niedziela, 01 marca 2015

Skoro już w tym tygodniu o pieszej wędrówce i książce na jej temat wpisałam, pomyślałam, że spróbuję zrobić listę dziesięciu ciekawych książek, w których motyw pieszej wędrówki jest istotnym elementem fabuły. Zbliża się ta pora roku, w której niecierpliwie przeglądam mapy, przewodniki i strony linii lotniczych, zaczynając planowanie wakacyjnego wyjazdu, a wędrówka przez jakieś dzikie tereny jest dla mnie koniecznym składnikiem urlopu. Tym razem wybranie dziesięciu książek poszło szybko, głównie dlatego, że większości moich ukochanych książek o pieszych wyprawach nie znajdziecie w języku polskim. Oto moje ulubione literackie wędrówki:

1. J. R. R. Tolkien "Władca pierścieni"

Niewątpliwie jest to moja ulubiona książka o wędrowaniu. Nie tylko imponuje rozmachem i opisem świata, ale także zawiera mnóstwo pięknych, prostych myśli o podróżowaniu. Co powiecie na ten fragment?

Kto wie, co zakręt bliski kryje,
Drzwi tajemnicy, dziwną ścieżkę.
Tylem ją razy w życiu mijał,
Aż przyjdzie chwila, gdy nareszcie
Otworzy mi się droga nowa
Tam, dokąd księżyc nam się chowa,
I zaprowadzi mnie jak najdalej,
Tam, gdzie nad ziemią słońce wstaje.

I oczywiście złota myśl, prosta, ale w moim przypadku bardzo trafna - "Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd cię poniosą". 

2. C. S. Lewis "Srebrne krzesło"

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu klasyki fantasy. Moja ulubiona książka z cyklu "Opowieści z Narnii" to wyjątkowo mądra opowieść o pieszej wyprawie. Julia i Eustachy trafiają do Narnii, by odnaleźć dawno zaginionego królewicza Riliana. Aslan daje Julii zestaw wskazówek, tzw. znaków, które ta ma powtarzać każdego dnia. Jednak gdy znużenie podróżą staje się nie do zniesienia, Julia zaniedbuje ten najważniejszy obowiązek, tym samym pakując siebie i swoich towarzyszy w poważne kłopoty. Mądra i prosta to lekcja o tym, jak ważne jest pokonywanie zmęczenia i pamiętanie o tym, po co się wędruje. Dodajmy, że książka nie byłaby aż tak urocza, gdyby nie cudna postać Błotosmętka, którego czasami można zobaczyć w każdym towarzyszu podróży, a nawet w sobie. Ten wiecznie narzekający czarnowidz jest jednak wiernym przyjacielem, w dodatku wprowadza mnóstwo humoru do dość mrocznej opowieści.

3. Richard Adams "Wodnikowe wzgórze"

Zadziwiająca książka o królikach, które wędrują w poszukiwaniu lepszego świata. Brzmi dziwnie? Jeśli nie znacie jeszcze arcydzieła Adamsa, koniecznie go poszukajcie - to jedna z najmądrzejszych książek, jakie napisano. Nie jest to bynajmniej opowiastka dla dzieci, raczej alegoryczna opowieść o świecie, który jest odbiciem naszego, z mrożącymi krew w żyłach przygodami i uroczymi bohaterami do kompletu.

4. Patrick Leigh Fermor "Mani. Wędrówki po Peloponezie"

Szkoda, że nie została po polsku wydana najbardziej znana książka tego autora - "A Time of gifts", która jest pierwszą częścią trylogii opisującej szaloną wyprawę autora - z Holandii do Stambułu, pieszo, w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Czekam niecierpliwie na polskie tłumaczenie, licząc że choć tyle czasu minęło, ktoś taką klasykę jednak wyda, tymczasem zaś cieszę się niezmiernie inną książką tego autora.

"Mani. Wędrówki po Peloponezie" to, jak z pewnością się nie domyślacie, relacja z pieszych wycieczek po Grecji. Choć książka ukazuje się u nas 55 lat po wydaniu oryginalnym, warto po nią sięgnąć - Patrick Fermor nie tylko był interesującym człowiekiem (pracował dla wywiadu), ale przede wszystkim potrafił doskonale pisać. Jego Peloponez staje się miejscem tak bliskim czytelnikowi, jak sąsiednia dzielnica. Opisy przyrody, w których nie ma zbędnego słowa, zachwycają, a w dodatku towarzyszą im ciekawe opowieści o historii i kulturze Grecji.

5. Tomas Espedal "Idź"

Wyjątkowa na naszym rynku pozycja - książka właśnie o chodzeniu! Narrator pewnego dnia postanawia zerwać ze swoją partnerką, wybiera jednak dość niekonwencjonalny sposób. Po prostu wychodzi z domu i zaczyna iść przed siebie. Idzie, aż wreszcie przestaje myśleć o sobie, a zaczyna medytować o wędrowaniu. Rozmyśla o filozofach piszących o chodzeniu, wspomina Jana Jakuba Rousseau i Williama Wordswortha. Wspomina swoje dawne wędrówki i medytuje nad obecną.

"Idź" to zbiór luźnych myśli, bliższy długiemu esejowi osobistemu niż jakiemukolwiek innemu gatunkowi, do czytania powoli, najlepiej podczas własnej wędrówki.

6. Gao Xingjian "Góra duszy"

Pierwszy chiński laureat literackiej nagrody Nobla nie był w swoim kraju mile widziany. Kiedy dowiedział się, że grozi mu aresztowanie, wyruszył po prostu przed siebie - nie na Zachód, ale przez Chiny, szukając tradycyjnych obrzędów, dzikiej przyrody i marząc o tym, że odnajdzie coś pierwotnego. Książka, która powstała w wyniku tej podróży (autor przebył pieszo 15 tysięcy kilometrów!), nie jest łatwą lekturą. To typowa powieść postmodernistyczna, ze zmieniającym się narratorem, poszatkowanym stylem, przeplatającymi się gatunkami. Ja podczytuję ją od czasu do czasu, kiedy mam ochotę na tekst, który skłoni mnie do przemyśleń.

7. Bill Bryson "Piknik z niedźwiedziami "

Przejdźmy może do lżejszych tekstów o wędrowaniu. Kolejna luka na polskim rynku zostanie wkrótce zapełniona - doskonała książka amerykańskiego pisarza ukazuje się u nas z siedemnastoletnim opóźnieniem. Bryson wybrał się wtedy na pieszą wędrówkę jednym z najbardziej znanych amerykańskich szlaków pieszych - nie tym samym, które wybrała Cheryl Strayed w "Dzikiej drodze", ale szlakiem prowadzącym wzdłuż Appallachów. To ponad trzy tysiące kilometrów drogi przez dzikie ostępy, Bryson zaś relacjonuje swoją przygodę z właściwym dla siebie dystansem do rzeczywistości i humorem.

Polska premiera dopiero 30 czerwca.

8. Liv Arnesen "Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun"

Nie wykluczam, że książka ta znajdzie się jeszcze w niejednej Niedzielnej Dziesiątce, należy bowiem do moich ulubionych. To inspirująca opowieść Norweżki, która poszła sobie na biegun południowy. Tak po prostu, sama, wydając mniej pieniędzy, niż jakikolwiek inny zdobywca bieguna. Prosta, zwyczajnie napisana opowieść o bynajmniej nie tak zwyczajnej kobiecie.

9. Cheryl Strayed "Dzika droga"

Oczywiście w zestawieniu nie mogło zabraknąć książki, która je zainspirowała. Doskonała opowieść dziewczyny, która kupiła buty, plecak i przeszła Pacific Crest Trail, sama. Więcej o tej książce pisałam kilka dni temu.

 10. A. B. Guthrie "Droga na Zachód"

I inne książki opowiadające o wędrówce na zachód Ameryki. Wymieniłabym po raz kolejny serie Laury Ingalls Wilder o małym domku na prerii, ale jej bohaterowie na zachód raczej jechali. Natomiast osadnicy zmierzający do Oregonu, którzy są bohaterami nagrodzonej Pulitzerem powieści Guthriego, większość drogi pokonali pieszo, idąc obok swoich wozów. Te wędrówki przez prerię, góry i rzeki nie przestają mnie fascynować.

