poniedziałek, 11 września 2017

Długo przyszło nam czekać na trzecią część cyklu piastowskiego. W międzyczasie Elżbieta Cherezińska napisała "Turniej cieni" (który podoba mi się najbardziej ze wszystkich jej książek) i dwutomowy cykl "Harda" i "Królowa", opowiadający o córce Bolesława Chrobrego. Miłośnicy jej książek czekali jednak na Władka, na to, żeby ten niski książę, który sam kazał nazywać się Łokietkiem, sięgnął wreszcie po koronę.

Cierpliwość, tak srodze wystawiana przez autorkę na próby, została nagrodzona. Książka jest gruba i spełnia wszystkie oczekiwania. Jest w niej Władek, równie niezmordowany i nieco dojrzalszy niż w poprzednich tomach. Jest Rikissa, piękna i zrównoważona, jest Michał - "złoty smok", są Kalina i Jemioła, rycerski Henryk z Lipy i ambitna Eliška. Są też nowi bohaterowie - intrygujący rycerze zakonni (krzyżowcy, szpitalnicy i templariusze), jest przeurocza postać Borutki i wielu innych. Jak zwykle podczas lektury książek Cherezińskiej bywa, trudno się początkowo połapać, zwłaszcza jeśli poprzednią część cyklu czytało się zaraz po tym, jak się ukazała, czyli ładnych kilka lat temu.

Pamiętać należy, że cały cykl piastowski to próba wypełnienia luk w naszej historii. O wielu postaciach nie wiemy nic ponad to, że żyły, a nawet to nie zawsze jest pewne. "Płomienna korona", podobnie jak poprzednie książki w serii, nie jest reporterskim zapisem drogi Władysława Łokietka do korony. To raczej wizja autorki, w miarę prawdopodobna. Nie jestem w stanie ocenić, na ile jest wierna faktom, a opinie znajomych historyków są podzielone. Ufam jednak autorce, która wertuje stare dokumenty i wydobywa na światło dzienne wszystko, co się da, dopowiadając swoją wersję wydarzeń tylko tam, gdzie wersja prawdziwa nie jest znana.

Nietrudno zresztą pamiętać o tym, że mamy do czynienia z fikcją. Nie brak w "Płomiennej koronie" elementów fantastycznych. Prasłowiańskie bóstwa ożywają, a walczący z poganami Krzyżacy nie raz nie będą mogli uwierzyć własnym oczom. Niektórym czytelnikom te motywy przeszkadzają, ja jednak nie mam nic przeciwko nim.

Wierzcie lub nie, ale przeczytanie "Płomiennej korony" zajęło mi dwa dni. Byłam na siebie zła - chciałam czytać nieco wolniej, przez kilka dni wracać do ulubionych bohaterów. Lektura tej książki nie jest może literacką ucztą, a do warstwy językowej mogłabym mieć kilka zastrzeżeń, ale cóż z tego? Dla mnie cykl piastowski to przede wszystkim pożywka dla wyobraźni. Czytając go, uświadamiam sobie, jak mało wiem o naszej historii i jak wiele się w niej kryje fascynujących opowieści. Trzy tomy to 2600 stron, czyli kilka, a nawet, jeśli jesteście bardziej ode mnie rozsądni lub akurat nie macie urlopu, kilkanaście wieczorów czystej rozrywki. A pod koniec i tak będzie wam mało. Czekam na kolejne opowieści, w międzyczasie znowu wertując książki historyczne i przeglądając Wikipedię w poszukiwaniu informacji o dzieciach, mężach, kuzynkach i innych krewnych bohaterów, których nie poznałam na lekcjach historii, a teraz chciałabym o nich wiedzieć więcej i więcej.

Moja ocena: 5/6

Poprzednie części cyklu:

czwartek, 24 sierpnia 2017

Mam nadzieję, że nie dziwi was moje długie milczenie w środku lata? Jak co roku, kiedy wyjeżdżam, nie piszę, a nawet za dużo nie czytam! W lipcu myślami byłam na Antarktydzie, tłumacząc mroźny reportaż, po czym bez żadnej aklimatyzacji przeniosłam się zarówno myślami, jak i ciałem na pustynię i przez trzy tygodnie odkrywałam piękno i skomplikowaną sytuację Namibii. Czytałam nocami, głównie reportaże i książki historyczne o kolonializmie, kiedy więc dotarło do mnie, że zmęczyły mnie te ciężkie tematycznie lektury, a w dodatku smutno mi z powodu końca ekscytującej podróży, postanowiłam sięgnąć po coś przyjemnego. A ponieważ przykry dla wielu koniec wakacji się zbliża, podzielę się dobrem, które odkryłam - może wam też przyda się coś podnoszącego na duchu w tych ostatnich dniach sierpnia?

Na pierwszy ogień książka, na której polskie wydanie czekałam z niecierpliwością. Bardzo rzadko bowiem zdarza się, że powieść dla dzieci zdobywa główną nagrodę Costa, czyli tytuł Costa Book of the Year. Poprzednio ta sztuka udała się Philipowi Pullmanowi, który dostał Costę za "Złoty kompas" w 2001 roku, zaś Frances Hardinge powtórzyła ten wyczyn w 2015, choć prawie nikt na nią nie stawiał, bo wśród konkurentów do tytułu była Kate Atkinson (za "Boga pośród ruin") i Andrea Wulf (za doskonałego "Człowieka, który zrozumiał naturę"). Wyróżniono jednak "Drzewo kłamstw" i choć nadal uważam, że biografia Humboldta autorstwa Wulf to dzieło wybitne, po lekturze książki Hardinge ze współczuciem pomyślałam o jurorach, którzy mogli wybrać tylko jeden tytuł.

"Drzewo kłamstw" jest bowiem czymś więcej, niż tylko zwykłą powieścią o nastolatce, która próbuje rozwikłać tajemnicę śmierci własnego ojca. Ta książka kryje w sobie wiele warstw i wiele znaczeń. Bohaterką jest czternastoletnia Faith, która marzy o tym, żeby zostać przyrodniczką. Pechowo dla niej, urodziła się w epoce wiktoriańskiej, jej przeznaczeniem nie jest więc kariera naukowa, ale los żony i matki. Kiedy ojciec Faith, badacz skamielin, ginie w tajemniczych okolicznościach, dziewczyna postanawia dowiedzieć się, czym się naprawdę zajmował. Przy okazji dążąc do wyjaśnienia zagadki jego śmierci, znajduje przedmiot badań i obsesji, który ją również opęta swoim urokiem.

Faith to stojące na progu dorosłości dziecko - chciałaby nosić dłuższe sukienki, chciałaby być traktowana poważnie. Czasami jest dopuszczana do świata dorosłych, czasem zaś z niego brutalnie wypychana, tym bardziej, że jest dziewczyną. Odkrywając naturę prowadzonych przez ojca badań, staje na progu świata ponadnaturalnego. Jej rozdarcie pogłębi się - rzeczywistość i świat dorosłych będą co i rusz odciskać swoje piętno, jednak nie dająca się wytłumaczyć w racjonalny sposób tajemnica zatrzyma ją niejako (symbolicznie) na progu dzieciństwa. Dopiero, kiedy w toku prowadzonego przez siebie śledztwa zapędzi się za daleko i zrozumie, jakie mogą być konsekwencje, przekroczy niewidzialną granicę.

