niedziela, 12 czerwca 2016

Dawno temu, w epoce Edo, w Japonii popularna była gra o nazwie "Sto opowieści grozy". Ludzie zbierali się wieczorami, zapalali świece i opowiadali historie o duchach, upiorach, o zmarłych, którzy nie chcą odejść ze świata żywych. Po każdej opowieści gaszono jedną świecę. Wierzono, że po każdej opowieści w pokoju pojawia się kolejny duch.

W książce "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni zebrała swoje sto opowieści grozy, w których przywołuje duchy i upiory. Jej opowieści są jednak prawdziwe, choć chwilami dotyczą świata położonego na pograniczu jawy i snu. Zresztą o tragedii, która dotknęła Japonię w 2011 roku, trudno opowiadać w sposób suchy i rzeczowy.

Mam wrażenie, że narrację medialną dotyczącą tsunami zdominowała kwestia elektrowni atomowej w Fukushimie i następstw katastrofy, którą zapoczątkowała awaria chłodzenia reaktorów spowodowana przez wielką falę. Katarzyna Boni nie spieszy się jednak z opowieścią o elektrowni. Najpierw oddaje głos ludziom, którzy stracili swoich bliskich, domy i dorobek całego życia. Nie znając języka, reporterka jedzie do Japonii i z pomocą tłumacza rozmawia z osobami na różne sposoby dotkniętymi tragedią. Wysłuchuje zwierzeń małżonków i rodziców, towarzyszy mnichowi cierpliwie wysłuchującemu lamentów osób, które ocalały. Odwiedza tymczasowe osiedla, które stały się domem dla tysięcy bezdomnych. Nie boi się dotknąć kwestii kontrowersyjnych - opowiada o duchach, które dzwoniły po pogotowie, wsiadały do taksówek, przychodziły bawić się swoimi zabawkami. Spotyka ludzi, którzy czasem tracą władzę nad własnym ciałem, oddając je nie mogącym zaznać spokoju zmarłym.

Młoda reporterka odważnie podeszła do trudnego tematu. O duchach opowiada z takim samym skupieniem, z jakim relacjonuje dramatyczną walkę o schłodzenie reaktorów. Pisząc reportaż, gatunek, było nie było, mocno osadzony w świecie rzeczywistym, z pełną powagą opisuje wydarzenia, w które normalnie byśmy nie uwierzyli. W tej smutnej opowieści o świecie zniszczonym przez ocean nic jednak nie dziwi i nie razi. Jeśli w ciągu kilku minut mogą zniknąć domy, sklepy, szkoły, ulice, ogrody, zabawki i las, jeśli ocean może tak po prostu zabrać kilkanaście tysięcy ludzi, to czy można uznać cokolwiek za niemożliwe?

Tsunami pojawiło się w przekazach medialnych, by po kilkunastu dniach zniknąć, ustępując pola nowszym wydarzeniom. Mieszkańcy regionu Tōhoku do dzisiaj muszą mierzyć się ze skutkami katastrofy. Niektórzy wciąż nie mogą spać, odwiedzają nieczynną budkę telefoniczną, by mówić do swoich bliskich, którzy odeszli. Dwaj mężczyźni nauczyli się nurkować i wytrwale przeszukują dno oceanu w nadziei, że natrafią na szczątki swoich ukochanych - żony i córki. Ludzie, których domy i firmy zabrała woda, mieszkają nadal w barakach, choć miały one być tylko tymczasowymi mieszkaniami.

Katarzyna Boni napisała doskonały reportaż, który nie tylko przybliża rozmiar tragedii, ale także rzuca ciekawe światło na społeczeństwo japońskie. Opowiada o stosunku do śmierci, o trosce o przodków, o bliskich związkach z zaświatami. Obnaża nieudolność władz, które nie są w stanie pomóc ofiarom, a jednocześnie relacjonuje bohaterską walkę o niedopuszczenie do wybuchu elektrowni atomowej.

Autorka snuje swoje opowieści, starannie dobierając właściwe słowa. Każdy rozdział to osobna historia, każdy też ma inną formę, doskonale dobraną do treści. Każda kolejna postać otrzymuje swój głos, a sama autorka czasem pokazuje siebie w konfrontacji z rozmówcami, by innym razem usunąć się całkowicie w cień. W efekcie dostajemy książkę nietypową, nie tylko poruszającą, ale też doskonale napisaną. Myślę, że będzie to jeden z lepszych reportaży tego roku.

Moja ocena: 5.5/6

środa, 08 czerwca 2016

Niektóre miasta dostały wyjątkowy prezent od losu – pisarza, który potrafi słowami wyrazić ich ducha. Dla Stambułu takim prezentem jest Elif Shafak. A może to Stambuł jest prezentem dla Elif Shafak, jako niekończące się źródło fascynujących opowieści?

Jako czytelniczka mogę być tylko wdzięczna autorce i miastu, które ona opiewa. „Uczeń architekta”, najnowsza książka znanej tureckiej pisarki, ratowała mnie w ostatnich tygodniach, kiedy to nie miałam siły kompletnie na nic. Kiedy wykończona kładłam się do łóżka, a galop myśli nie dawał mi zasnąć, otwierałam „Ucznia architekta” i po kilku zaledwie linijkach przenosiłam się prosto do baśniowego świata XVI–wiecznego Stambułu.

Shafak opowiada historię wielkiego architekta imperium otomańskiego, niejakiego Mimara Sinana, który budował dla trzech sułtanów, w tym dla Sulejmana Wspaniałego. Stworzył ponad dziewięćdziesiąt meczetów, pięćdziesiąt szkół, dwadzieścia mauzoleów, wiele mostów, akweduktów i łaźni, lecz jego nazwisko nie jest nam znane. Shafak przywraca go światu zachodniemu, zaś opowieść o jego pracy jest przede wszystkim pretekstem do opowiedzenia o Stambule – mieście totalnym, stanowiącym świat sam w sobie.

Głównym bohaterem jest Dżahan, uczeń wielkiego Sinana, który przez przypadek zostaje opiekunem białego słonia o imieniu Czhota, będącego podarunkiem dla sułtana od wielkiego szacha. W ten sposób trafi do sułtańskiego pałacu, a tam zostanie dostrzeżony przez architekta. Sinan, który gromadzi wokół siebie ludzi zdolnych, lecz skrzywdzonych przez los, zaopiekuje się Dżahanem, czyniąc go swoim czwartym uczniem.

