środa, 10 lutego 2016

Długo czekałam, żeby napisać o „Ścieżkach północy”. Miałam nadzieję, że słowa nagle spłyną i będę wiedziała, jak napisać o książce, która opowiada o rzeczach, o których opowiedzieć nie sposób. Niestety, wszystko, co układam sobie w głowie, wydaje się puste i niestosowne. Muszę pogodzić się z tym, że ten tekst nie przyjdzie łatwo i nie odda sprawiedliwości książce Richarda Flanagana.

On zresztą też długo walczył, by napisać tę książkę. Spalił pięć pierwszych wersji, i sam przyznał w jednym z wywiadów, że tak naprawdę nie chciał jej pisać. Obawiał się jednak, że jeśli zrezygnuje, nie będzie już w stanie napisać nic innego. „Ścieżki północy” musiały zostać napisane, i to musiały zostać napisane właśnie przez tego pisarza – człowieka, którego ojciec był japońskim więźniem podczas II wojny światowej i przeżył.

Budowa kolei z Tajlandii do Birmy, nazywanej często Koleją Śmierci, to jeden z wielu koszmarnych epizodów tamtej wojny. Będący w trudnej sytuacji Japończycy, którzy opanowali Birmę, potrzebowali linii kolejowej, która ułatwiłaby przewożenie towarów z Tajlandii. Wysłali więc swoich oficerów i setki tysięcy jeńców wojennych do dżungli, nie wyposażając ich w żadne narzędzia. Pod nadzorem Japończyków, którzy wierzyli, że śmierć podczas wykonywania rozkazów cesarza uwolni jeńców od hańby, jaką było trafienie do niewoli, mężczyźni karczowali gęsty las tropikalny gołymi rękami. Nie jest możliwe policzenie, ilu z nich zginęło podczas realizacji tego projektu. Mówi się nawet o stu tysiącach ofiar, z których dwanaście tysięcy to Australijczycy.

Jak opowiedzieć o czymś, co wykracza poza nasze pojmowanie? Flanagan idzie w ślady Kurta Vonneguta, szatkując swoją opowieść na kawałki i rezygnując z chronologicznej narracji. Dorrigo Evans jako mały chłopiec, któremu zrobił się krwiak pod paznokciem. Starzejący się, żonaty Dorrigo, który pisze przedmowę do albumu zawierającego rysunki jego dawnego kolegi z obozu. Dorrigo na przepustce, zakochany i niepewny. Stanowiące trzon opowieści sceny z życia obozowego początkowo pojawiają się tylko jako migawki, mroczne przerywniki w opowieści o miłości, dopiero z czasem przejmując całkowitą kontrolę nad fabułą.

Tych scen z położonego w głębi dżungli obozu nie zapomnicie nigdy. Australijczycy zmuszani są do pracy, chociaż umierają z głodu i z powodu chorób. Codziennie rano wędrują kilometrami przez dżunglę, by dotrzeć na miejsce budowy. Niektórzy są tak słabi, że idą na czworakach. Nie mają ubrań, jedynie nędzne przepaski na biodrach i kapelusze. Dostają kulkę ryżu, która ma im starczyć na cały dzień. Kiedy Japończycy zaczną dostrzegać, że tej kolei nie da się wybudować, winą za to obarczają jeńców, którzy są zbyt leniwi i nie potrafią się zmobilizować do pracy, kiedy są chorzy. Biją ich więc i wydłużają czas pracy, która wkrótce toczyć się będzie dniem i nocą. Umierają kolejni koledzy Dorriga, niektórzy od bicia, inni od chorób lub z wycieńczenia, a czytelnikowi z coraz większym trudem przychodzi przewracanie kolejnych stron. Flanagan pisze prostym językiem, bez żadnych ozdobników, a jego akapity są brutalne i graficzne.

Australijczycy zachowują pewne poczucie wspólnoty, które chyba pomagało im przetrwać. Dzielą się racjami żywnościowymi, które są tak mizerne, że określenie ich tym mianem brzmi jak szyderstwo. Prowadzą osuwających się kolegów do prowizorycznych latryn, opowiadają sobie dowcipy, dzielą skrawkami odzieży. Dorrigo, obozowy lekarz, co rano targuje się z japońskim oficerem o to, ile osób będzie mógł zostawić w baraku, który nazywa szpitalem. Tak naprawdę negocjacje toczą się o to, ilu ludzi dzięki temu przeżyje jeszcze ten jeden dzień, a Dorrigo chcąc ocalić część dni, staje się wysłannikiem śmierci dla pozostałych.

Jak to możliwe, że naród, który tworzył haiku, poezję piękną i czystą, potrafił dopuścić się takich czynów? Flanagan próbuje wniknąć w umysł oprawców, śledzi ich powojenne losy i opowiada o tym, jak sami przed sobą się usprawiedliwiali, jak byli przekonani, że są dobrymi ludźmi. Niektórych to zawirowania historii umieściły w roli oprawców w tym konkretnym miejscu i czasie, ci jednak mu się nie oparli. Ich los ma tak samo mało sensu, jak los jeńców, tracących życie przy budowie kolei, którą kilka lat później na powrót pochłonie dżungla.

Flanagan się jednak sensu nie doszukuje. Już na początku powieści mały Dorrigo domaga się wyjaśnień, „dlaczego świat jest taki, a nie inny”. Matka odpowiada mu: „Świat jest. (…) Po prostu jest”. A świat, w którym przyszło żyć Australijczykom, którzy trafili do japońskiej niewoli, jest po prostu pozbawiony sensu. Nawet miłość nie jest w stanie nadać mu znaczenia. Liczy się tylko jedno – przetrwać, podnieść się po najgorszym nawet razie i iść dalej.

Moja ocena: 6/6

Richard Flanagan "Ścieżki północy"

tłum. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie 2015



poniedziałek, 08 lutego 2016

188 lat temu urodził się pisarz, którego książki silnie nigdyś zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią. "Tajemnicza wyspa" była jedną z lektur, które pokochałam miłością bezkrytyczną. Czytałam ją po wielokroć, marząc o tym, by kiedyś przeżywać podobne przygody. Po latach postanowiłam do niej wrócić, obawiając się nieco, że dawny czar pryśnie. Na szczęście moje obawy były niesłuszne - "Tajemnicza wyspa" wciąż roztacza swoją magię. Co więcej, dopiero po przeczytaniu jej jako osoba dorosła zrozumiałam, jak wielki wpływ miał Verne na moje postrzeganie świata.

Ta książka to modelowa powieść przygodowa. Pięciu mężczyzn zostaje wziętych do niewoli podczas wojny secesyjnej. Decydują się na ucieczkę balonem, jednak nie wszystko idzie tak, jak planowali - sztorm spycha ich w nieznanym kierunku, aż wreszcie balon spada. Na szczęście udaje im się dotrzeć do brzegu wyspy, która okazuje się doskonałym schronieniem. W ciągu kolejnych miesięcy budują sobie wygodny dom w skale (które dziecko nie marzyło o podobnym?), zaczynają uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, wypalać garnki, szyć ubrania. Ujarzmiają przyrodę, a ta im się poddaje, użyczając surowców, owoców, lekarstw. Wyspa, którą nazywają imieniem swojego idola, Abrahama Lincolna, wydaje się rajem. Oczywiście, do czasu.

Urzekała mnie łatwość, z jaką tych pięciu mężczyzn potrafiło podporządkować sobie naturę, nie dzięki przypadkowi, ale dzięki wiedzy, jaką posiadał Cyrus Smith, inżynier, i dzięki pracowitości pozostałej czwórki. To książka o tym, jakie niesamowite możliwości daje wykształcenie i współpraca z innymi. To istotny motyw, bo przecież żaden z mężczyzn nie dałby sobie rady sam, zresztą w książce pojawia się wątek, który pokazuje, jak trudno jest człowiekowi, który samotnie musi zmierzyć się z życiem w dziczy.

Wyspa jest swoistym mikrokosmosem. Jest na niej wszystko, czego tylko mogą potrzebować rozbitkowie. Aby ją oswoić, mężczyźni nadają nazwy poszczególnym miejscom - rzece, zatoce, górom. W ten sposób biorą to miejsce w posiadanie, zarazem je oswajając, podobnie zresztą postępują bohaterowie innych powieści Verne'a, jak choćby "Podróży do wnętrza Ziemi". Potrafią też nazwać wszystko, co na wyspie znajdą. Nastoletni Hubert zna nazwy roślin i zwierząt, inżynier potrafi rozpoznać skały, marynarz rozróżnia wiatry i prądy morskie. Ta zdolność do nazwania rzeczy jej imieniem zawsze mnie zachwycała - kto wie, czy to nie lektura "Tajemniczej wyspy" sprawiła, że zaczęłam się uczyć nazw ptaków i roślin, co kontynuuję do dzisiaj.

Mieszkańcy wyspy nie są jednak wszechmocni. Budują wytrwale swój mały, wygodny świat, ale też los im sprzyja. Dopóki są zdrowi, zaś wyspa jest bezpiecznie odizolowana od świata, nic im nie grozi. Kiedy jednak dzieje się coś złego, mogą zawsze liczyć na interwencję opatrzności, która w tej powieści przybiera dość zaskakującą formę. Wiedzą, że ktoś nad nimi czuwa i przyjmują to w sposób naturalny, jedynie inżynier pragnie dowiedzieć się czegoś więcej, godząc się jednak z myślą, że być może nigdy mu się to nie uda.

