środa, 18 listopada 2009

Kończę właśnie lekturę "Howards End is on the Landing" Susan Hill. Kończę powoli, ponieważ dawkuję ją sobie po rozdziale, chcąc przedłużyć tę przyjemność ile tylko się da. Powoli także dlatego, że każdy rozdział właściwie skłania do przeróżnych refleksji, często zamykam więc książkę, żeby sobie chwilkę pomyśleć. Susan Hill, autorka wielu książek, zdobywczyni kilku nagród, opisuje rok, który spędziła wśród książek ze swojej biblioteczki. Pewnego dnia, próbując znaleźć na swojej półce jakąś książkę, o której wiedziała na pewno, że ją ma, ale nie wiedziała, gdzie może stać, odkryła, iż ma w domu całą masę nieprzeczytanych książek. (Kto z nas nie zna tego uczucia?) Postanowiła, że spędzi rok czytając tylko książki z własnych półek, nie kupując w tym czasie nic nowego. "Howards End is on the Landing" to opowieść o tym roku, roku spędzonym w starym wiejskim domu, wśród starych książek, wśród wspomnień o pisarzach spotkanych w młodości, wśród pożółkłych kartek, listów wypadających spomiędzy okładek. To opowieść, która w każdym miłośniku książek musi poruszyć pewną strunę. Bo przecież wszyscy chcielibyśmy mieć bibliotekę, która zawierałaby historię naszego życia, chcielibyśmy mieć czas, aby wrócić do książek kiedyś ważnych. I wszyscy chyba chcielibyśmy być tak znakomicie oczytani, tak świetnie obeznani z klasyką jak Susan Hill. Czytając jej refleksje na temat Szekspira, Hardy'ego, George Eliot, zaczęłam sobie uświadamiać, nie po raz pierwszy, jak wiele luk mam moje rzekome oczytanie. Owszem, czytałam kilka sztuk Szekspira, ale większości nie miałam nawet w ręku. Znam "Młyn nad Flossą", znam "Jude the Obscure", ale nie czytałam nic więcej tych autorów. Czytałam może 5 powieści Dickensa, ale kolejne mam na półce nieprzeczytane. Nawet w siostrach Brontë mam zaległości, jako że nigdy nie przeczytałam "Vilette". Znam prawie na pamięć całą Jane Austen, ale już Elizabeth Gaskell czeka dopiero cierpliwie, aż znajdę dla niej czas. A mówimy tylko o literaturze angielskiej, która z racji wykonywanego zawodu jest mi i tak lepiej znana niż choćby polska. W liceum zaczytywałam się w polskiej literaturze dziewiętnastowiecznej, jak to się stało, że nigdy do żadnej z tych książek nie wróciłam?

Ilekroć idę na rozmowę do swojego promotora, odczuwam podobne zawstydzenie. Gdy on cytuje z pamięci wiersze pomniejszych poetów, gdy z pasją opowiada o książkach sprzed stu i dwustu lat, o których nigdy nie słyszałam, czuję, że powinnam teraz, natychmiast, zacząć powoli, systematycznie, chronologicznie, przebijać się przez wiek osiemnasty, dziewiętnasty, dwudziesty. Wrócić do wszystkich lektur z czasów studiów. Odkopać klasyków, których kupiłam lata temu.

Cóż z tego, skoro internet to źródło ciągłych pokus. Susan Hill, mając tego świadomość, w ciągu swojego roku czytania z domowych półek nie tylko ograniczyła kupowanie książek, ale także drastycznie ograniczyła korzystanie z internetu i zarzuciła nawet prowadzenie swojego bloga - wiedziała, że blogując i czytając inne blogi nie będzie w stanie się oprzeć.

Nie mam ambicji, aby ją naśladować. Nawet wręcz przeciwnie - pod wpływem "Howards End is on the Landing" przestałam odczuwać wyrzuty sumienia, że kupuję książki, chociaż wiem, że ich szybko nie przeczytam. Przecież jeśli kiedyś, na emeryturze, będę miała ochotę zaszyć się na rok tylko ze swoimi książkami, muszę mieć z czego wybierać;) Zresztą zawsze radością napawał mnie widok wielu nieprzeczytanych, starannie wybranych, tytułów na półkach. Nigdy nie wiem, kiedy będę miała ochotę sięgnąć po któryś z nich. Susan Hill sprawiła jednak jeszcze coś innego. Spowodowała, że mam ochotę częściej sięgać po klasykę, nadrabiać braki, przypominać sobie to, czego dawno nie czytałam. Kiedyś miewałam takie okresy, gdy prawie nie czytałam nowości. Teraz - nie mam złudzeń, będę je czytać z pewnością, ale gdzieś powinien się też znaleźć czas na Dickensa, na Trollope'a, nawet na Żeromskiego. Nowe książki kuszą - są błyszczące, ładne, pachnące. Kuszą wydawcy, wysyłając entuzjastyczne informacje. Księgarnie wydają się być wszędzie, i zawsze na wystawie jest coś, co przyciągnie mój wzrok. Lubię nowe książki, lubię wiedzieć, co się wydaje, być w miarę na bieżąco. Ale część z tego połyskującego i pachnącego towarzystwa szybko zginie, niewarta uwagi, jaką się ją otacza. A taki Dickens był, jest i będzie. O Szekspirze nie wspominając.

