czwartek, 13 czerwca 2013

Nie wiem, co się stało z moimi ostatnimi tygodniami. Jeśli ktoś je widział, proszę o zwrot.

Chyba przekroczyłam jakiś punkt krytyczny w ilości zajęć ostatnio. Czytałam głównie prace licencjackie, nawet do księgarni nie zaglądałam, a to nie jest dla mnie normalne ;-) Na szczęście koniec roku akademickiego już na horyzoncie, a w ramach buntu zakupiłam dwie książki o kraju odległym i innym, żeby oderwać myśli od tu i teraz.


Niestety, pierwsza z nich nie do końca spełniła moje oczekiwania. Tytuł brzmi bardzo zachęcająco - "Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta". Obiecywał nietypowe spojrzenie na mocarstwo, i to dokładnie takie, jakie lubię - przez pryzmat miejsc zapomnianych, zagubionych, leżących poza utartym szlakiem. Autorka, Anna Jaklewicz, spędziła sporo czasu na południu Chin, podróżując po głębokiej prowincji w poszukiwaniu mniejszości narodowych. Materiał na książkę to niewątpliwie ciekawy, niestety, wykonanie nieco rozczarowuje.

Książka zabiera nas do coraz to kolejnych miejscowości - fascynujących, zamieszkanych przez nietypowych ludzi, o których mało kto słyszał. Ludy Bulang, Aini, Dai, Mosuo żyją sobie po cichu gdzieś w Chinach. Część ich wiosek otwiera się na turystów, pobierając nawet opłaty za wstęp, inne leżą całkiem na uboczu i rzadko zagląda do nich jakikolwiek wędrowiec. Anna Jaklewicz dotarła do wielu z nich, spała w chatach miejscowych mieszkańców, uczestniczyła w ich świętach i festiwalach. Szkoda jednak, że jej opowieść nie wciąga, wydaje się bardziej katalogiem odwiedzanych atrakcji, niż reportażem. Zabrakło wnikliwości, dociekliwości, umiejętności przeniesienia czytelnika w ten fascynujący świat. Autorka jeździ, obserwuje, dziwi się, twierdzi, że jest zaintrygowana, i nic z tego więcej nie wynika.

Przykład: odwiedziny w wiosce Bulang. Autorka pisze tak:

Tatuaże, czarne zęby, rozciągnięte uszy. Intryguje mnie definicja piękna według Bulang. Chcę wiedzieć, gdzie mieszkają, jak żyją, jakie mają domy.

Ja też bym chciała to wiedzieć. Niestety, autorka nie spróbowała się dowiedzieć, a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. Owszem, opisała wygląda wioski, ale jest to opis z gatunku takich, jakie można przeczytać w Wikipedii. Sucha relacja, niczym przepisana z przewodnika.

Obejrzawszy mapkę miejsc opisanych, zamieszczoną na końcu książki, zaczynam rozumieć, dlaczego całość jest tak powierzchowna. Chiny to ogromny kraj, zaś każda opisana mniejszość etniczna mówi zapewne innym językiem, ma całkiem inne tradycje i obyczaje. Autorka przejechała całe południe kraju, od zachodu na wschód, przemierzając naprawdę wielkie odległości. Siłą rzeczy mogła jedynie dotknąć powierzchni rzeczy, nie wnikając głębiej. Gdyby zdecydowała się pozostać dłużej w jednym regionie, być może jej opowieść byłaby dla czytelnika ciekawsza. A tak dostajemy po prostu relację z podróży.

Nie mogę jednak powiedzieć, że nie było warto po "Niebo w kolorze indygo" sięgnąć. Powierzchowna czy nie, książka Anny Jaklewicz daje pewne pojęcie o bogactwie kultury chińskich mniejszości, i podsuwa pomysły na własne wojaże. I o ile tekst nie jest specjalnie porywający, to zdjęcia są całkiem dobre i interesujące. Całość została zresztą naprawdę starannie i ładnie wydana, tak więc lektura sprawiła mi sporo przyjemności, aczkolwiek zostawiła z uczuciem dużego niedosytu.

Ciekawa jestem, czy Peter Hessler mniej mnie rozczaruje...



wtorek, 28 maja 2013

Nie wiem, jak wy, ale czasem gubię się w tych wszystkich nowych portalach i serwisach. Co chwilę dostaję zaproszenia do pisania recenzji dla jakiejś nowej strony, widuję linki do kolejnych portali i nie bardzo chce mi się sprawdzać, które z tych inicjatyw faktycznie godne są zainteresowania. Czasami jednak jakaś nowa strona zaczyna pojawiać się coraz częściej gdzieś na obrzeżach świadomości, aż w końcu sprawdzam ją nieśmiało i rzadko, bardzo rzadko, zostaję na dłużej. Jeśli wiecie, o czym mówię, mogliście przegapić jeden z ciekawszych bytów internetowych powstałych w ostatnich latach - portal o niezależnym podróżowaniu, Peron 4.

I choć mogłabym o nim sporo dobrego napisać, to pozostanę jednak przy tematyce książkowej, aczkolwiek to nie znaczy, że cały początek notki był nie na temat! Peron 4 bowiem ogłosił jakiś czas temu konkurs na reportaż z podróży, który miał dotyczyć miejsc położonych "poza utartym szlakiem". Zwycięskie reportaże ukazały się w książce pod takim właśnie tytułem, uzupełnione przez teksty znanych podróżników. I tak jak nie przepadam za pokonkursowymi zlepkami, tudzież wszelkimi zbiorami tekstów wielu autorów, to "Poza utartym szlakiem" zdecydowanie przerosło moje oczekiwania, okazując się jedną z ciekawszych książek podróżniczych, jakie zdarzyło mi się ostatnio przeczytać.


Oczywiście, nie wszystkie teksty zawarte w książce są równie dobre, trudne jednak wytypować takie, które byłyby wyraźnie słabsze. Autorzy trzymają poziom, i to zarówno pod względem językowym, jak i w kwestii fantazji - ich pomysły na podróż są nietuzinkowe i odważne.Właśnie odwaga, na równi z ciekawością świata, wydaje się być cechą łączącą wszystkie opowieści. Nie ma tutaj wyczynów ekstremalnych - są zwykli ludzie, którzy nie boją się zejść z utartej, turystycznej ścieżki, żeby sprawdzić na własnej skórze, jak żyją miejscowi. Nawet za cenę wyjątkowych niewygód, lekkiego dreszczyku niepokoju czy wręcz skrajnych emocji.