Dżahan będzie więc szedł przez życie jako opiekun słonia i uczeń nadwornego architekta, a obie te funkcje będą się czasem uzupełniać. Będzie brał udział w budowie wspaniałych meczetów, spotykał się w sekrecie z księżniczką, będzie bywał w pałacach i więzieniach. Nauczy się sprytu, ale przede wszystkim jego życiem będzie sterował los. Po latach stwierdzi, że:

Od lat poświęcał życie miastu, gdzie nadal był kimś obcym; oddał swą miłość nieosiągalnej kobiecie, a młodość i siły sztuce, która – choć ceniona – przy najdrobniejszym zwrocie wypadków schodziła na plan dalszy. Coś, co wznosili latami, kamień po kamieniu, można było zniszczyć w ciągu jednego popołudnia. Coś, co cieszyło się uznaniem dzisiaj, jutro mogło zostać odrzucone z pogardą. Wszystko było uzależnione od kaprysów fortuny i teraz już nie miał wątpliwości, jak bardzo jest zmienna.

„Uczeń architekta” to także portret fascynującego miasta. Niezbyt długie rozdziały, które często stanowią zamknięte opowieści, pozwalają zajrzeć w każdy kąt. Spotykamy więc eunuchów, Cyganów, pracowników menażerii, urzędników, ambasadorów i polityków. Zastanawiamy się, czy budynki powinny powstawać kosztem mieszkańców i czy piękno jest wartością nadrzędną. Z przerażeniem obserwujemy, jak niepewny był los sułtańskich dzieci, rozgryzamy spiski i intrygi.

Shafak sprawnie snuje swoje opowieści i buduje napięcie, a od lektury trudno się oderwać. Jednak „Uczeń architekta” nie jest tylko osadzoną w historycznych realiach powieścią przygodową. To także medytacja nad tym, jak dziwnie plecie się nasz los. Dżahan był tylko nieszczęśliwym dwunastolatkiem, pragnącym zemsty sierotą, ale jedna decyzja, podjęta w dodatku przez kogoś innego, uczyniła go mieszkańcem pałacu. Słoń, który przypadkiem stanął na jego drodze, stał się jego najlepszym przyjacielem. Chciał wieść inne życie, ale czy to, które mu dano, nie było bogate i satysfakcjonujące? „Życie jest sumą wyborów, których nie dokonujemy; ścieżek utęsknionych, ale nie obranych” – pisze Shafak. Wybory, których nie dokonał Dżahan, poprowadziły go trudną ścieżką, przynosząc zarówno smutek, jak i satysfakcję.

Moja ocena: 6/6

Elif Shafak "Uczeń architekta"

Tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak 2016



poniedziałek, 30 maja 2016

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być chirurgiem - człowiekiem, który bez zawahania rozcina ludzkie ciało, potrafi naprawić to, co w nim szwankuje, a jednocześnie jednym fałszywym ruchem ręki może wyrządzić olbrzymią szkodę? Chyba każdy, kto musiał poddać się jakiejś operacji, czuł swego rodzaju podziw, szacunek i lęk, zadając jakiekolwiek pytanie swojemu lekarzowi. Świat sali operacyjnej nas fascynuje i przeraża. Henry Marsh, wybitny brytyjski neurochirurg, nie tylko uchyla przed nami zamknięte drzwi, ale także szczerze wyznaje, jak to jest być człowiekiem, którego codziennością jest krojenie ludzkiego mózgu.

Przeczytałam "Po pierwsze, nie szkodzić" z chorobliwą wręcz fascynacją. Marsh opisuje rzeczy, o których wolimy nie myśleć - błędy popełniane przez lekarzy i wąską granicę między operacją zakończoną sukcesem, a całkowitą katastrofą. W jego pracy każdy błąd bardzo drogo kosztuje. Pęknięcie tętniaka podczas operacji najprawdopodobniej oznacza śmierć pacjenta, usuwając guza można wyciąć za wiele, trwale upośledzając człowieka, którego próbuje się ratować, lub za mało. Marsh, doświadczony lekarz, z bezlitosną szczerością opowiada o błędach, które popełnił, i o ludziach, którzy zapłacili za niego najwyższą cenę. Każdy rozdział opowiada o innym problemie neurochirurgicznym, każdy zawiera też opis konkretnego przypadku.

Na szczęście nie wszystkie historie kończą się tragicznie. Nie liczyłam, ale chyba większość opowiada o pacjentach, którym Marsh zdołał pomóc. Często jednak było trudno i cudem tylko udawało się uratować sytuację. Nieprzypadkowo użyłam słowa "cudem", jako że Marsh zdaje się wierzyć, że szczęście lub pech odkrywają bardzo istotną rolę podczas operacji. Tak wiele rzeczy może pójść źle i nawet najlepszy chirurg nie jest w stanie zapobiec wszelkim potencjalnym problemom.

Jak żyć ze świadomością, że z powodu lekkomyślności, zbytniej wiary we własne siły, ze zmęczenia, lub po prostu z nieuwagi popełniło się błąd podczas operacji mózgu? Henry Marsh przeprowadza wnikliwą autoanalizę, próbując zrozumieć samego siebie. Im jest starszy i bardziej doświadczony, tym łatwiej godzi się z myślą o tym, że czasem trzeba się poddać. Nie potrafi być tak buńczuczny i pewny siebie, jak dawniej. Mam wrażenie, że ta książka jest swego rodzaju pokutą, wyznaniem, którego nie mógł uniknąć. Chylę czoła przed tym niezwykłym człowiekiem, który nie tylko wybrał tak trudną i wymagającą niesamowitej odwagi specjalizację, ale przede wszystkim ma w sobie dość pokory i odwagi, by przyznać się do tego, że jest omylny, i że nie raz mu się udało także dzięki łutowi szczęścia.

To dość mroczna, ale fascynująca i świetnie napisana książka. Nie jest to też po prostu kronika trudnych przypadków. Marsh opowiada o swoich wyjazdach na Ukrainę, gdzie próbował pomóc miejscowemu chirurgowi w jego pracy, o operacji swojego synka, kiedy to dowiedział się, że lekarzowi wcale nie jest łatwiej poradzić sobie z lękiem o swoich bliskich, a także o absurdach brytyjskiej służby zdrowia. W tle pojawia się sporo terminów medycznych, a także bardzo plastycznych, wręcz poetyckich opisów wnętrza naszej czaszki. Wszystko jednak podane w sposób bardzo przystępny, poruszający, a zarazem napawający spokojem. Warto przeczytać.

Moja ocena: 5.5/6

środa, 18 maja 2016

Dlaczego na jedną noc? Bo "Obce dziecko" to jeden z thrillerów, od których nie jest łatwo się oderwać.

