czwartek, 27 sierpnia 2015

Chcielibyście czasem móc przeczytać jakąś książkę jeszcze raz po raz pierwszy? Zdarza się z rzadka, że dostajemy od losu taki prezent. Jako nastolatka z zachwytem odkryłam, sięgając po raz drugi po "Władcę pierścieni", że prawie nic nie pamiętam. Z rozmysłem delektowałam się lekturą, przypominając sobie fabułę po kawałku. Teraz zdarzyło mi się to po raz drugi - po prawie trzynastu latach wróciłam do książki, która zapoczątkowała zarówno moją miłość do twórczości Sary Waters, jak i narodziny obsesji na punkcie książek o epoce wiktoriańskiej.

Czytając "Złodziejkę" po raz pierwszy, zrobiłam coś, czego robić się nie powinno - opowiedziałam komuś całą akcję. Po prostu nie mogłam się powstrzymać - emocje we mnie kipiały, zaś to, co autorka funduje czytelnikowi po prostu domaga się jakiegoś ujścia. Na szczęście znalazłam słuchacza, który nie protestował, i czułam tylko lekki wyrzut sumienia. Teraz będę bardziej powściągliwa, ryzykując nawet, że powiem za mało. A najlepiej byłoby, gdybym w tym miejscu skończyła, a wy powinniście już od kilku chwil planować lekturę. I na wszelki wypadek znaleźć osobę, której będziecie mogli opowiadać o książce w trakcie czytania.

W "Złodziejce" Sarah Waters zabiera nas do wiktoriańskiego Londynu - świata złodziei, prostytutek, drobnych cwaniaczków. Flirtując nieco z Dickensem, autorka umieszcza swoją bohaterkę, Sue, w domu prowadzonym przez pana Ibbsa, skupującego ukradzione przedmioty i zręcznie przerabiającego je na coś, co można bezpiecznie sprzedać, oraz pani Sucksby, wychowującej porzucone dzieci i szkolącej je do różnych fachów. Sue jest również podrzutkiem - jej matka rzekomo chciała po nią wrócić, ale nie zdążyła, jako że w międzyczasie udało jej się trafić na szubienicę. Pani Sucksby obdarzyła ją szczególnym uczuciem i traktowała jak własną córkę. Niechętnie więc zgodziła się na rozstanie, kiedy daleki znajomy, niejaki Dżentelmen, zaproponował Sue interes życia. W zamian za doprowadzenie pewnej majętnej panny w jego ramiona, dziewczyna miała dostać więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek w życiu widziała. Choć więc nie znała wielkiego świata, zgodziła się wyjechać na wieś i zostać pokojówką dziewczyny, którą Dżentelmen miał zamiar usidlić.

Od tego zaczyna się cała historia, i zapewne już się domyślacie, że nic więcej napisać nie mogę. Mogę jedynie wyjawić, że w opowieści o złodziejce i dziedziczce kryje się znacznie więcej, niż się spodziewacie po przeczytaniu zarysu fabuły, zaś lekturę tej książki okupicie wieloma emocjami, a być może także nieprzespaną nocą. Sarah Waters pokazała bowiem w "Złodziejce" prawdziwy kunszt, bawiąc się nie tylko ze swoimi bohaterami, ale także z czytelnikiem. Mogę sobie wyobrazić jej minę podczas pisania niektórych scen!

To również bardzo zmysłowa książka, co nie zaskoczy czytelników, którzy zetknęli się wcześniej z tą autorką. "Złodziejka" jest wyjątkowo sugestywnie napisana - wszystkie te pończochy, rzadko zdejmowane rękawiczki, gorsety, te ciemne i zimne wiktoriańskie sypialnie oddziałują silnie na wyobraźnię czytelnika. Przy czym Waters udaje się uniknąć banału - jedna z najbardziej zmysłowych scen dotyczy zębów...

Zazdroszczę wszystkim, którzy lekturę tej książki mają jeszcze przed sobą! A jednocześnie cieszę się, że dzięki wznowieniu sięgnęłam po nią ponownie. Sporo zdążyłam zapomnieć, a te nieliczne rzeczy, które pamiętałam, tylko wzmagały moją ciekawość podczas czytania - wiedziałam mniej więcej, co się stanie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, jak do tego doszło. Pamiętałam, jak się czułam podczas pierwszej lektury, ale nie byłam pewna, z jakiego powodu. Czytałam więc w emocjach, niemalże nie odkładając książki, nie zwracając uwagi na to, że jest środek tygodnia, a praca czeka. Bo to taka lektura, którą odłożyć trudno - przez te kilkanaście godzin po prostu żyje się życiem jej bohaterów, własne mając za nic.

Być może zaczęliście już znajomość z Sarą Waters od innej książki, która się wam wprawdzie podobała, ale nie zachwyciła tak, jak się spodziewaliście. Sięgnijcie po "Złodziejkę" tak czy inaczej. To chyba najbardziej spektakularna powieść tej autorki, emocjonująca i pięknie napisana. Pokochacie ją.


Moja ocena: 6/6


wtorek, 25 sierpnia 2015

Przetrwałam miesiąc bez papierowych książek! Kocham swojego Kindla i naprawdę lubię na nim czytać, ale jednak czegoś mi brakowało. Niewykluczone, że wyboru - w domu mam znacznie więcej nieprzeczytanych książek, niż na czytniku!

O tym, co czytałam przez miesiąc włóczęgi po środkowej Azji, opowiem wkrótce. O samej włóczędze możecie oczywiście przeczytać na Innych stronach, do czego zachęcam, zwłaszcza że pojawiło się tam już sporo wpisów. Tymczasem zaś chciałam opowiedzieć o książce, którą przeczytałam przed samym wyjazdem, ale w natłoku zdarzeń umknęła mi jej recenzja. Zresztą takich pominiętych lektur mam więcej i po kolei postaram się o nich napisać. Aby zaś wynagrodzić wam miesiąc bez Miasta Książek, dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak mam dla was dwa egzemplarze "Zapomnianego legionu" - o tym, jak je zdobyć, napiszę na końcu!

Cóż to za książka w ogóle?

Lubicie czytać powieści historyczne, z mnóstwem przygód, wartką akcją i jakąś malowniczą epoką w tle? Ja tak, a kiedy byłam nastolatką, po prostu uwielbiałam książki, których akcja osadzona była w starożytności. Powieści takich autorów jak Robert Graves, Mika Waltari i wielu innych - wyszukiwałam je w bibliotece i czytałam po wielokroć. Teraz rzadziej po nie sięgam, ale miewam od czasu do czasu ochotę na przypomnienie sobie, dlaczego fascynowali mnie gladiatorzy, patrycjusze, niewolnicy - cały ten barwny, dziwny świat, pełen skrajnych emocji i niebezpieczeństw.

"Zapomniany legion" Bena Kane'a przykuł moją uwagę czymś jeszcze. Autor wykorzystał motyw rzymskiego legionu, który po przegranej przez Rzymian bitwie pod Carrhae powędrował gdzieś na wschód i zaginął. Być może wzięli udział w potyczkach między Chińczykami, a Hunami, a ich potomkowie do dzisiaj mieszkają gdzieś w Azji Środkowej lub w Chinach. Te regiony świata działają na mnie jak magnes, dlatego z tym większą ciekawością sięgnęłam po będącą pierwszym tomem trylogii książkę.