Mam nawet plan, na razie jeszcze musi trochę we mnie dojrzeć, ale kto wie, może wkrótce go zdradzę. A książkę Susan Hill chyba zacznę zaraz czytać od początku, tym razem z notesem w ręku, bo zbyt wiele mi cennych myśli i ciekawych tytułów umknęło przy pierwszej lekturze.

wtorek, 10 listopada 2009

Osadzona na głębokiej, angielskiej prowincji, w czasie wyjątkowym, czasie zmierzchu starego porządku, w scenerii nieco wyblakłej i melancholijnej, między popadającym w ruinę domostwem a niewielką, pracowitą wioską, napisana z dziewiętnastowiecznym rozmachem powieść Sary Waters "The Little Stranger" (polski tytuł "Ktoś we mnie") powinna mi się podobać. Wszystkie składniki należą do moich ulubionych. Autorka także. A jednak coś nie zagrało. "The Little Stranger" zamiast mnie porwać, znużył mnie nieco i znudził.

Waters wraca do epoki, która stanowiła tło jej poprzedniej powieści. "Night Watch" rozpoczyna się w roku 1947, aby następnie cofać się w czasie. Akcja "The Little Stranger" toczy się w roku 1948, słyszałam też, że autorka ma zamiar napisać jeszcze jedną powieść o tej epoce. Waters drobiazgowo odmalowuje powojenną Anglię, zaś jej obraz epoki jest najmocniejszą stroną tej książki. Zmierzch starej arystokracji, symbolizowany przez upadek rodziny Ayresów oraz rozpad ich domostwa, ścieranie się klas i nieuchronny postęp i modernizacja są odmalowane przejmująco. Tak naprawdę, wystarczyłoby mi, gdyby to o tym właśnie traktowała powieść Waters. Niestety, jak sama autorka przyznała, zaczęło jej brakować pomysłów na fabułę i stąd wziął się duch, a powieść z melancholijnej powieści realistycznej zaczęła zmierzać w stronę gotyku. Ten zabieg mógł być udany. Podobały mi się aluzje do klasyków tego gatunku - nieprzypadkowe imiona bohaterów (Roderick i Madeleine to imiona rodzeństwa z "Zagłady domu Usherów Edgara Allana Poe - w "The Little Stranger" mamy Rodericka i Caroline), liczne odniesienia do "Poskromienia złośnicy" Henry'ego Jamesa. Nastrój grozy, zagrożenia czającego się gdzieś w nas samych, który tutaj powinien także dominować, został zniszczony. Waters bowiem postawiła sobie wysoko poprzeczkę, za narratora obierając bohatera nie tylko skrajnie przyziemnego, ale przede wszystkim nudnego. Tej poprzeczce chyba nie sprostała, a doktor Faraday zabija tę powieść.

Rozumiem zamierzenie - niesamowite wydarzenia w Hundreds Hall zderzone z rzeczową analizą narratora powinny stać się tym bardziej tajemnicze i zagadkowe. Niestety, Faraday jest zbyt przyziemny, szybko zaczyna irytować, zaś jego ciągłe próby wyjaśnienia tego, czego wyjaśnić nie można w końcu nudzą. Jego postać mogłaby być ciekawa - jako człowiek wywodzący się z nizin społecznych, a mający szanse trafić na sam szczyt, jako mąż arystokratki i pan wielkiego domu, patrzy na świat z perspektywy niedostępnej większości bohaterów. Ma możliwość porównań, analiz, jest lustrem, w którym każdy może się odbić. Jednak jest nudziarzem i nic na to nie może poradzić, i ja także nudziłam się w jego towarzystwie.