Miałam zamiar sięgnąć po tę książkę już kilkanaście dni temu, cieszę się jednak, że tego nie zrobiłam. Wiem już, że zawsze dobrze mieć lekki i wciągający kryminał na podorędziu. Przydaje się, kiedy z różnych przyczyn na inne lektury nie ma się siły lub ochoty. Toteż kiedy przedwczoraj obudziłam się z gorączką i ogólnie kiepskim samopoczuciem, najpierw spanikowałam (w końcu za momencik targi książki), potem poszłam do pracy (to był błąd), aż wreszcie położyłam się po prostu do łóżka i sięgnęłam po książkę Rachel Abbott. Byłam pewna, że po piętnastu minutach ją odłożę, bo niedobrze się czyta z bólem głowy, ale po kilku godzinach zorientowałam się, że udało mi się na moment zapomnieć, jak kiepsko się czuję.

"Obce dziecko" jest bowiem typowym page-turnerem - bardzo brakuje mi ładnego, polskiego odpowiednika tego słowa, które oznacza książkę, od której trudno się oderwać. Powieść Rachel Abbott ma sporo wad, ale mimo to czyta się ją doskonale.

Zaczyna się od mocnego uderzenia - kobieta wraca nocą z rodzinnej kolacji, na tylnym siedzeniu śpi jej sześcioletnia córeczka. Jest dość ślisko, a kobieta nie czuje się zbyt pewnie za kierownicą. Nagle dzwoni jej telefon, a głos, którego w pierwszej chwili nie rozpoznała, informuje ją, że ma się pod żadnym pozorem nie zatrzymywać. W tej samej chwili na drodze pojawia się przeszkoda - stojący w poprzek drogi samochód. Kobieta panikuje, dociska gaz do dechy, żeby ominąć przeszkoda, wpada w poślizg i dachuje. Kiedy po kilku minutach na miejsce dociera wezwana przez przypadkowego rowerzystę policja, kobieta już nie żyje, a na tylnym siedzeniu leży tylko pusty fotelik dziecięcy. Dziewczynka zniknęła bez śladu.

Sześć lat później ojciec dziewczynki ma już nową rodzinę - żonę i małego synka. Policja nie potrafi powiedzieć, co stało się z jego córką. Jednak pewnego dnia dziewczynka po prostu zjawia się w rodzinnym domu. Prawie się nie odzywa, do ojca odnosi się z wrogością, nie chce powiedzieć, co się z nią działo przez te wszystkie lata. Druga żona mężczyzny, Emma, nie chce odtrącać małej, ale zachowanie dziewczynki ją niepokoi.

"Obce dziecko" wpisuje się więc doskonale w najmodniejszy obecnie trend. Jest to thriller, którego akcja toczy się w rodzinie, i to członkowie tej rodziny mogą stanowić dla siebie zagrożenie. Nie wiadomo, kto skrywa jakieś tajemnice, wiadomo jednak, że nie można się czuć bezpiecznym we własnym domu. Powieść Rachel Abbott jest na szczęście na tyle zaskakująca, że nie łatwo domyślić się, co tak naprawdę wydarzyło się sześć lat temu. Co kilka stron pojawiają się nowe elementy układanki, a zaangażowany w sprawę policjant z zaskoczeniem odkryje, że w sprawie pojawi się wątek, które dotyczy go osobiście.

Powieść jest dość uproszczona pod względem psychologicznym, a zachowanie bohaterów potrafi irytować, zwłaszcza na początku. Na szczęście im dalej, tym jest lepiej: bohaterowie stają się bardziej wiarygodni, fabuła się zgrabnie rozwija, a zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Uznaję więc spotkanie z książką Rachel Abbott za bardzo udane, tym bardziej, że pomogła mi zapomnieć na kilka godzin o marnym samopoczuciu.

Szkoda tylko, że znowu poznajemy książki w nieodpowiedniej kolejności. Dopiero po lekturze sprawdziłam, że "Obce dziecko" to czwarta część cyklu o detektywie z Manchesteru. Na szczeście brak znajomości wcześniejszych tomów nie przeszkadzał mi w ogóle podczas lektury, ale i tak wolałabym czytać wszystko po kolei. Miejmy nadzieję, że wcześniejsze tomy też zostaną u nas wydane.

Moja ocena: 4.5/6


czwartek, 12 maja 2016

Oglądam sobie czasem filmy z wystąpieniami z konferencji TED. Mam sporo ulubionych, do których czasem wracam, sama lub podczas zajęć ze studentami. Jednym z wystąpień, które lubię analizować, jest prezentacja Amy Cuddy na temat mowy ciała. Zdaniem prelegentki za pomocą mowy ciała możemy kształtować naszą osobowość. Przykładowo, przyjmując przed egzaminem określone pozy, zwiększamy lub zmniejszamy swoje szanse.

W języku angielskim istnieje bardzo zgrabne wyrażenie: "fake it till you make it". W nieco mniej zgrabnym tłumaczeniu oznaczo ono: "udawaj, aż ci się uda". Chcąc coś osiągnąć, udawajmy osobę, która to może osiągnąć. Zachowujcie się jak ktoś, kim chcecie być, żeby ułatwić sobie zostanie tą osobą.

Taką właśnie ścieżkę postępowania wybrała Johanna, bohaterka powieści Caitlin Moran, angielskiej dziennikarki i pisarki. Ta gruba i niezbyt urodziwa nastolatka postanowiła pewnego dnia, że zostanie kimś innym - kimś, kto potrafi zarobić pieniądze i pomóc swojej rodzinie, kimś, kto nie ośmiesza się podczas publicznych wystąpień. Johanna kompletnie nie znała się na muzyce, była jednak zdeterminowana i podeszła do sprawy kompleksowo. W efekcie dostała pracę w londyńskim czasopiśmie i zaczęła obracać się wśród muzyków. Wymyśliła dla siebie pseudonim i jako Dolly Wilde zaczęła podbijać świat.

Nie było to oczywiście proste. W pewnym momencie powiedziała do swojego odbicia w lustrze:

Widzę Dolly Wilde namalowaną a swojej własnej twarzy - dwa z trudem współistniejące oblicza - ale może inni tego nie zauważają. Jeśli będę szybko chodzić i mówić, to może nikt niczego się nie domyśli. Potrzebuję tylko chwili, żeby się pozbierać. A może następnych osiemnastu lat.

Jako Dolly, Johanna jest nie tylko zabawna, ale i pracowita. Postanawia zająć się pisaniem, bo "to jedna z niewielu rzeczy, w których bieda ani brak znajomości nie ograniczają cię." Doskonali swój warsztat - korzysta ze słowników, dobiera najlepiej brzmiące słowa, godzinami słucha muzyki. Jest autoironiczna i bardzo bezpośrednia, używa przy tym dosadnego języka, którego wulgarność może miejscami szokować. Jest przy tym tak autentyczna, tak porażająco wiarygodna, że trudno mieć pretensje do autorki o język, skoro za jego pomocą zdołała wykreować taką bohaterkę.

