niedziela, 23 listopada 2014

Zanim usiadłam do komputera, zapytałam głośno, jaki temat powinna mieć dzisiejsza dziesiątka. Moja córka zakrzyknęła natychmiast ze swojego pokoju - o smokach! Pomyślałam chwilę i właściwie, dlaczego nie? Smoki to temat, w którym mam sporo do nadrobienia, ale zgodnie z deklaracją uczynioną po zeszłorocznym Pyrkonie staram się powoli nadrabiać braki w literaturze fantastycznej. Moja smocza dziesiątka nie będzie jednak całkowicie fantastyczna!

Źródło: Wikipedia

1. Smaug - Hobbit J. R. R. Tolkien

Zacznę raczej typowo, ale nie mogę inaczej - w końcu Smaug to najczęściej się ostatnio odzywający w moim domu smok. Chwilowo może przebija go Szczerbatek, jako że zakupiliśmy świeżo wydane na DVD "Jak wytresować smoka 2", jednak w długoterminowej perspektywie to właśnie "Hobbita" moja rodzina ogląda naprawdę często. I szczerze mówiąc, odkąd Smaug otrzymał swój złocisty wygląd i głos Benedicta Cumberbatcha, zdecydowanie przebił swój literacki pierwowzór...

2. Smok z banku Gringgota - Harry Potter i Insygnia Śmierci J. K. Rowling

Kolejny smok, którego lubimy oglądać na ekranie. Nie jedyny zresztą to smok w książkach o Harrym Potterze, równie istotną rolę odgrywa mały, ale zdecydowanie trudny do okiełznania Norbert...

3. Saphira - Eragon Christopher Paolini

Umieszczajam Saphirę, choć nie czytałam cyklu Paoliniego. Wiem jednak, że Ola nie wybaczyłaby mi, gdybym pominęła jej ukochaną smoczycę i ulubiony od jakiegoś czasu cykl. Jeśli zastanawiacie się, co kupić pod choinkę lubiącemu czytać dziecku (w wieku między 9 a 11 lat mniej więcej), cykl o Eragonie powinien być strzałem w dziesiątkę. Oczywiście po uprzednim upewnieniu się, że dziecko jeszcze tego cyklu nie zna, bo to przecież żadna nowość nie jest.

4. Eustachy - Podróż "Wędrowca do Świtu" C. S. Lewis

Wiecznie marudzący Eutachy zamieniony w smoka? Nie jest to może moja ulubiona część cyklu, ale akurat ten zabieg fabularny podobał mi się niezmiernie.

5. Smok Wawelski - Porwanie Baltazara Gąbki i Misja Baltazara Gąbki Stanisław Pagaczewski

Odejdę na chwilę od tej klasyki fantasy, aby przypomnieć o smoku, którego chyba większość z was poznała w dzieciństwie. Kto nie poznał, niech czym prędzej zawrze znajomość z dzielnym smokiem, który wyrusza na niebezpieczną wyprawę do Krainy Deszczowców!

6. Diplodok - Podróż Smokiem Diplodokiem Tadeusz Baranowski

A skoro wspominam smoki mojego dzieciństwa, nie mogłabym pominąć równie dzielnego Diplodoka, bohatera przezabawnego, absurdalnego komiksu!

7. Chińskie smoki - Żółty smok. Baśnie chińskie

Moja fascynacja Państwem Środka trwa, ale nawet jeśli Chiny was za bardzo nie interesują, warto sięgnąć po ich baśnie i legendy. Smoki w kulturze chińskiej odgrywają rolę, delikatnie mówiąc, niebagatelną, i właściwie warto byłoby kiedyś o tym napisać oddzielnie. Same baśnie są zaś mądre i dające do myślenia.

8. Harrekki i Yevaud - Ziemiomorze Ursula Le Guin

Smoki żyją w różnych miejscach w Ziemiomorzu. Bywają malutkie, jak Harrekki, który mieści się w dłoni. Bywają interesowne i sprytne, jak Yevaud. Jeśli nie znacie ich świata, koniecznie zawrzyjcie znajomość. Więcej tutaj.

9. Smoki Daenerys - Pieśń lodu i ognia George R. R. Martin

Niesamowite, ile może zmienić obecność kilka smoków w świecie, w którym większość ludzi wierzy, że smoki dawno wyginęły. Bardzo jestem ciekawa i bardzo też się boję, jak też Martin je ostatecznie wykorzysta.

10. Smoki z Komodo - Ostatnia okazja, by ujrzeć Douglas Adams

Nieco przewrotnie, ale przecież smoki żyją i w naszym świecie. Niewiele jednak brakuje, żeby zniknęły, i to bezpowrotnie. Douglas Adams, genialny pisarz science fiction, wyruszył kiedyś w podróż po świecie, szukając najbardziej zagrożonych gatunków. Między innymi dotarł na Komodo i zobaczył prawdziwe smoki. Napisał o tym tak, że trudno się nie śmiać, choć to trochę śmiech przez łzy.

Na zdjęciu jest także książka Naomi Novik "Smok Jego Królewskiej Mości", którą mam zamiar wkrótce przeczytać i którą poleca wiele osób, którym ufam! Brakuje za to Pagaczewskiego i komiksu Baranowskiego, które zawieruszyły się gdzieś w całkiem już bogatym księgozbiorze mojej córki.

Macie swoje ulubione literackie smoki?

sobota, 22 listopada 2014

Nie da się ukryć - spora część mojego życia toczy się w rzeczywistości wirtualnej. Już przez sam fakt bycia blogerką jestem częścią świata, w którym ważne są fejsbuki, twittery i inne instagramy (choć przed tym ostatnim jeszcze się bronię)... Potrafię od czasu do czasu odłączyć się od sieci na kilka dni. Przez pierwszą dobę czuję pewien niepokój - tam gdzieś toczy się beze mnie życie i jakoś podświadomie czuję, że coś mnie omija, jednak szybko przestaję się przejmować i nie brakuje mi komputera. Podczas wakacji odłączam się prawie całkowicie na kilka tygodni i dobrze mi z tym. Jednak po powrocie wystarczą dwa - trzy dni i już - jestem z powrotem wciągnięta i w jakiś sposób uzależniona.

A gdyby tak odciąć się od tego wszystkiego na dłużej? Odważylibyście się? Dajmy na to na pół roku? I to nie tylko od internetu, ale w ogóle od komputera, a także telewizora, telefonu iPada i tym podobnych urządzeń? A przede wszystkim - odciąć od tego wszystkiego nasze dzieci?

Brzmi raczej nieprawdopodobnie - kto jak kto, ale dzieci, zwłaszcza nastoletnie, nie dadzą się odciąć od czegoś, co stanowi często esencję ich życia. Jest jednak ktoś, kto się na to odważył: Australijka Susan Maushart, samotna matka trójki nastolatków, postanowiła poddać swoją rodzinę eksperymentowi. Odłączyła nie tylko wspomniane wyżej urządzenia, ale nawet, w początkowej fazie, całkowicie pozbawiła całą rodzinę prądu! A potem opisała wszystko w szczerej i pobudzającej do refleksji książce "E-migranci: Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji".


Sądzicie, że jej dzieci protestowały, kiedy usłyszały o szalonym pomyśle matki? Otóż nie, nawet nie mrugnęły okiem. Jeśli jednak sądzicie, że trafiło jej się wyjątkowo dojrzałe i odważne potomstwo, jesteście znowu w błędzie. Susan wszystko wyjaśnia:

W ogóle mnie nie usłyszeli. No cóż, w końcu to nastolatki.

