piątek, 27 stycznia 2012

Kiedyś, w innej epoce, gdy nudziłam, że nie mam co czytać, mama wyjęła z półki małą, ale grubą, niebieską książeczkę, zważyła ją w ręku, po czym podała mi ją z komentarzem: "Chyba już do tego dorosłaś." Poczułam się wyróżniona i rzuciłam na książkę z entuzjazmem, nie przypuszczając jednak, że stanie się tak ukochaną lekturą, że będę wielokrotnie wymieniać taśmę klejącą niezbędną do utrzymania jej w jednym kawałku. Były to "Wielkie zasługi" Chmielewskiej, drugi akurat tom przygód genialnego rodzeństwa, Janeczki i Pawełka.

Gdy moja ośmioletnia teraz córka zaczęła zaczytywać się w przygodach Lassego i Mai, dzieci prowadzących biuro detektywistyczne w szwedzkim miasteczku Valleby, ucieszyłam się, że jest na dobrej drodze do podzielenia naszej pasji do kryminałów. Ola przeczytała wszystkie dotąd wydane części i zaczęła domagać się czegoś podobnego. Zaczęłam przeglądać katalogi wydawnictw, gdy nagle przypomniałam sobie o Janeczce i Pawełku. Tak jak niegdyś moja mama, nie byłam pewna, czy moja córka nie jest na nie za mała, czy się nie znudzi, zwłaszcza, że peerelowskie tło jej lektury nie ułatwi. Postanowiłam jednak spróbować, i był to strzał w dziesiątkę - Ola pokochała rodzeństwo Chabrowiczów, a zwłaszcza ich wyjątkowego psa, Chabra, miłością równie gorącą jak jej mama i babcia.

Cykl zaczyna się od "Nawiedzonego domu". Pan Chabrowicz dostaje niespodziewany spadek - stary, ogromny dom, w którym ma zamieszkać z całą rodziną. Trzeba jednak skłonić do wyprowadzki poprzednich lokatorów, a nie wszyscy są skłonni do współpracy. Być może ma to jakiś związek z tajemniczym strychem, zamkniętym od ponad pięćdziesięciu lat. Możliwe też, że niemiła starsza pani, która często otrzymuje dziwne przesyłki, ma coś wspólnego z ubranym na czarno człowiekiem, przemykającym pewnej nocy po dachu domu. Wszystko to intryguje Janeczkę i Pawełka, przeraźliwie przedsiębiorcze i ciekawe świata dzieci. Z pomocą przychodzi im znaleziony w przeddzień przeprowadzki pies - wytresowany do polowań, nadludzko inteligentny Chaber.

Kto czytał dawne książki Chmielewskiej, wie, czego się spodziewać. "Nawiedzony dom" jest równie dobry jak "Lesio", "Wszystko czerwone" czy "Całe zdanie nieboszczyka". W dodatku jest napisany tak, że wciągnie i dzieci, i dorosłych. Przyznam, że chociaż pamiętałam całość dość dobrze, momentami tak się śmiałam, że nie byłam w stanie czytać!

Moją ukochaną książką z tej serii jest tom trzeci, czyli "Skarby". Janeczka i Pawełek  w stercie makulatury znajdują skrawek listu, z którego wynika, że ktoś ukrył bliżej niezidentyfikowany skarb w Algierii. No cóż - może to i jest intrygujące, ale jednak raczej daleko, informacje mocno niekonkretne, a w dodatku ustrój nie ułatwiał zagranicznych podróży. Dla tych dzieci to jednak żadna przeszkoda - skoro wpadła im w ręce taka informacja, trzeba po prostu tak wszystko zorganizować, żeby do tej Algierii dotrzeć. Cichaczem więc piszą swojemu ojcu mocno podkolorowane CV, tłumaczą jego dyplom na francuski i wysyłają to wszystko do algierskiej firmy. A potem jadą do niego na wakacje i prawie od niechcenia produkują dynamit, wysadzają w powietrze kamieniołom i rozbijają szajkę przestępców. Wszystko to z humorem, szczyptą egzotyki i dwoma szczyptami przaśnego peerelowskiego życia oraz w nieodłącznym towarzystwie wiernego psa.

Ola zaczyna właśnie drugą część, ja w międzyczasie pochłonęłam wszystkie, które mieliśmy w domu, i stwierdzam, że nie ma lepszego lekarstwa na totalne zmęczenie i przepracowanie charakterystyczne dla ostatnich tygodni semestru. Jeśli więc macie w domy dzieci, które zaczytują się przygodami Lassego i Mai, spróbujcie podsunąć im Janeczkę i Pawełka. Przy okazji dowiedzą się, że kiedyś przestępców łapała milicja, do kieszonkowego dorabiało się, stojąc za kogoś w kolejkach, zaś popularnym hobby była filatelistyka:)

środa, 25 stycznia 2012

Wczoraj spędziłam dzień, odpytując wojewódzkich finalistów olimpiady języka angielskiego dla licealistów. Oczywiście moją działką były pytania z kultury i literatury. Wszyscy uczestnicy dostali wcześniej listy lektur, przygotowane wcześniej przeze mnie, i wierzcie mi, układałam je naprawdę starannie. Nie chciałam, aby znalazły się na nich lektury szkolne czy dobrze znana klasyka, wolałam wstawić coś współczesnego, prowokującego, zachęcającego do czytania. I przyznam, że spodziewałam się bardzo wiele, jako że słyszałam już wcześniej, że finaliści tej olimpiady są naprawdę świetni - nie tylko doskonale mówią po angielsku, ale mają ogólnie dużą wiedzę i bardzo lubią czytać. Faktycznie, było sporo takich osób, aczkolwiek ogólnie raczej się rozczarowałam...

Bo jeśli uczeń liceum wybiera się na olimpiadę językową, na którą dostaje listę lektur obowiązkowych, a następnie podczas części ustnej przyznaje bez zażenowania, że nie przeczytał ani jednej książki z listy, bo "książki są za drogie, a czytanie zajmuje za dużo czasu"? Inna uczestniczka na pytanie o lektury z listy powiedziała, że przeczytała wszystkie streszczenia! Jestem przyzwyczajona do tego, że robią tak niektórzy studenci (chociaż szczerze mówiąc i tak mnie to szokuje - w końcu studiują filologię), ale finaliści olimpiady?

