wtorek, 22 kwietnia 2014

Zdarza wam się otworzyć książkę z zamiarem przeczytania tylko kilku stron, by ostatecznie zamknąć ją kilka godzin później? Tak właśnie wyglądała moja lektura "Szeptów lasu". Na szczęście miała wtedy luźniejszy dzień i mogłam pogrążyć się w lekturze.

Co ciekawe, nie jest to wcale najbardziej wciągająca lektura świata. Owszem - dzieje się sporo, najważniejsza jednak jest atmosfera. W jej kreowaniu jest Frazier mistrzem. Jego pierwsza książka, "Zimna góra", została nagrodzona National Book Award i sfilmowana, a film zdobył jednego Oskara, jeden Złoty Glob i dwie nagrody BAFTA. Druga powieść, "Trzynaście księżyców", spotkała się także z bardzo dobrym przyjęciem. Frazier jest więc już doświadczonym pisarzem, w dodatku chyba dość mocno uwrażliwionym na kwestie ekranizacji swoich powieści. "Szepty lasu", trzecia książka autora, to powieść bardzo filmowa. Pisana poetyckim, malowniczym językiem, składa się z wielu scen stworzonych wprost do tego, by je pokazać na wielkim ekranie. Na szczęście nie oznacza to, że czyta się je źle. Wprost przeciwnie - wyobraźnia czytelnika zostaje mocno pobudzona dziesiątkami bodźców: zapachów, dźwięków, obrazów.

Rzecz dzieje się bowiem w bardzo malowniczym miejscu. Appalachy - góry w Północnej Karolinie to odludne, zalesione, ale bynajmniej nie idyllicznej miejsce. Lucy, samotniczka z wyboru, mieszka tu w chacie, która kiedyś była pensjonatem. Teraz nikt tu nie zagląda - właściciel domu zmarł, a jego majątkiem nikt się nie zajmuje. Spokojne życie zostaje zakłócone przez przyjazd dwójki dzieci. Lucy bierze bliźnięta na wychowanie, są to bowiem dzieci jej siostry, zamordowanej przez męża na oczach dzieciaków. Są lata pięćdziesiąte i nikt nie chce się zająć bliźniakami. Lucy nie uchyla się, choć sądzi, że nie pokocha dzieci - zakłócają jej spokojną samotność, są dziwne - nie mówią, podpalają rzeczy, zabijają kurczaki. Nie wie, że ich ojciec został uniewinniony i ich szuka, oczywiście nie dlatego, że poczuł nagły przypływ ojcowskich uczuć. W dodatku pojawia się znienacka nowy właściciel chaty, który w dzieciństwie spędzał tu, u dziadka, wakacje, i zakochany był wówczas w Lucy. Kolejne nitki zaczynają się splatać w okolicy odludnej i spokojnej dotąd chałupy.

Zarys fabuły może sugerować, że "Szepty lasu" to coś w rodzaju thrillera. Nic bardziej mylnego. Choć akcji, także kryminalnej, tu nie brakuje, jest to raczej proza psychologiczna, delikatna i pełna zadumy. Napisana jest wyjątkowo sugestywnie - sosny pachną, gałązki łamią się pod stopami, dzieci wpatrują się w nas poważnymi, wielkimi oczyma. To wszystko toczy się tuż przed nami, na wyciągnięcie ręki - słyszymy spokojne tłumaczenia Lucy, czujemy zapach spalenizny. Trudno nie dać się ponieść opowieści.

Pięknie napisana i wciągająca historia jest moim pierwszym spotkaniem z tym pisarzem. Na pewno nie będzie ostatnie - podoba mi się bardzo styl, a miejsce akcji urzeka. "Szepty lasu" wydane zostały przez nowe na polskim rynku wydawnictwo - Black Publishing w Serii Kaszmirowej. W serii tej jak dotąd ukazują się mało u nas znane, dobre powieści amerykańskie, co mnie bardzo cieszy, bo choć niby dużo się u nas tłumaczy z angielskiego, to mnóstwo świetnych książek zza oceanu nigdy nie trafia na nasz rynek.

Moja ocena: 5/6

piątek, 18 kwietnia 2014

Próbuję wykroić czas na czytanie "Miasteczka Middlemarch" i zastanawiam się, dlaczego nie jest to łatwe. Czas na czytanie mam, ale jest to czas kradziony - między obiadem a sprawdzaniem prac studentów, między popołudniowym bieganiem a robieniem prania. Najspokojniej jest późną nocą, a wtedy łatwiej sięgnąć po coś lekkiego i przyjemnego, zmęczenie nie sprzyja przebijaniu się przez gęstą, wiktoriańską prozę. Niespostrzeżenie, grube tomiszcza coraz częściej odkładam na później, na spokojniejszy czas, który nadchodzi bardzo rzadko. Nie jest to tylko moja przypadłość - żyjemy w czasach, w których wszystko dzieje się szybko. Cenimy sobie klarowność i zwięzłość przekazu. Pisarze zakładają sobie konta na Twitterze, a potem twierdzą, że pomaga im to w pozbyciu się niepotrzebnych ozdobników, w pisaniu prostym i jasnym. My, czytelnicy, licytujemy się na ilość przeczytanych książek, myśląc, że to świadczy o naszym oczytaniu. Blogerzy czują presję, chcą umieszczać nowe recenzje na blogach jak najczęściej, zwłaszcza, jeśli mają całe stosiki egzemplarzy do recenzji. Trudno w tych warunkach poświęcić kilka tygodni na niespieszną lekturę George Eliot, albo innej, trudnej i długiej książki.

Wczoraj zmarł Gabriel García Márquez. Kocham jego książki, ale tej największej, najważniejszej - "Stu lat samotności", nie czytałam. Zawsze bałam się, że nie mam wystarczająco dużo spokoju, żeby przebić się przez gęsto zaludnione uliczki Macondo. Pokochałam kiedyś Faulknera za "Wściekłość i wrzask", ale praktycznie nie sięgam już po jego książki, bo wiem, jak wiele skupienia wymagają. Zresztą, nie trzeba sięgać po klasykę - od kilku miesięcy stoi na mojej półce nagrodzona Bookerem powieść Eleanor Catton "The Luminaries" - 832 strony, gęsto zaludnione dziesiątkami postaci. Wiem, że to będzie dobra lektura, ale nie jest mi łatwo zdecydować się na to, żeby się za nią zabrać.

