poniedziałek, 01 września 2014

Pierwszy września budzi w wielu z nas sprzeczne emocje. Z jednej strony oddychamy z ulgą na myśl, że nie musimy już uczyć się do klasówek, siedzieć na nudnych lekcjach jak na szpilkach, a słusznie lub niesłusznie zarobione kiepskie oceny ukrywać przed rodzicami. Z drugiej – życie po szkole bywa równie uciążliwe, służbowe spotkania męczą, a stresu co najmniej tyle samo. Poza tym często bywa tak, że dopiero jako dorośli doceniamy możliwość uczenia się różnych ciekawych rzeczy o świecie, rzeczy, które kiedyś nas niestety niezbyt ciekawiły. Dobrowolnie sięgamy po lektury, które kiedyś wywoływały w nas dreszcze – Nad Niemnem, Lalka, Chłopi… Obraz szkoły we wspomnieniach jakoś się dziwnie wygładza i nabiera pastelowych barw.

Myślę, że niemały wpływ na to mają lektury, w których miejscem akcji jest szkoła idealna – szkoła, w której kwitnie życie towarzyskie, nauczyciele mają powołanie i są jacyś tacy ludzcy, a wszystko spowite jest atmosferą magii. Kto z nas nie chciał choć na chwilę wrócić do czasów szkolnych, czytając o nauce w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Oczywiście, sięgnęłam tutaj po najbardziej spektakularny przykład. Hogwart jest po prostu idealny – zamiast lekcji wychowania fizycznego jest latanie na miotle, zajęcia pozalekcyjne to na przykład gra w quidditcha, zaś wśród przedmiotów obowiązkowych są zaklęcia i obrona przed czarną magią. Nie bez znaczenia są klimatyczne sypialnie, ogromne sale wspólne z kominkami, uczty wyprawiane z wielu różnych okazji i sowy przynoszące listy od rodziców. Moja córka, która kończy wkrótce 11 lat, z pewnością po cichu marzy o tym, że list z Hogwartu wkrótce do niej przyjdzie, i szczerze mówiąc, żałuję, że nie mam 11 lat i nie mogę się już łudzić.

Źródło: harrypotter.wikia.com

Nie jest to jednak jedyna szkoła magii, do której chętnie bym uczęszczała. Nie jestem pewna, czy szkoła czarnoksiężników na wyspie Roke, opisana przez Ursulę Le Guin w Ziemiomorzu, nie jest równie kuszącą opcją. Roke to Wyspa Mędrców, na której spotkać można mistrzów różnych dziedzin. Mają indywidualne podejście do ucznia, każdy może zostać tam kimś wyjątkowym. No i mają wspaniałą bibliotekę.

Szkoła nie musi być magiczna, żeby kusić mola książkowego. Staroświecka pensja dla panien, taka, jak w Tajemniczym opiekunie, była moim marzeniem przez wiele lat. Wspaniały, ambitny program nauczania, wspólnota uczęszczających do niej dziewcząt, i możliwości otwierające się przed każdą pensjonariuszką. Oczywiście, podobnie elitarna była szkoła, do której uczęszczała Sara Crew, czyli Mała księżniczka, ale jednak wiele zależy od przełożonej oraz od innych dziewcząt – akurat ta szkoła nie była obiektem moich marzeń, czemu się chyba nie dziwicie.

Oczywiście dla czytelnika taka surowa pensja z wymaganiami to bardzo atrakcyjne miejsce akcji. Weźmy na przykład Tajemnicę Abigel. Oczywiście, nie chciałabym sama poddać się takiemu rygorowi, nie życzyłabym też tego mojej córce, choć czasem wydaje mi się, że nie byłoby to całkiem złym pomysłem. Szkoła surowa, z tradycjami, taka jak w Jane Eyre, może i bywa strasznym miejscem, ale z pewnością można tam nauczyć się przetrwania, a także zawiązać niezwykłe przyjaźnie.

Miejscem zupełnie innym są niewielkie, wiejskie szkoły, w których uczniowie w różnym wieku uczą się razem w jednej sali, nauczycielka jest zawsze młoda, wesoła i przyjazna, zaś uczniowie mało może ambitni, ale za to skorzy do psot. Do takiej szkoły uczęszczały Dzieci z Bullerbyn, o ile nie przeszkodziła im w tym burza śnieżna. W takiej najpierw uczennicą, a następnie nauczycielką była rudowłosa Ania Shirley. Nie mieściło mi się w głowie, jak to możliwe, że dzieci z różnych klas uczą się razem, ale taka opcja wydawała mi się niezwykle kusząca. A już spędzanie przerw na dworze, gdzieś na łące albo pod lasem, to po prostu marzenie.

I wreszcie nieco przaśna, dobrze mi znana szkoła rodem z PRLu, w której nauczycielki zawsze były surowe i patrzyły z góry na uczniów przez okulary w rogowych oprawkach, dyro był przeważnie dość poczciwy, choć na wszelki wypadek lepiej go było unikać, zaś uczniowie tworzyli zgraną paczkę, zwartą i gotową do wszelkich psot. Tak jak w Głowie na tranzystorach, Sposobie na Alcybiadesa i niezliczonych innych powieściach dla młodzieży, którymi zaczytywałam się w dzieciństwie.

