|
wtorek, 31 sierpnia 2010
Uff, wreszcie to z siebie zrzuciłam;) Podobno Irvinga albo się uwielbia, albo nie znosi. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy. Nie lubię i już. Prawdę mówiąc, nie próbowałam wszystkich jego powieści. Zraziłam się już przy "Świecie według Garpa", potem spróbowałam jeszcze przeczytać "Regulamin tłoczni win" i w połowie dałam sobie spokój. Ale teraz skusiłam się raz jeszcze, po przeczytaniu, że "Ostatnia noc w Twisted River" to taki Irving w pigułce, w dodatku na bardzo dobrym poziomie. Zaczęło się znakomicie, wciągnęłam się więc szybko, ale już po mniej więcej setnej stronie zaczęło mi się przypominać, dlaczego nie lubię tego autora. I tak analizując przyczyny swojej niechęci dobrnęłam jednak do końca książki, o dziwo z pewnym żalem rozstając się z bohaterami. Sam pomysł i fabuła są fantastyczne. Niewielka osada drwali na północy może poszczycić się wyjątkową stołówką, którą prowadzi kucharz z powołania - Dominic Baciagalupo. Dominic wychowuje samotnie syna Daniela, w czym pomaga mu potężna Indianka i nieco ekscentryczny, prostolinijny drwal Ketchum. Matka Daniela zginęła w tajemniczych okolicznościach, w które w jakiś sposób zamieszani są Dominic i Ketchum. Pewnego dnia prawda wyjdzie na jaw, a w tym samym czasie Dominic i Daniel będą zmuszeni opuścić osadę na zawsze. Wydarzenie, które ich do tego zmusza, absurdalne a zarazem tragiczne, wydaje się być bardzo typowe dla pisarstwa Irvinga. Podobno typowych elementów jest więcej, ale są użyte w sposób oryginalny, ja ich nie rozpoznawałam, wierzę na słowo. Co w takim razie mi się w tej powieści nie podoba, skoro fabuła, miejsce i bohaterowie są znakomicie pomyślani? Cóż, zdecydowanie to, co wielu czytelników uważa za atut tego pisarza - styl. "Ostatnia noc w Twisted River" jest nieprawdopodobnie przegadana. Ilość dygresji i zdarzeń pobocznych przytłacza i momentami usypia. Książka spokojnie mogłaby być krótsza o jedną trzecią bez szkody dla fabuły. Ponadto Irving stosuje specyficzną, wszechwiedzącą narrację, która jest w dziwny sposób oderwana od akcji. Czytając jego powieść, nawet przez moment nie zapominałam, że jest ona tylko powieścią i nie mogłam dać się porwać wydarzeniom. Jako że jest to powieść w dużej mierze traktująca o pisaniu właśnie, sam autor wyjaśnia nam to zjawisko pisząc o Danielu, który zostaje pisarzem, że planuje on całość fabuły, zanim zacznie pisać, że często pisze fragmenty, które dopiero później dopasowuje do całości, bo po prostu uda mu się napisać coś tak świetnego, że później trzeba znaleźć na to miejsce w książce. Wprawdzie nigdzie nie jest powiedziane, że te słowa odnoszą się do sposoby pracy samego Irvinga, ale z pewnością pasują do stylu, w jakim napisana jest "Ostatnia noc w Twisted River". Być może właśnie ten fragmentaryczny sposób pisania powoduje, że tak wiele jest wątków pobocznych. Mimo momentów zwątpienia doczytałam jednak powieść do końca, i chociaż stwierdzenie z tytułu niniejszego postu jest po tej lekturze wciąż aktualne, nie mogę napisać, że jest to zła książka. Wręcz przeciwnie - jest to bardzo klimatyczna, pełna słodko-gorzkiej mądrości książka o związku ojca z synem i o niezwykłej przyjaźni. I nawet gdy rozwleczony styl zacznie irytować, już po chwili, dosłownie po kilku stronach dzieje się coś, co nie pozwala książki odłożyć i co wywoła na twarzy czytelnika czasem uśmiech, a czasem nawet łzy. Jak mam więc ocenić taką książkę? Najchętniej uciekłabym przed tym obowiązkiem i zostawiła recenzję bez oceny końcowej, ale nie pozwolę sobie na to. I jako że historię Daniela, Dominica i Ketchuma skończyłam czytać już kilka dni temu, a mimo to wciąż są jak żywi w mojej wyobraźni, dam ocenę wyższą niż bym się sama spodziewała! Moja ocena: 5-/6
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
A jednak początkowo nie mogłam się wciągnąć. Czytałam po kilka stron i odkładałam książkę, chociaż nie miałam właściwie do niej zastrzeżeń. Może okoliczności nie sprzyjały - zabrałam ją do Londynu, gdzie ciężko byłoby się pewnie skupić nad każdą książką. Gdy jednak po kilkudziesięciu stronach nadal nie zachwycała, postanowiłam nie marnować na nią więcej czasu. Coś mnie jednak kusiło i sprawdziłam jeszcze recenzje na angielskich stronach. Wszystkie były bardzo dobre, niektóre wręcz znakomite, pomyślałam więc, że coś w niej może jednak jest i zdecydowałam się dać jej jeszcze jedną szansę. Otworzyłam ponownie i tym razem ani się nie spostrzegłam, a była pierwsza w nocy, a ja nie mogłam się oderwać. Nie wiem, czy faktycznie pierwsze kilkadziesiąt stron było słabsze, raczej skłaniam się ku temu, że byłam zbyt rozproszona, jako że książka jest naprawdę nie najgorsza i w swoim gatunku zaspokaja wszelkie oczekiwania. Tło historyczne odmalowane jest z rozmachem - akcja toczy się w roku 1780 pomiędzy targanym antykatolickimi zamieszkami Londynem, a kilkoma wiejskimi rezydencjami. Jest nawet kilka powrotów do wcześniejszej o 5 lat wojny w Ameryce. Zagadka morderstwa, i to jak się szybko okazuje, nie jednego, jest sprawnie poprowadzona i choć domyśliłam się stosunkowo wcześnie, kto jest sprawcą, motyw pozostał tajemnicą aż do ostatnich kartek. Mamy tu całą gamę uroczych postaci, niektóre z nich może są nieco schematyczne, ale te niedostatki z nawiązką wynagradza sprawnie poprowadzona intryga, pełna nieoczekiwanych wydarzeń i dramatycznych zwrotów akcji. Dla mnie zaś oczywiście największą atrakcją były czas i miejsce akcji - Anglia osiemnastego wieku, z pewnością sięgnę więc po kolejne książki tej autorki, i liczę, że nie przeniesie ich w inne czasy. Moja ocena: 4.0/6