 

Zabrakło miejsca dla jakiejkolwiek opowieści o pielgrzymce do Santiago de Compostela, przede wszystkim dlatego, że czytałam chyba tylko jedną taką książkę, a jest ich na rynku już co najmniej kilka. Zabrakło "Długiego marszu" Sławomira Rawicza, nie potrafię bowiem przekonać się do książki, która może i jest dobrze napisana, ale jednak oparta na oszustwie. Zabrakło też książek o wędrówkach po górach, bo zasługują chyba na własną dziesiątkę.

Czego jeszcze, waszym zdaniem, brakuje? Lubicie czytać o pieszych wyprawach? Macie ochotę pójść w ślady bohaterów i po prostu ruszyć przed siebie, czy raczej cieszycie się tym, że nie musicie marznąć, moknąć i walczyć z pęcherzami?



czwartek, 26 lutego 2015

Kto z nas nie zaczął swojej znajomości z najwyższymi polskimi górami od Morskiego Oka? To jezioro, nazwane przez Władysława Tarnowskiego, pianistę i poetę, "Tatrów duszą zwierciadlaną", przyciąga nad magnes zarówno alpinistów, jak i ceprów, wędrujących nad jego brzeg w tenisówkach lub szpilkach. Aż 30% całego ruchu turystycznego w Tatrach odbywa się właśnie na szlaku prowadzącym nad Morskie Oko.

Rzadko można kontemplować piękno jeziora w ciszy i samotności. Trzeba zostać na noc w schronisku, w terminie dalekim od wszelkich ferii i wakacji. Wtedy, wstając o świcie, możemy cieszyć się widokiem bez towarzystwa głośnych grupek jedzących gofry.

Mimo tej oszałamiającej popularności, to właśnie nad Morskim Okiem można spotkać wspinaczy, którzy opowiadają wieczorami o swoich górskich przygodach - spędziłam tu kiedyś kilka magicznych wieczorów, słuchając takich opowieści. Na okolicznych skałach szlify zdobywają liczni alpiniści, co roku też zdarzają się tu wypadki (średnio kilkanaście interwencji TOPR rocznie). Stąd też wyrusza się na najwyższą polską górę.

Jeśli Tatry są wam bliskie, nie przegapcie pięknej książki, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Tatrzańskiego Parku Narodowego. "Morskie Oko - przyroda i człowiek", pod redakcją Adama Choińskiego i Joanny Pociask-Karteczki to prawdziwe kompendium wiedzy o Morskim Oku, książka nie tylko zawierająca niesamowitą ilość wiedzy, ale także pięknie wydana.

Zainteresowałam się nią w ramach realizowanego przez naszą rodzinę projektu "Polskie Parki Narodowe" - postanowiliśmy odwiedzić wraz z Olą wszystkie polskie parki narodowe, pokazując jej, jak piękną i dziką przyrodę można znaleźć w naszym kraju. Przypadkowo na rękę poszło nam Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody Salamandra, wybierając w tym roku parki narodowe jako temat konkursu wiedzy przyrodniczej dla szkół podstawowych i gimnazjalnych. Ola zgłosiła się chętnie, w pierwszych etapach poszło jej nieźle, wygrzebujemy więc co chwilę z półek wszystkie książki na temat polskiej przyrody, jakie mamy.

Na tę książkę zwróciłabym jednak uwagę tak czy inaczej, choć nie wiem, czy tak szybko. Szkoda byłoby ją przegapić, jest bowiem doskonałym dodatkiem do każdej górskiej biblioteczki. Szczerze mówiąc, bogactwo informacji początkowo mnie przytłoczyło. Spodziewałam się jakiejś przeglądowej monografii, z podstawowymi danymi na temat przyrody i geografii, a dostałam prawdziwą encyklopedię - zbyt szczegółową dla mojej córki, za to doskonałą dla mnie.

Całość podzielona jest na trzy części - pierwsza dotyczy samego jeziora, charakterystyki jego wód i zamieszkujących je zwierząt. Druga skupia się na otoczeniu i klimacie - opisane są okoliczne jaskinie, szata roślinna, zwierzęta okolicznych gór, a także warunki pogodowe. Trzecia, napisana w najbardziej wciągający sposób, opowiada o ludziach związanych z jeziorem - pierwszy badaczach, założycielach słynnego schroniska, o poetach i malarzach odkrywających jego uroki, a także o słynnych wypadkach i akcjach ratowniczych.

Ten niewielki w sumie kawałek świata ma arcyciekawą historię. Niewiele zresztą brakowało, a w ogóle nie znalazłby się w granicach naszego kraju. Spór o te tereny zaczął się już w XVI wieku, zaś pod koniec XIX wieku powołano specjalną komisję, która obradowała w schronisku nad Morskim Okiem i próbowała rozstrzygnąć, czy ziemie te powinny być polskie, czy węgierskie! Na początku wieku XX sprawa trafiła do sądu, superarbitrem był Szwajcar, a w procesie brali udział prawnicy i rzeczoznawcy wielu narodowości. Jaki był wynik procesu - dobrze wiemy, cała historia jest jednak naprawdę pasjonująca i oczywiście szczegółowo zreferowana w książce.

Wydawało mi się początkowo, że nie dam rady przeczytać całości, że będę raczej zaglądać do niektórych rozdziałów w miarę potrzeby, ale okazało się, że przeczytałam całość z prawdziwą przyjemnością. No, może kilka rozdziałów przekartkowałam (te o budowie geologicznej, składzie chemicznym wody i jej biooptycznych właściwościach itp) - wciąż na widok czegokolwiek mającego związek z fizyką i chemią czuję, jak mój umysł się wyłącza! Całą trzecią część pochłonęłam jednak w jeden wieczór - historia Morskiego Oka jest fascynująca i świetnie napisana.

Całość kończy rozdział o mistyce tego miejsca - szkoda, że nie został on umieszczony jako ostatni (po nim jest tylko krótki rozdzialik o nurkowaniu w jeziorze, który mógł się pojawić wcześniej), jest bowiem doskonałym podsumowaniem tego, jak niezwykłą, niewytłumaczalną magią emanuje Morskie Oko. Nie bez powodu Tetmajer nazwał jej zwierciadłem Karpat, a Asnyk wielkim poematem natury.

Jeśli będziecie się wybierać kiedyś na wycieczkę w to słynne miejsce, sięgnijcie wcześniej po tę monografię - spojrzycie inaczej zarówno na schronisko, jak i na otaczające je szczyty.

Moja ocena: 6/6


poniedziałek, 23 lutego 2015

Jarek to człowiek - instytucja. Blogujemy mniej więcej tak samo długo, ale pod względem ilości recenzji Krytycznym okiem bije Miasto książek na głowę! Jarek to prawdziwy recenzent, a nie bloger, który czasami tylko się w recenzenta bawi - analizuje i krytykuje, używając pięknej polszczyzny. Czyta dużo literatury polskiej, więc to do niego zaglądam, kiedy chcę wiedzieć, co nowego nasi rodzimi autorzy napisali i czy czegoś dobrego nie przegapiłam. Na blogu wydaje się chłodnym profesjonalistą, prywatnie ciepły i rozmowny człowiek. Oprócz recenzowania bierze też pisarzy w krzyżowy ogień pytań. Seria wywiadów, które publikował na blogu przez cały rok, ukazała się niedawno w wersji książkowej - polecam! Dzisiaj jednak to on odpowiedział na moje pytania dotyczące książek.

Książka, która zmieniła moje życie

Było sporo lektur, które zostawiły pewne niezatarte ślady. Aby napisać o tej dokonującej ważnej zmiany, muszę się cofnąć do czasów licealnych. Mam na myśli opowiadania Tadeusza Borowskiego. Byłem młody, nieświadomy wielu spraw, wtedy się dla mnie otworzyły bramy piekła i naprawdę nic nie było już takie jak dawniej. Potem przeczytałem mnóstwo książek o samym Auschwitz, o Holokauście. Ciągle je pochłaniam z jakąś mroczną obsesją. Wciąż mi mało, choć wiem już tak wiele i nadal nie mieści mi się w głowie, że to wszystko miało miejsce. "Proszę państwa do gazu" to tekst, który wrył mi się w pamięć i rozpoczął te obsesyjne poszukiwania. Niedawno, w wieku 36 lat, poczułem się gotowy na odwiedzenie Auschwitz. Do śladów po Birkenau nie dotarłem, nie dałem rady. Spotkanie z Borowskim rozpoczęło moje spotkanie z Zagładą. Czymś nadal niepojętym.


Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

Tematycznie znowu koszmar wojny, ale nic na to nie poradzę, że tak się złożyło. Przed pięciu laty Korporacja Ha!art wydała niezwykłą publikację. To "Apte. Niedokończona powieść" Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego. Kim był Apte? Obiecujący rysownik, poeta, artysta. Biografia tego człowieka obejmuje jego dzieciństwo i młodość w przedwojennym Krakowie, gimnazjalne wzloty i upadki, fascynację malarstwem oraz poezją. Następnie dramaturgię wydarzeń związanych z ucieczką do Lwowa z zagarniętego przez Niemców Krakowa. Skomplikowane losy Żyda na emigracji, który o mało nie staje się człowiekiem radzieckim i ulega złudzie socjalistycznych utopii. Opowieść o Ryszardzie Aptem jest naprawdę pasjonującym studium życia społecznego przedwojennego Krakowa, Lwowa początku lat czterdziestych minionego stulecia, barwną panoramą mojego miasta, czyli Wieliczki czasu wojny i przejmującym świadectwem Holokaustu w południowej Polsce. Książka zawiera także niezwykły dodatek - kilkanaście mrocznych rysunków artysty.


Książka, której nie należy sądzić po okładce

Przychodzi mi do głowy zbiór opowiadań Huberta Klimko-Dobrzanieckiego "Pornogarmażerka", W.A.B. 2013. Zupełnie nie wiem, jaki cel przyświecał tej koszmarnej okładce. Bo ciało można sprzedawać, ale nie sygnować nim tego zbioru! Jest tam siedemnaście opowiadań, w których autor rozlicza się z kolejnego etapu swojej emigracji, tym razem w Austrii. Mamy  w tej książce garść soczystych opowieści, ironicznych, złośliwych czasami, niejednokrotnie absurdalnych, ale w klimacie tego absurdu nielekkiego. Nad współczesną Austrią zadumał się wagabunda, którego kolejnym domem - między innymi po Islandii - stał się Wiedeń. Skreślił kilkanaście świetnych obrazków, wplatając w nie emigracyjne bolączki i dużą dozę specyficznego humoru. Ale śmiesznie nie jest. Na okładce natomiast jest dramatycznie.

*************************************************************

Dziękuję Jarkowi i zapraszam na jego blog, Was zaś zachęcam do skomentowania Jarkowych odpowiedzi. Ciekawa jestem zwłaszcza Waszych opinii o okładce "Pornogarmażerki" :)


niedziela, 22 lutego 2015

Lubię spleść ze sobą okoliczności i lekturę - czasem robię to celowo, a czasem przypadkiem się udaje. Tym razem był to zbieg okoliczności. Zmęczeni oczekiwaniem na śnieg w Poznaniu, wyruszyliśmy na południe - nie na południe Europy oczywiście, ale w polskie góry. Śniegu tam pod dostatkiem - na zboczach Pilska jest biało i puszyście. Jeździliśmy więc radośnie na nartach, lepiliśmy bałwany, chodziliśmy do ośnieżonego lasu na wschody i zachody słońca, ale wtedy Zacofany w lekturze napisał, że pozazdrościłby mi, gdybym spędzała część czasu nad książkami.

Chyba was nie zdziwię mówiąc, że takich sugestii nie trzeba mi powtarzać dwa razy? Wytargałam na słoneczko pusty leżak, wyjęłam Kindla i w środku pięknej zimy zabrałam się za lekturę na świeżym powietrzu!

Co jednak czytać w takich okolicznościach? Czytnik mam pełen najprzeróżniejszych tytułów, jednak bez wahania sięgnęłam po książkę, która wydała mi się wyjątkowo na miejscu w tym pięknym otoczeniu. "Dzika droga" Cheryl Strayed opowiada przecież o wędrówce przez góry, miejscami pełne śniegu, puste i dzikie.

To książka z gatunku pozycji niebezpiecznych - należą do nich także książki Paula Theroux, albo "W syberyjskich lasach". A może to ja jestem wyjątkowo podatna na wpływ takich opowieści? Mam ochotę od razu spakować plecak i wyruszyć w drogę, i często tak właśnie robię. "Dzika droga" opowiada o podróży nietrudnej może do zorganizowania, za to wymagającej sporej odwagi i fantazji. Cheryl, bohaterka, a zarazem autorka, postanowiła bowiem przejść legendarny pieszy szlak wiodący wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Tak zwany Pacific Crest Trail (PCT) prowadzi od granicy Meksyku i USA do Kanady. Wiedzie przez stany Kalifornia, Oregon i Washington i prowadzi przez piękne, górzyste tereny - przede wszystkim przez pasmo Sierra Nevada i góry Kaskadowe.

Zwykła dziewczyna na niezwykłym szlaku

Cheryl nie jest wytrawną podróżniczką. Nie ma za sobą wielu krótszych wędrówek, nie zna się na sprzęcie trekkingowym, nie umie posługiwać kompasem. Miała dwadzieścia sześć lat, gdy mimo to postanowiła przemierzyć PCT. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego wiele osób wyrusza w podróż - próbując pogodzić się z samą sobą, odnaleźć coś, co zgubiła, nauczyć się lubić siebie. Cztery lata wcześniej zmarła jej matka, a Cheryl nie potrafiła dojść z tą stratą do ładu. Jej rodzina praktycznie się rozpadła, a ona sama zniszczyła swoje małżeństwo i zrobiła sporo różnych głupstw. Pomysł, by przejść wymagający szlak pieszy pojawił się znienacka i był jak dar od losu. Nie zastanawiała się długo - wydała wszystkie pieniądze na sprzęt i pakując cały dobytek do plecaka, wyruszyła na kilkumiesięczną wyprawę.


Jej książka, napisana wiele lat później, to zaskakująco świeża, zabawna i inspirująca opowieść o tym, jak można zmienić się na szlaku. Cheryl jest boleśnie nieprzygotowana i tego nie ukrywa. Jej plecak waży więcej, niż bagaż wszystkich osób, które napotyka na szlaku - nic dziwnego, skoro ma w nim składaną piłę! Jest jedyną samotną kobietą, przemierzającą tę drogę, w dodatku akurat w tym roku spadło wyjątkowo dużo śniegu i część trasy wydaje się nie do przebycia. Cheryl idzie jednak przed siebie z zadziwiającą determinacją, szczerze opisując kolejne kilometry, kolejne pęcherze i kolejne schodzące paznokcie.

Spotkania z innymi i z samą sobą

Jej opowieść nie jest jednak relacją męczenniczki. Wręcz przeciwnie - to bardzo optymistyczna historia o pięknie dzikiej przyrody i o braterstwie szlaku. PCT przemierza sporo wędrowców, a spotkania są zawsze radosne. Ludzie, którzy mają za sobą błądzenie w poszukiwaniu wody po tej samej pustyni, stają się sobie od razu bliscy. Padają między nimi słowa mądre i ważne, czasem wędrują razem, czasem spotykają się tylko na jeden wieczór na biwaku, ale nieodmiennie tworzą fascynującą grupę.

Najbardziej zaś intryguje sama Cheryl. Na początku boi się wszystkiego, ale udaje sama przed sobą, że się nie boi. Ta taktyka działa - strach ogarnia ją tylko kilka razy, dopóki nie poczuje się na szlaku tak bardzo u siebie, że będzie mogła się znowu bać. Gdy zaczyna odczuwać strach, wie, że przeszła już taką odległość, która nauczyła ją czegoś ważnego - jak mieć odwagę, by się bać.

Przechodzi kolejne etapy - najpierw czuje się zagubioną idiotką, potem twardzielką, "królową Amazonek", aby wreszcie po prostu pozbierać się wewnętrznie i poczuć dobrze sama ze sobą. Fizyczny wysiłek i cierpienie sprawią, że wybaczy własnej matce jej przedwczesną śmierć.

