piątek, 22 sierpnia 2014

Stali czytelnicy Miasta Książek zapewne przyzwyczaili się, że w sierpniu znikam na krócej lub dłużej. I w tym roku spędziliśmy ostatnie tygodnie snując się po dzikich ostępach.

Było egzotycznie - mieszanka kultur i języków.

Było dziko - puszcze, rozlewiska, podglądanie dzikich zwierząt z bliska i daleka.

Było smacznie - nieznane wcześniej potrawy, prawdziwe, świeże jedzenie często prosto z lasu.

I nie było daleko.

Zakochałam się w Podlasiu i sama nie wiem, gdzie podobało mi się najbardziej - czy w Puszczy Białowieskiej, czy na cichych biebrzańskich łąkach, czy też nad lśniącymi w słońcu suwalskimi jeziorami...

Mam też oczywiście stosik przeczytanych książek, będę więc wykorzystywać ostatnie spokojne dni na pisanie, zaglądajcie więc często! Zaś szczegóły wyjazdu, zarówno praktyczne, jak i bardziej ulotne, już za moment zaczną się pojawiać na Innych stronach. I choć było pięknie, to dobrze być w domu.

piątek, 25 lipca 2014

Jestem wierna seriom, które lubię. Piszę to tytułem wstępu, ale także ostrzeżenia - wiem, że wielu z was próbowało czytać Arnego Dahla i nie do końca spełnił wasze oczekiwania. Jego książki są specyficzne - pisze w bardzo charakterystyczny sposób, przedstawiając różne punkty widzenia, ale tak, że czytelnik czasem się gubi; jego bohaterowie snują różne filozoficzne rozważania; czasem przechodzi od suchego sprawozdania do prozy aspirującej do poetyckości. Policjanci będący bohaterami tej książki, czyli Drużyna A, to bardzo liczna i różnorodna grupa - łatwo pogubić się w ich życiorysach. Książki pisane są według pewnego schematu - ekipa pracuje nad kilkoma zagmatwanymi sprawami jednocześnie, które w pewnym książki zaczynają się łączyć w jedną, zazwyczaj bardzo skomplikowaną intrygę. Niektórym czytelnikom to wszystko nie przypada do gustu.

Ale ja ich po prostu lubię. Członkowie Drużyny A to moi starzy znajomi. Mylili mi się tylko w pierwszych trzech częściach ("Ciemna liczba" to ósmy z dziesięciu zaplanowanych tomów serii). Teraz znam ich bardzo dobrze, wiem, kto ma ile dzieci, jak wygląda ich sytuacja rodzinna, o czym marzą, jakie koszmary budzą ich w środku nocy. Są dziwni, skrywają sporo sekretów, są inteligentni. Nikt nie wybija się na pierwszy plan, każdy ma swój udział w akcji, każdemu autor poświęca mnóstwo uwagi. Są interesujący.

Dobrze jest czytać o zespołowej pracy policji. Miła to odmiana po tych wszystkich samotnych i nieszczęśliwych komisarzach, których nikt nie rozumie, a oni stawiają czoła wszelkiemu złu. Tutaj poszczególni bohaterowie ze sobą współpracują. Toczą długie dyskusje, a czytelnik z zainteresowaniem śledzi prowadzone przez nich burze mózgów.

Same intrygi zazwyczaj prowadzone są bardzo dobrze. Właściwie nigdy nie udaje mi się przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Arne Dahl stara się gmatwać wszystko i wymyślać niebanalne zagadki. W "Ciemnej liczbie" trochę wprawdzie przedobrzył - wprowadził do akcji wątek tajemniczego stowarzyszenia, istniejącego od XVIII wieku i kultywującego "siłę witalną". Na podobne motywy mam lekką alergię, nawet nie taką lekką. Pomógł mi jednak fakt, że pisarz ewidentnie traktuje swoje stowarzyszenie z przymrużeniem oka, delikatnie się z niego naśmiewając. Reszta intrygi jak zwykle niezła - zaginiona nastolatka, która w trakcie wycieczki klasowej po prostu zniknęła w lesie; tajemnicze znalezisko archeologiczne wykradzione przez zazdrosnego męża, zwłoki z odciętą głową znalezione w centrum Sztokholmu. Trzy wątki przeplatają się zgrabnie, w tle zaś bardzo poważny i jak zwykle u tego autora aktualny problem społeczny. Nie jest to może najlepsza książka z cyklu, ale jeśli ktoś już polubił członków Drużyny A, nie będzie narzekał - czyta się świetnie, tłumaczenie jest bardzo dobre (co akurat nie jest regułą w przypadku książek Dahla), a bohaterowie jak zawsze interesujący.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 24 lipca 2014

   W czasach, gdy Dickens opisywał smutny los mieszkających na ulicach Londynu i innych miast dzieci, po drugiej stronie oceanu wymyślano właśnie projekt, który stał się wstępem do wprowadzenia instytucji rodzin zastępczych. W założeniach znakomity, ale trudny w realizacji pomysł, aby zbierać bezdomne dzieci z ulic Nowego Jorku i wysyłać je na zachód, gdzie dostaną zajęcie w rodzinach pobożnych i uczciwych farmerów, którzy dadzą im dom i wychowają. Dzieci wyposażano więc w podstawowe ubrania, pakowano do pociągu, który jechał przez środkowe stany, zatrzymując się w większych miastach. Na dworcach gromadzili się ludzi, którzy wybierali sobie dzieci do adopcji lub (chyba częściej) te, które nadawały się do pracy na farmie i w domu. Założenie nie najgorsze - rodziny zabierające dzieci zobowiązywały się do wysyłania ich do szkoły, a starsze dzieci miały nawet dostawać zapłatę za pracę, którą będą wykonywać. W praktyce w rozległym kraju trudno było kontrolować to, czy opiekunowie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Niektóre dzieci trafiły do kochających rodzin, inne były bite, głodzone i zmuszane do pracy ponad siły. W sumie między rokiem 1853 i 1929 umieszczono w ten sposób w tzw. rodzinach zastępczych prawie 250 000 dzieci.