czwartek, 19 sierpnia 2010
Od dołu: Najpierw cała seria akademicka: "Hogarth to Turner. British painting" - mini album z Natiuonal Gallery David Selwyn "Jane Austen and children" - nowość autorstwa jednego z wybitnych badaczy Jane Austen, o dzieciach w jej książkach i jej życiu. Od dawna poluję na "Jane Austen and leisure" tego samego autora, cieszę się więc, że ukazało się coś nowego i że udało mi się to znaleźć w antykwariacie za pół ceny. Leslie A. Fiedler "Love and death in the American novel" - tę książkę, jedną z ważniejszych prac krytycznych i pierwszą, która koncentruje się na amerykańskiej literaturze gotyckiej, poleciła mi koleżanka, określając ją jako niezwykle wciągającą i świetną do czytania. Virginia C. Kenny "The country-house ethos in English literature 1688-1750. Themes of personal retreat and national expansion" - nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy dostrzegłam tę książkę, tak długo jej szukałam i tak trudno jest ją zdobyć, nie udało mi się jej nawet zamówić przez wypożyczalnię międzybiblioteczną, a tu proszę, leżała sobie spokojnie na półce w Judd Books. Judith Flanders "Consuming passions. Leisure and pleasure in Victorian Britain" - znakomita autorka specjalizująca się w epoce wiktoriańskiej, ale odmalowanej zawsze na bogatym, osiemnastowiecznym tle, i jedna z jej najlepszych książek, nawet ogromny rozmiar mnie więc nie mógł zniechęcić. David N. Durant "Life in the Country House. A Historical Dictionary" - dobrze mieć pod ręką. Tracy Borman "King's mistress, queen's servant" - biografia Henrietty Howard, kochanki Jerzego II, zbierająca znakomite recenzje. Fanny Burney "Evelina" - praktycznie u nas nieznana klasyka literatury osiemnastowiecznej, którą mam zamiar wreszcie przeczytać. J.H. Plumb "The first four Georges" - małe kompendium wiedzy o czterech królach Jerzych, a zarazem zarys historii politycznej osiemnastego wieku. I jeszcze kilka powieści: Tim Parks "Dreams of rivers and seas" - John James dowiaduje się o śmierci swojego ojca, znanego antropologa, w Delhi, i leci do Indii na pogrzeb. Matka jest znaną lekarką, a oboje rodzice wydawali się tak pogrążeni we własnych światach, że John czuje się obcy. Pogrzeb tego nie zmienia, lecz zostawia jeszcze więcej nieodpowiedzianych pytań. John próbuje zrozumieć swoich rodziców, będąc jednocześnie zagubionym w kraju, który jest dla niego równie zagadkowy. Wnikliwe studium emocji, a jednocześnie wciągająca zagadka tajemniczej śmierci. Dinaw Mengestu "Children of Revolution" - prezent od Maga-mary (dziękuję bardzo!), powieść o emigrantach z Etiopii w Stanach, którą od dawna chciałam przeczytać. C.J. Sansom "Dissolution" - pierwsza książka z cyklu kryminałów toczących się w epoce Tudorów, kolejne tomy zbierają coraz lepsze recenzje, mnie zaś na lekturę namówiła znowu Dabarai. Od razu uprzedzę, że kompletnie mnie nie martwi, kiedy to wszystko przeczytam;) Lubię mieć duży wybór:) Bardziej martwi mnie, co wybrać na początek, bo mnie tyle tytułów nieodparcie kusi! Ryanair ma baaardzo tanie bilety, ale limity bagażu co najmniej śmieszne - bagaż podręczny musi się zmieścić w jednej torbie, nie można mieć nic w ręku, nawet gazety, i nie może być cięższy niż 10 kg, natomiast bagaż główny ma ważyć najwyżej 15kg. Na lotnisku zawsze rozgrywają się dantejskie sceny, mnóstwo ludzi się przepakowuje, fruwają sukienki przekładane z torby do torby. Ja wychodzę z założenia, że 25 kg, które łącznie mogę zabrać, to nie tak znowu mało, ale tym razem zabrakło mi nie tyle kilogramów, ile po prostu miejsca - okazało się, że zabrałam za małą walizkę. Wieczór przed powrotem spędziłam na próbach poukładania wszystkiego na różne sposoby. Same książki by się zmieściły, ale problem polegał na tym, że radośnie i bez myślenia o konsekwencjach kupiłam Oli zabawkę w Hamley's w wyjątkowo dużym pudle (no, ale moje trochę chyba nietypowe dziecko marzyło o szkielecie ludzkim do składania, którego u nas nie mogłam znaleźć), a do tego miałam dwa ogromne kartony z herbatą dla mojej mamy. Te trzy pudełka zajęły mi ponad połowę walizki, upchanie w niej książek, niektórych w pokaźnym rozmiarze, nie było już prawie możliwe. Jakimś cudem udało mi się jednak wszystko zmieścić, zapięłam zamek cała dumna z siebie i wtedy moje spojrzenie padło na łóżko, a na nim jeszcze jedną całkiem sporą rzecz, o której zapomniałam... Nie wiem, jakim cudem się ostatecznie udało...