Są historie śmieszne i smutne, w większości zaś śmiech miesza się z zadumą i czasem łzami. Uroczo napisana jest trochę straszna, ale także zabawna przygoda Jakuba Rybickiego, który podczas wędrówki na bajkalską niebiańską plażę zgubił kolegę. Z przymrużeniem oka traktuje niebezpieczeństwo Ewa Zagawa, której reportaż z Jemenu nosi wszystko mówiący tytuł "W oczekiwaniu na porwanie". Duże wrażenie robi relacja Anny Burnat-Olech, lekarki pracującej w bangladeskim szpitalu, która może jednak nieco przygnębić. Wtedy warto sięgnąć po tekst o służbie zdrowia na innym krańcu świata - Zuzannę Mączyńską spotkała w podróży zdecydowana przykrość - jej wyrostek robaczkowy dał o sobie znać na początku wakacji w Gruzji. Niemiłą przygodę autorka przekuła w uroczy reportaż o byciu jedyną pacjentką w starym gruzińskim szpitalu, nostalgiczną i pełną humoru.

Nie sposób wymienić wszystkich, które mi się podobały, potrafię za to przyznać jednej historii palmę pierwszeństwa. Najlepszy jest zdecydowanie reportaż Anny Moszko - napisana pięknym językiem, poruszająca opowieść o podróży w głąb gwatemalskiej dżungli. Po jej lekturze musiałam na dłuższy czas odłożyć książkę i poczekać, aż emocje opadną. W notce o autorce przeczytałam, że jest laureatką konkursów poetyckich, i to chyba wyjaśnia, skąd u niej takie niezwykłe wyczucie słowa. Jeśli autorka zdecyduje się wrócić do Gwatemali i napisać książkę o tym kraju, będzie miała we mnie pierwszą czytelniczkę!

Świetna książka, zachwycająca także tym, jak wiele talentów reporterskich mamy w naszym kraju. Z przyjemnością zobaczę w księgarni książkę każdego z autorów. Z ich tekstów przebija autentyczna ciekawość świata, ale i pokora. Nie widać w nich jakże częstego niestety przekonania o własnej wyjątkowości, przebija za to otwartość i umiejętność patrzenia i słuchania.

Nie wiem, dlaczego, ale książka nie jest dostępna w zbyt wielu księgarniach. Znalazłam listę punktów, w których można ją kupić, znajdziecie ją tutaj. Polecam zwłaszcza przed wakacjami. Być może nie będziecie w stanie odnaleźć w sobie tyle odwagi i fantazji, co autorzy tych reportaży, ale może z większą uwagą rozejrzycie się wokół siebie, odważycie się porozmawiać z miejscowymi lub wyjść gdzieś poza turystyczne getto. Ale uważajcie - możecie tak jak ja zapłać nieodpartą chęcią na wyjazd w jakieś mało oczywiste miejsce! Przyznam szczerze, że po reportażu z Jemenu przejrzałam zdjęcia z tego kraju i najchętniej wsiadłabym w samolot już jutro:)

Moja ocena: 5/6

czwartek, 09 maja 2013

Właściwie mieliśmy jechać gdzie indziej. Pierwotny plan był bardziej dla nas typowy - Anglia, najchętniej Lake District, może ewentualnie Szkocja. A w wersji leniwej - standardowo Kotlina Kłodzka. Ale gdy tak się zastanawiałam, na co się zdecydować, mój wzrok jak zwykle błądził gdzieś po półkach z książkami i zauważyłam niepozorną książeczkę, która stała wciśnięta tam od tak dawna, że o niej zapomniałam. Tytuł brzmiał "Droga do Sieny", a mi natychmiast przypomniał się nasz nigdy nie zrealizowany plan, żeby pojechać wiosną do Włoch. A że my zawsze kierujemy się naszymi własnymi przesłankami, które często okazują się dość nietypowe, powodem, dla którego chcieliśmy odwiedzić Włochy wczesną wiosną, nie była tęsknota za słońcem, dobrym jedzeniem i zabytkami, ale marzenie zobaczenia na własne oczy kilku gatunków storczyków, które u nas nie rosną.

U, który zazwyczaj woli północną część Europy, na wzmiankę o storczykach zareagował pozytywnie, decyzja została zatem podjęta. Wyjazd z namiotem nie wymaga żadnych wcześniejszych przygotowań - wystarczy kupić mapę, zapakować sprzęt kempingowy i wyruszyć. Co więcej, samochód nie ogranicza ilości zabranych książek, mogłam więc zaszaleć. Przejrzałam więc własne półki, zajrzałam do kilku księgarni i zgromadziłam dość eklektyczną biblioteczkę na drogę.

Osoba szukająca włoskich lektur dostanie zawrotu głowy, zaglądając na stronę Zeszytów Literackich. Ich podróżnicza seria obfituje w kuszące tytuły, z których znaczna część dotyczy właśnie Włoch. Ostatecznie zabrałam ze sobą cztery ich książki, każdą inną, a jednocześnie w jakiś sposób wszystkie do siebie podobne. Napisane w sporych odstępach czasu, opowiadają o podróżach niespiesznych, bocznymi drogami, podróżach, których istotą jest kontemplacja jakiegoś wycinka rzeczywistości - fresku w wiejskim kościółku, samotnego drzewa na wzgórzu, gwarnego placu.

Czytałam te książki fragmentami, rozdział z jednej, kilka z innej, potem wracałam do pierwszej. Gdy zbliżaliśmy się do jakiegoś miasteczka, sprawdzałam, czy któryś z autorów o nim pisze. Później doczytywałam fragmenty o miejscach, do których nie udało nam się dotrzeć. "Drogę do Sieny" Marka Zagańczyka otwierałam chyba najczęściej, nie dlatego, że jest najlepsza, ale dlatego, że to właśnie prowincja Siena, którą upodobał sobie Zagańczyk, najbardziej przypadła nam do gustu.