Rozbitkowie nie boją się świata, bo też świat widziany ich oczami nie jest groźny. Skupiają się na dobrych stronach swojego położenia, nie przejmując tym, nad czym nie mają kontroli. Badają wyspę i zachwycają się obfitością jej zasobów, z rzadka tylko wyrażając tęsknotę za czymś, co utracili. Bardzo szybko zresztą zaczynają wierzyć, że wszystko jest kwestią czasu, i że w odpowiednim momencie inżynier wyprodukuje dla nich tytoń, upiecze chleb i spełni wszystkie inne zachcianki. Wszystko, co robią zdaje się proste i naturalne, a wszechświat w postaci wyspy stale im sprzyja. Kiedy zaś coś toczy się nie tak, z pomocą przychodzi jakaś tajemnicza siła.

Nie zdradzę, czy ta sielanka ma szanse trwać wiecznie, bo może są wśród czytelników tego blogu osoby, które nie czytały "Tajemniczej wyspy". Jeśli tak, zachęcam was serdecznie do nadrobienia tego. To urocza i wciągająca książka, która często wygrywa w rankingach na najbardziej lubianą powieść Verne'a. Warto wprawdzie wiedzieć, że jest ostatnią częścią tzw. trylogii vernowskiej, której pierwszą częścią są "Dzieci kapitana Granta", a drugą "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi", jeśli więc myślicie o lekturze tamtych książek, dobrze byłoby zachować odpowiednią kolejność. Ja zaś planuję lekturę kolejnych książek Verne'a - czytałam nie więcej niż dziesięć z około osiemdziesięciu książek, które napisał, mam więc w czym wybierać!

sobota, 06 lutego 2016

Przewróciłam ostatnią stronę, popatrzyłam przez chwilę w przestrzeń i ponownie otworzyłam książkę. Najchętniej przeczytałabym ją w tym momencie jeszcze raz - dawno mi się to już nie zdarzyło. Przeglądałam ją jeszcze przez kilkanaście minut, zastanawiając się, czy znajdę to, czego szukam, po czym z żalem odłożyłam.

Czytanie książek Kate Atkinson to zawsze przygoda. Czytamy powieść obyczajową - główna bohaterka umiera na drugiej stronie. Czytamy kryminał, a tu detektyw cytuje poezję Emily Dickinson. Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Jackson Brodie, bohater czwartej już książki Atkinson, którą można określić mianem kryminału, obsesyjnie poszukuje zaginionych dziewcząt, i w pewnym momencie stwierdza:

Na tym właśnie polegało rozwiązywanie zagadek: należało dopaść owo „coś”, przygwoździć je do ziemi i zmusić do mówienia. Zupełnie jakby brało się udział w grze – takiej, w której zasady oraz tożsamość pozostałych graczy są nieznane i w której nie do końca wiadomo, o co chodzi.

Lektura "O świcie wzięłam psa i poszłam..." jest taką właśnie grą. Bierze w niej udział czytelnik, który próbuje dopaść owo "coś", nie mając przy tym zbyt wielu danych. Znikają dzieci i to one zdają się stanowić motyw łączący wszystkie wątki. Pewne dziecko zostaje znalezione w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach, inne zostaje porwane w Niemczech. Dorosła kobieta szuka śladów swoich prawdziwych rodziców, chcąc dowiedzieć się prawdy o swoim dzieciństwie. Emerytowana policjantka, Tracy Waterhouse, pod wpływem impulsu kupuje dziecko od pewnej prostytutki. Czytelnik co rusz przenosi się w czasie i przestrzeni, próbując zorientować się, kto prowadzi grę, a kto jest tylko pionkiem, i o co w ogóle w tej grze chodzi.

Brzmi tajemniczo? To dobrze, bo to jest tajemnicza książka. Ma cechy kryminału, ale trudno ją jednoznacznie sklasyfikować. Atkinson snuje po prostu opowieść, wciągając nas w świat swoich bohaterów i sprawiając, że przestajemy się zastanawiać, czy zaraz nastąpi jakieś morderstwo i kto będzie sprawcą. W tej książce nie ma papierowych bohaterów, są postaci z krwi i kości, a czytelnik towarzyszy im po prostu przez kilka dni ich życia. Dość niezwykłych dni, trzeba to przyznać.

Nie tylko my poznajmy bohaterów, oni także poznają samych siebie, a także swoich bliskich. Tracy nigdy by nie pomyślała, że pewnego dnia kupi dziecko! Ona? Praworządna policjantka? Jackson niespodziewanie dla samego siebie przygarnia psa. Jego klientka pragnie za wszelką cenę poznać swoją prawdziwą tożsamość. My zaś chcemy się dowiedzieć, kim jest dziewczynka kupiona przez Tracy. Wszyscy szukają informacji o sobie lub o innych, a poszczególne wątki przeplatają się. Spodziewamy się, że w finale wszystko się zazębi i wyjaśni, ale to powieść Kate Atkinson, więc nie wszystko potoczy się tak, jak oczekujemy.

Wnikliwy czytelnik dostanie dodatkowe zagadki do rozwiązania. Atkinson ukryła w swojej powieści setki aluzji literackich, z których tylko niektóre są oznaczone. Pierwsza z nich kryje się już w tytule, który jest początkiem wiersza Emily Dickinson. Emily Dickinson pojawia się zresztą często - Atkinson przyznaje, że to jej ulubiona poetka, Jackson odkrywa więc w sobie upodobanie do jej wierszy. Powieść zamyka inny wiersz Dickinson - "Nadzieja", zacytowany w całości. Jednak Atkinson nie poprzestaje na tym. Jej strony pełne są aluzji do Szekspira, poetów metafizycznych, pojawiają się odniesienia do Cormaca McCarthy'ego. Łatwo je przegapić, ale odszukiwanie ich sprawia wiele przyjemności.

Autorka nie wszystko wyjaśnia, zostawiając czytelnika i swoich bohaterów z pytaniami bez odpowiedzi, ale też z nadzieją - upierzonym stworem na gałązce duszy, który śpiewa nie milknące melodie. Może to lepiej, że niektóre sprawy pozostały tajemnicą. Tak jak w życiu, możemy się czegoś domyślać, na coś mieć nadzieję, czekać na wyjaśnienia, które może kiedyś nadejdą.

Moja ocena: 5/6

Kate Atkinson "O świcie wzięłam psa i poszłam"

Tłum. Aleksandra Wolnicka

Wyd. Czarna Owca 2016

 

„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące –


W świście Wichru – brzmi uszom najsłodziej –
I srogich by trzeba Nawałnic –
Aby spłoszy ć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić –


Śpiewał mi już na Morzach Obcości –
W Krainach Chłodu –
Nie żądając w zamian Okruszka –
Choć konał z Głodu.

Emily Dickinson,
przekład Stanisława Barańczaka



poniedziałek, 01 lutego 2016

Spędziliśmy właśnie cały tydzień w górach, jeżdżąc na nartach (w Zieleńcu śnieg jest zawsze, serio!), czytając książki, grając w planszówki i wędrując po polach i lasach. Dzisiaj w pracy koleżanka spytała mnie, czy nie baliśmy się złej pogody i tego, że nasza córka będzie się nudzić. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

Jeździmy z Olą po świecie od zawsze. Kiedy miała kilka lat, wchodziła z nami na górskie szczyty w Norwegii i wstawała w środku nocy, żeby zobaczyć wschód słońca nad indonezyjskim wulkanem. Bez mrugnięcia spędza 12 godzin w samochodzie albo dwa dni w pociągu. Je rzeczy, ktorych nie potrafi nazwać, nie boi się spróbować czegoś nowego, zjada potrawy tak ostre, że wiele osób nie potrafiłoby ich przełknąć. Potrafi wymienić dziesiątki stolic, rzek, wie, jak pachnie dżungla i umie siedzieć bez ruchu, by zobaczyć szczekuszkę lub sóweczkę.

Myślicie, że mamy szczęście? Że trafiło nam się cierpliwe i zainteresowane światem dziecko? Tak uważa wiele moich koleżanek, które powtarzają, że ich dzieci nigdy by tego nie wytrzymały, zanudziłyby się, a cały wyjazd byłby męczarnią. Nie umiem stwierdzić, czy tak rzeczywiście by było, wiem jednak, że nasza córka nie urodziła się z umiejętnością jedzenia curry i spędzania wielu godzin w niewygodnym pojeździe. Nauczyliśmy ją tego.

I także ta nauka zaczęła się od książek. Książek, zabawek, map, kolorowanek - wszystkiego, co pomaga rozbudzić w dziecku zainteresowanie światem. Nawet długa podróż nie będzie nudna, jeśli dziecko będzie wiedziało, przez jakie okolice jedzie, co ciekawego czeka na nie u celu i co można zobaczyć po drodze.

Książki o podróżach

My zaczęliśmy od książek dość prostych i kolorowych. Seria o Neli, małej podróżniczce, to taka literatura podróżnicza w wersji pop. Nela jeździ po świecie i opowiada o egzotycznych miejscach. Nic szczególnego, ale dla kilkuletniej dziewczynki odkrycie, że inna dziewczynka w jej wieku może mieć takie przygody, było czymś niezwykłym. Na drugi ogień poszedł Bear Grylls w wersji dla dzieci - seria "Misja: przetrwanie" rozbudza wyobraźnię i pomaga przekształcić męczące przeżycia w ekscytujące przygody. Cudowne książki Łukasza Wierzbickiego poszerzały horyzonty, zwłaszcza kiedy przekonałyśmy się, że ten autor prowadzi niesamowicie inspirujące spotkania z czytelnikami.