Co więcej, pozostali bohaterowie też nie porywają i nie budzą sympatii. Caroline jest chłodna i oschła, Roderick, jedyny bohater z temperamentem, szybko zostaje usunięty z pierwszego planu. Ciekawe są postaci drugoplanowe - inni lekarze, służąca, ale za mało ich w powieści. Historia miłosna także nie przekonuje. Żadne z kochanków nie jest wiarygodne, właściwie oboje wiążą się z sobą niejako z wyrachowania, trudno nam więc zaangażować się w ich losy. Zastanawiam się też, czy inaczej patrzyłabym na tę książkę, gdybym nic o niej nie wiedziała. Może informowanie czytelników na prawo i na lewo, że mają do czynienia z opowieścią o duchach, uczyniło tej książce lwią przysługę? Nie wiedząc, czego się spodziewać, mogłam zostać kilka razy zaskoczona, być może nawet przez chwilę miałabym wątpliwości, czy to, co dzieje się w Hundreds Hall, jest faktycznie natury nadprzyrodzonej. Być może nawet doktor Faraday zdołałby mnie raz czy dwa razy przekonać. Skoro jednak wiedziałam, że będzie duch, to na niego czekałam. Zaskoczenie zostało zdławione w zarodku, a z nim napięcie.

Szkoda, bo "The Little Stranger" to jednak dobrze napisana książka. Wielki plus dla autorki za to, że nie boi się podejmować wyzwań i próbować swoich sił na polu coraz to konwencji. Wielu osobom jej najnowsza powieść z pewnością się spodoba. Ja także przeczytałam ją szybko i ze sporą przyjemnością, czerpaną jedna głównie z opisów zderzenia klas i zmierzchu arystokracji angielskiej, a nie z fabuły.

Moja ocena 3.5/6

poniedziałek, 09 listopada 2009

Oczywiście, książki w Londynie są wszędzie. Jednak księgarnia księgarni nierówna, niektóre są wyjątkowo tanie, inne mają oszałamiający wybór, a jeszcze inne urzekają pięknym wnętrzem. Mimo że nie mieszkam w Londynie, od lat jeżdżę tam na zakupy książkowe i odwiedziłam tam już na pewno kilkadziesiąt antykwariatów i księgarni. Postanowiłam więc skompilować listę moich ulubionych miejsc, myślę, że może się komuś przydać.

Pierwsza księgarnia, która oszołomiła mnie i przytłoczyła podczas pierwszego pobytu w Londynie i do której wracam zawsze, to, o zgrozo, sieciówka! Ale za to jaka! Sześć pięter wypełnionych książkami, wygodne kanapy w każdym dziale, ciepłe światło i spokój. Można tam spędzić cały dzień. Mowa o flagowym sklepie Waterstone's na Picadilly.

Źródło: http://www.waterstones.com/waterstonesweb/navigate.do?pPageID=200003

Lubię chodzić tam pod koniec wyjazdu, żeby dokupić to, czego nie znalazłam gdzie indziej, albo na początku, sprawdzić, jakie tytuły są w stałej ofercie 3 książek w cenie 2, którą nasz Empik ma tylko raz w roku...

Jak się tam dostać - metrem na Picadilly Circus, wyjść na Picadilly South, do Waterstone's jest może 100 metrów.

Z Waterstone's można przejść się na Charing Cross Road, uliczki będącej od dziesiątków lat mekką bibliofili. Zajrzyjcie tutaj, aby zobaczyć, jak wyglądała jeszcze niedawno, teraz niestety części antykwariatów już nie ma, ale wciąż jest ich sporo. Mój ulubiony to Any Amount of Books, warto zejść do piwnicy w poszukiwaniu okazji. Jest to zresztą regułą w przypadku wszystkich antykwariatów angielskich. Słynny jest też Quinto Bookshop, w którym też kupiłam co najmniej kilka książek.

Jak się tam dostać - większość księgarni ulokowana jest między stacjami Leicester Square i Tottenham Court Road. Warto skręcić w boczną uliczkę Cecil Court, na której pełno jest tematycznych, czasami naprawdę oryginalnych księgarni.

Kolejna książkowa dzielnica to oczywiście Bloomsbury. Najpiękniejszą jej księgarnię, jedną z ładniejszych, jakie w ogóle widziałam, pokazała mi ostatnio Chihiro. Jest to Daunt Books, miejsce, o którym czytałam od lat i do którego będę teraz wracać.

Źródło: http://www.dauntbooks.co.uk/

Książki w Daunt Books ułożone są według krajów, w których zostały napisane lub których dotyczą. Przeglądanie półek jest fascynujące. Chcecie książkę z Iranu, Korei, Nowej Zelandii lub Indii? Wystarczy wybrać odpowiednią półkę. Jest tu literatura afrykańska z krajów, które nigdy nie pojawiają się na naszej mapie czytelniczej, całe półki książek arabskich, i nie są to tylko książki podróżnicze, ale przede wszystkim powieści. Wymarzone miejsce na organizowanie wyzwania peryferyjnego. Trudno stamtąd wyjść z pustymi rękoma, choć wybór tak oszałamia, że nie wiadomo, co wybrać... W dodatku księgarnia jest w pięknym, edwardiańskim wnętrzu. Więcej zdjęć i ciekawy opis znajdziecie na blogu Reading Matters.

