poniedziałek, 20 października 2014

W miniony weekend zakończył się jesienny sezon przyznawania nagród literackich. W ciągu ostatnich kilku tygodniu wręczono Nike, literackiego Nobla, nagrodę Bookera i wreszcie nagrodę Angelusa. Niektórzy czytelnicy z radością wynotowują kolejne nazwiska i tytuły, inni jednak zarzekają się, że ekscytowanie się nagrodami literackimi to swego rodzaju snobizm, a prawdziwy czytelnik czyta po prostu to, na co ma ochotę, a nie to, co wybrało jakieś bliżej mu nie znane gremium jurorskie.

Niewątpliwie sięganie akurat po te książki, które zdobyły jakieś nagrody, ma coś ze snobizmem wspólnego. Jednak akurat ten rodzaj snobizmu mi nie przeszkadza. Dobre książki potrzebują jak najlepszej promocji. Przy ogromnym wyborze nowych tytułów łatwo jest przegapić wartościowe lektury, a naklejka informująca o tym, że dana książka została nagrodzona Pulitzerem, Bookerem lub Nike może przykuć wzrok potencjalnego czytelnika. Nagroda Nobla powoduje, że na naszym rynku co roku pojawia się szeroki wybór książek napisanych przez laureata, często wcześniej słabo znanego polskim czytelnikom. Booker, Pulitzer i nagroda Goncourtów to znakomite drogowskazy, pomagające wydawcom wyszukać interesujące nowości na rynkach zagranicznych. Ja reaguję na nie jak kot na wątróbkę – rzucam się niecierpliwie na listy nominowanych tytułów. Godzinami przeglądam potem recenzje w sieci, szukając informacji o nieznanych mi pisarzach. Czekam na polskie wydania lub zamawiam zagraniczne, jeśli są dostępne w języku, który znam.

Jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce dominowała nagroda Nike. Oczywiście, jej siła była wtedy naprawdę imponująca – „Widnokrąg” Myśliwskiego sprzedał się w 100 tysiącach egzemplarzy! Potem ten wpływ wyników nagrody na sprzedaż zdecydowanie zmalał, ale też rynek nagród literackich się rozwinął. Pojawiła się nagroda Angelusa, Gdyńska Nagroda Literacka, nagroda Wielkiego Kalibru. Na księgarnianych stolikach można znaleźć sporo tytułów wyróżnionych lub nagrodzonych, sprzedaż się więc siłą rzeczy rozkłada. Nie ma w tym jednak chyba niczego złego, to nawet lepiej, że czytelnik dostaje kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tytułów, wybranych przez ludzi, którzy w jakiś sposób się na tym znają.

Nawet profesor Czapliński, wieloletni juror nagrody Nike, który przyznaje, że nagrody literackie są przejawem literackiego snobizmu, ale jednocześnie nie kryje, że taki snobizm pochwala! „Kultura rozwija się dzięki snobizmom” – mówi, i w pewnym stopniu ma rację. Z jakiegoś powodu idziemy po raz pierwszy w życiu z własnej woli do opery, filharmonii, teatru. Czasem z ciekawości, ale często dlatego, że ktoś nas do tego namówił, a my mu zaufaliśmy.

Przyznawanie nagród literackich to nic innego, jak namawianie ludzi do sięgania po konkretne książki. Jurorzy wykonują dla nas ogromną pracę. Jurorzy nagrody Bookera czytają ponad sto książek w ciągu trzech miesięcy. Robert Douglas-Fairhurst, jeden z członków zeszłorocznego jury, powiedział, że w ciągu dziesięciu miesięcy przeczytał 151 książek! Po to, żebyśmy my, czytelnicy, dostali listę kilkunastu wartych uwagi tytułów. I o ile w pewnych kategoriach ja jako czytelnik mogłabym sobie bez takich drogowskazów w postaci nagród poradzić, to kiedy zaczynam interesować się gatunkami, o których wiem niewiele, albo literaturą z krajów, które znam słabo, lista nagrodzonych tytułów staje się znakomitym punktem wyjścia.

Czy warto więc być literackim snobem i sprawdzać, kto dostał Nobla, a kto Angelusa? Ja jestem całym sercem za, ale chętnie usłyszę, co Wy macie na ten temat do powiedzenia!

Laureaci nagród literackich przyznanych w październiku:

Nike – Karol Modzelewski „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”

Man Booker Prize – Richard Flanagan „The Narrow Road to the Deep North”

Literacka nagroda Nobla – Patrick Modiano

Nagroda Literacka Europy Środkowej Angelus – Pavol Rankov „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”

Nagroda Kościelskich Krzysztof Siwczyk "Dokąd bądź" (poemat)

Nagroda im. Beaty Pawlak – Mateusz Janiszewski "Dom nad rzeką Loes" (reportaż) i Adam Lach "Stigma" (album)

Sięgniecie po którąś z nagrodzonych książek? Ja na pewno przeczytam Flanagana i Rankova!



sobota, 11 października 2014

Trochę się boję książek Małgorzaty Wardy. Wiem, że po ich lekturze będę się czuła jakby mnie ktoś przekręcił przez wyżymaczkę - poruszona, przejęta, może nawet przerażona. Mimo to odważnie po nie sięgam, uważam bowiem, że to właśnie książki powinny robić z czytelnikiem, choć może nie za często, bo nikt by tego nie wytrzymał. Lektura powinna czasem zaburzyć nasz światopogląd, wstrząsnąć nami emocjonalnie, zostawić po sobie ślad.

To właśnie robi nam lektura "Miasta z lodu". To historia o dwóch przeraźliwie samotnych kobietach - trzynastoletniej Agacie i jej mamie, Teresie. Agatę poznajemy już na pierwszych stronach, nie jest to jednak przyjemne spotkanie. Bose, odmrożone stopy Agaty wystają spod śniegu, a nieprzytomną dziewczynkę znajduje przy górskim szlaku przypadkowa turystka. Agata jest w śpiączce, nie wiadomo, dlaczego znalazła się pod śniegiem, co stało się z jej butami, a przede wszystkim, dlaczego matka nie zauważyła, że dziewczynka nie wróciła na noc do domu.