Gdy jednak dotarło do nich, co planuje matka, nie do końca wierzyli, że faktycznie będzie w stanie zrobić to im i sobie samej. Ostatecznie jednak przekonanie ich okazało się całkiem banalne - Susan ich po prostu przekupiła. Za udział w eksperymencie dostali od niej zapłatę. Co bynajmniej nie znaczy, że tryskali entuzjazmem lub chociaż uprzejmie nie krytykowali jej pomysłu. Co to, to nie! Sussy, młodsza córka, po prostu wyprowadziła się do ojca, gdy nagle w domu zapanowały ciemności, a kąpiel trzeba było brać w zimnej wodzie (wszyscy się zdziwili, gdy okazało się, że ich gazowy bojler ma elektryczny zapłon). Okazało się jednak, że dla znajomych pozostałej dwójki rodzeństwa, Billa i Anni, pomysł pidżama party w domu oświetlanym świecami wydaje się bardzo ekscytujący i życie towarzyskie całej rodziny zaczęło nabierać rozpędu.

Oczywiście, nie udało się odłączyć od elektroniki całkowicie. Dzieci miały dostęp do komputerów w szkole, chodziły do znajomych, by odrabiać u nich lekcje, albo choćby po to, by pooglądać telewizję. Susan zdawała sobie sprawę z tego, że tak będzie. Liczyła jednak, że samo odcięcie od elektroniki w domu przyniesie spektakularne efekty.

Problemy pojawiły się tam, gdzie Susan się ich nie spodziewała. Najbardziej wrogo nastawieni do jej eksperymentu byli rodzice kolegów i koleżanek jej dzieci. Wydawali się przerażeni tym, co Susan chce zrobić i straszyli, że nic dobrego z tego nie wyniknie, a dzieciaki odcięte od Wikipedii zaczną mieć problemy w szkole. Rezygnacja z telefonu komórkowego wydawała im się całkowitym dziwactwem i wystawianiem dzieci na niebezpieczeństwo - skąd matka miałaby się dowiedzieć, że dzieciom coś grozi lub coś się stało? Na szczęście sekretarka szkoły podeszła do tego zdroworozsądkowo, stwierdzając, że jeśli naprawdę będzie się chciała ze Susan skontaktować, na pewno znajdzie jakiś sposób.

Szybko też okazało się, że to nie internet stanowił największy nałóg niektórych członków rodziny. Znacznie bardziej cierpieli z powodu braku muzyki. Sussy (która po pierwszych sześciu tygodniach wróciła od ojca), narzekała, że nie jest w stanie chodzić do sklepu bez swojego iPhnone'a. Sama Susan zresztą nie mogła się odnaleźć podczas codziennych spacerów z psem po plaży - brak słuchawek w uszach sprawiał, że czuła się nieomal nago.

Czy pół roku bez elektroniki zmieniło coś w życiu rodziny? Myślę, że odpowiedź jest oczywista. Ciekawe jest jednak obserwowanie skali i charakteru tych zmian, a także sposobu, w jaki zachodziły. Rodzina nagle zaczęła częściej jeść razem. Dawniej każdy zabierał talerz z jedzeniem i zaszywał się w swoim kącie, często w oddzielnym pokoju. Teraz bycie samemu stało się dużo bardziej nudne, niż bycie razem. Zresztą nuda właśnie okazała się największym katalizatorem przemian, jakie zaszły zarówno w dzieciach, jak i w matce. Z braku innych zajęć Bill odkurzył saksofon, na którym kiedyś uczył się grać. Zaczął znowu ćwiczyć i tak się w to wciągnął, że nie zarzucił gry nawet po zakończeniu eksperymentu. Wszyscy zaczęli więcej czytać - Bill, wcześniej praktycznie nieczytający, odkrył książki Murakamiego i, ku wielkiemu zdziwieniu matki, która sądziła, że będą dla niego za trudne, zakochał się w nich. Wszyscy zaczęli grać w planszówki i w karty, Anni nauczyła się gotować, wszyscy zaczęli wychodzić do kina i do restauracji. Zaczęli ich częściej odwiedzać znajomi, skuszeni nietypowymi rozrywkami. A przede wszystkim - wszyscy zaczęli ze sobą więcej rozmawiać. Prawdę mówiąc, Anni i Sussy zaczęły też spędzać całe godziny na rozmowach telefonicznych (Susan zainstalowała w domu zwykły telefon stacjonarny), nadrabiając w ten sposób niemożność śledzenia życia znajomych na Facebooku.

Co ciekawe, zmienił się także sposób, w jaki wykonywali różne zadania. Stała obecność w sieci wymusza wielozadaniowość. Sama coś o tym wiem - często oglądam film, jednocześnie podglądając, co się dzieje w sieci, szukam materiałów do wykładu, czytam książkę, słucham muzyki, rozmawiam... Nagły brak dodatkowych bodźców sprawił, że dzieci Susan przestawiły się na jednozadaniowość, i w znaczący sposób odbiło się to na ich wynikach w nauce. Oczywiście pozytywnie. I to mimo, że wszyscy zarzekali się, iż wcale nie uczyli się więcej - wręcz przeciwnie! Nagle wróciła umiejętność skupiania uwagi, a także zdolność myślenia wykraczającego poza chwilę teraźniejszą, co przejawiło się w planowaniu różnych zadań z wyprzedzeniem i wykonywaniu ich w znacznie krótszym czasie, niż wcześniej.

Susan Maushart opisuje te zmiany z zachwytem, ale zachowuje zdrowy dystans. Jej opowieść jest do bólu szczera i żadne przykre sceny nie zostały pominięte. Całość jest jednak przesiąknięta optymizmem, lekkie pióro i poczucie humoru sprawiają, że czyta się to świetnie, mając wrażenie, że słuchamy opowieści bliskiej znajomej. Nie jest to jednak tylko książka o sześciu miesiącach z życia jednej rodziny. Maushart dobrze przygotowała się do swojego eksperymentu. Przeczytała mnóstwo książek i artykułów o tym, co internet, telewizja i inne media robią z naszymi mózgami, a także o tym, jakie właściwie są dzieci urodzone jako "cyfrowi tubylcy". Cytuje te prace obficie, znajdując ciekawe powiązania i przykłady. W rezultacie "E-migranci" stają się mocno stymulującą lekturą, która nie skupia się bynajmniej na oczywistościach (myślę, że łatwo można było przewidzieć, że sześć miesięcy bez internetu i telewizji korzystnie wpłynie na życie rodzinne).

Nie sądzę, żeby wielu czytelników zdecydowało się na podobnie radykalny krok, jak autorka. Jestem jednak przekonana, że lektura tej książki sprawi, że częściej zaczną oni wyłączać komputer, nawet jeśli będą musieli się do tego zmuszać. Co ważne, warto wyłączać ten komputer własnym dzieciom, nawet narażając się na ich gniew i obrażanie się. Przykład tej australijskiej rodziny pokazuje, że po początkowym szoku dzieciaki świetnie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości, w której żaden ekran nie rozświetla wieczornych ciemności.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 16 listopada 2014

Kolejny już weekend spędziłam w puszczy. Wprawdzie tym razem na skraju, nie zagłębiając się w las, ale za to oglądając go w coraz to innych odsłonach na pięknych zdjęciach. Realizując od kilku miesięcy projekt Parki Narodowe spędzamy ostatnio znowu sporo czasu w lesie, a właściwie - w różnych pięknych lasach - buczynach, grądach, dębinach. I lasy te są coraz częściej gdzieś na skraju mojej świadomości obecne - pojawiają się w snach, w planach, w rozmowach. I oczywiście w książkach! Przedstawię Wam dzisiaj dziesiątkę moich ulubionych książek o lesie.