Na szczęście trafiały się też inne przypadki. Osoba, która przyznała, że nie lubi czytać lektur i rzadko sięga po coś innego niż fantasy, ale na tej liście lektur, ku swojemu zaskoczeniu, odkryła kilka bardzo wciągających powieści. Kilka innych, z pasją i zaangażowaniem referujących swoje wrażenia z lektury. Kolejna, która stwierdziła, że książki są nudne, ale "Musimy porozmawiać o Kevinie" połknęła błyskawicznie i jest w szoku, że książka może być taka ciekawa... I oczywiście tych kilka wybitnych, błyskotliwych, oczytanych osób, które potrafiły rozprawiać o książkach z listy i spoza niej tak, jak my to robimy na naszych blogach - z uczuciem.

Nie zmienia to faktu, że trudno mi uwierzyć, iż ktoś może wystartować w olimpiadzie i nie zapoznać się z żadną pozycją z listy lektur, a potem na rozmowie przyznać do tego bez cienia wstydu. I zastanawiam się, czy będą licealistką też zachowywałam się tak, jakby należało mi się wszystko, bez zastrzeżeń, i jakbym była najmądrzejszą, najważniejszą, najciekawszą osobą na świecie. Mam nadzieję, że nie do tego stopnia, jak niektórzy moi wczorajsi rozmówcy.

Niemniej jednak, było to bardzo ciekawe i przyjemne doświadczenie i większość osób wspominam bardzo mile - inteligentni, sympatyczni, z poczuciem humoru i świetną znajomością angielskiego. Nie mogę się doczekać ogólnopolskich finałów, bardzo jestem ciekawa, jacy będą ci najlepsi.

Dla ciekawych zamieszczam listy lektur na olimpiadę. Powiedzcie, co o nich sądzicie. Dostałam sygnały od nauczycieli, że ta lista im się nie podoba. Poprzednia zawierała prawie tylko klasykę: Szekspir, "Wichrowe wzgórza", "Jane Eyre", Dickens, "Folwark zwierzęcy", "Wielki Gatsby" itp. Łatwo je było dostać w bibliotekach, ale z drugiej strony większość uczestników nie czytała nic nowego, bazując na znanych już ze szkoły lekturach. Chciałam, żeby jednak trzeba było przeczytać coś specjalnie, i to coś w miarę współczesnego. I rozumiem, że dla nauczyciela to problem, bo sam tych książek nie zna i nie umie nic podpowiedzieć. Mam zamiar w przyszłym roku do każdej książki dołączyć krótki opis, żeby łatwiej było coś wybrać dla swoich uczniów, ale nie chciałabym wracać do listy z samymi klasykami. Jeśli macie jakieś uwagi co do list, co jeszcze można by dopisać, a co wykreślić, to chętnie się z nimi zapoznam:) Uczestnicy nie muszą oczywiście czytać wszystkiego, na finał przygotowują dowolnie wybrany cztery tytuły brtytyjskie i cztery amerykańskie.

Literatura brytyjska

  1. Martin Amis London Fields (Pola Londynu)
  2. Sebastian Barry Secret scripture (Tajny dziennik)
  3. A.S. Byatt The Children’s Book
  4. Julian Barnes Arthur and George (Artur i George)
  5. Angela Carter Wise children (Mądre dzieci)
  6. J.M Coetzee Waiting for the Barbarians (Czekając na barbarzyńców) lub Disgrace (Hańba)
  7. Wilkie Collins The Woman in White (Kobieta w bieli)
  8. Kiran Desai The Inheritance of Loss (Brzemię rzeczy utraconych)
  9. George Eliot Middlemarch ( Miasteczko Middlemarch)
  10. Ann Enright The Gathering (Tajemnica roku Hegartych)
  11. John Fowles The Magus (Mag)
  12. Elizabeth Gaskell Cranford (Panie z Cranford)
  13. Ted Hughes - wybrane wiersze
  14. Kazuo Ishiguro Never let me go (Nie opuszczaj mnie)
  15. Hanif Kureishi The Buddha of Suburbia (Budda z Przedmieścia)
  16. Doris Lessing The Golden Notebook (Złoty notes)
  17. Daphne du Maurier My Cousin Rachel (Moja kuzynka Rachela) lub Rebecca (Rebeka)
  18. Iris Murdoch The Black Prince (Czarny książę)
  19. Ian McEwan On Chesil Beach (Na plaży w Chesil)
  20. Andrew Motion - wybrane wiersze
  21. VS Naipaul A Bend in the River (Zakręt rzeki)
  22. Salman Rushdie The Enchantress of Florence (Czarodziejka z Florencji)
  23. Lionel Shriver Let’s talk about Kevin (Musimy porozmawiać o Kevinie)
  24. Zadie Smith White Teeth (Białe zęby)
  25. Muriel Spark The Prime of Miss Jean Brodie (Pełnia życia panny Brodie)
  26. Colm Tóibín Brooklyn (Brooklyn)
  27. Derek Walcott - wybrane wiersze
  28. Sarah Waters Night watch (Pod osłoną nocy) lub Fingersmith (Złodziejka)
  29. P.G. Wodehouse The Code of the Woosters (Dewiza Woosterów)
  30. Virginia Woolf A Room of One’s Own (Własny pokój)


Literatura amerykańska

  1. Paul Auster The New York Trilogy (Trylogia nowojorska)
  2. Willa Cather My Antonia (Moja Antonia)
  3. Kate Chopin The Awakening (Przebudzenie)
  4. e.e. cummings - wybrane wiersze
  5. Don DeLillo Falling Man (Spadając)
  6. Junot Diaz The Brief Wondrous Life of Oscar Wao (Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao) lub Drown (Topiel)
  7. Emily Dickinson - wybrane wiersze
  8. Jennifer Egan A Visit from the Goon Squad (Zanim dopadnie nas czas)
  9. Jeffrey Eugenides Middlesex (Middlesex)
  10. F. Scott Fitzgerald Tender is the night (Czuła jest noc)
  11. Jonathan Franzen The Corrections (Korekty)
  12. Henry James The Portrait of A Lady (Portert damy)
  13. Denis Johnson Tree of smoke (Drzewo dymu)
  14. Jack Kerouac The Dharma Bums (Włóczędzy dharmy)
  15. Jhumpa Lahiri Unaccustomed Earth (Nieoswojona ziemia)
  16. Harper Lee To Kill A Mockingbird (Zabić drozda)
  17. Cormac McCarthy The Road (Droga) lub Blood Meridian (Krwawy południk)
  18. Claire Messud Emperor’s Children (Dzieci cesarza)
  19. Arthur Miller Death of A Salesman (Śmierć komiwojażera)
  20. Toni Morrison Beloved (Umiłowana) lub A Mercy (Odruch serca)
  21. Annie E. Proulx The Shipping News (Kroniki portowe)
  22. Philip Roth American Pastoral (Amerykańska sielanka)
  23. Richard Russo Empire Falls (Koniec Empire Falls)
  24. Carol Shields Stone Diaries (Kronika ryta w kamieniu)
  25. Elizabeth Strout Olive Kitteridge (Okruchy codzienności)
  26. Donna Tartt The Secret History (Tajemna historia)
  27. Alice Walker The Color Purple (Kolor purpury)
  28. Richard Yates Revolutionary Road (Droga do szczęścia)