Oprócz książek o podróżach, w biblioteczce mojej córki pojawiało się też wiele encyklopedii przyrodniczych i atlasów. Czytaliśmy je razem i rozmawialiśmy o tym, dokąd trzeba pojechać, żeby je zobaczyć, jak trudno się tam dostać i co zrobimy, żeby sobie z tymi trudami poradzić.

Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale książki to jeszcze nie wszystko. Tu mnie macie - mam w domu coś oprócz książek!

Puzzle, gry, kolorowanki

Rzadko widuję mój stół kuchenny w całej okazałości. Przeważnie leżą na nim setki puzzli, co zresztą spostrzegawczy czytelnicy mogli zauważyć na niektórych zdjęciach na tym blogu. Układamy całą rodziną, często angażując znajomych. Te puzzle mamy od niedawna, ale już wiemy, że będziemy je układać często, bo dawno żadna układanka nie sprawiła nam tyle radości!


Mapa świata podzielona na 1500 elementów? Okazało się, że to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska różnym krajom, jeziorom i wysepkom. Nie dopasowujemy na ślepo, tylko analizujemy nazwy widoczne na każdym kawałku. Przy okazji jest to niezłe ćwiczenie lingwistyczne - trzeba zastanawiać się, czy dana nazwa brzmi po hiszpańsku czy raczej po rosyjsku? Wcześniej układaliśmy nieco prostsze układanki, które są świetne do nauki geografii - kto potrafi bezbłednie umiejscowić wszystkie europejskie kraje? A jeśli Europa nie stanowi wyzwania, to może Azja? Poszczególne elementy mają kształt danych państw.


Kiedy puzzle się znudzą, można sięgnąć po grę planszową. Graliście kiedyś w Faunę? Najlepsze jest w niej to, że dorośli wcale nie mają większych szans na wygraną! Moja córka lubi także kolorować, wpisuje się zresztą doskonale w panującą właśnie modę. Mam nadzieję, że dzięki tej kolorowance zapamięta wreszcie, gdzie leży Sandomierz, a gdzie Zamość.


Planując podróż, zawsze włączaliśmy Olę w przygotowania. Studiowała ze mną mapy, zaznaczając miejscowości o śmiesznych nazwach. Przeglądałyśmy zdjęcia miejscowych dań, zastanawiając się, jak będą smakować. Przed każdym wyjazdem zakładałam nam obu dzienniki podróży. Na pierwszej stronie zamieszczałyśmy listę rzeczy do spakowania, a potem ja zapełniałam swój zapiskami z drogi, a Ola rysunkami. Czy jechałyśmy nad Biebrzę, czy do Toskanii, czy do Chin - Ola zawsze wiedziała, co tam warto zobaczyć i podobnie jak my, miała swoją listę rzeczy, które chce zrobić i zobaczyć. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dziennikowi i dobremu przygotowaniu dawała sobie radę nawet podczas długich i męczących tras. Oczywiście, miewała kryzysy - opowieść o jej pierwszym trekkingu w dżungli, kiedy przewróciła się na glinie i upadła na kolczasty krzew, a potem chlipała przez godzinę, pomrukując pod nosem: A mogłam jechać z dziadkami nad morze, by w sekundę zapomnieć o swoim zmęczeniu, kiedy zobaczyła wśród gęstwiny tapira, zyskała już w rodzinie status legendy. Wiadomo, że wyjazdy są męczące, dla dzieci i dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że nie warto?

Kiedy byłam mała, o podróżach mogłam tylko pomarzyć. Godzinami obracałam globus, wyobrażając sobie, że pływam żaglówką między wyspami Mikronezji albo że wspinam się na himalajskie szczyty. Teraz świat jest inny, podróżowanie jest proste. Może warto przełamać swoje lęki i zainteresować dziecko światem? Wiadomo, nie każdy chce jechać na koniec świata, jeśli jednak wizja wyjazdu nad morze przeraża was i nie wiecie, jak zająć dziecko w trakcie kilkugodzinnej podróży, może spróbujcie przygotować je już wcześniej? Zaraźcie je miłością do świata i przyrody, a każde wakacje staną się prostsze. Trzeba tylko uwierzyć we własne dzieci i w to, że dadzą radę! Zjedzą niedobre jedzenie, jeśli będą głodne i zadowolone z siebie, wejdą na górę, jeśli będą wiedziały, po co to robią, prześpią się po namiotem równie chętnie, jak w ładnym hotelu - dajmy im tylko szansę się na to przygotować.


Wpis powstał we współpracy z księgarnią ArtTravel.pl, w której się po prostu zakochałam!  Rzadko polecam tu konkretne księgarnie, ale ta wypełnia pewną lukę i będę do niej często zaglądać, choćby w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych :)

* * *

Polecam też wpisy o podróżach z dzieckiem na Innych stronach:

Projekt - parki narodowe

Z dzieckiem do galerii sztuki

* * *

A może polecicie jakieś inne książki podróżnicze dla dzieci, albo zabawki, które pomogą zainteresować dziecko podróżami i światem? Przypuszczam, że pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, których nie znam, bo moja córka jest na nie za duża!

czwartek, 21 stycznia 2016

W dzieciństwie uwielbiałam książki Centkiewiczów. Życie na Grenlandii wydawało mi się niezwykle romantyczne. Chciałam mieć igloo zamiast domu, ubierać się w kilkanaście warstw skór i żyć w ciemnościach przez całą zimę. Kwestię polowań jakoś pomijałam, zimno również wydawało się drugorzędne. Do dzisiaj pozostał mi sentyment do zimnych i pustych krain, a tundra zajmuje bardzo wysoką pozycję na miejscu moich ulubionych miejsc wakacyjnych. Po lekturze książki amerykańskiego dziennikarza Mitchella Zuckoffa, grenlandzkie lodowce nagle nabrały nowego kolorytu. Zawsze wiedziałam, że Arktyka jest niebezpieczna, jednak tego, przez co przeszli bohaterowie tej książki, nie byłam sobie w stanie wyobrazić.

Trzy katastrofy

"Lodowe piekło" to opowieść o trzech katastrofach lotniczych, które miały miejsce na Grenlandii w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim o ludziach, którzy w tych katastrofach brali udział. Początkowo wydawało mi się, że ciąg wydarzeń, który opisuje Mitchoff, jest całkiem nieprawdopodobny. Najpierw rozbija się samolot transportowy z pięcioma lotnikami na pokładzie. Wiadomo, że wszyscy przeżyli, na ich poszukiwania zatem wyruszają załogi innych samolotów. Cztery dni później rozbija się jeden z samolotów biorących udział w poszukiwaniach, na pokładzie ma dziewięć osób. Znowu wszyscy przeżyli, teraz więc trzeba szukać dwóch samolotów. Prawie trzy tygodnie później ginie bez śladu kolejny samolot, którego dwaj piloci dokonali rzeczy niezwykłej - dotarli do jednego z wraków, wylądowali na lodowcu, zabrali dwóch wycieńczonych mężczyzn i odstawili ich bezpiecznie na pokład amerykańskiego kutra. Następnego dnia powrócili po kolejnych rozbitków, zabrali jednego z nich, po czym w trakcie lotu powrotnego prawdopodobnie rozbili się o lodowiec.

Takie nagromadzenie katastrof nie było chyba jednak niczym niezwykłym na Grenlandii w trakcie II wojny światowej. Amerykańskie samoloty lądowały na tej największej wyspie świata w drodze do Anglii, by uzupełnić paliwo. Wiele z nich nie docierało do celu. Latanie nad Grenlandią było niczym hazard. Urządzenia pomiarowe pokazywały jedynie wysokość nad poziomem morza, łatwo było więc wlecieć prosto w zbocze góry, których na tamtych obszarach nie brakuje, a których nie sposób dostrzec w gęstej mgle lub śnieżycy. Piloci tracili orientację i nie byli w stanie określić, w którą stronę lecą. Kiedy urywała się łączność, odnalezienie zaginionego samolotu było bardzo trudne.

Na lodowcu

Tym razem jednak jeden z rozbitych samolotów udało się odnaleźć. Dziewięciu mężczyzn z samolotu B-17 schroniło się w tylnej części przełamanego na pół samolotu. Jeden miał połamane żebra, jeden odmrożenia na stopach, ale ogólnie byli w niezłym stanie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien drobiazg. A może nawet dwa. Był listopad. Zaczynała się arktyczna zima. A samolot rozbił się na lodowcu, między licznymi szczelinami, które ukryte były pod świeżym śniegiem. Poruszanie się na piechotę było wykluczone - boleśnie przekonał się o tym jeden z rozbitków, który odszedł o kilka kroków za daleko. Nie było także mowy o tym, żeby między szczelinami wylądował jakikolwiek samolot ratunkowy. Dziewięciu mężczyzn było całkowicie odciętych od świata.