1. Stumilowy Las - A. A. Milne Kubuś Puchatek

Podobno czytelnicy dzielą się na tych, którzy w dzieciństwie lubili Muminki, i tych, którzy lubili Kubusia Puchatka. Ja zdecydowanie zaliczam się do tych pierwszych, a Kubuś nigdy nie był moim ulubionym bohaterem literackim. Urok Stumilowego Lasu odkryłam dopiero na studiach, gdy na zajęciach z fonetyki uczyliśmy się intonacji, czytając na głos całe rozdziały z Chatki Puchatka. Ze zdziwieniem odkryłam, że to naprawdę urocza i mądra książka. Przeczytałam więc obie części po angielsku, a Stumilowy Las okazał się przyjemnym miejscem, miejscem przygód, zdobywania doświadczeń i spotykania przyjaciół.

2. Las wokół Aten - William Szekspir Sen nocy letniej

Szekspirowski las zamieszkany jest przez różne dziwne stworzenia. Jeśli się ma pecha, można się w nim natknąć na elfa, która przyprawi nam ośle uszy. Można też wzbudzić w nim sympatię i wtedy zdarzyć się może wszystko - zakocha się w nas mężczyzna naszych marzeń, możemy się odmienić, w sposób straszny i piękny. Bez tego lasu nie byłoby najpiękniejszej chyba z szekspirowskich komedii, pięknej i smutnej zarazem.

3. Las wokół Walden Pond - Henry David Thoreau Walden, czyli życie w lesie

Nie sposób nie wymienić tej książki wśród książek o lesie. Thoreau, amerykański filozof, natchniony naukami swojego mentora, Emersona, przeprowadza się do lasu na dwa lata. Nie ucieka jednak w dzicz - zamieszkuje w drewnianej chatce na obrzeżach swojego miasta, w pobliżu stawu Walden. Chodzi nad staw, obserwuje życie wokół siebie i próbuje dociec prawdy o świecie. Cytat z tej książki stał się osnową filmu "Stowarzyszenie umarłych poetów" - pięknego i smutnego.

4. Lasy nadbajkalskie - Sylvain Tesson W syberyjskich lasach

Tesson zamieszkuje na sześć miesięcy w drewnianej chacie nad Bajkałem. Spędza tam samotnie dni i tygodnie, dużo czyta, trochę pisze, wędruje po lesie i po zamarzniętym jeziorze. Jego książka namieszała mi w głowie jak mało która - ten współczesny Thoreau jest mi bliski i zaszczepia we mnie niebezpieczne idee. Więcej tu.

5. Lasek pod Oslo - Erlend Loe Doppler

Jeśli Thoreau i Tesson wydają wam się zbyt natchnieni, być może spodoba wam się bardziej cyniczne podejście Erlenda Loe. Jego bohater, uderzywszy się w głowę, postanawia zmienić swoje życie. Wyprowadza się do lasku na przedmieściach Oslo, rozbija namiot i próbuje żyć inaczej. Potoczy się to nie całkiem tak, jak się spodziewał, a niewielki las skupi w sobie sporą grupę ekscentrycznych dziwaków. Więcej tu.

6. Lasy Starej Polski - Elżbieta Cherezińska Korona śniegu i krwi i Niewidzialna korona

Książki Cherezińskiej opowiadają o Polsce Piastów, Polsce jeszcze porośniętej gęstą puszczą. W tej puszczy dzieją się rzeczy dziwne i straszne - młodzi książęta sprzedają Polskę, młodzi królowie giną w zasadzce, zielone kobiety słuchają drzew i odprawiają stare rytuały. To Polska niby znajoma, a jednak inna. Wśród drzew, w olsach i brzezinach, kryją się tu ślady starej wiary i wciąż działa magia. Recenzje obu części tutaj i tu.

7. Orzechowa farma - Roger Deakin Notes from a Walnut Tree Farm

Deakin to piszący o przyrodzie pisarz angielski, który większą część swojego życia spędził na farmie położonej wśród drzew orzechowych w Suffolk. Sam odbudował piękny, elżbietański budynek i zadbał o otaczającą go przyrodę. Zaprzyjaźnił się z mrówkami, obserwował lisy i bażanty. Pisał przez całe lata pamiętnik, który opublikowano po jego śmierci. Zawiera on piękne i mądre refleksje o życiu wśród przyrody, o potrzebie jej ochrony, o radości płynącej z życia w harmonii z naturą. Niestety, książka nie została wydana po polsku, ale jeśli lubicie takie nostalgiczne opowieści, warto poćwiczyć na niej swój angielski.

8. Zimowy las - Laura Ingalls Wilder Mały domek w wielkich lasach

Wizja pierwszych amerykańskich osadników mocno działa na moją wyobraźnię. Fascynują mnie ludzie, którzy pewnego dnia spakowali na wóz wszystko, co mieli i po prostu ruszyli przed siebie. Zatrzymali się gdzieś w dziczy - na prerii lub w lesie, i stwierdzili - tutaj będzie nasz dom. Taką historię opowiada w swoich książkach Laura Ingalls Wilder. Jej opowieści o życiu na prerii są lepiej znane, ale wszystko zaczęło się właśnie od domku w lesie. To magiczna opowieść o dzieciństwie, ciężkiej pracy, wierze w to, że można znaleźć idealne miejsce dla siebie i swojej rodziny. Trochę trąci myszką, ale czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Dowiedzcie się więcej tu.

9. Las złowrogi - Alex Zentner Dotyk

Kanadyjską puszczę zamieszkują groźne stwory - wiedźmy, zmiennokształtni. Spotkanie z nimi może skończyć się źle - wierzą w to mieszkańcy niewielkiej osady Sawgamet. Dotyk to opowieść o ludziach, którzy się nie boją. Żyją w środku wielkiego lasu, w miejscu, w którym zima trwa wyjątkowo długo. Wierzą w duchy, walczą o przetrwanie. A Zentner opowiada o nich tak, że od jego opowieści nie można się oderwać!

10. Las ludzi szlachetnych - James Fenimore Cooper Pionierzy i inne książki

Chciałam wymienić jeszcze kilka książek, których akcja toczy się w zimnych i surowych kanadyjskich puszczach, ale pomyślałam, że nie chcę zakończyć tej listy lasem groźnym i strasznym. Niech więc będzie las dziki i pełen niebezpieczeństw, ale jednocześnie romantyczny i zamieszkany przez ludzi odważnych i szlachetnych. W takim właśnie lesie mieszkają bohaterowie powieści Coopera, które uwielbiałam czytać jako nastolatka. Pionierzy, Tropiciel śladów i inne książki z tej serii to wspaniałe powieści przygodowe, nieco może staroświeckie, a jednak wciągające i pięknie budujące etos szlachetnego Indianina. Wprawdzie Winnetou kochałam bardziej, ale jednak to u Coopera był najpiękniejszy i najdzikszy las.