Idea "fake it till you make it" zawsze fascynowała mnie, a jednocześnie odpychała. Kusząco brzmi możliwość zostanie kimś innym poprzez udawanie tej osoby, jednak trudno nie zauważać związanych z taką taktyką niebezpieczeństw. Świadoma ich jest także Johanna, która będzie ostatecznie musiała zdecydować, czy chce na zawsze zostać Dolly. Udało jej się wyrwać z małomiasteczkowego Wolverhampton, zrobiła karierę, ale co powinna robić dalej? Czy można tak po prostu stać się kimś innym i żyć długo i szczęśliwie?

To mądra, a przy tym niesłychanie zabawna książka, kolejna, którą za kilka lat podsunę swojej córce. Wolę Caitlin Moran jako felietonistkę, ale jej powieść nie rozczarowała mnie. Nie ma w niej ani jednej fałszywej nuty, zaś fragmenty traktujące o muzyce można wręcz uznać za doskonałe. Warto przeczytać, a także podsunąć znajomym nastolatkom, choćby dla tego fragmentu:

Ponieważ jestem osobą oczytaną, powstrzymuję się przed wykrzyczeniem tego oklepanego frazesu, który wykrzykują nastolatki: "NIENAWIDZĘ CIĘ. Ja się na świat NIE PROSIŁAM. Poza tym już kiedyś użyłam tej kwestii, na co moja matka odpowiedziała ze stoickim spokojem: "Cóż, jako buddyści wierzymy, że dzieci, owszem, proszą się na świat. Tak naprawdę wybrałaś mnie na matkę. Więc jeśli coś jest nie tak, obawiam się, że to z powodu złej energii, która towarzyszyła ci przy wyborze mojej osoby. Przykro mi".

Moja ocena: 5/6

Caitlin Moran "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam"

Tłum. Joanna Golik-Skitał

Wydawnictwo Czarna Owca 2016

niedziela, 08 maja 2016

Chyba nie pamiętam, jak to się zaczęło. Jestem dziewczyną z miasta, wychowałam się na wrocławskim blokowisku, przyrodę znałam raczej z książek. Może pierwszy był Durrell i znoszone przez niego do domu zwierzaki? A może zaczęło się znacznie poważniej - od "Wirungi" i poczucia, że jestem coś winna Dian Fossey, choć jej nigdy nie widziałam?

Nie wiem, podobnie jak nie mam pojęcia, jak to się stało, że pewnego dnia zapisałam się na listę dyskusyjną Foto-przyroda, pojechałam na pierwszy w życiu plener fotografii przyrodniczej, a nawet dostałam na zaoczną biologię. Choć jednak nie pamiętam szczegółów, nie mam wątpliwości, że za tym wszystkim stoją książki.

Tak czy inaczej, nadal chętnie czytam o przyrodzie, a przyrodnicze lektury zajmują sporą część mojej biblioteczki. Z radością obserwuję także, że moda na czytanie o zwierzętach i roślinach dociera także do nas. W Wielkiej Brytanii jest mnóstwo książek o łąkach, lasach, o ptakach w mieście i poza nim, o motylach, rzekach i górach. Oczywiście - łatwiej wydaje się takie książki w kraju, w którym obserwowanie ptaków jest niemalże narodowym hobby, a porady dotyczące przyciągnięcia zwierząt do domowych ogródków pojawiają się regularnie w prasie. Na szczęście i nasi wydawcy coraz śmielej sięgają po książki typowo przyrodnicze. Marginesy mają świetną serię Eko, Czarne zaś Menażerię, a pojedyncze książki pojawiają się także w innych wydawnictwach. Ja zaś to wszystko kupuję, czytam i się napawam, tylko miejsce na półkach już dawno mi się skończyło.

Dzisiejsze słońce, kwiaty na balkonie i głosy jerzyków polujących między blokami sprawiły, że zaczęłam wyciągać kolejne przyrodnicze lektury, aby ostatecznie wybrać dziesięć książek o zwierzętach, które moim zdaniem warto znać!

Tom Michell "Lekcje z pingwinem"

O zwierzętach czyta się przyjemnie, bo bywają zabawne i urocze. Jeśli rozczulają was filmiki o kotach, papugach, sówkach i innych zwierzakach, zakochacie się w książce o młodym Brytyjczyku, który pod wpływem impulsu uratował oblepionego ropą pingwina. A kiedy okazało się, że ptak nie ma zamiaru odpłynąć w siną dal, zabrał go na kampus i zakwaterował w wannie. Książka jest przezabawna, ale też wzruszająca - ostrzegam!

Dave Goulson "A Sting in the Tale"

Książkę można napisać dosłownie o wszystkim - najlepszym dowodem jest zaskakujący bestseller o drewnie. Dave Goulson napisał porywającą książkę o trzmielach, którą czyta się jak najlepszą powieść, choć zawiera mnóstwo konkretnych informacji. Jest to zarazem relacja z tego, w jakim stanie jest nasze środowisko naturalne i jak bardzo wszystko jest ze sobą w przyrodzie powiązane.

Peter Matthiessen "Śnieżna pantera"

Nie po raz pierwszy umieszczam tę książkę na niedzielnej liście, i nie po raz pierwszy przyznaję, że gdybym miała do końca życia czytać w kółko jedną książkę, "Śnieżna pantera" miałaby duże szanse na to, że ją wybiorę. Piękna i mądra opowieść o tym, jak wyprawa w poszukiwaniu nieuchwytnego drapieżnika pomogła autorowi poradzić sobie z żałobą i odnaleźć sens.

William Fiennes "The Snow Geese"

Fascynują mnie wędrówki ptaków. Autor tej książki najwyraźniej tę fascynację podziela, ponieważ pewnego razu postanowił odbyć wędrówkę wraz ze stadem gęsi, konkretnie śnieżyc dużych. Książka nie jest po prostu relacją z tej wędrówki. To raczej zbiór różnych impresji, wiadomości o ptakach, wspomnień autora. Nic wielkiego, a jednak lubię do tej książki wracać.

Gerald Durrell "Moja rodzina i inne zwierzęta"

Sądzę, że nie muszę tej książki reklamować, jeśli jednak jakimś cudem jej nie znacie, koniecznie po nią sięgnijcie. To jedna z najbardziej uroczych, ciepłych i podnoszących na duchu książek, jakie kiedykolwiek napisano! Durrell napisał zresztą wiele innych książek, których bohaterami, przynajmniej po części, są zwierzęta, i powiem wprost - kocham je wszystkie!

Alan Rabonowitz "Jaguar"

Żałuję, że wydawnictwo Prószyński i S-ka nie wydaje już serii Obieżyświat. Ukazało się w niej sporo świetnych i nieoczywistych książek podróżniczych, a kilka tytułów dotyczy przyrody. "Jaguar" to opowieść o samotnej walce pewnego zoologa o ustanowienie pierwszego na świecie rezerwatu, którego celem jest ochrona jaguarów. Czyta się to niczym thriller, choć historia jest jak najbardziej prawdziwa!