Jeśli sądzicie, że książka o pieszej wędrówce musi być monotonna, a zaczytywać się nią będą tylko tacy wariaci jak ja, to jesteście w błędzie. Autorka urozmaica narrację licznymi retrospekcjami, a za każdym razem, kiedy ujawnia coś nowego ze swojej przeszłości, rozumiemy ją trochę lepiej. W dodatku jej wędrówka jest tak pełna przygód i urozmaicona, że czasem nie sposób oderwać się od lektury - tak samo jak Cheryl chcemy dowiedzieć się, co czeka za kolejnym zakrętem, za następnym wzniesieniem. Czekamy na paczkę z prowiantem, która powinna być na na poczcie w kolejnym miasteczku, wydajemy ostatnie centy na lemoniadę, a potem martwimy, jak przetrwamy kolejne 250 km bez grosza przy duszy, by pocieszyć się przypomnieniem, że w górach pieniądze nie będą potrzebne.

Książki

Z pomocą spotkanych na szlaku ludzi Cheryl odchudziła swój plecak, jednak z pewnych, ciężkich i pozornie zbędnych przedmiotów nie zrezygnowała. Przez całe 1800 kilometrów niosła w plecaku książki, których listę zamieszcza. Niektóre paliła po przeczytaniu, rozdział po rozdziale. Początkowo palenie książki było bolesne i wstrząsające. Jest jednak swoistym oczyszczeniem - podczas wędrówki trzeba pozbyć się wszystkiego, co zbędne - także strachu, złości i urazów. Palenie książek było aktem symbolicznym i oczyszczającym.

Były jednak książki, których nie spaliła. Niektóre podarowała osobom spotkanym na szlaku, dwie jednak zachowała i przyniosła z powrotem - wiersze Adrienne Rich, które znała na pamięć, i opowiadania Flannery O'Connor.

Doskonale czytało się tę książkę po kilku godzinach spędzonych na wędrówce po zaśnieżonych górach, ale mam wrażenie, że opowieść Cheryl jest tak sugestywna, że czułabym się jak w dziczy także siedząc we własnym fotelu. Polecam - to mądra, wciągająca i inspirująca lektura.

Moja ocena: 5/6

Jeśli zaś tęsknicie za zimą, zapraszam na Inne strony, gdzie opisałam o zimowym wejściu na Babią Górę :)

poniedziałek, 09 lutego 2015

Znacie Grendellę i Milvannę? A raczej Sylwię Borowską - Szerszun i Martę Borowską, dwie dowcipne, urocze, zaczytane siostry? Jeśli nie, musicie to nadrobić czym prędzej, koniecznie dzisiaj! Ich blog, Książki mojej siostry, startuje bowiem w konkursie Blog Roku, tym samym konkursie, w którym tak cudownie wspieraliście mnie rok temu i dwa razy we wcześniejszych latach. W tym roku zdecydowałam, że nie startuję - nie obraziłam się na konkurs, ani na organizatorów, po prostu przyjęłam do wiadomości, że w obecnym kształcie Miasto Książek jest dobre, może wejść do finału, ale brakuje mu tej kropki nad i która pozwala na zwycięstwo. Wystartuję ponownie, gdy coś w tej kwestii zmienię, tymczasem wspieram kilka (no dobrze, nawet kilkanaście) blogów w różnych kategoriach, kibicuję, głosuję i regularnie sprawdzam, jak sobie radzą. Oczywiście, przede wszystkim trzymam kciuki za blogi książkowe, które są wciąż niedocenione w tym konkursie.

Książki mojej siostry prawie na pewno w finałowej dziesiątce się znajdą - są w niej od początku głosowania, i to na bezpiecznej pozycji. Jednak w ostatniej chwili wiele może się zmienić, jeśli więc chcecie wesprzeć dobry blog książkowy, zagłosujcie dzisiaj! W tym celu trzeba wysłać SMS o treści J11152 na numer 7122. Koszt to 1,23 zł, dochód z smsów idzie na fundację Dzieci niczyje.

Lubię blog Sylwii i Marty, bo jest pisany z niesamowitą lekkością. Nie ma w nim za grosz zadęcia, jest za to mnóstwo odniesień popkulturowych i sporo dowcipu. Są też książki, których nie znam, a po przeczytaniu tego, co dziewczyny o nich napisały, zawsze mam ochotę je przeczytać.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przeczytajcie, o jakich książkach napisały Sylwia i Marta w odpowiedzi na moje pytania, a potem odwiedźcie koniecznie ich blog i oddajcie głos - z pierwszej dziesiątki wypadły już prawie wszystkie blogi książkowe, niech Książki mojej siostry w niej zostaną!

********************************************************************

Książka, która zmieniła moje życie

Milvanna: Przez chwilę zastanawiałam się, czy takie książki w ogóle istnieją. Jasne, są takie, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, ale czy zmieniły życie? Otóż istnieją, nawet dwie. Pierwsza, to „Szósta klepka” Małgorzaty Musierowicz. Podsunięta mi pod nos przez Grendellę, po pierwsze, pozwoliła przetrwać wakacyjną chorobę, po drugie, sprawiła, że pokochałam czytanie. Kto wie, może gdyby nie Musierowicz teraz nie prowadziłabym bloga. Drugim tytułem jest zdecydowanie „Dom duchów” Isabel Allende. To były ostatnie wakacje przed liceum, poznałam właśnie Marqueza i los chciał, że na półce leżała Allende. Wtedy też postanowiłam, że albo będę studiować iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim, albo nic. Trzy lata później wyjechałam do Warszawy i mieszkam w niej do dziś. 

Grendella: Długo myślałam, bo każda dobra książka coś w nas pozostawia. Ale jednak „Ania z Zielonego Wzgórza”, bo: 1) jako naturalna blondynka zawsze chciałam mieć rude włosy (albo chociaż kruczoczarne jak Diana) – kilka razy farbowałam się zresztą na rudo, ale zawsze postarza mnie to o minimum pięć lat; 2) zostałam nauczycielką, i to na dodatek literatury angielskiej; 3) od dziecka wyobrażałam sobie siebie studiującą na uniwersytecie w innym mieście; 3) w wieku wczesnej młodości namiętnie czytałam i pisałam poezję (paradoksalnie, studia filologiczne trochę tę miłość stłumiły); 4) wyniosłam z tej lektury głębokie przekonanie, że osoby pozornie chłodne i oschłe, mogą skrywać w sobie pokłady miłości; 5) oraz, że i tak nigdy się nie zadowoli wszystkich, więc trzeba po prostu być sobą!

Mało znana książka, która zasługuje na szerszą uwagę

Milvanna: Znowu lecimy do Ameryki Południowej. Na studiach do jednych z moich ulubionych zajęć należały te z literatury latynoamerykańskiej, dzięki którym poznałam mnóstwo naprawdę dobrych książek. Na długo zapamiętałam „Pocałunek kobiety pająka” Manuela Puiga. Argentyna, czasy dyktatury, mała, więzienna cela, którą dzielą Valentín, rewolucjonista z ideałami, i homoseksualista Molina. Dla zabicia czasu, Molina opowiada towarzyszowi o filmach. Bardzo kiepskich, dodam. Powieść porusza wiele ważkich i ciągle aktualnych kwestii związanych, między innymi, z prawami człowieka, wolnością czy mechanizmami władzy. Na pewno warto po nią sięgnąć. Film na podstawie tej książki jest również świetny.


Grendella: Ja tym razem polecę dwie książki. Po pierwsze, Smok Griaule” Luciusa Sheparda. Nie jest to może książka mało znana w kręgach osób czytających fantastykę, ale moim zdaniem powinna mieć szersze grono odbiorców. Urzeka plastycznymi opisami, ma niesamowity klimat, skłania do refleksji na temat wolnej woli i przeznaczenia. A drugą jest „Diablica” Fay Weldon, bo nie spotkałam jeszcze nie-anglisty, który by ją czytał ;) Jej bohaterka, Ruth, to nieatrakcyjna żona, którą mąż zostawia dla zjawiskowej autorki poczytnych romansów, co zmusza tę pierwszą do przewartościowania dotychczasowych przekonań. Ruth postanawia się zemścić, ale jak się zemścić! Nie chcę wam psuć zabawy, więc powiem tylko, że dużo w tej powieści prawdy i kobiecej siły, groteski i humoru. No chyba, że boicie się słowa feminizm…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książka, której nie należy sądzić po okładce

Grendella i Milvanna jednogłośnie: Jako osoby zakochane w Peterze Grancie (Milvanna jest o krok od zrobienia scrapbooka o tej miłości), uważamy, że nie należy skupiać się za bardzo na okładce polskiego wydania „Rzek Londynu” Bena Aaronovitcha. Oryginał jest kolorowy, zabawny i, przede wszystkim, związany z Londynem. Polski odpowiednik w najlepszym wypadku może kojarzyć się z jakąkolwiek, przeciętną historią kryminalną. Nuda. Na dodatek, widząc mężczyznę na okładce, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że mógł zainspirować Grabaża do stworzenia tekstu piosenki „Ezoteryczny Poznań” (pomińmy, że ramy czasowe troszkę się tu rozjeżdżają). Pozwolimy sobie zacytować: „Ezoteryczny Poznań po godzinach szczytu, cichy skwer. A pod latarniami spacerują dziwni goście. Nic nie noszą pod płaszczami”. Gwarantujemy, że nawet jeśli goście w powieściach Aaronovitcha są nieco dziwni, to w kwestiach garderoby zachowują się zgodnie z powszechnie akceptowanymi normami społecznymi.