Macie swoje ulubione książki, których akcja przynajmniej częściowo toczy się w lesie? Jeśli nie, spróbujcie sięgnąć po którąś z powyższych!

czwartek, 13 listopada 2014

Zawarłam znajomość z prokuratorem Szackim. I muszę wam powiedzieć, że to dość dziwny związek jest. Łączy się z bezsenną nocą, ale romantyki w nim niewiele. Gniewu też nie czuję, raczej smutek.

Jest bowiem Teodor Szacki bardzo prawdziwym człowiekiem, takim nieco dziwnym kolegą, którego niby się lubi, ale do końca nie wiadomo, co w nim siedzi. A kiedy już się okaże, to żal ściska serce i inne elementy naszego ciała. Żal, że nawet taki szeryf, bezkompromisowy obrońca sprawiedliwości jest tak naprawdę zwykłym człowiekiem. Nawet on może ulec.

Nie jest tajemnicą, że "Gniew" otwiera prolog, w którym prokurator Szacki popełnia morderstwo. Nie zdradzam wam tutaj jakiegoś sekretu - czytamy o tym na drugiej stronie książki, a sam autor mówił o tym jeszcze przed premierą książki. Od początku wiemy więc, że wydarzy się coś, co zmieni szeryfa w przestępcę. Wiemy, kto zabije, ale nie wiemy, dlaczego.

Odpowiedź na to pytanie, ukryta między zgrabnie poprowadzoną, bardzo skomplikowaną intrygą kryminalną, przejmuje czytelnika smutkiem. Tytułowy gniew może ogarnąć wszystkich, a przemoc jest wszechobecna. Używa jej mąż w stosunku do żony, w rodzinie, która z zewnątrz wydaje się całkiem normalna, "zwykli ludzie, żadna patologia. Na podwórku zjeżdżalnia dla dziecka, trampolina, basenik, taki nieduży. Normalny dom." W takich normalnych domach dzieci, kochane przecież przez oboje rodziców, bawią się jak najciszej, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie uwagi, nie wywołać gniewu. Przemoc jest w nas, i nawet prokurator Szacki ulegnie pokusie rozładowania gniewu. Dokonania prymitywnej zemsty, wiedząc, że niczego ona nie zmieni.

Zygmunt Miłoszewski wytyka nam nasze zakłamanie, obnaża niechęć do zainteresowania się człowiekiem, który jest obok i być może potrzebuje pomocy. W przejmującej scenie widzimy wykrwawiającą się na podłodze jednorodzinnego domku kobietę i płaczące obok dziecko, które nie rozumie, dlaczego mama nie wstaje. Płacz ten słyszą przypadkowi przechodnie, nawet zatrzymują się na chwilę, zastanawiając, czy nie zadzwonić do drzwi, ale rezygnują - nie chcą narażać się sąsiadce, która być może jest wykończona płaczem chorego dziecka i zła na cały świat. Obrywa się także prokuratorom i policji, którzy z urzędu są zobowiązani do udzielenia pomocy, ale obojętnieją, nie zauważają człowieka, który przychodzi o tę pomoc poprosić. Seksistowski slang, którym się posługują, przeraża tym bardziej, kiedy wiemy, że jest prawdziwy.

Wydawałoby się, że to smutna książka i tak w jakimś stopniu jest. Na szczęście Miłoszewski jest naprawdę doskonałym rzemieślnikiem i potrafi przytrzymać przy sobie czytelnika. Zgrabnie komplikuje intrygę, która zaczyna się niewinnie od znalezienia pozornie starego szkieletu, który okazuje się skrywać w sobie dużo tajemnic. Bawi się konwencją, nadając bohaterom absurdalne imiona i wrzucając ich w stereotypowe sytuacje, tak banalne, że aż śmieszne. Jak bowiem nie parsknąć śmiechem, gdy pojawia się patolog o nazwisku Frankenstein, o rozwichrzonej czuprynie i z dzikim błyskiem w oku? Albo gdy jeden z przesłuchiwanych to Myślimir Szcząchor? Pani doktor psychiatrii nosi nazwisko Zemsta, pojawia się też pan Poniewasz. Jest złośliwa szefowa, piękna asystentka patologa, a także profiler noszący nazwisko Jarosława Klejnockiego, innego polskiego pisarza, prywatnie przyjaciela Miłoszewskiego. Autor zaprasza nad do tej zabawy, zdając sobie doskonale sprawę, że czytelnik kryminałów jest już dobrze zaznajomiony z typowymi motywami i kliszami.

Sama intryga ma kilka słabych punktów - rzeczy, które są nielogiczne i nie zostały w żaden sposób wyjaśnione. Dobrze byłoby o nich podyskutować, jednak w recenzji, która nie powinna zawierać spoilerów, nie ma na to miejsca.

No i zakończenie! Nieco irytujące, niespotykane i zdecydowanie nietypowe! A poza tym, choć Miłoszewski twierdzi, że "Gniew" to pożegnanie z prokuratorem Szackim, furtkę pozostawia jednak dość mocno uchyloną!

Bardzo dobry kryminał, zostawiający czytelnika z wieloma sprawami do przemyślenia. Nie idźcie w moje ślady i nie czytajcie go do późnej nocy - bezsenność jest potem gwarantowana!

Moja ocena: 5/6

Tutaj możecie znaleźć terminy spotkań z Miłoszewskim w różnych miastach, a także zapisać się na newsletter dający zniżkę na zakupy w nowym sklepie internetowym wydawnictwa W.A.B., który ma wkrótce zacząć działalność.


niedziela, 09 listopada 2014

Dawno nie było na Mieście Książek żadnego cyklu. Poniedziałkowy gość czeka na wznowienie (chcielibyście?), pomyślałam więc, że może niedzielny wieczór do dobry moment, by całkiem nowy cykl zapoczątkować.

W chwili, gdy ta myśl przeszła mi przez głowę, wiedziałam, że musi to być Niedzielna Dziesiątka. Pojawiła się nagle, nieproszona, od razu przynosząc z sobą mnóstwo pomysłów. Dlatego też w najbliższe niedziele zapraszam was na listy dziesięciu książek z różnych kategorii. Dziesiątki będą absolutnie subiektywne, wybrane przeze mnie spośród książek, które znam i polecam. Zachęcam do dopisywania innych tytułów w komentarzach!

A na pierwszy ogień - 10 książek o samotnikach. Dlaczego tak? Bo zostałam na kilka dni sama, za oknem jest ciemno i melancholia jesienna puka nieśmiało w szybę.

Samotność Fot: Łukasz Stępień

 

Fot. Łukasz Stępień

 

1. Stevens - Kazuo Ishiguro "Okruchy dnia"

Angielski kamerdyner, który do tego stopnia podporządkował życie pracy, że gdy jego chlebodawca umiera, ten nadal prowadzi mu dom. Piękny przykład bohatera, który żyje wśród innych, rozmawia z nimi, a jednak pozostaje całkowicie samotny.

2. Robinson Crusoe - Daniel Defoe "Robinson Crusoe"

Jeden z najbardziej znanych samotników w historii literatury. Nie lubiłam go jako dziecko, ale teraz doceniam jego niezwykłą determinację. To człowiek, który wie, czego chce i potrafi to dostać, nawet jeśli nie ma prawie nic, a jego przyszłość zależy od garstki zboża. Przerażający w swojej skuteczności, ale na szczęście przechodzi też chwile załamania, które czynią go bardziej ludzkim.