Zagańczyk opowiada prostym, ładnym językiem. Często relacjonuje swoje lektury, pisze, co o danym miejscu mówili inni, którzy byli tam przed nim. Niektórym czytelnikom może to przeszkadzać - mnie się podobało. Sama lubię porównywać swoje wrażenia z relacjami wielkich pisarzy, więc rozumiem jego nastawienie. Oprócz wrażeń z lektur, Zagańczyk fascynująco opowiada historie. To za jego namową pojechaliśmy do ruin opactwa San Galgano, aby zobaczyć miejsce, w którym zakochany lekkoduch, Galgano Guidotti, spada z konia, a następnie ma objawienie. Nawrócony, modli się, ale brak mu krzyża, którego nie potrafi sklecić z patyków. Zdenerwowany, ciska mieczem o ziemię, miecz wbija się w kamień i zmienia w krzyż. Galgano zostaje w tym miejscu, buduje sobie pustelnię, a wreszcie zakłada zakon. Dzisiaj jest tam kaplica i ruiny wspaniałego opactwa, wyglądające, jakby je żywcem przeniesione z północy Anglii.

Zagańczyk kocha okolice Sieny, brunatne pola, miasteczka rozłożone wysoko na wzgórzach, cień wulkanu Monte Amiata, który widać z każdego niemalże miejsca w okolicy. Odwiedzał te same miejsca, w których się zatrzymywaliśmy - małe miejscowości prawie pozbawione turystów, przynajmniej teraz, w maju - Montalcino, Greve, Pitigliano. Boczne drogi Toskanii są wyjątkowo urokliwe poza sezonem, gdy zarówno w miasteczkach, jak i na wzgórzach jest dość pusto, wszystko zaczyna się dopiero zielenić, w powietrzu pachnie słońcem i wilgocią.

"Pamięć Włoch" Wojciecha Karpińskiego wydaje się być nieco poważniejszą książką, czyta się ją jednak równie dobrze. Karpiński wędruje przez Włochy śladami dawnych mistrzów. Pasjonująco opowiada o mniej lub bardziej znanych artystach. Wiedziałam, że nie zdołam zobaczyć wszystkiego, o czym pisze, ale na szczęście miałam okazję odwiedzić katedrę w Sienie, a w niej serię fresków, którym Karpiński poświęcił cały rozdział. Libreria Piccolomini, niewielka sala, do której wchodzi się z mrocznego wnętrza katedry, olśniewa blaskiem, światłem i kolorami. Wszystkie ściany pokrywają freski opowiadające historię życia Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, który został papieżem i przybrał imię Pius II. Ten pochodzący ze Sieny chłopak przeżył fascynujące życie pełne przygód - wyruszył ze Sieny jako ubogi młodzieniec, a udało mu się gościć na dworach królewskich w całej Europie. Został poetą, pisarzem, a wreszcie papieżem. Odwiedził Szkocję, Anglię, Niemcy, korespondował z polskim biskupem. Freski Pinturicchia są równie barwne i fascynujące, jak życie ich bohatera, i można przyglądać im się godzinami, wciąż odkrywając nowe szczegóły.

O sieneńskiej katedrze pisze także Zbigniew Herbert. Jego książka to już klasyka i warto po nią sięgnąć, jeśli choć trochę interesuje nas historia sztuki. Toskanii w "Barbarzyńcy w ogrodzie" jest niewiele - właściwie tylko Siena, ale za to Siena opisana bardzo osobiście i emocjonalnie.

Herbertowi w Sienie podoba się wszystko - gospoda Pod Trzema Dziewuszkami (na ścianie której jest dzisiaj zresztą wmurowana tablica pamiątkowa), niezwykły plac w kształcie wachlarza - Piazza di Campo, dynamiczne wnętrze pasiastej katedry, freski w Palazzo Publico. Oprócz wrażeń z podróży, Herbert pisze także o przeszłości odwiedzanych miejsc - bardzo podobała mi się jego opowieść o burzliwej historii Sieny, o wiele ciekawsza niż ta, którą można znaleźć w przewodnikach.

Herbert zauważa też coś, co jest cechą wspólną autorów wszystkich czterech czytanych przeze mnie książek - podróż to patrzenie, uważna obserwacja, chłonięcie świata, a nie zaliczanie atrakcji. Niewiele się od jego czasów zmieniło:

"Wychodzę z katedry na rozgrzany i oślepiający plac. Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spocenia farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę, dotykając kamieni sprzed kilku wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem kopii. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt już nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia."

Muszę jednak przyznać, że o ile to już kolejny wyjazd, podczas którego ograniczam sobie robienie zdjęć, to dochodzę do wniosku, że świadome, przemyślane fotografowanie nie zakłóca przeżywania. Kilka dni, które spędziłam w Angkor Wat, upłynęły pod znakiem zdjęć - zrobiłam ich wtedy setki, ale były robione z rozwagą, uważnie komponowane. I dzisiaj uważam, że to miejsce przeżyłam, że je pamiętam, że nie zobaczyłabym więcej, gdybym po prostu tam była, nic nie robiąc. Z drugiej strony jednak, czasem lubię pozbyć się aparatu i zamiast utrwalać obrazy na kliszy, notować to, co widzę.

Najbardziej oddalonym w czasie podróżnikiem jest Muratow, który pisał o Włoszech na początku XX wieku. Miałam ze sobą tylko jeden tom jego wspomnień i żałuję, muszę koniecznie kupić pozostałe, zwłaszcza ten o Toskanii i Umbrii. Po "Obrazy Włoch" sięgnęłam jadąc do Florencji. I tak jak Herbert fascynująco opowiada historię Sieny, tak Muratow potrafi przybliżyć czytelnikowi dzieje Florencji, zwłaszcza epokę quattrocenta. Lektura tej książki obudziła we mnie żal, że nie mogłam więcej czasu spędzić w tym mieście - wrócę do niej, gdy będę mogła pojechać do Florencji na dłużej, żeby spokojnie obejrzeć galerie, muzea i kościoły.