Opinia publiczna nie potrzebuje odpowiedzi. Wyrok zostaje wydany bez trudu - matka jest zbrodniarką, zostawiła dziecko bez opieki. Artykuły w internecie komentują setki ludzi. Teresa nie jest w stanie się bronić. Od lat cierpi na chorobę dwubiegunową i popada na przemian w stany maniakalne i depresyjne. Próbuje się leczyć, ale z dość mizernym skutkiem. Stresujące sytuacje wywołują nawroty choroby, a stresu jej z pewnością ostatnio nie brakowało.

Agatę wychowywała babcia. Tęskniąca za nią matka zabrała ją kilka miesięcy temu, by spróbować zacząć od nowa. Jeździły po Polsce, aż wreszcie zdecydowały, że zostaną w niewielkim górskim miasteczku, które Teresa pamiętała z wakacji z dzieciństwa. Nie miała oszczędności, musiała znaleźć czym prędzej pracę. Posada kelnerki nie mogła zapewnić bezpieczeństwa ani jej, ani jej córce, innej jednak nie było. Może nawet wszystko by się ułożyło, gdyby nie nieufna, żeby nie powiedzieć wrogo nastawiona społeczność miasteczka. Agata i Teresa są obce, w dodatku Teresa przyciąga uwagę mężczyzn swoją atrakcyjnością i samotnością. Ciężko pracuje, ale to nikogo nie interesuje. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby poznać którąkolwiek z nich.

Gdy Teresa ma atak choroby, opiekuje się nią Agata - trzynastolatka, dla której jest to bez wątpienia zbyt wielki ciężar. Nie może liczyć na żadną pomoc, a jej relacje z matką wydają się być mocno zaburzone. W małomiasteczkowym świecie takie odwrócenie ról nie może mieć miejsca, łatwiej jest go nie zauważać, niż poczuć się zmuszonym do udzielenia choćby niewielkiej pomocy. Podstawową cechą większości mieszkańców jest indolencja. Nawet dyrektorka szkoły i komisarz policji, choć widzą, że sytuacja wymagałaby ich interwencji, nie poczuwają się do wyciągnięcia pomocnej dłoni. Świadomie wybierają obojętność.

Ta bardzo dobrze napisana książka będzie doskonałym wyborem dla dyskusyjnych klubów książki. O każdej postaci można rozmawiać godzinami. Czy winą należy obciążyć Teresę, która zdawała sobie sprawę, że nie zapewnia córce opieki i zrzuca na nią ciężar ponad siły, ale desperacko chciała sobie udowodnić, że da radę i chciała mieć przy sobie kogokolwiek, komu na niej zależy? A może czarnym charakterem jest jedyny człowiek, który zbliżył się do Teresy - jej szef i kochanek, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że ją wykorzystuje? Czy ciężar winy spoczywa na tym, kto zostawił Agatę w mroźnym lesie, czy może ta osoba także jest ofiarą? A może ofiarą jest właśnie mama Agaty, wielokrotnie skrzywdzona i pozbawiona wsparcia ze strony własnej matki? Mieszkańcy miasteczka i dziennikarze chętnie rzucają kamieniem w Teresę, na szczęście są też tacy, którzy próbują spojrzeć głębiej.

To bardzo smutna, ale też ważna książka o byciu obcym, o zaufaniu, odpowiedzialności za ludzi obok nas, tych najbliższych i tych teoretycznie obcych. A jednocześnie przejmująca opowieść o życiu na prowincji, bardzo daleka od sielskich wizji prowadzenia pensjonatów i budowania życia na nowo.

Moja ocena: 5/6


środa, 08 października 2014

Są takie powieści, które muszą dziać się w przeszłości, choć w zasadzie trudno je określić mianem książek historycznych. Ich prawda wynika z osadzenia w danym czasie i miejscu, ale wydźwięk jest uniwersalny. Andrew Miller napisał taką właśnie książkę. Jej akcja toczy się w Paryżu, cztery lata przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ale to przede wszystkim opowieść o konkretnym człowieku, jego odwadze, determinacji i wierze w marzenia. Nie mogłaby się jednak wydarzyć kiedy indziej, niż w Oświeceniu, tej epoce idealistów, przekonanych, że wszystko jest możliwe, że świat może tak po prostu stać się lepszy, bo oni o to zawalczą.

Był kiedyś w Paryżu cmentarz, zwany Cmentarzem Niewiniątek. Od czternastego wieku był już zapełniony. Usuwano z niego część szczątków i chowano kolejne, często w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek – w ciągu jednego miesiąc pochowano tam 50 000 ofiar epidemii. Wkrótce ziemia przestała być w stanie przyjmować kolejne ciała. Kości znajdowano na powierzchni, zaś okolicę zaczął spowijać trudny do zniesienia smród. Mieszkańcy okolicznych domów donosili, że mięso im gnije, zanim zdążą je przyrządzić, wino trzymane w piwnicach kwaśnieje, a dywany i tapety zmieniają kolor. Smród zatruwał wszystko wokoło.

Zaczęto więc ograniczać użytkowanie cmentarza, jednak było już za późno. W 1780 roku ściana jednej z okolicznych piwnic zawaliła się pod naporem ludzkich szczątków. Król wydał rozporządzenie, na mocy którego cmentarz miał zostać zlikwidowany, szczątki przewiezione za miasto, zaś w miejscu Niewiniątek utworzony miał zostać ryneczek z warzywami.

Cmentarz niewiniątek (Saints Innocents, 1550 Hoffbauer)

To wszystko historia. W tym momencie zaś do akcji wkracza bohater „Oczyszczenia” Andrew Millera - Jean-Baptiste Baratte. Młody, ambitny, dobrze wykształcony inżynier z prowincji wkracza pewnego dnia do Wersalu, pełen nadziei na lepszą przyszłość. Dostaje zlecenie, którego się nie spodziewał, odmówić jednakże nie może. Ma zlikwidować cmentarz – wykopać kości, zniszczyć nagrobki, zburzyć kościół, wysiedlić księdza i grabarza z rodziną. Liczył na inną pracę, ale stara się spojrzeć na swoje zadanie jak na coś godnego i ważnego. Ma przecież oczyścić Paryż ze smrodu. To tak, jakby tworzył to miasto na nowo.

