środa, 24 sierpnia 2016

Siedzimy na wzgórzu i chłoniemy niesamowity widok. Przed nami, aż po horyzont, ciągną się łagodne, pocięte kamiennymi murkami wzgórza. Na soczyście zielonych pastwiskach (trudno, żeby nie były zielone, skoro codziennie pada) pasą się niewielkie grupki owiec. Jest cicho, powietrze drga. Leniwie płynie czas.

Nie dla wszystkich jednak ten krajobraz to przedmiot estetycznych uniesień. Murki kiedyś ktoś pracowicie ułożył, dopasowując kolejne kamienie. Owce niedawno ostrzyżono, za to brama się lekko zwiesza i czeka na zreperowanie. Wśród tych zielonych wzgórz żyją ludzie, którzy zajmują się hodowlą owiec, od pokoleń reperując kamienne murki, gromadząc siano na zimę, doglądając owiec. Krajobraz, który ja jako turystka zawłaszczam na chwilę dla siebie, jest ich miejscem. Nie patrzą na niego przez pryzmat poezji, a ciągły deszcz oznacza dla nich gnijące siano, a nie błoto na szlaku.

Czytając doskonałą książkę Jamesa Rebanksa podczas przemierzania północnej Anglii, nie sposób o tym nie myśleć. Rebanks to pasterz z dziada pradziada - jego rodzina mieszka w Lake District od pokoleń, a tajników hodowli owiec uczył się od dziadka zanim jeszcze poznał alfabet. Czuje, że jest we właściwym miejscu, że przynależy do otaczającego go krajobrazu. Nie wybrał tego życia, zostało mu dane, a jednak on sam nie chciałby żadnego innego.

Kto może powiedzieć o sobie to samo? Większość z nas żyje zupełnie inaczej, dokonujemy wyborów, czasem przemyślanych, czasem przypadkowych, kreujemy siebie nawet po kilkakroć, zmieniamy miejsce zamieszkania, wybieramy spośród setek możliwych opcji. Cenimy sobie te możliwości, i słusznie, jednak czytając "The Shepherd's Life" trudno nie zwątpić choćby przez chwilę, zazdroszcząc autorowi tej pewności, że jest tam, gdzie powinien.

James Rebanks zresztą swój los nie tylko odziedziczył, ale także wybrał. Życie w pasterskiej rodzinie to nie sielanka, praca jest ciężka i bezustanna, a źródeł konfliktów jest wiele. James od zawsze kłócił się ze swoim ojcem, a jako zbuntowany nastolatek, niespodziewanie dla siebie, swoich przyjaciół i sąsiadów, uciekł do świata, którego jego ojciec i dziadek nie cenili - zaczął nałogowo czytać. Zdobyta poprzez lekturę wiedza umożliwiła mu ukończenie edukacji (wcześniej przerwał naukę, nie widząc sensu w chodzeniu do szkoły). Ostatecznie trafił na studia, i to nie byle gdzie - przyjęto go na uniwersytet w Oksfordzie. Świat stał przed nim otworem. On jednak studiował z zapałem, ale kiedy tylko mógł, wracał na rodzinną farmę. Po studiach zaś osiedlił się z powrotem na wzgórzach i poszedł w ślady ojca i dziadka.

O swoich owcach pisze ze swoistą czułością. Zna każdą z nich, wie, gdzie przyszła na świat, ile wydała potomstwa. Wie, które są doświadczone i poradzą sobie z opieką nad młodymi, a którym trzeba pomóc. Zagląda do nich każdego dnia, często przemierzając całe kilometry. Owce, które hoduje, żyją bowiem na swobodzie, wędrując po pastwiskach, które stanowią wspólną własność mieszkańców doliny.Na tych terenach wciąż obowiązują stare prawa, wszyscy wiedzą, komu ile owiec przysługuje, rozpoznają swoje stada, pomagają sobie w kłopotach. W tym surowym obszarze inaczej nie da się przetrwać.

Lake District, podobnie jak inne północne rejony kraju, jest słonecznym i przyjemnym miejscem tylko przez kilkanaście tygodni w roku. Przez większość czasu panuje tu zima, wieją silne wiatry, ciągle pada. Nawet lato potrafi być naprawdę deszczowe, czego doświadczyliśmy w tym roku na własnej skórze. Praca na farmie to nie sielanka - kiedy nawarstwiają się problemy, trzeba wykazać się niesamowitym opanowaniem i zdolnościami logistycznymi. Owce wymagają opieki, doglądania, dokarmiania, reagowania na różne problemy. Zimą, kiedy jasno jest tylko przez kilka godzin, zwyczajnie nie starcza czasu na wszystko. "The Shepherd's Life" to przede wszystkim opowieść o ciężkiej, niekończącej się pracy.

Nie na darmo jednak autor przeczytał tyle książek. Potrafi wskazać kontekst, rozumie kulturową wartość tego, czym się zajmuje. Farma nie jest dla niego obowiązkiem - to symbol ciągłości, jedyny sposób na zachowanie krajobrazu kształtowanego przez pokolenia. Jest w nim też poeta, który zgrabnym zdaniem oddaje piękno świata, w którym przyszło mu żyć.

Nie sądziłam, że książka o owcach okaże się tak doskonałą, olśniewającą miejscami lekturą. Przeczytałam, obserwując codziennie kolejne stada na kolejnych wzgórzach, i przyznam, że nieco zazdroszczę autorowi - tej pewności, że jest tam, gdzie powinien, że robi coś, co ma głęboki sens.

Przeczytajcie, a jeśli nie czujecie się na siłach (choć zaręczam, że książka jest napisana dość prostym językiem, tylko kilka słów dotyczących owiec i farmy może sprawić problemy), polubcie autora na Twitterze (https://twitter.com/herdyshepherd1) - jego profil jest często aktualizowany i cieszy się zasłużoną popularnością.


Moja ocena: 6/6

 

PS. Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki przywiozłam z wakacji, zajrzyjcie na Instagrama: https://www.instagram.com/miasto_ksiazek/ :)

niedziela, 31 lipca 2016

Elizabeth - niewielkie miasteczko w stanie New Jersey, rok 1952. Położone zaraz obok miasta lotnisko cieszy się dużym powodzeniem, a mieszkańcom wprawdzie trochę przeszkadzają przelatujące nad ich domami samoloty, ale nie na tyle, żeby protestować. Przynajmniej do chwili, w której jeden z samolotów rozbija się tuż po starcie i spada na miasto.

Ludzie mieszkający w pobliżu miejsca katastrofy nie mogą uwierzyć, że otarli się niemal o śmierć. Inni stracili kogoś bliskiego, jeszcze inni zaś traktują całe zdarzenie jako sensację i temat do rozmów. Ale wtedy zdarza się kolejna katastrona i na miasto spada kolejny samolot. A potem jeszcze jeden. Wszystko na przestrzeni trzech miesięcy.

