niedziela, 25 lutego 2018

Chociaż sama zaproponowałam takie zestawienie, przyznam, że nie do końca podoba mi się takie postawienie sprawy. Owszem, wszystkie książki, które wymienię, czyta się w ten specyficzny, właściwy lekturze kryminałów, sposób. Mówiąc kolokwialnie – wciągają. O ile jednak w przypadku kryminałów intryga powstała w głowie autora lub autorki, o tyle wszystkie te reportaże bazują na ludzkich tragediach. Nie sięgamy po nie po to, żeby nas wciągnęły i żeby miło spędzić czas. Sięgamy po to, żeby dowiedzieć się tego, o czym bieżące przekazy medialne nie wspomniały. Po to, żeby spróbować zrozumieć.

Niemniej książki te czyta się „na jednym oddechu”. Być może tym bardziej dlatego, że opowiadają o czymś, co się zdarzyło, o prawdziwych ludziach i o dramatach, które stały się ich udziałem. Jeśli więc boicie się reportaży i omijacie ten gatunek szerokim łukiem, w przekonaniu, że nie jest dla was, być może jedna z poniższych książek przekona was, że warto zmienić zdanie?

Zacznę od tytułów, których na zdjęciu brak:

Ewa Winnicka „Był sobie chłopczyk”, Wydawnictwo Czarne 2017

W przypadku tej książki najłatwiej zrozumieć dylematy, o których wspomniałam powyżej. Straszliwa tragedia, która opisuje autorka, nie może nie poruszyć. Ponieważ jednak relacjonowały ją wszystkie tabloidy, możemy czuć obawy, sięgając po książkę reporterską. Czy nie będzie się ona ocierać o sensacyjność? Na szczęście tak nie jest, a książka Winnickiej jest najlepszym chyba przykładem na to, w jaki sposób reportaż może i chyba powinien objaśniać świat. Przedstawiając historię chłopczyka z Cieszyna, którego zwłoki wyłowiono ze stawu i który pozostał anonimowy przez dwa lata, z punktu widzenia policji, rodziców i innych członków rodziny, autorka próbuje pokazać nam sprawę na tyle wielostronnie, żebyśmy zrozumieli trochę więcej. I mimo że tak naprawdę nie da się chyba zrozumieć ani tego, że ktoś zabija własnego syna, ani tego, że dziadkowie, kuzyni, ciotki, przyrodnie rodzeństwo i sąsiedzi mogą przez dwa lata udawać (przed innymi i chyba też przed sobą), że wszystko jest w porządku i że w rodzinie nie zniknęło żadne dziecko, to „Był sobie chłopczyk” jest przede wszystkim opowieścią o tym, jak do tego doszło.

Rozpisałam się, z czego wynika, że powinnam poświęcić tej książce osobny wpis. Póki co zachęcam do zmierzenia się z nią.

Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów”, Wydawnictwo Czarne 2017

Tej książki chyba nie trzeba przedstawiać – uhonorowano ją Nagrodą Literacką Nike. Żyłam w PRL-u i teoretycznie dużo wiem o tym, jak wtedy było, a mimo to lektura reportażu o sprawie Grzegorza Przemyka wstrząsnęła mną. Uświadomiła mi ogrom aparatu, który tuszował takie przestępstwa. Niby wszystko wiadomo, a od lektury trudno się oderwać.

I dalej:

Truman Capote „Z zimną krwią”, tłum. Rudolf Krzysztof Filip, Dom Wydawniczy Rebis 2013

Pionierska książka, jedna z pierwszych reporterskich prób zrelacjonowania prawdziwej zbrodni. Capote opowiada o morderstwie czteroosobowej rodziny farmera z Kansas, relacjonuje nie tylko samą zbrodnię, ale też poszukiwanie sprawców, aż do ich egzekucji. Doskonale napisana książka, która ma to, co Hanna Krall nazywa nadwyżką – tę wartość dodaną, dzięki której reportaż nie jest tylko o tym, o czym jest.

Hampton Sides „Ogar piekielny ściga mnie”, tłum. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Czarne 2017

Pisałam już o tej książce, powtórzę się – opowieść o zamachu na Martina Luthera Kinga i o śledztwie oraz pościgu to doskonały reportaż historyczny. Ma wszystko, co trzeba – autor dotarł do imponującej liczby źródeł, przedstawił je w sposób arcyciekawy, z werwą opowiedział całą historię i przy okazji rozprawił się z wieloma mitami. Trudno odłożyć.

Carl Bernstein, Bob Woodward „Wszyscy ludzie prezydenta”, tłum. Piotr Tarczyński, Wydawnictwo Agora 2014

Historia słynnego dziennikarskiego śledztwa, które doprowadziło do ujawnienia afery Watergate. Jeśli mało wiecie o historii USA, warto przeczytać. Jeśli wiecie sporo – tym bardziej. To jedna z trudniejszych lektur na tej liście, jeśli chodzi o płynność czytania. Mnogość nazwisk i faktów sprawia, że łatwo się zgubić, warto robić sobie notatki. Niemniej, sama historia śledztwa porywa, tym bardziej, że opisują ją ci sami ludzie, którzy je prowadzili. Piszą sucho, tak jakby chcieli obalić własny mit. Ja jednak przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, choć ostrzegam, że to książka dla dociekliwych i wytrwałych. Jeśli jednak nie odstrasza ją drobiazgowość, jest duża szansa, że dacie się wciągnąć.

Åsne Seierstad „Jeden z nas”, tłum. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo W.A.B. 2015

Nie miałam ochoty czytać tej książki. Masakra na wyspie Utøya wycisnęła ze mnie już niejedną łzę, nie chciałam wiedzieć nic więcej o człowieku, który jej dokonał. Bardzo sobie jednak cenię Åsne Seierstad, która zresztą nie miała tej książki w planach. Zamówiono u niej artykuł, kiedy jednak zaczęła się zagłębiać w temat, przesiedziała dziesiątki godzin na sali sądowej, napisała książkę. O Breiviku, o ofiarach, a przede wszystkim o tym, jak przez lata dorastał w społeczeństwie, niejako wśród nas. Źle się czyta tę książkę, jej ciężar emocjonalny przygniata. Niemniej to doskonały reportaż, od którego trudno się oderwać i którego nie sposób zapomnieć.

Katherine Boo „Zawsze piękne”, tłum. Adriana Sokołowska – Ostapko, Wydawnictwo Znak 2013

Doskonała książka o życiu w slumsach Bombaju została nagrodzona National Book Award i zdobyła szereg nominacji, w tym do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Mam jednak wrażenie, że przesza u nas trochę bez echa. Autorka przez trzy lata mieszkała ze swoimi bohaterami, a jej reportaż pokazuje Indie nie od cukierkowej, egzotycznej strony. Trudno nie poczuć więzi z bohaterami i przerażenia na myśl o ich losie, a że książka jest świetnie, pięknie napisana, czyta się ją o wiele za łatwo.

Roman Cílek „Ja, Olga Hepnarová”, tłum. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera 2016

Dwudziestodwulatka wjeżdża ciężarówką w przystanek tramwajowy, zabijając stojących tam ludzi. Po chwili z niezmąconym spokojem oświadcza, że zrobiła to celowo. Skazano ją na karę śmierci – jako ostatnią kobietę w Czechach, a książkę o niej i o tym, dlaczego, czyta się jak thriller. I znowu, jak w kilku poprzednich – od początku wiadomo, jak się ta historia kończy, a mimo to nie można przestać czytać.

Kamil Bałuk „Wszystkie dzieci Louisa”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2017

Sensacyjna historia dawcy nasienia, który został ojcem baaardzo wielu osób w Holandii, jest przede wszystkim opowieścią o jego dzieciach. O poszukiwaniach, o dochodzeniu do prawdy, o odkrywaniu, że ma się wiele rodzeństwa, o którym się nie wiedziało. O tym, czy można być bratem / siostrą tak wielu odmiennych ludzi. Świetnie napisana, poszczególne części kończą się niespodziankami, których nie powstydziłby się scenarzysta dobrego serialu.

David Grann „Zaginione miasto Z”, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B. 2010

Jedna z moich ulubionych książek wszech czasów, nie wiem, czy to nie za jej sprawą tak bardzo polubiłam reportaże. Historia obsesji sprzed stu lat i wyprawy, mającej na celu wyjaśnienie zagadki zaginięcia wiktoriańskiego podróżnika w dżungli amazońskiej. Doskonała!

Dodalibyście coś do listy? Nie zmieściła mi się „Światu nie mamy czego zazdrościć” – nie mogłam się od niej oderwać i myślę o tym, żeby przeczytać ją ponownie. Nie zmieściło się „Niebo jest nasze” Koernera, wydane w serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne i choćby ze względu na temat niezwykle wciągające. Chętnie dowiem się, jaki reportaż was wciągnął, i to nawet wbrew trudnej tematyce?