Miller snuje swoją opowieść w sposób mocno niekonwencjonalny, czasem osadzając nas mocno w jakiejś rzeczywistości, a kiedy indziej sprawiając, że zastanawiamy się, czy to wszystko nie jest snem. Postaci są nieoczywiste. Trudno zdecydować, co o nich sądzimy, wymykają się osądowi, żyją gdzieś obok całej historii, wstępując do niej jakby mimochodem. W centrum jest jedynie Jean-Baptiste, ale on także kryje tajemnice. Obserwujemy, jak zmienia się pod wpływem ciężaru zadania, które na niego spadło. Zachłystuje się paryskim życiem – kupuje cudaczne, pistacjowe ubranie, włóczy nocą z dziwnym organistą i jego szemranymi znajomymi. Ale przecież jest twardo stąpającym na ziemi przedstawicielem Wieku Rozumu. Codziennie przed snem recytuje szeptem litanię – „katechizm własnego jestestwa”.

„Kto ty jesteś? Jean-Baptiste Barrate. Skąd pochodzisz? Z Belleme w Normandii. Kim jesteś z zawodu? Inżynierem wykształconym w Ecole des Pontes. W co wierzysz? W potęgę rozumu…”

Jest tak zdeterminowany, tak przekonany o słuszności swojej postawy życiowej, że dopiero cios w głowę, który zaburzy jego widzenie rzeczywistości na pewien czas, sprawi, że zacznie patrzeć inaczej, szerzej niż przez pryzmat swojej kariery.

Napisałam już na początku, że nieprzypadkowo historia ta toczy się właśnie w 1785 roku. Wkrótce już Paryż zostanie oczyszczony w bardzo dosłowny i brutalny sposób. Oczyszczenie cmentarza w jakiś paradoksalny sposób zapowiada to, co się dopiero wydarzy. Nie wiedzieli o tym ci, którzy tam pracowali, ale my, czytelnicy, wiemy, i nie sposób uniknąć takiej interpretacji. Na szczęście Miller pisze na tyle subtelnie, że ta narzucająca się metafora nie jest nachalna. Jego język jest poetycki, delikatny, zaś wszelkie symbole zauważamy niejako mimochodem.

Poetyckość stylu może odstraszać niektórych czytelników, nie ma się jednak czegoś obawiać. Miller pisze wciągająco i tak obrazowo, że czytelnik ma wrażenie, że smród oblepiający ludzi i ulice przywiera też do jego skóry. Ta książka cuchnie, a przecież jest jednocześnie piękna, subtelna, świeża! Autor stosuje też dość nietypowy zabieg narracyjny – opowiada swoją historię w czasie teraźniejszym. W ten sposób sprawia, że jesteśmy bliżej tego, co ma się wydarzyć za cztery lata. Nie czytamy historii z przeszłości – wszystko dzieje się tu i teraz. Rzeczy się dzieją, po prostu – nie ma tu dynamicznej narracji, a jednak nie ma też nudy. Po prostu nagle zaczynamy żyć nie swoim życiem, nie całkiem rozumiejąc, jak to się w ogóle stało i co się wokół nas dzieje.

Zostawiamy bohaterów na kilka lat przed wybuchem rewolucji i nie wiemy, jak się ich życie potoczy. Oni czują powiew optymizmu. W miejscu, w którym wcześniej rozkładały się zwłoki, teraz rozkwitają kwiaty. Cienie kościelnych naw rozprasza blask słońca. Powietrze staje się czyste.


Moja ocena: 5.5/6



środa, 01 października 2014

Często słyszę, że jestem oczytana. Ludzie nie pytają nawet, czy coś czytałam, z góry zakładając, że na pewno tak, boją się polecać mi lektury, i w jakiś niewytłumaczalny sposób wierzą, że czytałam całą klasykę. Tymczasem prawda jest taka, że wcale się oczytana nie czuję. Natomiast przyznaję, że chciałabym oczytaną być. I zastanawiam się, jak to zrobić, i co to w ogóle w dzisiejszych czasach znaczy.

Czytuję często, a właściwie wręcz podglądam, zapiski z życia codziennego kobiet osiemnastowiecznych. Wtedy ludzie byli naprawdę oczytani! W listach dotyczących zwykłych spraw codziennych - pogody, zakupów, przemeblowania - cytują Rousseau, Woltera, Johna Locke'a. Czytają wiele godzin dziennie i są świetnie zorientowane we wszystkim, co się ukazuje - czytają poezje, eseje, a ukradkiem powieści. Nie mają wiele innych rozrywek, to prawda, ale są też ambitne - chcą czytać po francusku, znają łacinę i grekę, same piszą poezje, ciężko pracują nad kompozycją swoich listów.

Z drugiej strony, ich wiedza o świecie i literaturze jest znacznie bardziej ograniczona niż nasza. Nie mają dostępu do książek wydawanych za granicą, czytają niby dużo, ale mniej różnorodnie niż my teraz możemy.

W naszych czasach jest teoretycznie łatwiej. Podstawy oczytania zdobywamy, a przynajmniej powinniśmy, w szkole. Moje pokolenie miało naprawdę obszerną listę lektur obowiązkowych - czytaliśmy po kolei dzieła ze wszystkich epok, napisane przez pisarzy z różnych krajów. Mamy dostęp do wszystkich książek, o jakich możemy zamarzyć. A jednak w porównaniu z tymi dziewczętami sprzed dwustu pięćdziesięciu lat możemy czuć się mniej obyci literacko. Zwłaszcza jeśli po zdaniu matury lub skończeniu studiów naszą aktywność czytelniczą ograniczyliśmy do gazet i okazjonalnego kryminału. Mniej nam zależy na tym, żeby ludzie mieli nas za oczytanych. Często wolimy wręcz ukrywać to, że czytać lubimy, bojąc się, że zostaniemy wyśmiani i opatrzeni łatką dziwaka.

Czy więc w ogóle wypada jeszcze chcieć być oczytanym? I co to znaczy? Czy oczytany jest ktoś, kto zna tzw. klasykę literatury? Czytał Homera, wie, kim był król Lir i kto umiera w "Nędznikach"? A może trzeba się raczej orientować w tym, co się teraz wydaje, znać nazwiska popularnych pisarzy, czytać co roku książki kolejnych Noblistów?