Ostatnio sporo zamieszania w świecie anglojęzycznym wywołały aplikacje umożliwiające szybsze czytanie ebooków. Spritz umożliwia czytanie nawet do 1000 słów na minutę. Teoretycznie, przy odpowiednim skupieniu, można czytać tak szybko ze zrozumieniem, jednak naukowcy ostrzegają, że sposób czytania proponowany przez Spritz, polegający na zminimalizowaniu ruchów gałki ocznej, nie ma większego sensu. Przesuwanie wzroku po kartce, wracanie do fragmentów wcześniej przeczytanych, to ważne elementy procesu czytania. Tak właśnie uczymy się rozumieć teksty - zatrzymując się, wracając do pewnych słów, błądząc wzrokiem po kartce. Nasz mózg potrzebuje takich przerw.

Spritz to oczywiście dość skrajny przykład, ale stanowi dobrą ilustrację dla opisania tendencji współczesnego świata. Chcemy mieć wszystko szybciej i łatwiej. Nawet jeśli zatrzymamy się w pewnym momencie i stwierdzimy, że pora zwolnić, dążymy wtedy do prostoty. Ta prostota, tak przydatna w życiu codziennym, niekoniecznie jest najwyższą wartością w literaturze. Proste, łatwe w odbiorze książki są przyjemną rozrywką i nie ma powodu, żeby z nich rezygnować. Ale odbieramy sobie coś cennego, bojąc się sięgać po dzieła bardziej wymagające. Nie wszystko w życiu da się opisać prostymi słowami, niektóre rzeczy można ująć tylko w sposób okrężny, niejednoznaczny. Jest taki ładny cytat, przypisywany Einsteinowi: Wszystko powinno być proste, na ile to możliwe, ale nie bardziej.

Nie będę pisać o swoich wrażeniach z kolejnej księgi "Miasteczka Middlemarch". Czytam ją sobie powoli, ale nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Mam wrażenie, że ta książka odsłoni swoją tajemnicę za jakiś czas dopiero. Coraz lepiej rozumiem bohaterów, ale nie do końca. Ich świat jest inny, trzeba poświęcić mu czas i uwagę. Moim zdaniem warto to zrobić.

Święta to taki okres, kiedy tego czasu mamy więcej niż zwykle. Jesteśmy przemęczeni, niejednego dopadło już wiosenne przesilenie. Będziemy spacerować, rozmyślać, spotykać się z rodziną. I oczywiście czytać. Może to jest dobry moment na sięgnięcie po książkę, którą od dawna odkładaliście, wiedząc, że jest gruba i niezbyt łatwa? Może właśnie "Miasteczko Middlemarch", jeśli jeszcze się nie zdecydowaliście? Albo Faulkner, Steinbeck, Henry James... Ja mam zamiar wreszcie poświęcić uwagę "The Luminaries". Może nie w święta, ale będzie to moja majówkowa lektura. A potem może wreszcie "Sto lat samotności"?


Przy "The Luminaries" nawet "Miasteczko Middlemarch" wygląda całkiem niewinnie.

Jestem przyzwyczajona do czytania grubych książek. Moją zwykłą lekturą są kilkutomowe powieści osiemnastowieczne, często dostępne tylko w formie mało przyjaznych skanów na google books. Mimo to zawsze waham się przed rozpoczęciem lektury kolejnej trudnej i opasłej książki - krótsze pozycje kuszą obietnicą bardziej przystępnej rozrywki. Mobilizuję się jednak, bo nie chcę zatracić umiejętności czytania wolno, uważnie i z namysłem. Kocham prostotę. Bez oporów wyrzucam nieużywane przedmioty, pozbywam się nadmiaru ubrań. Spędzam czas na najprostszym z możliwych sportów - biegając. Wstaję wcześniej, by powoli wypić poranną kawę. Ćwiczę jogę. Ale wiem, że świat prosty nie jest, i nie chcę rezygnować z trudnych, poplątanych lektur, odsłaniających swoje znaczenie bardzo opornie. I zachęcam was do tego samego - w ramach prostego życia, znajdźcie czas na wolne i uważne czytanie. I tego Wam życzę z okazji świąt!


wtorek, 15 kwietnia 2014

Powiedzcie mi, proszę, dlaczego nikt mnie nie uprzedził? Czytaliście przecież czwartą częścią cyklu Aaronovitcha, nie mogliście uprzejmie wspomnieć, że lepiej poczekać kilka miesięcy z lekturą? Przecież to się tak kończy, że nie wiem, jakim cudem przeczekam kilka miesięcy, które dzielą nas (oby!) od wydania kolejnego tomu...

Oszczędzałam czwartą część mojego ulubionego cyklu na tzw. czarną godzinę. I właściwie mogłam jeszcze zaczekać z lekturą, ale potrzebowałam jakiejś przyjemnej, rozweselającej książki po "Tsunami". I po ostatnich tygodniach, które jakoś dziwnie zlały się już w jedną masę pracy i nauki. I muszę przyznać - "Broken Homes" sprawdziły się znakomicie!

Dla tych, którzy jeszcze o tej serii nie słyszeli, przypomnę - bohaterem jest Peter Grant, młody policjant, który któregoś dnia, ku swemu bezbrzeżnemu zdumieniu, odkrywa, że posiada zdolności magiczne. Jednocześnie dowiaduje się, że policja londyńska ma nawet specjalny wydział do spraw przestępczości związanej z magią. Peter szybko zostaje do niego przeniesiony i trafia pod opiekę nadinspektora Thomasa Nightingale'a, który uczy go magii. Wszystko dzieje się w Londynie, całkiem realistycznie przedstawionym, jeśli pominąć takie drobiazgi jak boginie londyńskich rzek urządzające pikniki w miejskich parkach.

W czwartej części cyklu Peter, nieco bardziej już doświadczony, choć wciąż uroczo naiwny, ma szansę zająć się swoim konikiem - architekturą. Moc magiczna okazuje się bowiem być przypisana nie tylko do ludzi, ale i do miejsc. Niezwykły, modernistyczny blok zbudowany przez architekta-wizjonera, kryje w sobie kilka tajemnic. Interesuje się nim przestępca będący głównym celem wydziału kierowanego przez Nightingale'a - niejaki Człowiek bez Twarzy. Peter i jego koleżanka Lesley wprowadzają się więc do wieżowca, żeby mieć oko na wszystko, co się tam dzieje.

W "Brokne Homes" dowiadujemy się, że magia ma zasięg międzynarodowy. Wielokulturowy tygiel, jakim jest stolica Wielkiej Brytanii, przyciąga czarodziejów z innych krajów, którzy napsują sporo krwi naszym ulubionym policjantom. Całość jest równie zabawna, urocza i jeszcze bardziej wciągająca niż poprzednie części. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zakończenie!

Nic więcej nie powiem, ale cieszę się, że Aaronovitch pracuje nad następną częścią. Będzie zatytułowana "Foxglove Summer", a jej akcja tym razem będzie się toczyć na angielskiej prowincji. Premiera podobno 25 września.