Od razu przyznam - sięgnęłam i przepadłam. "Zapomniany legion" czyta się świetnie, zaś czwórka bohaterów zdobywa naszą sympatię błyskawicznie. Bliżnięta - Fabiola i Romulus, poczęte w dramatycznych okolicznościach, gladiator Brennus i etruski wojownik Tarkwiniusz nie mają łatwego życia. Znajdują się niemalże na dnie drabiny społecznej, co oczywiście mocno komplikuje ich losy. Pragną się zemścić, wyzwolić, odnaleźć bliskich. Każdy, kto zna konwencję powieści historyczno-przygodowej wie, że będą musieli pokonać wiele przeszkód. Tym lepiej dla czytelnika - będzie mógł z zapartym tchem śledzić ich perypetie.

Wspomnieć należy, iż sporo w tej książce nieścisłości i klisz, jednak jeśli się przymknie na to oko i potraktuje całość czysto rozrywkowo, okaże się, że "Zapomniany legion" jest naprawdę doskonałą lekturą. Tło jest soczyste, malownicze i fascynujące, akcja toczy się wartko. Przeczytałam w dwa wieczory i będę niecierpliwie czekać na kolejne części!


Jeśli macie ochotę zapoznać się z losami czwórki bohaterów i dowiedzieć, dokąd być może powędrował zapomniany legion, mam dla was dwa egzemplarze. Żeby je otrzymać, napiszcie w komentarzu tutaj lub na Facebooku dlaczego lubicie czytać książki historyczne. Bo lubicie, prawda? Na odpowiedzi czekam do soboty, w niedzielę wylosuję dwie osoby, które otrzymają "Zapomniany legion"!

środa, 29 lipca 2015

Miasto książek nieco opustoszało, ponieważ wędruję po dzikich górach i egzotycznych miastach. Przygotowałam dla was serię wpisów, które miałam publikować w międzyczasie, ale z nieznanych mi przyczyn nie jestem w stanie... Może kiedy uda mi się gdzieś trafić na normalny komputer z sensownym internetem, to chyba jednak marzenie ściętej głowy w tych rejonach naszej planety. Bądźcie więc cierpliwi, proszę, a najlepiej odwiedzajcie w międzyczasie Inne strony (http://innestrony.blox.pl), tam z wielkim trudem piszę o tym, co widzimy i czego doświadczamy! A widzimy rzeczy, które nas zachwycają i zadziwiają!




wtorek, 14 lipca 2015

Osiem lat temu jednym kliknięciem zmieniłam swoje życie.

A wydawałoby się, że to nie jest możliwe. Jedno kliknięcie, w dodatku nie poprzedzone bynajmniej jakimś rozbudowanym procesem myślowym? A jednak - otworzyłam stronę blox.pl, przesunęłam kursor na pole "Załóż bloga" i kliknęłam.

Rzadko się nad tym zastanawiam, ale skoro zupełnie przypadkiem udało mi się w tym roku tej daty nie przegapić, zaczęłam myśleć o tym, co blogowanie zmieniło w moim życiu. I aż mi dech zaparło, gdy uświadomiłam sobie, jak wiele!

Dzięki blogowi poznałam ludzi intrygujących, otwartych, mądrych i zaczytanych. Kilkoro z nich zostało moimi przyjaciółmi, wielu dobrymi znajomymi. Wciąż docierają do mnie ciepłe słowa, za które jestem nieustająco wdzięczna! Blogowanie pod własnym nazwiskiem sprawiło także, że wielu moich znajomych z niewirtualnego świata zaczęło mnie kojarzyć z książkami. Zaczęli pytać mnie o różne lektury, podsuwać ciekawe tytuły, rozmowy o książkach stały się więc w moim życiu codziennością. Wiecie, jakie to przyjemne uczucie?

Co jeszcze? Nie jestem w stanie zliczyć. Dzięki blogowi przepracowałam ponad rok jako redaktorka portalu Lubimy czytać, co było bardzo ciekawym doświadczeniem. Od niedawna zaś pracuję także w wydawnictwie, i to na najciekawszym z możliwych stanowisk! Piszę dla dużych portali - dla Onetu, dla Allegro, jeżdżę na wykłady do dyskusyjnych klubów książki w różnych miastach, prowadzę spotkania autorskie. W różnych miejscach spotykam ludzi, którzy czytają Miasto Książek (pozdrowienia dla Agnieszki z Filadelfii, dzięki której zwiedziłam to fascynujące miasto)!

Nie piszę tego po to, żeby się chwalić. Piszę, żeby wam powiedzieć, że można robić fajne rzeczy. Że spontaniczna decyzja, jedno kliknięcie, może wywołać lawinę!

A że to wszystko dzięki wam - tym, którzy zaglądają tu po od ośmiu już lat, a także tym, którzy pierwszy raz wpadli wczoraj i dzisiaj wrócili - coś dla was też się w tym wpisie musi znaleźć. Dlatego wybrałam dla was osiem recenzji, po jednej na każdy rok blogowania, które opowiadają o książkach wyjątkowych, takich, które najbardziej utkwiły mi w pamięci, a jednocześnie nie zyskały aż takiego rozgłosu i być może udało wam się je przegapić. Kliknięcie na tytuł przeniesie was do recenzji.

1. "Połówka żółtego słońca" Chimamandy Ngozi Adichie - 2007

Zaczynam właściwie od lekkiego naciągnięcia faktów, bo akurat ta książka nie przeszła całkiem bez echa. Jednak ostatnio Justyna Sobolewska wymieniła ją wśród najważniejszych książek, które umknęły polskim czytelnikom, może więc faktycznie warto o niej przypominać. Jeśli jej nie znacie, potraktujcie ją jako lekturę obowiązkową.

2. "Wspomnienia przychodzą z deszczem" Mary Lawson - 2008

Jest taki typ książki, na który często mam ochotę, i nie jestem w tym chyba osamotniona. Dobra powieść, niezbyt ambitna, ale też niegłupia, z jakąś tajemnicą w tle, wiarygodnymi postaciami, które łatwo polubić i wartką akcją. Słowem - dobre czytadło na poziomie. Jeśli będziecie czegoś takiego szukać, sięgnijcie po książkę Mary Lawson.

3. "Miłość i jej następstwa" Addonia Sulaiman - 2009

Nie dajcie się zniechęcić tytułowi i sztampowej okładce. Sulaiman napisał mądrą i wciągającą książkę, która otwiera oczy na to, że kultura islamu bywa równie opresyjna dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Jego książka to okno na obcy i dziwny świat, a zarazem piękna historia miłosna.

4. "Którędy droga" Iain Pears - 2010

Książka - labirynt, która jest dobrze napisaną powieścią historyczną, kryminałem i zagadką dla czytelnika. Autor bawi się formą, wodzi nas za nos, kusi i wyśmiewa. Do tego w tle mamy szesnastowieczny Oksford i całą plejadę barwnych postaci. Świetna lektura na urlop!