3. Sarah - Sarah Maitland "A Book of Silence"

Sarah Maitland, żona i matka sześciorga dzieci, gdy jej małżeństwo się rozpadło, przeniosła się na szkocką wyspę Skye i postanowiła żyć w ciszy. Czterdziestodniowy eksperyment zmienił się w życiowy projekt - cisza okazała się fascynującym sposobem zmiany swojego życia. Maitland mieszka nadal w Szkocji, nie ma w pobliżu sąsiadów i nadal dużo milczy - jak sama szacuje, około 80% swojego życia spędza w ciszy. Współczesna pustelniczka, pięknie pisząca o wartości ciszy.

4. Chris McCandless - Jon Krakauer "Wszystko za życie"

Przemująca historia, która zdarzyła się naprawdę. Chris, amerykański młodzieniec z dobrej rodziny, rzuca wszystko i ucieka. Rodzina rozpacza, a Chris wędruje przez Stany Zjednoczone, spotykając wielu dobrych ludzi. Gdy dociera na Alaskę, jego młodzieńczy idealizm brutalnie ściera się z trudną rzeczywistością życia w dziczy. Chris nie wychodzi z tej konfrontacji cało, a książka o tym jest jedną z bardziej przejmujących opowieści. Trzeba też dodać, że na jej podstawie powstał film, który, co rzadkie, jest chyba lepszy od literackiego pierwowzoru!

5. Rebeka Martinsson - Åsa Larsson, cykl powieści kryminalnych

W zestawieniu samotników nie mogło zabraknąć skandynawskiego detektywa - są oni wręcz uosobieniem samotności. Wybór był trudny, ale zdecydowałam się na Rebekę Martinsson, ponieważ książki Åsy Larsson są samotnością po prostu przesiąknięte. Samotna jest nie tylko Rebeka, ale też większość ludzi, których spotyka, a miasteczko, w którym mieszka - Kiruna, położone jest samotnie wśród lasów północy.

6. Jacob de Zoet - David Mitchell "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"

Jacob to holenderski urzędnik pracujący nie niezwykłej wysepce - położonej u wrót zamkniętej przed światem Japonii Dejimie. Ambitny, pracowity i samotny, w dodatku od chwili przybycia na Dejimę musi skrywać niejeden sekret. Bohater jednej z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, poważnej kandydatki do Książki Roku. Więcej tu.

7. Emilka Starr - Lucy Maud Montgomerry "Emilka ze Srebrnego Nowiu"

Kochałam Anię z Zielonego Wzgórza, to rzecz oczywista. Ale to właśnie Emilka o szarych oczach, marzycielska poetka i miłośniczka kotów najsilniej zawładnęła moją dziecięcą wyobraźnią. Wiele jej zawdzięczam - dzięki niej zaczęłam bezlitośnie wyrzucam najbardziej grafomańskie utwory, jakie popełniałam w młodości.

8. Sara Crewe - Frances Hodgson Burnett "Mała księżniczka"

Nie mogłabym napisać o Emilce, nie wspominając Sary Crewe. Kolejna ważna postać mojego dzieciństwa, która bez wątpienia była bardzo samotna. Sara potrafiła z samotnością walczyć - jej przyjacielem był nawet szczur, a gdy on i zaprzyjaźnione dziewczynki nie wystarczały, by podnieść biedną Sarę na duchu, pomagała sobie siłą swojej wyobraźni.

9. Nietypowy gąsior - Fred Bodsworth "Odmieniec"

Nie tylko gąsior jest samotny w tej książce, ale to od niego wszystko się zaczyna. Samiec bernikli białolicej zostaje oddzielony od swojego stada i po dramatycznej wędrówce przez ocean trafia do Kanady. Tam łączy się w parę z samicą bernikli kanadyjskiej, będącą przedstawicielką gatunku o odmiennych zwyczajach. Jednak czy taki związek może przetrwać? Na tle tej dramatycznej historii kolejna, równie przejmująca, o Indiance wiążącej się z białym. Delikatna, dobrze napisana opowieść o samotności na wielu poziomach.

10. Muminek - Tove Jansson "Zima Muminków"

Właściwie prawdziwym samotnikiem w krainie Muminków był Włóczykij. Jednak Włóczykijowi samotność nie ciążyła, zaś Muminkowi, gdy obudził się niespodziewanie w środku zimy, tak. Piękna historia o świecie, który niby znany, okazuje się całkiem inny, i o oswajaniu tej inności.

Napiszcie o waszych ulubionych samotnikach! Macie takich, z którymi się identyfikujecie?

środa, 05 listopada 2014

Ci, którzy tak jak ja w latach nastoletnich z wypiekami na twarzy pochłaniali kolejne książki Agathy Christie, z pewnością marzą czasem o powrocie do takich lektur. O zbrodniach tajemniczych i doskonałych, o bohaterach inteligentnych, barwnych i zarazem pełnych uroku, o angielskiej prowincji zasiedlonej przez sympatycznych dziwaków. Sięgamy po różne kryminały, które nam to obiecują, ale nie zawsze te obietnice zostają spełnione. Na szczęście czasem trafia się na pisarza, który potrafi wyczarować taki właśnie nieco staroświecki świat i stworzyć bohaterów, z którymi potrafimy się zżyć na dłużej. Takim czarodziejem jest Kanadyjczyk Alan Bradley.

Znacie już Flawię? Genialną nastolatkę mieszkającą w podupadającej nieco rezydencji Buckshaw, półsierotę zafascynowaną chemią i truciznami, której zdarza się natknąć na trupa na grządce z ogórkami? Jeśli nie, to najwyższa pora tę znajomość zawrzeć, ponieważ Bradley napisał o niej już sześć książek, z których piąta ukazała się niedawno po polsku. I choć zdarza się, że takie serie nie trzymają poziomu, cykl o Flawii de Luce robi się z książki na książkę coraz lepszy!

Flawia to taka Janeczka, która niestety nie ma Pawełka. Ma za to dwie starsze siostry, które jej nienawidzą, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Flawia wymyśla skomplikowane formy odwetu, z dokuczania siostrom czyniąc rodzaj sportu, ale tak naprawdę tęskni za ich miłością i akceptacją. Jest samotna, ale potrafi sobie z tą samotnością radzić. Przyjaźni się z wieloma osobami, ale tak naprawdę nie zna jej prawie nikt. Rodzina jest w rozsypce - ojciec nie potrafi pogodzić się ze śmiercią żony, która zaginęła w Himalajach, gdy Flawia była niemowlęciem, i nie znajduje w sobie siły, by zająć się rodzinnym majątkiem, z którego nie pozostało już prawie nic. Dziewczęta trzymają zwarty front przeciwko najmłodszej siostrze, z przyczyn, których (jeszcze?) nie znamy.

Flawia jednak ma swój świat. W odziedziczonym po wuju laboratorium prowadzi eksperymenty chemiczne, a w międzyczasie rozwiązuje liczne zagadki kryminalne. Niewielkie Bishop's Lacey, czyli miejscowość, w pobliżu której mieszka rodzina de Luce, to prawdziwe zagłębie zbrodni. Co kilka miesięcy ktoś natyka się na zwłoki, a Flawia najpierw przypadkowo, a potem już z rozmysłem stara się być zawsze w centrum wydarzeń. Zagadki są zawsze zgrabnie pomyślane, intrygujące i niełatwe do rozwiązania. W dodatku Bradley wierzy w oczytanie i wiedzę swoich czytelników i obficie serwuje nam różne literackie aluzje i odniesienia.