Tymczasem po polsku ukazała się pierwsza część cyklu, "Rzeki Londynu". Obawiam się jednak, że może nie odnieść specjalnego sukcesu - okładka jest wyjątkowo nudna i zniechęcająca, w żaden sposób nie oddaje uroku barwnego świata stworzonego przez Aaronovitcha... Jeśli jednak kochacie Londyn / uwielbiacie nietypowe kryminały / chcecie wierzyć, że magia istnieje / macie ochotę na dobrą rozrywkę - nie dajcie się zniechęcić!

Moja ocena: 5.5/6 (pół odjęte za to, że do września nie będę mogła spokojnie spać)

środa, 09 kwietnia 2014

Kocham blogowanie także za to, że dzięki niemu mogę robić różne ciekawe rzeczy - zdarza mi się prowadzić spotkania autorskie, wygłaszam wykłady w bibliotekach, prowadzę zajęcia na spotkaniach klubów czytelniczych, warsztaty blogowania, a ostatnio miałam okazję poprowadzić nieco nietypową lekcję literatury dla bardzo oczytanej grupy gimnazjalistów.

Tygodnik Powszechny prowadzi świetną akcję o nazwie Lekcje czytania. Szkoły zapraszają do siebie różnych ciekawych ludzi - pisarzy, krytyków, wykładowców uniwersyteckich, którzy prowadzą lekcję na temat jakiejś książki. Sprawami organizacyjnymi zajmuje się Tygodnik Powszechny, a wśród osób, które takie lekcje już prowadzili, byli na przykład Jacek Dehnel, Małgorzata Szejnert, Inga Iwasiów i wielu innych. W jakiś magiczny sposób dołączyłam do tego grona - zaprosiło mnie poznańskie gimnazjum nr 26. Lekcja miała być przeznaczona dla chętnych uczniów z gimnazjum i liceum, a młodzież sama wybrała temat, który ich interesuje - "Igrzyska śmierci".

Nie macie pojęcia, jakie to było ożywcze doświadczenie! Na co dzień stykam się z całą masą nie lubiących czytać i niechętnie odzywających się na zajęciach studentów. Tutaj miałam do czynienia z całkiem sporą grupą zagorzałych czytelników, którzy gotowi byli całymi godzinami dyskutować o wyższości Peety nad Galem lub odwrotnie. Włączyłam do lekcji "Rok 1984" Orwella i ci uczniowie, którzy nie czytali jeszcze tej książki, sami deklarowali, że po zajęciach mają ochotę po nią sięgnąć.

Nie ukrywam - byłam trochę stremowana. Nie mam właściwie do czynienia z młodzieżą gimnazjalną, nie wiedziałam, czy będę potrafiła ich zainteresować. Okazało się, że niespodziewanie dla samej siebie świetnie się bawiłam!

Na zdjęciu dyskusje w podgrupach i przygotowywanie zagadek dla reszty.

Żyjemy w przekonaniu, że Polacy nie czytają, że młodzież spędza czas przed komputerem, a książki nie są już atrakcyjne. Na szczęście nie jest to do końca prawda. Popularność Lekcji czytania (zajrzyjcie na profil fejsbukowy, a zobaczycie, jak wiele takich lekcji się odbywa) świadczy o tym, że są szkoły, w których promuje się czytelnictwo i są młodzi ludzie, którzy nie uważają książek za przeżytek.

Wczoraj miałam przyjemność utwierdzić się w tym przekonaniu, jak co roku bowiem spędziłam przyjemny dzień, rozmawiając z niesamowicie oczytanymi licealistami o książkach. I to po angielsku! Finał Olimpiady Języka Angielskiego dla Licealistów jest zawsze nieco surrealistycznym doświadczeniem - każda osoba, bez wyjątku, odpowiada twierdząco na pytanie, czy lubi czytać, z lekkim zdziwieniem wręcz witając takie pytanie. Część literacka nie polega na prostym odpytaniu z treści książki - finaliści nie tylko potrafią z niezwykłą pasją opowiadać o wybranych przez siebie lekturach, ale nawiązują do dziesiątek innych tytułów, znają biografie pisarzy, widzą i rozumieją intertekstualne aluzje. Oczywiście, wiem, że tacy jak oni są w mniejszości, ale są - niezmiennie, co roku. Fajnie, że są szkoły, które kształcą takie dzieciaki.

Pozdrawiam serdecznie czytelników z gimnazjum nr 26, a także wszystkich gimnazjalistów i licealistów, którzy kochają czytanie! A jeśli zainteresowała was Lekcja Czytania, to o ile wiem, możecie zgłosić się do Tygodnika i zorganizować taką samą w swojej szkole!

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Do krainy wiecznych łowów odszedł w sobotę Peter Matthiessen, autor książki, którą określam mianem "książki mojego życia". Wprawdzie na to określenie zasługują jeszcze dwie inne lektury, jednak gdy ktoś zapyta mnie o najważniejszą dla mnie książkę, moje myśli zawsze idą w kierunku "Śnieżnej pantery".

Napisałam już o Matthiessenie dla Lubimy czytać, jeśli więc nic wam to nazwisko nie mówi, przeczytajcie. Nikt nie pisał o przyrodzie piękniej od niego. Praktykował buddyzm i jego książki przesiąknięte są tą filozofią. Stawał w obronie mniejszości narodowych i ginących gatunków zwierząt, pisał piękne, wielowarstwowe powieści i poetyckie książki podróżnicze. Pokochałam go za "Śnieżną panterę" właśnie - książkę o podróży w Himalaje, podróży smutnej, bo w żałobie. W Himalajach Matthiessen obserwował uważnie ludzi, zwierzęta, krajobraz, ale szukał czegoś więcej. Odnalazł - spokój, sens i radość. Nie zobaczył śnieżnej pantery, o której marzył, ale wierzę, że teraz obserwuje ją na zielonych pastwiskach.

Mam niewielką kolekcję jego książek - po polsku wydano zaledwie dwie z około trzydziestu, które napisał. Każda z tych na półce ma swoją historię. Kolejne tytuły na Kindlu, ale przy okazji kupię je w wersji papierowej, bo to są książki, po których chce się pisać, podkreślać, zaznaczać fragmenty.

Marzy mi się polskie wydanie jego przedostatniej powieści - "Shadow country", za którą dostał National Book Award - w wieku 81 lat! Jego ostatnia powieść ukaże się jutro. Nie doczekał tego. Na polskie tłumaczenia czeka też piękna historia o żurawiach - "The Birds of Heaven". I wiele innych.

