czwartek, 28 kwietnia 2016

Bohaterka, którą trudno polubić.

Chaotyczna, poszatkowana narracja.

Kiczowata okładka.

Intensywna reklama i informacja, że to najlepiej się sprzedający debiut roku w USA.

A jednak was rozczaruję i powiem szczerze, że mimo wszystkich tych czynników, "Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" zrobiła na mnie spore wrażenie. Czytając, czułam chłód gdzieś w okolicach kręgosłupa i jakiś taki lekki ucisk w żołądku. Wszystko przez to, że mam nastoletnią córkę, a Jessica Knoll w sposób niezwykle sugestywny i niestety wiarygodny opisuje, w co może wpakować się szukająca akcpetacji nastolatka.

Bohaterką powieści jest niejaka TifAni FaNelli, obecnie prawie trzydziestolatka, robiąca karierę jako dziennikarka w kobiecym czasopiśmie i planująca ślub z rycerzem na białym koniu. W żyłach Luke'a płynie błękitna krew, jest bogaty i bez oporów daje swojej narzeczonej kartę kredytową, z której ta może wedle uznania korzystać, nosi też szacowne i dobrze brzmiące nazwisko. To właśnie tego nazwiska i kojarzonego z nim statusu społecznego TifAni pożąda najbardziej, dążąc do niego zmieniła zresztą lekko swoje imię i od dawna każe na siebie mówić Ani. Choć może się wydawać, że jest po prostu aspirującą snobką, tak naprawdę pragnie nazywać się inaczej, żeby wreszcie poczuć się bezpiecznie. Żeby nikt nie mógł jej już zrobić krzywdy.

O tym, skąd to poczucie niepewności u pięknej i odnoszącej sukcesy kobiety, dowiadujemy się stopniowo. TifAni zostaje zaproszona do udziału w filmie dokumentalnym na temat czegoś, co zdarzyło się przed laty w szkole średniej, do której uczęszczała, a narracja przeskakuje między czasami współczesnymi i pierwszymi miesiącami, które TifAni spędziła w nowej szkole.

Tutaj należy się wam małe ostrzeżenie. Bardzo łatwo natrafić w sieci na informację o tym, co przydarzyło się TifAni - wystarczy poszukać informacji o autorce książki, która kilka miesięcy po premierze książki zdradziła, że oparła się na własnych przeżyciach. Tak naprawdę to dopiero początek tajemnic, nie musicie się więc tych spojlerów nadmiernie bać, jeśli jednak wolicie odkrywać wszystko samodzielnie, nie czytajcie nic na temat Jessiki Knoll i jej książki. Ja się postaram niczego nie zdradzić.

TifAni nade wszystko pragnie akceptacji, a chyba wszyscy wiemy, że to może być początkiem poważnych kłopotów. Jest dość bystra, ale potrzeba znalezienia sobie miejsca w grupie rówieśników jest tak silna, że przysłania wszystko. TifAni robi dokładnie takie rzeczy, przed jakimi matki przestrzegają swoje córki. Jest przy tym doskonale naiwna, przekonana, że zachowuje się w miarę rozważnie, a kiedy staje się coś strasznego, sama przed sobą nie potrafi przyznać, że została skrzywdzona. Nadal pragnie być częścią grupy.

Ta część książki, która opowiada właśnie o tych pierwszych tygodniach w szkole, jest znakomita i bardzo sugestywnie napisana. Tragedia jest łatwa do przewidzenia, a zarazem niemożliwa do uniknięcia, po prostu dlatego, że TifAni jest nastolatką. Przeczuwamy też, że na jednym nieszczęściu się nie skończy i to uczucie oczekiwania na to, co się jeszcze może wydarzyć sprawia, że mimo dość chaotycznej narracji, od lektury trudno się oderwać. Druga część książki okazuje się jednak nieco inna. Autorka skręca mocno w stronę thrilleru, a oczekiwana tragedia okazuje się zupełnie inna, niż się mogliśmy spodziewać. Czyta się to świetnie, lecz trochę szkoda, że z dość subtelnej opowieści o dorastaniu zrobiła się powieść sensacyjna.

Mimo tych niedoróbek warto sięgnąć po "Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie" i zadumać się przez chwilę nad tym, co my, kobiety, same sobie szykujemy. TifAni podniosła się po strasznych przejściach, zdobyła wykształcenie i dobrą pracę, mimo to nadal uważa, że musi być ciągle czujna. Jest stale na diecie, pod maską cynizmu ukrywa strach przed światem, i gotowa jest wyjść za człowieka, którego nie kocha, żeby się dodatkowo zabezpieczyć. Smutne to i niestety bardzo prawdziwe - obawiam się, że w wielu z nas kryje się cząstka takiej niepewnej Ani, która wciąż uważa, że nie należy jej się to, co ma.

Moja ocena: 4.5/6

Jessica Knoll "Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie"

Tłum. Dorota Pomadowska

Wydawnictwo Znak Literanova


środa, 20 kwietnia 2016

Jørn Lier Horst należy do moich ulubionych autorów kryminałów, ale po przeczytaniu "Ślepego tropu" muszę przyznać, że nie jest to pisarz dla każdego. Niejeden czytelnik poczuje się rozczarowany po tej lekturze, zwłaszcza jeżeli "Ślepy trop" będzie pierwszą książką Horsta, po którą sięgnie. Postanowiłam więc zamiast tradycyjnej recenzji wypunktować wady i zalety tej książki, oczywiście w nadziei, że jeśli będziecie wiedzieli, czego się spodziewać, polubicie tego autora tak samo jak ja.

Za co lubię Horsta?

  • Jego książki to bardzo wiarygodne i rzetelnie napisane opisy policyjnych procedur. Nie ma w nich żadnych udziwnień, a wszystko, o czym pisze Horst, mogłoby się naprawdę zdarzyć. Oczywiście, zagadki są dość złożone, ale nie ma tu takich dziwnych przypadków, które sprawiają, że książka robi się ciekawsza, ale niekoniecznie realistyczna.
  • William Wisting jest zwykłym człowiekiem. Nie wyróżnia się niczym, może poza swoją skrupulatnością. Jest bystry, ale nieprzesadnie, jest samotny, ale nie popada w depresję. Zamiast topienia smutków w alkoholu wybiera tapetowanie mieszkania swojej ukochanej córki. Jest dobrym ojcem, a wkrótce będzie zapewne dobrym dziadkiem. Mógłby być naszym sąsiadem, oczywiście o ile mieszkalibyśmy w niewielkim miasteczku w Norwegii.
  • Na pierwszy plan wysuwają się problemy, z jakimi muszą borykać się policjanci. Jørn Lier Horst coś o nich wie - przez lata pracował jako szef wydziału śledczego. Interesuje go etyka policjanta i to, jak łatwo ulec pokusie i w dobrej wierze wejść na drogę bezprawia. Uwrażliwia czytelników na dylematy, które są udziałem prokuratorów i śledczych, wzbudza w nas empatię i zrozumienie. Zakończenie, które może zaskoczyć, a nawet zirytować, jest tak naprawdę kropką nad i w temacie wyborów, których musi dokonywać każdy śledczy i ich konsekwencji.
  • Doceniam intrygi, które wymyśla ten pisarz. Zagadka zniknięcia taksówkarza, która stanowi główną oś fabuły "Ślepego tropu", okazuje się tak wielopoziomowa, że nie sposób ją samodzielnie rozgryźć. Każda mała podpowiedź się liczy, trzeba więc być czujnym i cały czas główkować.