Jak się tam dostać - właściwie nie jestem pewna, czy jest to jeszcze dzielnica Bloomsbury. Najlepiej chyba dojechać metrem do Baker Street Station. Księgarnia jest na 83 Marylebone High Street.

Jadąc do Bloomsbury, miłośnik książek musi odwiedzić British Library, gdzie w bezpłatnej galerii można zobaczyć takie cuda jak jedyny manuskrypt Beowulfa, rękopisy Jane Austen, "Jane Eyre", pierwsze folio Szekspira, rękopis "Alicji w krainie czarów" i wiele innych. O bibliotece napiszę przy innej okazji, natomiast gdy już nacieszycie oczy zgromadzonymi w niej skarbami, warto przejść się znajdującą się naprzeciwko wyjścia uliczką Judd Street (wstępując po drodze do antykwariatu Judd Books), następnie skręcić w lewo i w prawo do Marchmont Street. Tutaj, w dziwnym nieco miejscu, na obrzeżu centrum handlowego, znajduje się nieco zagracony, bardzo klimatyczny antykwariat Skoob Books.

Źródło: http://www.skoob.com/

Książki nie są najtańsze, większość kosztuje 4£, wybór jest jednak ogromny i jest sporo nowości - tutaj właśnie wypatrzyłam "Wolf Hall".

Jak się tam dostać - najbliższa stacja metra to Russell Square, można tam zajrzeć przy okazji wizyty w British Library lub w British Museum.

Jeśli jeszcze będziecie mieli siłę na kolejne księgarnie, lub jeśli będziecie w Londynie w niedzielę, warto przejechać się do Notting Hill. Ta dzielnica nie tylko w filmie słynie z uroczych księgarni. Jest tu na przykład fantastyczna Books for Cooks, zapełniona ośmioma tysiącami książek kucharskich! Zaraz obok jest księgarnia podróżnicza Travel Bookshop, obie znajdują się na Blenheim Crescent, 10 minut speceru od stacji metra Notting Hill Gate. Gdy zaś już wysiądziecie na tej stacji, zobaczycie antykwariat, którego nazwy już niestety nie pamiętam, ale na pewno go nie przegapicie idąc w stronę Portobello Market. Swego czasu była tam cała piwnica pełna nieposegregowanych książek w cenach pomiędzy 10p a 50p...

Jak się tam dostać- stacja metra Notting Hill Hate i spacer na Portobello Market, gdzie zresztą też jest mnóstwo książek!

Ostatni antykwariat jest w innej części miasta, także odwiedzanej przez wielu turystów. Halcyon Books znajduje się w Greenwich, z zewnątrz wygląda niepozornie, a w środku magicznie powiększa się, całkiem jak namiot na mistrzostwach quiddicha;) Mnóstwo literatury pięknej, pół pokoju kryminałów, sterty książek pod sufit.

Jak się tam dostać - stacja kolejki Greenwich, najlepiej jechać tam z London Bridge, adres to 1 Greenwich South St, sklep dobrze widać, gdy się idzie od strony stacji.

Oprócz księgarni wato zajrzeć na jakikolwiek londyński targ uliczny. Stoiska z książkami są na Camden, na Portobello, ale przede wszystkim trzeba odwiedzić South Bank Book Market.

Żródło: http://www.urban75.org/photos/london/lon558.html

Jest to targ poświęcony wyłącznie książkom, odbywa się codziennie, o ile tylko nie pada (na wszelki wypadek proponuję wybierać się tam tylko przy wyjątkowo ładnej pogodzie.

Jak się tam dostać - stacja metra Waterloo, targ jest pod mostem naprzeciwko kafejki National Film Theatre.

Uff, chyba wystarczy na kilka wyjazdów... Znacie te miejsca? Lubicie? A może polecicie mi inne? Wprawdzie mam jeszcze całą listę miejsc, w które nie dotarłam, ale jak tu dotrzeć wszędzie, gdy każde z powyższych miejsc przykuwa na długie godziny...