5. "7 razy dziś" Lauren Oliver - 2011

Długo się zastanawiałam nad książką z 2011. Najchętniej wstawiłabym tu "Stację Tajga", ale wydaje mi się, że było o niej jednak dość głośno. A że sporo czytelników Miasta Książek to albo młodzież, albo rodzice nastolatków, postanowiłam przypomnieć wam o bardzo dobrej książce dla młodzieży. Lauren Oliver zdobyła serca czytelników swoją trylogią ("Pandemonium" i dalsze części), ale warto pamiętać też o jej wcześniejszej powieści. Pomysł na fabułę prosty i dobry, wykonanie bez zarzutu - doskonała książka, by zachęcić jakąś nastolatkę do czytania.

6. "Brudna robota" Kristin Kimball - 2012

Książka, która mnie zaskoczyła - spodziewałam się słodkiej opowieści o urokach wiejskiego życia, a dostałam dosadną historię trudów i pasji. Idealna dla wszystkich, których niepokoi coraz szybsze życie i którzy denerwują się, odwijając produkty z kolejnych warstw folii. Jednocześnie ostrzegam - ta książka to odtrutka na wszelkie głupie pomysły, które sama miewam, a które sprowadzają się do tego, że na wsi spędzałabym wieczory na tarasie, łuskając groszek i wdychając zapach maciejki ;)

7. "Zdobywam zamek" Dodie Smith - 2013

Robi się trudniej, bo przypuszczam, że książki wydane dwa lata temu pamiętacie całkiem nieźle. Jeśli jednak przegapiliście akurat tę, szybciutko to nadróbcie. Nie będę się nawet specjalnie wysilać - po prostu wiem, że wam się spodoba. W końcu po tych ośmiu latach już was trochę znam!

8. "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson - 2014

Wybrałam książkę Kate Atkinson przede wszystkim dlatego, że wkrótce ukaże się jej ciąg dalszy. Dlatego jeśli jeszcze po nią nie sięgnęliście, to chyba nadszedł odpowiedni moment. Nie wierzę, że o niej nie słyszeliście - było wokół niej sporo zasłużonego szumu. Intrygująca wizja historii, która wciąż się powtarza, dająca sporo do myślenia. Nie mogę się doczekać ciągu dalszego!

Jeśli macie książkę, o której przeczytaliście kiedyś właśnie tutaj, a którą szczególnie pokochaliście i polecacie ją innym, podzielcie się tym w komentarzach! Bardzo jestem ciekawa, czy zapadły nam w pamięć te same tytuły! A za osiem lat wspólnie spędzonych bardzo wam wszystkim dziękuję!


poniedziałek, 13 lipca 2015

Wiecie, z jaką książką kojarzy mi się Bibliomisiek, czyli prywatnie Michał Stanek? Jeśli zaglądacie na jego bloga, to oczywiście wiecie, że z książkami o Dzikim Zachodzie, a zwłaszcza z wciąż nieprzeczytaną przez mnie "Na południe od Brazos", której jest zagorzałym wielbicielem i orędownikiem. Jednak na jego świetnym blogu Za okładki płotem znajdziecie także teksty o wielu innych książkach! Zajrzyjcie tam, jeśli chcecie znaleźć lekturę, która zdążyła się już pokryć antykwarycznym kurzem, ale jest jak najbardziej warta odszukania i przeczytania. Albo po prostu jeśli macie ochotę na dobrze napisaną recenzję o ciekawej książce! Zanim jednak klikniecie link, przeczytajcie, o jakich książkach Michał zdecydował się opowiedzieć na łamach Miasta Książek :)

Dla marginalnego blogera z raptem sześćdziesiątką "obserwujących" i średnią miesięczną postów na poziomie czterech (ostatnio nawet mniej), zaproszenie do Miasta Książek to nie lada nobilitacja. Zwłaszcza, że to jedno z moich ulubionych miejsc w blogosferze, klimatyczne i konsekwentnie kreowane przez lata. Dziękuję więc Padmie za zaproszenie i spróbuję odpowiedzieć na pytania, choć nie udało mi się w żadnym przypadku ograniczyć ściśle do jednej książki. Ale ponieważ od dawna wspominam gdzie tylko się da o Larrym McMurtrym (i opcjonalnie o Jamesie Ellroyu), tym razem celowo postaram się pominąć tych dwóch. :-)

Książka, która zmieniła moje życie

Cóż, gdybym miał sięgać tylko do beletrystyki, to wybrałbym "Tajemnicę Piaszczystego Kanionu" Karola Maya, trójzeszytowe czerwone wydanie KAW z 1987 roku. To nie jest ani dzieło wybitne, ani bardzo znane w dorobku tego popularnego ale przecież najwyżej średniego pisarza, ale to była pierwsza moja podróż na Dziki Zachód. Plus kolejne zeszyty z serii "Biblioteka przygody, podróż i sensacji", w której ukazywały się mniej znane powieści Maya. Później była lektura "Złota Gór Czarnych" Szklarskich, cykl Okonia o Tecumsehu, "Mały Bizon" Fiedlera i nieliczne wówczas książki popularno-naukowe o Indianach. No i, rzecz jasna, dziesiątki filmowych westernów (z tych okołoindiańskich pierwszy był chyba wstrząsający "Niebieski żołnierz"). Fascynacja i pasja, która trwa do dzisiaj, a dzięki której poznałem dorobek (także pozawesternowy) znakomitych pisarzy takich jak McMurtry, Doctorow, McCarthy - i reżyserów (m. in. Ford, Hawks, Penn, Peckinpah, Leone, Eastwood). Stąd też wzięło się zainteresowanie dawną i współczesną kulturą i historią USA, które trwa do dzisiaj (na moim blogu też królują pisarze amerykańscy).

Ale nie o Mayu chciałem tak naprawdę opowiedzieć, tylko mam nadmierną skłonność do dygresji. Książką, która na moje życie wpłynęła w sposób decydujący, to niezbyt obszerna publikacja Philipa Zimbardo, guru psychologii, twórcy słynnego "eksperymentu więziennego". Po eksperymencie tym, zainspirowany przez własnych studentów, zajął się on pionierskimi badaniami nad nieśmiałością. Pionierskimi na tamte czasy, bo książka "Nieśmiałość. Co to jest? jak sobie z nią radzić?" powstała w 1977 roku. Ja trafiłem na nią w 2002 roku, krótko po studiach. I mnie, człowieka przez całe dzieciństwo i młodość koszmarnie zakompleksionego, skrajnie zamkniętego w sobie i chorobliwie nieśmiałego, Zimbardo poprowadził przez coś na kształt autoterapii. Dzięki niemu wydostałem się z więzienia, w którym sam byłem więźniem i strażnikiem (to niebywale trafne określenie autorstwa jednego z owych studentów Profesora). W następnych latach udało mi się powoli zaistnieć między jakimikolwiek ludźmi, znalazłem pracę którą lubię i w której jestem doceniany, odżyły moje kontakty towarzyskie, w końcu założyłem rodzinę i mam wspaniałą córeczkę - i bez cienia przesady mogę stwierdzić, że to wszystko nie udałby się bez książki Zimbardo. Przy czym nie jest to poradnik pseudo-psychologiczny, jakich dziś pełno na półkach księgarskich. To wnikliwa, poparta wieloletnimi badaniami praca jednego z najwybitniejszych psychologów naszych czasów. Nieśmiali wszystkich krajów - czytajcie i uwalniajcie się :-)


 

Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

Tu wybór był niebywale trudny, bo takich książek mam kilka regałów ;) Po namyśle wybieram "Ulverton" Adama Thorpe'a - prozatorski debiut angielskiego poety, kupiony lata temu z głupia frant, pod wpływem niezrozumiałego impulsu (nigdy nie ciągnęło mnie do literatury angielskiej ani wiejskiej). To jedna z elitarnego grona książek, do których wracam regularnie  co kilka lat. Zawiera tuzin opowiadań, których fabuła rozgrywa się w tytułowej wsi - każde z nich to zamknięty epizod z czasów od Cromwella (pierwsze) do końca XX wieku (ostatnie). Każde opowiadanie ma własnego narratora - a właściwie własną narrację, bo Thorpe operuje ustnym wspomnieniem, kazaniem, dziennikiem, korespondencją, protokołem sądowym, notetkami na odwrocie fotografii, a nawet scenariuszem filmowym. Opowieści te, pozornie samoistne, dopełniają się nawzajem, na przykład kości bohaterów ze starszych lat znajdujemy mimochodem wspomniane kilkaset lat później, dzięki czemu rozwiązuje się zagadka pewnego gwałtownego zgonu i na jaw wychodzi pewne sprzedane czytelnikowi kłamstwo narratora. "Ulverton" jest przy tym, jak przystało na dzieło zawodowego poety, pełen przemyconych mimochodem pięknych refleksji o przemijaniu, niezmiennej naturze ludzkich uczuć i relacjach człowieka z otaczającym go miejscem. A wszystko to w wirtuozerskim tłumaczeniu Roberta Sudoła - od lat w moim rankingu translatorskim "Ulverton" zajmuje pierwszą pozycję. Te wszystkie stylizacje, wyczulenie na melodię słowa tak pisanego jak i mówionego, czynią z "Ulvertonu" istną Kaplicę Sykstyńską sztuki przekładu.



Zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie rozważałem jeszcze książki E. L. Doctorowa, gdyż pisarz ten jest moim zdaniem mocno w Polsce niedoceniony, a dla mnie ciekawszy niż np. Roth. Jego bogaty i różnorodny dorobek jest interesującym zapisem "małej" historii Ameryki (zwłaszcza Nowego Jorku), z jej specyficzną pop-mitologią, mrocznymi epizodami (rasizm, gangsterzy, ubóstwo, sprawa Rosenbergów), i swoistą mgiełką - mimo wszystko - romantyzmu. Odradzam jedynie trudno przyswajalne opowiadania, a z dziesięciu wydanych u nas powieści szczególnie polecam "Ragtime".

Natomiast z polskich pisarzy wymieniłbym Jerzego Sosnowskiego, który poruszając się w obrębie różnych konwencji przynależnych literaturze popularnej niestrudzenie zgłębia te aspekty życia psychologicznego, które nie poddają się racjonalnej analizie. Interesuje go życie emocjonalne z elementem metafizycznym, choć nie chodzi tu o przeżycia religijne. Na pierwszym miejscu stawiam "Prąd zatokowy" - powieść m. in. o Przybyszewskim, reinkarnacji i radzeniu sobie z rozpaczą. W jednym. A to nie wszystko, co się w niej mieści.

Książka, której nie należy sądzić po okładce

Larry'emu McMurtry'emu wielką krzywdę uczynił Wojciech Pogonowski wydając w latach 90. cztery jego powieści w niebywale wręcz kiczowatych okładkach, przez co - taką mam teorię - spalił tego pisarza na rynku polskim. Ale miało nie być o McMurtrym. 

Będzie więc o "Z psich pazurów" Dona Winslowa. Okładka sugeruje mało ambitny "sensacyjniak", co w połączeniu z objętością (ponad 600 stron) zadziałało zapewne odstraszająco zarówno na miłośników prostej sensacji (bo grube) jak i tej ambitnej (bo okładka). A książka to prawdziwa epopeja, opisująca ćwierć wieku wojny z kartelami narkotykowymi na pograniczu amerykańsko-meksykańskim i walk o władzę w samych kartelach. Sensacyjna fabuła to wcale nie największy jej atut; nie brak tu precyzyjnie rozpisanej psychologii, scen autentycznie wstrząsających, i dużej dawki wiedzy o zjawisku, które stanowi do dziś czarną kartę współczesnego cywilizowanego świata. Książka mocna, bezkompromisowa, w wielu miejscach ocierająca się o wybitność w swoim gatunku. Autor wie jak operować makabrą (po przeczytaniu pierwszego zdania odłożyłem książkę do następnego dnia), i ma styl gęstością treści przypominający jako żywo Jamesa Ellroya (a to u mnie wyjątkowy komplement). Jestem przy tym pełen uznania dla tłumaczy, którzy znakomicie poradzili sobie z tą niełatwą i najeżoną slangiem narracją (skądinąd jednym z tłumaczy jest Piotr Chojnacki, znany szerzej jako Zacofany w lekturze). "Pazury" stoją u mnie tuż obok "Ojca Chrzestnego" i nie ustępują mu jakościowo. Szerzej i głębiej pisałem o tej książce na blogu i tam wyjątkowo odsyłam, przez wzgląd na tą niedocenioną pozycję.



Natomiast gdyby mnie ktoś pytał o poezję, to w tej kategorii wymieniłbym "Zamieć w Massachusetts" Josifa Brodskiego - z wierzchu pozbawiony w zasadzie grafiki szarobury zeszyt, skrywający niebywale klimatyczną kolekcję "zimowych" wierszy rosyjsko-amerykańskiego Noblisty, w wyborze i przekładach nieocenionej Katarzyny Krzyżewskiej. W rożnych nastrojach sięgam po różne tomiki mojego ukochanego Poety (mam komplet polskich wydań), natomiast zimą zawsze po "Wiersze bożonarodzeniowe" i właśnie po "Zamieć...". Co roku wracają jak refren.

-------------------------------------------------------------------------------------------

Znacie książki, o których pisze Michał? I czy jestem jedyną osobą, która bardzo chętnie przyjrzałaby się bliżej jego domowej biblioteczce? :D Dziękuję Michałowi, a Was zapraszam serdecznie na jego bloga!

niedziela, 12 lipca 2015

Planowałam przygotować listę dziesięciu książek na wakacje, ale jakoś w ferworze sesji przegapiłam początek wakacji! Przygotowałam jednak kilka niedzielnych dziesiątek dla osób, które lubią podróżować z książką. Zacznę od stosiku z książkami, które wykorzystuję do przygotowania swoich wakacyjnych wojaży. Nie jest to może kierunek szczególnie popularny wśród polskich turystów, ale obiecuję, że w następną niedzielę zabiorę was gdzieś bliżej. Tymczasem jednak zachęcam do czytania o Azji Środkowej - fascynującej, pełnej przyjaznych ludzi i zapierających dech w piersiach krajobrazów.