Farley Mowat "Wirunga"

Nie jestem nawet pewna, czy najpierw przeczytałam książkę, czy obejrzałam film, pamiętam za to, że efektem tej lektury było po pierwsze bezkrytyczne uwielbienie dla Farleya Mowata (przeczytałam potem wszystko, co kiedykolwiek napisał), a po drugie wyjazd do centrum rehabilitacji orangutanów na Borneo. "Wirunga" to wprawdzie książka o gorylach górskich, a przede wszystkim o niesamowitej kobiecie, która dla tych goryli poświęciła wszystko, ale budzi obawę o los wszystkich małp człekokształtnych. Spotkanie z gorylami górskimi jest jednym z moich największych marzeń, przede wszystkim zaś chciałabym, żeby ich los był mniej niepewny. Po przeczytaniu "Wirungi" będzie śledzić wszystkie kampanie, których celem jest ochrona dzikich zwierząt, podpisywać petycje i wspierać organizacje ochrony przyrody drobnymi datkami. Inaczej się nie da, kiedy miało się do czynienia z Dian Fossey, choćby było to tylko spotkanie na kartach książki.

Stanisław Łubieński "Dwanaście srok za ogon"

Pisałam o tej książce całkiem niedawno tutaj - to świetnie napisany zbiór, nie ma szans, żebyście się zawiedli na tej lekturze!

Helen Macdonald "H is for Hawk"

Kolejna książka, o której niedawno pisałam (klik). Niebawem ukaże się w polskim tłumaczeniu, w serii Menażeria Wydawnictwa Czarne. Nie przegapcie, jeśli doceniacie piękny język i mądrą, niebanalną literaturę faktu. To nie tylko opowieść o oswajaniu jastrzębia. Przede wszystkim to książka o radzeniu sobie ze stratą, a także o szukaniu samej siebie.

Mikołaj Golachowski "Czochrałem antarktycznego słonia"

Jedna z moich najnowszych lektur, która od razu wdarła się na listę ulubionych. Jeszcze o tej książce napiszę, tymczasem powiem tylko, że podczas lektury śmiałam się, wzruszałam i wiem, że będę do niej wracać!

Nie zmieściły się książki Jamesa Herriota o przygodach pewnego weterynarza, które bawią mnie niezmiennie od bardzo wielu już lat (pozwólcie, że nie zdradzę, od ilu, żeby samej siebie nie dołować liczeniem). Nie zmieściła się książka ważna, której jednak nie mam i chyba mieć nie będę. Mowa o "Wydrach pana Gavina" Gavina Maxwella - jednej z pierwszych książek, jakie przeczytałam w oryginale. To urocza opowieść o wydrze, po lekturze której będziecie marzyć o posiadaniu takiego niesfornego zwierzaka. Zakończenie jednak złamało mi kiedyś serce i choć teraz byłabym pewne bardziej odporna, boję się po nią sięgnąć ponownie i sprawdzić. Powinnam też umieścić na kupce "Nie taki wilk straszny" Mowata - krótką i zabawną książeczkę o życiu ze stadem wilków, którą pominęłam, bo "Wirungi" tego samego autora pominąć nie mogłam.

Dopisalibyście do tej listy coś jeszcze? Jeśli lubicie czytać o zwierzętach, podzielcie się tytułami, jeśli zaś do tej pory omijaliście takie książki szerokim łukiem, może tym razem poczujecie się zachęceni?


środa, 04 maja 2016

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do różnych gatunków literackich, że nie zastanawiamy się, jak było dawniej. Przyjmujemy za pewnik istnienie literatury rozrywkowej, pisanej w taki sposób, żeby przykuć uwagę czytelnika i sprawić, że pójdzie spać zdecydowanie później niż zamierzał, tymczasem nie dalej niż 150 lat temu powieści, od których trudno się było oderwać, traktowane były ze sporą podejrzliwością. Dlatego "Tajemnica lady Audley" Mary Elizabeth Braddon, należąca do coraz bardziej popularnego wówczas gatunku powieści sensacyjnych, budziła sporo kontrowersji, co oczywiście przyczyniło się tylko do jej szalonej popularności.

W latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku niekwestionowaną gwiazdą literatury sensacyjnej był Wilkie Collins, jednak dwudziestosiedmioletnia Mary Elizabeth Braddon skutecznie uszczknęła kawałek tortu dla siebie. Napisała ponad osiemdziesiąt powieści, z których największym przebojem była właśnie "Tajemnica lady Audley". Książka poruszyła wiktoriańskie społeczeństwo, poważając jeden z kamieni węgielnych tej epoki - postać kobiety-anioła, strażniczki domowego ogniska. Czy współczesny czytelnik znajdzie przyjemność w lekturze, czy może powieść Braddon zestarzala się już i trąci myszką?

Nie całkiem tajemnicza tajemnica

Mówiąc szczerze, nie jest trudno rozgryźć tajemnicę lady Audley. Na szczęście niemal do ostatniej strony nie wiemy wszystkiego. Domyślamy się najważniejszego, choć "domyślamy" nie jest odpowiednim słowem - tak naprawdę niemalże od pierwszych stron wiemy, kim jest tajemnicza lady, która pojawiła się znienacka w miejscowości Audley, by podbić serce lorda i zostać jego żoną. Nie znamy jednak motywów jej postępowania i nie wiemy, czy jej przeszłość nie kryje więcej tajemnic. Z przyjemnością też obserwujemy zmagania Roberta, bratanka lorda Audley, który próbuje dociec prawdy.

Fabuła koncentruje się wokół Roberta i jego wysiłków zmierzających do odnalezienia zaginionego przyjaciela. W trakcie poszukiwań Robert odkrywa straszną tajemnicę, którą skrywa prześliczna i miła żona jego wuja i próbuje doprowadzić do jej zdemaskowania.

Nie dodam nic więcej, żeby nie psuć nikomu przyjemności z lektury, choć tak, jak już napisałam, większość czytelników nie będzie miała problemu z odgadnięciem prawdy. Akcja toczy się warto, Robert odnajduje kolejne ślady, jest też coraz bardziej zdeterminowany, a prowadzenie śledztwa idzie mu coraz lepiej. Czyta się to z przejęciem, choć momentami z uśmiechem na ustach.