To nie tylko książka o dorastaniu, to także opowieść o podążaniu za swoimi marzeniami i cenie, którą się za to płaci, o byciu kobietą w zdominowanym przez mężczyzn świecie, o geologii i dinozaurach. Przeczytajcie i podzielcie się swoją opinią!

Mowa o:

Frances Hardinge "Drzewo kłamstw"

Tłum. Krzysztof Mazurek

Wydawnictwo Czarna Owca 2017

Moja ocena: 6/6

Katherine Webb zauroczyła mnie swoją pierwszą powieścią, pisałam o niej tutaj. Mam wrażenie, że w międzyczasie przegapiłam jakąś kolejną powieść, kiedy jednak zobaczyłam w zapowiedziach "Angielkę", wiedziałam, że to będzie dobra lektura na lato. Niestety, zaczęłam ją czytać przed samym wyjazdem i choć planowałam, że zabiorę ją do samolotu, na lotnisku zorientowałam się, że zostawiłam książkę na kanapie... Musiałam więc czekać aż trzy tygodnie na to, żeby poznać zakończenie historii dwóch kochających przygody i podróże kobiet.

Oman fascynuje mnie od dawna, odkąd zobaczyłam zdjęcia w jakimś brytyjskim czasopiśmie, w czasach, kiedy wyjechać za granicę nie było łatwo, a angielską prasę można było wziąć w ręce tylko w czytelni British Council. Bohaterka powieści Webb, Jean Seabrook, również marzyła o wizycie w Arabii. Są lata pięćdziesiąte, a ona przyjeżdża do Maskatu z głową pełną wizji przygód i niebezpieczeństw. W Omanie udaje jej się poznać swoją idolkę - leciwą już podróżniczkę Maude, która jako jedna z pierwszych kobiet z Zachodu przemierzała arabskie pustynie. Spotkanie nie idzie jednak po myśli Jean. Maude jest zgorzkniała i cyniczna, a Jean jest zdruzgotana. Wkrótce jednak okazuje się, że spotkanie przynosi owoce, a Jean zostaje wplątana w coś, czego nie rozumie.

Podobnie jak debiutancka powieść Webb, akcja "Angielki" toczy się na dwóch planach czasowych - w latach pięćdziesiątych XX wieku i na przełomie wieku XIX i XX. Kolejne rozdziały przeplatają się, a my poznajemy kolejne elementy układanki. Całość oczywiście zazębi się na końcu, kiedy to wyjaśnione zostaną wszystkie tajemnice.

Nie ma w tej książce może nic szczególnie oryginalnego, a jednak to właśnie taka powieść, którą doskonale czyta się latem. Jest w niej tajemnica i napięcie, jest baśniowy klimat, jest powiew przygody. Oman jest tu miejscem egzotycznym i baśniowym, zaś obie bohaterki są pełne życia, choć całkowicie różne. Jean jest bardziej denerwująca - jest chaotyczna i niezbyt pozbierana, w przeciwieństwie do doskonale wiedzącej, czego chce Maude, która z kolei bywa mało sympatyczna. Pierwowzorem dla postaci Maude była Gertrude Bell - brytyjska podróżniczka, aczkolwiek cała historia jest oczywiście fikcyjna.

Całość czyta się doskonale, a choć niektórych zwrotów akcji łatwo się domyśleć, autorka potrafi uciec od sztampy. Przyjemna i bardzo odprężająca lektura!

Mowa o:

Katherine Webb "Angielka"

Tłum. Olga Siara

Wydawnictwo Insignis 2017

Moja ocena: 4.5/6

I na koniec powieść kompletnie zwariowana i na pewno nie dla każdego! "Moja Lady Jane" to alternatywna wersja historii lady Jane Grey, która na dziewięć dni została królową Anglii, po śmierci jedynego syna Henryka VIII, Edwarda. Jej panowanie zakończyło się tragicznie, jako że została wraz ze świeżo poślubionym małżonkiem ścięta w Tower.

Trzy autorki powieści dla młodzieży postanowiły, że napiszą bardziej optymistyczną wersję tej historii. Skoro i tak zmieniały bieg wydarzeń, postanowiły pójść na całość. W ich wizji Anglia Tudorów podzielona jest nie z powodu religii, ale dlatego, że część społeczeństwa potrafi zmieniać się w zwierzęta. Ci, którzy tej zdolności nie posiedli, nazwali się Nieskalanymi. Nieskalani boją się tych, którzy nie są całkiem zwyczajni, potrafią więc ich dyskryminować, a nawet mordować. Najbardziej zagorzałą Nieskalaną jest najstarsza córka Henryka VIII, Maria, która będzie chciała wymordować ich tak wielu, że zasłuży na miano Krwawej Mary.

Lady Jane nie ma nic przeciwko zmienianiu się w zwierzęta. Najbardziej interesują ją książki, nie ma ochoty ani na zostanie królową, ani (tym bardziej) na zamążpójście. Nie wie też, że los obdarzy ją znienacka małżonkiem, który całe dnie spędza pod postacią zwierzęcia.

Brzmi dziwnie? Być może, na szczęście "Moja Lady Jane" to książka napisana tak lekko i z tak uroczym przymrużeniem oka, że wszystko można jej wybaczyć. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron przyjmujemy z uśmiechem wszystkie szalone pomysły autorek i po prostu doskonale się bawimy. Ja przynajmniej ubawiłam się pierwszorzędnie i chętnie przeczytałabym więcej równie zabawnych książek. To idealna lektura na wczesnojesienną chandrę, kiedy dotrze do was, że letnie wieczory ustępują miejsca wrześniowym ciemnościom, i znowu co rano trzeba wstawać do szkoły (lub budzić dzieci).

Mowa o:

Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows "Moja Lady Jane"

Tłum. Maciej Pawlak

Wydawnictwo SQN 2017

Moja ocena: 4.5/6

A jako że sama przeczytałam już wszystkie powyższe tytuły, nie obrażę się, jeśli polecicie mi coś lekkiego i wciągającego, czym sama będę się ratowała w chwilach słabości!


niedziela, 02 lipca 2017

Jak zwykle przed wyjazdem, czytam mnóstwo książek o rejonie, w który się wybieram. Książek o Afryce mam sporo, nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak dużo! Dziesięciu książek o Namibii jednak nie udało mi się zebrać, w każdym razie nie po polsku. Postanowiłam więc polecić wam dziesięć książek, które dotyczą szerzej pojętej Afryki południowo-zachodniej, czyli przede wszystkim Namibii i RPA. Być może przyda wam się do planowania własnych wyjazdów, a może namówię was na czytelniczą wyprawę na dalekie południe Afryki?

Bernard Jaumann "Godzina szakala" (tłum. Alicja Rosenau)

Zacznijmy od czegoś lekkiego. Wiedzieliście, że po polsku ukazały się dwa kryminały, których akcja toczy się w stolicy Namibii, Windhuku? W dodatku są to kryminały naprawdę niezłe - "Godzina szakala" otrzymała w 2011 roku Niemiecką Nagrodę Kryminalną. Bohaterką jest policjantka Clemencia Garises, a w tle prowadzonego przez nią śledztwa jest sporo najnowszej historii Namibii, jako że fabuła inspirowana jest autentycznym morderstwem namibijskiego działacza i polityka, ikony niepodległej Namibii. Druga część serii, "Kamienista ziemia", toczy się w nieco innym otoczeniu, a mianowicie na położonej w okolicy farmie.