środa, 21 lutego 2018

Kiedy nie chce mi się czytać, sięgam po kryminał. Ta metoda rzadko zawodzi, a jednak w ostatnich miesiącach nie zawsze działała. Dopóki nie popatrzyłam na świetne okładki dwóch książek Chmielarza, wydanych przez marginesy (jedno wznowienie i jedna nowość) i nie przypomniałam sobie, że już od dawna chciałam przekonać się, czy ten autor faktycznie tak dobrze pisze, jak ptaszki ćwierkają.

A dzisiaj, siedem czy osiem zarwanych nocy później, mogę się tylko bić w piersi, że tak długo czekałam.

Cykl kryminałów, których bohaterem jest Jakub Mortka, policjant z Warszawy, jest dobrze pomyślany i solidnie wykonany. Aż żal, że nie ma więcej części. Niby nie ma w nich nic wyjątkowego, ale w tym chyba leży ich siła. Mortka jest taki, jak należy - smutny, melancholijny, nie radzi sobie z byłą żoną, a jego życie jest mało poukładane. Jego koledzy są też, jak należy - czasem solidni, czasem nie, niektórzy coś kręcą, innym można ufać, chyba że tylko się tak wydaje. A w tle Warszawa i smętne realia komendy stołecznej.

Znalezione obrazy dla zapytania podpalacz chmielarzZaczyna się wszystko od "Podpalacza". Zgodnie z tytułem, ktoś podkłada ogień. W płomieniach stają domy jednorodzinne, niestety, niekoniecznie puste. Mortka na początku nie robi dobrego wrażenia. Trochę się miota, w irytujący sposób przypomina bohaterów kryminałów ze Skandynawii. Na szczęście z każdą kolejną stroną lubimy go bardziej, staje się bardziej nasz, taki zwyczajny, ale też intrygujący. I choć jego prywatne życie jest w rozsypce, w pracy okazuje się całkiem skuteczny. Jednocześnie nie jest to skuteczność w stylu rodem z Hollywood. Jesteśmy przecież w Polsce, kraju, w którym policja może i by chciała, ale nie bardzo ma jak. Mortka też by chciał, ale cóż z tego. Niektórzy jego koledzy nie są tak pełni zapału, jak on, zgarnia cięgi, wyciągając ich z łóżek. Podpalacz jest o krok przed nim, a komisarz błądzi, pyta ciągle o to samo, nie trafia na dobre tropy. W tle zaś dzielnica domków jednorodzinnych, podupadające biznesy, kapele, gwiazdki cała ta nasza siermiężność.

W "Farmie lalek" zostaje zesłany na wieś i gdzieś w Karkonoszach trafia na zwłoki kilku kobiet. W tej niewielkiej miejscowości nic się nigdy nie dzieje, takie odkrycie stanowi więc nie lada sensację. Oczywiście podejrzenia padają od razu na społeczność romską, która mieszka w pobliżu i nie cieszy się sympatią miejscowych. Co gorsza, trudno się z nimi dogadać - działają według własnego kodeksu honorowego, a współpraca z policją nie mieści się w jego ramach. Mortka, jako gość ze stolicy, jest tu traktowany jako autorytet, ale nie znaczy to, że poprowadzi śledztwo. O nie - taka duża sprawa jest okazją do wybicia się, nie można jej oddać obcemu.

Muszę powiedzieć, że była to jedyna część cyklu, podczas lektury której udało mi się dość wcześnie rozwiązać zagadkę kryminalną. Nie bawiłam się przez to dużo gorzej podczas lektury, tym bardziej, że "Farma lalek" jest bardzo mroczna i nastrojowa.

Mimo to ucieszyłam się, że w "Przejęciu" jesteśmy z powrotem w Warszawie. Co więcej, w tym tomie Mortka dostaje nowego partnera, a raczej partnerkę. Aspirantka Suchocka to uparta i rzeczowa kobieta, która Mortkę trochę denerwuje, a trochę chyba onieśmiela. Ja ją polubiłam, zwłaszcza że do idealnych nie należy i dość szybko okazuje się, że coś ukrywa. Afera, którą rozwiązują, okazuje się iście międzynarodowa, co łatwo zgadnąć już na początku, jako że pierwsze sceny powieści toczą się w Kolumbii. Ta zagadka była chyba najbardziej skomplikowana ze wszystkich, nie umiałam wpaść na żadną sensowną hipotezę. Nasi bohaterowie też się męczą, skrupulatnie prowadzą dochodzenie, zbierają materiał, pytają, rozmawiają i badają. I nic. Sporo śladów wydaje się prowadzić donikąd, czasem zaś policjanci po prostu zawalają sprawę. bardzo to wszystko życiowe i przez to wiarygodne, i to pomimo kolumbijskiego początku. Za "Przejęcie" otrzymał Chmielarz nagrodę Wielkiego Kalibru, myślę, że jak najbardziej zasłużenie.

Znalezione obrazy dla zapytania osiedle marzeń chmielarzCzęść czwarta i piąta są bardzo mocno powiązane. "Osiedle marzeń" pokazuje mroczną stronę zamkniętych osiedli. Morderstwo popełnione na młodej dziewczynie to zaledwie czubek góry lodowej. Jest niby ekskluzywnie, a tak naprawdę bardzo przaśnie, a i sama intryga wydaje się pasować do klimatu, w jakim żyjemy. Nawet gangsterzy są tu niby naprawdę, a jednak niedorobieni. Wyjątkowo poruszył mnie wątek grupki młodych chłopców, którzy są ambitni, chcą się nie tylko dorobić, ale wręcz wybić, i wybierają nie najlepszą drogę. Ich historia jest przejmująca, strach pomyśleć, jak łatwo młodzi ludzie bez perspektyw mogą pójść podobną ścieżką.

W "Osiedlu marzeń" pojawia się wiele wątków pootwieranych we wcześniejszych książkach. Niektóre zostaną domknięte dopiero w kolejnej części.

Najnowsze "Cienie" są bowiem bezpośrednią kontynuacją "Osiedla marzeń". Znowu zaczyna się od znalezienia zwłok, tym razem jednak z przytupem - podejrzanym jest były partner Mortki. Zarówno komisarz, jak i aspirantka będą mieli osobiste powody, żeby rozwikłać sprawę, a nie da się ukryć, że łatwo nie będzie. Współpraca okaże się trudna, komplikacje się namnożą, a czytelnik, na tym etapie bardzo już z bohaterami zżyty, nie pójdzie spać, póki nie dowie się, jak się to wszystko kończy.

Mortka jest już nieco inny. Wydaje się dojrzalszy, a może po prostu spokojniejszy, mniej rozedrgany. Czytają wszystkie części jedną po drugiej, z łatwością dostrzegłam te zmiany, i cieszyłam się z nich. Co ciekawe, nie stał się nudniejszy, wręcz przeciwnie - wydaje mi się, że jako bohater jest jeszcze ciekawszy, mniej sztampowy.

Warto więc czytać po kolei. Niektóre postaci przewijają się przez wszystkie części, często wspominane są wcześniejsze sprawy, nie warto odbierać sobie przyjemności, sięgając najpierw na przykład po "Cienie".

Dobrze, że takie książki u nas powstają. Ten cykl mógłby z powodzeniem święcić triumfy w Skandynawii, nam zaś podoba się tym bardziej, że oglądamy w nim Polskę - dziwną, trochę straszną, byle jaką, ale jednak znajomą i swojską. Gra tu wszystko - intryga, bohaterowie, tło. I choć "Cienie" wydają się zamknięciem całości, bardzo liczę na to, że Wojciech Chmielarz jeszcze zafunduje nam jakieś spotkanie (spotkania?) z komisarzem Mortką.

Moja ocena: 5/6

środa, 07 lutego 2018

Kilka lat temu zachwyciłam się książka Davida Granna "Zaginione miasto Z" (recenzja tutaj). Trudno mi więc było nie porównywać reportażu Douglasa Prestona do tamtej lektury. Nic dziwnego, że "Zaginione Miasto Boga Małp" mnie nie olśniło - mimo podobieństw nie jest to przecież ta sama, ani nawet taka sama książka, a podświadomie na to chyba liczyłam. Spróbuję jednak zachować obiektywizm, zwłaszcza że lektura sprawiła mi sporo przyjemności i gdybym nie znała książki Granna, nie byłabym raczej rozczarowana.

"Zaginione Miasto Boga Małp" to solidna relacja z wyprawy, która sama w sobie była naprawdę sensacyjna. Kto by się spodziewał, że w XXI wieku można jeszcze całkiem poważnie szukać ruin ogromnego miasta? Wydaje nam się, że kula ziemska jest już zbadana, jeśli ludzie nie docierają do jakiegoś jej zakątka, z pewnością został on dokładnie sfotografowany z satelity. A jednak w dżungli Hondurasu wciąż kryje się mnóstwo niespodzianek. To teren trudny do eksploracji, także dlatego, że kontrolują go kartele narkotykowe. O wężach, pająkach i chorobach roznoszonych przez owady nawet nie wspominam.