Jak zawsze gdy odchodzi ważny dla mnie pisarz, wyjmuję jego książki z półki. Przeglądam, czytam słowa, które kiedyś podkreśliłam, znajduję kolejne warte zapamiętania. Matthiessen trafia wprost do mojego serca. Bliska mi jest filozofia Wschodu, którą on także przyjął jako swoją. Przeczytajcie sami - kilka moich ulubionych akapitów "Śnieżnej pantery".

"Sekret gór polega na tym, że one po prostu istnieją, tak jak i ja: ale góry istnieją po prostu i koniec, a ja nie. Góry nie mają żadnego ukrytego „znaczenia”, one same są znaczeniem; one są. Słońce jest okrągłe. Rozbrzmiewam życiem i góry też rozbrzmiewają, a gdy je słyszę, rozbrzmiewamy razem. Rozumiem to, nie umysłem, lecz sercem, wiedząc, jak daremne są próby uchwycenia czegoś, czego nie sposób wyrazić, wiedząc, że kiedy będę to w przyszłości czytać, pozostaną tylko słowa."

"Nauka postępuje w kierunku teorii fundamentalnej jedności, kosmicznej symetrii (jak w jednolitej teorii pola) - a czym się one w końcu różnią od jedności, którą Platon nazwał „nie do wyrażenia”, „nie do opisania”, od holistycznej wiedzy podzielanej przez tyle społeczności na ziemi, łącznie z chrześcijanami, póki rewolucja przemysłowa nie zrobiła z ludzi Zachodu nowych barbarzyńców? W Stanach Zjednoczonych, zanim pod koniec zeszłego wieku spirytualistyczne bzdury nie pomyliły mistycyzmu z okultyzmem, dyskredytując jedno i drugie, William James napisał doskonałe dzieło o metafizyce; Emerson mówił o „mądrej ciszy, uniwersalnym pięknie, z którymi każda część i cząsteczka jest połączona w odwiecznej Jedności...”; Melville odwoływał się do „głębokiej ciszy, tego jedynego głosu Boga”; Walt Whitman sławił najstarszy sekret, że żaden Bóg nie jest „bardziej boski niż ty sam”. A później, niemal wszędzie, jasną i delikatną poświatę, która otaczała życie blaskiem a śmierć Spokojem, przyćmił rażący blichtr technologii. Niemniej ta poświata jest wszechobecna, jak światło gwiazd. Człowiek musi ją dostrzec, jeśli chce przezwyciężyć strach przed bezsensem życia, bo żaden, choćby największy „postęp” jej nie zastąpi. Jak żarłoczne małpy przechytrzyliśmy sami siebie i teraz wypełnia nas trwoga."

"Ogarnia mnie ogromna wdzięczność za to, że tu jestem, że w ogóle jestem, bo nie ma potrzeby wiązać się z ośnieżonymi górami, aby poczuć się wolnym. Nie jestem tu po to, żeby szukać „zwariowanej mądrości”, a jeśli tak, to nigdy jej nie znajdę. Jestem tu po to, aby tu być, jak te skały, niebo i śnieg, jak ten grad padający prosto ze słońca."

"Noga ześlizguje mi się z wąskiej krawędzi i w tym ułamku sekundy, kiedy igiełki strachu przeszywają mi skroń i serce, wieczność krzyżuje się z czasem teraźniejszym. Myśli i czyny niczym się nie różnią, a kamień, powietrze, lód, słońce, groza i jaźń stanowią jedno. Prawdziwa radość to wydłużyć ten moment najwyższej świadomości na zwykłe chwile, na każdą minutę doznań, przeżywać je jak sęp lub wilk, które stanowiąc centrum swego świata, nie odczuwają potrzeby zgłębiania sensu życia. W oddechu, który bierzemy, leży sekret tego, co usiłują nam przekazać wszyscy wielcy nauczyciele, a co jeden z lamów określił jako „precyzję, otwartość i bystrość teraźniejszości”. Celem medytacji nie jest oświecenie, ale nauka, jak zwracać uwagę na najzwyklejsze rzeczy, jak być obecnym i nic więcej tylko być obecnym, jak wnosić dbałość o „teraz” w każde wydarzenie codziennego życia. Być gdzie indziej to „malować oczy na chaosie”. Kiedy obserwuję błękitne owce, to mam obserwować błękitne owce, a nie myśleć o seksie, niebezpieczeństwie czy teraźniejszości, bo ta teraźniejszość - nawet kiedy o niej myślę - już minęła."

"To jest bliższe mojej idei wolności - możliwość i perspektywa „wolnego życia”, beztroskiego podróżowania bez uniesień, ale i bez uczucia pogardy, ze spokojną akceptacją wszystkiego, co mnie spotyka. Jestem wolny, bo się przed niczym nie bronię, wolny nie w sposób niedojrzały, nieuznający zakazów, ale wolny w sensie określanym przez buddystów tybetańskich mianem „zwariowanej mądrości”, a przez Camusa „skokiem w absurd”, który się zdarza w ramach życiowych ograniczeń. Absurdalność życia, które się może skończyć, zanim się je zdoła zrozumieć, nie zwalnia człowieka z obowiązku (wobec tej cząstki siebie, która jest nierozłączna z wszechbytem) przeżycia swych dni odważnie i godnie."


   Cykl o Drużynie A, autorstwa Arne Dahla, to jeden z moich ulubionych cyklów kryminalnych. Wiadomo, że w skandynawskich kryminałach równie ważne jak to, kto zabił, jest tło społeczne. Źródła zbrodni kryją się gdzieś w skrywanych problemach nękających te z pozoru bezpieczne i szczęśliwe społeczeństwa. Arne Dahl nie jest tu wyjątkiem, a nawet wydaje się, że z diagnozy społecznej uczynił główny wątek swoich kryminałów. Dlaczego lubię akurat jego książki? Ponieważ potrafi zaskoczyć. Przewidywalny bohater z problemami, samotny i nieszczęśliwy policjant zapijający smutki? Arne Dahl ma znacznie ciekawsze pomysły. Jego drużyna A, elitarna jednostka szwedzkiej policji do spraw przestępczości międzynarodowej, to zbieranina bardzo różnych, interesujących indywidualności. Są wśród nich ojcowie licznej gromadki dzieci. Jest samotna Karen, wychowująca synka, którego kiedyś oddała do adopcji. Jest Gunnar, zwalisty i dobrotliwy wielbiciel muzyki. Od kilku tomów są też "młodzi, gniewni" - dwójka nowych, wprowadzająca powiew świeżości. Z każdym kolejnym tomem wiemy o nich coraz więcej i rozumiemy ich obsesje i marzenia.