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*********************************************************************

Zachęcam do przejrzenia innych blogów w kategorii Literackie i kulturalne - może odkryjecie nowe blogi? W pierwszej dziesiątce są jeszcze dwa blogi o tematyce książkowej - Book Reviews by Anita, który jest wideo blogiem, oraz Książki Patiopei, z którą już kiedyś spotkałam się w finale, choć wtedy startowała w kategorii blogów młodzieżowych. Na dwunastej pozycji jest Krytycznym okiem Jarka Czechowicza - jeśli jeszcze kilka osób na niego zagłosuje, może uda mu się wrócić do finałowej dziesiątki (SMS o treści J11231 na numer 7122). Inne blogi, które czytam i lubię, są niestety na dużo dalszych pozycjach - Tramwaj nr 4 w czwartej dziesiątce, Wielki Buk i Myśli i słowa wiatrem niesione w piątej. Głosujcie, czytajcie, trzymajcie kciuki - promocja blogów książkowych to zarazem promocja czytania, a na tym nam wszystkim przecież zależy!

I tak, wiem, że są osoby zdobywające głosy nieuczciwymi metodami. Wierzę jednak, że jedyną metodą walczenia z nieuczciwością jest uczciwe i serdeczne wspieranie tych, którzy walczą fair. To fajny konkurs, ale wykańczający dla blogerów, którzy w nim uczestniczą - wiem coś o tym! Proszenie o głosy, bezsilny gniew na widok tego, jak w ostatnim dniu mało popularne i słabo napisane blogi nagle zyskują po kilkadziesiąt głosów, nerwy związane z kolejnymi etapami - to wszystko jest emocjonujące, ale też stresuje. Nie ma jednak alternatywy, to jedyny liczący się konkurs blogowy, przynoszący nowych czytelników, mobilizujący do coraz lepszego pisania, dlatego chyba nie warto go bojkotować. Jeśli więc z przyjemnością spędzacie czas czytając blogi, poświęćcie chwilę i zagłosujcie, wspierając tych, którzy startują. Głosowanie kończy się jutro w południe!

czwartek, 05 lutego 2015

Pamiętacie pierwszą książkę, którą udało wam się samodzielnie przeczytać? Takie pytanie zadano niedawno na Twitterze (#booksamillion). Nie muszę się długo zastanawiać - wiem, jaką lekturę pamiętam, choć nie jestem pewna, czy była faktycznie pierwsza. Mrożące krew w żyłach przygody, dramatyczne zwroty akcji, nawet kilka razy na każdej stronie, napięcie, podróż i szczypta liryzmu w postaci poezji. Domyślacie się?

Tak, tak, "Przygody Koziołka Matołka" sprawiły, że schowałam się z latarką pod kołdrą, żeby tylko dowiedzieć się, czy dzielny podróżnik dotrze cało i zdrowo do Pacanowa. To były prawdziwe emocje. Zwłaszcza, że zostałam nakryta przez mamę. Zapewne dzięki temu tak dobrze zapamiętałam tę chwilę.

Zanim usiadłam dzisiaj do pisania, spytałam Olę, czy pamięta swoją pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. W końcu nie było to tak dawno, powinno jej to sprawić mniej kłopotu niż mnie! Nic z tego - długo się zastanawiała i przyznała, że pamięta tylko pierwszą, którą czytała do późna w nocy (późno w nocy to dla mojej córki mogła być 20.30) - były to "Pięciopsiaczki", lektura szkolna w klasie drugiej. Na szczęście ja wiem, jaką książkę przeczytała samodzielnie dużo wcześniej. Pamiętam to, ponieważ ją podstępem do tej lektury nakłoniłam. Była to dramatyczna historia kradzieży diamentów i dwoje nieletnich detektywów, czyli oczywiście pierwsza część z cyklu "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai". Ola chętnie słuchała wtedy książek, domagała się, żebyśmy czytali jej godzinami, ale samodzielnie czytać raczej nie chciała, choć szło jej to już całkiem dobrze. Przeczytałam jej dosłownie kilka pierwszych zdań "Tajemnicy diamentów", po czym przyznałam, że przeczytałam już całość i wiem, kto jest złodziejem. A skoro wiem, to nie mogę czytać na głos, bo się zdradzę niechcący i zepsuję jej przyjemność. Podziałało - wzięła książkę nieco niechętnie, by chwilę później nie móc się oderwać!

Pamiętam też poważniejsze książki - książki, nazwijmy to, pełnowymiarowe. Pierwszą dużą powieścią, którą sama przeczytałam, był, o zgrozo, "Faraon" Prusa. Byłam wtedy zafascynowana starożytnym Egiptem, a w księgarniach nie było przecież pełnych kolorowych obrazków "Egiptologii", "Tajemnic mumii" czy encyklopedii dla dzieci. Nie miałam wyboru - jedyną książką o Egipcie, jaką mieliśmy w domu, był właśnie "Faraon". Czytałam go na plaży w Dziwnówku, gdzie wzbudzałam spore zainteresowanie - nasze wydanie było naprawdę pokaźnych rozmiarów, a ja zawsze wyglądałam na młodszą, niż byłam. Musiałam wyglądać nieco dziwnie - kilkuletnia dziewczynka na leżaku z ogromną książką w twardej oprawie...

Pamiętam też, że kiedy wróciliśmy z tych wakacji, mama stwierdziła, że skoro dałam radę Prusowi, to mogę już zacząć czytać Chmielewską i wyciągnęła z półki "Wielkie zasługi". Po latach zrobiłam to samo - podczas wakacji podsunęłam tę książkę mojej córce. Przeczytała ją z takim samym zachwytem jak ja jakieś 25 lat wcześniej - Janeczka i Pawełek w ogóle się nie zestarzeli.

Zanim jednak Ola zawarła znajomość z rodzeństwem Chabrowiczów, przeczytała już kilka "dużych" książek. Pierwsze były młodzieżowe książki Beara Gryllsa. Seria "Misja: Przetrwanie" zachwyciła ją, choć wcale się tego nie spodziewałam. Każdy z czterech tomów przeczytała całkiem sama w kilka zaledwie dni, by przez wiele miesięcy marzyć o wyprawach do dżungli lub na pustynię. Mogłabym w tym momencie wspomnieć, że gdy ją do prawdziwej, tropikalnej dżungli zabraliśmy, pijawki, kolczaste pnącza i wilgotność powietrza wzbudziły w niej reakcję, z której Bear Gryll nie byłby dumny, ale nie będę zdradzać takich tajemnic!

Pamiętacie swoje pierwsze samodzielnie przeczytane książki? Podzielcie się tymi wspomnieniami!

A jeśli macie dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z literaturą, zapisujcie wszystko! Za kilka lat nie będziecie wszystkiego pamiętać, a takie zapiski z tytułami przeczytanych książek na pewno okażą się cudowną pamiątką.

środa, 28 stycznia 2015

Zgadniecie, z jaką książką spędziłam wczoraj cudny, zdecydowanie zbyt krótki wieczór? Pięć kobiet o tym samym imieniu, więcej - pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku, które mają już dość tłumaczenia, jakim dowcipnisiem okazał się ich ojciec, który spłodził pięć córek, każdą z inną kobietą. Te oczywiście nie wiedziały o istnieniu rywalek, a wesoły rodzic, chcąc uniknąć wpadki i nie zwrócić się do dziecka złym imieniem, wszystkim córkom dał na imię Natalia. A że ożenił się z ich wszystkimi matkami, nazwisko także miały takie samo. O wszystkim zaś dowiedziały się po śmierci szanownego tatusia, gdy spotkały się u notariusza na odczytaniu testamentu.