Przyznaję, że staram się robić jedno i drugie. Uwiera mi nieznajomość niektórych dzieł, stąd na przykład wciąż nieukończona (niestety!) akcja czytania "Miasteczka Middlemarch". Uważam jednak, że powinnam orientować się w tym, co się w literaturze dzieje współcześnie. I to nie tylko na naszym rynku, ale także za granicą, zwłaszcza na największym rynku anglosaskim. Czy to w ogóle ma sens? Czy nie wychodzę tym samym na jakąś literacką snobkę, która zamiast czytać to, co lekkie i przyjemne, chciałabym dokonać niemożliwego i orientować się ogólnie w literaturze?

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł o blogerach książkowych, w którym wymieniona jest cała grupa ludzi, którzy, tak mi się przynajmniej wydaje, są, a przynajmniej próbują być, oczytani. Niektórzy z nich są z pewnością bardziej oczytani niż ja, zamknięta trochę za bardzo w świecie literatury angielskojęzycznej. Ela czytająca naprawdę różnorodnie i wnikliwie, Piotr, który zawsze potrafi podać dobry przykład pisarza pasującego do kontekstu, Agnieszka, która do niedawna jeszcze czytała chyba ze sto książek rocznie, Jarek, wiedzący co we współczesnej polskiej literaturze piszczy, i dwie Kasie, które czytają masę polskich pisarzy, o których ja nie wiem kompletnie nic. Wszyscy oni, i wielu innych blogerów książkowych, których blogi znajdziecie w zakładkach obok tego postu, są żywym dowodem na to, że oczytanie nie jest całkiem przebrzmiałą wartością. Nie wiem, czy uświadamiają to sobie, ale jestem przekonana, że gdzieś w głębi duszy chcieliby być jeszcze bardziej oczytani, dla samych siebie (a teraz możecie w komentarzach uświadomić mi, jak bardzo się mylę!)

Czy więc oczytanie może jeszcze być wartością? Czy też jestem naiwna i powinnam się cieszyć, że ludzie w ogóle sięgają po książki, a nie płakać, że mało kto myśli o tym, żeby czytać w sposób poszerzający wiedzę i horyzonty? Gandhi powiedział kiedyś, że powinniśmy żyć tak, jakbyśmy mieli umrzeć jutro, ale zdobywać wiedzę tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie. Wydaje mi się to bardzo cenną myślą.

Takie życie nie jest popularne. Widzę to choćby na przykładzie swojej córki, której jakimś cudem udało nam się zaszczepić to przekonanie, że zdobywanie wiedzy jest fajne. No cóż, może i mam chętnie czytające i lubiące się uczyć dziecko, ale na pewno jej życie towarzyskie na tym cierpi. Ale przecież ma koleżanki, które tak jak ona mogą godzinami rozprawiać o minerałach, kosmosie i książkach fantasy.

Jak sądzicie - czy oczytanie może być w dzisiejszych czasach cenioną wartością? I czy w ogóle warto zawracać sobie głowę literackim dokształcaniem się? I kto to właściwie jest człowiek oczytany? Ten, kto czyta wszystko? Ten, kto zna klasykę literatury? A może po prostu ten, kto chce świadomie rozszerzać swoje literackie horyzonty, wychodząc poza strefę komfortu?

wtorek, 30 września 2014

Zdarza mi się sięgnąć po książkę z czystej ciekawości. Nie mam odruchu unikania bestsellerów, który zdaje się towarzyszy wielu czytelnikom - może dlatego, że lubię wiedzieć, co w trawie (w właściwie na księgarnianych półkach) piszczy. Kiedy więc usłyszałam, że książkę debiutującej angielskiej pisarki przetłumaczono na 47 języków jeszcze przed premierą, poczułam się zaintrygowana. Na tyle, że nawet nie sprawdziłam opinii czytelników, tylko postanowiłam się jej przyjrzeć.

Tak naprawdę odpowiedź na pytanie, dlaczego wydawcy na całym świecie zdecydowali się zainwestować w tę książkę, można poznać już po przeczytaniu kilku zdań o treści. Świat, w którym jednocześnie żyją osoby obdarzone zdolnościami magicznymi i takie, które nie wierzą w istnienie czarodziejów? Zwaśnione rody czarnych i białych magów? Ceremonia picia krwi w dniu osiągnięcia dojrzałości? Mieszanka motywów z Harry'ego Pottera i "Zmierzchu" mogła skusić wydawców, tym bardziej, że już po pierwszych rozdziałach można się przekonać, że akcja toczy się wartko. Jednak po przeczytaniu całości muszę stwierdzić, że "Zła krew" Sally Green nie jest warta aż takiego zamieszania.

Z całą pewnością nie jestem odpowiednim czytelnikiem, ale też jakoś nie do końca potrafię stwierdzić, kto nim jest. Właściwie jest to książka dla młodzieży (choć w księgarniach widziałam ją raczej na półkach z książkami dla dorosłych). Jest w niej jednak tyle brutalności i przemocy, że nie podsunęłabym jej jeszcze swojej córce, choć za parę lat zapewne mogłaby ją z przyjemnością przeczytać. Głównym bohaterem jest nastoletni Natan, który urodził się jako swego rodzaju mieszaniec - jego matka pochodzi z rodu parającego się białą magią, lecz ojciec jest słynnym i poszukiwanych czarnoksiężnikiem. Natan nie zna rodziców - matka nie żyje, a ojciec się ukrywa. Wychowuje go babcia, ma też czułego i lekko zniewieściałego brata i okrutną, nienawidzącą go siostrę.

Świat, w którym żyje Natan, jest wyjątkowo nieprzyjemny. Niby władzę dzierżą czarodzieje opowiadający się po jasnej stronie mocy, jednak darzą czarnoksiężników i czarownice taką nienawiścią, że ścigają ich po całym świecie, mordując bez litości. W imię jakiejś mocno niejasnej sprawiedliwości torturują i prześladują nawet niewinne osoby. Natan zdaje sobie sprawę, że pozwalają mu żyć tylko dlatego, że chcą go wykorzystać do pojmania jego ojca.