Christina Baker Kline, zainspirowana historiami dawnych pasażerów tzw. 'sierocych pociągów", napisała powieść o ich losie. "Sieroce pociągi" to historia niejakiej Niamh, córki irlandzkich imigrantów, której rodzina ginie w pożarze krótko po tym, jak przenoszą się z rodzinnej wyspy do Nowego Jorku. Niamh trafia najpierw do sierocińca, a następnie do pociągu i zostaje wywieziona na zachód, gdzie czeka ją cała seria naprawdę trudnych przeżyć. Jej historię poznajemy równolegle z losami Molly, współczesnej nastolatki wychowującej się w niezbyt przyjemnej rodzinie zastępczej, zbuntowanej przeciwko całemu światu. Los rzuca Molly pod dach starszej pani, która w dzieciństwie trafiła do sierocego pociągu. To spotkanie zmieni życie ich obu.

"Sieroce pociągi" to powieść napisana tak, aby poruszyć czytelnika. Siłą rzeczy nie sposób się od niej oderwać - historia Niamh po prostu musi przykuwać uwagę. Nie jest to wielka literatura, ale sprawnie napisana, wciągająca opowieść, obliczona na wzruszenie czytelnika. Sporo w niej schematycznych rozwiązań, brakuje trochę głębi psychologicznej i sporo wydarzeń da się po prostu przewidzieć. Nie zmienia to jednak tego, że czyta się ją dobrze i nie sposób nie polubić obu bohaterek. To niezła książka z tzw. literatury środka, doskonała na to, by spędzić z nią kilka letnich wieczorów. Ja zaczęłam ją czytać przed kilkugodzinną podróżą pociągiem i gdy okazało się, że pociąg jest całkowicie zdezelowany i tak strasznie huśta w nim i trzęsie, że czytanie jest wykluczone, siedziałam mocno zirytowana, że nie mogę czytać dalej książki, która zdążyła mnie całkowicie wciągnąć.

W Stanach książka Christiny Baker Kline stała się bestsellerem, co nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że żyje tam prawdopodobnie kilka milionów osób, których przodkowie jechali jednym z sierocych pociągów. Jednak i u nas warto ją czytać, choćby po to, aby poznać mało znany epizod z historii Stanów Zjednoczonych i zastanowić się nad tym, jak trudne były początki instytucji rodzin zastępczych. A także po to, aby spędzić kilka godzina nad książką, zapominając o wszystkim, co nas otacza.

Moja ocena: 4.5/6


sobota, 19 lipca 2014

Kocham historię Anglii. Całym sercem. Te zdrady, spiski, namiętności, romanse, wszystko tętniące życiem, odległe w czasie, a przecież wciąż żywe, wciąż działające na wyobraźnię. Czy to dlatego, że historia wysp brytyjskich wyjątkowo obfituje w ciekawe wydarzenia? A może przede wszystkim dlatego, że Anglicy o swojej historii potrafią opowiadać, lubią pisać i robią to wyjątkowo dobrze?

Sięgając po książki Hilary Mantel czy choćby Philippy Gregory myślałam o tym, że chciałabym czytać takie książki o historii innych narodów - Francji, Niemiec, o Polsce wręcz nie śmiałam marzyć. Czytałam w dzieciństwie cykl Karola Bunscha, sięgałam po różne książki historyczne, jakie się ukazywały w ostatnich latach, ale nic mnie nie olśniewało, niczym nie zachwyciłam się tak, jak zachwyciła mnie Mantel. Do czasu, kiedy przeczytałam "Koronę śniegu i krwii" Elżbiety Cherezińskiej.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że książka ta zdobyła tytuł Książki Roku Miasta Książek w 2012. Mam też nadzieję, że nie omieszkaliście się po nią sięgnąć, a jeśli tak, to nie wątpię, że macie już kolejną część historii, czyli "Niewidzialną koronę". Jeśli jednak nie jesteście wciąż przekonani, albo wręcz nie słyszeliście wcześniej o tej książce, zaufajcie mi i kupcie ją bez wahania.


"Korona śniegu i krwii" była bardzo dobra - pełnokrwista, wciągająca, a przy okazji dokształcająca nas w temacie naszej własnej historii. "Niewidzialna korona" jest jednak jeszcze lepsza. Dawno nie zakochałam się tak w żadnej książce.

Jej bohaterem jest książę Władysław, zwany później Łokietkiem - niewielkiego wzrostu książę kujawski, który trochę zrządzeniem losu, a trochę przypadkiem został wybrany na następcę Przemysła II, króla zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym Polski. Władek, jak go autorka nazywa, jest bohaterem doskonałym. Jest tak nieporadny i denerwujący, jak tylko to możliwe, ale jednocześnie wzbudza w czytelniku całą gamę ciepłych uczuć. Kibicujemy mu, tym bardziej, że skoro z lekcji historii znamy jego imię, to wiemy, że uda mu się zasiąść na polskim tronie. Nie znaczy to jednak, że nas nie denerwuje i że nie mamy ochoty czasami mocno nim potrząsnąć!

Jego żona, Jadwiga, która nie znosi, kiedy mąż nazywa ją Jadwinią, może tylko cierpliwie czekać i liczyć na to, że jej w gorącej wodzie kąpany małżonek da radę nie stracić życia. Zresztą nie ona jedna robi dobre wrażenie na czytelniku. "Niewidzialna korona" to książka o kobietach - Piastównach, które w podręcznikach do historii są w najlepszym razie wspomniane, często zaś nikt o nich nie mówi i nie pisze. A one też odegrały swoją rolę w tym bardzo męskim świecie średniowiecznej Polski. Rikissa, córka Przemysła, jest z pewności ulubienicą wszystkich czytelników. Równie ujmujące są jednak niezamężne lub owdowiałe Piastówny, które trafiły do klasztoru klarysek wrocławskich - urocze plotkary, inteligentnie komentujące wydarzenia ze świata za murami.

Są w "Niewidzialnej koronie" momenty magiczne. Władek w Rzymie, u papieża, lub w węgierskiej puszczy. Jakub Świnka, spoglądający z wieży katedry gnieźnieńskiej na wielkopolskie ziemie, z niewidzialną koroną na skroniach. Rikissa śmiało wychodząca naprzeciw swojemu losowi, który przeraziłby każdą inną dziewczynkę w jej wieku. Są sceny przezabawne, które sprawiają, że inaczej się będzie patrzyło na niektóre postaci, choćby czeskiego króla Vaclava II. Są i wzruszenia. A wszystko to spisane żywym, pięknym językiem, tak, że nie chce się książki odkładać choćby na chwilę. Nie chce się też jej kończyć.