Na taki absurdalny pomysł wpadła Olga Rudnicka, pisarka spod Poznania, a w księgarniach ukazała się właśnie jej trzecia książka o przygodach sióstr Sucharskich. Trzecia i niestety ostatnia, co rzekłszy, mam ochotę ronić łzy rzęsiste. Bo wszystkie pięć Natalii kocham miłością wielką i mogłabym czytać o nich jeszcze nie raz...

Rozumiem jednak autorkę, która sprytnie dała czytelnikowi do zrozumienia, że nie jest jej łatwo pisać o Nataliach po raz trzeci, czyniąc jedną ze swoich bohaterek pisarką i każąc jej napisać trzecią książkę o przygodach własnych sióstr. Pomysłów na fabułę Nata ma niewiele, a desperacko szukając inspiracji, wpakuje siebie, a przy okazji dwie ze swoich sióstr, w intrygę kryminalną. Gdyby te subtelne aluzje na temat tego, jak trudno napisać trzecią książkę o bohaterkach, które powoli próbują się ustatkować, przypadkiem do wiernego czytelnika nie dotarły, autorka umieściła na końcu książki posłowie, w którym oznajmiła, że do Natalii może kiedyś wróci, ale nie prędzej niż za jakieś 20-30 lat...

Co zrobić - trzeba będzie czytać trzy książki co jakiś czas na nowo i może faktycznie zawrzeć znajomość z innymi bohaterami Rudnickiej?

Tymczasem z przyjemnością przeczytałam najmniej chyba zwariowaną część - "Do trzech razy Natalie". Najmniej zwariowana nie znaczy nudna, wręcz przeciwnie. Sporo tu niezłego humoru, kilka razy zaśmiałam się na głos, natomiast główną osią książki jest całkiem zgrabna historyjka o nagłym i potajemnym wyjeździe sióstr nad morze i o tym, co z ich wyjazdu wynikło. Na pierwszym planie obserwujemy życie rodzinne Sucharskich, w tle zaś toczy się śledztwo w sprawie morderstwa. Wątek kryminalny jest raczej przewidywalny i niezbyt wyszukany, ale taki też chyba miał być. Tym, co w książce ważne, są panowie, którzy odważyli się wejść w związek z Nataliami, a także liczne nieporozumienia na tle tych damsko-męskich sporów i układów.

Część sceny zajmują Anielka i Przemek, dzieci jednej z sióstr, rodzeństwo z piekła rodem. Przypominają Janeczkę i Pawełka, ale w wersji hard - mają inteligencję i pomysłowość Chabrowiczów, ale jako że wychowują się wśród mocno niekonwencjonalnych Natalii, są od bohaterów Chmielewskiej dużo bardziej nieobliczalni. Mężczyźni Sucharskich, znani już z poprzednich książek, w tej także nabierają charakteru - to zresztą konieczny odruch obronny, inaczej siostry zjadły by ich któregoś pięknego ranka na śniadanie zamiast puszystych omletów. Na deser zaś schrupałyby mamę jednej z Natalii, choć ta wykazała się w książce tak wrednym charakterem, że pewnie ryzykowałyby niestrawnością.

Jeśli nie znacie jeszcze Natalii, koniecznie to nadróbcie - najlepiej zaczynając od części pierwszej, choć niekoniecznie - "Do trzech razy Natalie" obroni się jako oddzielna książka, choć z pewnością napisana z myślą o wielbicielach pięciu zwariowanych sióstr. Ciekawe, kiedy Śrem stanie się miejscem pielgrzymek fanów!

Moja ocena: 4.5/6

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Dzisiejszym gościem Miasta Książek jest osoba, która podjęła wyjątkowo odważny krok - mając wyrobioną już w blogosferze markę, zdecydowała się na zmianę nazwy i adresu bloga. Dlaczego? Ponieważ jej wcześniejszy adres, choć charakterystyczny, niekoniecznie kojarzył się z książkami, a autorka musiała często tłumaczyć, o co właściwie w tej nazwie chodzi. I tak oto doskonały, działający od 2004 roku Kombajn zakurzonej we wrześniu 2014 stał się równie dobrym, choć póki co mniej znanym Czytam, bo muszę.


Ela Zdanowska, o której mowa, pisze nadal równie dobrze i uwielbiam czytać jej teksty. Wraz ze zmianą bloga poczuła chyba potrzebę kolejnych zmian i oprócz pisania do swoich pasji dorzuciła vlogowanie - razem z przyjaciółką prowadzi vloga Trochę kurtury. Ja z trudem przekonuję się do takich wynalazków jak vlogi, ale ten akurat oglądam chętnie, często zaśmiewając się do łez. Sprawdźcie sami! Zapraszam do odwiedzin u Eli i do sprawdzenia, o jakich książkach chce nam dzisiaj opowiedzieć!

*********************************************************************

Książka, która zmieniła twoje życie.

Jako dorosły człowiek przestałam wierzyć, że istnieje książka, która jest w stanie diametralnie zmienić czyjeś życie. Pamiętam za to kilka, które odcisnęły na mnie spore piętno.

Po pierwsze Chatka w lesie.

Chatka w lesie to historia o tym, jak matka wysyłała po kolei córki do ojca drwala, by zaniosły mu obiad do lasu.
Wszystkie się oczywiście gubią, trafiają kolejno do domku w lesie, gdzie mieszka staruszek i jego zwierzęta. Dwie pierwsze siostry u staruszka jedzą i zasypiają, nie myśląc ani o starcu, ani zwierzętach. Potem, w nocy, słuch po nich ginie. Najmłodsza najpierw karmi zwierzaki i podaje kolację dziadkowi. Rano okazuje się, że swoim altruizmem odczarowała zaklętego w starca królewicza. Od tamtej pory nie umiem zjeść sama, nim nie nakarmię rodziny i zwierząt. Oto prawdziwy wpływ literatury! Kęs chleba w gardle staje, jak pies na Ciebie patrzy :)

A psy są wiecznie głodne, jak wiadomo.

Po drugie serie Montgomery o Ani i Emilce, które nakładły mi do głowy samych dobrych wartości i marzeń o pisaniu. Od trzydziestu lat nie mogę się tego pozbyć.

I po trzecie Martin Eden Londona (gdyby miał być film, powiedziałabym że Erin Brockovich, wiadomo), bo jak większość ludzi uwielbiam historie cudzego sukcesu. Zwłaszcza wtedy, gdy jest on okupiony wyrzeczeniami, ciężką pracą i determinacją, której mi brakuje. Martin Eden wielokrotnie pomagał mi ruszyć z miejsca. Przy powtórkach kończyłam odpowiednio wcześniej, żeby się nie dołować.  

      

 

Mało znana książka, która zasługuje na uwagę.

Tu Was zaskoczę.

John Yokoyama i Joseph Michelli Kiedy ryby latają.

To książka biznesowa o tworzeniu inspirującego środowiska pracy, ewolucji małej firmy i o tym jak małe stoisko rybne może wyewoluować w firmę, która uczy wielkie korporacje zarządzania zespołem.

Jest może podejrzanie entuzjastyczna, ale wcale nie w amwayowskim stylu. Nie znajdziecie tu pięknego języka czy wielkiej literatury. Za to całkiem sporo prostych rozwiązań, które mogą wiele zmienić. Lubię do niej wracać, bo po cichu marzy mi się stworzenie firmy, w której wszystkim będzie się dobrze pracować. Pod każdym względem.

Książka, której nie powinno się sądzić po okładce.

Caitlin Moran. Jak być kobietą.

Książka z okładką przywodzącą na myśl pospolite romansidła, czy też opowieści o „zwariowanych 30-latkach”.

Kiedy ostatnio czytaliście książkę, przy której przynajmniej raz wybuchnęliście głośnym śmiechem? Przy tej rżałam nieustannie. A jest to książka... o feminizmie! No kto by się spodziewał, patrzą na okładkę.