Pomysł może i jest nie najgorszy, ale wykonanie zdecydowanie szwankuje. Dziwne, zwłaszcza w książce dla młodzieży, wydaje się przedstawienie białej i czarnej magii - czarnoksiężnicy nie wydają się złowrodzy, przeciwnie - są prześladowanymi ofiarami. Biali za to są odpychający, a ich zachowanie kompletnie niewytłumaczalne. Fabule brak spójności - co jakiś czas dzieje się coś nagłego, co zazwyczaj kończy się kompletnym sponiewieraniem Natana, który na szczęście obdarzony jest darem samouzdrawiania. Autorka może się więc na nim dowolnie wyżywać, łamiąc mu żebra, oblewając kwasem i wbijając igły w kości, bo wiadomo, że chłopak jakoś się z tego wykaraska. Jest oczywiście obowiązkowy wątek miłosny, ale niczym nie uzasadniony - pochodząca z najbielszej rodziny dziewczyna po prostu zaczyna pałać sympatią do ponurego Natana, nie wiadomo dlaczego, i pomimo że spędzili razem dosłownie kilka chwil, ryzykuje dla niego życie. Nie wiemy o niej nic, autorka nie stara się wyjawić nam jej myśli - ot, jest dziewczyna i Natan ma o kim marzyć.

Przypuszczam, że "Zła krew" spodoba się nastoletnim czytelniczkom, choćby ze względu na podobieństwo do innych książkowych światów, a także przez to, że trudno nie współczuć wiecznie prześladowanemu bohaterowi. Ja jednak raczej nie sięgnę po kolejne części, chyba że ktoś mnie przekona, że autorka nieco uwiarygodniła swoje postaci i popracowała nad płynnością akcji.

Moja ocena: 3/6

poniedziałek, 29 września 2014

Jesienią lubię czytać kryminały. Prawdopodobnie nie dlatego, że dłuższe wieczory zachęcając do bardziej mrocznych lektur, choć może to też ma jakieś znaczenie. Powód jest jednak bardziej prozaiczny - pracując na uczelni, mam bardzo pracowity wrzesień i październik i kryminały świetnie się sprawdzają w roli relaksujących i nie za trudnych lektury. Miałam zamiar sięgnąć ostatnio po wciąż nieprzeczytaną najnowszą książkę Jo Nesbø albo po pachnący jeszcze nowością ostatni tom kwartetu olandzkiego Johana Theorina. Miałam jednak też pod ręką "Jaskiniowca", którego autor, Jørn Lier Horst, określany został przez wydawnictwo mianem nowego Nesbø. Postanowiłam sprawdzić trafność tego marketingowego chwytu.

Akcja "Jaskiniowca" toczy się w Norwegii, w niewielkim miasteczku wzorowanym na rodzinnym Narviku pisarza. Pracownik energetyki znajduje ciało starszego człowieka, który zmarł cztery miesiące wcześniej. Był tak samotny, że nikt nie zauważył jego zniknięcia. Line, córka policjanta i dziennikarka działu śledczego dużej gazety, wpada na pomysł napisania reportażu o osamotnionym sąsiedzie. Podczas zbierania materiałów zaczyna zdawać sobie sprawę, że śmierć starszego człowieka jest bardziej tajemnicza, niż się wszystkim wydawało. W tym samym czasie jej ojciec, William Wisting, zmaga się z wyjątkowo trudną sprawą, o której jednak nie chce opowiedzieć córce, wiedząc, że nie mogłaby zachować bezcennych informacji dla siebie.

Te dwa niezależnie toczące się śledztwa oczywiście zazębią się w jakimś momencie, i to w sposób wyjątkowo zgrabny. Oba dochodzenia prowadzone są bardzo systematycznie i skrupulatnie, a czytelnik może z przyjemnością śledzić tok rozumowania zaangażowanych osób i wychwytywać kolejne tropy. "Jaskiniowiec" to bardzo starannie napisany i naprawdę wciągający kryminał, którego główna intryga jest tak poprowadzona, że czytelnik nie jest w stanie domyślić się wszystkiego, ale może przewidzieć niektóre rozwiązania. Klimat jest iście norweski, nieco melancholijny, z niewielką osadą i rozrzuconymi po lesie gospodarstwami w tle.

Czy uprawnione jest zatem porównanie Jørna Liera Horsta do Jo Nesbø? Moim zdaniem niekoniecznie, nie znajduję bowiem zbyt wielu podobieństw między stylem obu tych autorów. Harry Hole to specyficzny bohater, niezwykle błyskotliwy, zbuntowany i nieszczęśliwy, i to on jest chyba najmocniejszym elementem powieści Nesbø. Nie ma nikogo takiego w "Jaskiniowcu" - Line i jej ojciec to zupełnie inne postaci, sumienne i pracowite. Intryga jest też mniej zagmatwana niż w większości powieści mistrza norweskiego kryminału. Nie znaczy to jednak, że książka Jørna Liera Horsta nie jest warta uwagi. To po prostu kolejny bardzo ciekawy i dobrze piszący autor z Norwegii, inny, ale wcale nie mniej interesujący.

Trochę szkoda, że wydawnictwo postanowiło wydawać cykl o Williamie Wistingu i Line od końca. "Jaskiniowiec" to dziewiąta i jak dotąd ostatnia część serii. Być może dzięki temu wzbudzi większe zainteresowanie polskiego czytelnika - prawdopodobnie jest to lepsza książka niż część pierwsza, tak to często z cyklami kryminalnymi bywa. Ja jednak nie lubię czytać cyklów nie po kolei, i trochę czułam w trakcie lektury, że brakuje mi wiedzy na temat głównych bohaterów. Dobrze by było, gdyby teraz kolejne części ukazały się już w porządku chronologicznym.

Tak czy inaczej, jeśli szukacie dobrego, skandynawskiego kryminału, na pewno warto po "Jaskiniowca" sięgnąć.