Najmocniejszą stroną tej książki jest klimat. Gotyckie mroki, krypty, zakamarki, stare kościoły, wiejskie drogi - wszystko to przenika atmosfera tajemniczości. Dodatkowym magnesem są cudowni bohaterowie - niejednoznaczni i intrygujący.

Najnowszy, piąty tom, to idealna książka na listopadowy wieczór. Trup znaleziony w kościele, kości świętego Tancreda, tajemnice szeptane do ucha i widmo bankructwa Buckshaw, które wydaje się już nieuchronne sprawiają, że od tej książki trudno się oderwać. Nie mówiąc już o tym, że zakończenie dosłownie wbija czytelnika w ziemię, ale o tym ani słowa!

Ja już wiem, co było dalej, i powiem wam tylko, że Bradley nadal trzyma poziom!

Można czytać każdą część niezależnie, jako że każda skupia się na innej zagadce kryminalnej. Najlepiej jednak zacząć przygodę z Flawią od początku, czyli od "Zatrutego ciasteczka" - bohaterka ma wtedy jedenaście lat, jest rezolutna, pełna energii i radosna. Tak przedstawia się kolejność poszczególnych tomów (klikając na tytuł, przeniesiecie się do mojej recenzji każdej części):

1. Zatrute ciasteczko

2. Badyl na katowski wór

3. Ucho od śledzia w śmietanie

4. Tych cieni oczy znieść nie mogą

5. Gdzie się cis nad grobem schyla

piątek, 31 października 2014

W ten wieczór duchów, przez jednych zwany Halloween, przez innych Dziadami, odwiedzają nas podobno różne istoty, które na co dzień zamieszkują krainę cienia. Dobra to okazja, by zaszyć się w ciepłym i przytulnym domu, chronionym przed zjawami i upiorami. Jednak czy naprawdę w zaciszu domostwa możemy czuć się bezpiecznie? Wystarczy sięgnąć po jedną z wielu książek o nawiedzonych domach, aby dreszcz niepokoju przebiegł nam w ten wieczór po plecach.

Zawsze lubiłam czytać o tajemniczych domostwach pełnych mrocznych zakamarków. Wiem nawet, kiedy to się zaczęło. „Nawiedzony dom” Chmielewskiej przeczytałam mając lat 9 lub 10. Zakurzony strych z zamurowanym pomieszczeniem, morda upiora, maszyny do tortur – to wszystko, w połączeniu z poczuciem humoru autorki zachwyciło mnie. Nawiedzony dom i tajemniczy strych wywarły trwały wpływ na moją wyobraźnię.

Mniej więcej w tym samy czasie zakochałam się w „Tajemniczym ogrodzie”, jednak to nie zarośnięty i zaniedbany ogród był moim ulubionym tłem wydarzeń. Wolałam czytać o dniach deszczowych, kiedy Colin i Mary zmuszeni byli pozostać w domu. Ich wędrówka przez dziesiątki nie używanych pokoi należała do moich ulubionych scen.


Później świadomie już chętnie wybierałam książki z zagadkową budowlą w tle. Odkryłam powieści gotyckie i z wypiekami na policzkach czytałam staroświeckiego przecież „Mnicha”. Nieco inaczej było z „Zamczyskiem w Otranto” – tę pierwszą przecież powieść o nawiedzonych zamku przeczytałam dopiero na studiach i bawiła mnie wtedy do łez. Spadający z nieba w pierwszej scenie gigantyczny hełm był tak absurdalny, że trudno było potraktować całość poważnie, zresztą Walpole bynajmniej sam nie traktował tego tekstu z powagą. Tym niemniej, tajemnicze przejścia, podziemne krypty i gadające obrazy podobały się nie tylko mnie, ale też masie czytelników osiemnastowiecznych, wywołując histeryczną wręcz modę na gotyk.

Specjalnie na dzisiejszy wieczór przygotowałam więc dla was przegląd kilku moich ulubionych nawiedzonych domów:

1. Warszawska willa - „Nawiedzony dom” Joanna Chmielewska

Ojciec Janeczki i Pawełka dostaje w spadku dość zrujnowany dom z kłopotliwymi lokatorami w pakiecie. Młodzież postanawia nie tylko przepłoszyć uciążliwą sąsiadkę, ale także odkryć, co znajduje się w zamurowanej części strychu, przy okazji chroniąc ojca przed posądzeniem, że pochodzi z rodziny, której członkowie parali się torturami. Przezabawne, czytanie grozi niekontrolowanymi napadami śmiechu.

2. Dom Usherów - „Zagłada domu Usherów” Edgar Allan Poe

Idealny nawiedzony dom. Pusty i straszny, z pękającymi murami i ciemnymi oknami. Zamieszkany przez rodzeństwo – Rodericka i Madeleine, których łączy związek niepokojący. Opowieść idealna, napisana tak, że czytelnik od pierwszych zdań odczuwa niepokój, choć sam nie wie, dlaczego.

3. Manderley - „Rebeka” Daphne du Maurier

Luksusowa rezydencja urządzona przez Rebekę – pierwszą żonę pana na Manderley. Bezimienna nowa pani tego domostwa na każdym kroku czuje oddech nieżyjącej poprzedniczki, w dodatku nie jest świadoma tego, że czyha na nią realne niebezpieczeństwo. Cudowna, sugestywna opowieść, którą trzeba znać.

4. Amerykańska rezydencja - „Siostrzyca” John Harding

Nowa Anglia, stary, ogromny dom i dwójka rodzeństwa – niezbyt zaradny Giles i przedsiębiorcza, rezolutna Florence. Wokół nich dzieją się rzeczy co najmniej niepokojące, jednak Florence, tytułowa siostrzyca, będzie umiała sobie z nimi poradzić. I zrobi to w taki sposób, że czytelnik nigdy o niej nie zapomni. Nic więcej nie napiszę – urok tej książki leży właśnie w tym, jak autor zręcznie manipuluje czytelnikiem, nie mogę więc zdradzić za dużo.

5. Thornfield Hall – „Jane Eyre” Charlotte Brontë

Nie trzeba chyba nic wyjaśniać. Tajemnica dworu Thornfield jest znana większości czytelników, a ci, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli, zapewne kiedyś przeczytają o dziwnym śmiechu rozbrzmiewającym nocą na korytarzach, wybuchającym w nocy pożarze i niewinnej guwernantce.

6. Hundreds Hall – „Ktoś we mnie” Sarah Waters

Zabawa z powieścią gotycką – podupadające domostwo rodziny Ayersów nawiedza jakiś duch. Sporo odniesień do klasyki, igrania z konwencją, a portret samego domu bardzo sugestywny.