Co mnie irytuje?

  • Warstwa psychologiczna pozostawia sporo do życzenia. Zwłaszcza Line, córka Wistinga, została w "Ślepym tropie" potraktowana po macoszemu. Ile razy można czytać, że boi się porodu? Dlaczego nie ma żadnych dylematów wiążących się z byciem samotną matką? We wcześniejszych tomach Line odkrywała sporą rolę w prowadzonych śledztwach, tutaj jest tylko ciężarną kobietą, która nagle straciła swoją dociekliwość.
  • Nie znajdziecie tu zbyt bogatego tła obyczajowego. Horst nie skupia się na problemach społecznych. Interesuje go praca policji i na niej się skupia. Mnie to odpowiada - sięgając po "Ślepy trop" dokładnie tego oczekiwałam, jednak czytelnik przyzwyczajony do niego innych kryminałów skandynawskich może poczuć się rozczarowany.

Istotnym utrudnieniem jest kolejność wydawanych tomów. Wydawnictwo Smak Słowa utrudniło trochę życie czytelnikom, zaczynając przygodę z książkami Horsta od dziewiątego tomu, który był wówczas najnowszy. Potem wydano tom ósmy i siódmy, a teraz dostaliśmy tom dziesiąty. Wprawdzie życie prywatne Williama i Line stanowi niezbyt istotne tło wydarzeń, jednak mimo wszystko lepiej czytać książki w takiej kolejności, w jakiej zostały napisane. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar zacząć przygodę z Horstem, podaję kolejność wydanych w Polsce tomów (kliknięcie na tytuł przeniesie was do recenzji poszczególnych części):

1. "Poza sezonem"

2. "Psy gończe"

3. "Jaskiniowiec"

4. "Ślepy trop"

Ja oczywiście polecam, bardzo lubię spokojny i wyważony klimat tych powieści. A wy lubicie Horsta czy wolicie bardziej ekscytujące i bogatsze kryminały?

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Wiecie już, że lubię śledzić nagrody literackie. Zwłaszcza nagrody zagraniczne ułatwiają orientację w tym, co ciekawego wydaje się w innych krajach. O ile jednak sporo jest nagród brytyjskich, które obserwuję, z kilku nagród amerykańskich zdecydowanie preferuję nagrodę Pulitzera. Świetne książki bywają nagradzane National Book Award, ale często zapominam o tej nagrodzie, za to co roku w kwietniu czekam niecierpliwie na Pulitzera.

W tym roku laureatów poznamy jeszcze dzisiaj - nazwiska zwycięzców ogłaszane są o 15.00 czasu nowojorskiego. Jury przyznające Pulitzera nie dba o budowanie napięcia i nie zdradza zawczasu nazwisk finalistów - wszystkie karty będą odkryte dzisiaj.

Nagroda Pulitzera dla utworu fikcyjnego przyznawana jest (w różnych formach) od 1918 roku. Kiedyś nazywano ją nagrodą dla najlepszej powieści, od 1948 roku oficjalna nazwa brzmi The Pulitzer Prize for Fiction. Kryteria nie są zbyt jasne i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat ulegały lekkim zmianom. Generalnie przyjmuje się, że Pulitzera otrzymuje najlepsza powieść (lub zbiór opowiadań) amerykańskiego autora, a jury preferuje książki, które dotyczą różnych aspektów amerykańskiego życia.

Sam sposób wyboru laureata jest dość nietypowy. Troje jurorów (wybieranych co roku), czyta wszystkie zgłoszone powieści (przykładowo w 2012 było ich ponad 300), a następnie wybierają trójkę finalistów. Trzy wyselekcjonowane tytuły są następnie przedstawiane głównemu panelowi jurorów, w skład którego wchodzi osiemnaście osób. Ta właśnie grupa przyznaje nagrody we wszystkich kategoriach, a trójka jurorów wybierających książki, które znajdą się w finale, nie może rekomendować żadnego z tych trzech tytułów. Jury przyznające nagrodę może się za to zwrócić do jury nominującego finalistów w danej kategorii o wybranie czwartego tytułu, jeśli żaden z trzech pierwotnie nominowanych nie spełni oczekiwań jurorów.

Wydaje się to dość skomplikowane, a w dodatku czasami dochodzi do kuriozalnych sytuacji, kiedy to nagroda nie zostaje w ogóle przyznana. Tak było w 2012 roku, kiedy troje jurorów wybrało trzy mocne tytuły, zaś panel główny postanowił nie przyznać nagrody, nie próbując nawet skłonić jurorów nominujących do wskazania czwartej opcji.

Może jednak właśnie dlatego, że proces przyznawania nagrody jest dwuetapowy, a może mimo tego, tytuły nagradzane Pulitzerem bywają naprawdę ciekawe i warto się nimi interesować. Przygotowałam dla was listę wszystkich książek, które dostały Pulitzera w tej właśnie kategorii. Podzielcie się w komentarzach tytułami, które czytaliście i polecacie!


