaje się przez tę barierę. Nie wiedzą, jak wygląda życie poza murami, i nawet gdyby chcieli się dowiedzieć, nie mają na to szans. Uzbrojeni strażnicy strzegą muru w dzień i w nocy, a wszelkie próby przekroczenia go karane są śmiercią.

Nastoletnia Lane żyje bezpiecznie w Davenport, nie wiedząc, czy opowieści o dziwnych stworzeniach będących krzyżówkami różnych gatunków są prawdą, czy też opowiadający jej takie historie tato ma wyjątkowo bujną wyobraźnię. Jednak pewnego dnia ojciec znika, zaś Lane będzie zmuszona wydostać się poza mur, by ocalić mu życie. Szybko przekona się, że jej ojciec wie więcej o życiu w dziczy, niż ona kiedykolwiek przypuszczała, a żeby go uratować, sama będzie musiała się wiele nauczyć.

"Nieludzie" Kat Falls to powieść pełna niespodzianek i nie ma sensu zdradzanie zbyt wielu z nich. Łatwo się domyślić, że Lane będzie musiała się zmienić i wydorośleć, by przetrwać w dziczy, a skoro powieść przeznaczona jest dla nastoletniego czytelnika, musi pojawić się też choć cień wątku miłosnego. Tutaj mamy aż dwóch kawalerów - poważnego i zdeterminowanego strażnika i nieliczącego się z nikim dzikusa. Obaj poczują coś do Lane, a że różnią się od siebie tak, jak moje oba koty - ruda i nieprzewidywalna Daisy i srebrzysta i stateczna Lucy - między całą trójką będzie często iskrzyć.

Najciekawsza jest jednak sama Lane i przemiana, jaką przechodzi - z przestraszonej dziewczynki, która obsesyjnie odkaża skórę po każdym kontakcie z brudem do zdecydowanej pannicy stającej w obronie "dzikich", czyli ludzi zarażonych wirusem i przemienionych. Nie sposób jej nie lubić, a przy okazji może być nie najgorszym wzorcem do naśladowania, gdy odważnie staje w obronie tych, którzy wyglądają inaczej.

Niestety, znajdzie się też łyżka dziegciu - muszę zdecydowanie ukryć tę książkę przed U, który jest genetykiem i który z pewnością nie mógłby jej czytać, nie pomstując w głos na różne bzdury dotyczące realiów świata przedstawionego. Cała idea zamykania się w gettach po to, by nie zachorować na coś, co złapać można tylko, kiedy się zostanie ugryzionym, wydaje się pozbawiona sensu. Jeśli jednak przymkniemy oko na takie niedociągnięcia, lektura sprawi nam sporo przyjemności, zaś młodego czytelnika może wciągnąć bez reszty. Przetestuję ją na pewno na Oli.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kiedy przychodzi wiosna, chciałabym być w Nowym Jorku. Idąc za radą bohaterów "Mam wiadomość", spędziłam tam dwa cudowne, wiosenne tygodnie trzy lata temu i od tego czasu co roku, kiedy zaczynają kwitnąć forsycje, tęsknię za tym niepodobnym do żadnego innego miastem. Skoro jednak w tym roku nie uda mi się tam wrócić, może chociaż o nim poczytam? Oto bardzo subiektywnie wybrana dziesiątka książek o mieście, które nigdy nie śpi:

1. Kamila Sławińska "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny"

Zacznę od książki, którą czytałam na krótko przed wyjazdem, tak że całe fragmenty książki Sławińskiej tkwiły mi żywo w pamięci, kiedy przemierzałam opisywane przez nią miejsca. Bardzo emocjonalny i doskonale napisany przewodnik, który jest właściwie zbiorem opowieści o wybranych miejscach.

2. Colson Whitehead "The Colossus of New York"

Ta niewielka książeczka towarzyszyła była pierwszą pozycją, jaką kupiłam w legendarnym Strandzie (oczywiście nie ostatnią). Towarzyszyła mi codziennie w pociągu, którym dojeżdżałam na Manhattan z Newark, i miałam wrażenie, że czuję, jak idealnie rytm tej prozy pasuje do tętna nowojorskich dworców. Recenzję znajdziecie tutaj.

3. Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o Nowym Jorku, niech to będzie właśnie ta. Jeśli przeczytaliście ich już dziesiątki, Magdalena Rittenhouse i tak was zaskoczy.

4. Rem Koolhaas "Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu"

Tę książkę czytam od jakiegoś czasu - powoli, bo jej lektura oszałamia. Właściwie można się tego było spodziewać już po zapoznaniu się z tytułem.

5. Amy Waldman "The Submission"

Prowokująca i ważna powieść, która pyta o to, kim stali się nowojorczycy po 11 września. W konkursie na projekt pomnika dla ofiar ataku na WTC zwycięża projekt, którego autorem jest muzułmanin. Pomysł na fabułę genialny w swojej prostocie.

6. Claire Messud "Dzieci cesarza"

Losy grupki młodych nowojorczyków jako pretekst do rozważań o amerykańskim społeczeństwie. Recenzja tutaj.

7. Sam Wasson "Piąta aleja, piąta rano"

Numerem siedem miało być "Śniadanie u Tiffany'ego", które wielbię bezgranicznie. Może jednak lepiej będzie polecić książkę, która opowiada o powstaniu filmu z Audrey Hepburn w roli głównej - warto przeczytać, żeby zrozumieć, z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się filmowcy i jak skomplikowany był świat ówczesnego Nowego Jorku.

8. Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Cofnijmy się teraz jeszcze bardziej w czasie - chyba nigdy Nowy Jork nie był bardziej fascynujący, niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy jego potęga dopiero się rodziła. Książka Winnickiej może nie jest specjalnie odkrywcza, ale można sobie wiedzę odświeżyć w sposób wyjątkowo przyjemny - Winnicka pisze zgrabnie, a książka ma piękne ilustracje.

9. Caleb Carr "Alienista"

Z epoki jazzu przenieśmy się kilka lat wstecz. Jest końcówka XIX wieku, a w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca. Policji pomaga tytułowy alienista - ktoś, kto dzisiaj zostałby nazwany psychopatologiem, wtedy zaś był tajemniczym dziwakiem. Świetny, bardzo nastrojowy kryminał!

10. Emily Barton "Brookland"

Skoro już przemieszczamy się w czasie, dziesiąta książka opowie o osiemnastowiecznym Nowym Jorku. Cudowna historia o niezwykłej kobiecie i moście, który połączył Brooklyn z Manhattanem. Muszę ją koniecznie przeczytać raz jeszcze i napisać na jej temat długą i pełną zachwytów notkę.

Macie swoje ulubione nowojorskie lektury? Przyznam, że z trudem ograniczyłam się do dziesięciu - obszerną listę znajdziecie w komentarzach pod tym tekstem - korzystam z niej od trzech lat :) Jeśli zaś marzy Wam się wiosenny Nowy Jork, pod tagiem New York znajdziecie relacje ze spacerów po poszczególnych dzielnicach. Ach, jak bardzo chciałabym się znowu znaleźć na Brooklynie, patrząc na zapalające się powoli światła Manhattanu, lub przespacerować po Central Parku w słoneczne, kwietniowe popołudnie...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...