Postanowiłam nie kupować niczego w pełnej cenie, jako że równie dobrze mogę zamówić to z Book Depository i nie martwić się, jak to przewiozę. Z tego względu odpuściłam sobie wszystkie bookerowe nominacje, przyznaję, że z lekkim żalem...
Od dołu: Gil Adamson "The Outlander" - kanadyjska powieść, którą już od dawna miałam na liście. Rok 1903, tajemnicza kobieta ucieka na zachód, zaś pościg depcze jej po piętach. Mary Boulton w wieku lat dziewiętnastu właśnie została wdową - i morderczynią swojego męża. Podczas ucieczki prześladowana jest przez szalone wizje i przez świadomość, że tymi, którzy ją ścigają, są bezlitośni bracia jej męża. Kierowana prymitywnym instynktem, wdowa zagłębia się coraz dalej w dzicz... Książka miała kilka świetnych recenzji na blogach, które sobie cenię. Isabel Colegate "The Shooting Party" - właściwie mam już tę książkę ściągniętą kiedyś z Bookmoocha, ale w tak marnym wydaniu, że bardzo źle się ją czytało i z żalem zarzuciłam lekturę, szkoda mi jednak było wzroku. Teraz kupiłam za funta piękne wydanie w twardej okładce, z porządnym, dużym drukiem. Jest to jedna z zapomnianych nieco i niedocenianych książek. Jesień 1913 roku, sir Randolph Nettleby zaprasza gości do swojej posiadłości na największy polowanie sezonu. Zapowiada się idealny weekend pełen typowych edwardiańskich rozrywek - polowanie, plotki, moda. A jednak nie wszystko pójdzie tak, jak powinno... Wspaniały portret edwardiańskich wyższych sfer i przemian zachodzących u schyłku epoki. E. M. Delafield "The Provincial Lady" - to kolejny zapomniany klasyk, którego popularność została przywrócona przez niedawne wznowienie. Udało mi się wypoatrzyć piękne, stare wydanie, które zawiera aż cztery książki z serii: "Diary of a provincial lady", "The provincial lady goes further", "The provincial lady in wartime" i "The provincial lady in America".
E. M. Delafield to urodzona w 1890 roku pisarka, autorka powieści, felietonów i opowiadań. Od 1930 roku pisała "Diary of a provincial lady" i publikowała odcinki w Time and Tide. Jest to lekka i pełna staroświeckiego uroku powieść o codziennym życiu na prowincji damy z wyższych sfer, świetna na poprawienie humoru. Elizabeth von Arnim "Love" i "Elizabeth in her German Garden" - do mojej kolekcji książek von Arnim, kolejnej nieco już zapomnianej pisarki. Drugą z tych powieści mam już, ale nie mogłam się oprzeć kultowemu wydaniu w zielonej serii Virago Modern Classics.