Moran od jedenastu lat pisze felietony dla The Times, za które w ostatnich latach zgarnęła kilka nagród. Jak być kobietą napisała po to by „przywrócić słowu ‚feminizm’ właściwą definicję i uświadomić wielu kobietom, że są feministkami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy*”

Nie jest to książka dla:
1. purystów językowych
2. ludzi bez poczucia humoru
3. osób bardzo pruderyjnych
4. nie tolerujących przekleństw/wulgaryzmów
Jest to równocześnie jedna z lepszych książek jakie w ostatnich latach przeczytałam i dam do czytania mojej córce, gdy dorośnie. Nawet jeśli do tego czasu patriarchat padnie ;)


********************************************************************

Co sądzicie o książkach wybranych przez Elę? Zachwyca mnie obecność na liście "Martina Edena", jednej z ważniejszych książek mojego życia, a do listy lektur obowiązkowych dopisuję "Jak być kobietą"!

niedziela, 18 stycznia 2015

Podobno jutro jest najbardziej przygnębiający dzień roku. Trzeci poniedziałek stycznia (po angielsku nazywany Blue Monday) to dzień, w którym zdążyliśmy już zapomnieć o świątecznych dniach, a optymiści, którzy robili noworoczne postanowienia, często zdążyli już je złamać (jeśli chcecie przeczytać 52 książki w tym roku, zajrzyjcie tutaj). Do najbliższego urlopu jest bardzo daleko, a pogoda przeważnie nas w tym okresie nie rozpieszcza. Na szczęście my, mole książkowe, zawsze mamy nasze książki, herbatę, a niektórzy mruczącego kota... Jeśli więc dopadnie was zły nastrój, zajrzyjcie do polecanych przeze mnie książek. Gwarantuję, że poczujecie się lepiej!

1. Elizabeth von Arnim "Zaczarowany kwiecień"

Cudna, staroświecka opowieść o czterech Angielkach, które postanawiają wynająć na miesiąc zameczek w Toskanii. Nie znały się wcześniej, zaś pomysł wydaje im się równie egzotyczny jak wyprawa do Amazonii. Anglia jest jednak deszczowa i ponura, a wizja miesiąca w słońcu odmienia je nawet zanim wyjadą. A kiedy już znajdą się w Toskanii, wtedy zaczną się dziać prawdziwe cuda! Wszystko dzieje się w pierwszej połowie XX wieku, jest nieodparcie urocze, zabawne i pełne ciepła.

2. Irena Zarzycka "Dzikuska"

Książeczka, w której zaczytywałam się jako nastolatka. Naiwna historyjka, której bohaterką jest Ita, tytułowa dzikuska, nieokrzesana, zaniedbana dziewczynka, której brat postanowił, że czas ją ucywilizować. Zadania podejmuje się szlachetny młodzian, i oczywiście nie będziecie zaskoczeni, jeśli zdradzę, że wszystko zakończy się wielką miłością. Trącąca myszką, mocno grafomańska powieść, ale gwarantuję wam, że po jej lekturze zrobi wam się przyjemnie i lekko.

3. Maria Rodziewiczówna "Między ustami a brzegiem pucharu"

Skoro zaczęłam od staroświeckich historii, nie mogę zapomnieć o mojej ulubionej powieści Rodziewiczówny. Koniec XIX wieku, zepsuty niemiecki hrabia traci głowę dla całym sercem oddanej swojej ojczyźnie Polki. Początkowo jego zainteresowanie piękną Jadzią jest raczej kaprysem, jednak gdy okazuje się, że panna go nie chce i nim z całego serca pogardza, hrabia zaczyna się zmieniać. Rodziewiczówna napisała nie tylko całkiem zgrabną historię miłosną, ale także naprawdę piękną książkę o patriotyzmie, w dodatku zawierającą wszystkie elementy, które powinny wam poprawić humor w posępny, styczniowy wieczór - są tu namiętne wyznania, pojedynki, kuligi i bale. Wydaje mi się, że czytałam tę książkę ze trzydzieści razy, szkoda, że nie liczyłam.

Niedawno wszystkie książki Rodziewiczówny trafiły do domeny publicznej, "Między ustami a brzegiem pucharu" można więc przeczytać za darmo, legalnie (np. na Wolnych Lekturach).

4. James Herriot "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" i pozostałe książki

Cykl "Wszystkie stworzenia duże i małe" został napisany przez weterynarza. Nie byle jaki to jednak weterynarz - James Herriot pracował w niewielkiej wiosce w hrabstwie Yorkshire i musiał się zmagać z zaiste nietypowymi problemami. Odbierał porody w środku nocy, jeździł do nagłych przypadków w śnieżycach i zamieciach, próbował poradzić sobie nie tylko z owcami, ale przede wszystkim z ich właścicielami. Opisał to wszystko z prawdziwie angielskim poczuciem humoru, barwnie i żywo.

5. Gerard Durrell "Kraina szeptów", "Przeciążona arka" i wszystkie inne książki

Jeśli jest Herriot, nie może zabraknąć Durrella. Jego książki są lekiem na wszelkie zło. Niektóre ("Moja rodzina i inne zwierzęta", "Moje ptaki, zwierzaki i krewni", "Ogród bogów") opowiadają o dzieciństwie spędzonym na greckiej wyspie Korfu i przedziwnych perypetiach całej, mocno nietypowej, rodziny Durrellów. Inne dotyczą prowadzenia ogrodu zoologicznego na angielskiej z kolei wyspie Jersey, którego Durrell był założycielem i właścicielem. Kolejne to opowieści z wypraw łowieckich, w czasach Durrella bowiem łowiono zwierzęta, które następnie umieszczano w ogrodach zoologicznych (profesja dobrze znana miłośnikom Tomka Wilmowskiego). Durrell ma cięty język, a właściwie pióro, dar obserwacji i bezgraniczną miłość do zwierząt.


6. Georgette Heyer "Czarna ćma" i inne książki

Myślę, że rozumiecie, iż brak na tej liście "Dumy i uprzedzenia" oraz innych powieści Jane Austen wynika tylko z tego, że nie chcę pisać o tytułach oczywistych. Te lektury są doskonałym lekiem na chandrę. Jeśli jednak czytaliście je już mnóstwo razy i macie ochotę na coś nowego, a zarazem ciągnie was do epoki Regencji, zawrzyjcie znajomość z Georgette Heyer.

Niech was nie odstraszą kiczowate okładki. Georgette Heyer pisała wprawdzie romanse, nie są jednak tak koszmarne, jak mogłoby się wydawać. Wręcz przeciwnie - to całkiem zgrabne, utrzymane we właściwej konwencji opowieści wzorowane na powieściach z epoki. Sporo przygód, szczypta romantyki, bohaterowie, których da się lubić. W Wielkiej Brytanii Georgette Heyer ma szerokie rzesze miłośników, jej książki są często wznawiane, a nawet poddawane analizom krytycznoliterackim. Nie nastawiajcie się na nic szczególnego, ale jeśli lubicie romanse historyczne, to dlaczego nie?

7. Winifred Watson "Miss Pettigrew lives for a day"

Książka niestety nie wydana po polsku, ale warto spróbować poćwiczyć na niej swój angielski. Bajka o Kopciuszku w realiach Londynu lat trzydziestych ubiegłego wieku. Panna Pettigrew, samotna guwernantka, przeżywa najbardziej niezwykły dzień swojego życia. Cudna bajka, po przeczytaniu której świat wydaje się piękniejszy.

8. Peter Mayle "Rok w Prowansji" / Ferenc Máté "Winnica w Toskanii"

Książek o ludziach, którzy kupili stary dom gdzieś na południu Europy, nauczyli cieszyć życiem i delektować dobrym jedzeniem, jest mnóstwo. Dobrze sprawdzają się w roli poprawiaczy humoru, nie mogło ich więc na tej liście zabraknąć. Zdarzają się wśród nich lepiej i gorzej napisane pozycje - te dwie polecam z czystym sumieniem. Autorzy mają poczucie humoru, potrafią też śmiać się z samych siebie, jednocześnie zaś nie piszą tylko o sobie i swoich rozterkach. Ich książki to całkiem urocze zbiory opowieści o ich sąsiadach, o starych domach, w których zamieszkali i o całym zamieszaniu związanym z przeprowadzką.

9. Astrid Lindgren "My na wyspie Saltkrakan" (wydana też pod tytułem "Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku?")

Jedyna książka z tej listy, której nie mam - muszę to koniecznie nadrobić, bo z przyjemnością sięgałabym po nią częściej. Takie "Dzieci z Bullerbyn" dla nieco starszych czytelników - pięcioosobowa rodzina spędza wakacje na niewielkiej wyspie. Mają różne przygody, smucą się i żartują, cieszą życiem i swoim towarzystwem. Przeurocza i zabawna książka.