Na szczęście nie groziła im śmierć z głodu - kiedy zostali zauważeni, wojskowe samoloty zaczęły zrzucać im paczki z zaopatrzeniem. Problemem było precyzyjne celowanie, jako że niemożliwe było zbieranie paczek, które spadły kilka metrów od samolotu. Oprócz prowiantu, w paczkach była ciepła odzież i śpiwory, jednak we wraku samolotu cały czas panowała ujemna temperatura, i nie mówię tutaj o kilku stopniach poniżej zera. Wszystko przemakało, zaś wysuszenie śpiworów i kurtek nie było możliwe.

Nierówna walka

Macie bujną wyobraźnie? Spróbujcie wymyślić, co mogło pójść nie tak podczas organizowanej w sekrecie akcji ratunkowej, a ja wam zdradzę, że wszystko, co wymyśliliście, stało się naprawdę. Szalały burze śnieżne, ludzie odmrażali sobie części ciała, wpadali do szczelin, chorowali fizycznie i psychicznie. Psuł się sprzęt, ratownicy pakowali się w tarapaty, a wszystko to trwało 148 dni. 148 dni spędzonych na lodowcu podczas arktycznej zimy.

Autor sporo faktów zdradza już na początku książki. Wiemy, ilu mężczyzn zostanie na zawsze wśród lodów Grenlandii, choć nie znamy nazwisk wszystkich ofiar. Wiemy, że pierwszy rozbity samolot nigdy nie został odnaleziony. Wiemy, że ratownicy, którzy ocalili dwóch rozbitków, przepadli bez śladu. Być może lepiej byłoby nie znać tak wielu istotnych szczegółów już na wstępie. A jednak od lektury nie sposób się oderwać, a napięcie praktycznie nie słabnie.

Mogę zarzucić autorowi, że za dużo miejsa poświęca sprawom technicznym, że pisze dość schematycznie, starając się przekazać czytelnikowi wszystko, co wie. Kiedy pojawia się jakakolwiek nowa postać, autor czuje się w obowiązku zrelacjonować całą biografię tej osoby, zaczynając od miejsca urodzenia. Mimo to przeczytałam "Lodowe piekło" w ciągu dwóch wieczorów, niecierpliwie przerzucając kartki z nudniejszymi fragmentami. Chciałam się tylko dowiedzieć, jakim cudem ci młodzi, często zupełnie niedoświadczeni mężczyźni przetrwali to piekło.

I w tym aspekcie Mitchell Zuckoff nie zawodzi. Doskonale prowadzi narrację, pokazując nam, co działo się w głowach każdego z nieszczęsnych rozbitków. Opowieść o katastrofie okazuje się tak naprawdę opowieścią o niesamowitej odwadze, sile i wytrwałości. O tym, jak proste rytuały pomagają przetrwać niewyobrażalne.

To oczywiście bardzo amerykańska książka. Jaki inny kraj zresztą z takim poświęceniem ratowałby swoich ludzi? Pieniądze nie grały żadnej roli, szanse powodzenia również. Cała akcja wydawała się niemożliwa do przeprowadzenia, ale nikt nie miał wątpliwości, że trzeba ją przeprowadzić.

Współczesny wątek jest zresztą równie amerykański. W 2012 roku na Grenlandię wyruszyła grupa zapaleńców, którzy postanowili odnaleźć zaginione ciała dwóch ratowników i jednego rozbitka i przywieźć je do domu. Ten wątek jest tak naprawdę najmniej interesujący, ale zgrabnia spina całość.

Jeden z biorących udział w akcji ratunkowej lotników powiedział: "Arktyka to bezlitosny wróg. Walczy z tobą każdą bronią, jaką ma pod ręką, atakuje bez ostrzeżenia, a najmocniej uderza wówczas, gdy wydaje ci się, że już ją pokonałeś". Okazuje się, że nawet z takim wrogiem można czasem wygrać, choć koszty tej nierównej walki są niewiarygodnie wysokie.

Moja ocena: 5/6

Mitchell Zuckoff "Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii"

Tytuł oryginalny: Frozen in Rime. An epic story of survival and a modern quest for lost heroes of world war II

Tłumaczenie Mariusz Gądek

Wydawnictwo Znak literanova 2016

niedziela, 17 stycznia 2016

Czytacie trudne książki? Trudne, czyli takie, które czyta się nie tylko dla rozrywki, ale po to, żeby poszerzyć sobie horyzonty i dowiedzieć się czegoś nowego o tym, jak można pisać. Takie, których lektura stanowi prawdziwe wyzwanie i którym czasem, mimo szczerych chęci, nie możemy sprostać. Wyzwania dotyczące liczby przeczytanych w ciągu roku książek są bardzo popularne, ale dlaczego nie mielibyśmy spróbować czegoś innego? Może to właśnie w tym roku uda nam się przeczytać książki, których lekturę od zawsze odkładamy na później? Dla tych, których ten pomysł kusi, przygotowałam listę dziesięciu książek uważanych za trudne, z którymi na pewno warto się zmierzyć.

Oczywiście, książka może być trudna dla jednego czytelnika, a przystępna dla innego. „Trudność” nie jest mierzalna i może podlegać dyskusji. Wybrałam książki, które mogą uchodzić za trudne z wielu powodów – czasem ze względu na objętość i zawiłą fabułę, czasem zaś z powodu eksperymentalnego stylu. Nie ujęłam tu książek, które mogą być trudne, ponieważ dotykają ciężkich, zasmucających tematów – uważam, że stanowią oddzielną kategorię. Na liście znalazły się zarówno książki, które czytałam i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że warto się z nimi zmierzyć, jak i takie, których lekturę dopiero planuję. Może właśnie w tym roku?

1. William Faulkner „Wściekłość i wrzask”

Nie czytałam wszystkich książek Faulknera, jednak z tych, które czytałam, największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie ta i wracam do niej od czasu do czasu. Trudność leży w sposobie narracji, prowadzonej momentami w formie rasowego strumienia świadomości. Co gorsza, narratorów jest trzech, a pierwszym z nich jest upośledzony psychicznie chłopiec, który nie potrafi snuć spójnej opowieści. Czy jednak warto się z taką lekturą zmierzyć? Zdecydowanie tak – to niesamowita, wielopłaszczyznowa książka, która powoli odkrywa swoje tajemnice. Po przewróceniu ostatniej strony będziecie czuli potrzebę przeczytania całości jeszcze raz.

2. Gabriel Garcia Marquez „Sto lat samotności”

Mój wielki wyrzut sumienia – mam tę książkę chyba od zawsze i od zawsze planuję lekturę. Podobno to powieść totalna, zaś trudność polega między innymi na tym, że wielu bohaterów nosi to samo imię – Aureliano. Wiem już, że podczas czytania powinnam rysować sobie drzewo genealogiczne rodu Buendiów. Historia tej rodziny to zarazem metaforyczna opowieść o ludzkim losie. Trudno się zdecydować na lekturę, bo prawdopodobnie będzie wymagała sporo czasu i skupienia, jednak nieznajomość tej książki bardzo mnie gryzie!

3. Herman Melville „Moby Dick”

Z tą książką z kolei dzielę skomplikowaną przeszłość. Na studiach jej nie zrozumiałam, a że nie była lekturą obowiązkową, to przekartkowałam ją raczej niż przeczytałam. Potem sama zaczęłam uczyć historii literatury amerykańskiej, wypadało więc się zapoznać z jednym z najważniejszych tekstów z sylabusa. Poświęciłam na tę lekturę trzy letnie tygodnie i się w niej zakochałam. Czytałam ją potem jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego. Studentom jednak pozwoliłam na lekturę wybranych rozdziałów, nie wymagając znajomości całego tekstu. Dlaczego? Na arcydzieło Melville’a składają się bardzo różne fragmenty. Autor nie oszczędza czytelnika i poświęca część rozdziałów na opisy biologii wielorybów, na wprowadzenie do wielorybnictwa i wiele innych zagadnień, które nie mają bezpośredniego związku z fabułą. Jest nawet kazanie! Dlatego na początek można ominąć niektóre rozdziały, ewentualnie tylko je przekartkować, a gdy się już łyknie bakcyla i pokocha tę nietypową powieść, przeczytanie całości przestanie być problemem.

4. J. R. R. Tolkien „Silmarillion”

Tę książkę, która dość często pojawia się w zestawieniach lektur, przez które ciężko przebrnąć, swego czasu przeczytałam w ekspresowym tempie. Nie sprawiła mi żadnego problemu, ale zapewne przyczyną było to, że zakochana byłam wtedy (właściwie nadal jestem) w wykreowanym przez Tolkiena świecie, a kompendium wiedzy na temat historii i mitologii  tego świata wciągnęło mnie bez reszty. Jednak przyznać należy, że nie jest to łatwa lektura – zawiera cały wszechświat, z jego mitami i legendami, z bogami, z historią wojen, opisem zasiedlających go ludów. No i nie ma w niej hobbitów, co może rozczarować niektórych czytelników. Rozmach i drobiazgowość tego dzieła robi jednak ogromne wrażenie, poza tym to prawdziwa skarbnica fascynujących opowieści.

5. Thomas Mann „Czarodziejska góra”

Kolejna książka, po którą mam zamiar sięgnąć od bardzo dawna. Rozmowy dwóch bohaterów, mityczna przestrzeń sanatorium położonym na czarodziejskiej górze, senna atmosfera i niespieszna narracja, która podobno najpierw usypia, a potem uzależnia. Słyszałam, że nie powinno się czytać tej książki po kawałku, z doskoku – trzeba się jej oddać. Kiedyś spróbuję.