Zastanawiam się, czy we współczesnych powieściach dla młodzieży ten wyidealizowany obraz szkoły jeszcze się pojawia. Nastoletnie czytelniczki chętnie sięgają teraz po bardzo modne antyutopie, a te często przedstawiają szkołę jako miejsce indoktrynacji, pełne zagrożeń i fałszu. Może lepsze skojarzenia budzą elitarne szkoły dla wampirów, upadłych aniołów i tym podobnych, ale nie jestem przekonana. W literaturze polskiej mamy jednak cykl, który dzieje się w szkole, i choć ta występuje raczej w tle, jest miejscem całkiem ciekawym, takim, w którym zawiera się przyjaźnie, rozwiązuje zagadki i snuje plany. Cykl ten to Feliks, Net i Nika, zaś trójka głównych bohaterów to bardzo pomysłowi gimnazjaliści, wierni przyjaciele, dobrze wykorzystujący zdobycze nauki, choć swoją wiedzę niekoniecznie nabyli w szkole.

Nie jestem wprawdzie całkiem przekonana, że naprawdę chciałabym znowu chodzić do szkoły. Pracując na uczelni, atmosfery studiowania mam pod dostatkiem, w dodatku sama wciąż się czegoś uczę. Chciałabym, żeby do jakiejś wyjątkowej szkoły trafiła kiedyś moja córka, ale jeśli się tak nie zdarzy, to trudno – będziemy od czasu do czasu przenosić się w lekturze do fikcyjnych szkół marzeń.

A wy do jakich szkół z książek chcieliście kiedyś chodzić? A może wręcz przeciwnie, woleliście myśleć o tym, jak to dobrze, że nie musieliście do jakiejś fikcyjnej szkoły uczęszczać?

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wygląda na to, że wielu blogerów zapomniało chyba o dzisiejszym Dniu Bloga. Ja się jednak już przyzwyczaiłam do tego, że w ostatni dzień wakacji polecam Wam kilka blogów, które odkryłam w tym roku. Przyznam, że nie jest łatwo - jestem wierna swoim ulubionym blogom i nie odkrywam ciągle nowych. A jeśli odkrywam, to szybko orientuję się, że są bardzo popularne i jestem chyba jedną z ostatnich osób, które ich nie znały, moje polecenie nie jest więc im potrzebne.

Tym niemniej, do mojej listy lektur dodałam w tym roku kilka fantastycznych blogów, które polecam Wam z całego serca! Oto one:

 

Slow Day Long - Ciepły, dobrze napisany i pięknie zilustrowany blog Kamili i Damiana. Kamila i Damian mają przeuroczą córeczkę Alicję, są świadomymi rodzicami, podróżują w nietypowe miejsca i ładnie o tym wszystkim piszą. A w dodatku gdzieś w tle przewija się Wrocław, miasto już nie całkiem moje, a jednak krążące gdzieś w żyłach.

Matka jest tylko jedna - Matka mieszka na Mazurach, remontuje stary dom nad jeziorem, w środku lasu wychowuje synka. Pisze lekko, ze swadą, i w taki sposób, jaki lubię - że czuję, jakbym ją znała od lat.

Urlop na etacie - Aleksandra i Michał nie rzucili pracy, żeby wyjechać w podróż życia. Pracują na etacie, ale z 26 dni urlopu wyciskają, ile się da. W podróżach towarzyszy im Luśka - wesoły, kosmaty, adoptowany ze schroniska pies. Fajne pomysły na wyjazdy, także dla osób lubiących spanie pod namiotem.

Vic Books - W zasadzie nie powinno się polecać blogów ze swojej kategorii i staram się tego trzymać. Zrobię jednak wyjątek dla bloga pisanego po angielsku, bo wydaje mi się niezbyt dobrze znany, a warto na niego zaglądać. Mało recenzji, dużo tekstów okołoksiążkowych, napisanych bardzo ładnym angielskim.

Pojechana - wynik mojej fascynacji Chinami, która od ponad roku nie maleje, a nawet wręcz przeciwnie. Czytam zresztą sporo blogów pisanych przez Polaków mieszkających w różnych krajach Azji - można się z nich naprawdę wiele dowiedzieć! Pojechana to Ola, która mieszka w Shenzhen, pisze o chińskiej codzienności, ale także o podróżach do innych azjatyckich krajów. Pisze lekko, zgrabnie, a przy tym rzetelnie - polecam!

 

A wszystkim blogerom z okazji Dnia Bloga życzę wielu życzliwych czytelników, weny nadchodzącej we właściwych momentach i wytrwałości w pisaniu!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Jakiś czas temu dostałam od koleżanki takiego smsa:

Cześć. Piszę do Ciebie, ponieważ chcę Ci polecić jedną z lepszych książek, które ostatnio przeczytałam i jestem pewna, że też się nią zachwycisz. Jest to "Sor" Jarka Szulskiego. A może już na nią wpadłaś?

Nie będę ukrywać, rzadko dostaję takie smsy! Większość moich koleżanek jest chyba przekonana, że znam wszystkie interesujące książki (co jest oczywiście nieprawdą), i że nie ma sensu nic mi polecać (też nieprawda). Dlatego ucieszyłam się bardzo i oczywiście poczułam zaciekawienie, tym bardziej, że wielokrotnie przekonałam się, że koleżanka ta ma dobry gust książkowy. Tymczasem o książce, o której pisała, nigdy dotąd nawet nie słyszałam! A że wracałam akurat z pracy, natychmiast skręciłam do pobliskiego Empiku. Stanęłam przed półką z literaturą polską i wyszukałam książki Jarka Szulskiego.

Były dwie - "Zdarza się" i "Sor". Krótka lektura opisów z okładek uświadomiła mi, że "Sor" jest swego rodzaju kontynuacją "Zdarza się", choć chyba można je czytać nie po kolei. Ja jednak jestem bardzo porządnym czytelnikiem i staram się czytać książki we właściwej kolejności. Koleżanka wprawdzie polecała "Sora", ale i tak zdecydowałam się zacząć od "Zdarza się". Bo to, że książki Jarka Szulskiego miałam zamiar przeczytać, nie ulega chyba wątpliwości?