10. Frances Hodgson Burnett "Sekret markizy" i inne książki

Myślę, że nie ja jedna sięgam do dawnych lektur, gdy mam ochotę poprawić sobie nastrój. "Mała księżniczka" i "Tajemniczy ogród" to pewniaki, ale F. H. Burnett napisała dużo więcej książek. "Sekret markizy" to kolejna wersja bajki o Kopciuszku, podobnie jak inne pełna czaru i optymizmu. Stara panna (młodsza ode mnie, ha ha) niespodziewanie wychodzi za mąż za markiza (mi to nie grozi), ale wbrew pozorom to dopiero początek jej kłopotów. Paskudna polska okładka, lepiej obejrzyjcie angielską (tu).


Już dziesięć? Mogłabym bez trudu przygotować kolejną dziesiątkę - nie zmieściło się mnóstwo książek, mniej lub bardziej oczywistych. Napisałabym jeszcze o "Zamczysku w Otranto", przezabawnej powieści gotyckiej. Napisałabym o "The Diary of the Provincial Lady", gdyby nie to, że to kolejna książka nie wydana po polsku. Przypomniałabym o "Zdobywam zamek" Dodie Smith. Ale może Wy podzielicie się swoimi propozycjami poprawiających humor książek?

piątek, 16 stycznia 2015

Dzisiaj po południu przeprowadzam kolejny egzamin z historii literatury amerykańskiej. Kolejny w tym wypadku oznacza kolejny termin warunkowy. Czyli egzaminować będę ludzi, którzy oblali już ten przedmiot przynajmniej trzy razy.

Myślicie, że jestem zołzą i zadaję zbyt trudne pytania? Może mi się to nawet zdarza (komu się nie zdarza?) ale nie tym razem. Nie znoszę tych egzaminów i zawsze czuję się podłamana idąc na nie, toteż staram się pytać o sprawy podstawowe i o lektury najprzyjemniejsze. Jeśli mam do wyboru "Wielkiego Gatsby'ego" i "Wściekłość i wrzask", wybiorę Fitzgeralda, choć osobiście większą miłością darzę Faulknera. A jednak egzamin ten dla wielu studentów jest jakąś przerażającą próbą. Dlaczego? Może dlatego, że przeczytanie książki, całej książki, która ma więcej niż 10 lat, wydaje im się zadaniem ponad siły? Albo zwyczajnie jest ich zdaniem tak nudne, że szkoda im poświęcić kilka godzin swojego życia na to?

Nie wiem sama, wiem jednak, że nawet wśród ludzi, którzy czytają dużo i z przyjemnością, czytanie klasyki bywa bardzo niepopularne. Na grupach czytelniczych na Facebooku padają prośby o polecenie ciekawej książki, ale nie starszej niż pięć lat. Blogerzy książkowi przyznają się bez cienia zażenowania, że nie czytali Dostojewskiego, Dickensa, Bułhakowa albo nawet Sienkiewicza i że wcale tego nie żałują.

Szkoda.

Szkoda, bo sam fakt, że książka została napisana 50, 100 albo, o zgrozo, 200 lat temu nie oznacza, że jej lektura będzie zadaniem trudnym i nieprzyjemnym. Szkoda, bo wypowiadając się o książkach nowych, a nie znając ich poprzedników, nie mamy pełnego obrazu. Szkoda, bo czytanie dobrych książek to zajęcie wyjątkowo satysfakcjonujące, czasem nawet kształtujące, a nie bez powodu jakaś książka jest wciąż wydawana, czytana i dyskutowana 100 lat po jej premierze. Często tym powodem jest właśnie fakt, że jest po prostu, najzwyczajniej w świecie, bardzo dobra.

Na szczęście równie często widuję nieco inne sytuacje. Postanowienia ogłaszane na blogu i na grupach dyskusyjnych o czytaniu tzw. klasyki, o sięganiu po książki, których okładki nie połyskują z półek z bestsellerami. Często zresztą wznowienie jakiejś książki (i akcja promocyjna wydawnictwa) sprawia, że nagle sięgają po nią osoby, które jeszcze pół roku wcześniej o niej nawet nie myślały. To dobrze, oby jak najwięcej takich wznowień się pojawiało! Jak najwięcej nowych, dobrych tłumaczeń, jak najwięcej promocji.

Jeśli skłaniacie się ku tej drugiej grupie i chcielibyście przeczytać coś, co uchodzi za klasykę, mam dla was jedną podstawową radę.

Nie wstydźcie się!

Nie ma osoby, która przeczytała wszystko. Każdy z nas nie przeczytał czegoś, co teoretycznie "powinien". Komu nie zdarzyło się uniknąć jakiejś lektury obowiązkowej? Ja nie przeczytałam "Chłopów" (mam nadzieję, że moja polonistka tego nie czyta). Nie przeczytałam "Miasteczka Middlemarch", mimo podjętych rok temu prób! Nie czytałam "Braci Karamazow", Stendhala, "Pani Bovary", "Iliady" i "Odysei". Uczę o Szekspirze, a nie czytałam wszystkich komedii.

No, zrzuciłam to z siebie!

Italo Calvino (też klasyk) w książeczce o tym, dlaczego warto czytać klasyków, nieprzetłumaczonej niestety na polski, napisał, że często wstydząc, że czegoś nie czytaliśmy, udajemy, że sięgamy po to po raz drugi, by sobie "przypomnieć". Nie ma sensu tego robić! Tak naprawdę powinniśmy się cieszyć, że możemy sięgnąć po coś po raz pierwszy. To cudowne, móc przeczytać najwspanialsze dzieła literatury światowej jako człowiek dorosły, dojrzały, więcej rozumiejący.

Dlaczego by nie zacząć w 2015 przekonywać się na własnej skórze, że ani Stendhal, ani Dostojewski, ani Jane Austen nie gryzą? No dobrze, co do Stendhala pewności nie mam, jako że nie poznaliśmy się osobiście. Za Jane też nie ręczę, potrafi być kąśliwa.

Ja w tym roku mam zamiar (ponownie) poznać mieszkańców miasteczka Middlemarch. Zachęcona przez Marlowa, chcę bliżej poznać Homera. A poza tym mam ochotę na ponowne przeczytanie jednej z lektur, której chyba nie doceniłam jako licealistka.

Tak, ponowne czytanie klasyków też ma sens. Tak naprawdę sięgając po latach po szkolne lektury mam wrażenie, że czytam je po raz pierwszy.

Temat powraca na moim blogu jak bumerang. Pytałam kiedyś, czy lepiej jest czytać więcej czy mniej, a także o to, czy czujecie się oczytani. Wraca, bo wciąż mnie uwiera.

Żeby nie był to marudny tekst o niczym, kilka rad na koniec.

1. Przyznaj się, choćby przed sobą, że czegoś nie czytałeś.

2. Traktuj lekturę jak przygodę.

3. Nie żałuj czasu na to, by wrócić do książek kiedyś przeczytanych - czytanie ich w wieku dorosłym jest zupełnie innym doświadczeniem.

4. Poznaj kontekst. Przed lekturą lub po niej, jak wolisz, spróbuj dowiedzieć się czegoś więcej o danej książce i jej autorze. Często ten kontekst pozwoli ci bardziej docenić książkę, choć oczywiście powinna ona się bronić sama w sobie.

5. Bądź krytyczny, nie musisz padać na kolana przed czymś tylko dlatego, że ma więcej niż 50 lat. Bądź jednak też otwarty i nie uprzedzaj się za wcześnie - w innych epokach pisało się często inaczej.

6. Nie bój się. Wielkie książki mają to do siebie, że potrafią przemówić do czytelnika o kilka pokoleń młodszego. Musisz ich tylko posłuchać. Calvino powiedział, że klasyk to taka książka, która nigdy nie przestała mówić tego, co ma do powiedzenia.

7. Smakuj piękno języka. Ci ludzie potrafili pisać. Zwróć na to uwagę, nie pędź do przodu, by jak najszybciej dowiedzieć się, jak to się wszystko skończy.

8. Rozmawiaj o książce. Zrozumiesz ją lepiej, wymieniając z kimś opinie.


Dorzucicie coś od siebie?


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...