Laureaci nagrody Pulitzera

 

2015 „Światło, którego nie widać” Anthony Doerr

2014 „Szczygieł” Donna Tartt

2013 „Syn zarządcy sierocińca” Adam Johnson

2012 nie przyznano

2011 „Zanim dopadnie nas czas” Jennifer Egan

2010 „Majsterka” Paul Harding

2009 „Okruchy codzienności” Elizabeth Strout

2008 „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” Junot Diaz

2007 „Droga” Cormac McCarthy

2006 „March” Geraldine Brooks

2005 „Gilead” Marilynne Robinson

2004 „Znany świat” Edward P. Jones

2003 „Middlesex” Jeffrey Eugenides

2002 „Koniec Empire Falls” Richard Russo

2001 „The Amazing Adventures of Kavalier & Clay” Michael Chabon

2000 „Tłumacz chorób” Jhumpa Lahiri

1999 „Godziny” Michael Cunningham

1998 „Amerykańska sielanka” Philip Roth

1997 „Opowieść o amerykańskim marzycielu” Martin Dressler

1996 „Independence Day” Richard Ford

1995 „Kronika ryta w kamieniu” Carol Shields

1994 „Kroniki portowe” Annie Proulx

1993 „A Good Scent from a Strange Mountain” Robert Olen Butler

1992 „Tysiąc akrów” Jane Smiley

1991 „Rabbit at Rest” John Updike

1990 „Mambo Kings śpiewają o miłości” Oscar Hijuelos

1989 „Lekcje oddychania” Anne Tyler

1988 „Umiłowana” Toni Morrison

1987 „A Summons to Memphis” Peter Taylor

1986 „Na południe od Brazos” Larry McMurtry

1985 „Sprawy zagraniczne” Alison Lurie

1984 „Chwasty” William Kennedy

1983 „Kolor purpury” Alice Walker

1982 „Jesteś bogaty, Króliku” John Updike

1981 „Sprzysiężenie głupców” John Kennedy Toole

1980 „Pieśń kata” Norman Mailer

1979 „The Stories of John Cheever” John Cheever

1978 „Elbow Room” James Alan McPherson

1977 nie przyznano

1976 „Dar Humboldta” Saul Bellow

1975 „Gettysburg” Michael Shaara

1974 nie przyznano

1973 „The Optimist’s Daughter” Eudora Welty

1972 „Angle of Repose” Wallace Stegner

1971 nie przyznano

1970 „Zły charakter” Jean Stafford

1969 „Dom utkany ze świtu” Navarre Scott Momaday

1968 „Wyznania Nata Turnera” William Styron

1967 „Fachman” Bernard Malamud

1966 „Collected stories” Katherine Anne Porter

1965 „The Keepers of the House” Shirley Ann Grau

1964 nie przyznano

1963 „Koniokrady” William Faulkner”

1962 „Oścień smutku” Edwin O’Connor

1961 „Zabić drozda” Harper Lee

1960 „Advice and Consent” Allen Drury

1959 „Podróże Jamiego McPheetersa” Robert Lewis Taylor

1958 „A Death in the Family” James Agee

1957 nie przyznano

1956 „Andersonville” MacKinlay Kantor

1955 „Przypowieść” William Faulkner

1954 nie przyznano

1953 „Stary człowiek i morze” Ernest Hemingway

1952 „Bunt na okręcie” Herman Wouk

1951 „The Town” Conrad Richter

1950 „Droga na zachód” A. B. Guthrie

1949 „Guard of Honor” James Gould Cozzens

1948 „Tales of the South Pacific” James A. Michener

1947 „Gubernator” Robert Penn Warren

1946 nie przyznano

1945 „A Bell for Adano” John Hersey

1944 „Journey in the Dark” Martin Flavin

1943 „Dragon’s Teeth” Upton Sinclair

1942 „In This Our Life” Ellen Glasgow

1941 nie przyznano

1940 „Grona gniewu” John Steinbeck

1939 „Roczniak” Marjorie Kinnan Rawlings

1938 „The Late George Apley” John Phillips Marquand

1937 „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell

1936 „Honey in the Horn” Harold L. Davis

1935 “Now in November” Josephine Winslow Johnson

1934 “Lamb in His Bosom” Caroline Miller

1933 “The Store” T. S. Stribling

1932 “Łaskawa ziemia” Pearl S. Buck

1931”Years of Grace” Margaret Ayer Barnes

1930 „Laughing Boy” Oliver Lafarge

1929 ”Scarlet Sister Mary” Julia Peterkin

1928 „Most San Luis Rey” Thornton Wilder

1927 „Early Autumn” Louis Bromfield

1926 „Arrowsmith” Sinclair Lewis

1925 „So Big” Edna Ferber

1924 „The Able McLaughlins”

1923 „One of Ours” Willa Cather

1922 „Smuga słońca” Booth Tarkington

1921 „Wiek niewinności” Edith Wharton

1920 nie przyznano

1919 „The Magnificent Ambersons” Booth Tarkington

1918 „His Family” Ernest Poole

Update:

Pulitzer Prize for Fiction w roku 2016 otrzymał Viet Thanh Nguyen za debiutancką powieść "The Sympathizer", która ma się ukazać jeszcze w tym roku nakładem Wydawnictwa Akurat. Akcja rozpoczyna się w Sajgonie w 1975 roku, a bohaterem jest mężczyzna rozdarty, podwójny agent, idealista i zdrajca. Brzmi to całkiem intrygująco, będę niecierpliwie czekała na polskie wydanie! Pełną listę laureatów i finalistów znajdziecie na stronie Pulitzer.org.


niedziela, 17 kwietnia 2016

Oszałamiający gwar, setki pisarzy, wydawców i agentów, negocjacje, wykłady, seminaria i spotkania towarzyskie, a przede wszystkim książki, tysiące książek - tak wyglądają Londyńskie Targi Książki, czyli druga pod względem rangi książkowa impreza w Europie.

Brzmi zachęcająco? Niestety, London Book Fair to nie impreza dla każdego i każdy, kto bywa na targach w Polsce, będzie zdziwiony. Nasze targi to przede wszystkim wielki jarmark, podczas którego kupuje się i sprzedaje książki czytelnikom. Targi londyńskie to impreza branżowa, podczas której kupuje się nie tyle książki, ile prawa do ich wydania. Większość odwiedzających to wydawcy, agenci, pisarze i inni ludzie związani z rynkiem książki zawodowo. Nie oznacza to, że zwykły czytelnik nie znajdzie tam nic dla siebie.

Żeby opowiedzieć o tym, co robiłam w Londynie, muszę przyznać się do czegoś, o czym tu nie wspominałam. Ponad rok temu już zaczęłam pracę jako redaktor inicjująca w Wydawnictwie Poznańskim, a przede wszystkim w Czwartej Stronie. Może brzmi to tajemniczo, ale oznacza pracę niezwykle przyjemną, czyli wyszukiwanie nowych tytułów do wydania. Do Londynu pojechałam więc na poszukiwania!

Zanim jeszcze targi się zaczęły, wzięłam udział w konferencji a właściwie warsztacie na temat sprzedaży praw. Agenci, wydawcy i specjaliści od prawa wydawniczego opowiadali o różnych kruczkach i metodach. Rok temu przydałoby mi się to bardziej, ale i tak dowiedziałam się kilku nowych rzeczy i uporządkowałam sobie to, czego nauczyłam się w ciągu ostatnich miesięcy.