Dodie Smith "I Capture a Castle" - tak teraz patrzę, że całkiem sporo książek, które kupiłam, to właśnie takie klasyki z pierwszej połowy XX wieku, ta książka też się do tej kategorii wpisuje. Dodie Smith jest najbardziej znana jako autorka "101 dalmatyńczyków", ale "I Capture a Castle" ma także całą rzeszę wielbicieli. Joanna Trollope powiedziała kiedyś: "Znam niewiele powieści, może poza "Dumą i uprzedzenie", które wzbudzały by tak silne i długotrwałe uczucie czytelników jak I Capture a Castle". Jest to powieść o dorastaniu, którego narratorką jest 17-letnia Cassandra. Jej rodzina mieszka w rozpadającym się zamku na pustkowiach. W pamiętniku opisuje życie swojej nieco ekscentrycznej rodziny, zakłócone znienacka przyjazdem amerykańskich spadkobierców. David Vann "Legend of A Suicide" - prezent od Chihiro, który od dawna już miałam na liście, polecam jej recenzję. Iain Pears "Stone's Fall" - kolejny historyczny thriller autora "Którędy droga?", podobno co najmniej tak samo dobry, a jeszcze bardziej wciągający. Rok 1909, John Stone, zamożny bankier, wyskakuje z okna swojego londyńskiego apartamentu, zostawiając piękną wdowę i ogromne imperium. Pears we właściwym sobie stylu opowiada nam tę historię nietypowo, od końca, śledząc losy Stone'a od śmierci aż do wczesnej młodości. Mari Jungstedt "Unseen" - pierwszy kryminał z cyklu dziejącego się na Gotlandii, polecany przez Dabarai. "Kamila Shamsie "Burnt shadows" - kolejny prezent od Chihiro, nominowana do Orange Prize epicka powieść, którą już tu wspominałam: 9 sierpnia 1945, Nagasaki. Hiroko Tanaka wychodzi na werandę, żeby nacieszyć się pięknym widokiem. Jest ubrana w kimono z trzema czarnymi żurawiami na plecach. Ma 21 lat i jest zakochana. Kilka sekund później, wszystko staje się bielą, a świat, który znała, przestaje istnieć. Jedyny ślad po dawnym życiu to poparzenia na plecach w kształcie żurawi... Dwa lata później, Hiroko wyjeżdża do Delhi, do rodziny swojego nieżyjącego narzeczonego. Zaczyna uczyć się Urdu i zapuszcza korzenie, ale wiry historii porywają ją i jej nowych przyjaciół najpierw do Pakistanu, następnie do Nowego Jorku i ostatecznie do Afganistanu. Więzy, które ich połączyły, poddane zostają ciężkim próbom. Elizabeth Strout "Olive Kitteridge" - nagrodzony w ubiegłym roku Pulitzerem zbiór 13 opowiadań osadzonych w niewielkim miasteczku w stanie Maine, na samym skraju Ameryki. Mikkel Birkegaard "The Library of Shadows" - trzecia książka od Chihiro - dziękuję bardzo!!! - tym razem powieść sensacyjna, której bohater dziedziczy po swoim nagle zmarłym ojcu antykwariat, wraz z nim zaś tajemnicę. Drugą część stosiku pokaże i opiszę, gdy blox trochę dojdzie do siebie, jako że podczas pisania tej notki zostałam wylogowana co najmniej 10 razy!
wtorek, 17 sierpnia 2010
Budzi mnie przenikliwy chłód wiktoriańskiego domu i słońce przeświecające przez żaluzje. Szybka toaleta, przy okazji parzę sobie jak zwykle palce pod oddzielnym kranem z gorącą wodą i bez śniadania wychodzę na ruchliwą ulicę. Wraz z wielobarwnym tłumem podążam w stronę metra, podjeżdżam dwa przystanki autobusem, który właśnie podjechał, ze mną wsiada Hinduska w dżinsach, dwie rozgadane Włoszki i rozmawiający przez telefon Polak. Po kilkunastu minutach w dusznym metrze wysiadam w miejscu, w którym czekają na mnie już dwie przyjaciółki, które nocują gdzie indziej. Wpadamy na kawę i kanapkę do jakiejś sieciowej kawiarni, najczęściej Costy lub Starbucksa, przerzucamy szybko gazety na pobliskim stosiku w poszukiwaniu ciekawych dodatków kulturalnych, po czym, z lekkim niepokojem spoglądając na zachmurzone niebo, spacerkiem ruszamy w stronę targu Portobello. Zaczyna padać, ale zaraz za rogiem widzimy sklep z używanymi książkami, chowamy się więc szybciutko do środka i przepadamy wśród niekończących się półek. Pachnie kurzem, książki piętrzą się w stertach na podłodze, półki sięgają sufitu, a za każdym rogiem kryje się kolejny pokój. Piękne stare wydania obok tanich czytadeł, nowości za pół ceny i poszukiwane przeze mnie od dawna skarby za dosłownie grosze, a raczej pensy. Wychodzę szczęśliwa, choć ciężar torby znacząco się zwiększył, a pasek boleśnie wpija się w ramię. Wiem jednak, że to nie koniec książkowych zakupów na dzisiaj, więc nie narzekam, zresztą po poprzednich dniach moje ramiona są już zaprawione do noszenia ciężkich tomów. Tłumy na Portobello odstraszają, skręcamy więc w cichą, cienistą aleję, wzdłuż której stoją wspaniałe rezydencje z epoki Regencji. Słońce wychodzi ponownie, gdy dochodzimy do pałacu Kensington. Dom, w którym mieszkało wiele księżniczek, jest tymczasowo przemieniony w Zaczarowany Pałac, a wizyta w niczym nie przypomina tradycyjnego zwiedzania. Przy wejściu dostajemy mapę pełną tajemniczych wskazówek, która prowadzi nas przez czarodziejsko wyglądające sale pełne zagadkowych eksponatów, wśród nich zaś ukryte są przedmioty związane z siedmioma księżniczkami, dla których Kensington Palace był domem. Szukając ich, poruszamy się w świecie magii, słyszymy głosy, widzimy cienie postaci, coś umyka jakby przed nami, kryjąc się w zacienionych korytarzach. Zdaje się, że pałac ożył, a jego mieszkanki bawią się z nami w ciuciubabkę, przy okazji wymuszając na nas refleksje na swój temat. Oszołomione wychodzimy do rozświetlonego parku, trudno nagle powrócić do realnego świata. Po Zaczarowanym Pałacu kręci nam się w głowie, nic dziwnego, że gubimy się wśród długich alejek Hyde Parku i zamiast do Speaker's Corner, trafiamy dokładnie w przeciwległy koniec. Książki, które kupiłyśmy, ciążą coraz bardziej, zamiast wracać podjeżdżamy więc piętrowym autobusem. Jesteśmy już porządnie głodne, z szerokiego wyboru knajpek z każdego zakątka świata wybieramy więc małą organiczną kafejkę, która serwuje pyszne tarty, bagietki z suszonymi pomidorami, oliwkami, kaparami i oliwą oraz ogromne sałatki. Jej największą zaletą jest jednak sąsiedztwo - kilka metrów dalej mieści się najpiękniejsza w tym mieście księgarnia z wyborem książek, który oszołomi każdego mola książkowego - Daunt Books.