 

czwartek, 05 listopada 2009

No dobrze, nie było to 25 kilo książek, ale lecąc w tamtą stronę miałam 8 kilo, wracając 25... Samo "Wolf Hall" waży dwa kilo, zresztą jak na złość, wszystkie interesujące książki znajdowałam tym razem w twardych okładkach, a angielskie wydania twardookładkowe mają zwykle pokaźne rozmiary, i co za tym idzie, wagę. Oczywiście, oprócz książek przywiozłam też, jak zawsze, mnóstwo herbaty i dżemów (jestem uzależniona od angielskiej marmolady cytrynowej!), trochę zabawek dla córki, trochę ciuchów z Primarka (jakoś też nigdy nie mogę się oprzeć...). Przede wszystkim jednak, jak zawsze, książki. Miałam zamiar się ograniczać, naprawdę. Oto wynik:

Od dołu:

A Country Parson. James Woodforde's Diary 1758-1802 - autentyczny dziennik pastora wiejskiego z XVIII wieku. Odkryłam go pracując nad doktoratem, zamówiłam w British Library, i już po przeczytaniu jednej strony parsknęłam śmiechem na całą czytelnię. Spojrzał się na mnie dziwnie poważny pan, który ewidentnie pisał książkę naprzeciwko mnie, więc poczułam się skarcona i postanowiłam, że muszę tę książkę mieć. Miała zamiar zamówić ją z amazona, ale tego samego wieczoru wygrzebałam ją na Charing Cross Road. Niestety, są to tylko fragmenty, będę więc pewnie szukać wydania z lat dwudziestych, które jest znacznie szersze.

Hilary Mantel Wolf Hall - nie trzeba przedstawiać, cegła jakich mało, ale już mnie kusi.

Peter Matthiessen The Cloud Forest - moja znajomość z tą książką ma długą historię i budzi we mnie sporo wspomnień. Matthiessena uwielbiam od czasu przeczytania "Śnieżnej pantery", jednej z najważniejszych książek mojego życia. Po jej lekturze zaczęłam szukać wszystkiego, co napisał Matthiessen, niestety w Polsce nic wtedy nie było, a książki angielskie były dla mnie prawie niedostępne. Dziwnymi kolejami losu kiedyś mogłam spędzić kilka nocy w domu rodziny Fiedlerów, pilnując domu i zwierzaków pod nieobecność właścicieli. Atrakcją dodatkową był znajdujący się tam księgozbiór Arkadego Fieldlera, niesamowity zbiór książek podróżniczych w przeróżnych językach, pełen jego notatek. Wśród nich zaś stał sobie "The Cloud Forest" mojego ukochanego autora. Przeczytałam tę książkę w jedną noc, i och, jak bardzo chciałam ją mieć! Nie było rady, musiałam ją skserować. Pojechałam z nią szybciutko do miasta i zrobiłam kopię. (Jeśli czyta to ktoś z Fiedlerów, to wybaczcie, ale nie mogłam się oprzeć!) Gdy wyjazdy do Anglii stały się dla mnie możliwe, pierwszą książką, jaką kupiłam podczas pierwszego pobytu w Londynie, była "African Silences" Matthiessena. Od zawsze szukałam jednak "The Cloud Forest". Widywałam go w antykwariatach, ale w innych, nieciekawych wydaniach, a ja marzyłam o takim samym, jakie miał Fiedler. I wreszcie jest, może odrobinę nowsze, ale identyczne, w takiej samej, podniszczonej obwolucie!

Iain Pears An Instance of a Fingerpost - tym autorem zainteresowałam się z powodu innej książki, najnowszej - "Stone's Fall". Przeczytałam kilka niezwykle entuzjastycznych recenzji, np. na Farm Lane Books, gdy jednak zobaczyłam objętość, cenę i wagę tej książki, postanowiłam, że raczej zamówię ją z Book Depository. W antykwariacie napatoczyła się jednak starsza książka Pearsa, której tytuł też gdzieś mi dzwonił. Zresztą, siedemnastowieczny Oksford, zagadka kryminalna, czterech narratorów i wiele porównań, ponoć nie całkiem na wyrost, do "Imienia Róży" - jak mogłam się nie skusić.

Sophie Hannah The Other Half Lives - pewnie niedługo będzie po polsku, ale skoro nie muszę czekać, to nie będę:)

Deborah Devonshire Counting my Chickens... - Deborah Devonshire to obecna księżna Devonshire, mieszkanka pięknego Chatsworth, o którym pisałam, a także jedna ze słynnych sióstr Mitford. "Counting my Chickens..." to podobno uroczy i zabawny zbiór esejów o jej dzieciństwie i o życiu codziennym w Chatsworth.