Od wtorku zaś zaczęło się targowe szaleństwo! Hala Olympia, w której odbywają się targi, jest wprawdzie dość przestronna, ale wszędzie kłębiły się tłumy. Główną część hali zajmowały stoiska największych wydawnictw, zastawione stolikami, przy których nieustannie obywały się spotkania.

 

P

Oprócz stoisk wydawców angielskich na targach obejrzeć można było książki z całego świata.

Polscy wydawcy zgrupowani byli na dużym stoisku Instytutu Książki.


Spotkania z agentami odbywały się na piętrze, które zastawione było stolikami. To, co widzicie na zdjęciu, to zaledwie ułamek przestrzeni.

Muszę przyznać, że współczułam agentom, którzy mieli spotkania co pół godziny od rana do wieczora przez trzy dni... Ci, z którymi spotykałam się w środę po południu, sprawiali wrażenie mocno skołowanych.

W kilku miejscach targów odbywały się ciągle warsztaty, wykłady i spotkania autorskie. Spotkania podzielono na bloki tematyczne, z których jeden poświęcony był tylko Szekspirowi, jako że w tym roku mija 400 lat od śmierci angielskiego barda. Inne koncentrowały się na literaturze dziecięcej, trendach wydawniczych lub na problemach związanych z tłumaczeniami.

Całość mogła wywołać nie tylko zawroty głowy, ale wręcz konkretną migrenę. Na szczęście na mnie nadmiar książek nigdy nie działa przytłaczająco, byłam więc w swoim żywiole, przeglądając, podpytując i zapisując co ciekawsze tytuły.

Brzmi kusząco? Niewątpliwie, jeśli jednak postanowicie się kiedyś wybrać do Londynu, pamiętajcie, że:

  • Londyńskie Targi Książki nie są tanie. Trzydniowa wejściówka kosztuje około 30 funtów.
  • Jeśli chcecie nawiązać jakieś kontakty, musicie to zrobić przed targami. W trakcie targów nikt nie ma czasu na niezaplanowane spotkania, nie da się po prostu podejść do stoiska dużego wydawcy i pogadać.
  • Nie jest to miejsce do kupowania książek. Wprawdzie na piętrze była chyba sekcja z księgarniami, ale nie jest to istotna część targów.

Czy mimo to warto jechać? Oczywiście! Choćby po to, żeby zobaczyć, jakie tytuły są lub wkrótce będą na topie, wiąć udział w seminariach i spotkaniach, albo po prostu podpatrzeć życie międzynarodowego świata wydawniczego.

Ja skorzystałam oczywiście z okazji i odwiedziłam kilka ulubionych zakątków, a że spotkania na targach zajmowały sporą część dnia, po mieście snułam się wieczorami. Należy dodać, że w doborowym towarzystwie!


W londyńskim autobusie nocą. Od lewej: Magda (bulgarka.pl), mój osobisty brat, Kasia (Ex libris) i ja. Nie wiem, jakim cudem umknęło nam zrobienie zdjęcia podczas kolejnego wieczoru, kiedy dołączyła do nas Patrycja (Bezszmer).

Nie zdziwi was zapewne, że przywiozłam górę książek... Jeśli jesteście ciekawi, jakie, zajrzyjcie na instagramowy profil Miasta Książek (tutaj). I wypatrujcie kolejnych wpisów o Londynie, ponieważ udało mi się odbyć uroczą literacką wycieczkę po jednej z dzielnic i mam zamiar wam o niej wkrótce opowiedzieć!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Kilka dni temu spytałam jedną z grup studentów, czy wybierają się na Pyrkon. Większość miała puste twarze, kilka osób stwierdziło, że chyba tak, ze trzy osoby przejawiły entuzjazm. A jeden student zapytał z całkowicie nieukrywanym niedowierzaniem:

- Pani też się wybiera?

Odpowiedziałam, że oczywiście, i spytałam, czy go to dziwi. Odparł, że tak, ale nie potrafił powiedzieć, dlaczego. Może to sobie dopowiadam, ale widziałam wyraźnie, że jego zdaniem Pyrkon to rozrywka dla młodzieży i nie wyobraża sobie, co właściwie miałabym tam robić. Poważna wykładowczyni na konwencie?

Otóż, szanowni państwo, życie nie kończy się po trzydziestce. Być może niektórzy sobie tak to widzą - na studiach trzeba się wyszumieć, potem jeszcze rok czy dwa można się poobijać, udając, że się szuka pracy, ale reszta życia upłynie na harowaniu, płaceniu rachunków i odbieraniu dzieci z przedszkola. Na pewno nie zaś na przebieraniu się i spędzaniu weekendu w tłumie roześmianych ludzi odgrywających jakieś scenki, walczących na miecze, grających w quidditcha i w planszówki. Z przyjemnością informuję, że weekend można tak spędzić niezależnie od wieku. Co więcej, znam całkiem dorosłych i poważnych ludzi, którzy tak spędzają całe życie!


W moim domu chodzenie na Pyrkon i ewentualnie na inne konwenty, które odbywają się gdzieś w pobliżu, stało się już oczywistością. Młoda miesiącami planuje przebranie, ja odgrażam się, że w przyszłym roku też do niej dołączę, studiujemy program, czytamy książki zaproszonych gości, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy. Oczywiście potem jest zawsze za krótko, za szybko, za mało czasu, żeby się wszystkim nacieszyć, ale to nie szkodzi - wiemy, że za rok będziemy tu znowu.

Przyznam jednak, że w tym roku pyrkonowanie było wyjątkowo trudne, choćby dlatego, że pierwszym zetknięciem większości uczestników z imprezą było to:

Coś chyba w tym roku nie zagrało, bowiem w kolejce po odbiór preakredytacji stało się dłużej, niż trwa obejrzenie jednego odcinka większości seriali. Przypuszczam, problemem była po prostu rekordowa frekwencja. Nie znamy jeszcze ostatecznych liczb, ale podobno do soboty, do godziny dwunastej, na Pyrkonie odnotowano 30 tysięcy gości!

Na szczęście atrakcji było tak wiele, że wspomnienie o kolejce powinno się szybko zatrzeć. Co więc można robić na Pyrkonie, będąc poważną wykładowczynią po trzydziestce? ;)

Można grać w gry planszowe, które chcemy przetestować, zanim zdecydujemy się na zakup.


Można oddać się szałowi zakupów na jednym ze stoisk (podobno było ich ponad 200).


Można pójść na prelekcję o książkach, filmach, fantastycznych stworzeniach i światach, na warszataty rysunku i pisania, na konkurs wiedzy o ulubionym serialu, na wymianę książek.

Można zachwycać się pomysłowością poprzebieranych ludzi i tym, jak dopracowane są ich kostiumy.