Anty-bohaterka

Lady Audley jest intrygującą postacią. Wszyscy ludzie z jej otoczenia ją lubią, czytelnikowi jednak trudno podzielać tę sympatię. Jest coś przewrotnie złowrogiego w jej złotych lokach i niewinnej twarzyczce, jej zachowanie wydaje się bez zarzutu, trudno wręcz uwierzyć, że ta słodka istota miałaby być zdolna do popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa. Takie właśnie zdziwienie odczuwali ludzie epoki wiktoriańskiej na wieść o zbrodniach popełnianych przez kobiety z wyższych sfer - zresztą słynna, szeroko komentowana w gazetach zbrodnia z Road Hill House bez wątpienia zainspirowała Mary Elizabeth Braddon (pisałam o tej historii tutaj). Lady Audley jest ucieleśnieniem wiktoriańskich lęków - jest kobietą, w której winę nie sposób wręcz uwierzyć. Zresztą już sam fakt wyjścia poza swoją klasę społeczną i poślubienia człowieka z wyższej sfery musiał niepokoić czytelników, którzy żyli w społeczeństwie klasowym i podejrzliwie traktowali wszelkie próby zmiany czyjegoś miejsca w hierarchii.

Czytelnicy wiktoriańscy mogli tłumaczyć wszelkie nietypowe próby poprawienia swojej pozycji szaleństwem - wygodna wymówka, którą tłumaczono wiele kobiecych zachowań, jednak my możemy, a nawet powinniśmy zauważyć więcej. Lady Audley chciała kierować własnym losem, a żyła w epoce, która jej tego nie ułatwiała.

Detektyw-amator

Robert Audley jest za to jednoznacznie pozytywnym bohaterem. Ten spokojny sybaryta wiedzie beztroskie życie jako niepraktykujący adwokat, ale kiedy trzeba, potrafi się zmobilizować do działania. Z drugiej strony jego zaangażowanie w sprawy przyjaciela może skrywać jakieś drugie dno, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę wątek niejakiej Clary. Niewątpliwie jednak sympatia czytelnika leży po stronie Roberta, który jest dokładnie takim detektywem, jakiego uwielbiali wiktoriańscy czytelnicy - zaangażowanym amatorem, który ma dobre intencje.

Ucieszyła mnie wieść o tym, że "Tajemnica lady Audley" została wreszcie wydana w języku polskim - brawa dla wydawnictwa Zysk i S-ka za uzupełnienie tej luki na rynku! Miłośnicy powieści wiktoriańskich z pewnością przeczytają tę książkę z przyjemnością, ale także ci czytelnicy, którzy boją się sięgać po klasyki, sądząc, że są trudne i nudne, powinni dać szansę "Tajemnicy lady Audley" - może jest to wiekowa książka, ale bez wątpienia spełnia kryteria dobrego czytadła.

Moja ocena: 5/6

"Tajemnica lady Audley" Mary Elizabeth Braddon

Tłum. Mira Czarnecka

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

poniedziałek, 02 maja 2016

Wiecie, za co najbardziej lubię Londyn? Nie za Big Bena i piękny widok znad Tamizy, a nawet nie za rewelacyjne muzea. Najbardziej lubię go chyba za to, że za każdym rogiem czeka tu historia. Że wystarczy przejść się po dowolnej dzielnicy, by znaleźć zakątki, w których powstawały nasze ulubione książki, żyli i umierali pisarze i artyści, a wszystkie te miejsca są zadbane i pieczołowicie oznaczone. Uwielbiam wyszukiwanie niebieskich tabliczek, które informują o tym, że w danym budynku mieszkał ktoś znaczący, lubię też snuć się po bocznych uliczkach i napawać niespieszną atmosferą tych miejsc, które wydają się żywcem przeniesione z innej epoki. (No dobrze, oczywiście uwielbiam go też za wszystkie księgarnie).

Podczas ostatniego pobytu nie nastawiałam się jednak na żadne spacery, przekonana, że nie znajdę na nie czasu. Kiedy jednak okazało się, że hala Olympia, w której odbywały się targi, mieści się w malowniczej dzielnicy Kensington, a w materiałach targowych znalazłam opis literackiego spaceru po okolicy, postanowiłam, że wygospodaruję na taką przechadzkę trzy godzinki. Zmodyfikowałam lekko trasę, zabrałam swojego brata, i w pięknej pogodzie poszliśmy się przejść po tej wyjątkowo pięknej dzielnicy. Zapraszam na wspólny spacer, a dla tych z was, którzy chcieliby tę trasę powtórzyć, zamieszczam też dokładny opis.

Wyruszamy spod stacji metra High Street Kensington. Idąc wzdłuż Kensington High Street w kierunku południowym musicie oprzeć się pokusie wstąpienia do kilku sklepów charytatywnych. Jeśli tego nie zrobicie, prawdopodobnie przez resztę spaceru będziecie dźwigać zakupione książki, sklepy są bowiem całkiem nieźle zaopatrzone.

Skręcamy w prawo w Phillimore Gardens, a następnie w czwartą w prawo, w Phillimore Place.

Pod numerem 16 mieszkał tu kiedyś Kenneth Grahame, autor uroczej książki dla dzieci "O czym szumią wierzby".


Po dotarciu do końca uliczki, skręcamy w lewo w Argyll Road i od razu w prawo w Upper Phillimore Gardens.

Okolica robi się sielska i malownicza. Domy są pomalowane na biało, w słoneczny dzień można odnieść wrażenie, że jest się gdzieś na południu Europy.

Idziemy nadal prosto, natykając się po drodze na piękną skrzynkę na listy. Brytyjskie skrzynki na listy to moja mała obsesja, którą zaraziła mnie zresztą przyjaciółka. Zwróćcie na nie uwagę podczas pobytu w Londynie. Są symbolem tego, za co kocham Anglię - szacunku dla własnej historii i dbałości o otoczenie. Skrzynki te są bowiem w użytku od momentu, kiedy zostały w danym miejscu postawione, czyli często od ponad stu lat! Nastarsza skrzynka, która jest nadal w użyciu, ma już 163 lata - postawiono ją w 1853 roku, podczas panowania królowej Wiktorii. Po kształcie skrzynki można poznać, kiedy została postawiona, dość często wprowadzano bowiem nowe modele. Najprostszą metodą określenia przybliżonego wieku skrzynki jest jednak odczytanie umieszczonych na niej inicjałów, które oznaczają monarchę panującego w czasach postawienia skrzynki. Na najstarszych skrzynkach można zobaczyć litery VR, które są skrótem od Victoria Regina - trudno je znaleźć, bowiem w czasach królowej Wiktorii skrzynki często nie były oznaczane inicjałami królowej. Na rogu Campden Hill Road natknęliśmy się na skrzynkę z czasów Jerzego V (zatem postawiono ją między rokiem 1910 a 1936).

Litery GR oznaczają George Rex, a brak cyfry wskazuje na Jerzego V - skrzynki postawione za czasów Jerzego VI mają na sobie jeszcze rzymską cyfrę VI.

Co ciekawe, kilka kroków dalej natykamy się na jeszcze starszą skrzynkę na listy - Kensington okazuje się idealnym miejscem do polowania na te najstarsze. Tym razem jest to skrzynka postawiona w latach 1901 - 1910, za panowania Edwarda VII.