środa, 18 stycznia 2012

Dwie książki, całkiem inne, ale każda z odrobiną magii. Pierwsza umiliła mi długie podróże między Londynem i Oksfordem, druga uratowała w niedzielne popołudnie, gdy wróciłam z pracy tak zmęczona, że ani czytać, ani nawet spać nie mogłam. "Miracle on Regent Street" Ali Harris poleciła na swoim blogu Dabarai. Zaintrygowało mnie tło - stary, mocno już podupadający, żyjący przeszłością dom towarowy "po niewłaściwej stronie Regent Street." Wiedziałam, że to będzie typowa chic lit - czytadełko z romansem w tle, ale nie potrafię się oprzeć opowieściom o magii miejsc. Ludzie fascynują mnie o wiele mniej niż budynki, magia starych murów i zakurzonych mebli oddziałuje na mnie wyjątkowo silnie.

Ali Harris najwyraźniej czuje tak samo, bo w jej debiutanckiej powieści dużo więcej miejsca zajmuje Hardy's - sklep, który powoli wraca do życia, niż główna bohaterka. Evie, kierowniczka magazynu, postać prawie bez skazy (jedyne, czego jej brakuje to wiara w siebie), wskutek zbiegu okoliczności podejmuje się potajemnie przywrócić świetność sklepowi, w którym pracuje. Bladym świtem, zanim zjawią się ekspedienci, przekształca zaniedbane, bure i ponure działy w miejsca z bajki. Jak dobra wróżka zdejmuje powoli zły czar, odsłaniając jedyny w swoim rodzaju, prawdziwie angielski dom towarowy. Jednocześnie oczywiście nabiera pewności siebie, zrzuca bure bluzy i bezkształtne spodnie, ale na szczęście zamiast seksownych topów i szpilek zaczyna nosić sukienki z duszą, wyszperane w sklepach vintage.

Obowiązkowy wątek romansowy jest dość denerwujący i, rzecz jasna, przewidywalny, ale opowieść o sklepie i jego pracownikach jest urocza i nieźle napisana. Z każdej strony przebija też miłość do Londynu, jak więc mogłabym nie pokochać tej książki? Całość ma prawdziwie świąteczny, optymistyczny klimat i czyta się znakomicie.

"Sekretny język kwiatów" Vanessy Diffenbaugh to zupełnie inna historia. Przygnębiająca opowieść o samotności i odrzuceniu, którą jednak z opowieścią o Regent Street łączy pewna szczególna magia, która tutaj pojawia się pod postacią kwiatów.

Victoria wychowała się w domach dziecka i rodzinach zastępczych. Tylko raz ktoś chciał ją wziąć na stałe, ale niestety, coś nie wyszło, stała się jakaś, początkowo nieznana czytelnikowi, tragedia, i dziewczynka została skazana na pobyt w instytucjach aż do pełnoletności. Elizabeth, jej niedoszła adopcyjna matka, zostawiła jej jednak pewien dar - nauczyła ją sekretnego języka kwiatów, w którym mech oznacza miłość macierzyńską, żółta róża zdradę, a pierwiosnek zaufanie. Victoria pokochała kwiaty i właśnie w kwiaciarni udało jej się znaleźć pierwszą pracę. Jej bukiety potrafią przynieść szczęście, ona sama jednak żyje odgrodzona od świata i będzie musiała przebyć bardzo długą i raczej wyboistą drogę, zanim uda jej się otworzyć przed innym człowiekiem i zaufać nawet nie tyle jemu, co raczej samej sobie.

Historia smutna, grająca na uczuciach, której największym atutem są magicznie opisane kwiaty. Wciąga na tyle, że potrafi zapewnić bardzo czasem potrzebną odskocznię od codziennego życia.

Moja ocena obu tytułów: 4/6

środa, 11 stycznia 2012

No, prawie jednodniowy, bo kilka książek kupiłam w trakcie tygodnia, nie da się jednak zaprzeczyć, że zdecydowana większość została nabyta podczas soboty spędzonej w towarzystwie A., Chihiro i Dabarai w kilku londyńskich księgarniach. I przyznam się Wam po cichu, że trochę mi wręcz głupio, bo panuje ostatnio moda na czytanie książek, które się już ma w domu, a ja w jeden dzień nabywam takie ilości! Ale szczerze mówiąc, mam takie dziwne przeczucie, że gdybyście trafili do ogromnego antykwariatu wypełnionego po brzegi książkami, najróżniejszymi, perełkami sprzed lat i hitami ostatnich miesięcy, a wszystkie za niecałe 3 zł za sztukę, to pewnie też byście jednak swoje półki zasilili... Towarzystwo innych moli książkowych, wykrzykujących co chwilę: "A to znasz? Musisz to wziąć!" było dodatkowym bodźcem. Swoją drogą, zauważyłam ciekawą prawidłowość - każda z nas za punkt honoru wzięła sobie namówienie innych na kupno jak największej ilości książek;) Ciekawe dlaczego;)

Nie wiem, jak to się stało, ale to ja chyba kupiłam najmniej! A i tak nie wiem, gdzie ja to teraz postawię?

Od góry:

Deborah Lawrenson "Songs of blue and gold" - prezent od Dabarai (dziękuję bardzo!), książka, którą wieki temu wypatrzyłam na jakimś angielskim blogu (być może tutaj), opowieść o Korfu, pisaniu, tajemnicy z przeszłości.

Laura Ingalls Wilder "Little House on the Praire" - kolejna część odkrytego przeze mnie ostatnio na nowo cyklu o rodzinie mieszkającej w małym domku najpierw w weilkim lesie, a następnie na prerii właśnie.

Michele Roberts "Daughters of the house" - stary dom w Normandii i dwie rówieśnice, kuzynki, Angielka i Francuzka, które wychowują się w nim po wojnie. Zaintrygowane szeptami i dziwnym milczeniem rodziców i służby, a także dziwnym znaleziskiem z lasu, dziewczęta snują wydumane historie, niechcący ujawniając wstydliwy sekret. Finalistka nagrody Bookera z 1992 roku, kompletnie mi nie znana, ale intrygująca.

Antonia White "Frost in May" - tyle razy już miałam zamiar kupić tę klasyczną powieść pensjonarską, że nie jestem całkiem pewna, czy tego aby nie zrobiłam już. Nie mogę jej jednak odnaleźć na półce, aczkolwiek może kiedyś odkryję, że mam dwa egzemplarze...