Warto zachwycić się wystawą LEGO, na której można było zobaczyć takie cuda, jak maszyna losująca zbudowana z klocków.


Koniecznie trzeba kupić jakąś książkę. My co roku przynosimy coś nowego, powoli odkrywając nowych autorów i nowe serie.

A najlepiej po prostu wtopić się w tłum i cieszyć tym, że wokół jest tyle uśmiechniętych ludzi, którzy na te trzy dni przenoszą się niemalże całkowicie w świat fantazji. Kto by nie chciał od czasu do czasu zamieszkać w jakiejś książce?


Słyszy się czasem narzekania, że Pyrkon zrobił się zbyt wielki, że przychodzą ludzie, którzy nie mają pojęcia o tym, co to jest fandom i czym różni się LARP od RPG. Cóż jednak z tego? Może ci, którzy przyszli tylko popatrzeć, sięgną wkrótce po jakąś książkę fantasy, obejrzą serial, kupią sobie grę? Może ich dzieci będą kiedyś miesiącami przygotowywać imponujące kostiumy? Cieszmy się tym, że tyle osób chce spędzić weekend w świecie fantazji i nie zastanawiajmy, czy są prawdziwymi fanami.

Po więcej zdjęć zapraszam na Facebooka i na Instagram (tak, tak, Miasto Książek dorobiło się wreszcie profilu na Instagramie, zapraszam)! A jeśli też napisaliście coś o Pyrkonie, podzielcie się linkami w komentarzach!

 

wtorek, 05 kwietnia 2016

Dziecko, które znika bez śladu, to popularny motyw thrillerów psychologicznych, a jednocześnie koszmar każdego chyba rodzica. Nie ma znaczenia, że dziecko, jak w przypadku Courtlandów, będących bohaterami książki Tima Johnstona, jest już prawie dorosłe.

Caitlin wkrótce zacznie studia. Jest zapaloną biegaczką, namówiła więc rodziców na wspólne wakacje w Górach Skalistych - chce solidnie potrenować, wie, że na uczelni konkurencja będzie spora, a ona chce zwyciężać w wyścigach. Pewnego ranka zabiera młodszego brata i wyrusza na trening. Chłopiec towarzyszy jej na rowerze, ale nie ma takiej kondycji, jak jego siostra i poruszanie się po górskich ścieżkach nie przychodzi mu łatwo. Trudno więc powiedzieć, kto kogo miał pilnować - brat siostry, czy odwrotnie.

Ostatecznie nie będzie to miało znaczenia. Chłopiec zostaje potrącony przez samochód, a dziewczyna znika bez śladu.

"W dół" Tima Johnstona to nie tylko wciągający thriller, w którym napięcie ani na moment nie opada, zaś zgrabnie poprowadzona intryga zadowoli najbardziej wybrednego czytelnika. To przede wszystkim pięknie napisana analiza tego, co dzieje się z rodziną dotkniętą w tak straszliwy sposób. Czy można się podnieść, nie wiedząc, co stało się z zagnioną córką i siostrą? A raczej, bardziej adekwatnie, czy z góry, na której ostatnio widziano Caitlin, da się kiedykolwiek zejść w dół?

Akcja obejmuje kolejne trzy lata, w którym to czasie rodzina Courtlandów praktycznie się rozpada. Każdy musi sam podjąć decyzję, czy jest w stanie zejść z góry, czy jest w stanie stworzyć sobie choćby namiastkę normalnego życia. Opowieść o tym, jak sobie radzą (a raczej, jak sobie nie radzą), przeplata się z prawdą o zaginięciu Caitlin, skąpo dawkowaną przez autora.

Dramatyczny finał sprawia, że zapominamy o rozterkach, ale po zamknięciu książki pytania powracają. Czy można kiedykolwiek przestać szukać? Czy zniknięcie jednego dziecka musi oznaczać faktyczną utratę drugiego, które tak samo przeżywa zaginięcie siostry? Johnston maluje portret rodziny, która nie jest w stanie podnieść się spod ciężaru, jakim jest nieobecność córki i siostry. Nawet kiedy wrócą do miasta, emocjonalnie będą wciąż tkwić na tej górze, czekając na rozwiązanie, które pozwoli im zejść. Ale czy to kiedykolwiek nastąpi?

Moja ocena: 5/6

Tim Johnston "W dół"

Tłum. Karolina Iwaszkiewicz

Wydawnictwo Marginesy 2016

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Siedzę na balkonie. Na tle nieba tak błękitnego, że wyglądałoby kiczowato na fotografii, odcina się wyraźnie jasny brąz pustułki. Jedna siedzi w budce, druga kołuje, płosząc stadko ruchliwych szpaków. Metalicznie połyskujące pióra sroki migają między gałęziami. Trwają ostatnie poprawki przy gnieździe, a sroki wydają się bardzo zaaferowane, co chwilę skrzeczą przeraźliwie, przepychają się, przynoszą kolejne patyki. Jedna z nich zostawiła mi wczoraj w doniczce orzech włoski - często traktują mój balkon jako prywatną spiżarnię, kiedyś znalazłam kawałek parówki skrzętnie ukryty między pelargoniami. Co jakiś czas zaglądają też modraszki, które przez całą zimę były regularnymi gośćmi. Słychać stukanie dzięcioła.

Nie mieszkam na wsi. Mój balkon znajduje się w samym sercu poznańskiego blokowiska, na gwarnym osiedlu. Wydawałoby się, że nie jest to dobre miejsce do obserwacji ptaków. A jednak! Ptaków w mieście jest naprawdę wiele, i nie są to tylko gołębie. David Lindo, brytyjski ornitolog, radzi: "Po prostu zadzieraj głowę". To wystarczy, by odkryć, że nasze miasta są dużo bardziej dzikie, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Davida Lindo cytuje w swojej książce Stanisław Łubieński. Cytuje też wielu innych pisarzy, opowiada o malarzach, tropi zapomniane postaci historyczne. "Dwanaście srok za ogon" to nie tylko książka o ptakach. To książka o tym, jak można dać się owładnąć pasji, o tym, że życie nie musi polegać tylko na chodzeniu do pracy i zajmowaniu się domem.

Łubieński pisze więc o ptakach i o swojej fascynacji nimi, ale jednocześnie wspomina o Chełmońskim, o Jamesie Bondzie, o Jonathanie Franzenie. Snuje swoje erudycyjne opowieści w gawędziarskim stylu, bez wysiłku przechodząc od wspomnień z włóczęg po górach do opowieści o życiu brytyjskiego pisarza hodującego ptaki drapieżne.