Dahl zaskakuje także sposobem prowadzenia akcji. Zazwyczaj w kryminałach oczekujemy, że przestępca zostanie na końcu złapany, a sprawiedliwość zatriumfuje. Otóż w cyklu o drużynie A nie jest to oczywiste (oczywiście inni pisarze też potrafią wyłamać się ze schematu). Tym lepiej się więc czyta kolejne powieści Dahla.

"Msza żałobna" zaczyna się mocnym akcentem. Na bank w centrum Sztokholmu napadają zamaskowani napastnicy uzbrojeni w ładunki wybuchowe. Biorą zakładników, a wśród nich ma pecha znaleźć się Cilla, była żona Paula Hjelma, jednego z dawnych członków drużyny. Zamachowcy nie zauważają, że Cilla ma telefon, a ona z szaleńczą odwagą wysyła do byłego męża smsy i mmsy z informacjami o napadzie. Szwedzka policja zostaje postawiona w stan najwyższej gotowości. O pomoc poproszono wszystkich, nawet tych, którzy nie mają już nic wspólnego z drużyną, ani nawet z policją.

Arne Dahl znakomicie utrzymuje napięcie. Co więcej, napad okazuje się być czymś więcej niż prostą próbą zdobycia pieniędzy. Mnożą się tajemnice, a tropy prowadzą daleko w przeszłość, do wojennego Stalingradu.

Temat przewodni "Mszy żałobnej" jest niezwykle aktualny. Jest nim wojna i skutki, jakie wywiera na zwykłego człowieka. Arne Dahl przemyca swoje rozważania w sposób raczej subtelny i wyważony. Czytelnik nie traci z oczu głównej intrygi, ale jednocześnie zmuszony jest do zatrzymania się momentami i zastanowienia nad wieloma sprawami.

Kolejna świetna pozycja z serii. Jeśli ją znacie, nie potrzebuję was namawiać do lektury. Jeśli jeszcze nie zaczęliście, pamiętajcie, że pierwsze tomy były nieco słabsze, a w dodatku przetłumaczone przez innego tłumacza, moim zdaniem w dość niezgrabny i przeszkadzający w lekturze sposób. Jednak mniej więcej od trzeciej - czwartej części, seria zrobiła się naprawdę znakomita. "Msza żałobna" to siódmy tom cyklu.

Moja ocena: 4.5/6

piątek, 04 kwietnia 2014

   Są książki, które czytam, bo chcę. Dla przyjemności, dla informacji, dla wiedzy. Czasami jednak - bardzo rzadko - zdarza się książka, której wcale nie chcę czytać, ale czuję, że nie mam żadnego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu muszę ją przeczytać. Może po prostu takim książkom lektura się należy. Ostatnią taką książką, którą pamiętam, było "To oślepiające, nieobecne światło" Tahara Ben Jellouna. A teraz "Tsunami".

26 grudnia 2004 roku. Sonali Deraniyagala, mieszkająca w Londynie, ale pochodząca ze Sri Lanki wykładowczyni ekonomii, spędza Boże Narodzenie w rodzinnym kraju. Wraz mężem, czterdziestoletnim Stevem, oraz dwójką dzieci - siedmioletnim Vikramem i pięcioletnim Nikhilem, którego wszyscy nazywają Malli (mały braciszek), szykują się do wyjazdu z hotelu w pięknym parku narodowym Yala. W pokoju obok pakują się jej rodzice. Za kilka godzin wszyscy mają być z powrotem w Kolombo.

Sonali patrzy przez okno na ocean, który wydaje się nieco bliżej niż zwykle. Woła męża, który jest w łazience. Nie chce, żeby przegapił to ciekawe zjawisko. Morze nie wygląda groźnie, po prostu jest go jakby nieco więcej. Po chwili jednak fala unosi się coraz wyżej, krzyk Sonali alarmuje wreszcie Steve'a. Łapiąc chłopców za ręce wybiegają z hotelu. Sonali nie zatrzymuje się nawet, żeby ostrzec rodziców. Nawet nie krzyczy. Przed hotelem stoi dżip - wskakują do niego. Starsza kobieta, matka przyjaciółki Sonali, upada, jej mąż zatrzymuje się, żeby jej pomóc. Samochód na nich nie czeka - na pełnym gazie odjeżdża spod hotelu. Woda jest jednak szybsza. Nagle wszystko znika. Sonali wynurza się spod wody, widzi gałąź, zmusza się do wysiłku. Udaje jej się chwycić gałęzi. Nie wie, co się stało. Ma pustkę w głowie, a gdy woda ustąpi i znajdą ją miejscowi, kręci się w kółko jak bączek.

Jej mąż, synowie i rodzice zginęli. Ich ciała zostaną odnalezione dużo później. Tsunami pochłonęło ponad 230 000 istnień ludzkich. Fala odeszła, zostali ludzie bez dachów nad głową, desperacko szukający najbliższych.

Jak można żyć po takiej stracie? Wydaje się to niemożliwe, tak samo zresztą jak nierealne jest to, że coś takiego mogło się komuś zdarzyć. Szczera, pozbawiona sentymentalizmu i dogłębnie poruszająca relacja Sonali zabiera nas w podróż do świata utraty. Napisana jako element terapii książka hipnotyzuje. To podróż przez świat, o jakim nie chcielibyśmy wiedzieć.

Pierwsze miesiące Sonali spędza w Kolombo, w domu swojej ciotki. Nie szuka dzieci i męża, od razu wie, że ich nie ma. Nie zginęli - zniknęli, po prostu znienacka przestali być. Sonali nie czuła momentu rozdzielenia, nie wie, kiedy puściła dłonie synów. Po prostu w jednej chwili byli, a potem nie. Próbuje wdrukować sobie tę prawdę w podświadomość, nie łudzi się nadzieją, boi się spać, nie chcąc obudzić się rano i przypomnieć sobie wszystko na nowo. Próbuje się zabić - kuchennym nożem, tabletkami nasennymi. Rodzina udaremnia te próby, rozpoczynając ciągłe warty przy jej łóżku, warty, które potrwają wiele miesięcy. Potem przychodzi otumanienie alkoholem, znowu powstrzymane w porę przez rodzinę. Pierwszy powrót do domu rodziców, i dźganie nożem materaca, na którym spali w czwórkę ostatniej nocy przed wyjazdem.

Zwykłe, codzienne życie przeraża. Widok źdźbła trawy boli, bo po nim mógł stąpać Vikram. Piłeczka do krykieta, ubłocone buty, drobne ślady świata, w którego istnienie coraz trudniej jej w ogóle uwierzyć. Strach przed rzeczami, które budzą wspomnienia - ptaki na niebie, którymi interesował się Vikram, nie powinny tam być, skoro nie ma już chłopca, który je obserwował.