6. Juan Manuell Marcos „Zima Guntera”

Dość niepozorna książka o niespecjalnie pokaźnych gabarytach to podobno jedna z najważniejszych powieści wydanych na przestrzeni ostatnich 40 lat w Paragwaju. Przeczytałam ją niedawno i mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to doskonały przykład trudnej, choć satysfakcjonującej lektury. To opowieść o podróży pewnego urzędnika i jego żony, ale fabuły tu niewiele. Mamy za to piękny strumień świadomości, liczne retrospekcje i mnóstwo aluzji do historii Paragwaju i innych krajów Ameryki Południowej. Książka o przeszłości i jej wpływie na teraźniejszość, pełna gniewu. Nie sądzę, że ją naprawdę zrozumiałam, brakuje mi wiedzy – być może sięgnę po nią kiedyś ponownie, po lekturze jakiejś porządnej książki dotyczącej tego regionu.

7. James Joyce „Finneganów Tren”

Zastanawiałam się, czy umieścić na tej liście książkę Joyce’a, bo nie mam raczej zamiaru jej czytać, wydaje mi się jednak, że pominięcie jej byłoby niedopatrzeniem. Być może niektórzy z was spodziewali się zobaczyć tu „Ulissesa”, uważam jednak, że ta książka nie jest tak trudną lekturą, za jaką uchodzi. Chcecie się przekonać na własnej skórze? Spróbujcie czytać ją na głos, najlepiej w oryginale, w niewielkich fragmentach. Zdania Joyce’a są tak pełne muzyki, że przyjemnie jest je wypowiadać na głos. „Ulisses” jest zresztą powieścią pełną humoru i naprawdę da się ją przeczytać. „Finneganów Tren” to chyba całkiem inna historia. Jej tłumacz, Krzysztof Bartnicki, pracował nad przekładem przez 10 lat! Krytycy spierają się co do jej wymowy, niektórzy są wręcz zdania, że Joyce napisał ją w formie żartu i że nie ma ona sensu. Nawet ukazanie się polskiego tłumaczenia wzbudziło kontrowersje, a tłumacz musiał zmierzyć się z falą internetowego hejtu. Jeśli więc chcecie zmierzyć się z dziełem naprawdę trudnym, nic bardziej odpowiedniego na mojej liście nie znajdziecie.

8. Virginia Woolf „Fale”

Chyba najtrudniejsza książka pisarki, którą kocham od momentu, kiedy jako świeżo upieczona studentka anglistyki z lekkim drżeniem otworzyłam „Panią Dalloway”. Potem pochłaniam kolejne jej książki, dopóki nie zatrzymały mnie „Fale”. W tej naprawdę eksperymentalnej powieści autorka skupia się na formie, a nie na treści. Akcji praktycznie nie ma – wartość leży w języku, w rytmie słów. Wtedy była to dla mnie za trudna lektura, ale teraz mam ochotę sprawdzić, czy coś się w tej kwestii jednak nie zmieniło.

9. Thomas Pynchon „Tęcza grawitacji”

Na polski przekład tej ważnej powieści postmodernistycznej czekaliśmy prawie 30 lat. To pokaz erudycji autora, który oczekuje, że czytelnik będzie posiadał wiedzę chociażby z dziedziny fizyki. Książka-zagadka, pełna dygresji i wątków pobocznych, która jest dyskusją z historią XX wieku, a być może także z historią literatury. Na temat „Tęczy grawitacji” napisano całe tomy, część z nich zaś poświęcona jest po prostu wytłumaczeniu, o co właściwie w tej książce chodzi! Pynchon to tajemniczy pisarz, który bardzo strzeże swojej prywatności, a jego książki, choć trudne, uważane są za jedne z najważniejszych powieści współczesnych.

10. Fiodor Dostojewski „Bracia Karamazow”

Książka, która odstrasza czytelników samą objętością. Jest to wielowątkowa i bardzo gęsta opowieść, chwilami nużąca, ale bez wątpienia warta poświęconego czasu. Wiele osób uważa ją za jedną z najważniejszych książek, jakie kiedykolwiek zostały napisane, a nawet jeśli nie podzielicie tej opinii, powinniście docenić niezwykły kunszt autora, który buduje swoich bohaterów z niesamowitym wyczuciem. Polecam bardzo soczyste tłumaczenie Adama Pomorskiego!

 

Czytaliście którąś z tych książek? A może wszystkie? Zgadzacie się z opinią, że to trudne lektury? A może coś byście do tej listy dopisali? Zabrakło mi miejsca na wiele pozycji, które zapewne powinny się tu znaleźć!



środa, 13 stycznia 2016

Nasz rynek książki działa prężnie, a tytuły, które wzbudziły największe zainteresowanie czytelników zagranicznych, zwłaszcza angielskich i amerykańskich, dość szybko pojawiają się w polskim tłumaczeniu. Niestety, nie zawsze, czego najlepszym przykładem jest książka, która w zeszłym roku zdobyła dwie prestiżowe nagrody literackie i zauroczyła tysiące czytelników.

W tym wypadku jednak opóźnienie mnie nie dziwi. Helen Macdonald napisała „H is for Hawk” językiem gwałtownym i subtelnym zarazem. Jej styl jest tak specyficzny, bogaty i najzwyczajniej w świecie piękny, że tłumacz będzie się musiał wykazać niezwykłym kunsztem. Lepiej, żeby miał na to jak najwięcej czasu.

„H is for Hawk” to książka o tym, co się dzieje, kiedy zatrzemy granice między tym, co domowe, codzienne, oswojone, a tym, co dzikie i nieobliczalne. Wyobraźcie sobie, że rano wchodzicie do kuchni i zastajecie w niej panterę śnieżną, która pożera właśnie waszego kota. Takiego porównania używa Helen Macdonald do opisania tego, na co się porwała. Wpuściła do swojego świata, do swojego pełnego książek, gazet i płyt domu jastrzębia.

Macdonald jest osobą równie niezwykłą, jak jej pomysł. Pracowała jako sokolnik dla rodziny królewskiej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Choć w jej rodzinie nie ma tradycji naukowych, pracuje na uniwersytecie w Cambridge jako historyk. Opublikowała trzy tomiki poetyckie. I już jako sześciolatka wiedziała, że chce hodować ptaki drapieżne. Dlatego kiedy jej ojciec zmarł niespodziewanie na zawał serca, jej jedynym sposobem na poradzenie sobie z żałobą był pomysł, który ją samą zadziwił – postanowiła kupić sobie jastrzębia.

Hodowla jastrzębi to nie przelewki. Nie są to ptaki, które łatwo oswoić. W porównaniu do sokołów są jak pantery śnieżne względem kotów domowych. Helen kupuje dziesięciotygodniową samicę jastrzębia z hodowli. Jedzie po nią do Szkocji, a widząc ją po raz pierwszy, czuje szarpnięcie w sercu. „Jest jak magiczna sztuczka. Gad. Upadły anioł. Gryf z ilustrowanej książki. Coś jasnego i odległego, jak złoto połyskujące w wodzie.” Jej pojawienie się „napełniło dom dzikością, tak jak wazon z liliami napełnia go zapachem”.

Helen nadaje jej imię Mabel, od łacińskiego amabilis, czyli miły, kochany. To imię nadane na przekór, jako że sokolnicy wierzą, że im łagodniejsze imię, tym bardziej waleczny i dziki będzie ich ptak. Helen chce się jednak odciąć od postępowania człowieka, który ją od zawsze fascynował i odpychał. T. H. White, brytyjski pisarz, który podjął kiedyś próbę oswojenia jastrzębia i poległ sromotnie, nazywał swojego ptaka całą litanią przedziwnych imion: Hamlet, Makbet, Śmierć, Nero, Byron. Helen kiedyś to bawiło, teraz jednak, patrząc na jastrzębia w swoim pokoju, poczuła smutek.

Smutek towarzyszy jej przez cały czas. Śmierć ojca, który nauczył ją cierpliwego wpatrywania się w niebo i czekania, aż pojawi się ptak, wstrząsnęła nią. Przez cały czas czuła jego nieobecność i nie potrafiła tego uczucia oswoić. Pisząc mowę, którą miała wygłosić podczas poświęconego mu wieczoru, nie mogła przypomnieć sobie pewnego szczegółu. Odruchowo chwyciła za telefon, żeby do niego zadzwonić z prośbą o przypomnienie.

Nie potrafiąc poradzić sobie z żałobą, po prostu chowa się przed światem. Zamyka się w domu z Mabel i oswaja ją powoli i z niezwykłą cierpliwością. Jej opowieść o tym skomplikowanym procesie jest fascynująca. Sekret polega na tym, żeby robić wszystko powoli. „Przechodzić z ciemności do światła, z zamkniętych pomieszczeń na dwór, najpierw trzymać się z daleka, potem podchodzić bliżej, dzień po dniu, do tego obcego świata pełnego podniesionych głosów, machających rąk, jaskrawych, plastikowych wózków i ryczących skuterów”. Oswojenie dzikiego ptaka z tym wszystkim nie jest łatwe i wymaga czasu. Powoli jednak Helen i Mabel czynią kolejne kroki – wychodzą na dwór, spacerują po uliczkach Cambridge, najpierw nocą, kiedy przechodnie pojawiają się rzadko, potem coraz śmielej. Mabel jest wszystkim zafascynowana, a ku zdumieniu Helen jej spacery z jastrzębiem na ręku przyciągają uwagę przeróżnych ludzi. Chciała od nich uciec, a tymczasem coraz częściej musi przełamywać się i opowiadać o swoim ptaku.