Przeczytałam więc "Zdarza się" i przyznam, że nie do końca wiem, co mam o tej książce myśleć.

Książka opowiada o nauczycielu. Nauczycielu bardzo nietypowym, niezwykłym wręcz, który pracuje tylko dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi. Miał okazję podjąć pracę w szkole, którą sam ukończył, choć nie w liceum, lecz w gimnazjum. Szkole z tradycjami, o wysokim poziomie nauczania, bardzo dbającej o swoje dobre imię. Okazję chwycił bez zastanowienia i w ten sposób został wychowawcą klasy pierwszaków. Chcąc ich nie tylko uczyć, ale także wychować, zaangażował się bez reszty - organizował nietypowe wycieczki (naprawdę nietypowe!), zostawał na całą noc w szkole, w porozumieniu, a właściwie zmowie z rodzicami fundował dzieciom niespodzianki z piekła rodem, które ostatecznie przeradzały się w najlepsze przygody. Stał się nie tylko belfrem, ale także powiernikiem, wzorem do naśladowania i najlepszym kumplem. Każdy chciałby takiego nauczyciela mieć. I chciałabym, żeby moja córka trafiła kiedyś na choćby w połowie tak zaangażowanego wychowawcę.

Książka jednak napisana jest średnio. Narrator opowiada nam o trzech latach swojego życia, nie wybierając wydarzeń ważnych dla rozwoju akcji. Kiedy spotyka kogoś znajomego, natychmiast streszcza nam całą historię swojej znajomości z nim. Snuje wspomnienia z młodości, często ciekawe, ale jednak nie do końca pasujące do całości. Książka mogłaby być znacznie krótsza i na pewno by na tym nie straciła.

Denerwujące jest też to, jak przewidywalna jest główna oś wydarzeń. Wiadomo, że Miron wyjątkowym nauczycielem jest - tak wyjątkowym, że wręcz irytującym. Zwłaszcza że wiemy, iż autor książki też jest nauczycielem, trudno więc nie pomyśleć, że pisze w jakimś stopniu o sobie, i trudno nie odczytać tego jako przechwalanie się.

Irytowałam się momentami, chciałam nawet książkę odłożyć, ale jakoś czytałam dalej, przyzwyczajając się powoli do rozwlekłego stylu. I jakoś tak niepostrzeżenie dałam się wciągnąć. Poczułam się, jak na spotkaniu z kumplem, który opowiada o swojej pracy, ale także o starych znajomych, o wakacjach. Ot tak, niekoniecznie spójnie, ale jednak ciekawie i dowcipnie. W dodatku coraz bardziej intrygowało mnie, co też jeszcze Miron wymyśli i jakie atrakcje zafunduje swoim podopiecznym. I nawet nie zauważyłam, kiedy książkę skończyłam.

Nie jest to z pewnością bardzo dobra książka. Jest jednak inspirująca. Fajnie, gdyby sięgnęli po nią przede wszystkim nauczyciele, ale nie tylko - entuzjazm, który przebija z jej kartek, może zarazić każdego. Wiele razy zirytowałam się przy lekturze, ale nie mam zamiaru zrywać znajomości z panem Szulskim. Lubię książki, które wywołują emocje. Czeka zresztą na mnie "Sor", który tak podobał się mojej koleżance. Może okaże się, że autor w kolejnej książce potrafił już trochę bardziej zapanować nad swoim gawędziarstwem? Chętnie sprawdzę. I cieszę się, że koleżanka naprowadziła mnie na niego - dziękuję!

Czytaliście książki Jarka Szulskiego? Jeśli nie, to przeczytajcie i powiedzcie, co o nich sądzicie.

Moja ocena: 4/6

 

piątek, 22 sierpnia 2014

Stali czytelnicy Miasta Książek zapewne przyzwyczaili się, że w sierpniu znikam na krócej lub dłużej. I w tym roku spędziliśmy ostatnie tygodnie snując się po dzikich ostępach.

Było egzotycznie - mieszanka kultur i języków.

Było dziko - puszcze, rozlewiska, podglądanie dzikich zwierząt z bliska i daleka.

Było smacznie - nieznane wcześniej potrawy, prawdziwe, świeże jedzenie często prosto z lasu.

I nie było daleko.

Zakochałam się w Podlasiu i sama nie wiem, gdzie podobało mi się najbardziej - czy w Puszczy Białowieskiej, czy na cichych biebrzańskich łąkach, czy też nad lśniącymi w słońcu suwalskimi jeziorami...

Mam też oczywiście stosik przeczytanych książek, będę więc wykorzystywać ostatnie spokojne dni na pisanie, zaglądajcie więc często! Zaś szczegóły wyjazdu, zarówno praktyczne, jak i bardziej ulotne, już za moment zaczną się pojawiać na Innych stronach. I choć było pięknie, to dobrze być w domu.

piątek, 25 lipca 2014

Jestem wierna seriom, które lubię. Piszę to tytułem wstępu, ale także ostrzeżenia - wiem, że wielu z was próbowało czytać Arnego Dahla i nie do końca spełnił wasze oczekiwania. Jego książki są specyficzne - pisze w bardzo charakterystyczny sposób, przedstawiając różne punkty widzenia, ale tak, że czytelnik czasem się gubi; jego bohaterowie snują różne filozoficzne rozważania; czasem przechodzi od suchego sprawozdania do prozy aspirującej do poetyckości. Policjanci będący bohaterami tej książki, czyli Drużyna A, to bardzo liczna i różnorodna grupa - łatwo pogubić się w ich życiorysach. Książki pisane są według pewnego schematu - ekipa pracuje nad kilkoma zagmatwanymi sprawami jednocześnie, które w pewnym książki zaczynają się łączyć w jedną, zazwyczaj bardzo skomplikowaną intrygę. Niektórym czytelnikom to wszystko nie przypada do gustu.