Sándor Márai "Embers"  - a tę książkę mam już po polsku (polski tytuł to "Żar" i nawet kiedyś czytałam, ale pomyślałam, że z przyjemnością do niej wrócę, czemu by nie spróbować wersji angielskiej...

Daphne du Maurier "Vaishing Cornwall" - jedna z moich ulubionych pisarek opowiada o Kornwalii, w której spędziła większość życia i która stanowi tło większości jej powieści.

Dorothy Whipple "The Priory" - książka kultowego wydawnictwa Persephone Books, w charakterystycznej, szarej okładce. Dorothy Whipple to jedna z ulubionych autorek wielu osób, które kochają książki Persephone, ja jej jeszcze nie znam, i bardzo cieszę się na tę lekturę. Zwłaszcza że tłem jest znowu stary i majestatyczny,choć nieco podupadający dom na wsi. Recenzja Thomasa z Ganku tutaj.

Jane Smiley "A Thousand Acres"  - książka nagrodzona Pulitzerem, oparta na motywach z "Króla Lira" tragiczna opowieść osadzona na farmie w Iowa (jak widzicie, moja obsesja na punkcie amerykańskich osadników narasta). Świetna, pełna pasji recenzja tutaj.

Nicolas Cickner "Nikolski"  - prezent od Chihiro, kanadyjska powieść nominowana do wielu nagród, historia trzech osób splatająca ze sobą Montreal, Alaskę, morze, tajemniczą książkę i zepsuty kompas. Bardzo się cieszę, bo nie znam tego tytułu, a fascynuje mnie literatura kanadyjska.

Nancy Armstron "Desire and Domestic Fiction"  - wypatrzona w oksfordzkim Oxfamie, jedyna przeczytana książka z tego stosiku, wreszcie po ponad roku będę mogła oddać koleżance pożyczony od niej egzemplarz! Klasyka krytyki feministycznej, traktująca o sferach prywatnej i publicznej oraz o tym, że to właśnie kobiety osiemnastego i dziewiętnastego wieku utorowały drogę do powstania nowoczesnej klasy średniej.

Po lewej:

Kolejny prezent od Chihiro, książka przeze mnie wymarzona od dawna: "A Jury of Her Peers: Celebrating American Women Writers from Anne Bradstreet to Annie Proulx" - pierwsza tak pełna historia pisarek amerykańskich, obejmująca zakres od pierwszych poetek do laureatek Pulitzera z ostatnich lat, świetnie napisana i pięknie wydana - cudowny prezent, dziękuję!

Od dołu:

Benedetta Craveri "The Age of Conversation" - nagradzana i chwalona historia francuskiej klasy próżniaczej w siedemnastym i osiemnastym wieku. O francuskiej arystokracji nie wiem prawie nic, ale wielogodzinne konwersacje na poziomie, prowadzone przez angielskie damy i dżentelmenów są mi jak najbardziej bliskie, od dawna więc planowałam lekturę tej książki w celach poszerzenia horyzontów. Nie mogłam uwierzyć, gdy znalazłam piękny, nowiutki egzemplarz w twardej okładce za śmieszne pieniądze...

Bella Pollen "Midnight Cactus"  - po zachwytach nad "The Summer of the Bear" mam ochotę na kolejną książkę tej autorki. Akcja tej osadzona jest - co za niespodzianka - na amerykańskiej prowincji, dla odmiany w małym miasteczku na skraju pustyni w Arizonie. Alice przeprowadza się tam z Londynu z dwójką małych dzieci. Jej małżeństwo się rozpadło, a ona zamierza odnowić opuszczone miasteczko górnicze na granicy meksykańskiej. Szybko jednak okaże się, że w tym pełnym pyłu, dusznym miasteczku nie wiadomo komu ufać, zaś wszyscy wydają się mieć coś do ukrycia.

Ann Patchett "State of Wonder" - kolejna powieść autorki wielbionego przeze mnie "Bel canto", według innej pisarki, Maggie O'Farrel, jest od tegoż "Bel canto" lepsza, co wydaje się niemożliwością. W głębi amazońskiej dżungli tajemnicza lekarka pracuje nad lekiem, który mógłby zmienić życie kobiet. Prace prowadzone są w sekrecie, nawet inwestorzy nie są informowani o ich przebiegu. Anders Eckman, naukowiec, zostaje wysłany do dżungli, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Wkrótce jednak przychodzi tylko notatka o jego przedwczesnej śmierci. W jego ślady rusza jego koleżanka, niegdyś studentka tajemniczej lekarki, która nawet nie podejrzewa, z jakimi wyzwaniami przyjdzie jej się zmierzyć. Z okładki: "opowieść o nauce, rytuałach, lęku i miłości."

Sarah Moss "Night Waking" i "Cold Earth"  - dwie książki młodej pisarki, mocno promowanej przez jedną z moich ulubionych blogerek, Cornflower. "Night Waking" dzieje się na szkockiej wyspie (moje ulubione tło, plasujące się nawet przed amerykańską prerią). Historyczka Anna Bennett ma napisać książkę, ale jej mąż, ekolog, zabiera cała rodzinę na niezamieszkaną szkocką wyspę, aby liczyć maskonury. Anna, rozdarta między swoim pisaniem a potrzebami dwójki małych dzieci, natrafia w ogrodzie na stary szkielet dziecka. Stopniowo odsłania tajemnicę May, angielskiej pielęgniarki zamieszkującej wyspę w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. "Cold Earth" to debiut, prawdopodobnie jeszcze chłodniejszy i mroczny - akcja toczy się na Grenlandii, zaś bohaterami jest odcięta od świata grupka sześciu archeologów.

Johanna Moran "The wives of Henry Oades" - Australia, dziewiętnasty wiek, angielska rodzina dopiero co przypłynęła, gdy Margaret i czwórka dzieci zostają porwani przez Maorysów. Gdy pięć lat później udaje im się uciec, okazuje się, że Henry, mąż i ojciec, załamany i przekonany, że nie żyją, trzy lata temu wyjechał do Ameryki. Margaret podąża za nim do San Francisco tylko po to, aby się przekonać, że Henry to nie pogrążony w smutku wdowiec (oczywiście) , ale młody mąż i ojciec.

Mary Russel Mitford "Our village" - portret dziewiętnastowiecznej wioski, kupiłam głównie dlatego, że przeczytałam w tym roku zbiór listów tej autorki, który jest zachwycająco dowcipny i ironiczny.