Prawdziwy sprawdzian ma dopiero nadejść. Mabel musi kiedyś polecieć, a Helen drży ze strachu, że jastrząb nie wróci na jej rękawicę. Jest coś znaczącego w tym, że aby uporać się ze stratą ojca, Helen wybiera życie ze zwierzęciem, które może w każdej chwili odlecieć. Strach przed utratą Mabel będzie najtrudniejszym elementem całego procesu. Żeby się z nim uporać, Helen musi zaufać nie tylko swojemu jastrzębiowi, ale także swoim umiejętnościom sokolniczki. Pierwszy lot Mabel będzie wielkim przeżyciem nie tylko dla niej, ale także dla czytelnika, który w tym momencie nie jest w stanie oderwać się od lektury.

Im więcej czasu upływa, tym bliższa staje się więź między Helen i Mabel. Helen sama to zauważa i przyznaje: „Kiedy mój jastrząb się oswajał, ja robiłam się coraz bardziej dzika”. Przemierzając z Mabel pola i lasy, Helen płoszy dla niej króliki i bażanty, przetrząsa zarośla, staje się niemalże jastrzębiem. Kiedy musi gdzieś wyjść i spotkać się z ludźmi, czuje się jak w przebraniu. Polując z Mabel jest sobą. Pisze: „Czułam się niepełna, kiedy jastrząb nie siedział na mojej ręce: byłyśmy częścią siebie”. Jednocześnie wciąż musi oswajać lęk przed utratą swojego ptaka, za każdym razem, kiedy Mabel znikała gdzieś za lasem, Helen wpadała w panikę. To, że ptak wracał do niej z własnej woli, było najlepszym lekarstwem dla jej pogrążonego w żałobie serca.

„H is for Hawk” nie jest pierwszą książką o tym, że przebywanie w pobliżu dzikich zwierząt może pomagać w żałobie. Helen Macdonald nawiązuje do swoich poprzedników – do Petera Matthiessena, którego „Śnieżna pantera” jest jedną z najważniejszych książek mojego życia, do Williama Fiennesa, a przede wszystkim do wspomnianego już T. H. White’a, który fascynuje je od lat dziecinnych. Jej książka jest jednocześnie opowieścią o nim, pełną zrozumienia i współczucia. Helen opisuje jego przygodę z jastrzębiem, wnikliwie diagnozując zarazem to, jak się ona potoczyła. To smutna opowieść, która jest pięknym uzupełnieniem historii Helen i Mabel.

Czytałam tę książkę w zachwycie. To książka totalna – prosta, a jednocześnie zawiera w sobie wszystko. Opowiada nie tylko o żałobie, nie tylko o życiu z dzikim zwierzęciem. To także opowieść o nas i naszym stosunku do przyrody, o tym, czym jest dla nas, o naszej potrzebie nadawania dzikim stworzeniom znaczeń, które są często fałszywe. To opowieść o tym, co w życiu ważne i jak to zrozumieć. Wreszcie, to popis niezwykłej wirtuozerii językowej. Czasami pytacie mnie o książki, które łatwo się czyta w oryginale. „H is for Hawk” to lektura dla tych, którzy pierwsze kroki w czytaniu po angielsku mają już za sobą, a teraz chcieliby zobaczyć, jak niesamowite możliwości kryje w sobie ten język.

Macdonald nie tylko dobiera słowa z niezwykłą precyzją. Jej zdania mają rytm, często bardzo regularny, a ona sama nie spieszy się. Poświęca uwagę najdrobniejszym szczegółom, ale jej narracja nie jest rozwleczona. Po prostu toczy się w tempie podobnym do tempa życia z Mabel – czasem toczy się niespiesznie, żądając od czytelnika cierpliwości, czasem zaś pędzi przed siebie, tak jak Helen biegła za jastrzębiem, przedzierając się przez zarośla i raniąc sobie dłonie.

Autorka chętnie dzieli się z czytelnikami swoją wiedzą na temat oswajania ptaków drapieżnych, a także swoim zachwytem dotyczącym słownictwa, które znają tylko wtajemniczeni. Skąd wziąć na to polskie odpowiedniki? A może one istnieją w jakimś niedostępnym dla mnie świecie? Czy w Polsce ktoś hoduje sokoły? Mamy słowo na sokolnika (po angielsku falconer), ale jak nazwać kogoś, kto hoduje jastrzębie? W angielskim istnieje określenie austringer. Młode jastrzębie to eyasses, podlotki passagers, a dorosłe osobniki określa się mianem haggards. Zaniepokojony jastrząb atakuje rękę, na której siedzi, gwałtownie kierując się w dół – takie zachowanie to bating. Oznaką zadowolenia jest rousing. I tak dalej, i tak dalej. Cały skarbiec nowych słów, które Helen wplata w swoją opowieść z taką samą łatwością, z jaką nazywa rosnące w jej okolicy rośliny.

Dawno już żadna książka nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Jest mądra, poruszająca i pięknie napisana. Czy to znaczy, że znowu styczniowa lektura okaże się najlepszą książką roku?


Moja ocena: 6/6

 

Helen Macdonald "H is for Hawk"

Wydawnictwo Jonathan Cape 2014

 

Książka została nagrodzona Samuel Johnson Prize 2014 - najważniejszą nagrodą brytyjską dla literatury faktu. Zdobyła też tytuł Costa Book of the Year 2014. Po polsku ukaże się w wydawnictwie Czarne.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Wiadomo nie od dziś, że kryminał dobry na wszystko - na mróz za oknem i na mgłę, na leniwe sobotnie popołudnie i na wieczór po pracy. Może tylko nie sięgajmy po nie późnym wieczorem, kiedy następnego dnia musimy wcześnie wstać. Oto trzy kryminały, które przeczytałam niedawno - wszystkie świetne, każdy inny!

Katarzyna Kwiatkowska "Zbrodnia w szkarłacie"

To moje pierwsze spotkanie z Janem Morawskim, choć "Zbrodnia w szkarłacie" to już czwarta książka o perypetiach tego detektywa-amatora. Poprzednim przyglądałam się z pewną dozą nieufności, ale kiedy dowiedziałam się, że akcja czwartej części toczy się w podpoznańskich Jeziorach, z którymi łączy mnie wiele miłych wspomnień, postanowiłam dać książkom Kwiatkowskiej szansę. Cieszę się bardzo, że to zrobiłam, "Zbrodnia w szkarłacie" okazała się bowiem uroczą i wciągającą lekturą.

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku. Dworek w Jeziorach - niewielkiej miejscowości położonej pod Poznaniem (dzisiaj to środek Wielkopolskiego Parku Narodowego) należy do rodziny Jezierskich, której głowa, niejaki Jerz Jezierski, to marzyciel i wizjoner. Niestety, nie ma cierpliwości do realizacji swoich pomysłów i ciągle zmienia plany, wciągąc rodzinę w kłopoty finansowe. Ostatnią deską ratunku jest odnalezienie skarbu dziadka, który ma stanowić posag córki Jezierskiego. Pomysłowy nestor rodu ukrył jednak swój skarb zbyt dobrze. Na pomoc zostaje wezwany daleki kuzyn, Jan Morawski, który lubi bawić się w detektywa. Nikt się nie spodziewa, że Jan dostanie dodatkową zagadkę do rozwiązania, kiedy we dworze zostanie popełnione morderstwo.

Katarzyna Kwiatkowska napisała klasyczną powieść w stylu tzw. cosy mysteries, czyli opowieści kryminalnych osadzonych w niewielkich społecznościach, rozwiązywanych przeważnie przez detektywa-amatora. Nie ma tu przemocy, jest sporo humoru, zaś mordercę odkrywa się drogą dedukcji i łączenia tropów. Jan Morawski jest uroczym bohaterem i trudno go nie lubić, zaś sama zagadka jest solidnie zagmatwana i niełatwo rozwiązać ją samodzielnie.

Najmocniejszą stroną książki jest chyba tło wydarzeń. W Jeziorach szykowane jest wesele, możemy więc dowiedzieć się sporo o tym, jak wyglądała organizacja przyjęcia w wielkopolskim dworku. Autorka zgrabnie wplata gwarowe słownictwo oraz fakty historyczne, takie tak utworzenie Związku Ziemian, pilnując jednak, żeby te informacje nie zmęczyły czytelnika. Całość czyta się lekko i przyjemnie. Już się cieszę na lekturę pozostałych części cyklu!

Sharon Bolton "Małe mroczne kłamstwa", tłum. Małgorzata Stefaniuk

Falklandy, 12 lat po konflikcie zbrojnym, w wyniku którego panowanie nad tymi położonymi w pobliżu argentyńskkich wybrzeży wysepkami przejęła Wielka Brytania. Mieszkańcy wysp czują się jednak niepewnie - są tak daleko od ojczyzny, a utrzymanie wysp tak dużo kosztuje, że nie mają poczucia bezpieczeństwa. Kiedy znika dziecko, a potem kolejne, wmawiają sobie, że to musi być wypadek. Wieść o ewentualnym seryjnym mordercy lub porywaczu mogłaby zaważyć na i tak kruchym losie ich społeczności.