Ale ja ich po prostu lubię. Członkowie Drużyny A to moi starzy znajomi. Mylili mi się tylko w pierwszych trzech częściach ("Ciemna liczba" to ósmy z dziesięciu zaplanowanych tomów serii). Teraz znam ich bardzo dobrze, wiem, kto ma ile dzieci, jak wygląda ich sytuacja rodzinna, o czym marzą, jakie koszmary budzą ich w środku nocy. Są dziwni, skrywają sporo sekretów, są inteligentni. Nikt nie wybija się na pierwszy plan, każdy ma swój udział w akcji, każdemu autor poświęca mnóstwo uwagi. Są interesujący.

Dobrze jest czytać o zespołowej pracy policji. Miła to odmiana po tych wszystkich samotnych i nieszczęśliwych komisarzach, których nikt nie rozumie, a oni stawiają czoła wszelkiemu złu. Tutaj poszczególni bohaterowie ze sobą współpracują. Toczą długie dyskusje, a czytelnik z zainteresowaniem śledzi prowadzone przez nich burze mózgów.

Same intrygi zazwyczaj prowadzone są bardzo dobrze. Właściwie nigdy nie udaje mi się przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Arne Dahl stara się gmatwać wszystko i wymyślać niebanalne zagadki. W "Ciemnej liczbie" trochę wprawdzie przedobrzył - wprowadził do akcji wątek tajemniczego stowarzyszenia, istniejącego od XVIII wieku i kultywującego "siłę witalną". Na podobne motywy mam lekką alergię, nawet nie taką lekką. Pomógł mi jednak fakt, że pisarz ewidentnie traktuje swoje stowarzyszenie z przymrużeniem oka, delikatnie się z niego naśmiewając. Reszta intrygi jak zwykle niezła - zaginiona nastolatka, która w trakcie wycieczki klasowej po prostu zniknęła w lesie; tajemnicze znalezisko archeologiczne wykradzione przez zazdrosnego męża, zwłoki z odciętą głową znalezione w centrum Sztokholmu. Trzy wątki przeplatają się zgrabnie, w tle zaś bardzo poważny i jak zwykle u tego autora aktualny problem społeczny. Nie jest to może najlepsza książka z cyklu, ale jeśli ktoś już polubił członków Drużyny A, nie będzie narzekał - czyta się świetnie, tłumaczenie jest bardzo dobre (co akurat nie jest regułą w przypadku książek Dahla), a bohaterowie jak zawsze interesujący.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 24 lipca 2014

   W czasach, gdy Dickens opisywał smutny los mieszkających na ulicach Londynu i innych miast dzieci, po drugiej stronie oceanu wymyślano właśnie projekt, który stał się wstępem do wprowadzenia instytucji rodzin zastępczych. W założeniach znakomity, ale trudny w realizacji pomysł, aby zbierać bezdomne dzieci z ulic Nowego Jorku i wysyłać je na zachód, gdzie dostaną zajęcie w rodzinach pobożnych i uczciwych farmerów, którzy dadzą im dom i wychowają. Dzieci wyposażano więc w podstawowe ubrania, pakowano do pociągu, który jechał przez środkowe stany, zatrzymując się w większych miastach. Na dworcach gromadzili się ludzi, którzy wybierali sobie dzieci do adopcji lub (chyba częściej) te, które nadawały się do pracy na farmie i w domu. Założenie nie najgorsze - rodziny zabierające dzieci zobowiązywały się do wysyłania ich do szkoły, a starsze dzieci miały nawet dostawać zapłatę za pracę, którą będą wykonywać. W praktyce w rozległym kraju trudno było kontrolować to, czy opiekunowie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Niektóre dzieci trafiły do kochających rodzin, inne były bite, głodzone i zmuszane do pracy ponad siły. W sumie między rokiem 1853 i 1929 umieszczono w ten sposób w tzw. rodzinach zastępczych prawie 250 000 dzieci.

Christina Baker Kline, zainspirowana historiami dawnych pasażerów tzw. 'sierocych pociągów", napisała powieść o ich losie. "Sieroce pociągi" to historia niejakiej Niamh, córki irlandzkich imigrantów, której rodzina ginie w pożarze krótko po tym, jak przenoszą się z rodzinnej wyspy do Nowego Jorku. Niamh trafia najpierw do sierocińca, a następnie do pociągu i zostaje wywieziona na zachód, gdzie czeka ją cała seria naprawdę trudnych przeżyć. Jej historię poznajemy równolegle z losami Molly, współczesnej nastolatki wychowującej się w niezbyt przyjemnej rodzinie zastępczej, zbuntowanej przeciwko całemu światu. Los rzuca Molly pod dach starszej pani, która w dzieciństwie trafiła do sierocego pociągu. To spotkanie zmieni życie ich obu.

"Sieroce pociągi" to powieść napisana tak, aby poruszyć czytelnika. Siłą rzeczy nie sposób się od niej oderwać - historia Niamh po prostu musi przykuwać uwagę. Nie jest to wielka literatura, ale sprawnie napisana, wciągająca opowieść, obliczona na wzruszenie czytelnika. Sporo w niej schematycznych rozwiązań, brakuje trochę głębi psychologicznej i sporo wydarzeń da się po prostu przewidzieć. Nie zmienia to jednak tego, że czyta się ją dobrze i nie sposób nie polubić obu bohaterek. To niezła książka z tzw. literatury środka, doskonała na to, by spędzić z nią kilka letnich wieczorów. Ja zaczęłam ją czytać przed kilkugodzinną podróżą pociągiem i gdy okazało się, że pociąg jest całkowicie zdezelowany i tak strasznie huśta w nim i trzęsie, że czytanie jest wykluczone, siedziałam mocno zirytowana, że nie mogę czytać dalej książki, która zdążyła mnie całkowicie wciągnąć.