Wszyscy ci autorzy ciekawie się uzupełniają. Zagańczyk czyta Herberta i Karpińskiego, Karpiński inspiruje się Muratowem. Miejsca pominięte przez jednego odwiedza inny. Czytając ich na przemian, łatwo zapomnieć, że ich podróże oddalone są często w czasie o kilkadziesiąt lat.

Najważniejszą lekcją wyniesioną z lektury nie jest jednak wiedza, co i gdzie warto zobaczyć. Bardziej istotne jest przesłanie, że podróż nie musi być celowa. Że warto zboczyć z wyznaczonej trasy, skręcić w ścieżkę, której końca nie widać, i odkryć coś dla siebie, czego nie ma w żadnym przewodniku. Toskania jest przytłaczająco piękna i bogata w zabytki. We Florencji istnieje wręcz choroba, na którą zapada kilka - kilkanaście osób rocznie, a która wiąże się z nadmiarem emocji wywołanych przez piękne widoki. Zamiast frustrować się niemożnością zobaczenia wszystkich wielkich dzieł sztuki, lepiej skupić się na danej chwili - wypić gęstą kawę, posiedzieć na krawężniku, posnuć się po wąskich uliczkach, zatrzymać za miastem i zrobić piknik pod cyprysem.

Nasza Toskania była właśnie taka. Za to kocham wyjazdy z namiotem - można wyjść rano na wilgotną od rosy trawę, spojrzeć na porośnięte oliwkami wzgórza, na unoszącą się nad doliną mgłę - tego nie zobaczy się z okna większości hoteli.

Zagańczyk pisze tak:

Wiosną w dolinie dobrze jest wyjść rano przed dom, gdy mgła spowija wzgórza a słońce, zapowiadając piękny dzień, tka mleczną zasłonę. Zieleń traw i pszenicy jest wówczas najpełniejsza, omyta rosą, wolna od kurzy piaskowych dróg. (...) Ostre figury cyprysów coraz wyraźniej znaczą swoją obecność, choć ciągle widać zaledwie ich zarys. Niebawem wszystko okryje prażący blask, ale teraz, w tej chwili przesilenia, gdy przyroda zdaje się wahać, kształty są jeszcze rozmyte. Mam wrażenie, jakbym przyglądał się japońskim sztychom. Mgła przetacza się w dolinę, schodzi na łąki, okrywa dachy domostw. Jest cicho i nawet ptaki dopiero budzą się do lotu.

To są właśnie moje ulubione chwile, kiedy świat się zatrzymuje i zauważamy, jaki jest piękny.

Dobrze być wiosną w Toskanii, pisze Zagańczyk, i trudno się z nim nie zgodzić.

A storczyki? - spytacie. Oczywiście, znaleźliśmy je. Nie było to trudne. Wystarczyło zatrzymać się na poboczu i przyjrzeć uważnie trawie. Albo wyjść kilka kroków przed namiot, prosto do gaju oliwnego. To nie jest sprawiedliwe, że oprócz takiej ilości pięknych budowli i wielkich dzieł sztuki, ten kraj dostał także obfitość rzadkich i wyjątkowych kwiatów;) Jeśli będziecie wiosną we Włoszech, poszukajcie ich - są często malutkie, ale z bliska zachwycające .

Ophrys bertolonii

Ophrys insectifera - wygląda trochę jak mały kosmita;)

Anacamptis papilionacea

Zdjęcia: Łukasz Stępień

poniedziałek, 06 maja 2013

Nie bójcie się, to nie kolejna dłuższa przerwa blogowa. Tym razem mnie nie było, bo jak co roku o tej porze - majówkowałam. Tym razem postanowiłam nieco odmienić swoje standardowe kierunki wyjazdowe i zamiast odwiedzić polskie góry, tudzież angielskie miasta i miasteczka, postanowiłam odnowić znajomość z krajem, w którym już jakiś czas nie byłam, a którego językiem niegdyś posługiwałam się biegle i z przyjemnością. Kilkuletnia przerwa zrobiła niestety swoje, wiele zapomniałam, ale też zatęskniłam. Za słońcem, srebrnymi drzewkami oliwnymi, za freskami skrytymi w malutkich kościółkach gdzieś na prowincji, za melodią języka. O dziwo, U łatwo dał się namówić, nie namyślając się więc wiele, zapakowaliśmy do samochodu namiot, sprzęt kempingowy, a nawet strój kąpielowy. I oczywiście całkiem pokaźny stos książek. Plus kilka dodatkowych na Kindlu.

Część książek odkopana z półek, część kupiona specjalnie, a kilka pożyczonych od przyjaciółki. I wyobraźcie sobie - prawie wszystko przeczytałam :) Ale uczciwie zaznaczę, że zaczęłam jeszcze przed wyjazdem :)

Recenzje i wrażenia z wyjazdu będą, jak się ogarnę;)

piątek, 26 kwietnia 2013

Bardzo łatwo sprawdzić, które serie kryminalne należą, moim zdaniem, do ścisłej elity i którym jestem bezgranicznie oddana. Wystarczy sprawdzić, jak szybko po ukazaniu się kolejnego tomu, na moim blogu pojawia się recenzja. Zazwyczaj czytam kryminały falami. Przez kilka miesięcy sięgam po nie co chwilę, aby potem nie otworzyć żadnego przez pół roku. Jednak są takie serie, a właściwie tacy autorzy, że nawet jeśli akurat nie jestem w nastroju, to i tak się skuszę. Pierwszym na liście takich ulubieńców jest Johan Theorin, kiedyś był na niej Jo Nesbø, ale ponieważ jego ostatnia książka leży u mnie nieprzeczytana już od wieków, to chyba nie mogę go tu umieścić. Prawdopodobnie zastąpiła go Åsa Larsson, chociaż zobaczymy, czy się utrzyma. Natychmiast kupiłabym i przeczytała kolejną część duńskiego cyklu autorstwa Jussi Adler-Olssena, ale trochę tracę już nadzieję na to, że zostanie wydana. Podobnie obawiałam się o losy Arnego Dahla, którego poprzednia książka ukazała się już ponad rok temu. Faktycznie, okazało się, że Muza już go nie wydaje, na szczęście zainteresowała się nim Czarna Owca, której nakładem właśnie ukazał się tom piąty cyklu o Drużynie A, pod tytułem "Wody wielkie". A że niestety Muza chyba bardzo zaszkodziła tej świetnej serii, wydając ją w koszmarnych okładkach, ta zmiana może okazać się bardzo pozytywna. Kupiłam czym prędzej, przeczytałam właściwie od razu i co więcej, będę nudna i po raz kolejny w tym tygodniu napiszę, że właśnie przeczytałam książkę, która jest najlepszym tomem w całym cyklu.