W tej dość dusznej atmosferze toczy się opowieść, której narratorami są aż trzy osoby. Catrin jest w depresji po śmierci dwójki dzieci, Rachel zmaga się z poczuciem winy, ponieważ się do tej śmierci przyczyniła. Jest jeszcze Callum, były kochanek Catrin, który cierpi na syndrom stresu bojowego. Gdy znika kolejne dziecko, wszyscy troje będą musieli się włączyć w poszukiwania. A może któreś z nich jest zamieszane?

To świetna, klimatyczna powieść na trzy głosy. Autora wodzi czytelnika za nos, myląc tropy i nie wyjawiając mu całej prawdy. Wyspa, na której toczy się akcja, to mroczne i smutne miejsce, zaś zamieszkująca ją społeczność rządzi się swoimi prawami i nie uznaje tradycyjnych rozwiązań. Przeczytałam z zachwytem.

Remigiusz Mróz "Zaginięcie"

Po lekturze "Kasacji" wiedziałam, że zamieszanie wokół powieści Remigiusza Mroza nie jest nieuzasadnione. Ten młody, niesamowicie pracowity autor pisze bardzo solidne powieści, których akcja pędzi na łeb na szyję, bohaterowie dają się lubić, a od lektury trudno się oderwać.

W pierwszej części poznaliśmy oryginalną parę bohaterów - Joannę Chyłkę i jej adiutanta Zordona. Chyłka to błyskotliwa pani adwokat, twarda i bezwzględna, Zordon zaś to gładki i układny młody prawnik, który trafia pod jej skrzydła. Razem rozwiązali już jedną sprawę, jednak od tego czasu starali się schodzić sobie z drogi. Tym razem Chyłka zabiera Zordona w teren - jadą na Podlasie, by przygotować obronę pary podejrzanej o zamordowanie własnej córeczki. Dziewczynka zniknęła w środku nocy ze swojej sypialni w domku letniskowym, chociaż alarm był włączony i nikt niepożądany nie mógł się dostać do środka.

"Kasacja" był dobrą lekturą, a "Zaginięcie" jest jeszcze lepsze. Większą rolę dostaje Zordon, którzy ma szanse się wykazać, zaś samo śledztwo będzie najeżone niebezpieczeństwami. To czysto rozrywkowa lektura, która świetnie się sprawdzi, jeśli nie macie siły na poważniejszą książkę, a także kiedy z różnych przyczyn trudno jest się wam skupić na lekturze. Mróz prowadzi akcję bardzo zręcznie, sprawiając, że trudno się od lektury oderwać, ponieważ koniecznie chcemy wiedzieć, co będzie dalej z naszymi bohaterami. Podlaska wieś okazuje się zresztą całkiem ciekawym tłem, choć nie oszukujmy się - siłą tej książki jest wartka akcja, a nie klimatyczne tło wydarzeń.

Zdjęcie z Rogalina, w tej okolicy toczy się akcja "Zbrodni w szkarłacie" (Łukasz Stępień)

Moja ocena:

Katarzyna Kwiatkowska "Zbrodnia w szkarłacie" 5/6

Sharon Bolton "Małe, mroczne kłamstwa" 6/6

Remigiusz Mróz "Zaginięcie" 4.5/6


niedziela, 03 stycznia 2016

Dzisiaj przypada 124 rocznica urodzin Tolkiena, doskonała to więc okazja, żeby wyjąć z półki najnowszą pozycję ze świetnej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka. Ich tolkienowskie książki są nie tylko piękne, ale też merytorycznie dopracowane, nic więc dziwnego, że znikają z rynku jak świeże bułeczki. Wiem, co mówię - spróbujcie kupić jedną z wcześniejszych pozycji, na przykład "Legendę o Sigurdzie i Gudrun" albo fantastyczne "Listy".

"Beowulf" w tłumaczeniu Tolkiena to książka, której wydania większość wielbicieli Tolkiena się nie spodziewała. Oczywiście, wiadomo było, że Tolkien Beowulfa przetłumaczył, ale sam przyznał, że nie jest z tego przekładu całkiem zadowolony. A skoro on sam go nie wydał, dlaczego mielibyśmy go zobaczyć w księgarniach prawie dziewięćdziesiąt lat później? A jednak książka ukazała się, i jest cudownym prezentem nie tylko dla fanów pisarza z Oksfordu, ale także dla wszystkich studentów anglistyki.

Nawet jeśli nie zdawaliście nigdy egzaminu z historii literatury angielskiej, prawdopodobnie spotkaliście się z postacią Beowulfa, jako że jego historia została kilka razy zekranizowana. Dlaczego jednak Tolkien tłumaczył na angielski coś, co jest przecież angielskim poematem? Odpowiedź jest prosta - angielski nie zawsze był angielskim. W czasach, kiedy powstał "Beowulf" (choć nie do końca wiemy, kiedy to było), na wyspach brytyjskich mieszkali Anglowie i Saksoni, mówiący językiem znanym jako staroangielski, który nie przypomina bynajmniej współczesnej angielszczyzny. Tak wyglądają w oryginale pierwsze linijki "Beowulfa":

Hwæt wē Gār-Dena in geār-dagum

þēod-cyninga þrym gefrūnon,

hū ðā æþelingas ellen fremedon.

Tolkien doskonale znał staroangielski i kochał "Beowulfa". Założył z kolegami klub literacki, którego spotkania często otwierał recytując powyższy fragment poematu. Stał się ekspertem i został zatrudniony na uniwersytecie w Leeds właśnie jako wykładowca staroangielskiego. Potem przez wiele lat prowadził w Oksfordzie zajęcia z pierwszej części "Beowulfa". Używał języka staroangielskiego przez wiele godzin dzienne - być może był on mu bliższy niż współczesna angielszczyzna. Kochał ten język, a miłość ta przebija z każdej strony jego komentarzy do tłumaczenia "Beowulfa".

Książka, którą dostaliśmy, zawiera bowiem dużo więcej niż tylko tekst poematu. Prawie 200 stron stanowią komentarze, a ich lektura jest fascynująca. Tolkien analizuje w nich sam poemat, wyjaśniając poszczególne motywy, nazwy, sytuacje, umieszczając całość w szerszym kontekście, który był mu przecież doskonale znany. Sporo z tych komentarzy mnie zaskoczyło, jak choćby fragment dotyczący chełpliwości głównego bohatera. Tolkien wyjaśnia, że przekonanie o tym, że Beowulf przechwalał się swymi czynami wynika z niezrozumienia słów, których użył poeta. Słowa oznaczające chełpienie się nie były nacechowane negatywnie w języku staroangielskim. Kiedy Beowulf opowiadał o swoich czynach, nie chciał się chwalić – raczej przedstawiał swoje referencje. Cóż – przez wiele lat prowadziłam zajęcia dotyczące cech charakteru Beowulfa, podczas których analizowaliśmy chełpliwość jako jego jedyną wadę. Będę je chyba musiała przerobić.

Komentarze Tolkiena będą jednak ciekawe nie tylko dla osób analizujących sam poemat, ale także dla wszystkich, których interesują tajniki pracy tłumacza. Tolkien miał olbrzymią wiedzę na temat tekstu, nad którym pracował, a mimo to niejednokrotnie miewał dylematy. W swoich komentarzach wyjaśnia, z jakimi problemami się zetknął, dlaczego użył tego, a nie innego słowa, co należało wziąć pod uwagę.

Zauważyliście zapewne, że skupiam się na komentarzach, a nie na samym poemacie. "Beowulfa" jednak oczywiście trzeba przeczytać. To krwawa i wciągająca historia o wojowniku, który stawił czoła trzem potworom. Wielbiciele twórczości Tolkiena z pewnością zauważą podobieństwa między ostatnim z nich, a Smaugiem. Smok, z którym walczy Beowulf, jest tak jak Smaug przerażający i piękny, zionie ogniem, strzeże skarbu i jest tak samo urażony tym, że ktoś próbuje mu go ukraść. Zresztą więcej jest w Beowulfie motywów, które w jakiś sposób pojawiają się w "Hobbicie" i "Władcy pierścieni", warto więc czytać uważnie.

Należy też wspomnieć, że Tolkien przełożył poemat na prozę. Był to świadomy wybór – wiedział, że nie będzie w stanie oddać precyzyjnie znaczenia poszczególnych zdań, jeśli będzie jednocześnie próbował zachować skomplikowaną formę poetycką. Jego tekst jest jednak dość formalny i napisany nieco archaicznym językiem, niewątpliwie jest też znaczeniowo bardzo bliski oryginału. Jeśli jednak znacie dobrze angielski i chcielibyście przeczytać Beowulfa w wierszowanej wersji, sięgnijcie po przekład irlandzkiego noblisty, Seamusa Heaneya – dzieło geniusza, którym trudno się nie zachwycić.

Polskie wydanie to już oczywiście przekład przekładu – wszak tłumaczki przekładały tekst Tolkiena, który jest tłumaczeniem ze staroangielskiego. Wydawnictwo Prószyński i S-ka jednak zgrabnie wybrnęło z tej sytuacji, umieszczając w książce zarówno polski przekład, jak i oryginalny tekst angielski. Warto dodać, że istnieje polska wersja tłumaczona bezpośrednio ze staroangielskiego oryginału - takiego przekładu dokonał Robert Stiller.