Wojciech Albiński "Kalahari"

Południowoafrykański opowiadania autorstwa polskiego pisarza. Momentami nieco nużące, na pewno nie porwą każdego. Niektóre jednak podobały mi się na tyle, że mam zamiar do nich teraz wrócić. Może odkryję w nich coś nowego?

Laurens van der Post "The Lost World of the Kalahari" i "Wyprawa w głąb interioru" (tłum. Dorota Kozińska)

Nie dalej jak wczoraj brałam udział w rozmowie o miejscach, których nazwy brzmią tak niezwykle, że są wystarczającym powodem do podróży. Koleżanka mówiła o Burkina Faso, ja o pustyni Takla Makan. Wszystkie dzieliłyśmy uwielbienie dla słowa Timbuktu. Jednym z miejsc o tak magicznych nazwach jest dla mnie Kalahari. Toteż z wielu książek kontrowersyjnego brytyjskiego pisarza wybrałam jedną, która nie została przełożona na polski, pomijając "Spacer z białym Buszmenem". Polecam jednak wszystkie książki Laurensa van der Posta. Stały się już klasykami literatury podróżniczej i choć są już dość wiekowe, warto poznać Afrykę jego oczami.

Riccardo Orizio "Zaginione białe plemiona" (tłum. Joanna Ugniewska, Mateusz Salwa)

W przypadku tej książki popełniam lekkie nadużycie, jako że tylko jeden jej rozdział jest poświęcony Namibii. Jest to jednak rozdział na tyle dobry, że umieszczenie książki na tej liście wydaje mi się zasadne. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczych Basterach - mniejszości etnicznej, wywodzącej się głównie od Holendrów, którzy wyruszyli niegdyś na Wielki Trek i osiedlili się w Namibii (niektórzy także w Angoli). Dzisiaj starają się o autonomię polityczną, mają nawet własną flagę.

Adam Hochschild "Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku" (tłum. Hanna Jankowska)

Ta książka dopiero przede mną, jednak po lekturze innych książek Hochschilda jestem pewna, że warto sięgnąć i po "Lustro o północy". To opowieść o RPA, w której historia słynnego treku, czyli migracji sporej grupy ludności w XIX wieku, przeplata się z obrazem współczesnego społeczeństwa tego kraju.

Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

W zestawieniu książek o południowej Afryce nie mogło zabraknąć doskonałego reportażu Wojciecha Jagielskiego. Sądzę, że nie trzeba go nikomu specjalnie polecać, ja zabieram się właśnie za powtórną lekturę.

Lawrence Anthony "The Elephant Whisperer"

Szkoda, że nikt nie wydał po polsku książki legendarnego już zaklinacza słoni, czyli człowieka, który przygarnął kiedyś stado wyjątkowo dzikich i niedających się opanować słoni. Tyle razy uciekały z rezerwatu, stanowiąc zagrożenie dla ludzi i dla siebie, że strażnicy wpadali w rozpacz. Anthony, przyrodnik, właściciel rezerwatu przyrody w RPA, zajął się niesubordynowanymi słoniami, poznał je blisko, zdobył ich zaufanie i lojalność. Wierzcie lub nie, ale kiedy zmarł, wiele lat po tym, jak napisał tę książkę, słonie zaczęły gromadzić się pod domem swojego dawnego opiekuna. Skąd wiedziały, że nie żyje?

André Brink "Tamta strona ciszy" (tłum. Anna Kołyszko, Michał Kłobukowski)

Wstrząsająca powieść pochodzącego z RPA pisarza, dość brutalna, ale też naprawdę piękna. Bohaterką jest Hanna, która wyjeżdża z Niemiec do Afryki Południowo-Zachodniej, tak bowiem nazywano dawniej Namibię. To powieść o podboju, ujarzmianiu kobiet i krajów. Przejmująca.

Mark i Delia Owens "Cry of the Kalahari"

Jeszcze jedna książka z Kalahari w tle. Autorzy spędzili wiele lat badając lwy pustynne, żyjące na pograniczu Botswany, Namibii i RPA. To książka nie tyle o lwach, ile o ich podróży przez ten region Afryki, o latach, które tam spędzili, o przyrodzie i o pustyni. Czytam ją powoli od kilku tygodni i podoba mi się coraz bardziej!

Poza dziesiątką, ale warto wspomnieć:

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce" - moja opinia tutaj.

David Olusoga, Gasper Erichsen "Zbrodnia Kajzera" (tłum. Piotr Tarczyński) - książka historyczna dotycząca ludobójstwa dokonanego przez niemieckich kolonizatorów na grupach etnicznych Herero i Nama na początku XX wieku. Doskonała i wstrząsająca.

Henno Martin "The Sheltering Desert" - opowieść o dwóch niemieckich geologach, którzy próbując uniknąć wcielenia do wojska podczas II wojny światowej, spędzili dwa i pół roku na pustyni Namib. Świetna, będę o niej jeszcze pisać.

Dorzucicie swoje propozycje do tej listy? Czytaliście coś o Namibii, RPA i Botswanie?

czwartek, 29 czerwca 2017

Mniej więcej raz w roku przestaję prawie czytać książki.

Nie oznacza to, że nie czytam niczego. Na kilka tygodni staję się współczesnym człowiekiem - zamiast przerzucania stron, otwieram kolejne karty w przeglądarce. Czytam wszystko, co znajdę na temat kraju, który sobie wymyśliłam jako cel letniego wyjazdu. Nie mam wtedy ochoty na książki, co nie znaczy, że nie gromadzę literatury z danym krajem związanej. Zdobywanie wiedzy związanej z organizacją podróży pochłania mnie jednak całkowicie i dopiero, kiedy wyłania mi się sensowny plan, zaczynam wracać do normalności.

Lista przeczytanych w czerwcu książek jest więc żałośnie krótka. W momencie, w którym podjęliśmy decyzję, że w tym roku wreszcie dotkniemy kontynentu, o którym tylko mówiliśmy od lat, mentalnie przeniosłam się do Namibii. Czytam namibijską prasę, wpatruję się w mapy, przeglądam fora internetowe. Próbuję cokolwiek zrozumieć. I wtedy w księgarniach pojawia się książka o Namibii - jedna z niewielu polskich książek o tym odległym kraju!

Wojciech Rogala, wrocławski podróżnik, napisał o białych mieszkańcach Namibii. Nie wiem, czy można powiedzieć, że jest ich tam dużo - stanowią 6% całej populacji. Ich wpływ na kształt kraju jest jednak olbrzymi, chociażby dlatego, że należy do nich większość ziemi. Namibia to była niemiecka kolonia, co widać choćby w niemieckich nazwach ulic. Kiedy powiedziałam córce, dokąd jedziemy, rzuciła się do przeglądania internetu (niedaleko pada jabłko). Zaczęła od spraw najistotniejszych - jakie tam żyją koty i co się je. Z kotami poszło łatwo, przy informacjach o potrawach zadumała się, po czym spytała: Co to jest bratwurst?