Być może pomogła zmiana tłumacza. W poprzednich tomach denerwował mnie manieryczny styl. Było sporo dziwnych, niezręcznych zdań, często tajemniczo urywanych. Oczywiście tak właśnie mógł wyglądać styl autora, ale gdy przeczytałam "Wody wielkie", przetłumaczone przez nowego tłumacza (Roberta Kędzierskiego, poprzednie tomy dla Muzy tłumaczyła Dominika Górecka), okazało się, że nic mnie nie razi. Zdania całkiem zgrabne, nadal momentami nietypowe, ale raczej w intrygujący, a nie drażniący sposób. Zaś fabuła - znakomita!

Wiadomo, że nie ma sensu pisać o treści powieści kryminalnej. Tym, co ważne, co odróżnia ten cykl od innych, jest niekoncentrowanie się na jednym bohaterze, policjancie czy detektywie, którego życie i pracę będziemy śledzić. Arne Dahl stworzył Drużynę, zespół ludzi, z których każdy jest interesujący, nietypowy, intrygujący jako bohater. Każdy tom opowiada o nich jako o zespole, jednocześnie na pierwszy plan wysuwając jednego z nich. Tym razem w centrum uwagi jest Kerstin Holm, której były narzeczony, również policjant, podczas rutynowej akcji morduje uchodźcę. W śledztwo zostaje zaangażowana cała Drużyna A, i można się tylko spodziewać, że kluczem do zagadki będzie Kerstin i jej przeszłość.

To świetnie napisana, trzymająca w napięciu powieść, którą wręcz trudno zaszufladkować jako kryminał. Jest tu spora dawka psychologii, świetne tło, ciekawe portrety bohaterów. Co ważne, roczna przerwa w śledzeniu ich losów nie sprawiła, że o czymś zapomniałam. Są tak wyraziści, że nie musiałam sobie niczego odświeżać.

Uprzedzając pytania napiszę, że zdecydowanie lepiej zacząć od pierwszego tomu, czyli "Misterioso". Prawdziwym tematem książki nie są kolejne zagadki kryminalne, ale losy całej Drużyny, które trudno śledzić wyrywkowo. Pewnie się da, ale jednak przyjemność będzie mniejsza. Poza tym "Misterioso" leży w księgarniach z tanią książką w bardzo przyjemnej cenie, więc tym bardziej warto zacząć poznawać cały cykl od początku.


Moja ocena: 5/6

wtorek, 23 kwietnia 2013

Tak, wiem, dawno mnie tu nie było. I nie, nie mam zbyt wiele na swoją obronę. Mogłabym zrzucić winę na czytane wieczorami prace licencjackie, które zabierają mi czas zazwyczaj zarezerwowany na lekturę i pisanie. Mogłabym przyznać sama przed sobą, że wzięłam na siebie odrobinę za dużo w tym semestrze i ledwie się ze wszystkim wyrabiam. Ale równie prawdziwe byłoby stwierdzenie, że od czasu do czasu trzeba odpocząć od pisania bloga, bo są dni, kiedy notki po prostu nie chcą się pisać, i co mam im zrobić?

Oczywiście, to że nie piszę, nie znaczy, że nie czytam. Jakoś nie dochodzę do takiego stadium przemęczenia, żeby mi się nie chciało sięgać po książkę. Właściwie to nawet gorzej, bo nie pisząc, narobiłam sobie zaległości w recenzjach. I zamiast zacząć je nadrabiać po kolei i z głową, napiszę o książce, która sprawiła mi najwięcej przyjemności w ostatnich dniach.

Trudno powiedzieć, czy pisanie tej notki ma sens, bo kto miał szansę poznać Flavię de Luce, ten z pewnością już jest w niej zakochany, zaś ci, którzy jeszcze nie mieli przyjemności obcowania z tą nieco niebezpieczną, bo dobrze obeznaną w truciznach nastolatką, będą zapewne woleli zacząć znajomość od pierwszej, a nie od piątej części jej przygód. Jeśli jednak jesteście niezdecydowani, lub nazwisko de Luce nie obiło wam się o uszy, tą notką mam zamiar przekonać was do zawarcia jak najszybszej znajomości z mieszkańcami Bishop's Lacey.

Flavia to rezolutna nastolatka, najmłodsza córka dość nietypowej rodziny. Ogromny, stary, niszczejący dom zamieszkuje ojciec, milczący i melancholijny, tęskniący za dawno zmarłą żoną i nie potrafiący zarządzać finansami rodziny, oraz trzy córki. Najstarsza rozkochuje w sobie kolejnych nieszczęśników, średnia spędza całe dnie na czytaniu, zaś najmłodsza zaanektowała dla siebie laboratorium chemiczne należące do ekscentrycznego przodka i radośnie przyrządza w nim rozmaite trujące mikstury, w wolnych chwilach rozwiązując niejako od niechcenia zagadki kryminalne. A choć Bishop's Lacey to niewielka, raczej spokojna wioska gdzieś na angielskiej prowincji, w ostatnich latach nie cierpi na niedobór spraw kryminalnych - Flavia co i rusz potyka się o jakiegoś trupa.

"Speaking from among the bones", piąta część cyklu, rozpoczyna się bardzo obiecująco - wprawdzie nie znaleziono nowego denata, za to została wydana zgoda na ekshumację szczątków miejscowego świętego, pochowanego w kościele parafialnym. Flavia jest niezwykle podekscytowana i za wszelką cenę chce być świadkiem tego doniosłego wydarzenia. Oczywiście następują komplikacje i oprócz kości świętego, w krypcie znalezione zostaje ciało niedawno zaginionego organisty.