Muszę powiedzieć, że jestem zachwycona swoimi nabytkami - już dawno tyle książek naraz mnie nie kusiło! Wyrzutów nie czuję - wydałam na nie w sumie niewiele ponad 100 zł, a poza tym lubię mieć wybór na własnych półkach. Jedyny problem to miejsce na nich właśnie, ale ten problem nie zostanie zapewne nigdy rozwiązany, jako że bez wątpienia nawet jeśli będę kiedyś miała oddzielny pokój na bibliotekę, zapełnię go zdecydowanie za szybko!

Próbowałyśmy z A. zrobić zdjęcie wszystkich książek, które razem kupiłyśmy, przed zapakowaniem ich do walizki, ale niestety była już późna noc i jakość jest tragiczna. Niemniej jednak, zamieszczam poglądową fotkę, jako że została ona niektórym obiecana. Nie podejmuję się spisać wszystkich tytułów, ale jeśli coś was zaintryguje, to się dowiem, co to:) Po prawej książki, które już powyżej pokazałam, po lewej kupka A. - zwracam uwagę, że wyższa od mojej:)


poniedziałek, 09 stycznia 2012

To był szalony tydzień! Pierwsze dni roku spędziłam częściowo w szacownych murach oksfordzkiego uniwersytetu, wśród miłośników literatury osiemnastowiecznej, częściowo pochylona nad starymi listami wśród całej rzeszy studentów i naukowców pracujących w czytelni manuskryptów w British Library. Nie zabrakło także szperania po lekko przykurzonych antykwariatach londyńskich i oksfordzkich, wędrówki przez wiktoriański Londyn i przemiłych spotkań.

Wybrałam się do Oksfordu na konferencję, trochę onieśmielającą swoim rozmachem i prestiżem, ale przede wszystkim inspirującą. W murach St. Hugh's College, który jest jednym z nowszych kolegiów oksfordzkich - w 1886 założyła go Elizabeth Wordsworth, wnuczka brata Williama Wordswortha. Mimo iż wiekiem nie imponuje, jest piękny, spokojny i klimatyczny.

Chcąc w pełni wykorzystać okazję, pojechałam trochę wcześniej, żeby spędzić dzień lub dwa w British Library nad manuskryptami. Kocham to miejsce. Dowolne książki i rękopisy są tam na wyciągnięcie ręki, prawdziwe skarby, które można dostać do ręki, a wszystko w niezwykle wygodnym, nowoczesnym, ale pełnym odniesień do tradycji, otoczeniu. I nigdy nie wiadomo, kto usiądzie przy stoliku obok - może to być znany pisarz, naukowiec, którego prace podziwiam. Tym razem biblioteka była wyjątkowo gwarna - główna czytelnia humanistyczna tak pełna, że znalezienie miejsca już godzinę po otwarciu biblioteki było praktycznie niemożliwe! Na szczęście książki, które zamawiałam, są na tyle rzadkie, że dostarczane są do znacznie mniej zatłoczonej czytelni manuskryptów, gdzie przy okazji przeczytałam całkiem ciekawy zbiorek listów pewnej młodej damy sprzed stu siedemdziesięciu lat.

Po konferencji został mi jeszcze jeden cały dzień w Londynie, który wykorzystałam na spotkania z zaprzyjaźnionymi blogerkami i wspólne buszowanie po antykwariatach. Najpierw jednak, jak na mola książkowego przystało, poszłyśmy do Museum of London na wystawę Dickens in London, będącą częścią obchodów dwusetnej rocznicy urodzin Dickensa - rok 2012 jest w Wielkiej Brytanii rokiem Dickensa, i w związku z tym pojawi się sporo wystaw oraz ekranizacji - polecam stronę Dickens2012, na której można znaleźć spis wszystkich związanych z tą rocznicą wydarzeń.

Wystawa, jak to zresztą w Londynie często bywa, jest przygotowana rewelacyjnie. To największa wystawa, jaka się w tym roku na temat Dickensa pojawi, i pierwsza poświęcona temu pisarzowi od ponad czterdziestu lat. Co więcej, aby przyciągnąć widza niekoniecznie zafascynowanego samym Dickensem i jego utworami, wystawa prezentuje nie tylko samego pisarza, ale przede wszystkim Londyn epoki wiktoriańskiej. Londyn był dla Dickensa inspiracją, miastem magicznym, i tak właśnie przedstawiony jest na wystawie. Pisarz nazwał je "magiczną latarnią", a jako że cierpiał na bezsenność, przemierzał je piechotą całymi godzinami w nocy. Wystawa kieruje nas jego śladami w półmrok, pełen ulotnych obrazów, tajemniczo migoczących kształtów, cieni na ścianach. Przemierzamy taki Londyn, jaki mógł znać pisarz. Na ścianach namalowane są sylwetki mieszkańców miasta, bogatych i biednych, gdzieniegdzie zaś wyświetlane są obrazy i animacje przedstawiające Dickensa śniącego o swoim mieście, scenki z życia Londyńczyków, satyryczne scenki i oniryczne wizje. Wyżej zawieszone są szyldy z dziewiętnastowiecznych pubów, pod sufitem zaś migoczą literki układające się w znajome tytuły i nazwy. Środek zajmują żywcem przeniesione fragmenty wiktoriańskich ulic - drewniana budka strażnika sprzed jednego z domów, w których mieszkał Dickens i potężne żelazne drzwi więzienia dla kobiet.


Londyn Dickensa zadziwia różnorodnością. Z jednej strony sali leży rękopis "Samotni" z opisem gęstej, londyńskiej mgły (niemiłosiernie pokreślony i napisany niewiarygodnie drobnym i gęstym pismem), z drugiej stoją kukiełki słynnego teatrzyka ulicznego, Punch i Judy.W jednej sali znajdziemy plakaty reklamujące przedstawienia teatralne o zabawnych tytułach, w innych wita nas strój przedsiębiorcy pogrzebowego i opowieść o śmierci. Najdalszy koniec sali i zaraz centralne miejsce wystawy zajmuje przestrzeń w dziewiętnastym wieku najświętsza - wiktoriański dom. Oprócz drobiazgów takich jak łyżka do zupy czy wiktoriańskie ozdoby choinkowe (gdyby nie podpis, nie domyśliłabym się, że te malutki krzesełka, stoliki i srebrne zwierzątka wieszano na choinkach!), stoi tu imponujące biurko, przy którym Dickens napisał kilka swoich najważniejszych powieści. Jako że Dickens przewrotnym pisarzem był i odzierał dom z mitologii, kilka kroków dalej napotkamy na obraz przedstawiający bezdomnych i chorych, czekających na przyjęcie do przytułku, oraz kolejny, na którym ojciec wyrzuca w zimową noc swoją córkę i jej nieślubne dziecko.