Przeczytałam więc "Witamy w białej Afryce" z zaciekawieniem, przeplatając lekturę z wydaną kilka lat temu, doskonałą i wstrząsającą "Zbrodnią Kajzera", opowiadającą o ludobójstwie, którego Niemcy dokonali na ludziach z grup Herero, Nama i kilku innych na początku XX wieku. I choć cieszę się niezmiernie, że ukazała się nowa książka o Namibii, nie mogę ukryć, że jej lektura mnie nie zachwyciła.

Być może zepsuły mnie lektury licznych, świetnie napisanych książek reporterskich, które ostatnio czytam wręcz hurtowo. Skoro jednak je czytam, nie mogę nie zauważyć, że książka Wojciecha Rogali nie jest napisana zgrabnie, lekko i z pomysłem. Składają się na nią liczne rozmowy z białymi mieszkańcami Namibii, obficie uzupełnione informacjami historycznymi i mniej obficie perypetiami autora. Wszystko byłoby fajnie, ale większość dialogów przypomina raczej przemowy. Często brakuje w nich życia i brzmią nieco sztucznie. Szkoda, tym bardziej, że ich treść bywa porażająca. Autor potrafi znaleźć interesujących rozmówców i poświęca im sporo czasu. Lubią go i mówią szczerze, często obnażając przy tym swoje rasistowskie nastawienie. Z ich wypowiedzi wyłania się dość smutny obraz kraju, w którym wszyscy wszystkich nienawidzą, z różnych przyczyn. Niestety, wystarczy przeczytać kawałek dialogu na głos, by stwierdzić, że nie brzmi on naturalnie.

Druga zasadnicza słabość leży chyba już w założeniu. Rozumiem, że zamysłem autora było przedstawienie białych mieszkańców afrykańskiego kraju, ich postaw i problemów, jednak mniej więcej od połowy książki zaczął mi bardzo doskwierać brak czarnoskórych rozmówców. Być może (zapewne) o to chodziło, żeby zostawić ich poza narracją. Jednak tak często i tak krytycznie są wspominani przez bohaterów książki, że wydaje się niesłusznym nieoddanie im głosu. Obroniłoby się to w jednym czy kilku artykułach, jednak przy całej, dość pokaźnej, bo liczącej ponad 400 stron książce, wydało mi się to nieudanym zabiegiem. Zresztą obraz białych Namibijczyków też byłby chyba pełniejszy, gdyby opowiadali o nich ich czarnoskórzy sąsiedzi?

Momentami w książkę wkradał się też chaos. Mam wrażenie, że autor posiadł tak rozległą wiedzę historyczną, że momentami zapominał, iż czytelnik niekoniecznie jest równie dobrze zorientowany. Piszę to zresztą z perspektywy czytelniczki, która ostatnie kilka tygodni spędziła czytając o Namibii. Mimo to kilka razy pogubiłam się i musiałam poszukać dodatkowych informacji w sieci, bo nie byłam pewna, czy dobrze rozumiem, o czym właściwie mowa. Namibia jest bardzo młodym krajem, jednak historię ma dość burzliwą i chyba warto czasem poprowadzić czytelnika za rękę.

Przy wszystkich tych niedociągnięciach nie mogę powiedzieć, że żałuję czasu spędzonego na lekturze. Dowiedziałam się sporo, zdałam sobie też sprawę z tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Zasmucił mnie i zadziwił obraz białych Namibijczyków, jaki wyłania się z tej książki. Mam wrażenie, że żyją w całkowitym oderwaniu od reszty kraju, a ogrom ich uprzedzeń przytłacza. Ciekawa jestem bardzo, czy takie samo wrażenie odniosę, będąc tam, a mój apetyt na Namibię uległ tylko zaostrzeniu.

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce"

Wydawnictwo Muza 2017

Moja ocena: 3.5/6


niedziela, 04 czerwca 2017

Na drugą książkę autorki "Dziewczyny z pociągu" wielu czytelników czekało z niecierpliwością. Debiutancki thriller Pauli Hawkins niewiele osób zostawił obojętnymi - jedni się nim zachwycili, inni przeżyli głębokie rozczarowanie. Należałam do osób, którym "Dziewczyna z pociągu" podobała się w stopniu umiarkowanym, nie żałowałam jednak czasu poświęconego na lekturę (moje wrażenia znajdziecie tutaj). Niewątpliwie napisanie kolejnej książki było sporym wyzwaniem. Jak usiąść do pracy, kiedy pierwsza książka została tak wielkim bestsellerem?

Paula Hawkins nie poszła na łatwiznę. Podobnie jak J. K. Rowling, która po zakończeniu cyklu o Harrym Potterze postanowiła udowodnić sobie i innym, że potrafi napisać coś całkowicie odmiennego, autorka "Dziewczyny z pociągu" zmierzyła się z nowym wyzwaniem. "Zapisane w wodzie" to właściwie powieść obyczajowa z elementami thrillera, całkiem inna niż historia jeżdżącej pociągami Rachel. Niestety, trzeba od razu powiedzieć, że efekt nie jest całkiem udany.

Rzecz dzieje się w niewielkim miasteczku gdzieś na północy Anglii. W płynącej nieopodal rzece życie straciło już kilka kobiet. Pierwsza została tu utopiona kilkaset lat temu, ponieważ oskarżono ją o czary. Kolejne rzucały się w toń dobrowolnie, a przynajmniej nie znaleziono śladów przestępstwa. Ostatnią z nich była Nel Abbott, matka nastoletniej Leny, ogarnięta obsesją na punkcie kobiet skaczących do Topieliska. Policja prowadzi niemrawe śledztwo, a prywatne dochodzenie rozpoczyna siostra Nel. Sprawa jest tym bardziej zagmatwana, że niedługo przed tym tragicznym wydarzeniem w tym samym miejscu utopiła się najlepsza przyjaciółka Leny. Czy naprawdę obie popełniły samobójstwo?

O ile pomysł na książkę wydaje się niezły, a samo miasteczko odmalowane jest bardzo sugestywnie, o tyle wykonaniu można sporo zarzucić. Największą słabością powieści jest to, że jest po prostu nudna. Ani Jules, ani Lena, ani żaden inny bohater nie budził we mnie emocji. Nie współczułam ich, nie przejmowałam się ich losem, nie umiałam ich polubić. Wszyscy snują się po miasteczku, wspominają, ale brak w ich poczynaniach zaangażowania. A może to ja, czytelniczka, nie umiałam się zaangażować?

Nie pomaga też nadmiar narratorów i fakt, że trudno ich rozróżnić. Gdyby nie informacja na górze strony, kogo dotyczy dany rozdział, musiałabym co chwilę cofać się i sprawdzać, o kim czytam. Wszyscy mówią takim samym głosem, monotonnym i lakonicznym. Być może warto od początku lektury notować, kto jest kim, niemniej wydaje mi się, że w powieści o tak dużej liczbie bohaterów i narratorów autorka powinna pokusić się o nadanie każdemu bardziej wyrazistych cech, także językowych.

Całość w pewnym stopniu ratuje zakończenie. Ostatnie sto stron czyta się już nieźle, a rozwiązanie zagadki nie jest zbyt oczywiste. Nie wiem jednak, czy to wystarczy, żeby zatrzeć wcześniejsze złe wrażenie. Zamysł był ambitny, za co autorce należą się słowa uznania, szkoda jednak, że nie udało jej się sprostać zadaniu.