Więcej książek nie damy już chyba rady unieść, a pod następnym numerem znajduje się Oxfam, sklep charytatywny pełen książek w śmiesznych cenach. Wchodzimy, nie możemy przecież przejść po prostu obok, ale tym razem udaje nam się oprzeć pokusie! Wieczorem jedziemy na kolację do zaprzyjaźnionej blogerki, która serwuje nam ucztę dla ciała i ducha. Jedzenie jest przepyszne, a ja nie mogę oderwać oczu od półek z książkami - jak przyjemnie jest widzieć u kogoś tak wiele książek, które ja też mam i drugie tyle takich, które znam i chciałabym mieć, a których nigdy nikt z moich znajomych nie kojarzy. Spędzamy długie godziny na dyskusjach o książkach i świecie, a świat wokół nas jest niezwykle cichy. Wracam już w hałasie, nocą, autobusem pełnym wystrojonych na dyskotekę nastolatek. Nie pasuję do nich w swoich sportowych sandałach i przeciwdeszczowej kurtce, z torbą pełną książek, ale nie przeszkadza mi to. W tym mieście każdy niepasujący czuje się dobrze. Zapadam w kamienny sen, zadowolona, że przede mną kolejny uroczy dzień pełen starych domów, zakurzonych książek, spacerów i spotkań, multietnicznych targowisk i eleganckich parków. Kolejny dzień w mieście, które kocham jak niewiele innych na świecie i do którego wracam znowu i znowu, jak nałogowiec, ładując baterie na kolejne miesiące.
******************************************* Już wiecie, dlaczego nie było mnie tutaj przez ostatni tydzień. I już się zapewne domyślacie, że kolejną rzeczą, która się tu pojawi będzie stosik. Ale nie wiecie, że po raz chyba pierwszy jest mi wręcz głupio go pokazać, bo to nieprzyzwoite, żeby w ciągu tygodnia kupić tyle książek. Nie mogę wciąż uwierzyć, że zmieściłam się w limicie bagażu w Ryanair!
wtorek, 10 sierpnia 2010
Nie jest to żaden świeży njus, jako że nominacje do tegorocznej nagrody Bookera zostały ogłoszone 27 lipca. Jako że nie było mnie wtedy jeszcze w domu, miałam zamiar poczekać do 7 września, kiedy to poznamy finalistów, i dopiero wtedy napisać cokolwiek. Ponieważ jednak wszędzie podana jest tylko lista tytułów, a mnie korci, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o nominowanych, podzielę się z wami ich krótkimi opisami. Ciekawa jestem, które książki wydadzą się wam najbardziej interesujące! Peter Carey Parrot and Olivier in America - dwukrotny zdobywca Bookera, tym razem o młodym francuskim arystokracie i jego angielskim służącym, którzy aby uniknąć kolejnej rewolucji francuskiej, wyjeżdżają do Ameryki pod pretekstem studiów nad amerykańskimi więzieniami. Historia nieprawdopodobnej przyjaźni i zderzenia Starego i Nowego Świata. Emma Donoghue Room - chyba najwięcej pozytywnych recenzji na angielskich blogach zbiera właśnie ta książka. Zainspirowana straszliwą historią rodziny Fritzla opowieść o pięcioletnim chłopcu, który nigdy nie opuścił pokoju, w którym mieszka razem z matką. Narratorem jest chłopiec, co czyni całą opowieść bardziej niezwykłą. Nie sięgnęłabym chyba po taką książkę, ale pięciogwiazdkowe recenzje blogerów, którym ufam, do mnie przemawiają. O, na przykład ta. Helen Dunmore The Betrayal - co ciekawe, ta powieść jest kontynuacją - dość nietypowe, jeśli chodzi o nagrodę Bookera. Ostatni rok stalinowskiego reżimu, Leningrad. Milicjant ze służb specjalnych przywozi do szpitala swojego ciężko chorego synka. Lekarz wie, że nie może leczyć dziecka, naraziłby się lecząc przypadek, który jest prawdopodobnie beznadziejny. Historia ludzi, próbujących żyć uczciwie i bezpiecznie w niebezpiecznych czasach. Damon Galgut In a Strange Room - bardzo podobał mi się "Dobry lekarz" tego autora i od tego czasu poluję na jego książki. W najnowszej młody mężczyzna wyrusza w trzy podróże: przez Grecję, Indie i Afrykę. W oczach tych, z którymi podróżuje - tajemniczego nieznajomego, grupy beztroskich plecakowców oraz kobiety, przyjmuje on różne role: ucznia, kochanka, strażnika. Każda z podróży kończy się jednak katastrofą i razem zmieniają