W Stanach książka Christiny Baker Kline stała się bestsellerem, co nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że żyje tam prawdopodobnie kilka milionów osób, których przodkowie jechali jednym z sierocych pociągów. Jednak i u nas warto ją czytać, choćby po to, aby poznać mało znany epizod z historii Stanów Zjednoczonych i zastanowić się nad tym, jak trudne były początki instytucji rodzin zastępczych. A także po to, aby spędzić kilka godzina nad książką, zapominając o wszystkim, co nas otacza.

Moja ocena: 4.5/6


sobota, 19 lipca 2014

Kocham historię Anglii. Całym sercem. Te zdrady, spiski, namiętności, romanse, wszystko tętniące życiem, odległe w czasie, a przecież wciąż żywe, wciąż działające na wyobraźnię. Czy to dlatego, że historia wysp brytyjskich wyjątkowo obfituje w ciekawe wydarzenia? A może przede wszystkim dlatego, że Anglicy o swojej historii potrafią opowiadać, lubią pisać i robią to wyjątkowo dobrze?

Sięgając po książki Hilary Mantel czy choćby Philippy Gregory myślałam o tym, że chciałabym czytać takie książki o historii innych narodów - Francji, Niemiec, o Polsce wręcz nie śmiałam marzyć. Czytałam w dzieciństwie cykl Karola Bunscha, sięgałam po różne książki historyczne, jakie się ukazywały w ostatnich latach, ale nic mnie nie olśniewało, niczym nie zachwyciłam się tak, jak zachwyciła mnie Mantel. Do czasu, kiedy przeczytałam "Koronę śniegu i krwii" Elżbiety Cherezińskiej.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że książka ta zdobyła tytuł Książki Roku Miasta Książek w 2012. Mam też nadzieję, że nie omieszkaliście się po nią sięgnąć, a jeśli tak, to nie wątpię, że macie już kolejną część historii, czyli "Niewidzialną koronę". Jeśli jednak nie jesteście wciąż przekonani, albo wręcz nie słyszeliście wcześniej o tej książce, zaufajcie mi i kupcie ją bez wahania.


"Korona śniegu i krwii" była bardzo dobra - pełnokrwista, wciągająca, a przy okazji dokształcająca nas w temacie naszej własnej historii. "Niewidzialna korona" jest jednak jeszcze lepsza. Dawno nie zakochałam się tak w żadnej książce.

Jej bohaterem jest książę Władysław, zwany później Łokietkiem - niewielkiego wzrostu książę kujawski, który trochę zrządzeniem losu, a trochę przypadkiem został wybrany na następcę Przemysła II, króla zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym Polski. Władek, jak go autorka nazywa, jest bohaterem doskonałym. Jest tak nieporadny i denerwujący, jak tylko to możliwe, ale jednocześnie wzbudza w czytelniku całą gamę ciepłych uczuć. Kibicujemy mu, tym bardziej, że skoro z lekcji historii znamy jego imię, to wiemy, że uda mu się zasiąść na polskim tronie. Nie znaczy to jednak, że nas nie denerwuje i że nie mamy ochoty czasami mocno nim potrząsnąć!

Jego żona, Jadwiga, która nie znosi, kiedy mąż nazywa ją Jadwinią, może tylko cierpliwie czekać i liczyć na to, że jej w gorącej wodzie kąpany małżonek da radę nie stracić życia. Zresztą nie ona jedna robi dobre wrażenie na czytelniku. "Niewidzialna korona" to książka o kobietach - Piastównach, które w podręcznikach do historii są w najlepszym razie wspomniane, często zaś nikt o nich nie mówi i nie pisze. A one też odegrały swoją rolę w tym bardzo męskim świecie średniowiecznej Polski. Rikissa, córka Przemysła, jest z pewności ulubienicą wszystkich czytelników. Równie ujmujące są jednak niezamężne lub owdowiałe Piastówny, które trafiły do klasztoru klarysek wrocławskich - urocze plotkary, inteligentnie komentujące wydarzenia ze świata za murami.

Są w "Niewidzialnej koronie" momenty magiczne. Władek w Rzymie, u papieża, lub w węgierskiej puszczy. Jakub Świnka, spoglądający z wieży katedry gnieźnieńskiej na wielkopolskie ziemie, z niewidzialną koroną na skroniach. Rikissa śmiało wychodząca naprzeciw swojemu losowi, który przeraziłby każdą inną dziewczynkę w jej wieku. Są sceny przezabawne, które sprawiają, że inaczej się będzie patrzyło na niektóre postaci, choćby czeskiego króla Vaclava II. Są i wzruszenia. A wszystko to spisane żywym, pięknym językiem, tak, że nie chce się książki odkładać choćby na chwilę. Nie chce się też jej kończyć.