Potem przychodzą obsesyjne podróże do miejsca, w którym wszystko się skończyło. Sonali przeczesuje ruiny hotelu i plażę, szukając dowodów na istnienie swojej rodziny. Znajduje koszulkę z wciąż podwiniętym rękawem. Okładkę raportu, który czytał Steve. Jej brat sprzedaje dom rodziców, co wywołuje w niej gniew. Zaczyna nękać rodzinę Holendrów, którzy tam zamieszkali. Podjeżdża pod ich dom w nocy, puszczając na cały regulator ulubione piosenki Steve'a, dzwoni do nich bezustannie, straszy ich dzieci. Ma wrażenie, że jej synowie są z niej dumni, wydaje jej się, że doceniliby jej pomysłowość i upór.

Wraca wreszcie do Londynu, szerokim łukiem jednak omijając dom, w którym mieszkała z rodziną. Przyjaciele dbają o niego, a Sonali przestępuje jego próg dopiero cztery lata po tsunami. Wszystko wygląda tak, jakby jej mąż i synowie dopiero wyszli. W koszu skórka od cebuli, koło telefonu karteczka od Vikrama. Garnek po curry. Rzęsa na poduszce.

Sonali zaczyna rozumieć, że uciekanie od wspomnień nie pomaga. Poddaje się im, przywołując chwile spędzone z rodziną, nierealne, a jednak zadziwiające rzeczywiste. Nie jest w stanie zamieszkać w dawnym domu, ale wraca do niego często. Podróżuje, w końcu przyjmuje pracę na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Chodzi na terapię. Pisze. Nowym znajomym nie mówi nic o sobie - nie dlatego, że mówienie o tym boli, ale dlatego, że nie może znieść wyrazu szoku na twarzach ludzi. Ich wstrząs wywołuje wstrząs w niej, dzieli z nimi niedowierzanie, że coś takiego mogło się komuś przytrafić. Gdy przypadkiem zdarza jej się coś powiedzieć, przeprasza za to swojego rozmówcę.

Żałobę przechodzi jakby stopniowo. Długo nie myśli o rodzicach - utrata dzieci i męża nie pozostawia miejsca na inny rodzaj rozpaczy. Wspomnienia są równie bolesne, jak zapominanie, a jednak paradoksalnie łatwiej jest jej znieść ból, pamiętając. Zaczyna więc pisać, odtwarzając życie swojej rodziny. Nie zamierza tego publikować, jednak jej terapeuta namawia ją na wysłanie rękopisu do Michaela Ondaatje, którego poznała rok wcześniej. Nie zrobiłaby tego, ale Ondaatje był jednym z ulubionych pisarzy jej męża. Dlatego wysyła mu pierwsze trzydzieści stron rękopisu, a po jego błyskawicznej odpowiedzi całą resztę.

"Tsunami" zebrało świetne recenzje, New York Times umieścił książkę Deraniyagali na liście książek roku. Sama autorka wydaje się być tym zaskoczona i nieco oszołomiona, jednak mówi, że nie żałuje, iż odważyła się tę książkę napisać i wydać. Cieszy się, że coś pozostaje po jej rodzinie, że okruchy ich wspólnego życia nie znikną.

Niewiarygodne jest to, że książka o utracie tak wielkiej, że wręcz niepojętej, jest zarazem prawdziwą apoteozą życia. Proza Sonali Deraniyagali to okruchy codzienności, bezcenne, starannie ocalone od zapomnienia. Zabłocone buty, rzucone w przedpokoju. Piosenki i kłótnie w samochodzie. Zabawy w teatr. Śmiech dzieci, spotkania z przyjaciółmi, małe rytuały. To książka przeraźliwie smutna, a jednak pełna światła. Kiedy ją czytałam, miałam wrażenie, że czas zwolnił. Nie czułam bicia własnego serca, momentami przerywałam lekturę, bo nie mogłam oddychać. Lęki, z którymi mierzy się chyba każda matka, zostały tu ubrane bez ogródek w słowa. A jednak, choć żal nad Vikramem, Mallim, Stevem, Sonali nie opuszczał mnie ani w trakcie lektury, ani też długo później, czułam też radość. Gdy późno w nocy zamknęłam książkę, poszłam do pokoju Oli, położyłam się przy niej, wdychając jej zapach. Obeszłam cały dom, pogłaskałam zaspane koty, wsłuchałam się w chrapanie U. Wdzięczna za to, co mam.

Nie będę was namawiać do lektury. Czytanie czegoś tak osobistego jest nieco krępujące. Miałam chwilami wrażenie, jakbym podglądała kogoś całkowicie bezbronnego. Jednocześnie tekst jest tak intymny, że Sonali wydaje się być zwierzającą się przyjaciółką. Napisanie tej książki było czynem niezwykłej odwagi. Sięgnięcie po nią nie jest łatwe, i nie sądzę, że da się ją zapomnieć.

Moja ocena: 6/6

środa, 02 kwietnia 2014

J.B. Handelsman - The New Yorker, 1994

Tym razem nie poszło mi tak szybko, jak planowałam - nie dlatego, że "Miasteczko Middlemarch" ciężko się czyta. Wręcz przeciwnie, jestem cały czas pozytywnie zaskoczona, jak przyjemna okazuje się ta lektura. Bardzo odpowiada mi czytanie w odcinkach, jako że po przeczytaniu mniej więcej 100 stron mam ochotę na małą przerwę. Za opóźnienie odpowiedzialne są inne lektury, które mnie pochłonęły na tyle, że nie mogłam się od nich oderwać (o jednej z nich już pisałam, o kolejnej napiszę wkrótce) i konieczność ponownego przeczytania kilku książek (o tym także niebawem). Wreszcie jednak udało mi się przeczytać drugą księgę, i zaczynam powoli robić notatki. O ile bowiem pierwsza księga skupiała się na kilku zaledwie postaciach, to od księgi drugiej bohaterów pojawia się coraz więcej. Na razie każdy dostał sporo własnego miejsca i nie wydaje mi się, że istnieje ryzyko pogubienia się, jednak nauczona doświadczeniem wolę sobie zapisywać najważniejsze fakty.

Najciekawszą z nowych postaci wydaje się na razie doktor Tertius Lydgate. Jest intrygujący, ponieważ przyjmuje rolę obserwatora. Obserwujemy mieszkańców Middlemarch jego oczami, a on sam wydaje się być samotnym wilkiem (co oczywiście nie przeszkadza mu się zakochać). Obawiam się, że George Eliot szykuje mu ciężkie przejścia!