życie bohatera. Howard Jacobson The Finkler Question - Treslove i Finkler, starzy przyjaciele, spotykają się na kolacji w londyńskim mieszkaniu ich dawnego nauczyciela. Jest to słodko-gorzki wieczór rozliczeń z przeszłością i ze stratami, które dwaj z nich ponieśli. Gdy Treslove wraca z kolacji, zostaje napadnięty, i to kim jest, ulegnie powolnej, lecz nieodwracalnej zmianie. Andrea Levy The Long Song - historia życia July, byłej niewolnicy urodzonej na plantacji trzciny cukrowej na Jamajce w dziewiętnastym wieku. Autorka "Małej wyspy", obsypanej wieloma nagrodami. Tom McCarthy C - opowieść o krótkim, intensywnym życiu Serge'a Carrifaxa, które zostało zmienione przez technologiczne zmiany następujące na początku dwudziestego wieku. Porównywana do dzieł Pynchona, Becketta i Bolaño. David Mitchell The Thousand Autumns of Jacob de Zoet - na tę powieść czekały rzesze czytelników. Japonia, rok 1799, Jacob de Zoet przyjeżdża na wyspę Dejima, która przez 150 lat była jedynym portem łączącym odcięta od świata Japonię z Europą. Obcokrajowcy nie mogą pojechać nigdzie dalej do Japonii, zaś Japończycy nie mogą opuścić wyspy. Dejima staje się swego rodzaju bramą, przez którą oświeceniowe idee zakradają się do skupionego na własnej tradycji kraju. Lisa Moore February - w 1982 tankowiec zatonął u wybrzeży Nowej Funlandii. 84 członków załogi zginęło. Żona jednego z nich, Helen, właśnie spodziewała się czwartego dziecka. Pół wieku później, w nocy budzi ją telefon z kolejną złą wiadomością. Jej krnąbrny syn potrzebuje pomocy, ale Helen musi uporać się wreszcie ze swoją żałobą, żeby być w stanie mu pomóc. Paul Murray Skippy Dies - tragikomedia w koledżu dla młodych mężczyzn. O miłości, poezji Roberta Gravesa i syrenach. Rose Tremain Trespass - samotny, kamienny dom w cichej dolinie. Jego właściciel, alkoholik prześladowany strasznymi wspomnieniami nie jest w stanie zadbać o dom, swoje psy i samego siebie. W pobliżu mieszka jego siostra, równie osamotniona. W ich świat wkracza nagle nieznajomy, który wywoła cały ciąg zdarzeń zmieniających cichy świat rodzeństwa. Christos Tsiolkas The Slap - pisałam już kiedyś o tej książce. Jej angielskie wydanie wywołało prawdziwą burzę sprzecznych opinii w prasie. Australia, rodzina z przedmieścia urządza grilla dla sąsiadów. Mężczyzna daje klapsa trzyletniemu chłopcu, który nie jest jego synem. Tenże tytułowy klaps wywołuje prawdziwą lawinę zdarzeń. Tę książkę bardzo chcę przeczytać, więc zapewne wkrótce napiszę o niej coś więcej. Alan Warner The Stars in the Bright Sky - 6 młodych kobiet wybiera się na szalone wakacje. Opowieść o kobiecej przyjaźni, pełna życia i radości. Dość zaskakująca lista. No i gdzie jest Ian McEwan?;) Jak sądzicie, kto w tym roku odbierze nagrodę?
niedziela, 08 sierpnia 2010
Ola pojechała do dziadków, U w pracy, a ja spędzam dni sama. No, może nie całkiem, bo w ciszy pustego mieszkania tym łatwiej pogrążyć się w książce do tego stopnia, że nagle moja kuchnia staje się na przykład nowojorskim apartamentem, a zza pleców słyszę gwar elitarnej szkoły Duchesne. Trochę ciarki po plecach chodzą, bo przecież większość z jej uczniów to wampiry! Nieprędki był mój powrót do "Błękitnokrwistych" Melissy de la Cruz. Zapomniałam już prawie o tej serii, gdy dostałam niespodziewanie od wydawnictwa tom trzeci. Nabrałam na niego ochoty, ale nie miałam drugiego! Okazało się, że chyba jest to bardziej popularny cykl, niż myślałam, bo nie mogłam nigdzie drugiego zdobyć! Wszystkie egzemplarze wyprzedane, ale w końcu w jakiejś księgarni wypatrzyłam ostatni egzemplarz - aż dziwne, bo wszystkie inne części leżą na półkach. Mogłam dzięki temu jednak przeczytać od razu część drugą i trzecią, co było zdecydowanie z korzyścią dla lektury, jako że "Maskarada", choć także wciągająca, jest zdecydowanie słabsza od "Objawienia", w którym autorka zrzuca na całkiem bezpiecznie się już czującego czytelnika kilka bomb.