Tolkien nie był ze swojego przekładu zadowolony, jednak mimo to książka, którą otrzymaliśmy, warta jest uwagi. Jego tłumaczenie jest bardzo solidne, czyta się je doskonale (choć przekład Heaneya brzmi dużo lepiej), a przede wszystkim jest uzupełnione fantastycznymi notatkami, które objaśniają tekst i pracę tłumacza. Jakby tego było mało, na końcu książki zamieszczone jest opowiadanie "Sellic Spell", które Tolkien napisał na motywach "Beowulfa", i dwie wersje wiersza opowiadającego o walce Beowulfa z Grendelem. Całość składa się na prawdziwą perłę.

Moja ocena: 5.5/6

J. R. R. Tolkien "Beowulf: przekład i komentarz"

Tłum. Katarzyna Staniewska "Elring" i Agnieszka Sylwanowicz "Evermind"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka


czwartek, 31 grudnia 2015

Ilustracja autorstwa mojej córki Oli

Lubicie podsumowania? Pisanie bloga bardzo je ułatwia, a najlepsze książki roku wybieram już po raz dziewiąty! Manią spisywania swoich lektur zaraziłam zresztą mamę i córkę, które też prowadzą swoje listy - świetne jest ich porównywanie, przypominanie sobie, co nam się najbardziej podobało, sprawdzanie, po jakie lektury w tym roku sięgałyśmy najchętniej.

W tym roku moje czytanie wyglądało trochę inaczej, kilka miesięcy upłynęło mi bowiem pod znakiem jednej książki. Postanowiłam bowiem zrealizować marzenia z dzieciństwa i przetłumaczyłam powieść. Pokochałam ją przy okazji bezgranicznie, a jej trzy bohaterki stały mi się bliższe niż Ania z Zielonego Wzgórza, a to naprawdę coś znaczy! Mam nadzieję, że też je pokochacie i że przeczytacie "Dziewczynę z rewolwerem" Amy Stewart, bo to świetna książka jest! Premiera w lutym.

Udało mi się jednak przeczytać 65 książek, czyli mniej więcej tyle samo, co zwykle. Po raz kolejny prowadzą książki polskich autorów - przeczytałam ich aż dwadzieścia! To właśnie dzięki podsumowaniom zorientowałam się kiedyś, że prawie nie czytam polskich książek. Od tego czasu staram się po nie częściej sięgać, jak widać z dobrym skutkiem. Czternaście z moich lektur to książki autorów brytyjskich, a dwanaście amerykańskich - to również stała tendencja. Żałuję, że w tym roku nie przeczytałam żadnej książki azjatyckiej - to poważne niedopatrzenie! Za to znalazło się kilka tytułów francuskich, które rzadko goszczą na moich półkach.

Nie jestem najwięcej czytającą osobą w mojej rodzinie - moja Mama przeczytała 85 książek! Moja dwunastoletnia córka bardzo przejęła się wyzwaniem 52 książki i dzisiaj skończyła książkę numer 52 :)

A ja, jak co roku wybrałam dziesięć tytułów, które wywarły na mnie największe wrażenie. Łatwo nie było!

Kateřina Tučková "Boginie z Žítkovej"

Na pograniczu Czech i Słowacji żyły kiedyś kobiety, które potrafiły zaklinać pogodę, przepowiadać przyszłość, leczyć. To historia o ostatniej z nich, przejmująca i tajemnicza. Realizm magiczny w czeskim wydaniu.

Sarah Waters "Za ścianą"

W tym roku przeczytałam dwie książki Sary Waters, którą uważam za jedną z najlepszych współczesnych pisarek brytyjskich. Wybieram "Za ścianą", ponieważ tę książkę czytałam po raz pierwszy, ale "Złodziejka" jest równie dobra. To książki, które mamią, by potem roztrzaskać wszystkie złudzenia czytelnika. Mądre i przewrotne, napisane tak, że trudno się od nich oderwać.

Michael Crummey "Sweetland"

Wydawnictwo "Wiatr od morza" rozkochało nas w sobie - nie tylko mnie, ale całe rzesze czytelników. "Sweetland" to kolejna powieść, której nie trzeba nawet reklamować. Przejmujący obraz samotności osadzony w scenerii Nowej Fundlandii, pięknie napisany i z przesłaniem.

Pat Falvey, Pemba Gyalje "Mordercza góra"

Przeczytałam w tym roku dwie doskonałe książki o górach (druga to "Wszystko za Everest" Krakauera). Wydarzenia, o których opowiadają autorzy "Morderczej góry", tkwią gdzieś we mnie i nie wydaje mi się, że o nich kiedyś zapomnę. To nie tylko porywająca historia górska, ale przede wszystkim opowieść o tym, co się może z nami dziać w sytuacjach ekstremalnych, jak cienka jest granica między życiem a śmiercią i jak łatwo ulegamy naszym ambicjom.

Richard Flanagan "Ścieżki Północy"

Zbieram się dopiero do napisania o tej książce, chwalonej przez wszystkich, którzy po nią sięgnęli. Porażający obraz wojny, o jakiej nie pamiętamy, a zarazem traktat o samotności, odwadze i przetrwaniu.

S. C. Gwynne "Imperium Księżyca w Pełni. Wzlot i upadek Komanczów"

To był świetny rok dla literatury faktu. Ukazały się świetne tytuły wydawnictwa "Dowody na Istnienie", doskonała opowieść Magdaleny Grzebałkowskiej o roku 1945, Aleksijewicz dostała nagrodę Nobla. Ja jednak wybiorę tytuł, który ukazał się w świetnej serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne, bo to książka z gatunku, jaki lubię najbardziej. S. C. Gwynne opowiada o losach Komanczów tak, że od lektury trudno się oderwać. Są tu krwawe, często dość drastyczne historie, o jakich nie śniło się czytelnikom "Winnetou", a całość czyta się niczym powieść Cormaca McCarthy'ego. Jednocześnie jest to ciekawy, bardzo wielostronny i chyba dość obiektywny obraz tego, jak wyglądało kolonizowanie Ameryki.

Michel Faber "Księga dziwnych nowych rzeczy"

Faber żegna się z czytelnikami w wielkim stylu (twierdzi, że to jego ostatnia powieść). Piękna opowieść o zetknięciu z obcym, o powołaniu, miłości i pięknie. Książka o mocy słów, o wierze, o wyjątkowości naszej planety, napisana tak, że chciałoby się ją czytać w nieskończoność.

Emily St. John Mandel "Stacja Jedenaście"

Powieść o świecie po apokalipsie i o ludziach, którzy przeżyli, ale to im nie wystarcza. Hipnotyczna elegia o naszej planecie i naszej codzienności, w której losy kilkorga bohaterów splatają się ze sobą w intrygujący sposób.

Elżbieta Cherezińska "Turniej cieni"

Kolejna książka tej autorki, która trafia na listę moich ulubionych lektur roku, i przyznam, że im więcej czasu mija od lektury, tym bardziej jestem przekonana, że to najlepsza powieść Cherezińskiej. Fascynujące tło historyczne, intrygujący bohaterowie, wciągająca akcja, a w dodatku wszystko osnute wokół wydarzeń historycznych, o których wiemy zdecydowanie zbyt mało.

Sharon Bolton "Małe mroczne kłamstwa"

Patrząc na listę książek, które przeczytałam w tym roku, doszłam do wniosku, że muszę w tej dziesiątce umieścić jakiś kryminał. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że znowu przeczytałam ich całkiem sporo. "Małe mroczne kłamstwa" to kryminał doskonały, w którym każdy kolejny narrator zmienia nasz sposób postrzegania całej historii. W tle Falklandy, a jak zapewne wiecie, nie potrafię oprzeć się książkom, których akcja toczy się na słabo zaludnionych wysepkach gdzieś na końcu świata.

Nie zmieścił się na liście "Szczygieł" Donny Tartt, którego czytałam bardzo długo i którego nie oceniam wcale zbyt surowo. Nie zmieściła się kolejna monumentalna powieść, głośna za oceanem, czyli "City on Fire" Hallberga - prawie tysiącstronicowa historia o Nowym Jorku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. To był dobry rok dla czytelników! Którą jednak książkę powinnam okreslić mianem Książki Roku? Przyznam szczerze, że w tym roku bardzo trudno mi wybrać, i gdyby nie to, że robię to już od tylu lat, chyba bym się poddała. Ale niech będzie - jeśli może być tylko jedna, to już wiem.


Michel Faber "Księga dziwnych nowych rzeczy"

Za to, że żadnej innej książki nie czytałam z takim zachwytem.

 

Dla ciekawych wstawiam też listę tytułów, które zasłużyły na tytuł Książki Roku od początku prowadzenia bloga.

2014 – David Mitchell „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”

2013 - Sylvain Tesson "W syberyjskich lasach"

2012 - Elżbieta Cherezińska "Korona śniegu i krwi"

2011 - David Grann "Zaginione miasto Z"

2010 - Johan Theorin "Nocna zamieć"

2009 - Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści"

2008 - Cormac McCarthy "Droga"

2007 - Khaled Hosseini "Tysiąc wspaniałych słońc"

A Wam wszystkim życzę samych udanych lektur w Nowym Roku! Bardzo chętnie przeczytam też o książkach, które trafiły na listę Waszych najlepszych lektur roku - podzielcie się proszę!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            
Zakładki:
Wyróżnienia
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...