Dorothea, która w pierwszym kilku rozdziałach zdecydowanie nie budziła sympatii czytelnika, jest już mężatką. A ponieważ, co łatwo było przewidzieć, jej małżeństwo okaże się pomyłką, zaczynamy jej współczuć, a tym samym nasza niechęć do niej maleje. W końcu to tylko naiwne dziewczę, które pomyliło fantazje z rzeczywistością i odrobinę za późno odkryła, że narzeczony i mąż to nie do końca ta sama osoba. Oczywiście, jak na powieść wiktoriańską przystało, w odpowiednim (lub właśnie całkowicie niewłaściwym) momencie pojawia się młody, przystojny artysta.

Drugą księgę czytało się nieco trudniej niż pierwszą. Każda nowa postać wymaga zdwojonej uwagi - zdążyliśmy już zainteresować się losem Dorothei i Causabona, gdy nagle zniknęli nam z oczu. Nużące bywają dyskusje o polityce, na szczęście jednak George Eliot wie, jak nie zamęczyć czytelnika. Jej poczucie humoru nie zawodzi, zaś językiem naprawdę można się delektować.

Jak wam się podobała druga księga? Która z nowych postaci wzbudza wasze zainteresowanie? Zaczynacie bardziej lubić Dorotheę?

Nie wiem, jak mi pójdzie z księgą trzecią, ale postaram się nie spędzić nad nią więcej niż dwa tygodnie. Kolejny odcinek Misji: Miasteczko powinien więc pojawić się 16 kwietnia.

piątek, 28 marca 2014

Dorzucę swoją cegiełkę do licznych relacji z Pyrkonu. Dla tych, którzy jakimś cudem nie wiedzą, co to, wyjaśniam - Pyrkon to festiwal fantastyki i kultury popularnej, odbywający się co roku w Poznaniu w pierwszy weekend wiosny. Do niedawna jeden z największych w Europie, w tym roku przejął palmę pierwszeństwa - podobno liczba gości przekroczyła 24 tysiące, tym samym czyniąc Pyrkon największym festiwalem fantastyki w Europie!


Na Pyrkon wybrałam się w tym roku w towarzystwie córki i pasierbicy, jako że jest to jak najbardziej impreza rodzinna, zaś atrakcji jest równie dużo dla małych i dużych fanów fantastyki. Zresztą moje dziewczyny są zagorzałymi wielbicielkami zarówno filmów, jak i książek o tematyce fantastycznej, a że ja sama mam sporo braków, zwłaszcza jeśli chodzi o kulturę popularną i gry komputerowe, niejednokrotnie musiałam pytać Julkę, za kogo jest przebrana osoba, którą właśnie mijamy! Bo na Pyrkonie w dżinsach człowiek czuje się inny. Królują elfy, fauny, roboty, księżniczki, wojownicy i dziesiątki innych postaci, mniej lub bardziej dla mnie rozpoznawalnych. Właściciele najbardziej dopracowanych przebrań biorą udział w konkursie cosplayów, czyli scenek w przebraniach, ale kostiumy noszą także uczestnicy nie mający ambicji scenicznych.

Ola zobaczyła kogoś przebranego za Nazgula i przepadła - była gotowa czekać choćby do późnego wieczora, żeby tylko zrobić sobie z nim zdjęcie. Przyznaję, że przebranie było świetne, niestety jego właściciel nie chciał ruszyć się spod sceny, a tam wstępu dla widowni nie było. Po chyba godzinie czekania (nudzić się nie nudziłyśmy, na scenie wciąż trwał konkurs przebrań), dziewczyny spróbowały się przemknąć pod scenę, żeby poprosić Nazgula o to, żeby choć na chwilę wyszedł i zapozował. Niestety, zostały zawrócone przez kogoś z obsługi. Może to i lepiej - Nazgul wyglądał autentycznie, mógł mieć sztylet;)

Na szczęście wszędzie kręciło się mnóstwo fantastycznie przebranych ludzi, chętnie pozujących do zdjęć.

W sali obok była też wystawa budowli z Lego. Dziewczyny długo oglądały stację Klocki Zdrój.

Ja wyszukiwałam sobie inne smaczki:

Spędziłyśmy mnóstwo czasu, buszując wśród stoisk, zwiedzając inne wystawy (wioska postapokaliptyczna, statki kosmiczne z "Gwiezdnych wojen"), na dłużej zaszyłyśmy się też w czytelni komiksów, gdzie można było wygodnie i w ciszy odpocząć, przy okazji czytając jeden z setek dostępnych komiksów.

Odpoczynek był konieczny, na Pyrkonie atrakcji bowiem było co niemiara. Organizatorzy przygotowali łącznie ponad 800 godzin prelekcji, wykładów i spotkań! Były też warsztaty tańca, szermierki, konkursy, a ogromna powierzchnia hal przeznaczona była tylko na stoliki, przy których można było pograć w rozmaite planszówki. Ja koniecznie chciałam iść na spotkanie z Guyem Delisle, moim ulubionym autorem komiksów. Nie było łatwo, ale zostawiłam dziewczyny w czytelni i się udało! Dostałam też autograf na najnowszym komiksie, o którym wkrótce napiszę.

Autorów i spotkań było dużo więcej. Żałuję, że nie zmieściłam się na panel dyskusyjny, prowadzony przez Zwierza, w którym o urban fantasy rozmawiali Martyna Raduchowska, Aneta Jadowska, Andrzej Pilipiuk i Anna Kańtoch. W ogóle, żeby zmieścić się na niektóre spotkania, trzeba było zająć miejsca chyba już rano, tylu było chętnych, zwłaszcza na te w bloku literackim i naukowym! (Był też blok anglojęzyczny, blok dziecięcy - bardzo ciekawy, blok filmowy, komiksowy, planszówkowy i inne). Głównym problemem był jednak brak czasu - nie sposób było skorzystać ze wszystkich atrakcji. Części autorów będę szukała za rok, bo jakoś dziwnie mi się wydaje, że skoro byli w tym roku, będą i w przyszłym. Zdobyłyśmy jednak jeszcze jeden autograf - tym razem dla Oli.

Pod wieczór bowiem dyżur autografowy miał Rafał Kosik, jeden z ukochanych pisarzy mojej córki, autor serii "Feliks, Net i Nika", która podbiła nasze serca w ostatnich miesiącach. Było już dość późno, wszystkie byłyśmy lekko padnięte i liczyłyśmy, że szybciutko dostaniemy autograf i uciekniemy do domu. Ku naszemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, zamiast autora czekającego samotnie przy stoliku, jak to czasem na targach bywa, zobaczyłyśmy taką kolejkę:

Tak naprawdę to zaledwie jakaś jedna czwarta kolejki, mój obiektyw nie był w stanie objąć całości! Młodzież nie czyta? Najwyraźniej fani przygód Feliksa, Neta i Niki nie słyszeli o tym...