"Korona śniegu i krwi" początkowo onieśmielała. Nadmiar Bolesławów i Henryków (nasi przodkowie nie mieli bujnej fantazji w kwestii nadawania dzieciom imion), Elżbiet i Jadwig, sprawiał, że ciężko było się początkowo zorientować, kto jest kim. Trzeba było wracać czasem do poprzednich rozdziałów, żeby sprawdzić, o którym Henryku jest właśnie mowa. "Niewidzialna korona" jest pod tym względem łatwiejsza w lekturze. W dodatku można ją czytać bez znajomości pierwszego tomu, jako że właściwie stanowi odrębną historię, choć oczywiście sporo postaci pojawia się w obu częściach. Jeśli jednak stwierdzicie teraz, że w takim razie zaczniecie od "Niewidzialnej korony", przemyślcie to jeszcze raz! Będziecie mieli dokładnie o połowę przyjemności mniej!

Nie jest też istotne, czy lubicie historię. Jeśli nie należała do przedmiotów, których się z chęcią uczyliście w szkole, to nic nie szkodzi - jestem pewna (!), że to się zmieni po lekturze "Niewidzialnej korony". Po prostu nie można nie zachłysnąć się bogactwem opowieści, które skrywa w sobie nasza przeszłość. Nie sposób nie chcieć wiedzieć, co było dalej. Ciąg dalszy nastąpi - autorka zresztą sama to obiecuje, pisząc: "Co mogę obiecać? Że to nie koniec. Odrodzone Królestwo powróci". Nie mogłam jednak sobie odmówić sięgnięcia po "Polskę Piastów" po to, żeby sprawdzić, jak potoczą się losy niektórych postaci. Losy innych sprawdzałam w necie, gnana niepokojem i ciekawością. A i tak będę czekać z utęsknieniem na kolejną część. I liczyć na to, że autorka będzie pisała o kolejnych królach książkę po książce!

Szkoda było mi rozstawać się bohaterami - ostatnie kilkadziesiąt stron przeciągałam w nieskończoność, cofałam się do wcześniejszych rozdziałów, odkładałam książkę, żeby jak najdłużej pozostać w świecie Władka, Rikissy, Vaclava... Stali się dla mnie postaciami równie realnymi, jak osoby żyjące, czuję ich obecność gdzieś tutaj, w pobliżu poznańskiej katedry, w wielkopolskich lasach. I wdzięczna jestem Elżbiecie Cherezińskiej, że ich dla mnie ożywiła. Że mogę powiedzieć, że kocham także historię Polski, i że to zasługa książek!

Moja ocena: 6/6, poważna kandydatka do Książki Roku 2014 (choć trzeba przyznać, że ma silną konkurencję!)

piątek, 11 lipca 2014

Źródło: Wikimedia Commons

Jeśli mieszkacie w Poznaniu lub w okolicach i nie macie planów na najbliższy weekend, może macie ochotę spotkać się ze mną i kilkoma blogerkami książkowymi? Zapraszamy serdecznie na literacki weekend! Spotkać będzie można Agnieszkę z Książkowo, Monikę z God Save the Book i Ankę z Bazgradełka.

Spotykamy się w sobotę (jutro), o 16.00 w parku przed Operą - o ile nie będzie padać, będziemy piknikować na trawie przed fontanną. Od 18.00 będziemy gdzieś w okolicach Starego Rynku - napiszę w komentarzu tutaj, gdzie jesteśmy.

W niedzielę literacki spacer po Poznaniu, ruszamy o 10.00 z Targu Śniadaniowego w parku Sołackim.

Dajcie znać, jeśli chcielibyście do nas dołączyć! Zapraszam serdecznie!

wtorek, 01 lipca 2014

Pierwszy lipca - data, która zawsze wywoływała przyjemny dreszczyk emocji. Zaczęły się wakacje, uroczy okres nicnierobienia. Kiedy moja córka wróciła do domu ze świadectwem i z poczuciem, że ciężko zapracowała na te dwa miesiące beztroski, pozazdrościłam jej z całego serca. Nawet kiedy zaczynam urlop, nie czuję się tak, jak czuje się dziecko w pierwszym dniu wakacji.

Ale właściwie dlaczego nie? Lato to cudowny czas - czas słońca, pachnącego wiatru, słodkich owoców, wycieczek i wyjazdów. Może być radosny nawet kiedy nie mam dwóch miesięcy wolnego. A dla mola książkowego jest tym przyjemniejszy - pracy latem jest zwykle nieco mniej, nie trzeba pilnować odrabiania zadań domowych, budzić wczesnym rankiem do szkoły, nie trzeba martwić się, że za moment zrobi się ciemno, zimno i nieprzyjemnie. Można czytać popołudniami na trawie, chodzić na wycieczki i na plażę. Przygotowałam więc dla was listę dwudziestu pomysłów na ciekawe rzeczy, które warto zrobić latem. Oczywiście, wszystkie są powiązane z książkami! Dodajcie swoje w komentarzach i napiszcie, które z nich spodobały wam się na tyle, że pokusicie się o ich realizację!

 

1. Odwiedź jakieś miejsce związane z literaturą

Może w twojej okolicy mieszkał kiedyś jakiś znany pisarz? Spróbuj odnaleźć jego dom! A jeśli był naprawdę znany, być może jest tam teraz muzeum? Tym lepiej! Możesz wybrać się w dalszą podróż w tym samym celu – polecam na przykład leśniczówkę Pranie, położoną w pięknej okolicy. Możesz też odwiedzić miejsca znane z książek. Zawsze marzyłeś o przechadzce po Jeżycach śladami bohaterów Musierowicz? Dlaczego by się więc nie wybrać do Poznania tego lata?

2. Zorganizuj imprezę czytelniczą

Zaproś znajomych z książkami lub bez, jeśli jesteś gotowy pożyczyć im coś ze swojej biblioteczki. Przygotuj wygodne siedzenia – fotele, pufy, poduszki na podłodze. Wino, herbata, coś do przegryzania i cały wieczór czytania w gronie przyjaciół. Ewentualnie możecie umówić się na czytanie tej samej książki i dyskusję co 2-3 rozdziały.