Vikram Seth Two Lives i Laura Fish Strange music - te książki dostałam w prezencie od Chihiro, za co jej bardzo gorąco dziękuję! Seth to jeden z pisarzy, których mam na liście od zawsze, a "Two lives" to autobiograficzna opowieść o nim i jego żonie, zaś "Strange music" to powrót do Elizabeth Barret Browning, która ostatnio często pojawia się w moich lekturach:)

George Eliot Middlemarch - to piękne wydanie należy do serii Everyman's Library - chciałabym kiedyś posiadać cały komplet. Mam tylko kilka - trudno je znaleźć w antykwariatach. Tę wygrzebałam na ulicznym straganie w Bloomsbury, który odkryła Chihiro chwilę przed naszym spotkaniem.

Trevor Lummis The woman's domain. women and the English country house - wycieczka po tę książkę właśnie zajęła mi ponad trzy godziny, o czym pisałam w poprzedniej notce. Warto było:)

Hallie Rubenhold Lady Worsley's Whim - jeden z pierwszych głośnych rozwodów w historii Anglii. Chyba pokażę kiedyś mój coraz większy zbiór biografii osiemnastowiecznych kobiet.

Susan Hill Howards End is on the Landing - najpopularniejszy ostatnio tytuł na blogach angielskich. Książka o książkach, pełna uroku i ciepła, bezpretensjonalna, prowokująca do rozważań. Jestem już w połowie i wszystkie zachwyty są w pełni zasłużone. Zresztą, kto by się oparł tak zachwycającej okładce?

Obok książek stosik moich ulubionych herbat, niezbędny wręcz podczas czytania w zimie. Obawiam się jednak, że prędzej wypiję te wszystkie herbaty, niż przeczytam to, co przywiozłam...

środa, 04 listopada 2009

Pamiętam swój pierwszy wyjazd do Anglii. Byłam wtedy studentką trzeciego albo czwartego roku anglistyki i Anglia była dla mnie mityczną krainą. Od zawsze chciałam tam pojechać, od zawsze wiedziałam, że powinnam tam pojechać, ale czy to wysoki wtedy koszt takiego wyjazdu, czy też obawa, że zostanę zawrócona z granicy jakoś mnie powstrzymywały. Gdy wreszcie wsiadłam na prom w Calais, drżałam z emocji. Nie mogłam uwierzyć, że białe klify Dover naprawdę istnieją, że je za chwilę zobaczę.

Od tego czasu przejechałam Wyspę wzdłuż i wszerz, a wyjazd do Londynu stał się czymś powszednim, zwłaszcza odkąd mieszka tam mój brat. Mimo to Londyn ma dla mnie wciąż dickensowski urok. Chodząc po tamtejszych ulicach czuję na plecach oddech wiktoriańskiego złodziejaszka. Czasem mam wrażenie, że gdy tylko wystarczająco szybko się obejrzę, zobaczę gentlemanów zmierzających do klubu na wieczorną herbatkę. Zresztą faktycznie można ich gdzieniegdzie jeszcze zobaczyć.

Londyn to Virginia Woolf, to T.S. Eliot zmierzający do banku, to Darwin wracający z podróży na Beagle, to skazańcy ładowani na statek do Australii, to Anna Boleyn wieziona do Tower. Wiem, że dla wielu emigrantów Londyn to głównie tłok w metrze i długie godziny pracy, ale ja jestem tam wystarczająco rzadko, żeby zachować takie romantyczne podejście. I dobrze mi z tym.

Londyn to też książki. Wszędzie. Ludzie czytający w pociągu, w licznych parkach, to stragany z używanymi książkami w wąskich uliczkach, antykwariaty na Charing Cross Road, sześciopiętrowy Waterstone’s, domy pisarzy i poetów, literacka dzielnica Bloomsbury. To książki, które znoszę tak trochę ukradkiem do domu każdego wieczora, aby potem, w przeddzień wyjazdu, głowić się, jak je spakować i z niepokojem ważyć walizkę. (Tym razem udało mi się osiągnąć maksimum dozwolonego bagażu co do 20 dkg!)

Londyn nawet pachnie książkami, starymi książkami. To zapach kurzu, starych domów, wilgoci. Tak pachnie większość antykwariatów. Tak pachnie melancholia.

Zmęczyłam się tym wyjazdem, to prawda. Londyn jest rozległy, wszędzie jedzie się długo. Wybrałam się pewnego popołudnia po książkę wyszperaną w necie, trudno dostępną, a dla mnie cenną. Znalazłam ją w ofercie prywatnego kolekcjonera, napisałam mail, umówiłam się na odbiór osobisty. Wydawało mi się, że zajmie mi to najwyżej godzinę – ot, mała przejażdżka metrem na północ miasta i krótki według mapy spacerek. Zajęło trzy. Męczące było wpatrywanie się całymi dniami w drobne, pełne zawijasów pismo Theresy Parker i jej ciotki Anny Robinson, dwóch dam żyjących 250 lat temu, w których towarzystwie spędzam ostatnio sporo czasu. Jednak wiem, że za kilka tygodni zatęsknię za tym wilgotnym, melancholijnym, pachnącym książkami miastem i że znowu będę śnić o Wyspie, dopóki nie wysiądę z autobusu na dworcu Victoria.