Peter Hopkirk "Wielka gra" - Ponieważ lubię podróżować nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie, lubię czytać książki o historii miejsc, które mnie ciekawią. Peter Hopkirk jest moim zdaniem nieco niedocenianym u nas autorem - jego książki czyta się jak pasjonujące powieści przygodowe. "Wielka gra" to opowieść o zwykłych ludziach zaplątanych w wielką historię - o oficerach brytyjskich i rosyjskich, którzy ryzykując życiem wyruszali na wyprawy w głąb nieznanych lądów, by zdobyć ważne informacje dla swoich krajów. Tytułowa wielka gra to trwające przez prawie sto lat rozgrywka o Azję Centralną, która toczyła się między dwoma mocarstwami - wiktoriańską Wielką Brytanią i carską Rosją. Trudno się oderwać od lektury.

Peter Hopkirk "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku" - Od tej książki zaczęłam znajomość z autorem. Mianem "obcych diabłów" Chińczycy zamieszkujący zapomniany przez świat Xinjiang określali zachodnich archeologów, badaczy i podróżników. Miasta znajdujące się niegdyś na Jedwabnym Szlaku, zasypane wiele lat temu przez piaski pustyni Takla Makan, stały się magnesem przyciągającym awanturników, szpiegów i naukowców, którzy na przełomie XIX i XX wieku wywieźli stamtąd wiele bezcennych dzieł sztuki. Hopkirk opowiada o tych mało znanych wyprawach w pasjonujący sposób, przybliżając nam dwuznaczny moralnie, ale intrygujący świat dawnych podróżników.

Laurence Bergreen "Marco Polo. Od Wenecji do Xanadu" - Stałam się fanką Bergreena po przeczytaniu jego książki o Magellanie. "Poza krawędź świata" to jedna z najlepszych książek historycznych, jakie czytałam, a "Marco Polo" nie jest dużo gorszą lekturą!

Ilias Esenberlin "Koczownicy" - Jedyna powieść w całym zestawieniu, co jest dość znamienne - nie wydaje się u nas jednak zbyt wiele literatury pięknej z tamtego rejonu świata. "Koczownicy" to kazachska powieść historyczna, opowiadająca o początkach państwa kazachskiego z punktu widzenia koczowników. Powieść czyta się niełatwo, ale świat w niej przedstawiony jest fascynujący.

Bijan Omrani "Asia overland: Tales of travel on the Trans-Siberian & Silk Road" - doskonałe kompendium wiedzy o historii transazjatyckich podróży lądem. Książka podzielona jest mniej więcej na dwie części, z których jedna opowiada o podróżach koleją przez Rosję, a druga o jedwabnym szlaku. Oprócz przeplatających się historii o podróżnikach, książka zawiera nieco (niezbyt aktualnych porad), ale przede wszystkim mnóstwo map, ilustracji i pięknych zdjęć.

Marzena Filipczak "Między światami" - Bezpretensjonalna opowieść o samotnych podróżach autorki po krajach Azji Centralnej - spotkania z ludźmi, szczypta historii, sporo humoru. Bardzo przyjemna lektura.

Colin Thubron "Cień Jedwabnego Szlaku" - Klasyczna już opowieść o podróży tym najdłuższym chyba szlakiem kupieckim na Ziemi. Thubron to doskonały pisarz, który posiada magiczną niemalże zdolność malowania obrazów słowem. Choć książka powstała już ponad dwadzieścia lat temu, nadal warto po nią sięgnąć i dać się uwieść. Pamiętać też należy, że nie jest to jedyna książka o Azji Środkowej tego autora - po "Utracone serce Azji" także warto sięgnąć.

Ludwika Włodek "Wystarczy przejść przez rzekę" - Zbiór reportaży z Azji Środkowej, przypominający mozaikę. Świetnie napisany, powoduje, że ma się ochotę natychmiast spakować plecak i wyruszyć w stronę tych rzadko odwiedzanych rejonów.

Helmut Uhlig "Jedwabny szlak" - Najbardziej chyba naukowe, nieco suche, ale za to dokładne opracowanie dotyczące historii jedwabnego szlaku. Ponieważ udało mi się kiedyś kupić kieszonkowe wydanie, czytałam tę książkę podczas pierwszej podróży do Azji Środkowej. Nie porwała mnie, ale dostarczyła dość solidną dawkę wiedzy.

Marcin Sawicki "Morze światła. Opowieści tadżyckie" - Jedyna książka w tym zestawieniu, której nie czytałam, jednak autor ma u mnie kredyt zaufania po swoich reportażach z Gruzji i Armenii. Poza tym stałam się fanką książek wydawanych przez Fundację Sąsiedzi - nie zawiodłam się na nich jeszcze ani razu i dziwnie przypuszczam, że tadżyckie opowieści Marcina Sawickiego też przypadną mi go gustu...

Czytaliście którąś z tych książek? A może zapomniałam o jakimś ważnym tytule? Wsiąkłam w azjatyckie lektury na dobre, bo czas najwyższy pomyśleć o wakacyjnych wojażach :)

A to oznacza oczywiście, że już za parę dni zaproszę was znowu na Inne strony :) Jeśli chcecie dowiedzieć się, co będę robić w Kirgistanie i w dość zapomnianym i rzadko odwiedzanym zakątku Chin, polubcie Inne strony na Facebooku!


piątek, 10 lipca 2015

Niech nie zmyli was brokat na okładce - książka, o której chcę dzisiaj opowiedzieć, nie jest romansem dla egzaltowanych nastolatek. "Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta" to porządna powieść science fiction, w której możecie z łatwością przepaść.

Pomysł przypomina nieco "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson - Harry August, nieślubny syn arystokraty, wychowany w domku ogrodnika, przeżywa całkiem satysfakcjonujące życie, umiera i rodzi się raz jeszcze. Rodzi się w tym samym czasie i miejscu, ale pamięta swoje poprzednie życie. W dodatku już po przeczytaniu tytułu można się domyślić, że spotka go to jeszcze przynajmniej piętnaście razy.

W odróżnieniu od bohaterki powieści Kate Atkinson, Harry pamięta wszystko ze swoich poprzednich żyć bardzo dokładnie. W jego przypadku nie ma mowy o niejasnych przeczuciach. Wie, że już żył, a mniej więcej po trzecich narodzinach zaczyna zdawać sobie sprawę, że będzie żył ponownie, znowu w tym samym czasie i miejscu.

Chcielibyście żyć wiecznie? Harry nie wydaje się zachwycony tą wizją, ale przyjmuje ją z rezygnacją. Po kilku życiach zaczyna się zastanawiać, czy na pewno jest jedynym przypadkiem osoby uwięzionej w czasie, i powoli dociera do Bractwa Kronosa - stowarzyszenia, którego członkowie również rodzą się po wielokroć, zawsze w tym samym miejscu i czasie. Potrafią przekazywać sobie wiadomości, a gdy dowiedzą się o nowej osobie, którą spotkał ten los, pomagają jej w każdym kolejnym życiu.

Bo przecież rodząc się z wiedzą o tym, co się stanie, łatwo sobie uprościć życie. Wystarczy zapamiętać wyniki konnych wyścigów, postawić na właściwego konia lub zainwestować pieniądze w firmę, o której sukcesie pamiętamy z poprzedniego życia. Ouroborianie, tak bowiem nazywają się członkowie Bractwa Kronosa, potrafią zapewnić sobie wygodny żywot. Pewnego dnia jednak dociera do nich wiadomość przesłana z przyszłości, przekazana umierającemu Harry'emu przez małą dziewczynkę - świat się kończy szybciej niż powinien. Nauczeni doświadczeniem członkowie Bractwa zdają sobie sprawę, że ktoś z nich jest prawdopodobnie za to odpowiedzialny.