Niewykluczone, że podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z pociągu", znajdą się czytelnicy, którym książka się spodoba. Ja się trochę wynudziłam, cieszę się więc, że chociaż końcówka była nie najgorsza. Sprawdźcie sami i dajcie znać, co sądzicie!

Moja ocena: 3/6

Paula Hawkins "Zapisane w wodzie"

Tłum. Jan Kraśko

Wydawnictwo Świat Książki 2017

środa, 24 maja 2017

Cicho się tu zrobiło ostatnio. Im więcej się dzieje w mojej głowie, tym mniej na blogu. Ponieważ założyłam kiedyś, że nie będę tu pisała z poczucia obowiązku, pozwalam sobie na tę ciszę, choć wiem, że możecie się niecierpliwić. W końcu maj, nowości tyle, że nie starcza księgarnianych półek i mojej podłogi na nie. Leżą w stosach – reportaż Kamila o holenderskiej spermie, debiut Horsta, wyszperana w antykwariacie powieść o Namibii. Chcę je czytać, ale nie teraz, nie w tej chwili.

Czytam za to lektury do szkoły reportażu, większość nie po raz pierwszy, ale jednak teraz to czytanie jest trochę inne. Niektórych nie mogę wyrzucić z głowy, zajmują całą przestrzeń. Najpierw przez dwa tygodnie chodziłam z „Panią Stefą”, zapomnianą bohaterką, która po cichu robiła swoje w strasznych czasach. Potem na kilka dni nie mogłam opuścić pewnej pacyficznej wyspy, która jest tak niepodobna do raju, że bardziej chyba już nie można („Jutro przypłynie królowa”). Wreszcie z lekkim ociąganiem sięgnęłam po „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Pamiętałam tę książkę bardzo dobrze. Nie wiem, czy w ogóle da się ją zapomnieć, ale skoro przypominałam sobie wszystkie lektury zadane na ten zjazd, sięgnęłam i po tę. Spędziłam nad nią wiele dni  (nie umiałam przeczytać więcej niż kilkanaście stron dziennie). Czytałam o Ruandzie, o Leo, którego matka wypchnęła wraz z braćmi przez małe okienko, o pięcioletnim Vincencie, który nie uciekł, o Juliette, która ocaliła tylko jedno dziecko. Czytałam i nie było we mnie miejsca na żadne inne lektury.

Przeczytajcie tę książkę, jeśli jej jeszcze nie znacie. Ci ludzie zasługują na to, żebyśmy się o nich dowiedzieli, tym bardziej, że mordercom chodziło właśnie o to, aby wymazać ich z powierzchni ziemi. Nie pozwólmy na to. Nie bójcie się. Będzie bolało, bo jak miałoby nie boleć? Będziecie może płakać, odkładać książkę po kilkunastu stronach, ale potem otworzycie ją znowu. Nie wiem, czy ktoś pisze o ludobójstwie tak, jak Tochman, który składa te swoje słowa tak pięknie i tak przerażająco zarazem.

Nie można po prostu tej książki odłożyć na półkę i sięgnąć po kolejną, dlatego jeszcze trochę sobie tutaj pomilczę. Za dzień czy dwa coś poczytam, napiszę recenzję, obejrzę odcinek serialu. Ale jeszcze nie dzisiaj.



środa, 19 kwietnia 2017

Według ornitho.pl – bazy, do której obserwatorzy ptaków wprowadzają swoje obserwacje, w tym roku udało mi się jak dotąd zobaczyć 51 gatunków ptaków. Bardzo słabo w zestawieniu ze statystykami innych osób, nieźle w porównaniu z moimi zeszłorocznymi obserwacjami. A biorąc pod uwagę to, co zrobił Noah Strycker, wypadam gorzej niż dwudziestoletni Golf z rozładowanym akumulatorem obok bolidu Formuły 1.

Noah Strycker pobił bowiem w 2014 roku rekord świata. Słyszeliście o konkursie nazywanym Big Year (Wielki Rok)? Polega on na tym, że ptasiarze starają się zobaczyć jak najwięcej gatunków ptaków w trakcie jednego roku kalendarzowego. Wszystko zaczęło się w latach trzydziestych XX wieku, a konkurs dotyczył tylko terenu Ameryki Północnej. Oparty jest na honorze – dowodem obserwacji jest notatnik, zdjęcia lub inne potwierdzenia nie są wymagane. Nad wszystkim czuwa American Birding Association. Konkurs stał się lepiej znany, kiedy słynna rywalizacja trzech ptasiarzy stała się tematem filmu komediowego „Wielki Rok”.

Ogólnoświatowy Wielki Rok ma nieco krótszą, choć nie mniej pasjonującą historię. Na świecie znanych jest mniej więcej 10400 gatunków ptaków. W 2008 roku para Brytyjczyków zaobserwowała 4341 z nich, ustanawiając tym samym rekord. Na pobicie go porwał się cześć lat później właśnie Noah Strycker. Jego celem było zobaczenie przynajmniej 5000 gatunków, czyli mniej więcej połowy z wszystkich nam znanych. Zaczął od razu po północy 1 stycznia, jako że na Antarktydzie, gdzie wtedy przebywał, panował dzień polarny. Wcześniejszy rekord pobił już 16 września w Indiach. Rok zamknął z imponującym wynikiem – zaobserwował 6042 gatunki ptaków. Wiele z nich uwiecznił na zdjęciach, chętnie też podróżował z innymi ptasiarzami, którzy mogli zaświadczyć o prawdziwości jego obserwacji.

W trakcie swojego Wielkiego Roku Noah odwiedził 41 krajów. Zaczął od Antarktydy, następnie przemierzył obie Ameryki, Afrykę, Azję, następnie Australię, rok zaś zamknął w Indiach. Kilka razy był w niebezpieczeństwie, na przykład wtedy, kiedy w Indonezji natknął się na wojskowych prowadzących obławę na członków Al-Kaidy. Niektóre dni były wyjątkowo udane – w Panamie udało mu się zaobserwować 186 gatunków w ciągu jednej doby. Tylko trzy dni w roku nie przyniosły mu żadnego nowego gatunku.

Co ciekawe, jego niezwykła determinacja pozwoliła mu wprawdzie ustanowić rekord świata z przytupem, jednak już 11 miesięcy później rekord ten został pobity przez Holendra, Arjana Dwarshuisa, który zaobserwował 6833 gatunki. Jak dotąd, nikomu nie udało się tego przebić.

Wiele osób uważa, że takie współzawodnictwo wypacza sens obserwacji ptaków i że nie powinno się „zaliczać” kolejnych gatunków. Ważniejsze jest prowadzenie wnikliwych obserwacji i czynna ochrona ptaków. Jednak książka Stryckera, wydana właśnie w języku polskim, jest dowodem na to, że pobijanie rekordów nie przeszkadza w dogłębnym poznawaniu ptasich zwyczajów, zaś szybki rzut oka na relacje obu rekordzistów pozwala stwierdzić, że są oni bardzo zaangażowani w działania na rzecz ochrony przyrody. Zresztą zwyczajem osób biorących udział w Big Year jest podejmowanie działań równoważących szkodliwy wpływ, jaki mają ich liczne podróże samolotowe na środowisko naturalne. Nie ma się więc co zżymać na tę rywalizację – lepiej podziwiać determinację i rozległą wiedzę osób, które podejmują tak ekstremalne wyzwania.