P.S.1 Śliczne podziękowania dla Chihiro za cudowny spacer po Bloomsbury i urocze przedpołudnie oraz dla Maga-mary za chęć ugoszczenia mnie w Oksfordzie, z przeprosinami, że się nie udało! 

P.S.2 Stosik, który tak wypełnił mi bagaż, oczywiście już wkrótce;)

czwartek, 29 października 2009

Jestem w mieście książek, wprawdzie nie oficjalnym, bo nie znajdującym się na liście tzw. Booktowns, ale zdecydowanie zasługującym na to miano. Mnie przynajmniej Londyn kojarzy się przede wszystkim z książkami. Nigdzie chyba nie ma tylu księgarni, antykwariatów, tyle miejsc związanych z pisarzami i książkami! Będę spędzała dni nad 200-letnimi rekopisami, a popołudnia i wieczory snując się po księgarniach i parkach. Ach, jak fantastycznie jest czasem nie myśleć o żadnych problemach:)

Zostawiłam w domu nie doczytaną Sarę Waters - było to dość bolesne, bo zostało mi jakieś 20 stron jedynie... Ale jako że nie wciągnęła mnie tak, jak się spodziewałam, czytanie szło mi dość powoli. Trochę szkoda...

Pozdrawiam Was jesiennie!

poniedziałek, 26 października 2009

Simon z bloga Savidge Reads zadał ostatnio ciekawe pytanie. Gdybyście mogli zadać swojemu ulubionemu autorowi jedno pytanie, o co spytalibyście? Kwestia wydaje mi się bardzo interesująca, aczkolwiek niekoniecznie w kontekście ulubionego pisarza, ponieważ w przeciwieństwie do Simona, nie jestem w stanie wskazać jednej takiej osoby. Zaczęłabym się jednak zastanawiać, o co w ogóle chciałabym spytać autorów moich ulubionych książek, jakie niewyjaśnione kwestie mnie nurtują. Podpisuję się pod pytaniem Simona - jak miała na imię druga pani de Winter (bohaterka "Rebeki", oczywiście), bardzo chciałabym to wiedzieć. Chętnie spytałabym też Emily Brontë, na co właściwie umarła Cathy. Dyskutuję o tym co roku ze studentami i wydaje się to być bardzo intrygującą kwestią. John Sutherland, jeden z najbardziej znanych brytyjskich krytyków literackich, wysunął kiedyś teorię, że medyczną przyczyną była anoreksja, niestety, nie czytałam książki, w której to uzasadniał. Chciałabym też wiedzieć, kim byli rodzice Heathcliffa... 

Wielu autorów pomęczyłabym chętnie w kwestiach bardziej osobistych. Nie będę pewnie oryginalna, gdy powiem, że na pierwszy ogień poszedłby Szekspir. Zanim jednak zasypałabym go stosem pytań biograficznych, musiałabym spytać o jedno - dlaczego zostawił swojej żonie w testamencie jedynie łóżko?

Ciekawa jestem, o co wy spytalibyście swoich ulubionych autorów? Czy nurtują was jakieś nierozwikłane zagadki w ich powieściach? Czy raczej zadalibyście pytanie osobiste?

czwartek, 22 października 2009

Igrzyska śmierci   Dopadła mnie jakaś jesienna melancholia i niemoc. Wracam z pracy i nie mam ochoty na nic poza zaszyciem się pod kocem z wciągającą książką. Jeśli już do czegoś się zmuszam, to do oprawiania w ramki slajdów z Angkoru, jako że już wkrótce festiwal diaporam w Szczecinie, na który jak zwykle beztrosko zgłosiliśmy pokazy jeszcze nie istniejące... Z lękiem myślę o tym, że w przyszłym tygodniu do zwykłych zajęć dojdą mi jeszcze popołudniowe kursy i będę wracać z pracy jeszcze kilka godzin później. Na pociechę jednak wydawcy wypuszczają kilka książek, na które czekałam niecierpliwie i które trochę osłodzą mi tę przykrą zmianę. Jest wśród nich oczywiście nowy Larsson, na którego czeka cała rzesza czytelników, ja jednak równie mocno cieszę się na drugą część cyklu Suzanne Collins, która powinna pojawić się za kilka dni.