3. Zorganizuj imprezę w stylu ulubionej książki

Jeśli wolisz bardziej towarzyskie spotkania, podczas których się rozmawia, może zaproś znajomych na imprezę w stylu ulubionej książki? Przebierzcie się za postaci z „Igrzysk śmierci”, „Harry’ego Pottera”, albo „Ani z Zielonego Wzgórza”. Przyrządźcie do jedzenia coś książkowego (możecie skorzystać z pomysłów z fictitiousdishes.com lub z przepisów Pauliny Wnuk, prowadzącej blog From movie to the kitchen (wbrew nazwie, znajdziecie u niej także przepisy z książek). Udekorujcie odpowiednio mieszkanie. W końcu kto powiedział, że przebierać się można tylko w karnawale?

4. Przeczytaj książkę, o której nic nie wiesz

Przejrzyj swoje półki, zajrzyj w zakurzone zakamarki biblioteki albo przeszukaj antykwariat. Wybierz książkę, o której nic nie wiesz, ale która w jakiś sposób do ciebie przemawia – okładką, tytułem, oryginalnym imieniem autora, czymkolwiek. Przeczytaj ją bez żadnych oczekiwań. Podziel się wrażeniami na blogu, facebooku, forum książkowym. Może dzięki tobie jakaś dawno zapomniana historia trafi do swojego czytelnika?

5. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w kraju, o którym nie wiesz prawie nic

Wybierz się w podróż literacką. Tańsza i prostsza w organizacji niż rzeczywista, może przybliżyć ci kawałek świata. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w Wietnamie, Nigerii, Kiribati, lub gdziekolwiek indziej!

6. Poczytaj komuś na głos

Jeśli masz dzieci, to zapewne dla ciebie chleb powszedni. Ale możesz komuś poczytać, nawet jeśli nie posiadasz dzieci w pobliżu. Zaproponuj wspólną lekturę partnerowi, rodzicom, przyjaciółce, starszej sąsiadce…

7. Zrób sobie ekslibris

Przeznacz jakieś deszczowe popołudnie na zaprojektowanie swojego ekslibrisu. Wydrukuj go samodzielnie albo zamów pieczątkę.

8. Uporządkuj swoją biblioteczkę

Wydaje ci się, że książki przemieszczają się po twoim mieszkaniu samodzielnie? Ciągle nie możesz znaleźć jakiś tytułów? Na początku układałeś książki według systemu, ale już dawno nie ma po nim śladu? Może czas na generalne porządki? Zdziwisz się, ile znajdziesz książek, o których zapomniałeś!

9. Pójdź na spotkanie autorskie

Ciągle brakuje ci czasu, żeby pójść na spotkanie z interesującym autorem? Może właśnie latem się uda?

10. Czytaj wiersze

Często brakuje nam czasu na wszystko. Czytamy najnowsze bestsellery, bo kuszą, czytamy klasykę, bo chcemy ją znać. Na poezję przeważnie nie mamy już czasu. Zresztą boimy się jej, nie rozumiemy, nudzi nas. A może ciepły lipcowy wieczór to odpowiedni moment, żeby dać jej szansę? Wyjmijmy jakiś zapomniany tomik z półki lub przynieś z biblioteki, i po prostu zacznij czytać. Jeden – dwa wiersze co kilka wieczorów, nie za dużo. Trzeba dać poezji czas.

11. Przeczytaj książkę w obcym języku

Zapewne obiecujesz to sobie od dawna. Czemu więc nie zacząć właśnie teraz?

12. Urządź sobie książkowy piknik

Weź koc, jedzenie i picie, książkę, i wybierz się do parku / nad jezioro / na łąkę. Połóż się na trawie i czytaj przez wiele godzin.

13. Wybierz się z książką do kawiarni

Jest coś dekadenckiego w spędzeniu całego poranka w kawiarni nad książką. Idź się w jakiś słoneczny ranek do miasta, zamów kawę i zatop się w lekturze!

14. Zrób sobie książkową koszulkę albo torbę

Jeśli masz zdolności plastyczne, możesz namalować coś lub napisać – ilustrację do ulubionej książki, ciekawy cytat. Jeśli, tak jak ja, masz dwie lewe ręce, zawsze możesz zamówić profesjonalny nadruk z tekstem, który wybierzesz.

15. Wybierz się na długi spacer z audiobookiem

Zwłaszcza, jeśli nie jesteś jeszcze przekonany do książek w tej formie. Połączysz przyjemne z pożytecznym, sprawdzisz, czy książki w formie audio naprawdę nie są dla ciebie. Wybierz starannie – książka na płycie powinna być dość wciągająca, ponieważ podczas słuchania łatwo się rozpraszamy.

16. Zrób sobie zdjęcie z książką

Albo wiele zdjęć. Możesz robić jedno książkowe zdjęcie dziennie. Będziesz się dobrze bawić, ćwiczyć kreatywność, a jeśli zamieścisz gdzieś te zdjęcia, przy okazji będziesz promować czytanie!

17. Przeczytaj książkę od początku do końca w jeden dzień

Kiedy pisałam ostatnio o tym, że udało się mi się przeczytać książkę praktycznie bez przerywania, wiele osób pisało w komentarzach, że mi tego zazdrości. Spróbujcie więc to zrobić tego lata! Zaplanujcie to wcześniej, żeby nie odrywała was potem konieczność zrobienia zakupów, albo pójdźcie na żywioł i po prostu zamówcie pizzę, gdy poczujecie głód. To naprawdę proste!

18. Napisz do swoich ulubionych autorów maile lub listy z podziękowaniami

Właściwie nie wiem, dlaczego tego nigdy dotąd nie zrobiłam. Są ludzie, którym jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że napisali swoje książki. Znalezienie odpowiedniego adresu nie jest teraz żadnym problemem, zawsze można przecież napisać na adres wydawnictwa. Mam zamiar zacząć to robić tego lata.

19. Przeczytaj ponownie swoje ulubione książki z dzieciństwa

Kup sobie duże lody albo watę cukrową, zrób kanapkę z cukrem albo szyszki z prażonego ryżu, lub cokolwiek innego, co kojarzy ci się z dzieciństwem. A potem wygrzeb z pudła albo z tylnego rzędu na półce książki, na których widok uśmiechasz się bezwiednie – Muminki, Niziurskiego, Makuszyńskiego, Ożogowską, Szklarskiego. Poczuj się znowu, jakby zaczynały się prawdziwe wakacje.