Moja ocena: 4.5/6

czwartek, 25 września 2014

Kto śledzi blogi książkowe zapewne już wie, że grupka blogerów wyszła na chwilę ze swoich pełnych książek, kocyków i herbat kącików, aby spotkać się ze sobą, pisarzami i redakcją magazynu Książki w siedzibie Agory. Relacji z tego wydarzenia pojawiło się już kilka, ale i ja postanowiłam coś od siebie napisać. Tym bardziej, że im bliżej początku roku akademickiego i nieuchronnych rozczarowań, że nie wszystkim sonety Szekspira podobają się tak bardzo, jak mnie, a Keats miał zachwycać, ale nie zachwyca, tym bardziej mam ochotę podzielić się niezwykłą radością płynącą ze spotkania z ludźmi, którzy nie mogą sobie wyobrazić milszej soboty niż tej spędzonej na rozmowach o książkach, pisarzach i pisaniu.

A ja przecież narzekać nie mogę. O książkach mogę mówić w pracy do upojenia, i w dodatku niektórzy nawet to, co mówię, o zgrozo, notują! Mam czytających przyjaciół, z którymi też o książkach rozmawiam, i to często. A jednak takie blogerskie spotkanie oznaczało dla mnie praktycznie 16 godzin rozmawiania o książkach! Możecie sobie to wyobrazić? Czysta radość i pozytywne emocje na cały długi tydzień.

16 godzin, bo dzień zaczął się o 6 rano, gdy na dworcu głównym w Poznaniu spotkałam się z Moniką. Miałyśmy zamiar przespać się choć trochę - ha ha, wolny żart. Przegadałyśmy całą drogę. Na dworcu centralnym czekała już na nas Agnieszka, a wkrótce dołączył Zacofany w lekturze, który już w ogóle samymi książkami żyje, bo nawet śniadania jeść nie chciał. Chyba że nasze ploteczki ze świata blogowo-literackiego odebrały mu apetyt!

W Agorze zaś masa ludzi znanych i nieznanych - część nieznanych okazała się całkiem dobrze znana, choć nigdy nie spotkaliśmy się twarzą w twarz. Jednak wystarczyło mi rzucić okiem na karteczkę z nazwą bloga i już wiedziałam, że na przykład Kasia i Ania są moimi dobrymi znajomymi. Wierzcie mi - to niezwykle miłe uczucie!


Zdjęcia: Ann RK

Samo spotkanie ciekawe. Poza oczywistymi atrakcjami, takimi jak wywiad z Ignacym Karpowiczem i prawdziwie uwodzicielski wykład Mariusza Szczygła o uwodzeniu czytelników, dla mnie bardzo interesująca była część, w której redaktorzy magazynu Książki opowiadali o swoim pomyśle na to pismo. Po pierwsze, przekonałam się, że podobieństwo do New York Review of Books nie jest przypadkowe. Po drugie, okazało się, że ich filozofia jest bardzo zbieżna z moimi oczekiwaniami (choć podobno większość czytelników uważa inaczej) - stawiają na poszerzanie horyzontów czytelnika, przybliżając mu ważne i intrygujące książki nie wydane po polsku, opowiadają o tym, co na szerokim świecie słychać, konsekwentnie i na tyle skutecznie, że ukazuje się właśnie czternasty numer magazynu. Jest to zresztą numer nieco odświeżony, pojawiają się w nim nowe działy, zasugerowane przez przepytanych czytelników, i muszę przyznać, że też ich pojawienie się witam z radością. Chętnie będę czytać o książkach dla dzieci, przeglądać nowości kwartału i tematyczne zestawienia książek. Oby tylko nie zniknął dział z książkami, które czyta świat, który po prostu uwielbiam!


Było też trochę wygłupów, fotografowania się przy ściance, którą specjalnie przygotowała redakcja - udało się nawet namówić Ignacego Karpowicza do wspólnych zdjęć!

Na zdjęciu od lewej: ja, Ignacy Karpowicz, Aga

Po spotkaniu część nieoficjalna, kontynuowana w zatłoczonym pociągu, tym razem w szerszym składzie. Myślę, że kiedy wszystkie wyciągałyśmy najpierw magazyn Książki, a potem coraz to kolejne lektury, stanowiłyśmy dość nietypowy (niestety!) widok.

Jeśli macie ochotę zobaczyć, jak wyglądają na żywo pogrążeni na co dzień w książkach blogerzy, obejrzyjcie krótki film, który przygotowali organizatorzy spotkania!


A jeśli też chcielibyście się ze mną i z innymi molami książkowymi spotkać, to wpiszcie do kalendarza poznański Festiwal Fabuły. Tak mi się jakoś dziwnie wydaje, że większość blogerów będzie można spotkać na Zamku 17 i 18 października!

wtorek, 23 września 2014

Czy nadejdzie taka chwila, kiedy od namiętnego pocałunku będziemy woleli filiżankę dobrej herbaty? A może nie można być za starym na miłość? A co, kiedy dystyngowany starszy pan, przywiązany do tradycji wdowiec, Anglik z dobrej rodziny niespodziewanie zakocha się w pochodzącej z Pakistanu właścicielce wiejskiego sklepu? Jak prowincjonalna społeczność, której główną osią istnienia są podziały klasowe i świadomość, że każdy ma swoje miejsce i nie powinien się z niego wychylać, zareaguje na tak nieprawdopodobny, dla wielu wręcz oburzający związek? I co powie religijna rodzina kobiety, która najchętniej wysłałaby ją do Pakistanu, gdzie nie wychodziłaby z domu i opiekowała się tabunami dzieci swoich bratanków i siostrzeńców?


Taka właśnie nietypowa miłość jest tematem książki, której polskie wydanie przeszło zaskakująco bez echa. A przecież "Ostatnia misja majora Pettigrewa", pierwsza książka 46-letniej Helen Simonson, zasługuje na znacznie szerszą uwagę, którą zresztą obdarzyli ją czytelnicy angielscy. To pełna staroświeckiego humoru, ciepła i mądra opowieść o miłości, która przychodzi znienacka i wywraca do góry nogami życie nie tylko zbuntowanych nastolatków, ale także statecznych starszych ludzi, którzy nie spodziewali się już od życia niczego oprócz cotygodniowych partyjek golfa i samotnych wieczorów nad książką.