Co gorsza, dżungla jest tak gęsta, że dokładnie porasta starożytne ruiny, można stać metr od rzeźby, ściany lub ołtarza i ich nie zauważyć. Nic dziwnego, że od pokoleń krążą legendy o tym, że kryją się tam prawdziwe skarby.

Bohaterowie książki Prestona poświęcili sporą część życia na to, żeby odnaleźć Miasto Boga Małp. Pierwsza część książki to relacja historyczna - poznajemy ludzi, którzy twierdzili, że dotarli do ruin, ale nie potrafili tego udowodnić. Czytamy o szyfrach i sekretnych mapach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o kolejnych próbach, które się nie powiodły. Czekamy na relację z wyprawy pełnej niebezpieczeństw i niepewności. Napięcie jednak nie rośnie, współcześni odkrywcy korzystają z najnowszych technologii i miasta szukają z daleka, z powietrza, na fotografiach.

Ciekawie robi się dopiero w połowie książki, kiedy nasi bohaterowie trafiają do dżungli. Od tej części opowieści nie mogłam się wręcz oderwać. Niby wszystko toczyło się nieźle, ale jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że zaraz coś się wydarzy.

I faktycznie - najbardziej dramatyczna część książki dotyczy tego, co się działo po powrocie. Mimo że autor przeplatał swoją opowieść dość chaotycznymi wynurzeniami na temat przyczyn znikania wielkich cywilizacji, nie mogłam się oderwać od lektury. Przy okazji sporo się dowiedziałam, zarówno o tym, co może się przydarzyć, kiedy wrócimy z dżungli (nie wiem, czy nie wolałabym tego nie wiedzieć!), jak i o problemach współczesnego Hondurasu.

"Zaginione Miasto Boga Małp" nie jest tak pasjonującą lekturą, jak bym się spodziewała, ma słabe fragmenty i nieco dziwnie rozłożone napięcie. Na szczęście druga część książki ratuje sytuację. Zresztą może jakie czasy, takie wyprawy? Epoka romantyków już minęła, przyszła pora na solidnie przygotowanych, może nieco nudnawych, ale skutecznych miłośników nowych technologii? Chcąc być sprawiedliwa, muszę przyznać, że niektórzy uczestnicy wyprawy opisywanej przez Prestona całkiem przypominają dawnych zapaleńców. Warto przeczytać, choćby po to, żeby uwierzyć, iż nie wszystko zostało już odkryte i przebadane.

Moja ocena: 4/6

"Zaginione Miasto Boga Małp" Douglas Preston

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018

niedziela, 21 stycznia 2018

Planowanie każdej podróży zaczynam od listy lektur. Jeszcze zanim kupiłam bilety do Izraela, zamówiłam kilka książek, których mi brakowało i powyciągałam z półek takie, które się od dawna kurzyły. Miałam wrażenie, że nic nie rozumiem, że sytuacja w Izraelu i Palestynie jest tak skomplikowana, że nie zdołam jej pojąć. Po przeczytaniu tych dziesięciu książek wiem i rozumiem  więcej, ale wciąż nie potrafię tego wszystkiego pojąć. Wyjazd już za parę tygodni, będę więc czytać dalej, a potem pytać, patrzeć, rozmawiać. Chcę wiedzieć więcej.

Dlatego poniższa dziesiątka nie może być żadną miarą traktowana jako dziesięć najlepszych książek o Izraelu. To dziesięć książek, które na mnie zrobiły duże wrażenie. Nie zmieściła się na niej książka Smoleńskiego "Oczy zasypane piaskiem" (choć na zdjęciu jest), choć jest równie dobra, jak pozostałe, ale chciałam zrobić miejsce dla innych autorów. Zastanawiałam się też nad "Moją Ziemią Obiecaną" Ariego Shavita, ale zdecydowałam, że ograniczę literaturę faktu i umieszczę kilka powieści. Dobrą książką jest "Izrael oswojony" Eli Sidi - mieszkającej w Izraelu Polki. Chętnie przyjmę wasze sugestie co do kolejnych lektur. Co jeszcze warto przeczytać o Izraelu albo z Izraelem w tle?

Paweł Smoleński „Izrael już nie frunie”, wyd. Czarne

Choć powstawała ponad 10 lat temu, nie straciła niestety na aktualności. Gdybyście mieli przeczytać tylko jedną książkę o Izraelu, reportaż Smoleńskiego byłby niezłym wyborem. Ja przeczytałam niemalże jednym tchem.

Marcin Gutowski „Święta ziemia”, wyd. Znak

Równie dobrym byłaby lektura książki Gutowskiego. Podobnie jak poprzednia, jest próbą stworzenia pewnej mozaiki losów i za ich pośrednictwem opowiedzenia o tym jakże skomplikowanym i skonfliktowanym państwie. Autor rozmawiał z dziesiątkami osób, jego książka prezentuje bardzo wielostronny obraz Izraela i Palestyny.

Rajah Shehadeh „Palestyńskie wędrówki”, tłum. Anna Sak, wyd. Karakter

Kończę powoli lekturę i od razu wpisuję na listę. Autor, palestyński prawnik, przemierza wzgórza Palestyny i opowiada o tym, jak jego kraj znika, zasiedlany przez izraelskich osadników, jak gaje oliwne zmieniają się w betonowe pustynie, jak kolejni Palestyńczycy tracą swoją ziemię. Nie ma w tej książce zamachów bombowych. Shehadeh opisuje cichą i podstępną przemoc, powolne znikanie kraju.

Przede mną jeszcze druga książka tego autora, „Obcy w domu”, także wydana przez Karakter, mam przeczucie, że też mogłaby się znaleźć w tym zestawieniu.

Susan Abulhawa „Wiatr z północy”, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, wyd. Prószyński i S-ka

Pierwsza powieść na liście, ubrana w okładkę, która odstraszy niejednego czytelnika… To historia palestyńskiej rodziny, która zostaje przesiedlona do obozu uchodźców w Dżeninie, który jest nam zapewne mało znany, a był miejscem wyjątkowo tragicznych wydarzeń. Dowiedziałam się o niej od Chihiro, za której blogiem nieodmiennie tęsknię, tutaj znajdziecie jej przekonującą recenzję.

Louisa Waugh „Spotkajmy się w Strefie Gazy”, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka

Zachwyciłam się wcześniejszą książką tej autorki (recenzja tutaj), miałam więc wysokie oczekiwania względem tej. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Autorka zamieszkała na pewien czas w Strefie Gazy i poznała ją od nie całkiem typowej strony. Zaprzyjaźniła się z Gazańczykami, brała z nimi udział w nielegalnej zabawie sylwestrowej, jadała u nich w domach, spotykała ludzi bardzo zamożnych i skrajnie ubogich. Zobaczyła, jak uparcie Gazańczycy próbują żyć normalnie. Przystępnie napisana, poruszająca książka.

Paweł Smoleński „Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew”

Druga książka Smoleńskiego na liście, ale nie mogłam jej pominąć, jest bowiem jedynym tak wyczerpującym źródłem wiedzy na temat izraelskich Beduinów – społeczności, która nie pasuje do swojego kraju i nie chce się do niego dopasować.

Guy Delisle „Kroniki jerozolimskie”

Jedyna w tym zestawieniu i chyba w ogóle pierwsza wśród moich dziesiątek powieść graficzna. Jeśli znacie tego autora, nie muszę jej wam rekomendować, sami wiecie, jak doskonałe są jego książki. Można je określić mianem komiksów non-fiction, choć znawcy gatunku pewnie mieliby zastrzeżenia do słowa komiks. Żona autora pracuje dla Lekarzy bez granic, on sam zaś zajmuje się dzieckiem i próbuje poznać miasto, w którym się akurat osiedlili. Nie unika trudnych tematów, polityki i konfliktów, ale dzięki formie stają się one bardzo przystępne. Mam zamiar podsunąć tę lekturę córce. Tutaj znajdziecie recenzję "Kronik birmańskich" tego samego autora.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”, tłum. Anna Halbersztat, wyd. Marginesy

Kolejna powieść, opisująca dzieje trzech pokoleń pewnej rodziny. Wszystko zaczyna się od samobójstwa trzech pionierów z wioski położonej na terenie Palestyny, potem zaś następuje opowieść o odkrywaniu tajemnic, o zemście i przebaczeniu. Ta historia mogłaby się zdarzyć wszędzie, a mimo to mam wrażenie, że sporo się dowiedziałam o Izraelu podczas lektury. Nie czytałam jeszcze „Rosyjskiego romansu” tego samego autora – akcja toczy się w środowisku syjonistów, liczę więc na kolejną pouczającą i dobrą lekturę.

Zeruya Shalev „Ból”, tłum. Magdalena Sommer, wyd. W.A.B.