20. Zrób sobie weekend z książką

Rodzinę wyślij gdzieś na cały weekend. Albo wręcz przeciwnie – zostaw ich w domu i wyjedź gdzieś. Nie planuj niczego – żadnego zwiedzania, zakupów, spotkań. Po prostu ty i książki, przez dwa pełne dni. Wyłącz telefon, wyciągnij wtyczkę komputera, i czytaj. W przerwach spaceruj, wystawiaj twarz do słońca i ciesz się ciszą.



czwartek, 19 czerwca 2014

Pamiętacie, kiedy ostatnio zdarzyło wam się przeczytać książkę od początku do końca w jeden dzień? Nie robiąc praktycznie przerw? Rzadki to luksus, na który trudno sobie pozwolić. Mnie przytrafiło się to dzisiaj. To był mój pierwszy wolny dzień od wielu tygodni, i szczerze mówiąc byłam zbyt zmęczona, by robić cokolwiek bardziej aktywnego. Dawno już zaplanowałam sobie, że przynajmniej połowę dnia spędzę z książką, i nawet książkę miałam wybraną. Liczyłam na dobrą lekturę, wciągającą w swój świat, a jednocześnie niezbyt trudną, i muszę przyznać, że trafiłam doskonale.

"Nić" Victorii Hislop jest bowiem wyborem na długi, letni dzień - zawiera w sobie idealnie wyważoną ilość romantyzmu i wiedzy, a w dodatku historia w niej opowiedziana jest na tyle intrygująca, że od lektury trudno się oderwać.

"Nić" to historia fikcyjnej greckiej rodziny Komninos, której losy nierozerwalnie splecione są z historią Salonik. Powieść zaczyna się w 1917 roku, kiedy to Saloniki strawił potężny pożar, i toczy się aż do dwudziestego pierwszego wieku. Poznajemy barwną i obfitującą w dramatyczne wydarzenia historię miasta, a na jej tle śledzimy losy kilkorga osób - Olgi, która wyszła za mąż za zaślepionego żądzą bogactwa Konstantinosa, ich syna - zbuntowanego idealisty Dimitrisa. Utraciwszy w pożarze dom, trafiają na wąską uliczkę Irini, zamieszkaną przez wielokulturową mieszaninę ludzi. Żydzi żyją tu obok muzułmanów i chrześcijan, a duch wspólnoty sprawia, że dzieci i dorośli koegzystują zgodnie, zaś różnice kulturowe są częścią ich codzienności.

Saloniki pierwszej połowy dwudziestego wieku to miasto barwne, wielokulturowe, pełne energii. Jednak historia jest okrutna i w wyniku wojny grecko-tureckiej część mieszkańców miasta zostaje wysiedlona. Na mocy traktatu z Lozanny mieszkający w Grecji Turcy zostają wywiezieni do Turcji, zaś tureccy Grecy muszą opuścić Turcję i wrócić do ojczyzny. W ten sposób do Salonik trafia Eugenia, matka dwóch córek, a wraz z nimi Katerina, dziewczynka, która zgubiła podczas podróży mamę. Przydzielono im dom na ulicy Irini, który właśnie opuściła muzułmańska rodzina, zaś ich los splecie się nierozerwalnie z losem rodziny Komninos.

Victoria Hislop wie, jak umiejętnie snuć opowieść. Jej "Nić" to tak naprawdę wielobarwna tkanina pełna zręcznie przeplatających się nitek. Miejscami jest porażająco smutna - II wojna światowa odciśnie na trwałe swoje piętno na historii Salonik. Przede wszystkim jednak czuć w niej miłość do tego fascynującego kraju, którą niewątpliwie żywi autorka. Jej Grecja intryguje, wabi zapachem, kusi duchem wspólnoty.Kusi nie tylko antyczną schedą, ale także śladami historii znacznie mniej odległej, a jakże dramatycznej.

Jest w tej książce wszystko, czego moglibyście chcieć od dobrej wakacyjnej lektury - wartka akcja, dający się lubić bohaterowie, szczypta romantyzmu. A do tego ta Grecja, której właściwie zupełnie nie znam, a która kusi od dawna - teraz jeszcze bardziej niż wcześniej.

Jedyne zastrzeżenie to nieco toporna klamra spinająca powieść - historia zaczyna się i kończy w dwudziestym pierwszym wieku, zaś całość opowiadana jest wnukowi przez dwoje starszych ludzi. Początek nieco pospieszny, właściwie moim zdaniem zbędny, jako że historia broni się sama, bez tego współczesnego elementu. Na szczęście to zaledwie kilka stron, które w niczym nie przeszkadzają, a być może niektórym czytelnikom nawet przypadną do gustu...

Moja ocena: 5/6

wtorek, 10 czerwca 2014

Malownicza angielska prowincja, stare domostwa, tajemnice z przeszłości... Wszystkie te elementy już znamy, ale nie jestem jedyną czytelniczką, na którą działają jak magnes. Nie sięgam po wszystkie książki z takimi wątkami - są jednak zbyt często eksploatowane. Są jednak autorki, którym można zaufać, że nas nie zawiodą i zapewnią rozrywkę może przewidywalną, ale na wysokim poziomie.

Katherine Webb, autorce "Ech pamięci", zawdzięczam całkiem sporo. To właśnie lektura jej pierwszej powieści, "Dziedzictwa", sprawiła, że zaintrygowały mnie historie amerykańskich osadniczek. Od tego czasu gromadzę i czytam książki opisujące ich przeżycia i wiem już o wiele więcej. "Echa pamięci" nie odcisną się może aż tak na moim życiu, ale spędziłam nad tą książką bardzo przyjemne dwa czy trzy wieczory, w okresie, w którym nie jest mi łatwo się zrelaksować.

Głównym bohaterem jest niejaki Zach, właściciel podupadającej galerii sztuki i niespełniony malarz. Poznajemy go w momencie, gdy życie wyjątkowo mu dopieka - była żona wyjeżdża za ocean, zabierając ze sobą ukochaną córeczkę Zacha, a książka, nad którą pracuje Zach, okazuje się nieciekawa i mało odkrywcza. Niczym rasowa bohaterka literatury kobiecej, tyle że w męskim wydaniu, Zach postanawia więc wyjechać do malowniczej wioseczki i sprawdzić, czy nie uda mu się jednak nadać swojemu życiu jakiegoś sensu.

Wybiera Blacknowle - niewielką miejscowość na wybrzeżu Dorset. To tutaj spędzał przed laty wakacje słynny malarz, Charles Aubrey - bohater książki, którą próbuje napisać Zach. Zach liczy na jakieś bliżej nieokreślone olśnienie, iskrę, która pozwoli mu dokończyć pracę. Jego nadzieje zostają spełnione z nawiązkę, gdy trafia na trop tajemnicy, która może rzucić nowe światło na twórczość wielkiego artysty, a w dodatku poznaje staruszkę, która była w przeszłości jedną z jego muz.