Mało wiarygodna fabuła, powiecie? Owszem, tylko że to wszystko zdarzyło się naprawdę. W ciągu trzech miesięcy na Elizabeth spadły trzy samoloty, i jak łatwo sobie wyobrazić, wzbudziło to nie tylko panikę, ale także wywołało sporo teorii spiskowych - w końcu w taki zbieg okoliczności naprawdę trudno uwierzyć. Judy Blume, znana i lubiana autorka powieści dla młodzieży, dorastała w Elizabeth, a kiedy spadały samoloty, była nastolatką. Przez lata nie chciała wracać do tych przeżyć, wypierając je niemalże z pamięci i nie rozmawiając o nich z nikim, ale wreszcie historia w niej dojrzała. Napisała książkę, tym razem przeznaczoną dla dorosłego czytelnika, o ludziach, którzy żyli w Elizabeth w tym trudnym okresie.

Głównymi bohaterami jest kilkoro nastolatków, przede wszystkim Miri Ammerman, która prawdopodobnie jest częściowo odbiciem wspomnień autorki o samej sobie. Miri jest wychowywana przez matkę, o swoim ojcu nie wie nic, zna tylko jego imię. Zazdrości pełnej rodziny swojej najlepszej przyjaciółce, uczy się życia od rezolutnej babci, przeżywa pierwsze zauroczenie. Cień na to wszystko rzucają spadające samoloty i śmierci kolejnych osób. Jej przyjaciele na różne sposoby przeżywają traumę, jaka dotknęła wszystkich chyba mieszkańców miasta. Niektórzy wykazują się bohaterstwem, inni popadają w obsesję i zaczynają chorować, jeszcze inni wydają się całkowicie obojętni.

"Koleje losu" to jednak portret zbiorowy, a katastrofy są tak naprawdę tylko pretekstem do pokazania, jak żyło się w latach pięćdziesiątych w małym, amerykańskim miasteczku. Postać Miri jest spoiwem, ale książka ma dziesiątki bohaterów. Początkowo trudno się zorientować, kto jest kim, ale szybko wszystko zaczyna się układać, skomplikowane sieci powiązań stają się coraz bardziej przejrzyste, choć autorka trzyma w zanadtrzu kilka niespodzianek, które poznamy dopiero pod sam koniec lektury.

Judy Blume jest bardzo znana w USA, a każda jej książka jest tam wydarzeniem. U nas "Koleje losu" przechodzą chyba bez echa, a szkoda, bo to doskonała powieść obyczajowa, która świetnie się sprawdzi jako wakacyjne czytadło. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, żeby przekonać się po raz kolejny, że życie bywa dziwniejsze od fikcji.

Moja ocena: 5/6

Judy Blume "Koleje losu" (tytuł oryginalny In the Unlikely event)

Tłum. Katarzyna Petecka-Jurek

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

niedziela, 24 lipca 2016

Nie pamiętam, od czego się to zaczęło. Bardzo możliwe, że pierwszą książką, która sprawiła, że zaczęłam marzyć o szkockich wyspach, był "Odmieniec" - urocza historia pewnej bernikli, która zgubiła swoje stado, i pewnej dwójki ludzi, którzy znaleźli miłość tam, gdzie nikt się nie spodziewał. A może fascynacja położonymi na Dalekiej Północy wyspami ma swoje źródło w jeszcze wcześniejszych lekturach? Nie wiem, ale pamiętam, jak będąc w leżącym dosłownie na końcu świata malutkim, rybackim miasteczku w Argentynie powiedziałam, ku uciesze wszystkich towarzyszy, że gdybym miała do dyspozycji jeszcze jedno życie, chciałabym właśnie w takim miejscu zamieszkać. Jest coś nieodparcie pociągającego w wyspach otoczonych lodowatym morzem, smaganych wiatrem przez większą część roku. Ludzie żyjący w takich miejscach muszą być twardzi, tak przynajmniej mi się wydaje. Kocham wyspy i chociaż pewnie nigdy na żadnej nie zamieszkam, chętnie je odwiedzam i jeszcze chętniej o nich czytam. A że w tym roku Szkocja jest u nas gorącym tematem, dzisiaj opowiem wam o książkach, których akcja toczy się właśnie na szkockich wyspach.

Karen Altenberg "Island on Wings"

Najbardziej chyba działającym na wyobraźnię archipelagiem szkockim jest St Kilda - najbardziej na zachód wysunięta część Hebrydów Zewnętrznych. Od lat trzydziestych ubiegłego wieku nikt tam nie mieszka. Książka Karen Altenberg to powieść historyczna o dwójce ludzi, którzy dobrowolnie przeprowadzili się w to samotne i prymitywne miejsce. To pełna emocji, pięknie napisana powieść o miłości, poczuciu misji i niezrozumieniu. Recenzja tutaj: KLIK.

Susan Fletcher "The Silver Dark Sea"

Susan Fletcher to jedna z moich ukochanych autorek, na której książki zawsze czekam z niecierpliwością. Potrafi pisać poetycko i tworzy kobiece narratorki o niesamowicie sugestywnym głosie. "The Silver Dark Sea" to książka, której akcja toczy się na fikcyjnej wyspie, niekoniecznie szkockiej, jednak autorka przyznaje, że inspirowała się wyspami szkockimi i na nich wzorowała opisy miejsc. Mieszkańcy wyspy kilka lat wcześniej stracili jednego z mieszkańców. Teraz morze wyrzuca na brzeg tajemniczego nieznajomego, którego przybycie zmieni ich wszystkich. To doskonała powieść i bardzo żałuję, że nie została wydana po polsku. W Mieście Książek znajdziecie za to recenzje dwóch innych, przetłumaczonych na język polski, powieści tej autorki: "Eve Green" (recenzja tutaj) i "Ostrygojadów" (tutaj).

Judy Fairbairns "Island Wife"

O tej książce dopiero pisałam, wiecie więc, że nie spełniła do końca oczekiwań, jakie w niej pokładałam. Niemniej, warto po nią sięgnąć, jeśli jesteście ciekawi tego, jak wygląda życie na wyspie i chcecie poznać jego mniej romantyczny obraz.

Sarah Moss "Night Waking"

Z tą książką mam szczególnie bliski związek. Autorkę pokochałam już lata temu za osadzone na północy powieści. "Night Waking" to opowieść o niejakiej Annie, która wraz z mężem przenosi się na lato na niezamieszkaną wyspę. On bada zachowania maskonurów, a ona z trudem radzi sobie z cierpiącym na bezsenność niemowlakiem i równie trudnym starszym synkiem. Jej życie nie staje się prostsze, gdy pewnego dnia odkopuje w ogrodzie szkielet małego dziecka. Jednocześnie czytelnik poznaje historię May, młodej dziewczyny, która przybyła na tę wyspę w dziewiętnastym wieku z zamiarem szerzenia zasad higieny wśród żyjących w prymitywnych warunkach wyspiarzy. Książka jest nieco posępna, ale niesamowicie wciągająca i klimatyczna, do tego Anna potrafi spojrzeć na własne życie z dystansem i humorem. Z przyjemnością też zdradzę, że książka ta ukaże się za kilka miesięcy po polsku w moim tłumaczeniu! Sarah Moss napisała więcej książek o losach mieszkańców tej wysepki - kolejne są jeszcze lepsze!