"Korona śniegu i krwi" początkowo onieśmielała. Nadmiar Bolesławów i Henryków (nasi przodkowie nie mieli bujnej fantazji w kwestii nadawania dzieciom imion), Elżbiet i Jadwig, sprawiał, że ciężko było się początkowo zorientować, kto jest kim. Trzeba było wracać czasem do poprzednich rozdziałów, żeby sprawdzić, o którym Henryku jest właśnie mowa. "Niewidzialna korona" jest pod tym względem łatwiejsza w lekturze. W dodatku można ją czytać bez znajomości pierwszego tomu, jako że właściwie stanowi odrębną historię, choć oczywiście sporo postaci pojawia się w obu częściach. Jeśli jednak stwierdzicie teraz, że w takim razie zaczniecie od "Niewidzialnej korony", przemyślcie to jeszcze raz! Będziecie mieli dokładnie o połowę przyjemności mniej!

Nie jest też istotne, czy lubicie historię. Jeśli nie należała do przedmiotów, których się z chęcią uczyliście w szkole, to nic nie szkodzi - jestem pewna (!), że to się zmieni po lekturze "Niewidzialnej korony". Po prostu nie można nie zachłysnąć się bogactwem opowieści, które skrywa w sobie nasza przeszłość. Nie sposób nie chcieć wiedzieć, co było dalej. Ciąg dalszy nastąpi - autorka zresztą sama to obiecuje, pisząc: "Co mogę obiecać? Że to nie koniec. Odrodzone Królestwo powróci". Nie mogłam jednak sobie odmówić sięgnięcia po "Polskę Piastów" po to, żeby sprawdzić, jak potoczą się losy niektórych postaci. Losy innych sprawdzałam w necie, gnana niepokojem i ciekawością. A i tak będę czekać z utęsknieniem na kolejną część. I liczyć na to, że autorka będzie pisała o kolejnych królach książkę po książce!

Szkoda było mi rozstawać się bohaterami - ostatnie kilkadziesiąt stron przeciągałam w nieskończoność, cofałam się do wcześniejszych rozdziałów, odkładałam książkę, żeby jak najdłużej pozostać w świecie Władka, Rikissy, Vaclava... Stali się dla mnie postaciami równie realnymi, jak osoby żyjące, czuję ich obecność gdzieś tutaj, w pobliżu poznańskiej katedry, w wielkopolskich lasach. I wdzięczna jestem Elżbiecie Cherezińskiej, że ich dla mnie ożywiła. Że mogę powiedzieć, że kocham także historię Polski, i że to zasługa książek!

Moja ocena: 6/6, poważna kandydatka do Książki Roku 2014 (choć trzeba przyznać, że ma silną konkurencję!)

piątek, 11 lipca 2014

Źródło: Wikimedia Commons

Jeśli mieszkacie w Poznaniu lub w okolicach i nie macie planów na najbliższy weekend, może macie ochotę spotkać się ze mną i kilkoma blogerkami książkowymi? Zapraszamy serdecznie na literacki weekend! Spotkać będzie można Agnieszkę z Książkowo, Monikę z God Save the Book i Ankę z Bazgradełka.

Spotykamy się w sobotę (jutro), o 16.00 w parku przed Operą - o ile nie będzie padać, będziemy piknikować na trawie przed fontanną. Od 18.00 będziemy gdzieś w okolicach Starego Rynku - napiszę w komentarzu tutaj, gdzie jesteśmy.

W niedzielę literacki spacer po Poznaniu, ruszamy o 10.00 z Targu Śniadaniowego w parku Sołackim.

Dajcie znać, jeśli chcielibyście do nas dołączyć! Zapraszam serdecznie!

wtorek, 01 lipca 2014

Pierwszy lipca - data, która zawsze wywoływała przyjemny dreszczyk emocji. Zaczęły się wakacje, uroczy okres nicnierobienia. Kiedy moja córka wróciła do domu ze świadectwem i z poczuciem, że ciężko zapracowała na te dwa miesiące beztroski, pozazdrościłam jej z całego serca. Nawet kiedy zaczynam urlop, nie czuję się tak, jak czuje się dziecko w pierwszym dniu wakacji.

Ale właściwie dlaczego nie? Lato to cudowny czas - czas słońca, pachnącego wiatru, słodkich owoców, wycieczek i wyjazdów. Może być radosny nawet kiedy nie mam dwóch miesięcy wolnego. A dla mola książkowego jest tym przyjemniejszy - pracy latem jest zwykle nieco mniej, nie trzeba pilnować odrabiania zadań domowych, budzić wczesnym rankiem do szkoły, nie trzeba martwić się, że za moment zrobi się ciemno, zimno i nieprzyjemnie. Można czytać popołudniami na trawie, chodzić na wycieczki i na plażę. Przygotowałam więc dla was listę dwudziestu pomysłów na ciekawe rzeczy, które warto zrobić latem. Oczywiście, wszystkie są powiązane z książkami! Dodajcie swoje w komentarzach i napiszcie, które z nich spodobały wam się na tyle, że pokusicie się o ich realizację!

 

1. Odwiedź jakieś miejsce związane z literaturą

Może w twojej okolicy mieszkał kiedyś jakiś znany pisarz? Spróbuj odnaleźć jego dom! A jeśli był naprawdę znany, być może jest tam teraz muzeum? Tym lepiej! Możesz wybrać się w dalszą podróż w tym samym celu – polecam na przykład leśniczówkę Pranie, położoną w pięknej okolicy. Możesz też odwiedzić miejsca znane z książek. Zawsze marzyłeś o przechadzce po Jeżycach śladami bohaterów Musierowicz? Dlaczego by się więc nie wybrać do Poznania tego lata?

2. Zorganizuj imprezę czytelniczą

Zaproś znajomych z książkami lub bez, jeśli jesteś gotowy pożyczyć im coś ze swojej biblioteczki. Przygotuj wygodne siedzenia – fotele, pufy, poduszki na podłodze. Wino, herbata, coś do przegryzania i cały wieczór czytania w gronie przyjaciół. Ewentualnie możecie umówić się na czytanie tej samej książki i dyskusję co 2-3 rozdziały.