Potem jest jeszcze lepiej - mamy prawdziwie gotyckie motywy - grobowce z tajnymi przejściami, ciemny kościół pełen tajemniczych zakątków i ludzi szepczących nocami, kości tajemniczego świętego, a do tego jak zwykle paradę komicznych postaci, szczyptę humoru i sporo wzruszeń. Życie w rodzinie de Luce komplikuje się coraz bardziej, znajdują się na skraju bankructwa, a ojciec zaczyna zachowywać się jeszcze dziwniej niż zwykle. Relacje między siostrami stają się ciekawsze, mniej jednostronne, a Flavia nie jest już tą zacietrzewioną jedenastolatką z pierwszej części cyklu - dorasta i zmienia się. Na szczęście jednak pozostaje wciąż tak samo bystra, urocza i odważna.

To świetny cykl, prawdziwa gratka dla miłośników angielskiej prowincji i klasycznych kryminałów w stylu panny Marple. Każdą część czytałam z wielką przyjemnością, ale muszę przyznać, że "Speaking from among the bones" wydaje mi się najlepsza ze wszystkich!

Pierwsze cztery części zostały wydane po polsku, myślę, że na piątą także długo nie poczekamy. Moje recenzje kolejnych tomów:

Część pierwsza: "Zatrute ciasteczko"

Część druga: "Badyl na katowski wór"

Część trzecia: "Ucho od śledzia w śmietanie"

Część czwarta: "Tych cieni oczy znieść nie mogą"

Moja ocena: 5/6

piątek, 29 marca 2013

   Czasem zbyt wysokie oczekiwania potrafią zepsuć lekturę. Nastawiamy się na książkę idealną, a dostajemy "tylko" dobrą - oceniamy ją wtedy znacznie surowiej, niż gdybyśmy ją otworzyli nie spodziewając się niczego. Mam wrażenie, że gdybym nie przeczytała, że debiutancka powieść M. L. Stedman "Światło między oceanami" jest osadzona na małej wysepce, a jej bohaterami są latarnik i jego żona, że język jest piękny i poetycki, a w dodatku w tle mamy tajemnicę, prawdopodobnie byłabym tą książką zauroczona. Powyższe elementy są jednak moimi ulubionymi składnikami powieści, dlatego spodziewałam się kolejnej lektury na szóstkę. Aż tak dobrze nie było, co jednak nie znaczy, że nie warto po "Światło między oceanami" sięgnąć.

Tom to weteran wojenny, który w pracy latarnika szuka spokoju i zapomnienia. Nie może uwierzyć w swoje szczęście, gdy zaczyna się nim interesować Isabel - urocza, wesoła i inteligentna. Biorą ślub i wyjeżdżają na Janus Rock, malutką wysepkę położoną u wybrzeży Australii. Są jej jedynymi mieszkańcami, Tom uwielbia swoją latarnię, Isabel uwielbia Toma i wyspę, a do szczęście brakuje im jedynie dziecka. Niestety, kolejne ciąże Isabel kończą się tragicznie. Gdy więc w kilka dni po tym, jak Izzy rodzi martwego chłopca, na plażę zostaje wyrzucona łódź z martwym mężczyzną i żywą, kilkumiesięczną dziewczynką, Isabel nie potrafi pokonać pokusy. Namawia Toma, aby nikogo nie informował, pochował mężczyznę i pozwolił jej zatrzymać dziecko. Tom ulega i choć wie, że postępują niewłaściwie, nie potrafi odebrać żonie córeczki, która przywróciła jej radość życia, sam też zresztą zaczyna zakochiwać się w dziewczynce.

Wiadomo jednak, że sielanka nie będzie trwała wiecznie. Tom, Izzy oraz mała Lucy muszą od czasu do czasu wracać do ludzi, i oczywiste jest, że pochodzenie Lucy zostanie w pewnym momencie odkryte, zaś skutki decyzji podjętej owego feralnego, a zarazem szczęśliwego dnia, będą dramatyczne.

Największą słabością książki jest, moim zdaniem, przewidywalność fabuły. Byłam praktycznie pewna, że wiem, jak wszystko się potoczy, i nie zostałam zaskoczona. Być może był to szczęśliwy traf, i akurat wyjątkowo udało mi się przewidzieć rozwój wydarzeń. Czytałam tę książkę niejako symultanicznie - jednocześnie z Dabarai i Młodą pisarką (ich recenzje znajdziecie tutaj i tutaj), i wydaje mi się, że ich wrażenia były nieco inne, Dabarai pisze wręcz o niezwykłym napięciu, które jej towarzyszyło. Nawet jeśli tylko przypadkiem udało mi się domyślić, co będzie dalej, sprawdzenie własnych przewidywań trochę mnie jednak rozczarowało.

Poza tym jednak książka ma same zalety. Największą jest tło. Wyspa Janus, a zwłaszcza latarnia, są opisane z czułością, precyzyjnie i tkliwie. Ciekawie było też poznać kilka tajników pracy latarnika. Najbardziej jednak podobało mi się to, że bohaterów nie dało się do końca polubić, ale nie można też ich było znienawidzić. Wszyscy są niezwykle ludzcy, popełniają błędy, irytują swoim zachowaniem, są przewidywalni, skupieni na sobie, egoistyczni. A jednocześnie wszyscy zostali przez los zranieni na tyle poważnie, że możemy zrozumieć ich postępowanie, może nie wybaczyć, ale przynajmniej wytłumaczyć.

Czytałam książkę w polskim tłumaczeniu i trochę tego żałuję, ponieważ język nie wydał mi się szczególny. Błędów nie zauważyłam, ale brakowało jakiegoś takiego nieuchwytnego tchnienia poezji. Być może nie ma go też w oryginale, ale po następną książkę tej autorki sięgnę jednak po angielsku, z ciekawości, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają.

Polecam, jeśli macie ochotę na piękną historię, pełną emocji, czasem ściskającą za gardło, z niezwykłym krajobrazem w tle.