Zaruya Shalev to jedna z najbardziej znanych pisarek izraelskich. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa – Meir Shalev jest jej kuzynem. W Polsce ukazało się kilka jej książek. Czytałam tylko „Ból”, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Główna bohaterka została dziesięć lat wcześniej ranna w zamachu terrorystycznym i wciąż doświadcza silnych napadów bólu. Przypadkowe spotkanie z dawną miłością przywołuje też inne demony. To książka o traumach i rozczarowaniach, o byciu matką i żoną, o samotności. W tle zaś mamy Izrael – zamachy, obowiązkową służbę wojskową, radykalizujące się społeczeństwo.

Amos Oz „Opowieść o miłości i mroku”, tłum. Leszek Kwiatkowski, wyd. Rebis

Autobiografia wielkiego pisarza początkowo onieśmiela – objętością, rozmachem, tematyką. Zaczyna się w Jerozolimie w latach czterdziestych ubiegłego wieku, a kończy w 2001. To nie tylko biografia pisarza, to także, a może przede wszystkim, biografia narodu i państwa. Początkowo czyta się ją ciężko, pod koniec żal się rozstawać.


czwartek, 11 stycznia 2018

Siódma trzydzieści, za oknem ciemno, na podłodze kałuże. Ludzie wpatrują się tępo w przestrzeń, o tej porze mało kto ma siłę wyjąć telefon. W tramwaju coraz większy tłok, mimo to jest raczej cicho. Nagle - parsknięcie. Potem chichot. I jeszcze raz, tym razem głośniejszy. Wyrwani z letargu pasażerowie zerkają podejrzliwie na odmieńca. Ten jednak tego nie zauważa. Pogrążony w lekturze, stara się stłumić śmiech, ale nic z tego.

Kto z nas nie był kiedyś takim odmieńcem? Komu nie zdarzyło się parsknąć śmiechem nad książką w tramwaju, autobusie lub pociągu? Mnie nie raz, a że pod koniec stycznia wyjdzie trzecia "Arystokratka", znowu będę rechotać w drodze do pracy. Chociaż nie, obawiam się, że połknę ją w ciągu kilku godzin wieczornych.

Tymczasem zaś trzy podróżnicze książki, nad którymi ostatnio parskałam śmiechem. W sam raz na nadchodzący za kilka dni Blue Monday (rzekomo najbardziej przygnębiający dzień roku, w 2018 przypada 15 stycznia). Wszystkie trzy są urocze i zabawne, a do tego naprawdę niegłupie!

Alec Le Sueur "Hotel na dachu świata. Pięć lat w Tybecie", tłum. Agnieszka Bihl

Początkowo nie byłam przekonana do tej książki. Jej autor pracował w pięciogwiazdkowym hotelu w Paryżu, a kiedy postanowił przenieść się do Azji, szukał pracy w kolejnym luksusowym przybytku. Zaproponowano mu jednak coś, czego się nie spodziewał - prowadzenie działu promocji sieciowego hotelu w Lhasie. Nie miał pojęcia ani o Chinach, ani o Tybecie, jego pierwsze wrażenia są więc typowymi przemyśleniami człowieka z Zachodu, którego dziwi wszystko i wszyscy. Bałam się, że lektura, na którą dość długo polowałam, okaże się zbiorem rozczarowujących banałów i czytałam z irytacją. Po kilku stronach jednak roześmiałam się, a po kilkunastu stwierdziłam, że nie będzie źle.

Wyzwania, z jakimi będzie się mierzył nasz narrator, wydają się kompletnie absurdalne. Przykładowo, na początku decyduje się na mało oryginalną formę promocji, a mianowicie wysyłkę materiałów reklamowych. Tylko jak to zrobić, kiedy drukarnia nie potrafi składać prostych linijek i nie dysponuje literą "s", nowoczesna maszyna do pisania, którą hotel jakiś czas temu zakupił, nie ma litery "a", zaś z czterech kserokopiarek działa jedna, która brudzi kartki na szaro.

Z podobnymi problemami mierzą się pracownicy wszystkich działów. Do kuchni zamiast steków dostarczone zostają żywe jaki, do przystawienia jednej pieczątki potrzebna bywa dwudziestoosobowa delegacja, zimą z sufitu zwisały sople, ale ogrzewania nie można było włączyć, dopóki nie zajęto ponad 20% pokoi, co się w zimie prawie nie zdarzało. Le Sueur sporo miejsca poświęca hotelowej codzienności, z której trudno się nie śmiać.

Książka byłaby jednak tylko płaskim zbiorem anegdot, gdyby nie fakt, że dotyczy miejsca tak mało znanego, jak Tybet pod chińską okupacją. W dodatku jest to Tybet, którego już nie ma, bo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Lhasa zmieniła się bezpowrotnie. Między zabawnymi historyjkami autor przemyca trochę cennych informacji, które pozwalają sobie wyobrazić, jak było w Lhasie pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Choćby tego powodu warto tę książkę przeczytać, przy okazji zaś dostarczając sobie sporą dawkę rozrywki.

Moja ocena: 4/6

Peter Allison "Ucieka tylko jedzenie", tłum. Ernest Kacperski

Czytałam opowieści z życia przewodnika safari na kilka tygodni przed wyjazdem na safari może nie być najlepszym pomysłem. Allison pracował przez kilka lat na kempingu w Botswanie, sąsiadującej z Namibią, do której się wybierałam. Zdarzyło mu się zostawić turystów w rzece pełnej krokodyli i hipopotamów, ponieważ ścigając stado lwów zapędził się za daleko do wody i utopił samochód, musiał więc pobiec po pomoc. Na szczęście jednak wizja wyjazdu zawsze napełnia mnie spokojem i nic nie jest w stanie wzbudzić we mnie paniki.

Książka Allisona powinna spodobać się zarówno osobom, które lubią podróże, jak i miłośnikom zwierząt, może przede wszystkim tym drugim. Mnóstwo w niej uroczych historii o miodożerach, gepardach, małpach i innych afrykańskich stworzeniach. Jako młody człowiek, Allison wyruszył w podróż po świecie, a kiedy skończyła mu się kasa, znalazł sobie pracę na kempingu w Afryce. Podobnie robią setki ludzi, którzy pracują w hostelach, barach, klubach nurkowych i podobnych miejscach. Kemping w afrykańskim buszu jest jednak wyjątkowo malowniczy, choćby dlatego, że dzikie zwierzęta mogą swobodnie wchodzić na jego teren. Allison nauczył się o nich wiele, a dzisiaj jest znanym przewodnikiem safari. "Ucieka tylko jedzenie" to przyjemna lektura, wybuchy śmiechu są w pakiecie.

Moja ocena: 4/5

"Życie seksualne kanibali. Dwa lata na Pacyfiku" J. Maarten Troost, tłum. Małgorzata Glasenapp

Para młodych ludzi chce ułożyć sobie życie nieszablonowo. Skończyli stosunki międzynarodowe, ale praca w biurze gdzieś w Stanach wydała im się mało atrakcyjna. Rozsyłali więc CV po całym świecie, aż wreszcie Sylvia dostała posadę w Kiribati. Trzy tygodnie później oboje siedzieli już w samolocie.

Po lekturze zaczęłam googlowanie i mogę wam zdradzić, że jeśli w tym momencie pozazdrościliście autorowi książki, możecie pójść w jego ślady. A raczej w ślady jego żony, bo to ona dostała pracę na pacyficznym atolu. Ofert jest całkiem sporo! Poczekajcie jednak z wysyłaniem maili do końca lektury, istnieje duża szansa, że się rozmyślicie.

Maarten i Sylvia trafiają na główną wyspę Kiribati, Tarawę, i szybko przekonują się, że choć na pierwszy rzut oka wygląda sielsko, przy bliższym poznaniu traci sporo ze swego uroku. Bo wskakiwanie prosto z domu do ciepłej, lazurowej wody oceanu brzmi świetnie, to przebywanie w tej wodzie, kiedy kolejne osoby kucają przy brzegu i zaczynają się wypróżniać, fale zaś niosą ich odchody w waszą stronę, do przyjemności raczej nie należy.

Tarawa ma problem ze fekaliami. Nie ma ich gdzie gromadzić, nie ma się ich jak pozbyć. Zatruwają wodę pitną, której zasoby są i tak niewielkie. Wypróżnianie się do oceanu jest więc najpopularniejszą metodą. Jeszcze większy problem stwarzają wszelkie śmieci, zwłaszcza pampersy. Na niewielkich atolach nie ma wysypisk, nikt też śmieci nie wywozi.

Nieciekawie wygląda też jedzenie. Są ryby. Są owoce morza. Czasami trujące. I tyle. Nie ma warzyw, niczego się nie uprawia, owoców jest sporo, ale na innych wyspach. Tarawa jest przeludniona i brakuje wszystkiego. Próba zamówienia prenumeraty New Yorkera kończy się fiaskiem, nie ma więc dostępu do wiadomości ze świata (radio australijskie nadaje wiadomości raz dziennie, ale skupia się na sprawach lokalnych).