Opowieść toczy się oczywiście dwutorowo - historia Zacha przeplata się z opowieścią sprzed kilkudziesięciu lat, w której główną rolę gra naiwne, nieszczęśliwe dziecko, znienacka trafiające do rodzinnego kręgu Aubreyów. Ta opowieść jest dużo ciekawsza, naprawdę fascynująca i bardzo plastycznie odmalowana, choć współczesny wątek także potrafi przykuć uwagę czytelnika.

Bardzo przyjemna, nastrojowa lektura, w sam raz na plażę, do czytania w parku lub ogrodzie, albo tak jak ja, w ramach odrywania myśli od sesji i prac licencjackich. Polecam!

Moja ocena: 4.5/6

sobota, 07 czerwca 2014

Należę do osób, które w góry ciągnie. Rozumiem ich magię. Nie zadaję pytań w stylu "po co oni tam się pchają?" Góry kocham i szanuję, choć niejedną głupotę dla nich w życiu zrobiłam. Kiedy byłam młodsza, tata zabierał mnie w Tatry i Beskidy. Jako dorosła byłam w Andach, w Himalajach, w górach Tienszan. Marzę o tym, żeby kiedyś wejść na sześciotysięcznik i wierzę, że to marzenie kiedyś urzeczywistnię - skoro z moją wcale nie rewelacyjną kondycją mogłam przebiec maraton, to nie ma rzeczy niemożliwych. 

Gór się jednocześnie boję. Może to nie jest właściwe słowo - czuję przed nimi respekt.W tym roku pobiliśmy całą rodziną nasz własny rekord wysokości, wchodząc na wysokość 4700 m n.p.m. Po raz pierwszy w życiu doświadczyliśmy też choroby wysokościowej - po nagłym wjechaniu z 1000 na 3200 metrów n.p.m. wszyscy troje spędziliśmy praktycznie dobę, nie będąc w stanie przejść więcej niż kilku kroków. Znałam to z książek, jednak rzeczywistość i tak mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że można czuć się tak słabym! Za oknem miałam jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam, nie mogłam jednak nawet przez to okno wyglądać, nie mówiąc o wyjściu. Wydarzeniem dnia było przejście do łazienki, ostrożnym krokiem, jakby się balansowało nad przepaścią. Rozsadzający czaszkę ból głowy, mdłości, kołatanie serca, a przede wszystkim ta przedziwna niemoc przypomniały, że do gór trzeba podchodzić z pokorą. Ale nie sprawiły, że przestaliśmy planować kolejne górskie wędrówki. Za to wydaje nam się, że trochę lepiej rozumiemy, co się dzieje z człowiekiem wspinającym się na naprawdę wysokie szczyty.

Z książkami o górach jest trochę tak jak z samymi górami - nie wszyscy chcą po nie sięgać. Wiele osób po prostu nie rozumie, po co czytać o szaleńcach z przerostem ambicji, którzy, zostawiwszy rodzinę na pastwę losu, ryzykują życiem by wejść na kawałek skały. Po co to robią? I dlaczego tyle osób im kibicuje? Po co o nich czytać?

Te pytania stają się szczególnie aktualne w czasach, w których rozgrywające się w wysokich górach tragedie za sprawą mediów trafiają pod nasze dachy. Cała Polska śledziła z zapartym tchem zdobycie Broad Peaku w marcu ubiegłego roku i dramatyczne zaginięcie dwóch z czterech zdobywców - Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki. Ludzie reagowali emocjonalnie, chociażby wyrażając na blogu Tomka swój żal, ale także frustrację. W wielu miejscach netu rozgorzały dyskusje na temat tego, po co oni tam w ogóle poszli, kto zawinił i czy powinno się w jakikolwiek sposób wspierać podobne wyprawy. Kwestia winy była oczywiście szczególnie gorąca. Ci, którym udało się zdobyć szczyt i przeżyć - Adam Bielecki i Artur Małek, spotkali się z ostracyzmem i otwartą krytyką. Najwięcej negatywnych emocji wzbudzał Adam, który jako najsilniejszy członek ekipy pierwszy wszedł na szczyt i pierwszy z niego wrócił, w dodatku schodząc pospiesznie do bazy, podczas gdy wciąż nie wiadomo było, czy Maciej lub Tomek jednak nie zejdą do obozu. W modnym ostatnio w naszym kraju duchu krucjaty uczyniono z niego wcielenie wszelkiego zła. Polski Związek Alpinizmu powołał specjalną komisję, która miała ocenić postępowanie uczestników wyprawy. I znowu w typowy dla nas sposób komisja składała się z ludzi, którzy wprawdzie ze wspinaczką mają dużo do czynienia, ale doświadczenia w Himalajach zimą, a tym samym kompetencji niezbędnych do rzetelnej oceny postępowania członków wyprawy, nie miał żaden z członków komisji.

Takie poruszające szeroką publikę tragedie są zawsze sprawami delikatnymi. Reporterzy, którzy chcieliby o nich pisać, muszą odczekać sporo czasu, zanim odważą się napisać coś na drażliwy temat. Kiedy jednak kilka zaledwie miesięcy po tragicznych wydarzeniach na Broad Peaku wyrusza kolejna wyprawa, mająca na celu odnalezienie ciał Maćka i Tomka i godne ich pochowanie, znajduje się reporter, który wie, że musi na tą wyprawę pojechać. Wie, że nie będzie mile widziany - kierownikiem wyprawy jest brat Macieja - Jacek Berbeka, który w środowisku zwany jest Siekierką - ostry, trudny, nieznoszący mediów człowiek. Wie też, że wielu okrzyknie go żerującym na grobach sępem. Udaje mu się jednak jakimś cudem przekonać Jacka, aby go zabrał i tym samym trafia na zobcza Broad Peaku - trafia w sam środek krwawiącej, niezabliźnionej rany.

Reporterem tym jest Jacek Hugo-Bader, a książka, która wtedy powstała, to "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" - idealny przyczynek do rozważań na temat tego, po co ludzi w góry chodzą, i po co inni o tych wyprawach czytają.