7. Dom na Wzgórzu – „Nawiedzony” Shirley Jackson

Dziwaczny, odpychający dom, w którym niby nic się nie dzieje, a jednak nastrój grozy przenika zarówno czytelnika, jak i bohaterów. Staroświecka powieść, dość egzaltowana, ale klimatyczna. I dom, który podobno narodził się zły.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo – niewielkie domy na Olandii z olandzkiego kwartetu Theorina, dom o siedmiu szczytach z powieści Hawthorne’a, albo bardzo nastrojowe, choć nie nawiedzone domostwa z cudnej powieści Dodie Smith „Zdobywam zamek”. Wolę jednak oddać głos wam, i liczę, że podzielicie się swoimi ulubionymi nawiedzonymi domami! A tymczasem życzę wam nastrojowego i tajemniczego wieczoru dzisiaj!

czwartek, 23 października 2014

Czy cykle książkowe trzeba czytać od początku i po kolei? A może jednak niekoniecznie? Pytanie, czy dany cykl należy czytać w kolejności chronologicznej należy do bardzo popularnych. Sama je zadaję na przykład wtedy, kiedy wychodzi kolejna książka w jakimś popularnym cyklu. Czytelnik, zachęcony pozytywnymi recenzjami, zastanawia się, czy może po prostu kupić ten tom, który akurat stoi na półce bestsellerów, nie szukając wszystkich poprzednich części. Odpowiedź nie zawsze jest oczywista, zwłaszcza że niektóre cykle nie są u nas wydawane w kolejności chronologicznej – wydawnictwa zaczynają od części, która jest wyjątkowo dobra, chcąc zachęcić czytelników. Potem dopiero wydawane są inne tomy, wcześniejsze i późniejsze.

Niektórym czytelnikom nie robi to wielkiej różnicy, inni jednak zdecydowanie wolą trzymać się właściwej kolejności. Ja zawsze należałam do tych drugich. Chcąc dowiedzieć się, czym zachwycają się recenzenci, niejednokrotnie sięgałam najpierw po kilka poprzednich tomów, żeby nie zaczynać od końca. Ostatnio jednak zaczęłam zastanawiać się, czy na pewno jest to jedynie słuszne podejście. Postanowiłam więc wypunktować wszystkie zalety czytania cykli w innej niż zaplanowana przez autora kolejność, żeby sprawdzić, czy mogę przekonać samą siebie, a przy okazji może i was.

Czytając książki w odpowiedniej kolejności, śledzimy wprawdzie rozwój bohaterów, ale więcej uwagi poświęcamy cyklowi jako całości, a chyba mniej każdej pojedynczej książce. Zaczynając zaś lekturę od dowolnej, niekoniecznie pierwszej części cyklu, możemy skupić się na książce samej w sobie – na tym, czy stanowi interesującą całość, jak rozwija się akcja, czym zwodzi nas autor. Sporo rzeczy będzie dla nas zagadką, tego, co było wyjaśnione w poprzednich częściach będziemy się domyślać. Takie tajemnice zaś mogą być dodatkowym bodźcem przykuwającym naszą uwagę - kto nie lubi tajemnic?

Zaczynanie cyklu od środka, a następnie czytanie wcześniejszych części spowoduje, że pewne rzeczy będą się działy wolniej. Wiemy, co stanie się z bohaterami później, nie oczekujemy, że w ich życiu nastąpią jakieś drastyczne zmiany, jeśli przeczytaliśmy już, że w tomie piątym nadal są w tej samej sytuacji życiowej, co w czytanym właśnie tomie drugim.

Czytanie od końca sprawia, że łatwiej dostrzec momenty, w których autor próbował zasugerować czytelnikowi, co może stać się dalej. Skoro już wiemy, co się stało, nie jesteśmy w stanie takich sugestii przegapić, a tym samym zyskujemy pewien wgląd w warsztat pisarski autora książki. Zresztą śledzenie rozwoju pisarza, tego, jak zmienia się jego język, sposób budowania postaci, jak wreszcie dojrzewają sami bohaterowie, jest wielką zaletą czytania cykli od końca. Wtedy po prostu łatwiej takie zmiany dostrzec, docenić wszystkie detale składające się na wizerunek postaci.

Skąd w ogóle te rozważania? Widząc więc w księgarniach trzeci (i podobno ostatni tom) cyklu o prokuratorze Szackim (Gniew Zygmunta Miłoszewskiego) zaczynam się poważnie zastanawiać, czy nie zacząć przygody z tym popularnym bohaterem właśnie od końca. Zwłaszcza, że dzięki temu nie przeżyję tej smutnej chwili, przez którą muszą przejść wszyscy fani Szackiego – odwrócenia ostatniej strony Gniewu ze świadomością, że to już koniec. Jeśli zaczęłabym lekturę od ostatniej części, mogłabym potem spokojnie sięgnąć po Uwikłanie i Ziarno prawdy – niekoniecznie w tej kolejności. A potem znowu po Gniew, jeśli okaże się, że i mnie prokurator Szacki złapał w swoje sidła.

Wizja to kusząca, choć przełamanie nawyku czytania wszystkiego w odpowiedniej kolejności łatwe nie będzie. Co o tym sądzicie? Warto czasem skusić się na lekturę cyklu od końca lub od środka? A może w tym konkretnym przypadku powinnam jednak zacząć od Uwikłania i dać się stopniowo uwieść?

 Młoda też nie potrafi się zdecydować, czy zacząć zrzucanie książek na ziemię od Uwikłania czy od Gniewu...  

poniedziałek, 20 października 2014

W miniony weekend zakończył się jesienny sezon przyznawania nagród literackich. W ciągu ostatnich kilku tygodniu wręczono Nike, literackiego Nobla, nagrodę Bookera i wreszcie nagrodę Angelusa. Niektórzy czytelnicy z radością wynotowują kolejne nazwiska i tytuły, inni jednak zarzekają się, że ekscytowanie się nagrodami literackimi to swego rodzaju snobizm, a prawdziwy czytelnik czyta po prostu to, na co ma ochotę, a nie to, co wybrało jakieś bliżej mu nie znane gremium jurorskie.

Niewątpliwie sięganie akurat po te książki, które zdobyły jakieś nagrody, ma coś ze snobizmem wspólnego. Jednak akurat ten rodzaj snobizmu mi nie przeszkadza. Dobre książki potrzebują jak najlepszej promocji. Przy ogromnym wyborze nowych tytułów łatwo jest przegapić wartościowe lektury, a naklejka informująca o tym, że dana książka została nagrodzona Pulitzerem, Bookerem lub Nike może przykuć wzrok potencjalnego czytelnika. Nagroda Nobla powoduje, że na naszym rynku co roku pojawia się szeroki wybór książek napisanych przez laureata, często wcześniej słabo znanego polskim czytelnikom. Booker, Pulitzer i nagroda Goncourtów to znakomite drogowskazy, pomagające wydawcom wyszukać interesujące nowości na rynkach zagranicznych. Ja reaguję na nie jak kot na wątróbkę – rzucam się niecierpliwie na listy nominowanych tytułów. Godzinami przeglądam potem recenzje w sieci, szukając informacji o nieznanych mi pisarzach. Czekam na polskie wydania lub zamawiam zagraniczne, jeśli są dostępne w języku, który znam.

Jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce dominowała nagroda Nike. Oczywiście, jej siła była wtedy naprawdę imponująca – „Widnokrąg” Myśliwskiego sprzedał się w 100 tysiącach egzemplarzy! Potem ten wpływ wyników nagrody na sprzedaż zdecydowanie zmalał, ale też rynek nagród literackich się rozwinął. Pojawiła się nagroda Angelusa, Gdyńska Nagroda Literacka, nagroda Wielkiego Kalibru. Na księgarnianych stolikach można znaleźć sporo tytułów wyróżnionych lub nagrodzonych, sprzedaż się więc siłą rzeczy rozkłada. Nie ma w tym jednak chyba niczego złego, to nawet lepiej, że czytelnik dostaje kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tytułów, wybranych przez ludzi, którzy w jakiś sposób się na tym znają.