Richard Redgrave The Outcast, 1851


Rękopis "Samotni" (The Bleak House)

Końcowa sekcja opowiada o dzieciach w powieściach Dickensa, zwłaszcza o małej Nell z "Magazynu osobliwości" (The Old Curiosity Shop), której śmierć spowodowała żałobę w Londynie (wydarzenie medialna na miarę śmierci Hanki Mostowiak, ale w czasach sprzed telewizji). I choć końcówka smutna i posępna, żal wychodzić z tego migotliwego, magicznego świata cieni.

Świetna wystawa, warta wydania 8 funtów. Czynna będzie do 10 czerwca, jeśli zdarzy wam się być w Londynie w tym czasie, nie pomińcie jej, nawet jeśli Dickens nie należy do waszych ulubionych pisarzy.

Popołudnie i wieczór spędziłyśmy w antykwariatach. I wbrew panującej ostatnio modzie na niekupowanie książek, nabyłyśmy ich jak zwykle mnóstwo, tym razem niespodziewanie dla mnie samej, bo jednak po jednodniowym zaledwie buszowaniu po księgarniach zbyt wiele się nie spodziewałam. Londyn jednak jak zwykle nie zawodzi, i wystarczyło nam kilka godzin w jedynej swoim rodzaju piwnicy antykwariatu przy Notting Hill, abyśmy wyszły obładowane książkami. Stosik oczywiście będzie, ale jutro, bo pora chyba przypomnieć sobie, że jutro kończy się moja dwutygodniowa aż przerwa od pracy...

niedziela, 01 stycznia 2012

Sama sobie robię krzywdę zmuszając się do wyboru tej jednej jedynej książki, którą uznaję za najlepszą przeczytaną przeze mnie w danym roku. Po pierwsze, nie jest to łatwe, a po drugie, czasem z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że wybrałam nie tę książkę, którą powinnam - w 2007 wahałam się pomiędzy "Tysiąc wspaniałych słońc" Hosseiniego a "Połówką żółtego słońca" Adichie i postawiłam na Hosseiniego, tymczasem to właśnie epicka powieść Adichie jest dzisiaj w czołówce moich książek wszechczasów i planuję do niej wrócić, zaś Hosseiniego wprawdzie pamiętam, ale nie wywarł aż takiego trwałego wrażenia.

Tym razem w finale znalazły się dwa reportaże - niedawno przeczytana książka Barbary Demick "Światu nie mamy czego zazdrościć" o Korei Północnej oraz nieco wcześniejsza lektura o ogarniętym obsesją wiktoriańskim badaczu Amazonii, czyli "Zaginione miasto Z" Davida Granna. Obie znakomite, niezapomniane, napisane z nerwem. Ale chociaż być może to książkę Barbary Demick zapamiętam dłużej, choćby ze względu na pewne wstrząsające obrazy, to jednak zdecydowałam, że palmę pierwszeństwa nie zdobędzie. Moją książką roku 2011 zostaje więc

"Zaginione miasto Z" Davida Granna.

Korea Północna, jako jeden z ostatnich krajów prawie całkiem zamkniętych przed wścibskim okiem zachodnich turystów i reporterów, jest tematem bardzo nośnym, fascynującym, interesującym z założenia. To prawda, że książka Demick jest znakomicie napisana. Jednak autorowi "Zaginionego miasta Z" udało się odkopać historię, o której mało kto dzisiaj wie lub pamięta i opowiedzieć ją tak, że przeglądamy się w niej jak w lustrze. Ekscentryczny angielski dżentelmen sprzed wieku staje się nagle ucieleśnieniem naszych skrytych marzeń z dzieciństwa i z przerażeniem, ale i nadzieją szukamy w sobie rysu szaleństwa, który popycha do wielkich przygód. Zaraźliwy entuzjazm bucha z każdej strony i choć początkowo musimy być nieco sceptyczni - w końcu czytamy o dżungli, robactwie, upale, jadowitych stworzeniach, to z każdą stroną coraz lepiej rozumiemy ludzi, którzy decydują się wyruszyć w takie rejony świata, i budzi się w nas marzące o wielkich wyprawach dziecko. Magiczna opowieść, udowadniająca, jaką siłę potrafi mieć literatura. Jeśli nie czytaliście, polecam z całego serca!

sobota, 31 grudnia 2011

Jedną z wymiernych korzyści prowadzenia bloga jest możliwość sprawdzenia, czarno na białym, jakie książki przeczytałam w danym roku. W tym roku wyniki nie są do końca wierne, jako że nie wszystkie czytane książki recenzowałam na blogu, kilka zrecenzowałam na potrzeby różnych portali i wydawnictw, zaś książek czytanych do doktoratu lub do pracy zazwyczaj na blogu nie odnotowuję. Tym niemniej, mieszcząca się w bocznej szpalcie lista tytułów jest wiernym obrazem tego, co czytam dla przyjemności, i z przyjemnością stwierdziłam, po jej przeanalizowaniu, że jest bardziej różnorodna niż jeszcze rok temu.

Łącznie w tym roku przeczytałam 61 książek, troszkę więcej niż w poprzednich latach. Od czasu założenia bloga wiem jednak, że czytam mniej więcej tyle samo co roku. Po doliczeniu książek czytanych do pracy byłoby pewnie o może 10 więcej, ale rzadko czytam je od deski do deski, więc trudno je potem policzyć. Wśród moich lektur przeważa literatura piękna - 25 pozycji, ale kryminały plasują się tuż za nią - 22 pozycje! Znalazło się też 8 reportaży, i wszystko wskazuje na to, że moja Książka Roku 2011 należeć będzie właśnie do tego gatunku. Przewaga kryminałów spowodowała, iż w tym roku przeczytałam więcej książek szwedzkich, niż angielskich! 17 szwedzkich kryminałów na 12 książek brytyjskich i 11 amerykańskich. Jeśli jednak książki z obszaru anglojęzycznego policzę razem, jak zwykle zdecydowanie dominują wśród moich lektur. Nie najgorzej wypada literatura polska, przynajmniej na tle moich dotychczasowych osiągnięć, w tym roku polskich książek przeczytałam 8 - to żałośnie mało, ale i tak lepiej niż rok temu (7 książek), i zdecydowanie lepiej niż w 2009 (zaledwie 2 książki polskich autorów).

Poza tym panuje radosna i dość egzotyczna różnorodność: przeczytałam dwie książki duńskie i po jednej książce chińskiej, koreańskiej, indyjskiej, kolumbijskiej, czeskiej, haitańskiej, fińskiej, norweskiej i włoskiej!

Jeśli chodzi o język, w którym czytam, to dominują książki po polsku - dla przyjemności przeczytałam w języku angielskim 12 książek. Wszystkie książki nieodnotowane na blogu także czytałam w oryginale.