Major Pettigrew stracił kilka lat temu żonę, a niedawno brata i ma wrażenie, że jego życie dobiega kresu. Pozwala sobie na chwilę rozpaczy i nawet nie zauważa, że ubrany jest w czerwony, kwiecisty szlafrok, gdy do drzwi puka pani Ali - dystyngowana, elegancka właścicielka sklepu wielobranżowego. Niespodziewana wizyta porusza coś w sercu majora, i tak zaczyna się nietypowa historia o miłości. Miłości tym trudniejszej, że Edgecombe St. Mary to prawdziwy mikroświat, zamieszkany przez różnych ludzi - czasem poczciwych i zabawnych, ale równie często uprzedzonych i małostkowych. Sam major zresztą nie wyobraża sobie, że mógłby wywrócić swój świat do góry nogami - związek z osobą o etnicznym pochodzeniu spowodowałby wyrzucenie go z miejscowego klubu, co byłoby symbolicznym wypchnięciem poza nawias społeczności. Pani Ali nie jest wcale łatwiej - mieszka z bratankiem, który bardzo rygorystycznie przestrzega zasad islamu i krzywo patrzy na niezależną i mądrą ciotkę. A gdy w okolicy pojawia się jego nieślubne dziecko i dziewczyna, którą niegdyś kochał, sytuacja tylko się skomplikuje.

Zarys fabuły "Ostatniej misji majora Pettigrewa" nie brzmi może porywająco, ale to jedna z tych książek, od których nie sposób się oderwać, są bowiem tak urocze i bezpretensjonalne. Cała plejada barwnych postaci, szczypta angielskiego humoru i piękno angielskiej prowincji w tle wystarczyłyby do przykucia uwagi czytelnika, ale książka Helen Simonson ma do zaoferowania dużo więcej. To historia o godności, prawie do szczęścia i o regułach, które rządzą każdą społecznością, opowiedziana niemalże mimochodem, między opowiastkami o komicznym balu przebierańców, pompatycznych Amerykanach kupujących sobie tytuły szlacheckie i o nabzdyczonych młodzieńcach przekonanych, że wiedzą wszystko o świecie. A przede wszystkim to opowieść o miłości, która sprawia, że herbata staje się nagle mniej ważna od pocałunku.

Helen Simonson urodziła się i wychowała w Anglii, ale od ponad dwudziestu lat mieszka w Stanach, i może dzięki temu potrafiła napisać książkę na wskroś angielską, a zarazem pełną świeżości i nietypową. Warto przeczytać, zwłaszcza jeśli kochacie angielską prowincję z jej staroświeckim urokiem.


Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 01 września 2014

Pierwszy września budzi w wielu z nas sprzeczne emocje. Z jednej strony oddychamy z ulgą na myśl, że nie musimy już uczyć się do klasówek, siedzieć na nudnych lekcjach jak na szpilkach, a słusznie lub niesłusznie zarobione kiepskie oceny ukrywać przed rodzicami. Z drugiej – życie po szkole bywa równie uciążliwe, służbowe spotkania męczą, a stresu co najmniej tyle samo. Poza tym często bywa tak, że dopiero jako dorośli doceniamy możliwość uczenia się różnych ciekawych rzeczy o świecie, rzeczy, które kiedyś nas niestety niezbyt ciekawiły. Dobrowolnie sięgamy po lektury, które kiedyś wywoływały w nas dreszcze – Nad Niemnem, Lalka, Chłopi… Obraz szkoły we wspomnieniach jakoś się dziwnie wygładza i nabiera pastelowych barw.

Myślę, że niemały wpływ na to mają lektury, w których miejscem akcji jest szkoła idealna – szkoła, w której kwitnie życie towarzyskie, nauczyciele mają powołanie i są jacyś tacy ludzcy, a wszystko spowite jest atmosferą magii. Kto z nas nie chciał choć na chwilę wrócić do czasów szkolnych, czytając o nauce w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Oczywiście, sięgnęłam tutaj po najbardziej spektakularny przykład. Hogwart jest po prostu idealny – zamiast lekcji wychowania fizycznego jest latanie na miotle, zajęcia pozalekcyjne to na przykład gra w quidditcha, zaś wśród przedmiotów obowiązkowych są zaklęcia i obrona przed czarną magią. Nie bez znaczenia są klimatyczne sypialnie, ogromne sale wspólne z kominkami, uczty wyprawiane z wielu różnych okazji i sowy przynoszące listy od rodziców. Moja córka, która kończy wkrótce 11 lat, z pewnością po cichu marzy o tym, że list z Hogwartu wkrótce do niej przyjdzie, i szczerze mówiąc, żałuję, że nie mam 11 lat i nie mogę się już łudzić.

Źródło: harrypotter.wikia.com

Nie jest to jednak jedyna szkoła magii, do której chętnie bym uczęszczała. Nie jestem pewna, czy szkoła czarnoksiężników na wyspie Roke, opisana przez Ursulę Le Guin w Ziemiomorzu, nie jest równie kuszącą opcją. Roke to Wyspa Mędrców, na której spotkać można mistrzów różnych dziedzin. Mają indywidualne podejście do ucznia, każdy może zostać tam kimś wyjątkowym. No i mają wspaniałą bibliotekę.

Szkoła nie musi być magiczna, żeby kusić mola książkowego. Staroświecka pensja dla panien, taka, jak w Tajemniczym opiekunie, była moim marzeniem przez wiele lat. Wspaniały, ambitny program nauczania, wspólnota uczęszczających do niej dziewcząt, i możliwości otwierające się przed każdą pensjonariuszką. Oczywiście, podobnie elitarna była szkoła, do której uczęszczała Sara Crew, czyli Mała księżniczka, ale jednak wiele zależy od przełożonej oraz od innych dziewcząt – akurat ta szkoła nie była obiektem moich marzeń, czemu się chyba nie dziwicie.

Oczywiście dla czytelnika taka surowa pensja z wymaganiami to bardzo atrakcyjne miejsce akcji. Weźmy na przykład Tajemnicę Abigel. Oczywiście, nie chciałabym sama poddać się takiemu rygorowi, nie życzyłabym też tego mojej córce, choć czasem wydaje mi się, że nie byłoby to całkiem złym pomysłem. Szkoła surowa, z tradycjami, taka jak w Jane Eyre, może i bywa strasznym miejscem, ale z pewnością można tam nauczyć się przetrwania, a także zawiązać niezwykłe przyjaźnie.