Moje dziewczyny już planują, jakie przebrania przygotują na przyszły rok, a także, co mnie szczególnie cieszy, co muszą przeczytać, żeby startować w niektórych konkursach. Ja zresztą też czuję potrzebę nadrobienia zaległości. Fantastykę czytam wprawdzie od zawsze, ale nigdy nie była jakimś dominującym gatunkiem wśród moich lektur. Mam książki, które świetnie znam i autorów, których uwielbiam ("Mgły Avalonu", Le Guin, Tolkien, Orson Scott Card, Trudi Canavan, George R. R. Martin), kiedyś czytałam sporo cyklów fantasy (kochałam Świat czarownic i Miecz Shannary), ale i tak mam spore braki. Nie wiem, z czym się je Tada Williamsa, nie czytałam Pratchetta. Jeszcze gorzej jest, jeśli chodzi o science fiction - moje lektury były straszliwie wybiórcze i właściwie nie znam za bardzo nawet klasyki. Filmy, komiksy - trochę lepiej, ale też z brakami.

Pyrkon mnie jednak zainspirował. Przejrzałam własne półki i stwierdziłam, że posiadam sporo  nieprzeczytanej fantastyki. Szybko mi to nie pójdzie, ale mam zamiar częściej sięgać po ten gatunek. Chętnie poznałabym wasze sugestie - czego nie powinnam przegapić, co polecacie z całego serca? Czas odkurzyć dawne fascynacje i przenieść się od czasu do czasu w jakiś inny świat!

wtorek, 25 marca 2014

Dzisiaj obchodzimy Dzień Czytania Tolkiena (Tolkien Reading Day). Z tej okazji napiszę o książce, którą zdążyłam się już nacieszyć i pozachwycać po cichu. Wydawnictwo Prószyński i S-ka rozpieszcza bowiem fanów, wydając kolejne książki w pięknej serii. Ponad rok temu zachwycałam się opasłym tomem zawierających listy Tolkiena. Teraz dostaliśmy kolejny niezwykły prezent – pierwsze polskie wydanie „Upadku króla Artura”, czyli wyprawy Tolkiena do świata arturiańskich legend.


Oczywiście, to książka przeznaczona dla fanów – fanów Tolkiena, albo osób zafascynowanych królem Arturem. Pięknie wydana, zawiera poemat w wersji oryginalnej oraz polski przekład autorstwa Katarzyny Staniewskiej i Agnieszki Sylwanowicz. Wersje polska i angielska umieszczone są na sąsiadujących stronach, łatwo więc czytać jedną i drugą, porównując i smakując język.

Jako że Tolkien poematu nie ukończył, a to, co napisał, zajmuje jedynie kilkadziesiąt stron, wydawnictwo wzbogaciło książkę o znakomite eseje – pierwszy omawia temat poematu w tradycji arturiańskiej, a dwa kolejne są opisami tego, co Tolkien zostawił w swoich notatkach, jak jego wersja „Upadku króla Artura” ewoluowała, jak prawdopodobnie zamierzał ją dokończyć, i jak różni się ona od innych tekstów na ten sam temat. Na samym końcu znajdziemy dodatek – krótki tekst dotyczący specyfiki poezji staro angielskiej. Autorem esejów jest Christopher Tolkien, wykazujący się nie tylko erudycją, ale także lekkim piórem.

Tolkien napisał swój poemat w staroangielskim stylu, wykorzystując aliterację i inne środki stylistyczne typowe dla epoki. Studenci literatury angielskiej znajdą tu wszystko to, o czym uczyli się na przykładzie „Beowulfa” – cezurę, czyli przerwę dzielącą wers na dwie części, kenningi, czyli zestawienia dwóch rzeczowników, tworzące specyficzny opis. Treść jest mniej więcej znana miłośnikom legend arturiańskich i widać wyraźnie inspiracje poematem „Le Morte D’Arthur”. Tolkien zaczął pisać swoją wersję poematu w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Dlaczego przerwał w połowie – nie wiadomo, nie było to jednak niczym niezwykłym. Po lekturze listów pisarza wiem, że większości swoich tekstów nie kończył, pracując nad wieloma projektami jednocześnie.

Niepoukładane w całość fragmenty przeanalizował i połączył w całość Christopher Tolkien, syn pisarza, który po jego śmierci rozpoczął mozolną i niekończącą się pracę polegającą na uporządkowaniu spuścizny po ojcu i przygotowaniu do druku tego, co znajdowało się w siedemdziesięciu pudłach z rękopisami.

„Upadek króla Artura” czyta się bardzo przyjemnie. Akcja skupia się na konsekwencjach romansu Ginewry i Lancelota. Tolkien dość mocno uwypukla wątek wierności i miłości, jakie Lancelot odczuwał w stosunku do króla i wyrzutów sumienia, które odczuwał wskutek zdrady, której się dopuścił. Tematy utraconej tożsamości, zdrady i poświęcenia są niejako echem tego, co znajdujemy w „Władcy Pierścieni”, jednak „Upadek króla Artura” to zupełnie inny tekst. Bliżej mu do „Legendy o Sigurdzie i Gudrun”, czyli tolkienowskiej wersji staroskandynawskich pieśni, również wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka (choć niestety nakład się już wyczerpał).

Tolkien chętnie bawił się aliteracją. Napisał też swoją wersję innego słynnego poematu ocierającego się o tematy arturiańskie – „Sir Gawain and the Green Knight”, wydanego w Polsce pod tytułem „Pan Gawen i Zielony Rycerz”. Tolkien używał metrum aliteracyjnego, jednak pisał we współczesnej angielszczyźnie, i efekt był nadspodziewanie udany.

Nie jest to więc książka dla przeciętnego czytelnika, raczej ciekawostka do smakowania dla prawdziwego fana, a także spora gratka dla osób zainteresowanych literaturą staroangielską. Marzy mi się teraz wydanie w tej samej serii „Pana Gawena i Zielonego Rycerza”, tekstu trudnego do zdobycia po polsku, a doskonałego. The Guardian doniósł też kilka dni temu, że w maju ukaże się tolkienowska wersja „Beowulfa” – kolejna perełka pracowicie wyłuskana z przepastnych archiwów pisarza przez Christophera Tolkiena. Trzymam kciuki, żeby i ten tekst ukazał się po polsku – w końcu najważniejszy epos angielski nie ma jak dotąd polskiego tłumaczenia, więc nawet uwspółcześniona wersja autorstwa Tolkiena byłaby bardzo mile widziana.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
Blog roku
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...