A teraz najciekawsze, czyli lista 10 najlepszych książek, które przeczytałam w tym roku, w kolejności alfabetycznej:

Adler-Olsen Jussi "Mercy" - odkrycie roku w kategorii kryminał. O dziwo, nie Szwed, lecz Duńczyk, zaś "Mercy" (po polsku wydane jako "Kobieta w klatce" i drugi tom, "Zabójcy bażantów" (jakimś cudem zapomniałam go zrecenzować, ale jest równie dobry, a może nawet lepszy, niż pierwszy) to kryminały doskonałe - świetnie zbudowane, dowcipne, z ciekawym tłem obyczajowym i bohaterami tak charakterystycznymi, że nie sposób ich pomylić z żadnymi innymi.

Altenberg Karin "The Island of Wings" - liryczna opowieść o samotności i niezrozumieniu, osadzona w realiach niegdyś zamieszkałej, dziś pustej szkockiej wyspy.

Demick Barbara "Światu nie mamy czego zazdrościć" -jeden z dwóch najlepszych reportaży tego roku. Poruszająca, bolesna lektura, otwierająca okno na niedostępny kawałek świata.

Fryczkowska Anna "Kobieta bez twarzy" - chyba najlepsza polska książka, którą przeczytałam w tym roku, przewrotny kryminał i szczery obraz polskiej prowincji.

Grann David "Zaginione miasto Z" - kolejny reportaż, który potrafi zmienić czytelnika. Portret człowieka ogarniętego obsesją tak potężną, że zaraźliwą nawet sto lat później, przerażający, a zarazem kuszący.

Hůlova Petra "Stacja Tajga" - zdecydowanie najlepsza powieść tego roku. Znowu portret dwóch mężczyzn, znowu obsesja i pasja, a w tle hermetyczne społeczeństwo niby nam dobrze znane, a zarazem tak inne, jakby z innej planety. I jedno z najbardziej szokujących zakończeń, jakie kiedykolwiek czytałam.

Jian Ma "Pekińska koma" - epicka opowieść o studenckich protestach w Chinach.

Rosero Evelio "Między frontami" - hipnotyzująca, alegoryczna przypowieść o wojnie, będąca dowodem na to, że można pisać o kompletnie nam obcym kraju i nie dotyczącym nas konflikcie tak, że będzie nas to obchodzić.

Theroux Paul "Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu" - odkrycie roku w kategorii literatury podróżniczej. Znany pisarz, po którego sięgnęłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni, promuje podróżowanie niedzisiejsze, powolne, pociągiem, w którym można spotkać ludzi i wysłuchać ich historii. Ta lektura była też powodem spontanicznego i bardzo udanego wyjazdu do Londynu na spotkanie z autorem!

Weisgarber Ann "The Personal History of Rachel DuPree" - nowym tematem, który zaintrygował mnie w tym roku, i o którym mam zamiar czytać w roku następnym, jest życie osadników na amerykańskiej prerii. Ta powieść traktuje ten temat nietypowo, w roli osadników obsadzając czarne małżeństwo. Wciągająca historia wyobcowania i walki o swoją tożsamość.

Nie będzie łatwo wybrać z tej dziesiątki jedną, najlepszą. Ponieważ jednak taką tradycję wprowadziłam na swoim blogu, postaram się to zrobić. Wybrany tytuł poznacie jutro, tymczasem zaś życzę Wam na ten Nowy Rok samych trafionych lektur, mnóstwa czasu na czytanie, wielu pustych półek i pokaźnych stosików, które je zapełnią!





   Zwykle miewam wątpliwości, czy warto pisać o kolejnym tomie serii. Niewiele nowego można powiedzieć. Z drugiej strony jednak, daję tym samym znak, że cenię cykl na tyle, aby kupować kolejne części, a czasem nawet zdarzy się, że jakiś tom jest wyraźnie lepszy od poprzednich. Wydaje mi się, że tak właśnie jest w przypadku "I tylko czarna ścieżka" Asy Larsson. Nie czytałam pierwszego odcinka przygód Rebeki Martinsson, i pewnie już do niego nie zajrzę, zważywszy, że w tomie drugim dowiedziałam się, co się wcześniej stało. Przeczytałam jednak "Krew, którą nasiąkła" i generalnie oceniłam ją pozytywnie, acz z pewnymi zastrzeżeniami. Wszystkie one zniknęły przy kolejnym tomie. "I tylko czarna ścieżka" to znakomity kryminał z dobrze zarysowanym tłem, intrygującymi postaciami i wciągającą zagadką.

Rebeka dochodzi do siebie po ciężkich przejściach z poprzedniego tomu. Przeszła leczenie psychiatryczne i decyduje się na powrót do pracy, aczkolwiek nie w renomowanej kancelarii w Sztokholmie, lecz w prowincjonalnej prokuraturze w swojej rodzinnej Kirunie. Wpada w wir zajęć i już jako profesjonalistka pomaga w kolejnym śledztwie znanym nam już policjantom. Zagadka jest trudna, tropy się mnożą, zaś zakończenie usatysfakcjonuje najbardziej wybrednych czytelników. W życiu prywatnym zaś wszystko zdaje się Rebece układać, tak ładnie, że to aż podejrzane.

Dobra książka, po której aż się chce wrócić do Kiruny, którą nieco zlekceważyłam podczas swoich skandynawskich wakacji. Jeśli forma autorki będzie nadal rosła, to kolejne tomy powinny stanowić prawdziwą ucztę dla miłośnika kryminałów!

Moja ocena: 5/6

  Najwyższy już czas na podsumowanie roku, a ja jeszcze wciąż nie napisałam recenzji wszystkich ostatnio przeczytanych książek. A co jak co, ale "Kraj bez kapelusza" nie powinien pozostać pominięty. To bardzo oryginalna, pozornie lekka, a jednak zapadająca w pamięć lektura z egzotycznego Haiti. Autor, Haitańczyk z pochodzenia, wyemigrował w latach młodości i teraz, po dwudziestu latach, wraca do ojczyzny. A to, co widzi, na tyle go oburza, porusza, przeraża, że siada pod drzewem mango, rozkłada chybotliwy stolik i maszynę, i nadając narratorowi własne imię, z pasją i czarnym humorem portretuje swój kraj.

Portretuje, bo jego książka jest nie tyle opowieścią, ile obrazem. Składają się nań nieco poszatkowane, krótkie i wielobarwne sceny. Nadopiekuńcza matka, która nie zdaje się traktować go wciąż jak małego chłopca. Przyjaciele z lat młodości wciąż bliscy, a jednak odmienieni. Rozmowy z bogami. Puste, zaskakująco puste cmentarze. Ludzie, którzy potrafią obywać się bez jedzenia. Zombie! Nieznośny upał, który odbiera ochotę do jakiejkolwiek aktywności i w dziwny sposób spowalnia upływ czasu.