Powieść Claire North to fascynująca wizja świata, w którym wszystko dzieje się po wielokroć. Jak walczyć z przeciwnikiem, który, podobnie jak my, narodzi się jeszcze wiele razy? Jak szukać się w kolejnych żywotach? Wreszcie, jak odnaleźć jakikolwiek sens, wiedząc, że wszystko może zdarzyć się jeszcze raz? Od lektury trudno się oderwać, choć North pisze w sposób dość suchy i chłodny. Jednak jej opowieść jest tak dopracowana i tak niepokojąca, że mocno oddziałuje na wyobraźnię.

Co ciekawe, nie ma w tej książce prawie wątku romansowego. Zamiast łatwego i wręcz narzucającego się motywu miłości, która nie gaśnie nawet po śmierci, autorka zdecydowała się skupić na trudnych relacjach Harry'ego z jego przybraną i biologiczną rodziną, a także na relacjach między ouroborianami. Najciekawsza zaś jest opowieść o przyjaźni z wrogiem - o tym, jak można lubić człowieka, którego jednocześnie chcemy zniszczyć.

Claire North to pseudonim, za którym ukryła się Catherine Webb, pisarka ze sporym dorobkiem. Nie wiem, czy taki zabieg był potrzeby - "Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta" to powieść, która broni się sama i z której każdy autor mógłby być dumny. Pod fantastycznym przebraniem kryje się w niej rozbudowana metafora i warto nie tylko dać się porwać dość wartkiej i dramatycznej opowieści, ale także zadumać nad istotą czasu i wartością życia, które przecież w jakimś sensie jest powtarzalne, nawet jeśli nie pamiętamy, byśmy żyli już wcześniej.

Moja ocena: 5/6

środa, 17 czerwca 2015

Zawsze trochę współczuję pisarzom, którzy napisali książkę doskonałą. Jak po stworzeniu wielkiego dzieła można napisać kolejną powieść? Michael Crummey przyznał w jednym z wywiadów, że miał kaca po "Dostatku". Ta szeroko nagradzana (choć nie w rodzinnym kraju autora) powieść była czymś co, według własnych słów, "musiał napisać". Panoramiczny obraz Nowej Fundlandii, z całą jej mitologią, tajemniczością i tradycją, przemówił do czytelników na całym świecie. Swoją kolejną powieścią, wydaną właśnie u nas przez zachwycający swoimi wyborami Wiatr od morza, Michael Crummey udowodnił jednak, że "Dostatek" nie będzie jego najlepszym dziełem, a Nowa Fundlandia to nie tylko romantyczny zakątek przesiąknięty magią.

"Sweetland" pokazuje nam nieco inne oblicze tego skrawka ziemi. Od lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia władze Kanady prowadziły politykę przesiedlania mieszkańców niewielkich osad rybackich rozsianych po wyspach Nowej Fundlandii. Ich utrzymanie było kosztowne, toteż przygotowano plan, który miał zapewnić mieszkańcom godziwe życie i pracę na stałym lądzie. Przesiedleni rybacy, z dziada pradziada utrzymujący się z połowów, mieli spalić swoje łodzie i zapomnieć o morzu. Program jednak nie do końca się sprawdził i w 1975 roku został zakończony, a jego głównym skutkiem pozostały dziesiątki, jeśli nie setki opuszczonych wiosek i rozbitych społeczności.

Niedawno jednak Kanadyjczycy ponownie zaczęli przesiedlać mieszkańców Nowej Fundlandii. Tym razem zawinił katastrofalny stan populacji dorsza - ryba ta niemalże zniknęła z wielu kanadyjskich łowisk. Wprowadzono moratorium na połowy, zaś ludzie utrzymujący się z połowów zostali bez środków do życia. Rząd zaczął więc ponownie oferować pieniądze tym, którzy zgodzą się przenieść w inne regiony kraju.

Wokół takiego właśnie przypadku zbudowana jest fabuła najnowszej powieści Crummeya. Sweetland to nazwa wyspy, a zarazem nazwisko głównego bohatera. Mieszkańcy osady rybackiej otrzymali bardzo atrakcyjną ofertę od rządu, aby jednak mogli z niej skorzystać, konieczna jest zgoda wszystkich. Większość przywitała pomysł z entuzjazmem, niektórzy się wahają. Ostatecznie jednak tylko Moses Sweetland, emerytowany latarnik, nie chce podpisać papierów. Nie potrafi wyjaśnić, dlaczego chce zostać, jednak jest w swoim postanowieniu niezłomny. Ma 69 lat i potrafi być uparty, nawet kiedy zaczyna dostawać listy z pogróżkami.

Moses jest porażająco wiarygodną postacią. Jest prawdziwy ze swoimi wadami, ma poczucie humoru, potrafi się nawet śmiać sam z siebie, jest też refleksyjny, czuły i spokojny. Przede wszystkim zaś jest wierny miejscu, z którego się wywodzi, choć sam nie do końca rozumie, dlaczego.

Powieść podzielona jest na dwie części - w pierwszej wyspa jest wciąż jeszcze zamieszkana, a sąsiedzi Sweetlanda próbują na różne sposoby przekonać go do wyjazdu. On jednak, jakby na przekór swojemu imieniu, nie ma zamiaru się poddać. Moses to po angielsku Mojżesz - ale Sweetland nie ma zamiaru wyprowadzać z wyspy swoich rodaków. Wręcz przeciwnie, chce, aby zatrzymali ziemię swoich przodków, aby jej nie zostawiali. Gdy w końcu niemalże ulegnie, dojdzie do tragedii, która skłoni go do podjęcia niezwykle trudnej i brzemiennej w skutki decyzji.

"Sweetland" to nie tylko opowieść o starym człowieku przywiązanym do swoich korzeni. To przede wszystkim alegoryczna historia miejsc, które znikają wskutek ludzkiej działalności. Crummey jest Nowofunlandczykiem z pochodzenia i martwi go zamieranie małych społeczności, które od wieków były solą tej krainy. Jednak nie tylko w Nowej Fundlandii wioski znikają z map. To samo dzieje się w wielu innych rejonach świata. W Beskidzie Niskim w ramach akcji "Wisła" wysiedlono dziesiątki, jeśli nie setki wsi zamieszkanych przez Łemków. W Chinach rząd przenosi całe społeczności do miast, by na terenie ich wiosek zbudować zaporę wodną, fabrykę lub stadion. Na Podlasiu wyludniają się wioski, bo młodzi ludzie nie chcą już w nich mieszkać, jako że nie ma tam dla nich pracy. Nowa Fundlandia jest przykładem czegoś, co dotyka praktycznie cały świat. Zaś rozbitych społeczności i zapomnianych tradycji nie da się potem przywrócić do życia. "Sweetland" to piękna elegia na ich cześć.

W jednej ze scen Moses znajduje mapę swoich okolic, pełną białych plam i nienazwanych miejsc. Dopisuje nazwy wysp, dorysowuje brakujące zatoki, tworzy nowe lądy. Próbuje ocalić od zapomnienia miejsca, które nawet na mapie nie doczekały się utrwalenia. Misja ta niestety skazana jest na niepowodzenie. Ale czy nie było warto próbować?