Relacja Troosta odczarowuje Kiribati, a jednocześnie sprawia, że ten wyspiarski kraj zaczyna nas interesować. Nigdy wcześniej nie ciekawiły mnie wyspy na Pacyfiku, ale po lekturze miałabym ochotę wybrać się w podróż do Mikronezji. Przemawia do mnie cyniczny styl autora i jego specyficzne poczucie humoru, dowiedziałam się też nadspodziewanie dużo o kraju, o którym większość z nas nie wie prawie niczego. To klasyczna opowieść o zetknięciu dwóch kultur, o odkrywaniu dziwnego i obcego świata, który w powszechnym wyobrażeniu jest rajem, zaś w rzeczywistości okazuje się może nie piekłem, ale w najlepszym razie czyśćcem. Ale Troost trafi także do takich zakątków Kiribati, które można określić mianem rajskich, a czytając o nich, byłam szczerze zdziwiona i jeszcze bardziej zaintrygowana.

Moja ocena: 5/5

*************************************************************************

Dziękuję za wszystkie głosy w rankingu na najbardziej wpływowy blog o książkach! Głosowanie trwa do niedzieli, Miasto Książek trzyma się na ósmej pozycji. Cieszę się, widząc, jak różnorodne strony znalazły się w pierwszej dziesiątce - są w niej youtuberzy, instagramiści, ale też całkiem klasyczni blogerzy :) Będzie mi miło, jeśli jeszcze trochę poklikacie :)

http://www.influencer.pl/blogi-o-ksiazkach-ranking

niedziela, 07 stycznia 2018

Moja córka czyta właśnie „Grę o tron” i uczy się godzić z tym, że autor książki może wystrychnąć czytelnika na dudka. W księgarniach pojawiają się coraz to kolejne thrillery psychologiczne, a czytelnicy, którzy po nie sięgają, czekają na to, że autor ich zaskoczy, a nawet zszokuje. Polubiliśmy chyba to uczucie i chętnie dajemy się wodzić za nos. Zdarza się jednak, że wstrząsający zwrot akcji pojawia się w książce, której byśmy o takie niespodzianki nie podejrzewali. Odrywamy wtedy wzrok od tekstu i wpatrujemy się przez dłuższą chwilę w przestrzeń, próbując pogodzić z tym, co się właśnie wydarzyło.

Dawno nie było niedzielnej dziesiątki, a dzięki Waszym komentarzom stwierdziłam, że nie mogę zarzucić blogowania (dziękuję Wam bardzo!), dlaczego więc miałabym zarzucać cykl, który lubię i ja, i wy! Wybrałam więc dla was dziesięć książek, które mnie w jakiś sposób zaskoczyły. W przypadku niektórych szokujący zwrot akcji zdarza się gdzieś w środku powieści, innym razem to zakończenie okazuje się całkowicie nieoczekiwane. Nie piszę, jak jest w przypadku poniższych tytułów, żeby za wiele nie zdradzać. Postaram się w ogóle zdradzić jak najmniej, a wszystkie wymienione książki szczerze polecam. Żeby nie iść na łatwiznę, nie umieściłam na liście żadnego thrillera psychologicznego.


Agatha Christie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, tłum. Jan Zakrzewski

Zacznijmy od klasyki. Niejedna książka damy kryminału potrafi zaskoczyć czytelnika, żadna chyba jednak nie sprawiła mi takiej niespodzianki jak „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. Jeśli jej nie znacie, nie zaglądajcie do żadnej recenzji, myślę, że łatwo natknąć się na spoiler!

W czołówce najbardziej szokujących zwrotów akcji w książkach Agathy Christie powinny się też znaleźć „I nie było już nikogo” (dawny tytuł to „Dziesięciu murzynków”) i „Morderstwo w Orient Ekspresie”.

Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”, tłum. Jan Rybicki

Poruszająca powieść o Afganistanie, o braterstwie i zdradzie, która wyciśnie wam pewnie kilka łez i co najmniej raz zaskoczy. Momentami ociera się o melodramatyzm, ale na tyle rzadko, że można jej to wybaczyć.

Sarah Waters „Złodziejka”, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska

Wiktoriański Londyn, majętna panna i wychowana przez złodzieja pokojówka, sugestywny nastrój i tak poprowadzona akcja, że trudno się powstrzymać, żeby komuś nie opowiedzieć o tym, jak autorka wystrychnęła czytelnika na dudka.

Lionel Shriver „Musimy porozmawiać o Kevinie”, tłum. Krzysztof Uliszewski

Narratorką tej wstrząsającej powieści jest matka chłopca, który zastrzelił w szkole grupę swoich kolegów i nauczycieli. Kevin siedzi w więzieniu dla nieletnich, a jego matka pisze listy do męża, analizując całe ich życie i błędy, które mogli popełnić. Mamy więc całkowicie nieobiektywną narratorkę, tragiczną historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami i niejednoznacznych bohaterów. No i moment, w którym rzucamy brzydkim słowem, odkładamy książkę i patrzymy długo w przestrzeń.

Daphne du Maurier „Rebeka”, tłum. Eleonora Romanowicz–Podoska

Klasyka też potrafi zaskoczyć. „Rebeka” to powieść grozy, spodziewamy się więc zagadkowych rozwiązań. Mimo to pierwsza lektura tej książki bywa olśnieniem, ale znowu – warto nie zaglądać do żadnych recenzji i artykułów.

Lew Tołstoj „Anna Karenina”, tłum. Jan Wołowski

Przez lata „Anna Karenina” była moim wyrzutem sumienia. Nie wiem, dlaczego tak późno się za nią zabrałam. Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że jakimś cudem nie wiedziałam o tej powieści nic, tym samym przeżyłam prawdziwy szok podczas lektury.

David Vann „Legenda o samobójstwie”, tłum. Dobromiła Jankowska

Brak Davida Vanna na naszym rynku książki to zaskakująca luka, którą szczęśliwie uzupełnia właśnie nowopowstałe wydawnictwo Pauza. Czytałam „Legendę o samobójstwie” lata temu, planuję teraz powtórkę, bo to doskonała, oszczędna i mocna powieść. W jej przypadku znowu łatwo o spoiler, nie czytajcie więc recenzji, kupcie od razu książkę, nie pożałujecie.

Jodi Picoult „Bez mojej zgody”, tłum. Michał Juszkiewicz

Brak na zdjęciu, książka stoi bowiem na półce u rodziców. Picoult to znana autorka, która napisała mnóstwo podobnych do siebie bestsellerów. „Bez mojej zgody” to jej najlepsza powieść i warto ją przeczytać. Bohaterkami są dwie siostry: Kate, która od dzieciństwa choruje na białaczkę, i Annie, którą poczęto po to, żeby była dawczynią tkanek dla swojej siostry. W pewnym momencie Annie nie chce poddać się kolejnej operacji. Nic w tej książce nie jest jednak czarno-białe i nie wszystko potoczy się tak, jak się spodziewamy.

Yann Martel „Życie Pi”, tłum. Magdalena Słysz

Film mnie nie zachwycił, ale książkowa wersja opowieści o szesnastolatku, który dryfuje po oceanie w towarzystwie tygrysa, ponieważ statek, którym podróżowali, przewoził zwierzęta z zoo, jest naprawdę dobra i całkiem zaskakująca.

Iain Pears „Którędy droga”, tłum. Katarzyna Petecka-Jurek

Siedemnastowieczny Oksford, zbrodnia i cztery relacje osób zamieszanych w to, co się stało. Misternie poprowadzona intryga, którą trzeba czytać niezwykle uważnie. W tej książce każdy bowiem chce coś ukryć, żadnemu narratorowi nie możemy zaufać, a wszystko, co mówią, jest wskazówką, która może prowadzić na manowce. I chociaż jesteśmy od początku nieufni i ostrożni, autor i tak zrobi nas w balona. Świetny, mało znany, wymagający kryminał.

Zabrakło mi w dziesiątce miejsca dla „Gniewu” Zygmunta Miłoszewskiego, którego zakończenie podzieliło czytelników. Oprócz „Rebeki” mogłabym wstawić „Jane Eyre”, wydaje mi się jednak, że skrywana przez jednego z bohaterów tajemnica jest jednak zbyt dobrze znana, żeby kogokolwiek mogła jeszcze zdziwić. Umieściłabym też chętnie zapomnianą już trochę, kiedyś niezwykle popularną „Trzynastą opowieść”. Niejedna książka Young Adult mogłaby się znaleźć na liście, z „Czerwoną królową” na czele. A co wy byście dopisali? Jakie książki sprawiły, że na chwilę zabrakło wam tchu?

***

Przy okazji - Miasto Książek znalazło się wśród dwudziestu najlepszych blogów o książkach portalu Influencer. Do 14 stycznia trwa głosowanie, wystarczy kliknąć, bez żadnej rejestracji. Głosować można codziennie, raz dziennie. Będzie mi miło, jeśli oddacie głos na Miasto Książek!

http://www.influencer.pl/blogi-o-ksiazkach-ranking

Przy okazji przejrzyjcie pozostałe strony - znam je wszystkie, niektórych jestem wierną czytelniczką. Może odkryjecie coś dla siebie?