Moja ocena: 4.5/6

czwartek, 21 marca 2013

   Wiecie, na czym polega problem z większością serii fantastycznych, a zwłaszcza tych adresowanych do młodzieży? Ich autorzy nie wiedzą, kiedy skończyć. Dobrze się zapowiadająca seria "Gone" Michaela Granta, dość sztampowi, ale początkowo w miarę ciekawi "Błękitnokrwiści", "Jutro" Marsdena. Tak naprawdę nawet wspaniała saga George'a R. R. Martina, teraz powszechnie znana dzięki serialowi HBO, straciła już impet i ostatni jak dotąd wydany tom nieco rozczarowuje. Na szczęście są jednak autorzy, którzy ewidentnie mają pomysł na całość już w momencie pisania pierwszej części i wiedzą, kiedy skończyć, żeby czytelnika zostawić na półoddechu, wciąż zauroczonego. Potrafiła to zrobić J.K. Rowling, która wprawdzie rozciągała kolejne tomy cyklu o Harrym Potterze coraz bardziej, ale jednocześnie widać było, że realizuje wcześniej stworzony plan. Potrafiła się też oprzeć pokusie kontynuowania sagi i pożegnać z Harrym Potterem w odpowiednim momencie. Do takich konsekwentnych autorek można też zaliczyć Lauren Oliver.

"Requiem" to trzeci tom trylogii opowiadającej o świecie, w którym miłość została uznana za niebezpieczną chorobę zakaźną. Trylogii adresowanej do nastolatków, ale na tyle dobrze napisanej, mądrej i przemyślanej, że z przyjemnością może przeczytać ją każdy. W pierwszych dwóch częściach Lena odkrywa, że wszystko, czego ją uczą w szkole i w domu, jest nieprawdą - miłość nie prowadzi do śmierci, zaś zabieg, który na nią uodparnia, nie ratuje ludziom życia, lecz czyni ich spolegliwymi i łatwymi do kontrolowania. Ucieka więc ze swojego rodzinnego Portland do dziczy, mając nadzieję na może ciężkie, ale proste i szczęśliwe życie z chłopakiem, dla którego zaryzykowała wszystko. Niestety, nic nie idzie tak, jak miało - Alex zostaje schwytany, być może zabity, zaś świat po drugiej stronie muru jest bardziej okrutny i chaotyczny, niż się spodziewała. 

"Requiem" prowadzi zarówno Lenę, jak i nas, z powrotem do Portland. Tym razem mamy okazję porównać życie po obu stronach muru ze wszystkimi jego najgorszymi stronami. Lena zmaga się z brudem, lękiem i chaosem. Podobny chaos panuje w jej uczuciach. Miłość nie jest już bezpieczną przystanią, okazuje się prawie tak niebezpieczna, jak jej wmawiano w dzieciństwie. Z trudem zdobyta wolność może być ciężarem, zaś dzikość świata i ludzi żyjących poza murem przeraża.

Lena nie ma jednak możliwości zajrzenia za mur i sprawdzenia, co by było, gdyby została. My zyskujemy taką okazję dzięki Hanie, dawnej przyjaciółce Leny, teraz już "wyleczonej" i czekającej na swój bajkowy ślub z nowym burmistrzem. Zabieg, który miał przynieść spokój, nie okazał się dla Hany taki, jak się spodziewała. Męczą ją sny o Lenie, odczuwa wyrzuty sumienia, niepewność i lęk. Żyje w świecie, który powinien być idealny, a jednak wciąż dręczy ją niepokój i poczucie pustki.

Domyślamy się, że ich losy przetną się raz jeszcze, i z niepokojem czekamy na finał. Tak łatwo można go było zepsuć! A jednak autorka nie tylko poradziła sobie znakomicie, ale wręcz sprawiła, że książka nabrała znacznie większej mocy. Piękne, symboliczne zakończenie zostawia czytelnika z wieloma pytaniami, ale i z tematami do rozmyślań, zaś całość staje się jeszcze ciekawsza.

Świetny cykl, jedna z lepszych książek dla młodzieży, jakie przeczytałam w ostatnich latach. Ponieważ poprzednia książka Lauren Oliver, "7 razy dziś", również bardzo mi się podobała, wiem, że będę wyglądać kolejnych jej książek i kolekcjonować je dla mojej córki, która na pewno za kilka lat przeczyta je z zapartym tchem.

Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 18 marca 2013

   Ann Patchett zachwyciła mnie kilka lat temu. Jej powieść "Bel canto" wprawiła mnie w swego rodzaju trans i, nomen omen, zdumienie. Najnowszą powieść autorki, "Stan zdumienia" kupiłam więc, gdy tylko ukazała się po angielsku, i odłożyłam na później tak, jak odkładam wiele innych powieści, które prawdopodobnie okażą się bardzo dobre. Gdy wreszcie, jak zwykle pod wpływem impulsu, sięgnęłam po nią, poczułam znajomy dreszcz, a następnie na dwa dni całkowicie odcięłam się od zimowej aury i przeniosłam do wilgotnej i parnej amazońskiej dżungli. Ann Patchett jest zaiste czarodziejką.

Podobno są naukowcy, którzy uważają, iż w głębinach amazońskiej dżungli kryją się lekarstwa na wszystkie możliwe choroby. Podobne założenie stanowi kanwę tej opowieści. Niejaka dr Swenson, niezwykle wymagająca i ostra wykładowczyni, odkrywa, iż w Amazonii żyje plemię Lakaszi, którego przedstawicielki zachodzą w ciążę i rodzą dzieci aż do późnej starości. Ich ciała podlegają normalnym procesom starzenia, ale ich układ rozrodczy pozostaje płodny aż do śmierci. Fikcyjna firma farmaceutyczna, Vogel, jest gotowa wyłożyć wszelkie pieniądze, żeby poznać tajemnicę sukcesu rozrodczego Lakaszich. Zatrudniają dr Annick Swenson i zapewniają jej wolną rękę oraz nieograniczone środki finansowe. Gdy jednak pani doktor coraz rzadziej daje znaki życia, zaś o postępach w badaniach nie informuje wcale, co więcej - nikt poza nią nie wie, gdzie w ogóle te badania się toczą i jak trafić do Lakaszich, Vogel postanawia wysłać swojego przedstawiciela do dżungli. Anders Eckman, ojciec trójki dzieci, kompletnie nieprzygotowany go takiej wyprawy, ale pełen entuzjazmu, wyjeżdża więc do Brazylii. Po kilku miesiącach dr Swenson przysyła lakoniczną notkę o jego śmierci.