Co za szczęście, że pierwszy tom, "Igrzyska śmierci", przeczytałam na krótko przed wydaniem kolejnego, w przeciwnym razie na pewno sprowadzałabym sobie wersję angielską, żeby jak najprędzej wiedzieć, co było dalej. "Igrzyska śmierci" nie tylko bowiem wciągają od pierwszej strony, nie pozwalają zasnąć aż do ostatniej, ale w dodatku końcówka niby jest w miarę zamknięta, ale jednocześnie jest zapowiedzią dalszych dramatów. Niestety, z angielskich recenzji wiem, że część druga skończy się w równie dramatycznym momencie, a trzeciej jeszcze autorka nie skończyła. Nie lubię czekać na kolejne tomy, ale skoro już zaczęłam, przepadło.

Cykl Suzanne Collins to klasyczna dystopia, teoretycznie przeznaczona dla młodzieży, ale moim zdaniem zdecydowanie tej nieco starszej. Rzecz dzieje się w państwie Panem, utworzonym na ruinach współczesnej Ameryki. Państwo podzielone jest na 12 dystryktów, którymi zarządza miasto Kapitol. Przed laty dystrykty ośmieliły się zbuntować, aby przypomnieć im o poniesionej porażce Kapitol co roku urządza igrzyska, w których udział musi wziąć dwójka dzieci z każdego dystryktu. O ile w niektórych bogatszych dystryktach młodzież jest specjalnie do igrzysk szkolona i zgłasza się dobrowolnie, w większości trzeba urządzać losowanie, ponieważ udział w igrzyskach w praktyce oznacza śmierć. Podczas transmitowanych 24 godziny na dobę rozgrywek, 24 młodych ludzi musi dokonać tylko jednego - pozabijać przeciwników i samemu przeżyć. Zwycięża ten, kto zostanie na arenie sam. Taka upiorna wersja Big Brothera.

Narratorką i zarazem główną bohaterką jest niejaka Katniss, dziewczynka, która musiała nauczyć się sobie radzić po tym, jak jej ojciec zginął w wypadku, a matka pogrążyła się w depresji. Katniss żyje w biednym dystrykcie, często nękanym głodem, nauczyła się więc polować, aby zapewnić jedzenie sobie, swojej matce i ukochanej młodszej siostrze. Oczywiście, od początku możemy się domyślić, że to właśnie Katniss zostanie wylosowana do udziału w igrzyskach. Nie sposób jednak zgadnąć, jak do tego dojdzie, a i później każdy rozdział niesie kolejne niespodzianki.

Igrzyska to wielki szoł. Uczestnicy są pod opieką stylistów, uczą się ubierać, uśmiechać, przemawiać. Wszystko po to, aby widzowie nie mogli się oderwać od ekranów i aby sponsorzy chcieli łożyć pieniądze. Za pieniądze sponsorów uczestnik igrzysk może dostać na arenie jedzenie, lekarstwa, może nawet broń. Wniosek? Przypodobaj się masowej publiczności, a może przeżyjesz.

Wszystko to niepokojąco przypomina współczesną telewizję. Nie oglądamy walk na śmierć i życie, ale oglądamy wiele scen równie wstrząsających. Czy nasz świat zmierza do tego, co opisała Suzanne Collins? Myślę, że warto o tym myśleć, zwłaszcza warto, aby myślała o tym młodzież, karmiona medialną papką.

"Igrzyska śmierci" niesamowicie wciągają i są naprawdę nieźle napisane. Jedyne zastrzeżenia mam do wątku miłosnego, moim zdaniem nieco nieporadnego. Mimo to jednak polecam gorąco, a sama nie mogę się doczekać drugiego tomu.

Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 19 października 2009

W świetle moich ostatnich narzekań, że pełne życia księgarnie są zamykane, z przyjemnością otrzymałam informacje, że w innych dzieje się mnóstwo. Zamieszczam, może ktoś skorzysta. Sama chętnie wybrałabym się po podpisy, czekam więc niecierpliwie na otwarcie księgarni Znaku w Poznaniu;)

Update: Nie zauważyłam, że na plakacie nie ma adresu, więc żeby nie wprowadzać w błąd poznaniaków, dodam, że księgarnia niestety mieści się w Krakowie:

KSIĘGARNIA ZNAK, UL. SŁAWKOWSKA 1, KRAKÓW,

OTWARTA OD PONIEDZIAŁKU DO PIĄTKU W GODZ. 10.00–18.00,

W SOBOTĘ W GODZ. 10.00-14.00 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Teraz czytam
Wyzwanie
Bliskie mi adresy
Top 5 najnowszych lektur
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Zaglądam także tutaj
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś