|
wtorek, 02 lutego 2010
Z tego, co czytam, nie mnie jedną ogarnął blogowy marazm. Być może sama zima by tak nie wpłynęła, ale sesja jest wykańczająca nie tylko dla studentów. Pokusiłabym się nawet na stwierdzenie, że studenci wręcz mniej się czasem męczą w sesji niż wykładowcy, którzy muszą przygotować, przeprowadzić i posprawdzać testy, kolokwia, przedterminy, poprawki i tym podobne, a potem jeszcze wysłuchać próśb, płaczów i narzekań, wypisując przy okazji indeks numer pięćset czternaście czy coś koło tego. Na odtrutkę od tego harmidru nadają się li i jedynie lektury lekkie, łatwe i przyjemne. I tak w ciągu ostatnich dwóch tygodni przeczytałam romans z epoki Regencji, dwa kryminały, jedną powieść w rodzaju "kupiłam dom w ciepłym kraju nad rozlewiskiem obok winnicy" i dwie książki dla młodzieży. Recenzje nastąpią niebawem, jako że co by o sesji nie mówić i jak by nie narzekać, jej główną i nie do pobicia zaletą jest to, co po niej następuje - trzy tygodnie ferii! W tym czasie będę w pracy spędzać całe 4 godziny tygodniowo;) Zaległe recenzje będą się jednak na pewno nadal zbierać, ponieważ jako niepoprawni optymiści, pojutrze jedziemy tam, gdzie śniegu jest kilkakrotnie więcej niż na naszym pokrytym zaspami osiedlu. Chałupa w górach kusi, grzech by było chociaż raz w ciągu całej zimy nie pojechać, ale nie da się ukryć, że w ubiegłych latach tyle śniegu się nie trafiało i jeszcze nie przetestowaliśmy docierania tam w takich warunkach. Jako że od szosy jest tam spory kawałek, i to pod górkę, prawdopodobnie będziemy musieli zostawić samochód na jedynym w miarę odśnieżonym terenie, czyli pod kościołem, i z szuflą, tudzież w rakietach śnieżnych, przedrzeć się przez półtorametrowy podobno śnieg. Pół kilometra podobno jedynie, ale pamiętam, że sąsiadom kilka zim temu w podobnych warunkach droga od szosy zajęła 3 godziny. A ich chata jest nawet odrobinę niżej;) Jak sądzicie, co spędza mi sen z powiek w obliczu takich wyzwań? To, jak wniosę tam jedzenie i ciepłe ciuchy? To, jak da radę moje dziecko, które wszak tyle śniegu jeszcze chyba nie widziało? To, czy damy radę powtarzać ten wyczyn codziennie, jako że jedziemy tam głównie na narty? Ależ skądże! Jestem przekonana, że wiecie, co jest najbardziej palącym problemem: Czy dam radę wnieść książki na całe 5 dni??? I jak się zdecydować, co zabrać? Zwykle jadąc tam pakowałam jedną torbę ubrań, drugą torbę książek, jako że lubię mieć wybór. Teraz chyba muszę się trochę ograniczyć;) Chociaż w sumie mogę zostawić sobie torbę w samochodzie i jak akurat będę miała nieodpartą chęć na, powiedzmy, Mankella albo na "Wolf Hall", to po prostu przejdę się w te i we wte;)
Ciekawa jestem, jakie książki Wy zabralibyście, gdybyście jechali na kilka dni gdzieś, gdzie nie ma netu, telewizji, właściwie niczego nie ma, oprócz śniegu, ciszy, bezmiaru przestrzeni przed domem i miękkiego fotela przy kominku. No, i ośrodka narciarskiego dość blisko, co zdecydowanie zmiejsza czas na lekturę, chociaż i tak go z pewnością sporo zostanie... Na pewno zabiorę "Nocna zamieć" Theorina, chociaż poprzedniej jego książki nie przeczytałam jeszcze, ale tą "Zamiecią" na wielu blogach kuszą. Zresztą tytuł i tło wydają się dość adekwatne;) Może zresztą poprzedni tom też wezmę, skoro na półce już od nie wiem, jak dawna stoi. Ale co poza tym? Jeszcze nie mam pojęcia.
wtorek, 26 stycznia 2010
Po książkę Thorwalda sięgnęłam dlatego, że lektura "Becoming Queen" pozostawiła po sobie sporo pytań z historią medycyny się wiążących. Po przeczytaniu dramatycznej historii śmierci przy porodzie księżniczki Charlotte, zaczęłam zastanawiać się, kiedy właściwie zaczęto stosować cesarskie cięcie i znieczulenie. Mogłam to oczywiście sprawdzić w necie, ale chciałam dowiedzieć się nie tylko, kiedy to się stało, ale przede wszystkim, jak do tego doszło. Potrzebowałam książki, a nie Wikipedii. I wtedy przypomniałam sobie o "Stuleciu chirurgów" Thorwalda, niedawno wznowionym przez Znak. "Stulecie chirurgów" to książka, która rozwiewa wszelkie marzenia o życiu w minionych epokach. Wszystkich romantyków, którym wiek XIX jawi się jako epoka walca, dżentelmenów i dobrze ułożonych panien, epoka wielkich odkryć i postępu, epoka pełna staroświeckiego czaru, książka Thorwalda obedrze ze złudzeń. Bo czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciałby przenieść się w świat, w którym chirurdzy operowali we frakach sztywnych od krwi i ropy, w których prosto z sekcji zwłok szli odbierać poród, zaś mycie rąk uważali za fanaberię? "Stulecie chirurgów" cofa się zresztą jeszcze dalej w przeszłość. Oczami swojego dziadka, Henry'ego Stevena Hartmanna, postaci autentycznej, Thorwald opowiada nam historię początków chirurgii, zaczynając od pierwszego udanego rozcięcia brzucha, a kończąc na operacji serca. Hartmann, amerykański chirurg, poświęcił życie badaniu historii medycyny. Jeździł po całym świecie, odwiedzając ludzi, dzięki którym dokonywał się postęp. Zapiski z tych spotkań wykorzystał wnuk, który dziadka uczynił narratorem swojej powieści. Trzeba przyznać, że nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach. Niejednokrotnie miałam ochotę zamknąć jak najszybciej książkę, jednak niezwykle wciągający, wręcz sensacyjny sposób prowadzenia narracji sprawia, że wbrew sobie nie możemy się oderwać. Z niezdrowymi wypiekami czytałam o człowieku, który jako pierwszy odważył się otworzyć ludzki brzuch, wycinając ogromnego guza na jajniku kobiecie, która przez całą operację śpiewała, a właściwie wywrzaskiwała psalmy. Pod oknami gromadził się tłum, gotowy powiesić na najbliższym drzewie lekarza, który dopuścił się tak straszliwego czynu. Ledwie przebrnęłam przez opisy operacji prowadzonych bez narkozy, amputacji kończyn i piersi całkowicie na żywca. Odetchnęłam, gdy dobrnęłam do odkrycia znieczulenia wykonywanego za pomocą gazu rozweselającego. "Stulecie chirurgów" to nie tylko fascynująca historia postępu, ale także, a nawet przede wszystkim, historia ludzkiej głupoty, zawiści i zadufania. Jakie setki lekarzy wyśmiewały Ignaza Semmelweisa, który twierdził, że mycie rąk przed operacją może zapobiec gorączce pooperacyjnej. Iluż profesorów uważała, że bakterie to tylko wymysł! Wyrostek robaczkowy można wycinać dopiero, gdy pęknie, zaś dotknięcie żywego serca prowadzi do natychmiastowej śmierci pacjenta. Cesarskie cięcie natomiast uważano za możliwe tylko przy jednoczesnym wycięciu macicy. Lekarze odważni, śmiało podejmujący się rzeczy uważanych za niemożliwe, spotykali się z ostracyzmem naukowego towarzystwa, byli wyszydzani i nierzadko popełniali samobójstwo. Na szczęście znajdowali się kolejni, gotowi podjąć ryzyko, przełamać kolejne tabu. Czytając "Stulecie chirurgów", nie sposób nie być głęboko wdzięcznym, że przyszło nam żyć w wieku XXI, gdy cesarskie cięcie, przez które przyszła na świat moja córka, jest zabiegiem rutynowym. I nie sposób nie czuć podziwu dla ludzi, dzięki którym stało się to możliwe. A przy okazji dla autora, który solidny kawał historii przekazał nam niczym powieść sensacyjną. Ciekawa jestem jego kolejnych książek i mam zamiar sięgnąć po nie wkrótce. Moja ocena: 5/6
środa, 20 stycznia 2010
Jeszcze tylko do jutra do południa można głosować na ulubione blogi w konkursie na Blog Roku, więc jeśli jeszcze nie zagłosowaliście, a macie zamiar, to nie zostało wiele czasu:) Dziękuję przy okazji wszystkim za oddane do tej pory głosy! Wygląda na to, że niewiele zabraknie Miastu Książek do finałowej dziesiątki, a to o wiele lepszy wynik, niż się spodziewałam:) Jeśli chcesz jeszcze zagłosować, wyślij SMS o treści E00148 na numer 7144, koszt SMS, to 1,22 zł brutto. Update: Bardzo dziękuję za wszystkie głosy, wygląda na to, że bardzo niewiele zabrakło do finałowej dwunastki! To znacznie lepszy wynik, niż mogłam zamarzyć, myślałam, że mój blog będzie gdzieś na szarym końcu... I tylko żal, nawet bardzo, że żaden blog o książkach się na finał w kategorii Kultura nie załapał. Muzyka, filmy, gry, nawet teatr, a książki odpadły:( Szkoda, musimy się za rok bardziej postarać. Bo mimo wszystko wydaje mi się, że nie jesteśmy jakąś strasznie elitarną, niedzisiejszą grupą zepchniętą do zakurzonej niszy;)
Nie inaczej jest z "Przemianą". Tutaj akcja osnuta jest wokół dyskusji na temat kary śmierci. Picoult jednak lubi komplikować fabułę, więc dodatkowo mamy tu jeszcze kilka innych moralnie dwuznacznych zagadnień. Początek akcji wygląda następująco - Shay, 33-letni cieśla, w celi śmierci czeka na egzekucję. Został uznany winnym odrażającej zbrodni - 11 lat wcześniej zastrzelił siedmioletnią dziewczynką i jej ojczyma, policjanta. Matka dziewczynki była wtedy w ciąży. Teraz jej 11-letnia córka jest ciężko chora i czeka na przeszczep serca. Gdy Shay dowiaduje się o tym przypadkiem, postanawia oddać jej swoje serce. Czy jednak matka zgodzi się, aby morderca jej córki ocalił jej drugie dziecko? Alb, innymi słowy, czy może pozwolić, aby jego ostatnie życzenie zostało spełnione? I czy Claire będzie chciała żyć z sercem mordercy swojego ojca i siostry? A nawet jeśli się zgodzą, czy sąd wyrazi zgodę na egzekucję przez powieszenie, dzięki której serce będzie zdatne do przeszczepu? Te pytanie nie wystarczają autorce. Gdy dodatkowo Shay - powtórzę: 33 letni cieśla - ożywia martwego ptaka, a w więziennej kanalizacji zaczyna płynąć wino zamiast wody, ludzie zaczynają widzieć w nim nowego Mesjasza. Obok dyskusji o karze śmierci i o prawie skazanego do bycia straconym w sposób przez siebie wybrany, dochodzi sporo rozważań natury religijnej, wykłady o gnostykach i o zakazanych ewangeliach. Brzmi skomplikowanie i niespójnie? O dziwo wcale takie nie jest. Akcja toczy się zgrabnie, postaci są dość wiarygodne (oczywiście poza Shayem), a całość czyta się bardzo dobrze. Ilość zbiegów okoliczności jest jednak zdecydowanie przesadzona. Niektóre niuanse zresztą gubią się w tłumaczeniu. Gdy Shay doświadcza przed śmiercią łaski, łaska ta przybiera postać dosłowną - pojawia się jako Grace (po angielsku łaska), siostra Shaya. Między nieco przydługawymi wykładami o historii religii zdarzają się też zwięzłe, trafne uwagi dotyczące wiary, nad którymi wzrok zatrzymuje się na dłuższą chwilę. Trochę szkoda, że wielu tajemnic, które wyjawione zostają dopiero pod koniec książki, domyśliłam się w połowie lektury. Nie mogę powiedzieć jednak, aby zepsuło mi to przyjemność czytania. Plasuję tę książkę gdzieś pomiędzy najlepszymi powieściami Picoult ("Bez mojej zgody" i "Dziewiętnaście minut") i słabymi, takimi jak "Zagubiona przeszłość" i "Dziesiąty krąg". Miłośnicy autorki na pewno nie będą zawiedzeni, a i ci, którzy jeszcze nie są do niej przekonani, mogą chyba bez obaw spróbować zawrzeć z nią znajomość właśnie przez tę książkę. Jeśli oczekujecie zajmującej powieści obyczajowej, niekoniecznie bardzo głębokiej psychologicznie, ale za to wciągającej, nie powinniście się rozczarować. A przy okazji - zupełnie przypadkiem, tego samego dnia, kiedy skończyłam czytać tę książkę, obejrzałam "Dead Man Walking" - znakomity film o karze śmierci właśnie. Polecam gorąco, aczkolwiek może nie łącznie z książką Picoult, bo taka dawka emocji z karą śmierci związanych jest lekko przesadzona... Moja ocena: 4/6
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Zazwyczaj oprócz czytania beletrystyki, czytuję też, lub raczej od czasu do czasu podczytuję, jakąś książkę z kategorii non-fiction - najczęściej historyczną. Lubię przeczytać sobie rozdział czy dwa co jakiś czas - czasami codziennie, czasem rzadziej. Gdy kilka dni temu skończyłam pierwszy tom "Dziejów życia prywatnego", na chybił trafił wyjęłam z półki "Becoming Queen" autorstwa Kate Williams. Miałam zamiar czytać ją w niewielkich kawałkach przez dłuższy czas, ale cóż - przepadłam po pierwszym rozdziale i skończyłam książkę w ciągu kilku dni, odkładając na bok wszystkie powieści. "Becoming Queen" to opowieść o tym, jak doszło do narodzin i wstąpienia na tron królowej Wiktorii. Pierwsza część książki poświęcona jest jej kuzynce, księżniczce Charlotte, której tragiczna śmierć w wieku 21 lat poniekąd doprowadziła do przyjścia na świat Wiktorii. Zapomniany nieco, ale fascynujący fragment historii. Charlotte była jedyną córką Jerzego IV (George'a IV), który był najpierw Regentem (jako że jego ojciec, Jerzy III, chorował psychicznie - polecam film "Szaleństwo króla Jerzego"), następnie królem. Jerzy, znienawidzony zarówno przez swoich poddanych za rozpustę, rozrzutność i zadufanie, jak i przez żonę, równie kontrowersyjną jak on sam, był okrutnym ojcem. Charlotte była traktowana jako narzędzie w rozgrywkach między rodzicami, a następnie karana przez ojca za to, że jest córką swojej matki i następczynią tronu. Smutne dzieciństwo i młodość spędziła zamknięta w najmniej atrakcyjnych domostwach i pałacach rodziny królewskiej, regularnie pozbawiana wszystkich przyjaciół, których udało jej się pozyskać. Gdy wreszcie pozwolono jej wyjść za mąż za mężczyznę, którego zaakceptowała, jej małżeństwo okazało się niezwykle udane i zapewniło jej prawdopodobnie najszczęśliwsze chwile. Niestety, nie trwały długo. Siedemnaście miesięcy po ślubie Charlotte zmarła przy porodzie. Jej śmierć wywołała nie tylko żałobę narodową i poruszenie porównywalne do reakcji Brytyjczyków po śmierci księżnej Diany Spencer, ale także przyczyniła się do poprawy opieki medycznej podczas porodu. Śmierć Charlotty była bowiem częściowo zawiniona przez medyka, który się nią opiekował. Ciąża była od początku uznana za trudną, ponieważ dziecko oceniano na wyjątkowo duże. Niestety, metodą radzenia sobie z dużym dzieckiem była wtedy bardzo ścisła dieta oraz regularne puszczanie krwi. Charlotte była przez całą ciążę stopniowo i metodycznie pozbawiana sił, które były jej wyjątkowo potrzebne, jako że sam poród trwał prawie 50 godzin. Niestety, również w czasie porodu lekarz zabronił jej jeść oraz puszczał co chwilę krew, nie podejmując poza tym żadnej interwencji, pomimo wyjątkowo powolnej akcji porodowej. Gdy końcu Charlotte urodziła martwego chłopca, pozwolono jej zjeść rosół i napić się wina. Lekarz pojechał do domu, zostawiając ją jedynie pod opieką położnej. Pięć godzin później księżniczka zmarła, prawdopodobnie na skutek krwotoku. Jej mąż napisał kilka godzin później: Dwa pokolenia przepadły - przepadły w jednej chwili! Boleję nad sobą, a także nad Księciem Regentem. Moja Charlotte odeszła z tego kraju - jest dla niego stracona.
Lekarz popełnił samobójstwo niedługo później, nie mogą prawdopodobnie znieść fali krytyki. Za to w ciągu następnych miesięcy znacznie popularniejsze stały się interwencje podczas porodu (głównie przez używanie kleszczy), oraz zaczęto podawać kobietom środki znieczulające. Naród pogrążył się w żałobie na skalę przedtem niespotykaną. Zorganizowano zbiórkę pieniędzy, za które następnie postawiono Charlotcie piękny pomnik, który można dzisiaj oglądać na jej grobie w kaplicy św. Jerzego w Windsorze.
Po śmierci Charlotty nie było właściwie następcy tronu. Dzieci było w rodzinie mnóstwo, ale wszystkie z nieprawego łoża, jako że liczni bracia Regenta nie palili się do małżeństwa, skoro i tak nie mieli dużych szans na koronę. Z chwilą śmierci następczyni tronu sytuacja uległa całkowitej zmianie. Regent i jego żona żyli właściwie w separacji i nie było możliwości spłodzenia potomka (także ze względu na ich wiek), więc właściwie każdy z braci miał szansę zostać królem i spłodzić następcę tronu, o ile się odpowiednio ożeni. Rzucili się więc panowie do rozsyłania listów do niezamężnych księżniczek w całej protestanckiej Europie. Posypały się małżeństwa, ale z dziećmi nie było już tak różowo. Najstarszym braciom nie udało się spłodzić dziecka, które przeżyłoby choć rok. Dopiero czwarty w kolejności książę Edward, porzuciwszy konkubinę, z którą przeżył prawie trzydzieści lat, ożenił się z niemiecką księżniczką Victoire i spłodził z nią córkę, która przeżyła. Córkę, która miała się początkowo nazywać Victoire Georgiana Alexandrina Charlotte Augusta, ale Regent, który nie znosił swojego brata, nie zgodził się na nadanie jej takich typowo królewskich imion i nakazał zostawić jedynie imię Alexandrina. Dopiero płacz jej matki zmiękczył go odrobinę, tak że ostatecznie dziecko nazwano Alexandrina Victoria. I nikt nie spodziewał się, że jej imieniem zostanie nazwana cała epoka.
Książka Kate Williams jest napisana bardzo barwnie i żywiołowo. Jest solidnie udokumentowana, z mnóstwem cytatów z listów, pamiętników i innych relacji z epoki. Czyta się ją właściwie jednym tchem, prawie jak powieść. Czasem tylko żal, że autorka niektórych kwestii nie zgłębiła. Zbyt wiele pytań, które nasuwały mi się podczas lektury, pozostało bez odpowiedzi. Czy naród, który uwielbiał Wiktorię, pamiętał jeszcze o Charlotcie w dniu koronacji Wiktorii? Jaka była przyczyna śmierci Charlotty według współczesnych badań? Tym niemniej jest to znakomita lektura. Książka nie kończy się w momencie wstąpienia Wiktorii na tron, towarzyszymy monarchini także podczas trudnych początków jej panowania oraz poznajemy początki jej małżeństwa z Albertem, nie tak różowe, jak mogłoby się wydawać. Oprócz dwóch młodych dziewcząt, z których jedna miała być królową, a druga nią została, poznajemy też sporo innych, fascynujących postaci, oraz dostajemy dość szeroki i dokładny obraz epoki, z wszelkimi politycznymi zawirowaniami i rozgrywkami, z tłem społecznym oraz przede wszystkim, z barwnym opisem obyczajów i życia rodzinnego wyższych sfer. Na podstawie drugiej części książki nakręcono film, który wprawdzie koncentruje się na wątku miłości Wiktorii i Alberta, ale pokazuje też wpływ niejakiego Lorda Melbourne, premiera, na młodziutką królową, jej konflikt z matką i jej doradcą, Johnem Conroyem, oraz przede wszystkim jest pełnym uroku wprowadzeniem do epoki wiktoriańskiej. Nie jest to film tej klasy co "Elżbieta", czy choćby "Maria Antonina", ale jest pełen uroku, taki trochę w stylu ekranizacji Jane Austen.
Polecam i książkę, i film, książkę zdecydowanie bardziej - z pewnością cieszyłaby się popularnością, gdyby ktoś zechciał ją wydać po polsku, jako że epoka wiktoriańska jest i u nas popularna. Może chociaż polskojęzycznej wersji filmu się doczekamy. Moja ocena: 4.5/6
czwartek, 14 stycznia 2010
Taki los spotyka wiele bestsellerów. Fakt, że książka plasuje się wysoko w rankingach sprzedaży, bywa czynnikiem dyskwalifikującym dla wielu czytelników. No bo jak tu sięgnąć po coś, co czytają tzw. masy - ot, obraza dla wyrafinowanego gustu wytrawnego bibliofila. Oczywiście, trochę przesadzam, ale faktem jest, że na forach czytelniczych i blogach często można spotkać się z opinią, że "nie czytałam/em tego czy tamtego, bo wszyscy to czytają, więc mnie to odstrasza i to na pewno jakiś chłam". I takiego podejścia jestem wielką przeciwniczką. Rozumiem, że bestseller może rozczarować. Jeśli już sięgamy po taką książkę, nasze oczekiwania są wysokie, często zbyt wysokie. Książka może być całkiem niezła i zapewne gdybyśmy nic o niej nie wiedzieli, sięgając po nią, przypadłaby nam do gustu, to skoro jest tak popularna, podnosimy jej poprzeczkę i spodziewamy się arcydzieła. Nawet, jeśli chodzi o zwykły kryminał. Bestseller to zło także dlatego, że trafia w gusta mas. A ponieważ często myślimy, że mamy lepszy gust niż ogół społeczeństwa, nie możemy podzielić ich opinii. Przecież jednak nie wszystko, co jest popularne, jest złe. Wręcz przeciwnie, istnieje mnóstwo popkulturalnych produktów, które są znakomite - książki, płyty, filmy, programy. Ich autorzy być może czasem nie spodziewali się nawet, że trafią w masowy gust. A czasem odbiorca masowy był celowo wybranym adresatem, jednak rzecz została zrobiona tak profesjonalnie i na tak wysokim poziomie, że zachwyty są jak najbardziej uzasadnione - wystarczy przejść się do kina na "Avatara", niewątpliwie produkt masowy, masowy sukces odnoszący, ale przecież zachwycający i wart spędzenia kilku godzin w kinie. Cykl Larssona to uczciwy, dobrze napisany kryminał z bogatym tłem społecznym, pełnokrwistymi bohaterami i wartką akcją. Każdy tom ma pokaźną objętość, trudno się więc spodziewać, że będzie wciągać od pierwszej strony - wolny rozwój akcji to jeden z najczęściej spotykanych zarzutów. Z drugiej strony, czytamy przecież mnóstwo kryminałów, w których intryga rozwija się w takim tempie, że równie dobrze mogłaby się cofać, i podobają nam się. No, ale one nie stoją na czołowym miejscu w Empiku, więc można im wiele wybaczyć. Owszem, można się przyczepić do wielu rzeczy. Do niektórych wręcz trzeba - przydługawych opisów sprzętu komputerowego, mocno przerysowanej wizji Szwecji jako państwa bezprawia, niezbyt fortunnych sformułowań i niezręczności językowych, które się gdzieniegdzie zdarzają, o bohaterce wychodzącej praktycznie z grobu nie wspominając. Ale żeby móc się przyczepić, trzeba najpierw przeczytać. Nie dając się zniechęcić statusowi bestsellera. Jestem wielką fanką serii o Harrym Potterze. Owszem, zaczęłam ją czytać, gdy jeszcze bestsellerem nie była, ba - mało kto wtedy w ogóle słyszał o nastoletnim czarodzieju z błyskawicą na czole. Gdybym jednak przypadkiem nie natrafiła na okładkę z przestrogą, że to nie książka dla mugoli (ten właśnie tekst przyciągnął mój wzrok, gdy tylko pierwsze wydanie Harry'ego trafiło do księgarń), na pewno kupiłabym go później, status bestsellera nie jest bowiem dla mnie czynnikiem dyskwalifikującym. Przeczytałam Dana Browna, pierwszy tom "rozlewiska", nie skusiłam się na "Zmierzch", ale kto wie, czy to się kiedyś nie stanie. Lubię bowiem wiedzieć, co w trawie (lub raczej na półkach) piszczy, a kupuję to, na co mam ochotę, niezależnie od tego, jak to się sprzedaje. "Zamek z piasku, który runął" to najlepszy tom cyklu o Milennium. Tutaj nie trzeba czekać, aż akcja się rozwinie. Już pierwsze strony wciągają, wątków jest kilka, a wszystkie przeplatają się ze sobą zgrabnie i płynnie. Szkoda, że to już koniec. Chyba, że spadkobiercy pisarza dojdą do porozumienia, a jego partnerka wyciągnie z laptopa gotową, czwartą część Milennium - wieść gminna niesie, że takowa istnieje. Trzymam kciuki za to, aby okazało się to prawdą, oraz za to, aby nie odstraszyła Was Larssonomania, i abyście z przyjemnością zarwali kilka nocy nad "Milennium".
środa, 13 stycznia 2010
Czytanie do poduszki w wersji deluxe:
Źródło: http://tiagodafonseca.com/work/bedtime-stories/ Jest to kilkuwarstwowy kocyk, każda warstwa to kolejna strona tekstu. Całkiem uroczy pomysł. Zaczęłam się od razu zastanawiać, jaki utwór musiałby na tym widnieć, żebym się nim nie znudziła. Może jakiś sonet Szekspira? Samo brzmienie języka Szekspira zachwyca, zawsze i bez końca. Na każdej warstwie inny sonet - 18, 116, 136, 138 - chociaż ten ostatni ma może niezbyt szczęśliwe przesłanie końcowe - "Ślemy więc sobie wzajem kłamliwe posłanie, Nieznajomi, choć jedno dzielimy posłanie." A Wy co byście widzieli na takim kocu?
wtorek, 12 stycznia 2010
Nie wiem, co mnie podkusiło, że zgłosiłam Miasto Książek do konkursu na Blog Roku. Czasem ma się takie nagłe impulsy, którym później sami się dziwimy. Ale stało się, więc muszę się zmierzyć z Waszym osądem! Jeśli macie ochotę poprzeć mój blog w konkursie, za co oczywiście będę bardzo wdzięczna, możecie wysłać sms o treści E00148 na numer 7144. Smsy można wysyłać od dzisiaj do przyszłego czwartku. Koszt jednego smsa to 1,22 zł, dochód z smsów przeznaczony jest na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, więc całkiem dobry to cel. Głosować można na kilka blogów, więc nie musicie dokonywać rozdzierających serce decyzji między Miastek Książek, a innymi zgłoszonymi blogami o książkach:) Z góry dziękuję:)
Dzisiaj zapraszam do kolejnego wyzwania, właściwie nie drugiego, bo to ono było ogłoszone wcześniej. http://amerykanskiepoludnie.blox.pl/html Zaproszenia wysłałam do wszystkich, którzy dotychczas zgłosili chęci, czekamy na kolejnych uczestników. Przypominam, że można też recenzować filmy i muzykę. Ja mam zamiar od czasu do czasu pisać też jakiś dodatkowy tekst o kulturze Południa, zapraszam do tego też innych chętnych. Ciekawa jestem, ile osób brało udział we wszystkich wyzwaniach, sprawdzę to w wolnej chwili (czyli nie tak prędko...) Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszę się, gdy tak tłumnie się do wzywań zgłaszacie! Miło widzieć osoby, które powracają w każdym wyzwaniu, i ach, jak przyjemnie witać nowe twarze (a właściwie nicki;)). W pracy stykam się z ogromną rzeszą ludzi, którzy nie czytają nic lub prawie nic, pomimo tego, iż studiują filologię... Łatwo byłoby uwierzyć, że jestem po prostu odmieńcem, gdyby nie wszyscy czytający, których można spotkać w necie... W ramach wyzwania mam zamiar przeczytać sporo książek po raz kolejny. Przede wszystkim Faulknera, ale także Marka Twaina i Harper Lee. Na pewno sięgnę też po coś, czego jeszcze nie czytałam i mam nadzieję, że dzięki Waszym rekomendacjom, obejrzę też coś nowego i posłucham... Blog Nagrody Literackie już jest, zaproszenia wysłałam do wszystkich chętnych. Oczywiście nadal czekam na zgłoszenia, najlepiej tutaj, bo na pewno nie przegapię. Zapraszam do odwiedzin: http://nagrodyliterackie.blox.pl/html Dołączyłam nagrodę Goncourtów i w ten sposób są na razie cztery nagrody do wyboru. Wybrać wystarczy trzy, a ilość książek jest absolutnie dowolna! Może znajdą się ambitni, którzy przeczytają całego Bookera? Wiem, że nie tylko mi się to marzy... W czerwcu do wyzwania dołączę kolejne cztery nagrody, i tak będziemy sobie czytać przez cały rok. Mam nadzieję, że przyniesie nam to wiele radości i emocji i że dzięki wyzwaniu na naszej drodze znajdzie się wiele znakomitych książek! Blog Wyzwanie południowe założę dzisiaj wieczorem, tymczasem muszę uciekać do pracy, pomęczyć moich studentów "Wielkim Gatsbym";) |
Zakładki:
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Wyzwanie
Bliskie mi adresy
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Zaglądam także tutaj
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||