Hugo-Bader znakomitym pisarzem jest. Jego książka o Broad Peaku to świetnie napisane i głęboko poruszające studium pokory, pychy, uporu, i miłości właśnie. Trudno ją czytać, ale nie sposób się od niej oderwać. Hugo-Bader nie tylko jedzie pod Broad Peak z Jackiem Berbeką, z rodzicami Tomka Kowalskiego i z jego dziewczyną. Przeprowadza również wiele rozmów - trudnych - z poszczególnymi uczestnikami dramatu, z ludźmi gór, ze wspinaczami, którzy biorą udział w tej wyprawie, z członkami rodzin zmarłych alpinistów. Zbiera informacje o tym, jak ludzki organizm funkcjonuje na dużych wysokościach. Czyta o historii himalaizmu i wyszukuje przypadki, które mają jakikolwiek punkt styczny z tym, co się stało na Broad Peaku. Wszystko po to, by stworzyć jak najpełniejszy obraz wydarzeń, a przy okazji by znaleźć odpowiedź na pytanie, które nurtuje tak wiele osób. Po co oni to robią?

Książka jest porywająca, choć czyta się ją ze ściśniętym gardłem. Hugo-Bader potrafi radzić sobie ze swoim materiałem. Jest precyzyjny, pisze mocno i trafnie. Składa swoją opowieść z niewielkich kawałków, tak jakby próbował złożyć układankę w nadziei, że powstanie jakiś spójny obraz. Krótkie rozdziały przenoszą nas w czasie i przestrzeni - spotykamy ludzi, siedzimy w bazie pod Broad Peakiem, patrząc na czarujący chmurami wierzchołek K2. Czekamy na powrót dwóch Jacków, którzy poszli w górę pochować Tomka. Zaglądamy na strony internetowe, czytając emocjonalne, pełne nienawiści komentarze czytelników. Kawałek do kawałka, ale jednoznaczny obraz jakoś wyłonić się nie chce - nie może. Bo sprawa Broad Peaku nie jest taka prosta.

Hugo-Bader nie ocenia nikogo. Z jednej strony opowiada historie osób, które zostały uratowane przez swoich partnerów lub nawet obcych wspinaczy, gdy zabrakło im sił i dopadła ich ciężka choroba bardzo wysoko w górach. Jednocześnie jednak przytacza przykłady wypraw, podczas których zginęło kilka osób, które próbowały pomóc innym. Opowiada, jak straszliwe rzeczy dzieją się z ludzkim organizmem na wysokości bliskiej 8000 metrów, i dlaczego z takiej wysokości należy uciekać tak szybko, jak tylko to możliwe. Szuka odpowiedzi i mnoży pytania niemalże jednocześnie.

Niektóre fragmenty rozdzierają serce. Zapis rozmów prowadzonych przez radio przez Wielickiego i Tomka Kowalskiego jest najsmutniejszym chyba fragmentem książki. Konkurować z nim może chyba tylko opowieść o tym, co Tomek planował zrobić na szczycie góry. I chwila, gdy jego dziewczyna kupuje pierścionek zaręczynowy w tym samym pakistańskim sklepie, w którym pierścionek kupił dla niej kilka zaledwie miesięcy wcześniej radosny, podekscytowany przygodą chłopak. To w ogóle przeraźliwie smutna książka, nie tylko dlatego, że opowiada o tragedii, ale też dlatego, że opowiada o tym, jak my wszyscy w obliczu tragedii się zachowujemy. Osoby występujące w książce przepełnia nie tylko żal. Czują gniew, rzucają oskarżenia, chowają urazy, zmagają się z własnymi ciężarami.

Czy warto więc ją czytać? - spytacie zapewne. Tak, tak, po stokroć tak. Ta książka uświadomi nam, że w życiu nic nie jest czarne albo białe. Historia zimowego wejścia na Broad Peak to opowieść o wszystkich odcieniach szarości, pokazująca, że niemożliwa jest jednoznaczna ocena czyjegoś postępowania. I choć smutna to opowieść, momentami jarzy się jasnymi barwami. Przecież to też bajka o wielkich marzeniach, które się spełniły! Cena za nie zapłacona był za wysoka, ale i Tomek, i Maciej zrealizowali to, po co tam pojechali. Szaleńcza radość życia, którą charakteryzował się Tomek, przebija momentami do naszej świadomości. Warto przeczytać także po to, by pamiętać o takim entuzjastycznym wariacie, który czerpał z życia pełnymi garściami.

Obraz polskiego himalaizmu, który się z kart tej książki wyłania, nie jest jednak wesoły. Konflikty, zawiść, okrutne oskarżenia to jedna strona medalu. Drugą jest jakiś zadziwiający (być może pozorny) brak uczuć, który Hugo-Bader próbuje zrozumieć. Podczas jego pobytu w bazie pod Broad Peakiem ginie kilkunastu wspinaczy. Niedaleko stamtąd od ściany odpada Artur Hajzer (Berbeka nie chce nawet słyszeć o tym, aby udać się w tamtą stronę i pomóc pochować jego ciało). Autor książki rozmawia z partnerem Artura, Marcinem Kaczkanem, zaledwie kilka dni po tej tragedii. Patrzy mu w oczy i nie widzi w nich nic - żadnego śladu, że był świadkiem śmierci partnera. Docieka, dlaczego tak jest, ale nie zgaduje - zastanawia się, czemu ci twardzi ludzie tak obojętnie przechodzą wobec śmierci, ale nie stawia żadnych hipotez. Zostawia nam jedynie pytania.

Polski Himalaizm Zimowy się nie skończył. Bielecki wspina się dalej, niedawno próbował zdobyć Kanczendzongę. Nanga Parbat to góra, którą wytrwale próbuje zimą zdobyć outsider polskiego alpinizmu, mocno szalony, radosny, ale chyba rozsądny Tomek Mackiewicz. Zarówno o nich, jak i o innych, będziemy na pewno nie raz słyszeć. Warto więc przeczytać książkę Hugo-Badera, żeby mieć trochę większe wyobrażenie o tym, z czym oni się zmagają i dlaczego. Do mnie przemawiają ich marzenia. Wpłacam kasę na ich wyprawy i czekam na książki, które napiszą. Bo jakoś irracjonalnie rozumiem, dlaczego to robią. Teraz nawet lepiej dzięki książce Jacka Hugo-Badera.