Na wyobraźnię mocno działają fragmenty dotyczące obozów obrączkarskich i ptasich migracji. Łubieński pozwala nam zajrzeć do świata najbardziej zapalonych ptasiarzy, którzy całe tygodnie spędzają w namiotach, w regularnych odstępach czasu przeglądając sieci. Pomaga nam zrozumieć ekscytację młodego człowieka, który po raz pierwszy trzyma w dłoni rudzika lub mysikrólika. Przeplata to informacjami o trudach ptasich wędrówek i niebezpieczeństwach, jakie czekają na nasze ptaki podczas drogi na południe. I choć to nie powieść, trudno się od lektury oderwać.


Już jakiś czas temu zdiagnozowałam u siebie Compulsive Birding Disorder. Nie jestem w tym osamotniona - amerykański pisarz Jonathan Franzen przyznał w eseju zatytułowanym "My Bird Problem", że jest uzależniony od obserwacji ptaków. Czekając na autobus, liczę kwiczoły na trawniku, przechodząc koło Collegium Maius zawsze wypatruję pustułek - ich gniazdo, ulokowane bardzo dogodnie w załomie dachu, obserwowaliśmy przez okno z sali, w której odbywały się ćwiczenia z zoologii kręgowców (prawdopodobnie nie wiecie, że studiowałam także biologię). Nie wiem, czy wciąż tam gniazdują, ale słyszę je czasem, wysiadając z tramwaju na Fredry. Ptaki mnie uspokajają.

Nie jestem więc obiektywna w swojej ocenie książki Łubieńskiego, jednak sądzę, że nie trzeba interesować się ptakami, by znaleźć przyjemność w lekturze tej mądrej i pieknie napisanej książeczki. Pokuszę się nawet o taką konkluzję - jeśli mielibyście przeczytać tej wiosny tylko jedną książkę, złapcie "Dwanaście srok za ogon". A potem podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach.

Moja ocena: 6/6

Stanisław Łubieński "Dwanaście srok za ogon"

Wydawnictwo Czarne 2016

piątek, 01 kwietnia 2016

Przez chwilę na blogu zapanowała cisza, a to dlatego, że dopracowywałam szczegóły projekty, który zajął mi ostatnio sporo czasu. Wreszcie mogę się pochwalić efektem, który być może was nawet nie zaskoczy - przecież wielu blogerów wydaje teraz książki. Ja się dość długo opierałam, ale temu pomysłowi uległam, bo kto by nie uległ w takim gronie? Z przyjemnością więc oznajmiam, że 22 czerwca w księgarniach pojawi się antologia opowiadań kryminalnych, których akcja toczy się w świecie książek, zaś autorami są moi ulubieni blogerzy książkowi (i ja)!

Nie możemy się zdecydować jeszcze na okładkę, na fanpejdżu zamieszczę pozostałe propozycje - dobrze, że dano nam wybór, bo taką dużą grupę autorów ciężko przekonać do jednego projektu!

Wiadomo, że z blogerskimi książkami różnie bywa, mam nadzieję jednak, że nasza przypadnie wam do gustu. Piszemy o tym, na czym się znamy - o światku blogerów książkowych, wydawców, magazynów literackich. Pojawia się nawet tramwaj, co chyba też nikogo nie zdziwi.

A żeby zaostrzyć wasz apetyt, zamieszczam fragment swojego opowiadania :)

 ****************************************

Natta nie zmrużyła w pociągu oka. Była zbyt podekscytowana; to jej pierwszy wyjazd na warszawskie targi książki. Spotkała już wcześniej kilku blogerów, ale dzisiaj miała wziąć udział w naprawdę dużym spotkaniu i bała się, że ze zdenerwowania nie otworzy do nikogo ust. Drogę z dworca na stadion przebyła jak we śnie. Serce jej dudniło, kiedy zobaczyła wielki szyld i kłębiące się przed wejściem tłumy. Na szczęście szybko odnalazła stanowisko z karteczką "Obsługa targów", a z maili wiedziała, że właśnie tam powinna odebrać swoją akredytację. Stanęła niepewnie w kolejce i aż podskoczyła, kiedy ktoś dotknął jej ramienia.

- Przepraszam, czy dobrze mi się wydaje, że jesteś blogerką? - zapytał wysoki chłopak o miłej aparycji. Jego twarz wydała jej się znajoma.

- Tak, a czemu pytasz? - Zerknęła na jego identyfikator. Był częściowo zasłonięty przez marynarkę, ale udało jej się dostrzec słowo "Organizator".

- Wiesz co, dostalismy od wydawców bardzo dużo gratisowych książek i nie bardzo wiem, co z nimi zrobić. Pomyślałem, że znajdę kilku blogerów, może będziecie chcieli sobie coś wybrać.

Natta poczuła dreszcz emocji. Darmowe książki, i to jeszcze zanim w ogóle weszła na teren targów? To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nie mogła się jednak oprzeć pokusie.

- Bardzo chętnie rzucę na nie okiem. Kiedy?

- Może od razu? Musimy tylko przejść do pomieszczeń biurowych, tam je trzymam.

Natta zawahała się. Nieczęsto wyjeżdżała gdzieś sama, ale wiedziała, że nie powinna nigdzie chodzić z nieznajomymi. Jednak wizja pokoju pełnego nowiutkich książek, które czekały właśnie na nią, sprawiła, że poczuła przypływ odwagi. Raz kozie śmierć! Przecież przyjechała do Warszawy, żeby przeżyć jakąś przygodę!

- OK, chodźmy więc.

Przebili się przez tłumek gromadzących się przy kasach ludzi i weszli do bocznego korytarza. Kręciło się tu kilka osób, jakaś dziewczyna rozmawiała przez telefon, inna przeglądała notes. Prowadzący ją chłopak wyciągnął klucz i wpuścił ją do leżącego na końcu korytarza biura. Natta weszła niepewnie do środka i od razu zobaczyła stos kryminałów znanego polskiego autora. Rozpromieniła się i w tym momencie usłyszała zgrzyt klucza w zamku.

***

- Natta nie przyjechała? - spytała Magda, blogerka z nadmorskiej miejscowości, zajmując miejsce obok koleżanki. Spotkanie blogerów właśnie się zaczynało.

*****************************************************************************

Chcecie wiedzieć, kim był młody chłopak i co stało się z Nattą? W czerwcu ciąg dalszy! Sama nie wiem, czy bardziej się boje, czy cieszę!