Powieść Crummeya traktuje o odchodzeniu i umieraniu. Przeraźliwie samotny Moses jest smutną postacią, mimo swojego poczucia humoru, swojej wytrwałości i przekonania, że to co robi jest słuszne. Ostatecznie jednak okazuje się, że sama wyspa nie wystarczy. To ludzie, którzy ją zamieszkiwali, tworzyli świat Sweetlanda - bez nich nie może przetrwać.

Jeśli wszystko to brzmi przygnębiająco, muszę dodać, że historia ta jest opowiedziana w porywający sposób. Trudno się oderwać od lektury, która hipnotyzuje tak samo, jak "Dostatek". Moses, Lovless, Jesse, Ruth - te postaci są wyraziste i pełne życia. Sam Moses zaś staje się kimś niemalże bliskim, i trudno nie poczuć ucisku w żołądku w pewnych momentach powieści, choć inne wywołują na twarzy czytelnika uśmiech. Samo zakończenie zaś - nie, nic nie powiem, po prostu przeczytajcie sami!

To piękna książka, jedna z tych, o których trudno będzie zapomnieć. Zwłaszcza jeśli znikanie z mapy świata pięknych miejsc pełnych tradycji i historii powoduje u was, tak jak u mnie, ból w sercu. Przypomina, że przeszłość jest wciąż żywa, że miejsca pochówku naszych przodków stanowią część nas samych. Czy literatura może jednak cokolwiek zdziałać? Moses, w obliczu braku papieru toaletowego, przeszukuje domy sąsiadów. Znajduje karton powieści o Nowej Fundlandii. Przegląda je, zaczyna jedną czytać, wreszcie zniesmaczony, wyrzuca ją do oceanu. Nowa Fundlandia w niej przedstawiona jest jego zdaniem fałszywa. Ta scena zdaje się sugerować, że książki nie uratują Nowej Fundlandii. Nie wystarczy czytać o mitach i folklorze. I tak znikną, a wraz z nimi cała kultura rybackich wiosek. Wydaje mi się, że "Sweetland" nie jest próbą ratowania tego świata. To raczej świadectwo jego odchodzenia, pieśń na jego cześć i na cześć ludzi, którzy go zamieszkiwali. Piękna i smutna.

Moja ocena: 6/6

czwartek, 11 czerwca 2015

Zamglona ścieżka przez park. Albo twarz kobiety zapatrzonej w dal. Albo ukwiecona weranda drewnianego domu. Dla wielu czytelniczek taka okładka stanowi magnes, daje pewność, że sięgają po książkę niewymagającą, lekką i przyjemną w lekturze. Inne czytelniczki i zapewne większość czytelników omija takie okładki wzrokiem, w przekonaniu że tzw. literatura kobieca jest dla nich zbyt banalna, zbyt egzaltowana, nieinteresująca. Sensowne to czy nie, tak to chyba działa.

Co się jednak dzieje, kiedy wszystko sugeruje banalną opowieść rodem znad rozlewiska, podczas gdy książka ma do zaoferowania dużo więcej niż tylko "pokrzepienie serc"? Przewrotny wydawca umieszcza na okładce romantyczny obrazek. Przewrotna autorka wymyśla fabułę, która kojarzy się jednoznacznie. Jeśli bowiem nie przepadacie za książkami o ucieczce na wieś, gdzie ludzie się kochają i każdy smaży powidła ze śliwek z własnego sadu, nie zawiesicie oka na książce o warszawiaku, który rozczarowany swoim życiem rzuca wszystko, jedzie przed siebie, by niespodziewanie kupić sobie pensjonat w Bieszczadach.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ja też bym nie zawiesiła. Kiedy mam ochotę poczytać coś ckliwego i ciepłego, sięgam po serię o Malowniczem, bo już ją polubiłam. Nie interesują mnie kolejne książki z tym samym motywem w tle. A jednak!

"Magnolia" Grażyny Jeromin-Gałuszki jest taką właśnie przewrotną książką. Nic nie wskazuje na to, że wyróżnia się czymś od innych opowieści o pensjonatach w małych miasteczkach. Od dawna jednak docierały do mnie głosy, że warto po nią sięgnąć i któregoś dnia postanowiłam to sprawdzić. Opowieść o Filipie Spalskim, który zarobił sporo jako pilot, a któregoś dnia postanowił po prostu przepuścić część swojego majątku na zapyziały pensjonat, którego nawet nie polubił, okazała się całkiem dobrze napisana. Magnolię, położoną gdzieś w bieszczadzkiej wiosce, zaludniają głównie kobiety - szorstkie, zabawne, nietypowe. Miło się słucha ich rozmów i przekomarzania, nawet ich kłopoty wydają się jakieś swojskie (no, może poza problemem Doris, który przybrał formę walizki pełnej pieniędzy). Przyznam jednak, że w trakcie lektury co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że to przecież jest najzupełniej zwyczajna, choć ładnie napisana, książka. Niczym szczególnym się nie wyróżniała - ot, klimatycznie napisana opowieść, jakich wiele. Dopóki nie dotarłam do zakończenia.

Cóż, rozumiem już, dlaczego tyle osób twierdziło, że "Magnolia" jest nietypowa. Nie mogę jednak powiedzieć nic, co was o tym przekona - po prostu przeczytajcie, kiedy najdzie was ochota na dobrą powieść z ciekawymi postaciami kobiecymi.

Jednak mimo że ostatecznie bardzo mi się ta książka podobała, kiedy usłyszałam, że "Magnolia" ma część drugą, poczułam się rozczarowana. Niemożliwe, żeby druga część była równie dobra! Zapewne jednak nie uda mi się was zaskoczyć, gdy napiszę, że wszystkie plotki na ten temat okazały się prawdziwe. "Długie lato w Magnolii" to kolejna mądra i zaskakująca powieść tej autorki. I pomyśleć, że pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie to, że jechałam na kilka dni w Bieszczady, a lubię czytać książki związane z miejscem, w którym jestem.

"Długie lato w Magnolii" rozpoczyna się opowieścią o kolejnym mężczyźnie, który ucieka od swojego wielkomiejskiego życia. Tym razem jest to pisarz, autor kryminałów, którego z Filipem Spalskim łączy pewna obojętność na to, co się wokół nich dzieje. Do Magnolii trafia oczywiście przypadkiem, a mieszkanki pensjonatu zdają się go nie obchodzić. Jednak wiemy od początku, że w którymś momencie zaangażuje się - akcja toczy się dwutorowo, a jej drugi wątek opowiada o przesłuchaniu prowadzonym na miejscowym komisariacie. Wiemy, że nasz bohater stanął w obronie Doris, że ktoś jest w szpitalu. Co się jednak stało i dlaczego dowiemy się dopiero po cierpliwej lekturze. Tym razem autorka wplotła wątek kryminalny, który jednak toczy się niejako w tle. Na pierwszym planie są bowiem wciąż tak samo prawdziwe, mądre i zabawne kobiety, stare i młode.