„Rzecz o ptakach” to lektura absolutnie urocza i intrygująca. Autor opowiada w niej o różnych ptasich zwyczajach, starając się je wyjaśnić lub przynajmniej przekazać wiedzę, którą naukowcy zdołali na ich temat zgromadzić. Opisuje na przykład skomplikowane loty olbrzymich stad szpaków, które można obserwować późnym latem i jesienią, próbując przy tym dociec, jakie jest ich znaczenie i w jaki sposób ptaki dają radę wykonać tak skomplikowany układ choreograficzny, nie rozbijając się o siebie. Skrupulatnie relacjonuje próby sprawdzenia, czy ptaki rozpoznają się w lustrze, z humorem opowiadając o srokach, którym na szyi zawieszono kolorowe znaczki. Niejeden rodzic zadrży ze zgrozy, czytając o tym, jak Noah przytargał do ogrodu truchło jelenia, aby przywabić okoliczne sępy.

Podobnie jak autor niezwykle modnego „Sekretnego życia drzew” i „Duchowego życia zwierząt”, Noah Strycker stara się pokazać najbardziej niezwykłe i zastanawiające zjawiska, próbując przekonać czytelnika, że ptaki potrafią więcej, niż nam się wydaje i mają umiejętności lub zdolności, o jakich nie możemy nawet marzyć. Orzechówki zakopują tysiące nasion, po czym po kilku miesiącach bezbłędnie do nich trafiają – tak doskonałą pamięcią pochwalić się mogą tylko nieliczni ludzie. Gołębie wywiezione na inny kontynent bezbłędnie trafiają do domu. Sępniki mogą jeść mięso zakażone najbardziej zjadliwymi bakteriami, na przykład wąglikiem lub jadem kiełbasianym.

Czasami irytowały mnie porównania między ptakami a ludźmi – nie czuję potrzeby odnoszenia wszystkiego do własnego gatunku, często zresztą takie zestawienia wydają mi się nieco sztuczne. Przypuszczam jednak, że wielu czytelnikom się one spodobają, zwłaszcza że faktycznie pomagają uzmysłowić sobie niezwykłość niektórych cech i zachowań. Zabrakło mi jeszcze jednej rzeczy – zdjęć opisywanych ptaków albo przynajmniej kolorowych ilustracji. Przydałyby się zwłaszcza wtedy, kiedy Strycker pisze o gatunkach, które w Polsce nie występują. A skoro już o uchybieniach mowa, zadziwił mnie brak nazwiska tłumacza na stronie tytułowej. Owszem, znalazło się one na stronie redakcyjnej, ale jednak przyzwyczaiłam się już do tego, że tłumacz jest w książce lepiej widoczny i wielka szkoda, że wydawnictwo Muza postanowiło się z tej tradycji wyłamać. Poza tym jednak lektura „Rzeczy o ptakach” to sama przyjemność. Warto przeczytać, albo chociaż podczytywać co jakiś czas kolejne rozdziały, a następnie częściej podnosić wzrok. Ptaków wokół nas jest co niemiara, a to, jak fascynujące bywają ich zachowania, łatwo zauważyć nawet w wielkim mieście.


Moja ocena: 5/6

Noah Strycker "Rzecz o ptakach"

tłum. Michał Radziszewski

Wydawnictwo Muza 2017

wtorek, 11 kwietnia 2017

Od książki Artura Domosławskiego zaczęła się moja przygoda z reportażem.

Wcześniej istniały dla mnie tylko dwa nazwiska - Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego. Byli dla mnie mistrzami, stanowiącymi klasę samą w sobie. Sięgając po ich książki, nie myślałam o tym, że czytam reportaże. Czytałam Kapuścińskiego i Krall, nie podejrzewając nawet, że mogliby mnie zainteresować inni autorzy tego gatunku. Oczywiście, zdarzało mi się przeczytać jakiś reportaż, ale robiłam to niejako mimochodem, przeważnie dlatego, że zainteresował mnie konkretny temat. I tak, przygotowując się do wyjazdu do Argentyny, sięgnęłam po "Gorączkę latynoamerykańską".

Nie mogłam się od tej lektury oderwać. Domosławski otworzył mi oczy, odmitologizował kontynent, na który się wybierałam. Czytałam przez kilka dni, jednako zadziwiona tym, jak wygląda świat, i tym, że można tak o nim pisać. "Gorączka latynoamerykańska" jest jak Panorama Racławicka, którą, jako wrocławianka, oglądałam po wielokroć. Zadziwia rozmachem i ambicją, w pierwszej chwili przytłacza, ale przyglądając się kolejnym fragmentom, odkrywamy sceny, grymasy, emocje. Ameryka Domosławskiego przeraża. To przesiąknięty korupcją i krwią kontynent, na którym wciąż dzieją się rzeczy niewyobrażalne, autor zaś porusza się po nim w pełni swobodnie, przybliżając nam zarówno polityczne niuanse, jak i problemy środowiska naturalnego. Fawele, lasy deszczowe, gangi, zamachy, rebelianci - dowiadujemy się o nich dużo więcej, niż byśmy chyba chcieli.

Nie sięgnęłam po tę książkę po raz drugi, trochę obawiając się, że nie olśni mnie już sposób, w jaki została napisana. Teraz jednak to zrobię, ponieważ wydawnictwo Wielka Litera wydaje najważniejsze książki Domosławskiego w nowej, spójnej szacie graficznej. W pięknych i poręcznych wydaniach ukażą się w tym tygodniu zarówno "Gorączka latynoamerykańska", jak i trzy inne tytuły: "Kapuściński non-fiction", "Śmierć w Amazonii" i "Wykluczeni".

"Kapuściński non-fiction" to książka, której nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jej losy były wyjątkowo malownicze. Wydawnictwo wypłacające wysoką zaliczkę autorowi, a następnie wycofujące się z wydania, wdowa po Kapuścińskim wytaczająca proces, mający wstrzymać publikację biografii męża, konkurencyjna biografia powstająca mniej więcej w tym samym czasie. Piotr Bratkowski, którego obszerny tekst o całej tej historii został zamieszczony w nowym wydaniu "Kapuścińskiego non-fiction", słusznie zauważył, że dzieje tej książki nadawałyby się na scenariusz hollywoodzkiego filmu. Siedem lat później wiemy już, że w sporze prawnym wygrał autor. Nowe wydanie jest nie tylko pełne, ale nawet rozszerzone. Wzbogacają je liczne materiały na temat kontrowersji, jakie wokół tej biografii narosły.

Wzbogacone o posłowie zostało także nowe wydanie "Śmierci w Amazonii". Przez moment zastanawiałam się, czy to nie najsmutniejsza z czterech książek, wydaje mi się jednak, że sporządzanie podobnego rankingu nie byłoby uczciwe. To historia ludzi, którzy żyją i chcieliby nadal żyć w amazońskiej dżungli, tych, którym to przeszkadza, a także, a może przede wszystkim, tych, którzy próbują stawać w obronie tych pierwszych. To bardzo odległy od naszego świat, ale w opowieści Domosławskiego staje się zadziwiająco bliski. Nie ma tu prostej historii o zagrożonej dżungli i ludziach, którzy ją wycinają. Jest skomplikowany i groźny świat pełen subtelnych zależności i powiązań.