 



środa, 03 stycznia 2018

Siedem lat przerwy między pierwszym a drugim tomem - to nie powinno dobrze świadczyć o serii. Prawda jest jednak taka, że "Sadze rodziny Neshov" nic nie brakuje, a wieloletnia przerwa w lekturze jest tylko dowodem na moje czytelnicze rozedrganie, bo zachwyciłam się "Ziemią kłamstw", a potem przegapiłam kolejne dwie części. Kiedy jednak po latach ukazał się czwarty (i najprawdopodobniej ostatni) tom, postanowiłam odnowić znajomość z panią Ragde. Zaczęłam od przypomnienia sobie części pierwszej, a dwa dni później zamykałam już czwartą. Norweską serię czyta się bowiem na jednym oddechu, i tylko szkoda, że koniec następuje tak prędko.

O "Ziemi kłamstw" pisałam szerzej tutaj. "Ziemia kłamstw" zaczyna się mało oryginalnie, bo poważną chorobą nestorki rodu Neshov, Anny. Oczywiście oznacza to, że z różnych zakątków kraju, a nawet z zagranicy do rodzinnego domu ściągną członkowie rodziny. Oczywiście z szafy wypadnie przy okazji kilka trupów. Reszta jednak wcale taka oczywista nie jest.

Przede wszystkim, nikt przy pogrążonej w śpiączce kobiecie nie chce siedzieć. Tylko jeden z trzech synów Anny jest jej prawdziwie oddany. Tor, który został na gospodarstwie, nie dopuszcza do siebie myśli o tym, że matka może umrzeć. Nie wyobraża sobie świata, w którym nie będzie na niego czekało przygotowane przez nią śniadanie, w którym nie przedyskutuje z nią problemów ze świniami. Drugi z braci, Margido, mieszka wprawdzie w okolicy, ale do domu nie przyjeżdża. To samotnik, prowadzi zakład pogrzebowy i jest całkowicie oddany pracy. Najmłodszy Erlend uciekł najdalej. Rodzina nie zaakceptowała tego, że jest gejem, wyjechał więc do Danii, zarabia krocie i prowadzi wystawny tryb życia ze swoim ukochanym Krumme, z którym tworzy naprawdę uroczą parę. Jest jeszcze mąż Anny, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Żyje na peryferiach ich myśli, milczący i pasywny.

W ten zdominowany przez mężczyzn świat wkracza Torrun - nieślubna córka Tora, która wychowała się z dala od rodziny Neshov. Przyjeżdża na wezwanie ojca i ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że krew jest gęstsza niż woda i choć nigdy nie widziała swoich wujów i dziadka, czuje się z nimi związana.

Anne B. Ragde jest mistrzynią szczegółów. Prowadzi nas przez pokrętne tajemnice braci tak sprawnie, że czujemy się, jakbyśmy stali tuż za ich plecami. Oczami Torrun z obrzydzeniem odkrywamy zapuszczone, podupadłe gospodarstwo, marzniemy na pogrzebach z Margido, wyprawiamy przyjęcia z Erlendem. I niby nic się nie dzieje, ale jakoś trudno jest odłożyć książkę. Duszna atmosfera Neshov zaczyna nas oblepiać. Zaczynamy rozumieć Torrun, która w trzeciej części sagi "poczuła, jak całe gospodarstwo zaciska się wokół niej, sześć pokoleń, jak klei się jej do skóry".

Pierwsza część kończy się szokująco i zostawia czytelnika bez tchu. Chciałoby się odetchnąć trochę świeższym, cieplejszym powietrzem i zostawić na jakiś czas Neshov, ale nic z tego. Drugi tom leży pod ręką i nie sposób go nie otworzyć i nie sprawdzić, jak potoczyły się dalsze losy tych dziwnych ludzi, których nie wiadomo kiedy i dlaczego polubiliśmy. A potem tak samo wygląda sprawa z tomem drugim i trzecim. Ragde doprowadza swoich bohaterów do ostateczności, a potem zostawia ich na pastwę losu i samych siebie, czytelników trzymając w niepewności. Nie zastanawiajcie się, czy na pewno warto zainwestować od razu w cztery części. Gwarantuję, że i tak je kupicie, jeśli przeczytacie tom pierwszy.

Tom czwarty jest trochę inny. Część druga i trzecia zaczynały się dokładnie tam, gdzie kończyły się poprzednie tomy, potem jednak autorka porzuciła swoich bohaterów. Tom trzeci miał być ostatni, ale czytelnicy nie potrafili się pogodzić z jego zakończeniem, a Anne B. Ragde ugięła się pod naporem ich próśb i po wielu latach przerwy napisała część czwartą. Bohaterowie są w niej o cztery lata starsi, zmienili się. Wracamy do nich jak do starych znajomych, a autorka wreszcie trochę im odpuszcza. Ten tom, zgodnie zresztą ze swoim tytułem, jest ostatecznym domknięciem. Wydaje się słabszy, w porównaniu z poprzednimi zbyt cukierkowy, ale kiedy po niego sięgamy, czujemy się już na tyle zżyci z bohaterami, że nie przeszkadza nam to zbytnio. Chcemy po prostu wiedzieć, co u nich słychać, i mamy nadzieję, że wreszcie udało im się poskromić niektóre demony.

"Saga rodziny Neshov" jest pięknie napisana, z czułością, ale bez czułostkowości. Ciekawe jest to, że podoba się chyba każdemu - zarówno bardziej wymagającym czytelnikom, jak i tym, którzy w literaturze szukają przede wszystkim rozrywki. Rzadkie to zjawisko.

Moja ocena: 5.5/6

Anne B. Ragde "Saga rodziny Neshov"

tom 1 - "Ziemia kłamstw" tłum. Ewa M. Bilińska

tom 2 - "Raki pustelniki" tłum. Ewa M. Bilińska

tom 3 - "Na zielone pastwiska" tłum. Ewa M. Bilińska, Witold Biliński

tom 4 - Zawsze jest przebaczenie" tłum. Ewa M. Bilińska, Karolina Drozdowska

Wydawnictwo Smak Słowa 2017


niedziela, 31 grudnia 2017

Nie pamiętam, jakie mieliśmy wtedy zajęcia. Ktoś zastanawiał się, w jaki sposób podejść do trudnego tematu, a wtedy Agata – jedna z koleżanek z Polskiej Szkoły Reportażu, której reporterskie książki będziecie zapewne w przyszłości wszyscy czytać, powiedziała:

– Jeśli nie wiesz, jak coś napisać, zajrzyj do Hanny Krall. Tam są odpowiedzi na wszystkie pytania.

Kilka miesięcy później męczyłam się ze swoim reportażem dyplomowym. Kilka planów czasowych doprowadzało mnie do rozpaczy. Pisałam, przerabiałam, kasowałam i ciągle było nie tak. Byłam o krok od stwierdzenia, że nie poradzę sobie z tym tematem, kiedy przypomniały mi się słowa Agaty. Wzięłam do ręki „Fantom bólu”, który od wielu miesięcy stale leży pod ręką. Otworzyłam na chybił trafił i przeczytałam jeden reportaż. I wierzcie lub nie – znalazłam odpowiedź. Napisałam tekst jeszcze raz od nowa, po swojemu, ale nie odkryłabym tej najprostszej metody poradzenia sobie z nadmiarem bohaterów i czasów, gdybym nie zajrzała do Hanny Krall.

W 2017 nie mogłam wybrać innej książki roku. Spędziłam 12 miesięcy z reportażem, i nie było miesiąca, w którym nie sięgałabym po ten opasły zbiór tekstów pani Krall.


Z pozostałymi książkami nie było tak łatwo. Chciałam wybrać dziesiątkę i nijak mi się to nie udawało. Czytałam w tym roku inaczej niż zwykle. Lista lektur Polskiej Szkoły Reportażu jest długa, wiele z książek, które się na niej znajdują, czytałam już wcześniej. Czy powinnam je brać pod uwagę? Kilka razy zmieniałam zdanie. Łatwiej byłoby je wykluczyć, bo jak wybrać wśród kilkudziesięciu doskonałych książek, z których wiele było i jest dla mnie ważnych? Pomijając „Fantom bólu”, ostatecznie wybrałam siedem książek, które w tym roku przeczytałam po raz pierwszy, i dwie, do których wróciłam. Moje książki roku wyglądają więc tak (poza pierwszą kolejność przypadkowa):

„Fantom bólu” Hanna Krall

„Pachinko” Min Jin Lee, tłum. Urszula Gardner (klik)

Jedyna powieść na liście, i nic dziwnego, jako że rzadko sięgałam w tym roku po literaturę piękną. „Pachinko” ma w sobie wszystko, co lubię. Jest oknem na świat, o którym wiem mało, w tym wypadku świat koreańskich imigrantów w Japonii. Ma piękny język, niejednoznacznych bohaterów i mądrość.