Grażyna Jeromin-Gałuszka przekonała mnie do swoich książek. Nie wiem, czy nie szkoda, że za sprawą okładek i opisów zaszufladkowano ją jako autorkę literatury dla kobiet, choć z drugiej strony być może sięgną po jej książki liczne rzesze czytelniczek, które nie kupiłyby czegoś wyglądającego na ambitniejszą literaturę. Na szczęście ani one,ani bardziej wymagające osoby nie powinny poczuć się rozczarowane. Obie książki o Magnolii to dobrze napisane, mądre opowieści z zaskakującymi zwrotami akcji, które sprawiają, że trudno będzie o nich zapomnieć, a zarazem ze świetnie wykreowanym światem zaludnionym przez dających się lubić bohaterów. Polecam!

Moja ocena: 5/6

czwartek, 21 maja 2015

Jeśli macie ochotę na książkę, którą będziecie czytać do bladego świtu, nie zważając na to, że następnego dnia trzeba wcześnie wstać, sięgnijcie po "Dwóch braci". Ben Elton z całą pewnością wie, jak przykuć uwagę czytelnika.

Ben Elton to znany komik, pisarz i autor scenariuszy do seriali komediowych. Nie jest zapewne osobą, którą wytypowalibyście jako potencjalnego autora powieści o Holokauście. A jednak tak się dziwnie składa, że nie jest nawet pierwszym komikiem, który za ten poważny temat się zabrał. Co więcej, napisał sagę rodzinną, w której zgrabnie wykorzystał chwyty dobrego scenarzysty i połączył je z historią własnej rodziny, tworząc powieść, od której naprawdę trudno się oderwać.

Berlin, lata dwudzieste - Frieda, młoda lekarka, małżonka muzyka jazzowego, rodzi bliźnięta. Niestety, jeden z chłopców zaraz po porodzie umiera. W sali obok ma miejsce inna tragedia - młoda kobieta umiera, wydawszy na świat chłopca. Ojciec dziecka ją zostawił, rodzice się jej wyrzekli. Dziecka nikt nie chce, dopóki lekarz nie wpada na prosty i zuchwały pomysł podsunięcia dziecka Friedzie i Wolfgangowi. Ci przyjmują to jako dar losu - adoptują małego i wychowują obu synów, jakby byli rodzonymi braćmi. Jest jednak mały problem - Frieda i Wolfgang są z pochodzenia Żydami, zaś adoptowany przez nich chłopczyk to czystej krwi Aryjczyk.

Chłopcy dorastają, nieświadomi tego, że w ich żyłach nie płynie ta sama krew. Ich dzieciństwo upływa na beztroskich zabawach i nawiązywaniu przyjaźni. Szczególnie bliskie są im dwie dziewczynki - Silke, córka kobiety, którą Frieda zatrudniła jako pomoc domową i Dagmara, która pobiera lekcje muzyki u ojca chłopców. Cała czwórka tworzy zgraną paczkę, choć Silke zawsze czuje się nieco gorsza od reszty. Dagmara jest w jej oczach prawdziwą księżniczką - jej rodzice są bogaczami, właścicielami wielkiego domu towarowego w centrum miasta. Jest nie tylko bogata, ale także piękna i pewna siebie, a Silke nie może znieść uwielbienia, jakim darzą Dagmarę obaj chłopcy. Nie wie, że już za kilka lat się ich sytuacja się odmieni i to ona, córka sprzątaczki, będzie stała nieporównywalnie wyżej w społecznej hierarchii niż była dziedziczka żydowskiej fortuny.

Elton bardzo sprawnie snuje swoją opowieść, sprawiając, że od śledzenia losów całej czwórki trudno się oderwać. Dobrze wie, jak przykuć uwagę czytelnika, nie zdradzając, który z braci został adoptowany. Kto nie jest synem Friedy i Wolfganga? Porywczy Otto, który marzy o zemście na nazistach, czy wyważony i ambitny Paulus? Co więcej, wiemy, że wojnę przeżył prawdopodobnie tylko jeden z nich - opowieść toczy się w wielu planach czasowych, między innymi w latach pięćdziesiątych w Londynie, gdzie jeden z braci Stengel otrzymał właśnie list od osoby, która podaje się za Dagmarę. Nie wiemy jednak, czy to Paulus, czy Otto, nie wiemy też, jak to się w ogóle stało, że jeden z nich walczył w czasie wojny w armii angielskiej, a następnie dostał pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Znając historię, możemy się spodziewać, że ten z braci, który z pochodzenia nie jest Żydem, został ostatecznie odebrany rodzinie i wcielony siłą do Wehrmachtu, a może nawet do SS. Przewrotny los może postawić obu kochających się braci po przeciwnych stronach barykady na tym samym froncie.

Taka historia może wydawać się mało wiarygodna, a jednak niesamowite jest to, że została oparta na losach dwóch wujków autora. Nie byli wprawdzie braćmi, lecz kuzynami, ale jeden z nich został adoptowany przez żydowską rodzinę i wcielony do niemieckiej armii, a drugi uciekł w 1939 roku do Londynu i znalazł się na froncie w mundurze alianckim. W pewnym momencie obaj walczyli w odległości zaledwie jednej mili.

I to prawdopodobnie jest odpowiednia chwila na to, by wyjawić, że żałuję, że Ben Elton nie zdecydował się spisać wspomnień swoich krewnych, zamiast przekładać je na język powieści. Nie da się bowiem ukryć, że czytając "Dwóch braci", ma się czasem wrażenie, że autor trochę się zagalopował, a ciągłe zwroty akcji i zaskakujące rozwiązania są nieco zbyt zgrabne. Otto i Paulus są bohaterami, których nie sposób nie lubić, ale trudno w nich uwierzyć. Poświęcenia, do których się posuwają dla dziewczyny, w której są obaj zakochani, sięgają chyba odrobinę za daleko, i z przejmującej opowieści o strasznym kawałku dziejów miejscami robi się ckliwa opera mydlana.

Sytuację ratują dziewczyny. Zarówno Silke, jak i Dagmara są postaciami intrygującymi i dobrze zbudowanymi. Bracia to chodzące ideały, ale Dagmara wydaje się znacznie mniej jednoznaczną postacią, a i mała Silke zdaje się skrywać jakieś tajemnice.

Nie zmienia to jednak faktu, że "Dwaj bracia" to książka przejmująca. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym, jak straszliwy był los niemieckich Żydów, dla których piekło zaczęło się już kilka lat przed wybuchem wojny. Stenglowie są dobrymi obywatelami, wierzą w swój kraj, w sprawiedliwość i moc prawa, a przecież ta wiara w niczym im nie pomoże. Czytelnik bezsilnie przygląda się temu, jak nie decydują się w porę na emigrację, jak bezradnie przyglądają się temu, co dzieje się z ich krajem, absurdalnie długo zachowując wiarę w to, że nic gorszego się już przecież nie może wydarzyć. Kochają swój Berlin, do końca.

Mimo różnych zastrzeżeń, polecam tę książkę z czystym sumieniem. Muszę wprawdzie odnotować, że sporo w niej zdań, których gramatyce można sporo zarzucić - przydałaby się staranna redakcja, jednak nie zmienia to faktu, że choć momentami krzywiłam się nieco, czytałam tę książkę długo w noc. Dałam się zaskoczyć, wzruszyć i zirytować, nie na styl, ale na bohaterów, których los zaczął mnie bardzo obchodzić.

Moja ocena: 4.5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...