"Wykluczeni" to jedyna książka, której jeszcze nie czytałam, choć fragmenty pochłonęłam zaraz po premierze pierwszego wydania. Tym razem Domosławski przemierza bardzo oddalone od siebie miejsca, oddając głos ludziom z różnych powodów wykluczonym. Czytam powoli, dawkując sobie, nie chcąc zbytnio się spieszyć z lekturą. Nie dlatego, że to, o czym pisze Domosławski, jest trudne do zaakceptowania, choć faktycznie niełatwo czytać o krzywdach, jakie ludzie sobie wyrządzają. Przede wszystkim dlatego, że po każdej historii, każdym temacie, czuję potrzebę ponoszenia go w sobie. Czasem gorączkowo przeszukuję internet w poszukiwaniu petycji do podpisania. Mam poczucie, że powinnam coś zrobić, wyjść z kręgu tych, którzy milczą i nie podejmują żadnego działania.

Czytajcie Domosławskiego, jeśli chcecie zrozumieć to, co dzieje się wokół nas. Jeśli boicie się imigrantów, czytajcie Domosławskiego. Jeśli nie rozumiecie, dlaczego "ekoterroryści" protestują przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskiej, czytajcie Domosławskiego. Nie poczujecie się lepiej, ale zyskacie wiedzę, zrozumiecie coś, może zmienicie zdanie na jakiś temat, a może utwierdzicie się w swoich przekonaniach. Pewne jest przede wszystkim to, że będziecie odczuwać satysfakcję, jaką przynosi obcowanie z mądrym, ważnym, a do tego doskonale napisanym tekstem.


środa, 05 kwietnia 2017

Odpoczywam ostatnio trochę od bloga, co jest eufemistycznym sposobem powiedzenia, że wzięłam na siebie tyle obowiązków, iż padam z nóg i nie mam siły na pisanie niczego ponad to, co muszę. Tak czasem bywa, ostatnio nawet częściej niż czasem. Zresztą czytelniczo w marcu też nie zaszalałam - tak, jak w styczniu i w lutym czytałam książkę za książką, tak w marcu kilka wyjazdów zajęło mi skutecznie czas i myśli, a wraz z pierwszymi wiosennymi dniami do głowy uderzyło mi słońce, ptaki, spacery i rower. Któregoś pięknego popołudnia usiadłam jednak na balkonie, delektując się tym, że wreszcie znowu mogę czytać na zewnątrz, i wzięłam absurdalnie nie przystającą do tej idyllicznej sytuacji książkę. Przy akompaniamencie pierwszych trzmieli, skuszonym ziołami, które zakwitły właśnie na parapecie, zaczęłam czytać o czarno-białych, zimowych górach, o lodowych szczelinach i soplach na twarzy. Słońce się schowało, a ja przeniosłam się do środka i czytałam dalej, zapominając o tym, że za kilka godzin trzeba będzie wstać do pracy.

"Spod zamarzniętych powiek" czyta się trochę tak, jakby słuchało się długiej opowieści przy ognisku. Adam Bielecki opowiada o tym, jak doszło do tego, że został jednym z najbardziej rozpoznawalnych, odnoszących sukcesy, a zarazem wzbudzającym chyba najwięcej niechęci polskim wspinaczem. Opowiada o swoich sukcesach i porażkach, o ludziach, którzy byli dla niego ważni, a także o tym, jak z jego perspektywy wyglądała zakończona tragicznie zimowa wyprawa na Broad Peak. Miejscami trochę tłumaczy się z tego, jaki jest, wiedząc już dobrze, za co najczęściej jest krytykowany. Całość układa się w fascynującą opowieść o bardzo ciekawym człowieku, który całe życie podporządkował swojej pasji.

Pierwsze kroki

Najciekawsze są chyba początki. A może były najciekawsze dla mnie, bo trudno było mi nie śmiać się, kiedy czytałam o perypetiach nastoletniego Adama, próbującego wydostać się z Kirgizji bez pieniędzy. Pojechał tam, żeby wejść na swoje pierwsze siedmiotysięczniki - Pik Lenina (będący moim marzeniem, które się raczej nie ziści) i Chan Tengri. Zdobył oba szczyty, ale ile przy tym było emocji, ile prowizorki, ile pozytywnego szaleństwa! Zabrakło mu pieniędzy na powrót, ale świat sprzyja marzycielom (zawiało Coehlo, wiem), toteż znalazł się obcy człowiek, który pożyczył sto dolarów, znalazła się prowadnica, która wpuściła go do pociągu bez biletu, znalazł się współpasażer, który potrafił namówić celników do niezauważenia młodego Polaka, jadącego na gapę. Adamowi udało się wrócić do Polski na czas, w dodatku z tytułem najmłodszego zdobywcy Chan Tengri w historii.

Na swoje upragnione ośmiotysięczniki czekał naprawdę długo. Zaczął się wspinać już jako trzynastolatek (nie pozwolono mu się zapisać na kurs skałkowy, bo był za młody), ale w najwyższe góry trafił dopiero jako dwudziestoośmiolatek. Teraz ma trzydzieści trzy lata, na koncie dwa zimowe wejścia na niezdobyte wcześniej zimą ośmiotysięczniki, dwa wejścia letnie, a dzisiaj ogłosił, że w najbliższym czasie wyrusza ponownie w Himalaje, aby spróbować wytyczyć nową trasę na północnej ścianie Czo Oju. Trudno się dziwić, że jego sukcesy wzbudzają zawiść. Adam jest szybkim wspinaczem, w góry ubiera się lżej niż inni, chodzi szybciej, łatwiej przemarza, kiedy musi czekać. Tempo, w jakim wszedł na Broad Peak, a następnie z niego zszedł, sprawiło, że zamiast gratulacji z powodu wejścia na szczyt i wyrazów współczucia z powodu śmierci przyjaciół, spotkał się z nienawiścią i oskarżeniami o to, że nie pomógł kolegom. Kiedy jednak już po Broad Peaku rozpoczął zbiórkę na portalu crowdfundingowym, próbując zdobyć w ten sposób fundusze na wyprawę na Kanczendzongę, w godzinę zebrał kwotę, o jaką prosił. Po dwóch tygodniach pieniędzy było dość, żeby sfinansować cały wyjazd i dokupić brakujący sprzęt. Okazało się, że Bielecki ma nie tylko hejterów, ale też fanów, a wielu ludzi jest skłonnych go wspierać, okazując w ten sposób solidarność i poparcie.

Nowe pokolenie himalaistów

Polski himalaizm nie jest już taki, jak niegdyś, za czasów Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz, Krzysztofa Wielickiego, Leszka Cichego i innych. Bohaterowie tamtego pokolenia wspinaczy albo zginęli w górach, albo zajęli się biznesem, odchodząc od wspinaczki wysokogórskiej. Artur Hajzer próbował wskrzesić polski himalaizm zimowy - szkolił młodych, zabierał ich w wysokie góry, wypróbowywał nowoczesne metody treningu. Zginął w Himalajach, ale wygląda na to, że jego idea nie została całkiem zarzucona. Młodzi wspinają się inaczej. Wielu z nich nie postrzega już himalaizmu w kategoriach szlachetnego cierpienia. Wspinają się sportowo, w stylu alpejskim, cenią sobie przejścia trudnych tras równie wysoko, co zimowe wejścia na ośmiotysięczniki. Rozumieją, że aby zdobyć pieniądze, muszą dobrze żyć z mediami.