S. K. Tremayne "Bliźnięta z lodu", tłum. Robert Kędzierski

Zimne i posępne wyspy stanowią doskonałe tło dla kryminałów. Akcja "Bliźniąt z lodu" toczy się na fikcyjną wyspę położoną u wybrzeży Szkocji. Rodzina, która się tam przenosi, jest dotknięta straszliwą tragedią - rok wcześniej zginęła jedna Lydia, jedna z córek Moorcroftów, mająca siostrę bliźniaczkę. Po przeprowadzce siostra ta nagle wyjawia, że w rzeczywistości jest Lydią. Atmosfera się zagęszcza, a od lektury trudno się oderwać.

Adam Nicolson "Sea Room: An Island Life"

Tak się dziwnie składa, że w dzisiejszej dziesiątce znalazło się sporo książek autorów, których bardzo lubię i którym jestem wierna od lat. Adam Nicolson również należy do moich ulubieńców. Poznałam go dzięki książce o Sissinghurst - jednej z angielskich rezydencji o fascynującej historii, za którą Nicolson dostał nagrodę Ondaatje. Potem przeczytałam jego opowieść o latach spędzonych na angielskiej wsi, w hrabstwie Sussex i przekonałam się, że Nicolson umie zabawnie i poetycko opowiadać o życiu codziennym i o otaczającej go przyrodzie. Spodobały mi się te bezpretensjonalne, pięknie napisane wspomnienia i zaczęłam sięgać po inne książki autora. "Sea Room" to chyba mój ulubiony tytuł. To książka, na jaką miałam nadzieję, sięgając po "Island Wife" - mądra, pełna pasji i zachwytu światem. W wieku dwudziestu jeden lat autor odziedziczył trzy niewielkie wyspy położone w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Wyspy te, kupione przed laty przez ojca autora, stają się dla Nicolsona nie tylko repozytorium wspomnień, ale przede wszystkim miejscem ucieczki. Pięknie jest to napisane i mam ochotę przeczytać tę książkę ponownie.

Kathleen Jamie "Findings"

Powtarzam się dzisiaj, twierdząc, że język wielu z wymienianych przeze mnie książek jest poetycki, i chętnie bym już tego przymiotnika nie używała, ale w przypadku "Findings" muszę. Kathleen Jamie jest bowiem przede wszystkim uznaną i nagradzaną poetką, zaś "Findings" to jej przemyślenia z podróży po Szkocji, między innymi po Orkadach. To cieniutka książeczka, którą czyta się powoli, z ołówkiem w ręku, zachwycając się kunsztownym językiem i wraz z autorką zachwycając światem. Lektura obowiązkowa!

Peter May "Czarny dom", tłum. Jan Kabat

Ostatnich trzech książek nie ma na zdjęciu, ale nie przegapcie ich! "Czarny dom" i kolejne dwie części cyklu: "Człowiek z wyspy Lewis" i "Jezioro tajemnic", to rewelacyjny cykl kryminałów, które właściwie kryminałami nie są. To raczej powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym, osadzone w realiach wyspy Lewis. Ich bohaterem jest niejaki Fin, policjant z Edynburga, na różne sposoby związany z wyspą. Sprawy, którymi się będzie zajmował, są skomplikowane, a aby je rozwiązać, często trzeba będzie wniknąć głęboko w lokalną społeczność i zrozumieć rządzące nią prawa, a także poznać skrywane przez nią sekrety. Moja recenzja "Czarnego domu" tutaj: KLIK.

Ann Cleeves "Czerń kruka", tłum. Sławomir Kędzierski

Książka ta jest pierwszą częścią tak zwanego kwartetu szetlandzkiego, czyli cyklu kryminałów, których akcja toczy się na Szetlandach. W Polsce ukazały się tylko dwa pierwsze tomy (moja recenzja tutaj), za to po angielsku kwartet przestał już być kwartetem, ponieważ pod wpływem popularności cyklu autorka, po napisaniu czterech części, postanowiła napisać kolejne cztery. To rasowe kryminały, z posępnym policjantem w roli głównej, niewielką społecznością wyspy w roli drugoplanowej i z ciekawymi zagadkami kryminalnymi, które nie tak łatwo rozwiązać. BBC nakręciło serial na podstawie tej serii, szkoda, że u nas ani książki, ani wersja telewizyjna nie są bardziej popularne.

Fred Bodsworth "Odmieniec", tłum. Ryszarda Grzybowska

Wahałam się, czy umieszczać tę książkę w dzisiejszym zestawieniu, bo prawdę mówiąc, na szkockiej wyspie toczy się niewielka część akcji. Jest to jednak jeden z tytułów, które najsilniej mi się ze szkockimi wyspami kojarzą, a podróż na wyspę Barra i obserwacje żyjących tam ptaków od lat są wysoko na liście moich podróżniczych marzeń. To opowieść o gąsiorze bernikli białolicej, który gubi swoje stado i trafia do Kanady, oraz o młodym pisarzu, który zakochuje się w Indiance. Piękna i mądra to powieść, niesłusznie nieco zapomniana.

Znacie któreś z wymienianych przeze mnie tytułów? A może dopiszecie inne książki, których akcja toczy się na szkockich wyspach, albo po prostu w Szkocji? Być może dziesiątka szkockich, ale niekoniecznie wyspiarskich tytułów też się tutaj wkrótce pojawi!


piątek, 22 lipca 2016

Dziewczyna ma dziewiętnaście lat, poznaje intrygującego chłopaka, który podróżował po świecie i otacza go aura przygody. Nie zastanawia się długo - rzuca swoją pasję, czyli śpiewanie i wychodzi za mąż.

Tak zaczyna sę historia Judy Fairbairns, która dla swojego Alexa stała się kimś nowym. Pozornie to historia, jakich wiele: wczesny ślub, dużo dzieci, uzależnienie od męża, frustracja i poczucie niespełnienia. Ta opowieść jednak po pierwsze toczy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody - na dość odludnej i dzikiej szkockiej wyspie, a jej bohaterka w pewnym momencie postanawia odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Książka opowiada o tym, w jaki sposób do tego doszło.