„Żeby nie było śladów” Cezary Łazarewicz

Nie uświadamiałam sobie wcześniej, jak potężną machinę zaprzęgnięto do zatarcia śladów tego, co zrobiono warszawskiemu maturzyście, Grzegorzowi Przemykowi. Wstrząsająca lektura i zarazem przykład niesamowicie wnikliwego i wyczerpującego reportażu historycznego.

„W królestwie lodu” Hampton Sides, tłum. Tomasz Hornowski (klik)

Najlepsza książka polarna, jaką czytałam. Nie mogłam się oprzeć i w połowie lektury przeczytałam końcówkę, musiałam wiedzieć, jak to się skończy. Normalnie takie rzeczy zdarzają się tylko przy lekturze kryminałów. Zaczęłam ją jeszcze w 2016 roku, ale uznałam, że zaliczę ją do 2017.

„Ogar piekielny ściga mnie” Hampton Sides, tłum. Tomasz Bieroń

Po raz pierwszy wstawiam na listę dwie książki tego samego autora. Nic dziwnego – Hampton Sides pisze jak mało kto. „Ogar piekielny…” to reportaż doskonały, od którego lektury nie można się oderwać.

„Sendlerowa” Anna Bikont

Mam wrażenie, że ta książka najczęściej pojawia się w tegorocznych zestawieniach. Przeczytajcie, a zapewne umieścicie ją też w swoim. Biografia doskonała, pokazująca, jak trudno jest dotrzeć do prawdy o człowieku i jak trudno tę prawdę napisać.

„Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny” Marcin Gutowski

Izrael i Palestyna, plątanina sporów i przemocy, trudno zrozumieć, trudno połapać się w sytuacji. Książka Marcina Gutowskiego rozplątuje część z tych nitek. Lektura „Świętej ziemi” sporo wyjaśnia, nie wprost, ale ustami licznych bohaterów.

„Gottland” Mariusz Szczygieł

Zachwycający zbiór tekstów o Czechach. Każde zdanie jest takie, jakie być powinno. Czytałam po raz drugi i myślę, że nie ostatni.

„Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciech Tochman (klik)

I znowu powtórna lektura, na którą chyba bym się nie zdobyła, gdyby nie szkoła. Nie da się wyrzucić tej książki z pamięci.

„Ukryte życie lasu” David Haskell, tłum. Katarzyna Sosnowska, Dariusz Rossowski

Czytałam tę książkę w bardzo nietypowy sposób – od stycznia aż do grudnia. Niech was nie zwiedzie polski tytuł, to nie jest książka w stylu „Sekretnego życia drzew”. Haskell dostał za nią nagrodę Pulitzera, co samo w sobie jest już rekomendacją. Przez rok wracał do jednego miejsca w lesie – kręgu wielkości hula-hoop, swoistej mandali – i obserwował, co się dzieje na tym skrawku ziemi. Jego opowieść to okno do zadziwiającego świata ślimaków, ptaków, gąsienic i innych mniejszych lub większych (częściej mniejszych) stworzeń żyjących w lesie. Warto przeczytać zwłaszcza teraz, kiedy powinniśmy wszyscy zrozumieć, na czym polega wartość puszczy i co tracimy, wycinając ją.

 


Na zdjęciu brak "Żeby nie było śladów" (czytałam ebooka) i "Pachinko" (pożyczone Mamie) :)

**********************************************************************************

Starając się zachować obiektywizm, pominęłam książki wydawane przez Wydawnictwo Poznańskie, co których mam stosunek osobisty, zwłaszcza do tych, które pojawiły się na naszym rynku częściowo za moją sprawą. Szczególnie dumna czuję się z tych dwóch tytułów:

„Człowiek, który zrozumiał naturę” Andrea Wulf, tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki

„Drwale” Annie Proulx, tłum. Jędrzej Polak

Na przyszły rok szykuje się kilka kolejnych fantastycznych tytułów, nie mogę się doczekać, ąz je przeczytacie!

Ukazały się też dwie książki w moim tłumaczeniu:

„Nocne czuwanie” Sarah Moss

„Dzienniki lodu” Jean McNeill

Za parę miesięcy wyjdzie też kolejna powieść Sary Moss w moim tłumaczeniu – „Między falami” (klik). Czytajcie Sarę Moss, powiadam wam, bo to dobra autorka jest.

Zestawiając ten rok z poprzednimi dziewięcioma latami prowadzenia bloga, widać, że jest zupełnie inny. Sześć książek polskich autorów w dziesiątce, tylko jedna powieść. Co ciekawe, nie jestem w stanie doliczyć się przeczytanych książek – nie zapisywałam czytanych propozycji wydawniczych, których było sporo, nie odnotowałam też wszystkich lektur. Myślę, że jak na mnie było jednak nieźle, przeczytałam około 90 książek. Niestety, żenująco wygląda moja działalność recenzencka. Ten rok poświęciłam czemu innemu, a blog leżał odłogiem. Przyznam, że zastanawiałam się nie raz, czy nie powinnam go zawiesić na dłużej, żeby bez wyrzutów sumienia pisać co innego. Niedawno dostałam jednak poruszającą wiadomość od Czytelniczki, kolejną z wielu, które świadczą o tym, że to moje pisanie miewa sens. Nie będę więc rezygnować z pisania tutaj, choć wiem, że znowu nie będzie mi łatwo znaleźć czas. Dużo częściej bywam na Instagramie – w tym roku opublikowałam tam 170 zdjęć (klik).

A co poza tym? Dla mnie był to cudowny rok. Polska Szkoła Reportażu to niesamowita przygoda, która mocno mi poprzestawiała w głowie! Piękne podróże – najpierw tydzień na północy Francji, potem spełnienie marzeń i wyjazd do Namibii, inny niż zazwyczaj, reporterski. A na koniec wisienka w postaci jesieni w Norwegii. I oczywiście wiele wypadów bliższych – w Beskidy, do Kotliny Kłodzkiej, do ujścia Warty. Świetny, reporterski weekend w Miedziance i inspirujące spotkania na Wizjach Natury. Intensywnie, jak zwykle, może nawet zbyt intensywnie, ale ja już chyba inaczej nie potrafię.

Cieniem rzuca się świadomość tego, co dzieje się wokół nas, blisko i daleko, a od czego odciąć się nie potrafię. Oby ten kolejny rok był dobry, dla nas wszystkich. Tego sobie, a przede wszystkim Wam życzę! A na koniec kilka zdjęć z tego roku :)


 

 Zdj. Jan Król

 

 



 

czwartek, 14 grudnia 2017

Znamy się nie od dziś, wiem, jakie książki lubicie. I to jest właśnie taka książka. „Pachinko” Min Jin Lee was nie rozczaruje. Ma wszystko, czego trzeba – na pierwszym planie rodzinę, którą pokochacie, w tle wielką historię, której w dodatku prawie nie znamy. Kto bowiem wie, jak wyglądała i wygląda sytuacja mniejszości koreańskiej w Japonii?

Jest początek XX wieku, Japonia dokonuje aneksji Korei, a pewnemu koreańskiemu rybakowi rodzi się dziecko. Rodzina straciła już kilkoro dzieci, tego pilnują jak oka w głowie. Nie przeszkadza im, że ma zajęczą wargę, ważne, że żyje. Chłopiec dorasta i ku zaskoczeniu wszystkich żeni się. Jest dobrym mężem, a kiedy na świat przychodzi córeczka, traci dla niej głowę. To ona stanie się główną bohaterką powieści Min Jin Lee.

Sunja dorasta, twardo stąpając po ziemi, ale daje się uwieść starszemu od siebie, bogatemu mężczyźnie. Przejrzy na oczy, kiedy będzie za późno. Inny człowiek stanie się ojcem dla jej dziecka, ceną za to będzie wyjazd do Japonii. Tam jednak Koreańczykom jest jeszcze trudniej. Sunja spędzi w Japonii resztę życia, w międzyczasie Korea podzieli się, my zaś będziemy śledzić losy czterech pokoleń jej rodziny.

Pierwsze zdanie książki brzmi: „Historia przyniosła nam rozczarowanie, ale mniejsza o to”. Trudno o bardziej trafne podsumowanie życia Sunji i jej krewnych. Jako Koreańczycy są w Japonii dyskryminowani. Dzieci i wnuki Sunji urodzą się w Japonii, ale od skończenia czternastego roku życia co trzy lata będą musiały na nowo występować o prawo pobytu. Po wyjeździe z kraju mogą nie zostać do niego ponownie wpuszczeni, w szkole są wyśmiewani, a jeśli dobrze zarabiają, podejrzewa się ich o związki z yakuzą. Mimo to jakoś sobie radzą, często zupełnie dobrze, ignorując rozczarowującą ich historię. Sunja słyszy kiedyś, że "przeznaczeniem kobiety jest cierpienie" i początkowo nie potrafi się z tym pogodzić. Cierpiała wielokrotnie, ale to nie wystarczało, pyta więc "z czego składa się życie", czy na pewno z cierpienia.