Inaczej ma się sprawa z "Objawieniem". Trzecia część sagi jest zdecydowanie bardziej mroczna i tajemnicza. Trzecia część jest zdecydowanie najlepsza jak do tej pory, zaskakująca i niepokojąca. To już nie tylko literatura młodzieżowa, ale pełnokrwista (poniekąd w dosłownym tego słowa znaczeniu) powieść, którą z przyjemnością mogą czytać dorośli. Cieszę się, że przeczytałam ją dopiero teraz, bo dzięki temu nie będę tak długo czekać na kolejne tomy - dwa kolejne ukażą się na przełomie września i października. Moja ocena: "Maskarada" 3.5,"Objawienie" 4.5
piątek, 06 sierpnia 2010
Można powiedzieć, że lato upływa mi pod znakiem kryminałów, i to wcale nie tych dodawanych teraz do Polityki. Większość książek, które zabrałam do Skandynawii, była właśnie skandynawskimi kryminałami. Czytaliśmy je wszyscy, wyrywając sobie niemalże z rąk. Głównym minusem była niemożność rozmawiania o nich po zakończeniu lektury z tymi, którzy też już tę książkę przeczytali, jako że zawsze znajdował się ktoś, kto w tym momencie dopiero zaczynał i krzyczał, żeby nic przypadkiem nie mówić. A że większość rozmów toczyła się w samochodzie, faktycznie trudno było się odizolować! Tak czy inaczej, niezwykłą przyjemnością było czytanie Theorina w Kalmarze, czy Jo Nesbø w Norwegii (niestety nie w Oslo). Z wszystkich zabranych książek jestem też bardzo zadowolona, i trudno mi wskazać, które były lepsze - każda była świetna i każda inna. Część przeczytałam już przed wyjazdem, ale za to U i dziewczyny czytali je w trakcie, ujmę je więc w jedną wspólną notkę. Cykl Jo Nesbø o detektywie Harrym Hole czytaliśmy kompletnie nie po kolei. Zaczęłam od ostatnio wydanego "Pierwszego śniegu", potem przeczytałam środkową część trylogii z Oslo, czyli "Trzeci klucz", a teraz dopiero zdobyłam część pierwszą i trzecią. Zdecydowanie lepiej byłoby czytać po kolei, ale nawet w tej kolejności czytało się je świetnie. Harry jest dość typowym bohaterem, jeśli chodzi o skandynawskie kryminały. Alkoholik, abnegat, wciąż o krok od wyrzucenia z pracy, wciąż nieszczęśliwy i jakimś cudem ujmujący oraz oczywiście niezwykle skuteczny.
Autorowi nie brakuje pomysłów i fabuła, zwłaszcza w "Pierwszym śniegu" jest momentami trochę makabryczna. Rozwiązanie zagadki jednak zaskakuje, a akcja trzyma w nieznośnym wręcz napięciu. Trochę gorzej wyglądało to w "Trzecim kluczu", w którym udało mi się odgadnąć, kto jest "winny", ale trzeba przyznać, że w księgarni na wyspach Alandzkich mój wzrok padł na coś, co naprowadziło mnie na rozwiązanie zagadki, może więc nie jest to wina autora... Ciekawa jestem bardzo kolejnych tomów i cieszę się, że jeszcze kilka przede mną, chociaż chyba daruję sobie najwcześniejsze książki Nesbø, które mają zdecydowanie słabsze recenzje. Zupełnie inny styl mają kryminały Anne Holt, także norweskie. Na przykładzie Anne Holt widać wyjątkowo wyraźnie, jak wielkie znaczenie ma promocja. Pierwsza jej powieść została wydana 2 lata temu przez Jacek Santorski & CO, w tak zwanej Czarnej Serii i przeszła prawie bez echa, jeśli nie liczyć kilku postów na specjalistycznych forach. W tym roku sięgnął po nią Prószyński i S-ka, wykupił dobrą ekspozycję w Empiku, zapewne też rozesłał sporo egzemplarzy recenzenckich, jako że recenzje pojawiały się wszędzie, i to bardzo pozytywne. Myślę też, że książka chyba dobrze się sprzedaje, na tyle przynajmniej, że zaraz po "To, co się nigdy nie zdarza" została wydana kolejna część cyklu: "Wybór pani prezydent".
Także tę serię powinno się czytać po kolei, co tym razem mi się udało. Niestety, reszta ekipy wyjazdowej przeczytała tylko środkową część, więc teraz oni będą doczytywać część pierwszą i trzecią, co jakoś nikogo nie zniechęca! Gdybym miała wybrać ten jeden jedyny, najlepszy z ostatnio przeczytanych, kryminał, byłby to bez wątpienia ten, który zostawiłam na koniec. I przyznaję całkiem dobrowolnie, że nie jest to opinia obiektywna, bo nie od dziś wiadomo, że jestem stronnicza względem opowieści osadzonych w małych, nadmorskich miasteczkach, zagubionych w przytłaczającym krajobrazie. Johan Theorin i jego toczące się na Olandii książki są stworzone chyba specjalnie dla mnie. "Zmierzch" (kilkakrotnie ktoś pytał z niedowierzaniem - "Ale nie mówisz o TYM "Zmierzchu?") to jego pierwsza powieść, i jest to debiut idealny. Zawiązanie akcji typowe dla skandynawskich powieści - mały chłopczyk ginie bez śladu w gęstej mgle. Dalej jednak nie jest już typowo, jest za to nastrojowo i mrocznie. Mijają lata, sprawa zostaje odłożona do archiwum i tylko matka dziecka i jego dziadek nie mogą zapomnieć. Gdy nagle pojawia się nowy ślad, na własną rękę zaczynają nowe śledztwo. Olandia wyludnia się na zimę, letnicy wracają do Sztokholmu, ale spokój jest tylko pozorny, jako że na powierzchnię zaczynają wychodzić upiory przeszłości, zaś zapomniane zniknięcie dziecka okazuje się tylko czubkiem góry lodowej.