Jeśli, podobnie jak ja, kiedykolwiek marzyliście o życiu na odludziu, blisko przyrody, po lekturze "Island Wife" możecie poczuć radość z tego, że tego marzenia nie zrealizowaliście. Prowadzenie gospodarstwa na szkockiej wyspie nie jest zbyt relaksującym zajęciem. Judy i Alex nie są zresztą żółtodziobami. Zanim podjęli decyzje o kupnie ogromnej posiadłości na odludziu, przez kilka lat prowadzili farmę w Anglii. Zdobyli doświadczenie w opiece nad zwierzętami, nauczyli się zarabiać na turystyce, ale Alexowie wygodne życie szybko przestało wystarczać. Wymyślił przeprowadzkę na północ, zaś Judy nie miała w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Nie miała zresztą wiele do powiedzenia w wielu kwestiach związanych z ich codziennym życiem, nawet tak trywialnych, jak to, w którym pomieszczeniu będzie stała pralka.

Wydaje się, że początkowo jej to zbytnio nie przeszkadzało. Zakochana w Alexie, gloryfikowała go i słuchała we wszystkim. Trudno powiedzieć, czy rodził się w niej wtedy bunt - nawet po latach, kiedy już zrozumiała, jak wiele z siebie oddała temu związkowi, obraca różne paskudne zachowania swojego męża w żart. A może było całkiem inaczej? Może to teraz, kiedy czara goryczy zdążyła się przelać, dramatyzuje i nie pamięta, że Alex dowodził ich życiem, bo tak było dla niej łatwiej i wygodniej? Nie możemy tego wiedzieć, ale ponieważ poznajemy tylko relację Judy, musimy mieć świadomość, że jest ona siłą rzeczy bardzo jednostronna.

Na wyspie zamieszkali w posiadłości, którą wkrótce przekształcili w dobrze prosperujący pensjonat. Wynajmowali turystom pokoje we własnym domu i domki gościnne, oferowali pełne wyżywienie, a także atrakcje w postaci wycieczek łodzią. Podczas jednego z rejsów Alex dostrzega wieloryba. Wcześniej nikt nie zdawał sobie sprawy, że te potężne ssaki żyją w tych wodach. Alex rozdmuchuje temat, opracowuje program, który połączy badania naukowe z ofertą turystyczną, a wkrótce potem staje się prawdziwym ekspertem od wielorybów. Wieloryby stają się jego pasją, realizuje się jako przewodnik i naukowiec, zaprasza do współpracy młodych naukowców, szkoli studentów. W tym czasie Judy rodzi kolejne dzieci, łącznie piątkę, pierze, sprząta, gotuje, znowu sprząta, robi zakupy, sprząta. W jej życiu nie ma miejsca na pasje, jest tylko ciągłe zmęczenie, ciągła gonitwa.

Taki model życia rodzinnego nie mógł się sprawdzić, nie w przypadku kobiety, która ma swoje marzenia i zacięcie artystyczne. Pojawia się coraz więcej zgrzytów. Alex nalega, by najstarszy syn wyjechał do szkoły z internatem, wbrew woli Judy, która wie, jak straszne może być życie w takiej szkole. Ona nie umie się sprzeciwić, ale cierpi, a gdy okazuje się, że miała rację, że to był bardzo zły pomysł, załamuje się. Takich sytuacji jest wiele. W tej rodzinie prawo do ostatecznej decyzji we wszystkich ważnych kwestiach ma mąż.

Brzmi to raczej przygnębiająco, choć Judy w swojej opowieści stara się przedstawiać także blaski swojego życia. Zachwyca się dzikim pięknem wyspy, podkreśla, jak niezwykłym człowiekiem jest jej mąż, jak wybitny ma umysł i jak wspaniale idzie mu wszystko, czego tylko się dotyka. Z rozrzewnieniem opisuje dzikie dzieciństwo swojej gromadki i te opowieści o dzieciakach biegających po wzgórzach, wychowujących się razem z owcami, spędzających całe dnie na dworze brzmią idyllicznie i bardzo działają na wyobraźnię. Na pierwszym planie jest jednak cały czas Judy i jej przepracowanie, rozczarowanie, wreszcie depresja.

"Island Wife" to dość nierówna książka. Z jednej strony jest poruszającym obrazem walki, jaką autorka stoczyła o samą siebie - walki toczonej nie tyle z nierozumiejącym problemu mężem, co z sobą samą. Niestety, jest w niej wiele egzaltacji, trudno też się nie irytować podczas lektury. Judy chyba sama nie wie, czy była ze swoim mężem szczęśliwa, czy wręcz przeciwnie, a nas denerwuje jej potulność. Alex wydaje się straszliwym bucem, którego jednak wszyscy kochają.

Najbardziej rozczarowuje obraz samej wyspy. Kocham północne wyspy i fascynują mnie jako miejsce do życia, jednak Judy Fairbairns nie potrafi pisać o swojej wyspie w sposób interesujący. Jej zachwyty nad krajobrazem wydają się wymuszone, tak jakby sama siebie przekonywała, że to niezwykłe miejsce. Na szczęście udaje jej się dość plastycznie odmalować realia życia nad brzegiem morza. Podobały mi się historie o zwierzętach, które przewinęły się przez ich dom - niektóre były autentycznie poruszające.

Nastawiałam się na dużo lepszą lekturę, ale nie żałuję godzin spędzonych nad tą książką. Zawsze dobrze spojrzeć na wszystko z innej strony i dowiedzieć się, jak może wyglądać życie, którego wiele osób zazdrości. Nie polubiłam autorki, ale wydaje mi się, że udało mi się ją zrozumieć, a to też nie jest aż tak częste.

Moja ocena: 3.5/6

Judy Fairbairns "Island Wife"

Wyd. Two Roads 2013

niedziela, 10 lipca 2016

Gdzieś w Kirgizji. Tylko nad rzeką nie było zbyt gorąco.

 

Pakowanie książek na wakacyjny wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Posiadanie czytnika ułatwia wprawdzie sprawę, ale czy ograniczenie się do ebooków nie jest za dużym ryzykiem? Nawet najlepszy czytnik może się kiedyś zepsuć, zapewne w najgorszym możliwym momencie. Dlatego zawsze zabieram ze sobą przynajmniej jedną papierową książkę. A właściwie, od kilku już lat staram się zabrać dokładnie jedną.

Potrafilibyście zdecydować, jaką książkę zabrać na dłuższy wyjazd, zakładając przy tym, że w podróży będziecie przynajmniej przez trzy tygodnie i raczej nie ma szans, że traficie na jakąś księgarnię? Staję przed tym dylematem niemalże co roku i co roku też stosuję inną strategię.

Dawniej było jeszcze trudniej. Nie miałam Kindla, co oznaczało, że musiałam nie tylko nosić w plecaku lektury, ale także przewodnik w wersji papierowej. Bardzo lubię przewodniki Lonely Planet, ale są dość pokaźne pod względem objętości i czasem mają wkładki z kolorowymi zdjęciami, drukowanymi oczywiście na grubszym i cięższym papierze. Jadąc do krajów nieanglojęzycznych zabieram też rozmówki i słownik. Do tego przynajmniej jedna mapa i ciężar plecaka znacząco wzrasta.

Od pierwszego wyjazdu założyłam więc, że zabieram ze sobą tylko jedną książkę, nie licząc oczywiście przewodnika i rozmówek. Łatwo nie było – w pierwszą podróż wybrałam się do Indii, zaraz po maturze, i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zabrałam ze sobą tylko jeden kryminał. Wydawało mi się, że nie będę miała czasu na czytanie, i tak właśnie było, niemniej, przeczytałam swoją książkę dość szybko i zostałam na kilka tygodni bez żadnej lektury. Ponieważ mieliśmy wtedy naprawdę mało pieniędzy, podróżowaliśmy tanio i spaliśmy w bardzo dziwnych miejscach – w aśramach, w małych chatkach u ludzi, którzy je podnajmowali za niewielkie pieniądze, i w najtańszych hotelach. Nie trafiliśmy do żadnego typowego hostelu, w którym byłaby półka z książkami na wymianę, za to w aśramach można było znaleźć książki religijne. Czytałam więc to, co było, i nawet nie narzekałam.

Na kolejny wyjazd jednak pojechałam lepiej przygotowana. Spakowałam aż trzy książki, tanie wydania kieszonkowe, które chciałam zostawić gdzieś po przeczytaniu. Tym razem okazało się, że w każdym miejscu, w którym śpimy, można wymienić książki, dlatego szybko zostawiłam dwie ze swoich lektur, zastanawiając się, jak długo będą czekały na jakiegoś czytelnika z Polski.

Potem bywało różnie. Raz spakowałam zbiór esejów, licząc, że będę je czytać wolno i starczą na dłużej. Przy innej okazji zdecydowałam się na jedną ze swoich ulubionych lektur, zakładając, że z przyjemnością przeczytam ją dwa lub nawet trzy razy podczas jednego wyjazdu. Jadąc pociągiem do Kirgizji zabrałam więcej lektur, których ostatecznie nie przeczytałam, bo wolałam gapić się w okno na niekończącą się tajgę i kazachski step… Odkąd mam Kindla, papierowa książka jest tylko zabezpieczeniem, co nie znaczy, że łatwiej jest zdecydować, jaki tytuł zabrać.

Na kilkudniowy trekking zabieram tylko czytnik. Oby tylko się nie rozładował!

Teoretycznie powinno być łatwiej, odkąd podróżujemy całą rodziną. Wszyscy zabieramy po jednej książce, trzeba więc tylko wybrać takie tytuły, którymi będziemy mogli się wymienić. Niestety, każde z nas czyta w innym tempie, wymiana nie jest więc prosta. Znacznie ważniejsze jest więc wybranie książki, którą będziemy czytać wspólnie, na głos. Zabieramy ją w wersji elektronicznej, żeby móc ją czytać po ciemku w namiocie. Najtrudniej przekonać do ograniczenia się do ebooków Olę, która większość książek ma w wersjach papierowych. Przyznam, że wykorzystuję tę sytuację, żeby podsunąć jej książki, po które sama by nie sięgnęła. Pilnuję, żeby na czytniku były różne starocie, od książek Hanny Ożogowskiej zaczynając, na serii o Tomku kończąc.

Koncert jazzowy w Shangri La w Syczuanie. My słuchamy, a Ola próbuje czytać :)

W tym roku jeszcze nie zdecydowałam, jaką książkę spakuję do plecaka. Tym razem będzie mi nieco łatwiej, jako że nie jedziemy daleko i z dostępem do angielskich książek nie będzie raczej problemu. Mimo to na pewno spędzę sporo czasu, zastanawiając się, czy zabrać jakiś reportaż, esej, czy po prostu wciągającą powieść. A może wreszcie się odważę i zrezygnuję całkiem z zabierania papierowej książki?

Macie podobne dylematy? Ile książek zabieracie ze sobą na wakacje? A może potraficie ograniczyć się do czytnika? Podzielcie się swoimi strategiami!

 

piątek, 08 lipca 2016

Piątkowy wieczór. Siedzę przy oknie, słucham, jak deszcz dudni o szyby i otwieram laptopa. Dawno nie pisałam, za dużo złości się we mnie nagromadziło. Ale może to już jest ten moment, może z deszczem spłynie ze mnie napięcie i będę mogła powoli zacząć wracać do normalności.

Znacie to uczucie? Kiedy najpierw nawarstwiają się obowiązki, potem znikają resztki czasu wolnego, a pracy nie ubywa? Jeśli jesteście z tej samej gliny, zaciskacie wtedy zęby i dajecie się wciągnąć w wir. Pracując od zawsze na więcej niż jednym etacie przyzwyczaiłam się, że czasami znikają mi tygodnie, a nawet miesiące. Potrzebuję jednak swoistego zaworu bezpieczeństwa ? momentów, które pomogą odbudować zapasy energii. Dla mnie takim zaworem są podróże, niekoniecznie dalekie, ale w miejsca, w których jest pusto i dziko. W tym roku ich zabrakło, a ja nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo są mi potrzebne, dopóki nie poczułam, jak przepełnia mnie złość na cały świat.

Chyba jestem uzależniona, skoro nie mogłam napisać ani słowa od kilku tygodni, a słowa popłynęły dopiero po tym, jak kupiłam bilety lotnicze w miejsce, w którym będzie bez wątpienia dziko i pięknie.

Na szczęście nawet frustracja nie przeszkadza mi w czytaniu. Nie miałam ostatnio zbyt dużo czasu na lekturę ? wyrywane kwadranse przy porannej kawie, kilka chwil wieczorem, między jednym mailem a drugim. W tramwaju czytnik, przy bieganiu audiobook. Chwile spędzone w fikcyjnym świecie pomagają nie zwariować.


Czytałam ostatnio historie wojenne. Nie planowałam takiej serii, wyszło mi to zupełnie przypadkiem. Najpierw "Rzymski poranek" Virginii Baily - nietypowa opowieść o Rzymie rządzonym przez faszystów i o pewnej kobiecie, która pod wpływem impulsu ocaliła żydowskiego chłopca, zabieranego z getta na śmierć. Jeśli wydaje wam się, że potraficie przewidzieć, jak potoczy się tak rozpoczęta opowieść, to się prawdopodobnie mylicie. Chwalebna decyzja ocaliła wprawdzie chłopcu życie, ale nie przyniosła szczęścia nikomu. Wojna schodzi na dalszy plan, ważniejsze od niej są rozważania o tym, czy możemy kogoś uczynić kimś, kim nie jest. Kim właściwie jesteśmy i jaki związek ma z tym nasza rodzina? Na te pytania próbuje odpowiedzieć sobie piętnastolatka z Walii, która wiele lat po wojnie dochodzi prawdy o losach swojej rodziny. Jej historia splecie się z opowieścią o chłopcu ocalonym z rzymskiego getta w sposób nie całkiem oczywisty.

"Paryski architekt" Charlesa Belfoure'a jest nieco mniej subtelną, ale równie wciągającą powieścią. Bohaterem jest pewien Paryżanin, Lucien, który niespecjalnie przejmuje się niemiecką okupacją. Spędza przyjemnie czas i planuje karierę. Chce zostać wielkim architektem, przyjmuje więc niebezpieczne, ale potencjalnie intratne zlecenie. Ma zaprojektować kryjówkę, w której bezpiecznie będzie mógł się schronić żydowski przyjaciel zleceniodawcy. Wywiązanie się z tego zadania ma zagwarantować Lucienowi pracę przy projektowanie fabryki broni.

Łatwo przewidzieć, że Lucien nie tylko dobrze wywiąże się z zadania, ale także zaangażuje się w nie naprawdę głęboko. Kolejne projekty i kolejne kryjówki sprawią, że nasz bohater zacznie się zmieniać, a akcja powieści zacznie płynąć coraz szybciej. Przeczytałam z przyjemnością, choć bez zachwytu.

Po dwóch takich lekturach bez oporów sięgnęłam po trzecią książkę wojenną, którą miałam na stosiku. "Miłość w czasach zagłady" Hanni Münzer okazała się niestety dość słaba, choć na tyle wciągająca, że doczytałam do ostatniej strony. Intryga jest zresztą całkiem zgrabna. Pewna kobieta musi odnaleźć swoją matkę, która wyjechała do Włoch, nie mówiąc nikomu, dokąd jedzie i po co. Poszukiwania matki naprowadzą bohaterkę na ślad rodzinnej tajemnicy. Odkrywając, kim właściwie był jej ojciec, pozna losy czterech kobiet, skomplikowane i niezwykle smutne.

Hanni Münzer wydała tę powieść własnym sumptem, a wydawcy zainteresowali się nią dopiero, kiedy odniosła sukces. Niestety, widać brak dobrej opieki redaktorskiej ? książka jest nieco infantylna, a styl zbyt egzaltowany. Historia jednak intryguje, czyta się więc z zaciekawieniem, chcąc się dowiedzieć, co było dalej.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, sięgając po opowieści wojenne akurat teraz. Zwykle w takich trudnych okresach sięgam po kryminały, jednak nie miałam akurat żadnego kuszącego kryminału pod ręką, a potrzebowałam książek, które mnie wciągną i pomogą oderwać się choć na moment od pracy, Te trzy powieści doskonale się w tej roli sprawdziły, choć przyznam, że po skończeniu ostatniej miałam już ochotę na coś niezwiązanego z wojną.

Mowa o:

"Rzymski poranek" Virginia Baily

Tłum. Magdalena Nowak

Wydawnictwo Czarna Owca 2016

Moja ocena 4,5/6

"Paryski architekt" Charles Belfoure

Tłum. Anna Borowska

Wydawnictwo Znak Horyzont 2016

Moja ocena 4/6

"Miłość w czasach zagłady" Hanni Münzer

Tłum. Łukasz Kuć

Wydawnictwo Insignis 2016

Moja ocena: 4/6

?

niedziela, 12 czerwca 2016

Dawno temu, w epoce Edo, w Japonii popularna była gra o nazwie "Sto opowieści grozy". Ludzie zbierali się wieczorami, zapalali świece i opowiadali historie o duchach, upiorach, o zmarłych, którzy nie chcą odejść ze świata żywych. Po każdej opowieści gaszono jedną świecę. Wierzono, że po każdej opowieści w pokoju pojawia się kolejny duch.

W książce "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni zebrała swoje sto opowieści grozy, w których przywołuje duchy i upiory. Jej opowieści są jednak prawdziwe, choć chwilami dotyczą świata położonego na pograniczu jawy i snu. Zresztą o tragedii, która dotknęła Japonię w 2011 roku, trudno opowiadać w sposób suchy i rzeczowy.

Mam wrażenie, że narrację medialną dotyczącą tsunami zdominowała kwestia elektrowni atomowej w Fukushimie i następstw katastrofy, którą zapoczątkowała awaria chłodzenia reaktorów spowodowana przez wielką falę. Katarzyna Boni nie spieszy się jednak z opowieścią o elektrowni. Najpierw oddaje głos ludziom, którzy stracili swoich bliskich, domy i dorobek całego życia. Nie znając języka, reporterka jedzie do Japonii i z pomocą tłumacza rozmawia z osobami na różne sposoby dotkniętymi tragedią. Wysłuchuje zwierzeń małżonków i rodziców, towarzyszy mnichowi cierpliwie wysłuchującemu lamentów osób, które ocalały. Odwiedza tymczasowe osiedla, które stały się domem dla tysięcy bezdomnych. Nie boi się dotknąć kwestii kontrowersyjnych - opowiada o duchach, które dzwoniły po pogotowie, wsiadały do taksówek, przychodziły bawić się swoimi zabawkami. Spotyka ludzi, którzy czasem tracą władzę nad własnym ciałem, oddając je nie mogącym zaznać spokoju zmarłym.

Młoda reporterka odważnie podeszła do trudnego tematu. O duchach opowiada z takim samym skupieniem, z jakim relacjonuje dramatyczną walkę o schłodzenie reaktorów. Pisząc reportaż, gatunek, było nie było, mocno osadzony w świecie rzeczywistym, z pełną powagą opisuje wydarzenia, w które normalnie byśmy nie uwierzyli. W tej smutnej opowieści o świecie zniszczonym przez ocean nic jednak nie dziwi i nie razi. Jeśli w ciągu kilku minut mogą zniknąć domy, sklepy, szkoły, ulice, ogrody, zabawki i las, jeśli ocean może tak po prostu zabrać kilkanaście tysięcy ludzi, to czy można uznać cokolwiek za niemożliwe?

Tsunami pojawiło się w przekazach medialnych, by po kilkunastu dniach zniknąć, ustępując pola nowszym wydarzeniom. Mieszkańcy regionu Tōhoku do dzisiaj muszą mierzyć się ze skutkami katastrofy. Niektórzy wciąż nie mogą spać, odwiedzają nieczynną budkę telefoniczną, by mówić do swoich bliskich, którzy odeszli. Dwaj mężczyźni nauczyli się nurkować i wytrwale przeszukują dno oceanu w nadziei, że natrafią na szczątki swoich ukochanych - żony i córki. Ludzie, których domy i firmy zabrała woda, mieszkają nadal w barakach, choć miały one być tylko tymczasowymi mieszkaniami.

Katarzyna Boni napisała doskonały reportaż, który nie tylko przybliża rozmiar tragedii, ale także rzuca ciekawe światło na społeczeństwo japońskie. Opowiada o stosunku do śmierci, o trosce o przodków, o bliskich związkach z zaświatami. Obnaża nieudolność władz, które nie są w stanie pomóc ofiarom, a jednocześnie relacjonuje bohaterską walkę o niedopuszczenie do wybuchu elektrowni atomowej.

Autorka snuje swoje opowieści, starannie dobierając właściwe słowa. Każdy rozdział to osobna historia, każdy też ma inną formę, doskonale dobraną do treści. Każda kolejna postać otrzymuje swój głos, a sama autorka czasem pokazuje siebie w konfrontacji z rozmówcami, by innym razem usunąć się całkowicie w cień. W efekcie dostajemy książkę nietypową, nie tylko poruszającą, ale też doskonale napisaną. Myślę, że będzie to jeden z lepszych reportaży tego roku.

Moja ocena: 5.5/6

środa, 08 czerwca 2016

Niektóre miasta dostały wyjątkowy prezent od losu – pisarza, który potrafi słowami wyrazić ich ducha. Dla Stambułu takim prezentem jest Elif Shafak. A może to Stambuł jest prezentem dla Elif Shafak, jako niekończące się źródło fascynujących opowieści?

Jako czytelniczka mogę być tylko wdzięczna autorce i miastu, które ona opiewa. „Uczeń architekta”, najnowsza książka znanej tureckiej pisarki, ratowała mnie w ostatnich tygodniach, kiedy to nie miałam siły kompletnie na nic. Kiedy wykończona kładłam się do łóżka, a galop myśli nie dawał mi zasnąć, otwierałam „Ucznia architekta” i po kilku zaledwie linijkach przenosiłam się prosto do baśniowego świata XVI–wiecznego Stambułu.

Shafak opowiada historię wielkiego architekta imperium otomańskiego, niejakiego Mimara Sinana, który budował dla trzech sułtanów, w tym dla Sulejmana Wspaniałego. Stworzył ponad dziewięćdziesiąt meczetów, pięćdziesiąt szkół, dwadzieścia mauzoleów, wiele mostów, akweduktów i łaźni, lecz jego nazwisko nie jest nam znane. Shafak przywraca go światu zachodniemu, zaś opowieść o jego pracy jest przede wszystkim pretekstem do opowiedzenia o Stambule – mieście totalnym, stanowiącym świat sam w sobie.

Głównym bohaterem jest Dżahan, uczeń wielkiego Sinana, który przez przypadek zostaje opiekunem białego słonia o imieniu Czhota, będącego podarunkiem dla sułtana od wielkiego szacha. W ten sposób trafi do sułtańskiego pałacu, a tam zostanie dostrzeżony przez architekta. Sinan, który gromadzi wokół siebie ludzi zdolnych, lecz skrzywdzonych przez los, zaopiekuje się Dżahanem, czyniąc go swoim czwartym uczniem.

Dżahan będzie więc szedł przez życie jako opiekun słonia i uczeń nadwornego architekta, a obie te funkcje będą się czasem uzupełniać. Będzie brał udział w budowie wspaniałych meczetów, spotykał się w sekrecie z księżniczką, będzie bywał w pałacach i więzieniach. Nauczy się sprytu, ale przede wszystkim jego życiem będzie sterował los. Po latach stwierdzi, że:

Od lat poświęcał życie miastu, gdzie nadal był kimś obcym; oddał swą miłość nieosiągalnej kobiecie, a młodość i siły sztuce, która – choć ceniona – przy najdrobniejszym zwrocie wypadków schodziła na plan dalszy. Coś, co wznosili latami, kamień po kamieniu, można było zniszczyć w ciągu jednego popołudnia. Coś, co cieszyło się uznaniem dzisiaj, jutro mogło zostać odrzucone z pogardą. Wszystko było uzależnione od kaprysów fortuny i teraz już nie miał wątpliwości, jak bardzo jest zmienna.

„Uczeń architekta” to także portret fascynującego miasta. Niezbyt długie rozdziały, które często stanowią zamknięte opowieści, pozwalają zajrzeć w każdy kąt. Spotykamy więc eunuchów, Cyganów, pracowników menażerii, urzędników, ambasadorów i polityków. Zastanawiamy się, czy budynki powinny powstawać kosztem mieszkańców i czy piękno jest wartością nadrzędną. Z przerażeniem obserwujemy, jak niepewny był los sułtańskich dzieci, rozgryzamy spiski i intrygi.

Shafak sprawnie snuje swoje opowieści i buduje napięcie, a od lektury trudno się oderwać. Jednak „Uczeń architekta” nie jest tylko osadzoną w historycznych realiach powieścią przygodową. To także medytacja nad tym, jak dziwnie plecie się nasz los. Dżahan był tylko nieszczęśliwym dwunastolatkiem, pragnącym zemsty sierotą, ale jedna decyzja, podjęta w dodatku przez kogoś innego, uczyniła go mieszkańcem pałacu. Słoń, który przypadkiem stanął na jego drodze, stał się jego najlepszym przyjacielem. Chciał wieść inne życie, ale czy to, które mu dano, nie było bogate i satysfakcjonujące? „Życie jest sumą wyborów, których nie dokonujemy; ścieżek utęsknionych, ale nie obranych” – pisze Shafak. Wybory, których nie dokonał Dżahan, poprowadziły go trudną ścieżką, przynosząc zarówno smutek, jak i satysfakcję.

Moja ocena: 6/6

Elif Shafak "Uczeń architekta"

Tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak 2016



poniedziałek, 30 maja 2016

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być chirurgiem - człowiekiem, który bez zawahania rozcina ludzkie ciało, potrafi naprawić to, co w nim szwankuje, a jednocześnie jednym fałszywym ruchem ręki może wyrządzić olbrzymią szkodę? Chyba każdy, kto musiał poddać się jakiejś operacji, czuł swego rodzaju podziw, szacunek i lęk, zadając jakiekolwiek pytanie swojemu lekarzowi. Świat sali operacyjnej nas fascynuje i przeraża. Henry Marsh, wybitny brytyjski neurochirurg, nie tylko uchyla przed nami zamknięte drzwi, ale także szczerze wyznaje, jak to jest być człowiekiem, którego codziennością jest krojenie ludzkiego mózgu.

Przeczytałam "Po pierwsze, nie szkodzić" z chorobliwą wręcz fascynacją. Marsh opisuje rzeczy, o których wolimy nie myśleć - błędy popełniane przez lekarzy i wąską granicę między operacją zakończoną sukcesem, a całkowitą katastrofą. W jego pracy każdy błąd bardzo drogo kosztuje. Pęknięcie tętniaka podczas operacji najprawdopodobniej oznacza śmierć pacjenta, usuwając guza można wyciąć za wiele, trwale upośledzając człowieka, którego próbuje się ratować, lub za mało. Marsh, doświadczony lekarz, z bezlitosną szczerością opowiada o błędach, które popełnił, i o ludziach, którzy zapłacili za niego najwyższą cenę. Każdy rozdział opowiada o innym problemie neurochirurgicznym, każdy zawiera też opis konkretnego przypadku.

Na szczęście nie wszystkie historie kończą się tragicznie. Nie liczyłam, ale chyba większość opowiada o pacjentach, którym Marsh zdołał pomóc. Często jednak było trudno i cudem tylko udawało się uratować sytuację. Nieprzypadkowo użyłam słowa "cudem", jako że Marsh zdaje się wierzyć, że szczęście lub pech odkrywają bardzo istotną rolę podczas operacji. Tak wiele rzeczy może pójść źle i nawet najlepszy chirurg nie jest w stanie zapobiec wszelkim potencjalnym problemom.

Jak żyć ze świadomością, że z powodu lekkomyślności, zbytniej wiary we własne siły, ze zmęczenia, lub po prostu z nieuwagi popełniło się błąd podczas operacji mózgu? Henry Marsh przeprowadza wnikliwą autoanalizę, próbując zrozumieć samego siebie. Im jest starszy i bardziej doświadczony, tym łatwiej godzi się z myślą o tym, że czasem trzeba się poddać. Nie potrafi być tak buńczuczny i pewny siebie, jak dawniej. Mam wrażenie, że ta książka jest swego rodzaju pokutą, wyznaniem, którego nie mógł uniknąć. Chylę czoła przed tym niezwykłym człowiekiem, który nie tylko wybrał tak trudną i wymagającą niesamowitej odwagi specjalizację, ale przede wszystkim ma w sobie dość pokory i odwagi, by przyznać się do tego, że jest omylny, i że nie raz mu się udało także dzięki łutowi szczęścia.

To dość mroczna, ale fascynująca i świetnie napisana książka. Nie jest to też po prostu kronika trudnych przypadków. Marsh opowiada o swoich wyjazdach na Ukrainę, gdzie próbował pomóc miejscowemu chirurgowi w jego pracy, o operacji swojego synka, kiedy to dowiedział się, że lekarzowi wcale nie jest łatwiej poradzić sobie z lękiem o swoich bliskich, a także o absurdach brytyjskiej służby zdrowia. W tle pojawia się sporo terminów medycznych, a także bardzo plastycznych, wręcz poetyckich opisów wnętrza naszej czaszki. Wszystko jednak podane w sposób bardzo przystępny, poruszający, a zarazem napawający spokojem. Warto przeczytać.

Moja ocena: 5.5/6

środa, 18 maja 2016

Dlaczego na jedną noc? Bo "Obce dziecko" to jeden z thrillerów, od których nie jest łatwo się oderwać.

Miałam zamiar sięgnąć po tę książkę już kilkanaście dni temu, cieszę się jednak, że tego nie zrobiłam. Wiem już, że zawsze dobrze mieć lekki i wciągający kryminał na podorędziu. Przydaje się, kiedy z różnych przyczyn na inne lektury nie ma się siły lub ochoty. Toteż kiedy przedwczoraj obudziłam się z gorączką i ogólnie kiepskim samopoczuciem, najpierw spanikowałam (w końcu za momencik targi książki), potem poszłam do pracy (to był błąd), aż wreszcie położyłam się po prostu do łóżka i sięgnęłam po książkę Rachel Abbott. Byłam pewna, że po piętnastu minutach ją odłożę, bo niedobrze się czyta z bólem głowy, ale po kilku godzinach zorientowałam się, że udało mi się na moment zapomnieć, jak kiepsko się czuję.

"Obce dziecko" jest bowiem typowym page-turnerem - bardzo brakuje mi ładnego, polskiego odpowiednika tego słowa, które oznacza książkę, od której trudno się oderwać. Powieść Rachel Abbott ma sporo wad, ale mimo to czyta się ją doskonale.

Zaczyna się od mocnego uderzenia - kobieta wraca nocą z rodzinnej kolacji, na tylnym siedzeniu śpi jej sześcioletnia córeczka. Jest dość ślisko, a kobieta nie czuje się zbyt pewnie za kierownicą. Nagle dzwoni jej telefon, a głos, którego w pierwszej chwili nie rozpoznała, informuje ją, że ma się pod żadnym pozorem nie zatrzymywać. W tej samej chwili na drodze pojawia się przeszkoda - stojący w poprzek drogi samochód. Kobieta panikuje, dociska gaz do dechy, żeby ominąć przeszkoda, wpada w poślizg i dachuje. Kiedy po kilku minutach na miejsce dociera wezwana przez przypadkowego rowerzystę policja, kobieta już nie żyje, a na tylnym siedzeniu leży tylko pusty fotelik dziecięcy. Dziewczynka zniknęła bez śladu.

Sześć lat później ojciec dziewczynki ma już nową rodzinę - żonę i małego synka. Policja nie potrafi powiedzieć, co stało się z jego córką. Jednak pewnego dnia dziewczynka po prostu zjawia się w rodzinnym domu. Prawie się nie odzywa, do ojca odnosi się z wrogością, nie chce powiedzieć, co się z nią działo przez te wszystkie lata. Druga żona mężczyzny, Emma, nie chce odtrącać małej, ale zachowanie dziewczynki ją niepokoi.

"Obce dziecko" wpisuje się więc doskonale w najmodniejszy obecnie trend. Jest to thriller, którego akcja toczy się w rodzinie, i to członkowie tej rodziny mogą stanowić dla siebie zagrożenie. Nie wiadomo, kto skrywa jakieś tajemnice, wiadomo jednak, że nie można się czuć bezpiecznym we własnym domu. Powieść Rachel Abbott jest na szczęście na tyle zaskakująca, że nie łatwo domyślić się, co tak naprawdę wydarzyło się sześć lat temu. Co kilka stron pojawiają się nowe elementy układanki, a zaangażowany w sprawę policjant z zaskoczeniem odkryje, że w sprawie pojawi się wątek, które dotyczy go osobiście.

Powieść jest dość uproszczona pod względem psychologicznym, a zachowanie bohaterów potrafi irytować, zwłaszcza na początku. Na szczęście im dalej, tym jest lepiej: bohaterowie stają się bardziej wiarygodni, fabuła się zgrabnie rozwija, a zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Uznaję więc spotkanie z książką Rachel Abbott za bardzo udane, tym bardziej, że pomogła mi zapomnieć na kilka godzin o marnym samopoczuciu.

Szkoda tylko, że znowu poznajemy książki w nieodpowiedniej kolejności. Dopiero po lekturze sprawdziłam, że "Obce dziecko" to czwarta część cyklu o detektywie z Manchesteru. Na szczeście brak znajomości wcześniejszych tomów nie przeszkadzał mi w ogóle podczas lektury, ale i tak wolałabym czytać wszystko po kolei. Miejmy nadzieję, że wcześniejsze tomy też zostaną u nas wydane.

Moja ocena: 4.5/6


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...