„Pachinko” nie jest tylko książką o Koreańczykach w Japonii. To uniwersalna w swojej wymowie opowieść o życiu na imigracji, o braku przynależności i o budowaniu życia w miejscu, w którym zawsze będzie się obcym. Nie wszyscy bohaterowie poradzili sobie z tym. Jeden z nich próbuje ukryć swoją tożsamość, nawet przed własną żoną udaje Japończyka, zrywając wszelkie więzy z rodziną. Inni, tak jak kochanek Sunji i ojciec jej pierwszego dziecka, radzą sobie aż za dobrze, budząc postrach wśród Japończyków. Jest zresztą chyba jedynym bohaterem tej książki, który się nie wstydzi. Wszyscy inni odczuwają wstyd, zaczynając od Sunji, która wstydzi się swojego romansu, czuje się też winna względem męża, który ją bezkrytycznie zaakceptował.

Początkowo to kobiety są w centrum zainteresowania autorki, wraz z upływem lat i kolejnych stron mężczyźni wychodzą na pierwszy plan. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o ludziach samotnych. Związki rozpadają się, rodzice wychowują samotnie dzieci, bracia nie potrafią się przed sobą otworzyć. Imigracja ich rozdziela, chociaż mieszkają obok siebie. Życie w obcym kraju sprawia, że stają się obcy też dla najbliższych, a imigracja wpływa też na kolejne pokolenia.

To książka o ludziach, ale historia jest też pełnoprawną bohaterką. Nic nie jest tu czarne ani białe, żaden bohater nie jest kryształowy. Mają sekrety i grzeszki, pogrążają się w chaosie i z niego wydobywają. Autorka poświęca im wszystkim uwagę, i choć to Sunja jest spajającym wszystkich ogniwem, każda z pomniejszych postaci dostaje swój moment, i każda okazuje się na tyle interesująca, że mogłaby zasłużyć na własną opowieść, własną książkę.

„Pachinko” znalazła się na liście najlepszych książek roku New York Timesa, a także w dziesiątce książek roku według USA Today i w finale prestiżowej National Book Award. Warto wyłuskać ją spośród licznych premier kończącej się właśnie jesieni.

Moja ocena: 6/6

"Pachinko" Min Jin Lee

Tłum. Urszula Gardner

Wydawnictwo Czarna Owca 2017

 

piątek, 24 listopada 2017

W świat Śródziemia wpadłam po uszy jakoś w połowie liceum i nigdy się na dobre nie wynurzyłam. Najpierw był „Władca pierścieni”, potem „Hobbit”, po kilku latach powtórka. Potem inne książki, filmy, powroty. Bałam się tylko „Silmarillionu”. Wydawało mi się, że zawiera plątaninę zawiłych informacji genealogicznych i dane historyczno-geograficzne. Mogłabym dzisiaj stwierdzić, że poniekąd miałam rację – „Silmarillion” stanowi swoiste kompendium wiedzy o historii Śródziemia. Jednocześnie jednak myliłam się, bo to niedokończone opus magnum Tolkiena jest czymś dużo bardziej pojemnym.

Mimo to nie wracałam do niego. Zadowolona, że udało mi się go raz przeczytać, mogłam stwierdzić, że była to satysfakcjonująca lektura, ale bardziej ciągnęło mnie do kolejnej lektury „Władcy pierścieni”. Niedawno skusiło mnie jednak ładne wznowienie i pomyślałam, że czemu nie, mogę zmierzyć się  z tym nie tak długim przecież tekstem ponownie. Czytam więc sobie ten „Silmarillion” niespiesznie, po miesiącu jestem kawałek za połową, i już wiem, że dawniej nie byłam na tę lekturę gotowa. Teraz jestem. Czytam z podziwem, chwilami z zachwytem i cieszę się, że Christopher Tolkien odważył się zebrać nieuporządkowane fragmenty i ułożyć je w całość po śmierci ojca.

„Silmarillion” jest dziwną mieszanką. Po części stanowi tło do „Władcy pierścieni”, niezwykle interesujące dla kogoś, kto zna tę książkę na pamięć. Jednocześnie zawiera bogactwo opowieści, które z historią Froda niewiele łączy. Tyle tu tego! Morderstwa, spiski, miłość, przeznaczenie, bogowie, półbogowie, demony. Trudno ogarnąć, można przepaść na całe lata. Jeśli Peter Jackson kiedykolwiek uzyska zgodę na ekranizację i się jej podejmie, będę mu zazdrościć i współczuć z całego serca.

Dlaczego więc warto czytać „Silmarillion”? Nie potrafię ogarnąć tej książki, spróbuję więc maksymalnie uprościć odpowiedź na to pytanie, sprowadzając ją do kilku punktów.

1. Styl. Pamiętać przy tym należy, że czytając po polsku, zdajemy się na łaskę tłumacza, w tym wypadku Marii Skibniewskiej. I choć jestem gorącą wyznawczynią jej przekładów, czytałam wcześniej „Silmarillion” w oryginale i wiem, z jak trudnym zadaniem przyszło jej się zmierzyć. Tolkien starał się pisać w stylistyce staroangielskiej. Ta zaś miała przede wszystkim specyficzną składnię i wyraźną rytmikę. Wydaje mi się, że w literaturze polskiej nie było utworów, na których tłumaczka mogłaby się wzorować, budując swój własny język. Zresztą nawet gdyby były, Tolkien swobodnie przeskakiwał między konwencjami, nie odtwarzał staroangielskiego, czerpał z niego, tworząc własny styl. Nie jest możliwe oddanie wszystkich jego cech i niuansów w przekładzie, niemniej uważam, że tłumaczenie Marii Skibniewskiej jest piękne i stosunkowo dobre. Niestety, tłumaczka zmarła, nie dokończywszy pracy, nie zdążyła przygotować ostatecznej wersji tekstu. Mimo to „Silmarillion” czyta się doskonale, warto też zwracać uwagę na składnię. Lubię czytać fragmenty na głos, brzmią inaczej niż każda inna proza.

2. „Silmarillion” jest inny niż „Władca pierścieni” i „Hobbit”. Nie ma jednej osi narracyjnej. Może to brzmieć odstraszająco, ale nie znaczy, że w tę książkę nie da się wciągnąć i że nie ma ona żadnej fabuły. Ma, i to w nadmiarze! To coś w rodzaju mitologii, w całości stworzonej przez Tolkiena, spójnej i przykuwającej uwagę.

3. Postaci kobiece. Kocham Tolkiena za Galadrielę, za Melianę (przodkinię Elronda), za Lúthien, za Halethę i kilka innych. „Władca pierścieni” nie obfituje w ciekawe bohaterki (wyjątkiem jest Éowina), w „Silmarillionie” jest ich pod dostatkiem.

4. Rozmach. Nie umiem tego inaczej ująć. No ale sami powiedzcie, ile trzeba mieć fantazji, żeby poświęcić życie stwarzaniu świata i meblowaniu go, doprowadzaniu do stanu niemalże rzeczywistego. Widać to najlepiej właśnie w „Silmarillionie”, w którym epickość doprowadzona jest do doskonałości.

5. Ungolianta. Jak nie kochać książki, w której występuję olbrzymia pajęczyca żywiąca się światłem? Jej córką była Szeloba, dzięki której moja córka oswoiła lęk przed pająkami (na jej półce z książkami mieszka pająk, któremu dała imię Szeloba. Ja miałam swoją Ungoliantę na balkonie, ale niestety zniknęła).

Mogłabym tak jeszcze długo, ale nie ma to chyba sensu. Lektura „Silmarillionu” sprawia, że wszystko wskakuje na swoje miejsce, rozrzucone elementy, z których zbudowany jest „Władca pierścieni”, nagle zaczynają do siebie pasować. Tak, jest skomplikowany. Nie da się zapamiętać wszystkich imion. Ba, nie da się zapamiętać nawet połowy imion! Ciągle trzeba zaglądać do zamieszczonego na końcu książki indeksu. Elfy są wkurzające. Czytanie tej książki jest jak wielogodzinna lektura apendyksów. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeczytać ją w ciągu miesiąca, przypuszczam, że skończę najwcześniej w styczniu. Ale mimo to ciągle do niej wracam, podkreślam kolejne fragmenty. Czasem jakaś część mnie pochłonie, za to potem męczę się przez kilkanaście stron. Myślę, że tak właśnie trzeba czytać tę książkę. Powoli, czasem w bólach, częściej jednak z zachwytem. Tolkien potrafi olśnić, niektóre zdania zostają na dłużej. Potrafi też zmęczyć.

Czytajcie więc, jeśli jesteście już po lekturze „Władcy pierścieni”. Jeśli nie, sięgnijcie raczej najpierw po tamtą książkę i nie dajcie się zniechęcić pierwszej części, która jest chyba najmniej atrakcyjna. A kiedy wpadniecie po uszy, zmierzcie się z „Silmarillionem”.

A może już czytaliście? Podzielcie się wrażeniami!

J. R. R. Tolkien "Silmarillion"

Tłum. Maria Skibniewska

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2017

| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...