Adam Bielecki wspina się dopiero od dwudziestu lat. A może już? Trochę to wcześnie na biografię, ale ta książka ma sens. Te dwadzieścia lat wspinania się obfitowało w zdarzenia dramatyczne, ciekawe, czasem niezwykłe. Autorzy musieli dokonać pewnej selekcji, niektórym wyprawom poświęcili dużo więcej miejsca niż innym. Nic nie nie jest to wstawione na siłę, opowieść płynie gładko i potoczyście.

A choć zazwyczaj nie wspominam fizycznej stronie książki, nie mogę się tym razem powstrzymać, żeby nie wspomnieć o tym, jak ładnie została wydana. Poszczególne sekcje oddzielone są rysuneczkami czekanów, przy numerach stron widnieje sylwetka wspinacza, mnóstwo jest też zdjęć z wypraw. Przyjemnie się taką książkę trzyma w ręku, warto więc wybrać właśnie wersję papierową. Bo to, że przeczytać trzeba, to nie ulega chyba wątpliwości?

Moja ocena: 5/6

Adam Bielecki, Dominik Szczepański "Spod zamarzniętych powiek"

Wydawnictwo Agora 2017


poniedziałek, 20 marca 2017

Widziałam kiedyś wykończonego całonocnym ryczeniem jelenia. Stał w wysokiej trawie na Hali Kondratowej, 200, może 300 metrów od schroniska, tuż obok szlaku prowadzącego na Czerwone Wierchy. Z poroża zwisał mu smętnie kłąb suchej trawy, a on wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń. Był wspaniały - potężny, z rozłożystym porożem. Rykowisko jednak wykończyło go tak, że sprawiał wrażenie nieobecnego.

Szlakiem maszerowało sporo turystów. Był słoneczny, wrześniowy dzień, idealny na górską wycieczkę. Ktoś z przejęciem wyjął aparat, zrobił zdjęcie jelenia z Czerwonymi Wierchami w tle. Ktoś inny podszedł o krok bliżej, potem o kolejny. Po kilkunastu minutach rozbawione i hałaśliwe grupki ustawiały się obok jelenia i strzelały sobie selfie. Ten odsunął się kawałek, potem położył w trawie, ludzie jednak nie odpuszczali. Taka okazja nie trafia się często, nikt ze znajomych na pewno nie ma profilowego z jeleniem...

Na szczęście turyści się znudzili i poszli dalej, zostawiając mnie i moich znajomych w stanie lekkiego stuporu. Owszem, też robiliśmy zdjęcia, ale z oddali, starając się nie zakłócić spokoju wycieńczonego zwierzęcia. Po lekturze "Wilka zwanego Romeo" z łatwością umiem sobie wyobrazić, że na miejscu jelenia mógłby się znaleźć nawet niedźwiedź. Wystarczyłoby, żeby zachowywał się spokojnie i przyjaźnie przez dłuższą chwilę, a z pewnością znalazłby się ktoś, kto zapragnąłby zmieścić się w jednym kadrze z pociesznym misiem. A co, jeśli wtedy miś przestałby być tak pocieszny i przyjaźnie nastawiony?

W miasteczku Juneau na Alasce pojawił się pewnego dnia przyjaźnie nastawiony wilk. Początkowo trzymał się na uboczu, potem coraz śmielej zbliżał się do ludzi, a zwłaszcza do psów. Pozbawiony swojej watahy, szukał towarzystwa, zaczepiając o połowę od siebie mniejsze psiaki. Ich właściciele nie wiedzieli, jak się w tej sytuacji zachować. Na Alasce wilków nie brakuje, zazwyczaj jednak schodzą one człowiekowi z drogi. Ten wilk wyraźni szukał kontaktu, jednocześnie jednak był ostrożny i raczej spolegliwy. Uciekał, jeśli podeszło się zbyt blisko, ale wkrótce wracał. Zaczął nawiązywać relacje z niektórymi psami i z niektórymi ludźmi, rozpoznawał ich, a nawet reagował na komendy.

I choć to Alaska, a nie Hala Kondratowa, znalazło się sporo osób, które zaczęły przekraczać granice. Przyprowadzały do wilka dzieci, robiły mnóstwo zamieszania, czasem tłocząc się w jego pobliżu i wprowadzając nerwową atmosferę. Niektórzy próbowali wabić wilka przysmakami. W prasie pojawiają się artykuły o przyjaznym wilku, a do Juneau zaczynają zaglądać turyści. Nie brakuje też takich, którzy chętnie by wilka odstrzelili albo przynajmniej przetransportowali go w bardziej odludne rejony kraju.

Nick Jans od dawna interesuje się wilkami. Dawno temu zamienił broń palną na aparat fotograficzny, przeprowadził się wraz z żoną i psami na Alaskę i marzy o tym, żeby zrobić dobre zdjęcie wilka. Spotykał wilki już wcześniej, wie o nich naprawdę dużo, jednak obecność niezwykłego wilka na obrzeżach miasteczka stawia jego życie na głowie. Jego żona jest równie podekscytowana. Rezygnują z wakacji w tropikach, żeby być bliżej stworzenia, któremu Sherrie nadaje imię Romeo. Oboje próbują poznać wilka bliżej, a Nick spędza mnóstwo czasu tropiąc go, obserwując i martwiąc się o jego los.

"Wilk zwany Romeo" to kronika kilku lat, podczas których Romeo zmienił życie całego miasteczka, a zaraz smutna i przejmująca opowieść o ludziach i wilkach. Mimo tego, że w baśniach i filmach wilk jest zwykle czarnym charakterem, nikt, kto zagłębił się w ten temat, nie będzie miał wątpliwości, że tak naprawdę to nie wilk jest zły. Nick Jans skrupulatnie analizuje wszystkie udokumentowane przypadki ataków wilków na człowieka w Ameryce Północnej, udowadniając tym samym, jak fałszywe są nasze wyobrażenia o tym, że wilki są dla nas groźne. Opisuje wilcze zwyczaje, opowiada o ludziach, którzy z wilkami mieli do czynienia, a nade wszystko stara się odmitologizować to piękne i krzywdzone przez nas zwierzę.

Romeo ujmuje i trudno oprzeć się jego urokowi. Jans snuje swoją opowieść ze swadą i lekkością, jednocześnie jednak nie ucieka przed pewną nostalgią. Trudno podczas lektury oprzeć się złym przeczuciom. Tyle zła wyrządziliśmy już przyrodzie, że kiedy dzikie zwierzę, będące przedstawicielem budzącego tyle emocji gatunku, ufnie przychodzi do nas i staje się częścią naszych żyć, nie umiemy się w tej sytuacji odnaleźć. Piękna to książka, którą warto przeczytać. W sieci znajdziecie sporo zdjęć Romea - obejrzyjcie koniecznie. Są urocze i zadziwiające. A potem pamiętajcie o nich, kiedy ktoś zacznie wam wmawiać, że wilki w naszych lasach stanowią śmiertelne zagrożenie.

Moja ocena: 5/6

"Wilk zwany Romeo" Nick Jans

Tłum. Adam Pluszka

Wydawnictwo Marginesy 2016

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...