3. Zorganizuj imprezę w stylu ulubionej książki

Jeśli wolisz bardziej towarzyskie spotkania, podczas których się rozmawia, może zaproś znajomych na imprezę w stylu ulubionej książki? Przebierzcie się za postaci z „Igrzysk śmierci”, „Harry’ego Pottera”, albo „Ani z Zielonego Wzgórza”. Przyrządźcie do jedzenia coś książkowego (możecie skorzystać z pomysłów z fictitiousdishes.com lub z przepisów Pauliny Wnuk, prowadzącej blog From movie to the kitchen (wbrew nazwie, znajdziecie u niej także przepisy z książek). Udekorujcie odpowiednio mieszkanie. W końcu kto powiedział, że przebierać się można tylko w karnawale?

4. Przeczytaj książkę, o której nic nie wiesz

Przejrzyj swoje półki, zajrzyj w zakurzone zakamarki biblioteki albo przeszukaj antykwariat. Wybierz książkę, o której nic nie wiesz, ale która w jakiś sposób do ciebie przemawia – okładką, tytułem, oryginalnym imieniem autora, czymkolwiek. Przeczytaj ją bez żadnych oczekiwań. Podziel się wrażeniami na blogu, facebooku, forum książkowym. Może dzięki tobie jakaś dawno zapomniana historia trafi do swojego czytelnika?

5. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w kraju, o którym nie wiesz prawie nic

Wybierz się w podróż literacką. Tańsza i prostsza w organizacji niż rzeczywista, może przybliżyć ci kawałek świata. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w Wietnamie, Nigerii, Kiribati, lub gdziekolwiek indziej!

6. Poczytaj komuś na głos

Jeśli masz dzieci, to zapewne dla ciebie chleb powszedni. Ale możesz komuś poczytać, nawet jeśli nie posiadasz dzieci w pobliżu. Zaproponuj wspólną lekturę partnerowi, rodzicom, przyjaciółce, starszej sąsiadce…

7. Zrób sobie ekslibris

Przeznacz jakieś deszczowe popołudnie na zaprojektowanie swojego ekslibrisu. Wydrukuj go samodzielnie albo zamów pieczątkę.

8. Uporządkuj swoją biblioteczkę

Wydaje ci się, że książki przemieszczają się po twoim mieszkaniu samodzielnie? Ciągle nie możesz znaleźć jakiś tytułów? Na początku układałeś książki według systemu, ale już dawno nie ma po nim śladu? Może czas na generalne porządki? Zdziwisz się, ile znajdziesz książek, o których zapomniałeś!

9. Pójdź na spotkanie autorskie

Ciągle brakuje ci czasu, żeby pójść na spotkanie z interesującym autorem? Może właśnie latem się uda?

10. Czytaj wiersze

Często brakuje nam czasu na wszystko. Czytamy najnowsze bestsellery, bo kuszą, czytamy klasykę, bo chcemy ją znać. Na poezję przeważnie nie mamy już czasu. Zresztą boimy się jej, nie rozumiemy, nudzi nas. A może ciepły lipcowy wieczór to odpowiedni moment, żeby dać jej szansę? Wyjmijmy jakiś zapomniany tomik z półki lub przynieś z biblioteki, i po prostu zacznij czytać. Jeden – dwa wiersze co kilka wieczorów, nie za dużo. Trzeba dać poezji czas.

11. Przeczytaj książkę w obcym języku

Zapewne obiecujesz to sobie od dawna. Czemu więc nie zacząć właśnie teraz?

12. Urządź sobie książkowy piknik

Weź koc, jedzenie i picie, książkę, i wybierz się do parku / nad jezioro / na łąkę. Połóż się na trawie i czytaj przez wiele godzin.

13. Wybierz się z książką do kawiarni

Jest coś dekadenckiego w spędzeniu całego poranka w kawiarni nad książką. Idź się w jakiś słoneczny ranek do miasta, zamów kawę i zatop się w lekturze!

14. Zrób sobie książkową koszulkę albo torbę

Jeśli masz zdolności plastyczne, możesz namalować coś lub napisać – ilustrację do ulubionej książki, ciekawy cytat. Jeśli, tak jak ja, masz dwie lewe ręce, zawsze możesz zamówić profesjonalny nadruk z tekstem, który wybierzesz.

15. Wybierz się na długi spacer z audiobookiem

Zwłaszcza, jeśli nie jesteś jeszcze przekonany do książek w tej formie. Połączysz przyjemne z pożytecznym, sprawdzisz, czy książki w formie audio naprawdę nie są dla ciebie. Wybierz starannie – książka na płycie powinna być dość wciągająca, ponieważ podczas słuchania łatwo się rozpraszamy.

16. Zrób sobie zdjęcie z książką

Albo wiele zdjęć. Możesz robić jedno książkowe zdjęcie dziennie. Będziesz się dobrze bawić, ćwiczyć kreatywność, a jeśli zamieścisz gdzieś te zdjęcia, przy okazji będziesz promować czytanie!

17. Przeczytaj książkę od początku do końca w jeden dzień

Kiedy pisałam ostatnio o tym, że udało się mi się przeczytać książkę praktycznie bez przerywania, wiele osób pisało w komentarzach, że mi tego zazdrości. Spróbujcie więc to zrobić tego lata! Zaplanujcie to wcześniej, żeby nie odrywała was potem konieczność zrobienia zakupów, albo pójdźcie na żywioł i po prostu zamówcie pizzę, gdy poczujecie głód. To naprawdę proste!