Nawet profesor Czapliński, wieloletni juror nagrody Nike, który przyznaje, że nagrody literackie są przejawem literackiego snobizmu, ale jednocześnie nie kryje, że taki snobizm pochwala! „Kultura rozwija się dzięki snobizmom” – mówi, i w pewnym stopniu ma rację. Z jakiegoś powodu idziemy po raz pierwszy w życiu z własnej woli do opery, filharmonii, teatru. Czasem z ciekawości, ale często dlatego, że ktoś nas do tego namówił, a my mu zaufaliśmy.

Przyznawanie nagród literackich to nic innego, jak namawianie ludzi do sięgania po konkretne książki. Jurorzy wykonują dla nas ogromną pracę. Jurorzy nagrody Bookera czytają ponad sto książek w ciągu trzech miesięcy. Robert Douglas-Fairhurst, jeden z członków zeszłorocznego jury, powiedział, że w ciągu dziesięciu miesięcy przeczytał 151 książek! Po to, żebyśmy my, czytelnicy, dostali listę kilkunastu wartych uwagi tytułów. I o ile w pewnych kategoriach ja jako czytelnik mogłabym sobie bez takich drogowskazów w postaci nagród poradzić, to kiedy zaczynam interesować się gatunkami, o których wiem niewiele, albo literaturą z krajów, które znam słabo, lista nagrodzonych tytułów staje się znakomitym punktem wyjścia.

Czy warto więc być literackim snobem i sprawdzać, kto dostał Nobla, a kto Angelusa? Ja jestem całym sercem za, ale chętnie usłyszę, co Wy macie na ten temat do powiedzenia!

Laureaci nagród literackich przyznanych w październiku:

Nike – Karol Modzelewski „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”

Man Booker Prize – Richard Flanagan „The Narrow Road to the Deep North”

Literacka nagroda Nobla – Patrick Modiano

Nagroda Literacka Europy Środkowej Angelus – Pavol Rankov „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”

Nagroda Kościelskich Krzysztof Siwczyk "Dokąd bądź" (poemat)

Nagroda im. Beaty Pawlak – Mateusz Janiszewski "Dom nad rzeką Loes" (reportaż) i Adam Lach "Stigma" (album)

Sięgniecie po którąś z nagrodzonych książek? Ja na pewno przeczytam Flanagana i Rankova!



sobota, 11 października 2014

Trochę się boję książek Małgorzaty Wardy. Wiem, że po ich lekturze będę się czuła jakby mnie ktoś przekręcił przez wyżymaczkę - poruszona, przejęta, może nawet przerażona. Mimo to odważnie po nie sięgam, uważam bowiem, że to właśnie książki powinny robić z czytelnikiem, choć może nie za często, bo nikt by tego nie wytrzymał. Lektura powinna czasem zaburzyć nasz światopogląd, wstrząsnąć nami emocjonalnie, zostawić po sobie ślad.

To właśnie robi nam lektura "Miasta z lodu". To historia o dwóch przeraźliwie samotnych kobietach - trzynastoletniej Agacie i jej mamie, Teresie. Agatę poznajemy już na pierwszych stronach, nie jest to jednak przyjemne spotkanie. Bose, odmrożone stopy Agaty wystają spod śniegu, a nieprzytomną dziewczynkę znajduje przy górskim szlaku przypadkowa turystka. Agata jest w śpiączce, nie wiadomo, dlaczego znalazła się pod śniegiem, co stało się z jej butami, a przede wszystkim, dlaczego matka nie zauważyła, że dziewczynka nie wróciła na noc do domu.

Opinia publiczna nie potrzebuje odpowiedzi. Wyrok zostaje wydany bez trudu - matka jest zbrodniarką, zostawiła dziecko bez opieki. Artykuły w internecie komentują setki ludzi. Teresa nie jest w stanie się bronić. Od lat cierpi na chorobę dwubiegunową i popada na przemian w stany maniakalne i depresyjne. Próbuje się leczyć, ale z dość mizernym skutkiem. Stresujące sytuacje wywołują nawroty choroby, a stresu jej z pewnością ostatnio nie brakowało.

Agatę wychowywała babcia. Tęskniąca za nią matka zabrała ją kilka miesięcy temu, by spróbować zacząć od nowa. Jeździły po Polsce, aż wreszcie zdecydowały, że zostaną w niewielkim górskim miasteczku, które Teresa pamiętała z wakacji z dzieciństwa. Nie miała oszczędności, musiała znaleźć czym prędzej pracę. Posada kelnerki nie mogła zapewnić bezpieczeństwa ani jej, ani jej córce, innej jednak nie było. Może nawet wszystko by się ułożyło, gdyby nie nieufna, żeby nie powiedzieć wrogo nastawiona społeczność miasteczka. Agata i Teresa są obce, w dodatku Teresa przyciąga uwagę mężczyzn swoją atrakcyjnością i samotnością. Ciężko pracuje, ale to nikogo nie interesuje. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby poznać którąkolwiek z nich.

Gdy Teresa ma atak choroby, opiekuje się nią Agata - trzynastolatka, dla której jest to bez wątpienia zbyt wielki ciężar. Nie może liczyć na żadną pomoc, a jej relacje z matką wydają się być mocno zaburzone. W małomiasteczkowym świecie takie odwrócenie ról nie może mieć miejsca, łatwiej jest go nie zauważać, niż poczuć się zmuszonym do udzielenia choćby niewielkiej pomocy. Podstawową cechą większości mieszkańców jest indolencja. Nawet dyrektorka szkoły i komisarz policji, choć widzą, że sytuacja wymagałaby ich interwencji, nie poczuwają się do wyciągnięcia pomocnej dłoni. Świadomie wybierają obojętność.

Ta bardzo dobrze napisana książka będzie doskonałym wyborem dla dyskusyjnych klubów książki. O każdej postaci można rozmawiać godzinami. Czy winą należy obciążyć Teresę, która zdawała sobie sprawę, że nie zapewnia córce opieki i zrzuca na nią ciężar ponad siły, ale desperacko chciała sobie udowodnić, że da radę i chciała mieć przy sobie kogokolwiek, komu na niej zależy? A może czarnym charakterem jest jedyny człowiek, który zbliżył się do Teresy - jej szef i kochanek, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że ją wykorzystuje? Czy ciężar winy spoczywa na tym, kto zostawił Agatę w mroźnym lesie, czy może ta osoba także jest ofiarą? A może ofiarą jest właśnie mama Agaty, wielokrotnie skrzywdzona i pozbawiona wsparcia ze strony własnej matki? Mieszkańcy miasteczka i dziennikarze chętnie rzucają kamieniem w Teresę, na szczęście są też tacy, którzy próbują spojrzeć głębiej.

To bardzo smutna, ale też ważna książka o byciu obcym, o zaufaniu, odpowiedzialności za ludzi obok nas, tych najbliższych i tych teoretycznie obcych. A jednocześnie przejmująca opowieść o życiu na prowincji, bardzo daleka od sielskich wizji prowadzenia pensjonatów i budowania życia na nowo.

Moja ocena: 5/6


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Blog roku
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...