Upper Phillimore Gardens przechodzą płynnie w Holland Street. Pod numerem 37 mieszkała tu pisarka i poetka Radclyffe Hall, mało znana w Polsce autorka klasycznej powieści lesbijskiej "Studnia samotności".

Z Holland Street skręcamy w lewo w Gordon Place (na rogu bardzo klimatyczny pub, w sam raz na krótki odpoczynek), a następnie w prawo w Campden Grove. Zatrzymujemy się przy numerze 28b.

W 1931 roku mieszkał tu James Joyce - pobyt był dość krótki, ale to właśnie wtedy Joyce i Nora Barnacle wzięli ślub.


Zawracamy teraz i idziemy najpierw po własnych śladach, a następnie dalej prosto, do końca ulicy. Skręcamy w prawo w Horton Street i od razu w lewo w Observatory Gardens. Piękny budynek po prawej mieścił w sobie kiedyś (w pierwszej połowie XIX wieku) największy teleskop świata.


Po dojściu do końca ulicy skręcamy w prawo w Campden Hill Road. Pod numerem 80 mieszkał tu Ford Maddox Ford, powieściopisarz, którego możecie znać z powieści "Koniec defilady", której akcja toczy się w edwardiańskiej Anglii. Na jej podstawie nakręcono niedawno serial, w którym główną rolę grał Benedict Cumberbatch. Niestety, dom ukryty jest za wysokim murem.

Podobnie będzie z kolejnym domem, który chętnie obejrzałabym z bliska. Zmierzamy bowiem w kierunku Sheffield Terrace, gdzie mieszkała Agatha Christie.

Aby tam dotrzeć, idziemy dalej wzdłuż Campden Hill Road, a następnie skręcamy w prawo w Tor gardens. Kiedy dotrzemy do końca ulicy, skręcamy w lewo w Horton Street, a następnie znowu w lewo w Sheffield Terrace i wypatrujemy numeru 58.

Mistrzyni kryminału urodziła się oczywiście w hrabstwie Devon, jednak mieszkała przez jakiś czas także w Londynie. W tym domu spędziła siedem lat. Napisała tu aż szesnaście powieści, między innymi "Morderstwo w Mezopotamii" i "Śmierć na Nilu". W Londynie jest dużo więcej miejsc związanym z Agathą i jej powieściami, mam ochotę zrobić sobie kiedyś oddzielną wycieczkę jej śladami!

Szukałam najbliżej położonej skrzynki pocztowej, chcąc sfotografować tę, do której Agatha wrzucała listy. Być może była to ta?

Idziemy dalej wzdłuż Sheffield Terrace, a następnie skręcamy w prawo w Campden Hill Road. Idziemy w dół ulicy aż do skrzyżowania z Aubrey Walk. Skręcamy w lewo.

Ta wąska uliczka była w XVIII wieku bardzo popularnym zakątkiem - mieściło się tu spa, a leczniczych kapieli zażywała londyńska śmietanka towarzyska. Obecnie w miejscu spa stoi zabytkowy, również osiemnastowieczny dom.

Idziemy Aubrey Walk aż do skrzyżowania z Holland Park Avenue.

Tutaj nasza wycieczka się kończy. Możemy skręcić w lewo i wsiąść w metro na stacji Holland Park (jeszcze przez kilka miesięcy stacja będzie nieczynna), lub skoczyć na kawę do jednej z licznych kafejek. A jeśli podczas przechadzki nabraliście ochotę na jakieś książkowe zakupy, przy Holland Park Avenue, zaraz za stacją metra, mieści się filia znakomitej księgarni Daunt Books. My poszliśmy dalej, wzdłuż Holland Park aż do Olympii, aby zakończyć urocze popołudnie na targach książki. Na kolejny raz zostawiliśmy sobie drugą część dzielnicy Kensington, czyli uliczki na południe od High Street Kensington i dom, w którym mieszkał Thackeray i w którym kolację z tym pisarzem jadła niegdyś Charlotte Brontë. Cieszę się, że mam pretekst, by wrócić do tej sielskiej dzielnicy.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Bohaterka, którą trudno polubić.

Chaotyczna, poszatkowana narracja.

Kiczowata okładka.

Intensywna reklama i informacja, że to najlepiej się sprzedający debiut roku w USA.

A jednak was rozczaruję i powiem szczerze, że mimo wszystkich tych czynników, "Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" zrobiła na mnie spore wrażenie. Czytając, czułam chłód gdzieś w okolicach kręgosłupa i jakiś taki lekki ucisk w żołądku. Wszystko przez to, że mam nastoletnią córkę, a Jessica Knoll w sposób niezwykle sugestywny i niestety wiarygodny opisuje, w co może wpakować się szukająca akcpetacji nastolatka.

Bohaterką powieści jest niejaka TifAni FaNelli, obecnie prawie trzydziestolatka, robiąca karierę jako dziennikarka w kobiecym czasopiśmie i planująca ślub z rycerzem na białym koniu. W żyłach Luke'a płynie błękitna krew, jest bogaty i bez oporów daje swojej narzeczonej kartę kredytową, z której ta może wedle uznania korzystać, nosi też szacowne i dobrze brzmiące nazwisko. To właśnie tego nazwiska i kojarzonego z nim statusu społecznego TifAni pożąda najbardziej, dążąc do niego zmieniła zresztą lekko swoje imię i od dawna każe na siebie mówić Ani. Choć może się wydawać, że jest po prostu aspirującą snobką, tak naprawdę pragnie nazywać się inaczej, żeby wreszcie poczuć się bezpiecznie. Żeby nikt nie mógł jej już zrobić krzywdy.

O tym, skąd to poczucie niepewności u pięknej i odnoszącej sukcesy kobiety, dowiadujemy się stopniowo. TifAni zostaje zaproszona do udziału w filmie dokumentalnym na temat czegoś, co zdarzyło się przed laty w szkole średniej, do której uczęszczała, a narracja przeskakuje między czasami współczesnymi i pierwszymi miesiącami, które TifAni spędziła w nowej szkole.

Tutaj należy się wam małe ostrzeżenie. Bardzo łatwo natrafić w sieci na informację o tym, co przydarzyło się TifAni - wystarczy poszukać informacji o autorce książki, która kilka miesięcy po premierze książki zdradziła, że oparła się na własnych przeżyciach. Tak naprawdę to dopiero początek tajemnic, nie musicie się więc tych spojlerów nadmiernie bać, jeśli jednak wolicie odkrywać wszystko samodzielnie, nie czytajcie nic na temat Jessiki Knoll i jej książki. Ja się postaram niczego nie zdradzić.