18. Napisz do swoich ulubionych autorów maile lub listy z podziękowaniami

Właściwie nie wiem, dlaczego tego nigdy dotąd nie zrobiłam. Są ludzie, którym jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że napisali swoje książki. Znalezienie odpowiedniego adresu nie jest teraz żadnym problemem, zawsze można przecież napisać na adres wydawnictwa. Mam zamiar zacząć to robić tego lata.

19. Przeczytaj ponownie swoje ulubione książki z dzieciństwa

Kup sobie duże lody albo watę cukrową, zrób kanapkę z cukrem albo szyszki z prażonego ryżu, lub cokolwiek innego, co kojarzy ci się z dzieciństwem. A potem wygrzeb z pudła albo z tylnego rzędu na półce książki, na których widok uśmiechasz się bezwiednie – Muminki, Niziurskiego, Makuszyńskiego, Ożogowską, Szklarskiego. Poczuj się znowu, jakby zaczynały się prawdziwe wakacje.

20. Zrób sobie weekend z książką

Rodzinę wyślij gdzieś na cały weekend. Albo wręcz przeciwnie – zostaw ich w domu i wyjedź gdzieś. Nie planuj niczego – żadnego zwiedzania, zakupów, spotkań. Po prostu ty i książki, przez dwa pełne dni. Wyłącz telefon, wyciągnij wtyczkę komputera, i czytaj. W przerwach spaceruj, wystawiaj twarz do słońca i ciesz się ciszą.



czwartek, 19 czerwca 2014

Pamiętacie, kiedy ostatnio zdarzyło wam się przeczytać książkę od początku do końca w jeden dzień? Nie robiąc praktycznie przerw? Rzadki to luksus, na który trudno sobie pozwolić. Mnie przytrafiło się to dzisiaj. To był mój pierwszy wolny dzień od wielu tygodni, i szczerze mówiąc byłam zbyt zmęczona, by robić cokolwiek bardziej aktywnego. Dawno już zaplanowałam sobie, że przynajmniej połowę dnia spędzę z książką, i nawet książkę miałam wybraną. Liczyłam na dobrą lekturę, wciągającą w swój świat, a jednocześnie niezbyt trudną, i muszę przyznać, że trafiłam doskonale.

"Nić" Victorii Hislop jest bowiem wyborem na długi, letni dzień - zawiera w sobie idealnie wyważoną ilość romantyzmu i wiedzy, a w dodatku historia w niej opowiedziana jest na tyle intrygująca, że od lektury trudno się oderwać.

"Nić" to historia fikcyjnej greckiej rodziny Komninos, której losy nierozerwalnie splecione są z historią Salonik. Powieść zaczyna się w 1917 roku, kiedy to Saloniki strawił potężny pożar, i toczy się aż do dwudziestego pierwszego wieku. Poznajemy barwną i obfitującą w dramatyczne wydarzenia historię miasta, a na jej tle śledzimy losy kilkorga osób - Olgi, która wyszła za mąż za zaślepionego żądzą bogactwa Konstantinosa, ich syna - zbuntowanego idealisty Dimitrisa. Utraciwszy w pożarze dom, trafiają na wąską uliczkę Irini, zamieszkaną przez wielokulturową mieszaninę ludzi. Żydzi żyją tu obok muzułmanów i chrześcijan, a duch wspólnoty sprawia, że dzieci i dorośli koegzystują zgodnie, zaś różnice kulturowe są częścią ich codzienności.

Saloniki pierwszej połowy dwudziestego wieku to miasto barwne, wielokulturowe, pełne energii. Jednak historia jest okrutna i w wyniku wojny grecko-tureckiej część mieszkańców miasta zostaje wysiedlona. Na mocy traktatu z Lozanny mieszkający w Grecji Turcy zostają wywiezieni do Turcji, zaś tureccy Grecy muszą opuścić Turcję i wrócić do ojczyzny. W ten sposób do Salonik trafia Eugenia, matka dwóch córek, a wraz z nimi Katerina, dziewczynka, która zgubiła podczas podróży mamę. Przydzielono im dom na ulicy Irini, który właśnie opuściła muzułmańska rodzina, zaś ich los splecie się nierozerwalnie z losem rodziny Komninos.

Victoria Hislop wie, jak umiejętnie snuć opowieść. Jej "Nić" to tak naprawdę wielobarwna tkanina pełna zręcznie przeplatających się nitek. Miejscami jest porażająco smutna - II wojna światowa odciśnie na trwałe swoje piętno na historii Salonik. Przede wszystkim jednak czuć w niej miłość do tego fascynującego kraju, którą niewątpliwie żywi autorka. Jej Grecja intryguje, wabi zapachem, kusi duchem wspólnoty.Kusi nie tylko antyczną schedą, ale także śladami historii znacznie mniej odległej, a jakże dramatycznej.

Jest w tej książce wszystko, czego moglibyście chcieć od dobrej wakacyjnej lektury - wartka akcja, dający się lubić bohaterowie, szczypta romantyzmu. A do tego ta Grecja, której właściwie zupełnie nie znam, a która kusi od dawna - teraz jeszcze bardziej niż wcześniej.

Jedyne zastrzeżenie to nieco toporna klamra spinająca powieść - historia zaczyna się i kończy w dwudziestym pierwszym wieku, zaś całość opowiadana jest wnukowi przez dwoje starszych ludzi. Początek nieco pospieszny, właściwie moim zdaniem zbędny, jako że historia broni się sama, bez tego współczesnego elementu. Na szczęście to zaledwie kilka stron, które w niczym nie przeszkadzają, a być może niektórym czytelnikom nawet przypadną do gustu...

Moja ocena: 5/6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
Blog roku
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...