W zupełnie innym klimacie zaś polecam przy okazji relację ze Świata Astrid Lindgren na campeones!
czwartek, 29 lipca 2010
Dziwnie było obudzić się w łóżku. Reszta ekipy cieszyła się z powrotu do domu, a mnie jednak żal. Będzie mi brakować widoku migotliwego morza lub jeziora przed namiotem, jasnej poświaty nieba o północy, a nawet deszczu bębniącego o dach namiotu niezmiennie prawie każdej nocy. Muszę chyba jednak zacząć poważnie myśleć o wyprowadzce z miasta... Przeczytałam wszystko, co zabrałam! I oczywiście zabrałam zdecydowanie za mało, przerażona widokiem ogromnych paczek na podłodze, które trzeba było upchnąć w bagażniku. W ostatniej chwili zostawiłam w domu kupkę książek, chociaż przecież wiadomo, że gdzieś bym je wcisnęła... Przeczytałam jednak "Lato" Tove Jansson, "My na wyspie Saltkrakan" Astrid Lindgren, "Zmierzch" Theorina i "Trzeci klucz" Jo Nesbo. I wcale nie mam skandynawskiego czytania dosyć, więc jest szansa, że się za tego "Półbrata" w końcu zabiorę;) Niestety, Skandynawia okazała się mało przyjazna turystom jeśli chodzi o internet. Kafejek internetowych jest bardzo niewiele, dostęp do sieci można uzyskać w bibliotekach, ale tylko na 15-20 minut, i w niektórych biurach informacji turystycznej. Trzeba było zabrać laptopa, bo wi-fi jest na wielu kempingach, ale nie chcieliśmy wozić komputera, który by kusił naszą córkę grami i filmami. Relacja z wyjazdu zacznie się więc dopiero powoli pojawiać, głównie na drugim blogu, tutaj może tylko jakieś literackie miejsca i oczywiście recenzje. A w międzyczasie przeszły trzecie urodziny miasta książek, aż trudno mi uwierzyć, że to już tyle czasu mnie bawi! Ponadto pojawiły się nominacje do Bookera, które będę musiała przeanalizować jak najszybciej, bo mam ochotę przeczytać jak najwięcej z długiej listy, bardzo ciekawej zresztą. Na podłodze czeka stosik niezabranych książek, i drugi, którego nawet nie planowałam zabrać, a który jest równie kuszący... Może więc nie jest tak źle być znowu w domu;)
wtorek, 06 lipca 2010
Od kilku dni znowu pogrążamy się w chaosie, próbując załatwić milion spraw przed wyjazdem. Podtrzymuje mnie na duchu tylko myśl o ciszy i przestrzeni, w której już za chwilę sie znajdziemy. Jedziemy na północ Skandynawii, do Laponii. Mieliśmy w planach Indie, ale wypadek Oli i inne względy przesądziły o zmianie planów. I nawet muszę przyznać, że się z tego cieszę. Tęsknię za Indiami ogromnie, ale trudno w upalnym mieście nie marzyć o pustych i chłodnych krajobrazach Laponii, fiordach, morzu i tundrze. Poza tym cieszę się na wyjazd z Olą, której w indyjskie Himalaje byśmy nie zabrali, ale pod namiot do Skandynawii jak najbardziej. Za sprawą Oli zresztą pierwszym miejscem, które odwiedzimy, będzie wioska Astrid Lindgren z zagrodami z Bullerbyn, domkiem Emila i chatką Pippi. I oczywiście odwieczny dylemat - jakie książki zabrać. Jako że jedziemy samochodem, nie muszę się aż tak bardzo ograniczać w kwestii wagi, ale to wcale nie ułatwia wyboru! Czy brać książki skandynawskie jedynie, czy coś dla odmiany w innym klimacie? Przyznam, że lubię czytać literaturę z danego kraju podróżując po nim, ale może czasem przyda się urozmaicenie? Na pewno zabieram "Zmierzch" Theorina, który zostawiłam specjalnie na tę okazję i "Lato" Tove Jansson. Ale co poza tym? Waham się pomiędzy:
Jak się zdecyduję, to zapewne napiszę. Oczywiście zabieramy też cały zestaw książek Astrid Lindgren i Muminków! I oczywiście jak zawsze dużo czasu na czytanie mieć bynajmniej nie będę, ale na pewno trochę go wygospodaruję... A Wy zabieracie lektury związane z miejscem wyjazdu czy raczej coś całkiem odmiennego? Trochę się obawiam, że pogoda będzie kiepska, a lektury będę miała równie depresyjne;) Chociaż gdy ostatnio byliśmy w Skandynawii, były upały wcale nie mniejsze niż w Polsce w ostatnich dniach! Na relację z wyjazdu zapraszam na http://campeones.blox.pl - ruszamy w piątek. |
Zakładki:
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Wyzwanie
Bliskie mi adresy
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Zaglądam także tutaj
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi
Miasto Książek on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||