Edit 02.04.2016: Jak się zapewne spodziewacie, jest to tylko primaaprilisowy żart! Aczkolwiek tak dobrze bawiliśmy się, przygotowując nasze fragmenty opowiadań i wymyślając całą otoczkę, że kto wie, czy kiedyś tych opowiadań faktycznie nie napiszemy...


czwartek, 17 marca 2016

Charakterystyczna okładka "Ostatniej arytokratki" migała mi tu i ówdzie, jednak nie wczytywałam się specjalnie w recenzje. Widziałam ostrzeżenia, żeby nie czytać tej książki w miejscach publicznych, bo trudno pohamować nagłe napady śmiechu. Wiedziałam, że to lekka i przyjemna lektura, która zrobiła prawdziwą furorę na czeskim rynku. Nie zwracałam na nią jednak aż do niedawna specjalnej uwagi. Któregoś marcowego dnia poczułam jednak, że jak co roku na przedwiośniu dopada mnie swoiste zmęczenie. Pomyślałam, że może czeski humor będzie niezłym lekarstwem na smętną pogodę i równie smętny nastrój.

Intuicja mnie nie zawiodła - w ciągu weekendu przeczytałam zarówno "Ostatnią arytokratkę", jak i "Arystokratkę w ukropie", odnotowując przy tym znaczącą poprawę humoru.

Bohaterami książek czeskiego pisarza jest arystokratyczna rodzina Kostków. Podobnie jak inni Czesi, w których żyłach płynęła błękitna krew, całe lata temu utracili majątek i siedzibę. Teraz odzyskali swój zamek i tytuł z powrotem, problem polega na tym, że w międzyczasie wyemigirowali do Ameryki i stali się przeciętnymi Amerykanami.

Rodzinnym dziedzictwem jednak nie można wzgardzić. Pan Kostka, jego amerykańska żona i nastoletnia córka Maria jadą do Czech, by zamieszkać na zamku. Brzmi jak bajka? Cóż, nie zapominajcie, że w Czechach absurdów jest co najmniej tyle, co u nas. Zamek mocno podupada, a mieszkająca w nim trójka pracowników wprawdzie cieszy się z powrotu hrabiego i jego rodziny, ale głównie dlatego, że liczą na wyższe pensje. Kasztelan Józef potrafi schować się w lochach, żeby tylko uniknąć ciężkiej pracy, kucharka, pani Cicha, wprawdzie wykonuje swoje obowiązki, ale nie przestaje przy tym narzekać, zaś ogrodnika, zwanego panem Spockiem, bardziej niż rośliny interesują różne dolegliwości.

Evžen Boček od pierwszych stron udowadnia, że znakomicie się czuje w oparach absurdu. Już sama podróż ze Stanów obfituje w nieprzewidziane komplikacje, które nie pozostają bez związku z próbą przewiezienia do Czech prochów przodków i podstarzałego kota. Życie na zamku też okaże się prawdziwą próbą charakteru, i choć niewielu z nas trzyma w sypialni wypchane zwierzęta, z pewnością rozpoznamy wiele problemów, które dręczą rodzinę Kostków. Najpoważniejszym są oczywiście pieniądze, a raczej ich brak. Utrzymanie zamku kosztuje, a służba nie chce pracować za darmo, ku oburzeniu pana Kostki, który nagle staje się większym sknerą niż Ebenezer Scrooge. Jego żona zaś najzwyczajniej w świecie się nudzi. Brakuje jej sklepów, ploteczek u fryzjera, spotkań z koleżankami. Pociechę przynosi lektura kolejnych biografii księżnej Diany i marzenia o spotkaniu z nią, które zresztą hrabina próbuje realizować, nie bacząc na ewentualne koszty.

Patrzymy na Kostków oczami ich latorośli, hrabianki Marii, której zdroworosądkowe podejście stanowi przeciwwagę dla ekscentrycznych zachowań pozostałych bohaterów. Maria jest nastolatką, wydaje się jednak znacznie bardziej dojrzała niż jej rodzice. Jej pragmatyczna relacja skontrastowana z absurdalnymi wydarzeniami, jest zarazem komiczna i wzruszająca. Wiele nastolatek marzy o tym, by pewnego dnia zamieszkać w zamku, żadna z nich nie chciałaby jednak zmierzyć się z tym, z czym musi mierzyć się nasza narratorka.

Największym problemem są hordy turystów, którzy stanowią jedyne źródło dochodu Kostków. Czesi nie przepadają podobno za arystokracją, jednak chętnie podglądają życie swoich hrabin i książąt. Płacą słono za możliwość pooglądania rodziny Kostków podczas obiadu świątecznego, kupują koszulki z podobizną hrabianki i wynoszą z zamkowych toalet papier toaletowy. Najwyraźniej czeskich arystokratów nękają te same problemy, które bywają też naszym udziałem. Rzeczy tajemniczo giną, podłoga zamkowa pokryta jest warstwą gum do żucia, turyści nie są zainteresowani opowieścią przewodnika, a najbardziej ekscytuje ich możliwość zjedzenia domowej kiełbasy i zrobienia sobie selfie z hrabią.

Smutne to wszystko trochę, tym bardziej, że Evžen Boček od lat pracuje jako kasztelan na jednym z czeskich zamków, jego relacja jest więc zapewne wiarygodna. Dlatego też nie wybuchałam dzikim śmiechem podczas lektury "Ostatniej arystokratki". Surrealistyczne miejscami perypetie bohaterów skłaniały mnie raczej do zadumy. Powrót na rodzinne włości nie był dla Kostków błogosławieństwem. Ich rodzina się rozpada, każdy z jej członków zagubiony jest gdzieś wśród swoich niespełnionych oczekiwań, a problemy życia codziennego zdają się ich przerastać. Czeskie społeczeństwo zresztą nie wie, co ze swoimi arystokratami począć. Traktują ich trochę jak zwierzątka w zoo - może nawet nie tyle w zoo, ile w dziecińcu dla zwierząt, w którym można wetknąć kozie palec w oko i pogonić prosiaczka wokół wybiegu. Dokładnie tego oczekują turyści od hrabiego i jego rodziny.

Nie dajcie się jednak zwieść - mimo tych dość smutnych konstatacji, obie powieści mnie rozbawiły i wprawiły w przyjemny nastrój. Maria jest pozytywną i uroczą bohaterką, a ponieważ jako jedyna z Kostków zachowuje zdrowy rozsądek, trudno jej nie kibicować. Zarówno "Ostatnia arystokratka", jak i "Arystokratka w ukropie" to zabawne i lekkie książki, które umilą czytelnikowi niejedno popołudnie. Nie zanosiłam się śmiechem podczas lektury, ale uśmiechałam się pod nosem dość często. Zakończenie daje nadzieję na to, że powstanie kolejna książka o Kostkach - będę na nią niecierpliwie czekać.