Nawet jeśli nie jesteście miłośnikami wspinaczki i nie śledzicie z zapartym tchem losów wypraw, przeczytajcie. Warto czytać tak doskonale napisane książki, otwierające okno na kawałek świata, którego na własnej skórze zapewne większość z nas nie pozna.

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 02 czerwca 2014

   Tak się ostatnio składa, że choć mam mało czasu na czytanie, to każda książka, którą biorę do ręki, przykuwa moją uwagę bez reszty. "Annapurna. Góra kobiet" to jedna z dwóch górskich książek, które ukazały się niedawno i które chciałam koniecznie przeczytać. Kocham góry, w żyłach mam góralską krew, i choć nie wspinam się, to rozumiem piękno i powab wspinaczki na wysokie szczyty.

Książka Arlene Blum to amerykański klasyk. Po raz pierwszy ukazała się w 1980 roku, był potem wznawiana, u nas ukazuje się dopiero po raz pierwszy. To historia niezwykła - opowieść o grupie kobiet, które weszły na Annapurnę, jeden z najtrudniejszych szczytów świata, w 1978 roku, kiedy kobieca wspinaczka dopiero raczkowała. Przed nimi tylko czterem wyprawom udało się odnieść sukces na zboczach tej góry - na szczyt weszło dopiero ośmiu mężczyzn, a dziewięciu zginęło na zboczach tej słynącej z lawin góry. W momencie, w którym powstał pomysł tej wyprawy - w 1972 roku - kobieca stopa nie stanęła jeszcze na szczycie ośmiotysięcznika. Kobiety postrzegane były jako płeć słabsza, zaś ich udział w wyprawach alpinistycznych uważano za zagrożenie dla integralności zespołu. Jedna z członkiń ekspedycji chciała swego czasu dołączyć do męskiej wyprawy na Makalu. Usłyszała wtedy: "Jeżeli chcesz wziąć udział we wspinaczce, powinnaś być gotowa na przespanie się z każdym mężczyzną z ekspedycji".

Pomysł wejścia na ośmiotysięcznik poddała Arlene Blum przypadkowo spotkana na szlaku Wanda Rutkiewicz. Wraz z Alison Chadwick-Onyszkiewicz postanowiły taką wyprawę zorganizować. Nie udało im się jednak dostać pozwoleń - najpierw zgody na kobiecą wyprawę nie dały nepalskie władze, pomysł wyprawy upadł więc. Gdy później powrócił, w nieco zmienionej formie, równie trudno było uzyskać pozwolenie od American Alpine Club. W międzyczasie pierwsze kobiece wejście na ośmiotysięcznik się dokonało - trzy członkinie japońskiej ekspedycji wspięły się na Manaslu. Arlene marzyła jednak o wyprawie bez udziału mężczyzn (dopuszczała tylko pomoc nepalskich tragarzy oraz Szerpów).

W końcu udało się - wszystkie niezbędne pozwolenia zostały uzyskane, z trudem zebrano też fundusze (pomagały w tym setki wolontariuszy). Do udziału w amerykańskiej kobiecej wyprawie na Annapurnę zgłosiły się setki kobiet. Starannie wybrano dziesiątkę, która miała już doświadczenie wysokogórskie, a przede wszystkim odwagę i determinację. Każda z dziesięciu pań była niezwykła osobowością. Jedna z nich przeszła kiedyś pieszo z Czech do Meksyku, żeby wziąć udział w olimpiadzie! Wiekowo były bardzo zróżnicowane - najmłodsza uczestniczka wyprawy miała zaledwie 20 lat, najstarsza miała zaś obchodzić swoje pięćdziesiąte urodziny podczas wyprawy. Zdecydowane, podekscytowane i silne, tworzyły grupę barwną i trudną do zarządzania.


Opowieść o ich wyprawie różni się nieco od męskich relacji z podobnych wejść. Arlene wiele miejsca poświęca emocjom panującym w grupie. Stara się być dobrą liderką i wie, że nie zawsze jej to wychodzi. Podejmowanie decyzji w ekipie, na którą składały się tak silne indywidualistki, nie było łatwe. Czasem lały się łzy, było sporo gorzkich chwil. Gdy góra zaczęła zsyłać na nie lawinę za lawiną, wszystkie uczestniczki wyprawy musiały zmierzyć się z wszechogarniającym lękiem - wiele razy pokonywały trasy, którymi schodziły lawiny, nosząc bagaże i zakładając kolejne obozy. Ryzykowały życiem, ale nie dopuszczały nawet myśli o tym, że miałyby się poddać. Gdy lawiny zaczęły stanowić bardzo realne zagrożenie, Alison powiedziała: "Nie chcemy o tym rozmawiać, bo jeżeli się przyznajmy, jak bardzo się martwimy, i będziemy o tym dyskutować, niechybnie dojdziemy do wniosku, że powinnyśmy się poddać. Pracowałyśmy na to tyle lat i nikt nie chce wracać teraz do domu. Więc zachowujemy się tak, jakby tematu nie było."

Wszystkie kochały jednak wspinaczkę. Konflikty wybuchały, gdy zbyt długo siedziały w obozie, lub gdy problemy logistyczne przysłaniały to, po co tam przyszły. Surowe piękno gór koiło nawet w najgorszych momentach. Targały nimi sprzeczne emocje, które otwarcie wyrażały. Marie powiedziała któregoś dnia: "Nie mogę się zdecydować, czy uwielbiam wspinaczkę, czy jej nie znoszę. Jestem oszołomiona pięknem tej góry, ale wykończona harówką. Poza tym śmiertelnie boję się lawin".

Trudno oderwać się od lektury, nawet jeśli się wie, jak się to wszystko skończy. Trochę szkoda, że wydawca najwyraźniej założył, że historia alpinizmu jest znana każdemu czytelnikowi i wszyscy wiedzą, jak skończyła kobieca wyprawa na Annapurnę. Ja nie wiedziałam, i wolałabym dowiadywać się stopniowo z kart książki. Jeśli też wolicie czytać, nie wiedząc, co będzie dalej, nie czytajcie przedmowy - Maurice Herzog już w drugim zdaniu zdradza, jakie będą losy wyprawy.

Mimo tej wiedzy, książkę czyta się świetnie. Aż kipi w niej od emocji - strachu, zachwytu, determinacji. Warto przeczytać, choćby po to, aby zaczerpnąć nieco motywacji do podejmowania prawdziwych wyzwań.

Moja ocena: 5/6



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Blog roku
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...