TifAni nade wszystko pragnie akceptacji, a chyba wszyscy wiemy, że to może być początkiem poważnych kłopotów. Jest dość bystra, ale potrzeba znalezienia sobie miejsca w grupie rówieśników jest tak silna, że przysłania wszystko. TifAni robi dokładnie takie rzeczy, przed jakimi matki przestrzegają swoje córki. Jest przy tym doskonale naiwna, przekonana, że zachowuje się w miarę rozważnie, a kiedy staje się coś strasznego, sama przed sobą nie potrafi przyznać, że została skrzywdzona. Nadal pragnie być częścią grupy.

Ta część książki, która opowiada właśnie o tych pierwszych tygodniach w szkole, jest znakomita i bardzo sugestywnie napisana. Tragedia jest łatwa do przewidzenia, a zarazem niemożliwa do uniknięcia, po prostu dlatego, że TifAni jest nastolatką. Przeczuwamy też, że na jednym nieszczęściu się nie skończy i to uczucie oczekiwania na to, co się jeszcze może wydarzyć sprawia, że mimo dość chaotycznej narracji, od lektury trudno się oderwać. Druga część książki okazuje się jednak nieco inna. Autorka skręca mocno w stronę thrilleru, a oczekiwana tragedia okazuje się zupełnie inna, niż się mogliśmy spodziewać. Czyta się to świetnie, lecz trochę szkoda, że z dość subtelnej opowieści o dorastaniu zrobiła się powieść sensacyjna.

Mimo tych niedoróbek warto sięgnąć po "Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie" i zadumać się przez chwilę nad tym, co my, kobiety, same sobie szykujemy. TifAni podniosła się po strasznych przejściach, zdobyła wykształcenie i dobrą pracę, mimo to nadal uważa, że musi być ciągle czujna. Jest stale na diecie, pod maską cynizmu ukrywa strach przed światem, i gotowa jest wyjść za człowieka, którego nie kocha, żeby się dodatkowo zabezpieczyć. Smutne to i niestety bardzo prawdziwe - obawiam się, że w wielu z nas kryje się cząstka takiej niepewnej Ani, która wciąż uważa, że nie należy jej się to, co ma.

Moja ocena: 4.5/6

Jessica Knoll "Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie"

Tłum. Dorota Pomadowska

Wydawnictwo Znak Literanova


środa, 20 kwietnia 2016

Jørn Lier Horst należy do moich ulubionych autorów kryminałów, ale po przeczytaniu "Ślepego tropu" muszę przyznać, że nie jest to pisarz dla każdego. Niejeden czytelnik poczuje się rozczarowany po tej lekturze, zwłaszcza jeżeli "Ślepy trop" będzie pierwszą książką Horsta, po którą sięgnie. Postanowiłam więc zamiast tradycyjnej recenzji wypunktować wady i zalety tej książki, oczywiście w nadziei, że jeśli będziecie wiedzieli, czego się spodziewać, polubicie tego autora tak samo jak ja.

Za co lubię Horsta?

  • Jego książki to bardzo wiarygodne i rzetelnie napisane opisy policyjnych procedur. Nie ma w nich żadnych udziwnień, a wszystko, o czym pisze Horst, mogłoby się naprawdę zdarzyć. Oczywiście, zagadki są dość złożone, ale nie ma tu takich dziwnych przypadków, które sprawiają, że książka robi się ciekawsza, ale niekoniecznie realistyczna.
  • William Wisting jest zwykłym człowiekiem. Nie wyróżnia się niczym, może poza swoją skrupulatnością. Jest bystry, ale nieprzesadnie, jest samotny, ale nie popada w depresję. Zamiast topienia smutków w alkoholu wybiera tapetowanie mieszkania swojej ukochanej córki. Jest dobrym ojcem, a wkrótce będzie zapewne dobrym dziadkiem. Mógłby być naszym sąsiadem, oczywiście o ile mieszkalibyśmy w niewielkim miasteczku w Norwegii.
  • Na pierwszy plan wysuwają się problemy, z jakimi muszą borykać się policjanci. Jørn Lier Horst coś o nich wie - przez lata pracował jako szef wydziału śledczego. Interesuje go etyka policjanta i to, jak łatwo ulec pokusie i w dobrej wierze wejść na drogę bezprawia. Uwrażliwia czytelników na dylematy, które są udziałem prokuratorów i śledczych, wzbudza w nas empatię i zrozumienie. Zakończenie, które może zaskoczyć, a nawet zirytować, jest tak naprawdę kropką nad i w temacie wyborów, których musi dokonywać każdy śledczy i ich konsekwencji.
  • Doceniam intrygi, które wymyśla ten pisarz. Zagadka zniknięcia taksówkarza, która stanowi główną oś fabuły "Ślepego tropu", okazuje się tak wielopoziomowa, że nie sposób ją samodzielnie rozgryźć. Każda mała podpowiedź się liczy, trzeba więc być czujnym i cały czas główkować.

Co mnie irytuje?

  • Warstwa psychologiczna pozostawia sporo do życzenia. Zwłaszcza Line, córka Wistinga, została w "Ślepym tropie" potraktowana po macoszemu. Ile razy można czytać, że boi się porodu? Dlaczego nie ma żadnych dylematów wiążących się z byciem samotną matką? We wcześniejszych tomach Line odkrywała sporą rolę w prowadzonych śledztwach, tutaj jest tylko ciężarną kobietą, która nagle straciła swoją dociekliwość.
  • Nie znajdziecie tu zbyt bogatego tła obyczajowego. Horst nie skupia się na problemach społecznych. Interesuje go praca policji i na niej się skupia. Mnie to odpowiada - sięgając po "Ślepy trop" dokładnie tego oczekiwałam, jednak czytelnik przyzwyczajony do niego innych kryminałów skandynawskich może poczuć się rozczarowany.

Istotnym utrudnieniem jest kolejność wydawanych tomów. Wydawnictwo Smak Słowa utrudniło trochę życie czytelnikom, zaczynając przygodę z książkami Horsta od dziewiątego tomu, który był wówczas najnowszy. Potem wydano tom ósmy i siódmy, a teraz dostaliśmy tom dziesiąty. Wprawdzie życie prywatne Williama i Line stanowi niezbyt istotne tło wydarzeń, jednak mimo wszystko lepiej czytać książki w takiej kolejności, w jakiej zostały napisane. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar zacząć przygodę z Horstem, podaję kolejność wydanych w Polsce tomów (kliknięcie na tytuł przeniesie was do recenzji poszczególnych części):

1. "Poza sezonem"

2. "Psy gończe"

3. "Jaskiniowiec"

4. "Ślepy trop"

Ja oczywiście polecam, bardzo lubię spokojny i wyważony klimat tych powieści. A wy lubicie Horsta czy wolicie bardziej ekscytujące i bogatsze kryminały?

Moja ocena: 4,5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94
| < Czerwiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...