Ta książka to mozaika wrażeń, pozornie zabawna i pełna humoru, a w istocie nakierowana na odczuwanie Haiti, kraju, z którym autor, mimo swej emigracji, jest nierozerwalnie związany. Jego Haiti, biedne i niemrawe, obfituje w fascynujące, zagadkowe wierzenia, z których jego mieszkańcy powinni być dumni. Bo gdzie indziej na świecie wierzy się, iż po ulicach chodzą zombie?

Książka kompletnie nie w moim stylu, a jednak zapadła mi w pamięć. Nie czytuję na codzień powieści satyrycznych, groteska to najmniej lubiany przeze mnie gatunek, a jednak tutaj się znakomicie sprawdza. Bo też jak inaczej pisać o świecie, w którym w zaświaty można udać się ot tak, od niechcenia niemalże, i w którym bóstwo można gościć we własnym domu? Haiti, znane nam z telewizyjnych obrazów klęski, głodu i epidemii, zyskało właśnie w mojej świadomości całkiem nowe oblicze, na tyle intrygujące, że mam ochotę sięgnąć po inną haitańską książkę, wydaną także przez Karakter - "Dzieci bohaterów" Lyonela Trouillot. Jak dobrze, że jest wydawnictwo, które takie perełki z kompletnie nam nieznanych, egzotycznych krajów, wydaje!

Moja ocena: 4.5/6

wtorek, 27 grudnia 2011

Święta przemknęły właściwie nie wiadomo kiedy - tak samo błyskawicznie jak ostatnie tygodnie tego roku. Ubieranie choinki, gorączkowe poszukiwanie ostatnich prezentów, staranne pakowanie paczuszek, lepienie dziesiątek pierogów, dzieci i niezliczone koty kręcące się pod nogami, przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego w deszczu i mgle, granie z Olą w gry, które znalazła pod choinką, i już, powrót do domu, dziwnie zimnego i wilgotnego, może dlatego, że zakręciłam wszystkie grzejniki, a może dlatego, że dziecko i kot zostali u dziadków i jakoś podejrzanie cicho i spokojnie się zrobiło...

A w międzyczasie, wieczorami i między wkładaniem do piekarnika kolejnych placków, doczytywałam ukradkiem trochę magiczną, nastrojową i zaskakująco wciągającą książkę Belli Pollen "The Summer of the Bear". Lato na małej szkockiej wyspie należącej do archipelagu Hebrydów Zewnętrznych zaskakująco przypomina tegoroczną polską zimę - deszcze, zimny wiatr i z rzadka tylko widywane słońce nie tworzą wakacyjnej aury. W tym surowym otoczeniu schronienie znajduje niedawno owdowiała Letty i jej trójka dzieci. Mąż Letty, Nicky, dyplomata pracujący w ambasadzie brytyjskiej w Bonn, został znaleziony martwy po upadku z dachu ambasady. Jest rok 1979, trwa zimna wojna, i śmierć Nickiego rzuca na niego cień podejrzeń. Letty nie radzi sobie ze świadomością, że jej ukochany mąż mógł być rosyjskim szpiegiem i najprawdopodobniej popełnił samobójstwo. Ucieka z dusznej atmosfery Bonn do rodzinnego domu na Hebrydach, tam zamyka się w sobie, nie zauważając, że trójka jej dzieci potrzebuje teraz całego jej wsparcia.

Dzieci to niezbyt właściwe określenie. Dwie dziewczynki, Georgie i Alba, wkraczają w wiek dojrzewania, Georgie obsesyjnie myśli o seksie, podczas gdy Alba nienawidzi całego świata, a zwłaszcza swojego młodszego braciszka, Jamiego. Jamie jest dziwnym dzieckiem. Traktuje wszystko w sposób doskonale dosłowny, gdy więc pragnąc oszczędzić mu traumy, matka mówi mu oględnie, iż "stracił" tatę, który miał wypadek, Jamie uznaje, iż tata gdzieś przepadł i czeka niecierpliwie na jego odnalezienie. W drodze do Szkocji zostawia mu liczne wskazówki, jak odnaleźć drogę, a z wyspy wysyła listy w butelkach. Powoli dociera do niego, iż tato być może nie wróci już pod swoją postacią, ale skoro miejscowi mówią, iż zaginieni na morzu rybacy wracają jako morskie ptaki, dlaczego jego ojciec nie miałby wrócić jako ktoś inny?

Po wyspie tymczasem krąży jeszcze jedno zagubione stworzenie. Oswojony niedźwiedź grizzly ucieka swojemu opiekunowi i gnany tajemniczym niepokojem, kryje się w jaskini na klifie, coraz bardziej głodny, a jednocześnie przepełniony dziwnym poczuciem misji. Takie zdarzenie miało faktycznie miejsce, gdy w czasach młodości autorki oswojony grizzly uciekł swojemu właścicielowi i ukrywał się przez miesiąc na jednej z wysp na Hebrydach. Prawie zginął z głodu, nie zrobił jednak krzywdy żadnemu stworzeniu, poświadczając tym samym słowa swojego właściciela, który twierdził, że to zwierzę zostało wychowane jak człowiek i ma w połowie ludzką duszę. 

Losy zagubionego niedźwiedzia i trójki nieszczęśliwych dzieci splotą się w niezwykły sposób na tym zapomnianym przez świat kawałku lądu. Powolutku, niczym w thrillerze szpiegowskim, przeszłość będzie odkrywała swoje sekrety i prawdziwa historia ich ojca wyjdzie na jaw, a oni będą uczyli się żyć ze sobą na nowo, inaczej. To zaprawiona szczyptą magicznego realizmy powieść o dojrzewaniu, w której każdy z bohaterów ma swój głos, jednakowo ważny i tak samo wiarygodny. Zagubiony w rzeczywistości, czekający na ojca Jamie, odkrywająca swoje ciało i pragnienia Georgie, która kryje przed resztą rodziny pewien sekret, Alba wyładowująca swój żal i gniew na wszystkich dookoła. Każde z nich ma do opowiedzenia unikalną historię, które splatają się w nastrojową opowieść o śmierci i życiu, o potrzebie i wadze rozmowy i słuchania.


Moja ocena: 5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
O mnie
Teraz czytam
Najpopularniejsze notki
Top 5 najnowszych lektur
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Bliskie mi adresy
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi
Papierowy Ekran 2011 - Zagłosuj na Miasto Książek




Miasto Książek on Facebook