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček "Ostatnia arystokratka"

Evžen Boček "Arystokratka w ukropie"

Tłum. Mirosław Śmigielski

Wydawnictwo Stara Szkoła


niedziela, 13 marca 2016

Rzadko zdarza się, że po lekturze kryminału mam ochotę porozmawiać z kimś, kto też go czytał. Nowa seria Arnego Dahla budzi we mnie wiele sprzecznych emocji. Piszę na świeżo, chwilę po zamknięciu ostatniej strony "Gorących krzeseł", ale już kiełkuje we mnie przekonanie, że to najlepsza jak dotąd książka tego autora. Mam jednak świadomość, że ta opinia może być kontrowersyjna.

Wielbiciele twórczości tego nagradzanego pisarza ze smutkiem pożegnali się z Drużyną A - nietypowa jednostka szwedzkiej policji została rozwiązana, a seria książek zakończona. Arne Dahl nie pozwolił czytelnikom zbyt długo tęsknić za ulubionymi bohaterami. Część z nich podjęła pracę w jeszcze bardziej elitarnej jednostce o roboczej nazwie Opcop.

Opcop ma w przyszłości stać się europejskim odpowiednikiem FBI. Fakt, że w ramach Europolu utworzono jednostkę operacyjną, w której skład wchodzą policjanci z wszystkich krajów Unii Europejskiej, jest utrzymywany w ścisłej tajemnicy. W głównym składzie jest kilku starych znajomych, dawnych członków Drużyny A. W każdym kraju działają także członkowie wspierający, których koledzy nie mają pojęcia, że gdzieś w Hadze działa tak niezwykła grupa.

Dość szybko okaże się, że to, co pozostaje tajemnicą dla europejskich stróży prawa, nie jest sekretem dla niektórych przestępców. Kiedy w Londynie zostaną znalezione zwłoki młodej kobiety, a wraz z nimi karteczka zaadresowana do jednostki operacyjnej Europolu Paul Hjelm i jego ekipa będą mieli twardy orzech do zgryzienia, próbując wykryć źródło przecieku.

Tak właśnie zaczyna się "Głuchy telefon", pierwsza część serii o Opcopie. Początki bywają trudne. Drużynę A poznawaliśmy stopniowo, w każdej części dowiadując się więcej o poszczególnych jej członkach. Tutaj zostajemy od razu skonfrontowaniu z dużą i różnorodną grupą, której większości członków nie znamy. Autor zaś nas nie oszczędza, mnożąc kolejne przestępstwa i dokładając coraz to nowe wątki do skomplikowanego śledztwa. Nieszczęsny czytelnik musi mocno skupiać uwagę, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Wytrwałość zostanie jednak nagrodzona, a wszystkie wątki zaczną się w pewnym momencie łączyć, budząc podziw dla pomysłowości autora. Nic nie zostaje nie wyjaśnione, a wszystko splata się w zgrabną, acz zawikłaną intrygę. W globalnym świecie zbrodnie się zresztą ze sobą łączą, a słowa wyszeptane w Krakowie mogą zaważyć na życiu lub śmierci mieszkańca Nowego Jorku. Dlatego też mamy w tej książce naprawdę wszystko - terroryzm, przestępstwa gospodarcze, walkę z pedofilią, niszczenie środowiska, a nawet atak na WTC. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest tego za dużo, jednocześnie jednak zamysł autora jest zrozumiały - drobne przestępstwa prowadzą do wielkich, a spirala wciąż się nakręca. Żadna sprawa nie może mieć wyraźnego początku lub końca, zawsze wynika z czegoś i prowadzi do kolejnej sprawy.

Jest w tej książce kilka słabszych scen, mało prawdopodobnych rozwiązań i dłużyzn, ale całość broni się całkiem nieźle. Od chwili, kiedy wszystko zaczyna się splatać, od lektury trudno jest się oderwać. A co najważniejsze, druga część cyklu jest dużo lepsza!

Jeśli fabuła "Głuchego telefonu" mogła wydawać się zagmatwana, "Gorące krzesła" biją ją na głowę pod względem stopnia skomplikowania. Wątków starczyłoby spokojnie na dwie dobre powieści! Jeden ze zwrotów akcji zadziwił mnie bardziej, niż cokolwiek, co przeczytałam na kartach kryminału, myślę jednak, że zrozumiecie, jeśli nie napiszę o tym nic więcej.

O fabule zresztą w ogóle nie ma po co pisać. Nie po to snuje autor wszystkie nitki swojej opowieści, żeby jakiś bloger sprowadzał całość do kilku banalnych zdań. Wystarczy wiedzieć, co kryje w sobie tytuł. Bawiliście się kiedyś w zabawę, w której krzeseł jest mniej, niż uczestników? Na dany sygnał wszyscy próbują zająć miejsca, a kto nie zdąży znaleźć wolnego krzesła, odpada. Podobną grę toczy ze swoimi ofiarami tajemniczy morderca, tylko że jej reguły są raczej niejasne.

"Gorące krzesła" to jedna z tych książek, które po przeczytaniu ma się ochotę zacząć od nowa, tym bardziej, że na początku lektura nie jest łatwa. Ponieważ otwierająca książkę scena jest nieprawdopodobnie mocna, czytelnik jest już od pierwszych stron kupiony. Łatwo przychodzi też rozróżnianie poszczególnych członków Opcopu - wiemy o nich co nieco po lekturze "Głuchego telefonu". Jednak ilość pozornie niepowiązanych ze sobą wątków przytłacza, a autor zostawia różne tropy bez ostrzeżenia. Wiele razy kartkowałam książek w poszukiwaniu jakiejś wcześniejszej sceny, chcąc przypomnieć sobie coś, co mi umknęło.

Jeśli macie dość tego, że zawsze udaje wam się przed końcem lektury odgadnąć, kto jest mordercą, sięgnijcie po "Gorące krzesła". Pomysłowość Arnego Dahla oszałamia, i trudno wprost nadążyć za jego dziką wyobraźnią, kiedy kolejne wątki zaczynają się łączyć. Pamiętajcie jednak, że to przewrotny pisarz, który bez wahania wyprowadza swoich bohaterów w pole, wysyłając czytelników ich śladem.

Członkowie Opcopu zdają sobie sprawę z tego, że walczą z cieniami. Żyją w świecie, w którym przestępcy mają przewagę. To nie jest typowy, skandynawski kryminał z wątkiem obyczajowym w tle. To szeroko zakrojona, ambitna powieść o świecie, w którym granic już nie ma, są za to zupełnie nowe zagrożenia, z których nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę.

Moja ocena:

"Głuchy telefon" 4/6

"Gorące krzesła" 5/6

Arne Dahl "Głuchy telefon"

Tłum. Robert Kędzierski

Wydawnictwo Czarna Owca 2015

 

Arne Dahl "Gorące krzesła"

Tłum. Dominika Górecka

Wydawnictwo Czarna Owca 2016

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...