Powieść zaczyna się w momencie, gdy współpracownica Andersa, Marina, dostaje wiadomość o tym, że zmarł w dżungli. Jest wstrząśnięta, tym bardziej gdy okaże się, że szef Vogla decyduje, że teraz to ona powinna wyruszyć do Brazylii. Marina nie ma ochoty ani na wyjazd w tropiki (z dziecięcych lat wie, że bardzo źle reaguje na leki antymalaryczne), ani na spotkanie z dr Swenson, która kiedyś przekreśliła medyczną karierę Mariny. Jednak romans z szefem do czegoś zobowiązuje, nawet jeśli zarówno szef, jak i romans, są wyjątkowo bezbarwni i mało atrakcyjni.

Marina wyrusza więc do Manaus, a następnie w głąb amazońskiej dżungli, a my jak zaczarowani śledzimy każdy jej krok. Ann Patchett jest mistrzynią słowa. Jej styl jest beznamiętny, zdystansowany, choć treść aż kipi od emocji. Narracja płynie powoli, dostosowując się niejako swoim tempem do życia w tropikach. Wciąga nas duszna i parna atmosfera brazylijskiego miasta na końcu świata, zagubienie i ciągły niepokój Mariny, koszmary senne i gorączka.

Powieść nabiera rozpędu, gdy na scenę wkracza dr Swenson, a Marina właściwie wbrew swojej woli jedzie z nią do dżungli. Krok po kroku, warstwa po warstwie, odkrywamy prawdę o badaniach prowadzonych na terytorium Lakaszich. Wiedza niesie ciężar odpowiedzialności - zaczynamy rozumieć, jaka może być cena za cudowny lek na przedłużenie płodności, i powoli dostrzegamy wielostronność całej historii.

Gdyby mało było tajemnic i kontrowersji, czytelnik zostaje również obarczony sporym ciężarem emocjonalnym. Chłodna i pozornie bezstronna Annick Swenson uratowała bowiem niegdyś indiańskiego chłopca, którego los nagle staje się bardzo bliski Marinie. Jednak czy będzie w stanie zabrać go ze sobą i czy w ogóle powinna? A może nawet sama nie powinna wracać?

Najnowsza powieść Ann Patchett kryje w sobie zaiste wiele sekretów, których wyjawienie byłoby zbrodnią na potencjalnym czytelniku. Napiszę tylko, że końcówka wprawi każdego w tytułowy stan zdumienia - mnie zabrakło w pewnym momencie tchu i zdałam sobie sprawę, że wstrzymuję oddech. Genialnie napisana historia, z sugestywnym tłem i wieloma tematami do przemyślenia. Tą książką autorka umocniła się na pozycji jednej z najciekawszych współczesnych pisarek amerykańskich.

Moja ocena: 6/6

czwartek, 14 marca 2013

   Specjalnie dla tych, którzy twierdzą, że zaglądanie do Miasta Książek nieuchronnie kończy się wizytą w księgarni, dzisiaj napiszę o książce, której nie polecam;)

Rzadko zdarza mi się kompletnie nietrafiona lektura - jestem raczej wybredna, a jeśli nawet zdarzy mi się sięgnąć po książkę, która okazuje się słaba, najczęściej po prostu nie kończę lektury i oczywiście o niej wtedy nie piszę. Tym razem skusiło mnie nazwisko autorki. Z Diane Chamberlain spotkałam się dotychczas dwukrotnie: "Tajemnica Noelle" podobała mi się, a "Prawo matki" niespecjalnie. Niestety, "Sekretne życie CeeCee Wilkes" przeważa szalę na niekorzyść autorki. Przyznaję, że przeczytałam całość, jako że akcja toczyła się szybko, ale w trakcie lektury kilka razy miałam ochotę ją odłożyć.

Zaczęło się nawet nie najgorzej - nastoletnia CeeCee zakochuje się w niezbyt odpowiednim chłopcu. Timothy czaruje ją i uwodzi, ale jakoś podskórnie czujemy, że nie należy mu ufać. Jednak gdy okazało się, że jego zainteresowanie CeeCee wynika z przestępczych planów, i gdy udaje się mu wciągnąć ją w porwanie ciężarnej żony gubernatora, wiadomo już, że cała historia nie będzie nosiła choćby znamion prawdopodobieństwa. Zachowanie bohaterów, włączając CeeCee, jest tak irracjonalne, tak kompletnie nieuzasadnione, że budzi raczej śmiech, a nie zainteresowanie.

Potem jest niewiele lepiej. Gubernatorowa umiera, a CeeCee, która oczywiście była świadkiem tego tragicznego wydarzenia, musi uciekać, zaś dobrzy ludzie pomagają jej uzyskać nową tożsamość. Jej życie w ukryciu jest nieco bardziej interesująco i wiarygodnie opisane, a tym samym środkową część książki czyta się całkiem dobrze. Niestety, końcówka jest znowu słaba, a w postępowanie niektórych bohaterów naprawdę trudno uwierzyć. 

Znaczna część fabuły została streszczona na okładce, co raczej książce nie pomaga. Może gdybyśmy nie wiedzieli, że Timothy zostanie kiedyś schwytany i oskarżony o morderstwo, zaś CeeCee się o tym dowie, więcej byłoby w książce napięcia. Również informacja o dziecku, które zniknęło bez śladu, nie pozostawia złudzeń i czytelnik bardzo szybko domyśla się, co będzie treścią książki.

W necie dominują recenzje pełne zachwytów, proponuję jednak ostrożność. Jeśli chcecie rozpocząć znajomość z Diane Chamberlain, "Tajemnica Noelle" będzie zdecydowanie lepszym wyborem. "Sekretne życie CeeCee Wilkes" zwyczajnie autorce nie wyszło.

Moja ocena: 2.5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72
| < Czerwiec 2013 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...