Miejscem zupełnie innym są niewielkie, wiejskie szkoły, w których uczniowie w różnym wieku uczą się razem w jednej sali, nauczycielka jest zawsze młoda, wesoła i przyjazna, zaś uczniowie mało może ambitni, ale za to skorzy do psot. Do takiej szkoły uczęszczały Dzieci z Bullerbyn, o ile nie przeszkodziła im w tym burza śnieżna. W takiej najpierw uczennicą, a następnie nauczycielką była rudowłosa Ania Shirley. Nie mieściło mi się w głowie, jak to możliwe, że dzieci z różnych klas uczą się razem, ale taka opcja wydawała mi się niezwykle kusząca. A już spędzanie przerw na dworze, gdzieś na łące albo pod lasem, to po prostu marzenie.

I wreszcie nieco przaśna, dobrze mi znana szkoła rodem z PRLu, w której nauczycielki zawsze były surowe i patrzyły z góry na uczniów przez okulary w rogowych oprawkach, dyro był przeważnie dość poczciwy, choć na wszelki wypadek lepiej go było unikać, zaś uczniowie tworzyli zgraną paczkę, zwartą i gotową do wszelkich psot. Tak jak w Głowie na tranzystorach, Sposobie na Alcybiadesa i niezliczonych innych powieściach dla młodzieży, którymi zaczytywałam się w dzieciństwie.

Zastanawiam się, czy we współczesnych powieściach dla młodzieży ten wyidealizowany obraz szkoły jeszcze się pojawia. Nastoletnie czytelniczki chętnie sięgają teraz po bardzo modne antyutopie, a te często przedstawiają szkołę jako miejsce indoktrynacji, pełne zagrożeń i fałszu. Może lepsze skojarzenia budzą elitarne szkoły dla wampirów, upadłych aniołów i tym podobnych, ale nie jestem przekonana. W literaturze polskiej mamy jednak cykl, który dzieje się w szkole, i choć ta występuje raczej w tle, jest miejscem całkiem ciekawym, takim, w którym zawiera się przyjaźnie, rozwiązuje zagadki i snuje plany. Cykl ten to Feliks, Net i Nika, zaś trójka głównych bohaterów to bardzo pomysłowi gimnazjaliści, wierni przyjaciele, dobrze wykorzystujący zdobycze nauki, choć swoją wiedzę niekoniecznie nabyli w szkole.

Nie jestem wprawdzie całkiem przekonana, że naprawdę chciałabym znowu chodzić do szkoły. Pracując na uczelni, atmosfery studiowania mam pod dostatkiem, w dodatku sama wciąż się czegoś uczę. Chciałabym, żeby do jakiejś wyjątkowej szkoły trafiła kiedyś moja córka, ale jeśli się tak nie zdarzy, to trudno – będziemy od czasu do czasu przenosić się w lekturze do fikcyjnych szkół marzeń.

A wy do jakich szkół z książek chcieliście kiedyś chodzić? A może wręcz przeciwnie, woleliście myśleć o tym, jak to dobrze, że nie musieliście do jakiejś fikcyjnej szkoły uczęszczać?

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wygląda na to, że wielu blogerów zapomniało chyba o dzisiejszym Dniu Bloga. Ja się jednak już przyzwyczaiłam do tego, że w ostatni dzień wakacji polecam Wam kilka blogów, które odkryłam w tym roku. Przyznam, że nie jest łatwo - jestem wierna swoim ulubionym blogom i nie odkrywam ciągle nowych. A jeśli odkrywam, to szybko orientuję się, że są bardzo popularne i jestem chyba jedną z ostatnich osób, które ich nie znały, moje polecenie nie jest więc im potrzebne.

Tym niemniej, do mojej listy lektur dodałam w tym roku kilka fantastycznych blogów, które polecam Wam z całego serca! Oto one:

 

Slow Day Long - Ciepły, dobrze napisany i pięknie zilustrowany blog Kamili i Damiana. Kamila i Damian mają przeuroczą córeczkę Alicję, są świadomymi rodzicami, podróżują w nietypowe miejsca i ładnie o tym wszystkim piszą. A w dodatku gdzieś w tle przewija się Wrocław, miasto już nie całkiem moje, a jednak krążące gdzieś w żyłach.

Matka jest tylko jedna - Matka mieszka na Mazurach, remontuje stary dom nad jeziorem, w środku lasu wychowuje synka. Pisze lekko, ze swadą, i w taki sposób, jaki lubię - że czuję, jakbym ją znała od lat.

Urlop na etacie - Aleksandra i Michał nie rzucili pracy, żeby wyjechać w podróż życia. Pracują na etacie, ale z 26 dni urlopu wyciskają, ile się da. W podróżach towarzyszy im Luśka - wesoły, kosmaty, adoptowany ze schroniska pies. Fajne pomysły na wyjazdy, także dla osób lubiących spanie pod namiotem.

Vic Books - W zasadzie nie powinno się polecać blogów ze swojej kategorii i staram się tego trzymać. Zrobię jednak wyjątek dla bloga pisanego po angielsku, bo wydaje mi się niezbyt dobrze znany, a warto na niego zaglądać. Mało recenzji, dużo tekstów okołoksiążkowych, napisanych bardzo ładnym angielskim.

Pojechana - wynik mojej fascynacji Chinami, która od ponad roku nie maleje, a nawet wręcz przeciwnie. Czytam zresztą sporo blogów pisanych przez Polaków mieszkających w różnych krajach Azji - można się z nich naprawdę wiele dowiedzieć! Pojechana to Ola, która mieszka w Shenzhen, pisze o chińskiej codzienności, ale także o podróżach do innych azjatyckich krajów. Pisze lekko, zgrabnie, a przy tym rzetelnie - polecam!

 

A wszystkim blogerom z okazji Dnia Bloga życzę wielu życzliwych czytelników, weny nadchodzącej we właściwych momentach i wytrwałości w pisaniu!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Blog roku
Wyróżnienia
O mnie
Teraz czytam
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Polskie strony o książkach
Angielskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...