wtorek, 28 lutego 2017

Przytłacza mnie to przedwiośnie. Co roku przypominam sobie, że choć lubię wszystkie pory roku, to w lutym czuję się najgorzej. Nie jestem zmęczona zimą, jestem zmęczona jej brakiem - szarością, mokrym chodnikiem, zachmurzonym niebem. Zamiast sięgać po słoneczne i pełne życia lektury, czytam to, co koresponduje z moim nastrojem. A sam tytuł książki fińskiej autorki Kati Hiekkapelto dowodzi, że to odpowiednia opowieść na ten smętny okres.

Teoretycznie jest to kryminał, choć tak naprawdę wątki kryminalne schodzą w "Bezsilnych" na drugi plan. Na pierwszym są dwie postaci. Anna to policjantka, mieszkająca w Finlandii od dzieciństwa, ale pochodząca z byłej Jugosławii. Jej rodzinie udało się w porę uciec z ogarniętego wojną kraju, a Finlandia przyjęła ich bez zbędnych trudności. Sammy ma mniej szczęścia. Też jest uchodźcą, jako wyznawca religii chrześcijańskiej był prześladowany w Pakistanie. Stracił rodzinę, a jego życie było w niebezpieczeństwie. Udało mu się przedostać do Europy, ale życie wyglądającego na muzułmanina mężczyzny nie jest łatwe, nawet w pozornie bezpiecznej Finlandii.

Losy Anny i Sammy'ego splotą się - ona jest stróżem prawa, on zostanie zamieszany w przestępstwo. Mimo że stoją po dwóch stronach barykady, są w dziwny sposób podobni. Żadne z nich nie czuje się do końca u siebie w zimnym i posępnym kraju. Anna tęskni za mieszkającą na Bałkanach babcią, a konieczność przesłuchania pochodzącej z Węgier dziewczyny budzi wspomnienia i irytację. Ojczyzna jest dla niej właściwie mitem, od tak dawna mieszka już w Finlandii, że to ten kraj powinna nazywać swoim. Mimo to tęskni za radosnym usposobieniem swoich rodaków i nie potrafi czuć się całkiem u siebie w państwie pełnym smutnych, pogubionych ludzi. W Finlandii żyje się dostatnio i spokojnie, ale ludzie zamykają się przed sobą, obserwują zza drzwi, pogrążają w rutynie. Pozornie zamknięta w sobie Anna potrafi okazać Sammy'emu więcej serca i zrozumienia, niż jej urodzony w Finlandii kolega, który nienawidzi imigrantów, boi się ich i nie rozumie, po co właściwie przyjechali. Widzi też Finów z ich wszystkimi słabościami, choć sama chyba nie do końca to sobie uświadamia. Zarówno ona, jak i Sammy, są swego rodzaju lustrem, w którym odbija się fińskie społeczeństwo, i nie jest to obraz przyjemny dla oka.

Wątek kryminalny potęguje uczucie smutku i bezsilności. Starszy mężczyzna ginie niejako przypadkiem, tylko dlatego, że stanął komuś na drodze. Inne przestępstwa wydają się równie bezsensowne. Ludzie znikają, a nawet umierają, ale nikogo to nie dziwi i mało kto się przejmuje. Spokojna Finlandia okazuje się zaskakująco niebezpiecznym krajem. Śledztwo toczy się wolno, choć autorka dba o to, aby czytelnik nie zdążył się znudzić, i w odpowiednich chwilach podsuwa kolejne tropy. Tak naprawdę jednak dużo bardziej interesuje nas, co stanie się z Sammym, z Anną i jej bratem, z innymi przesiedlonymi do Finlandii bohaterami. Rozwiązanie zagadki nie jest istotne, bardziej niż brak sprawcy frustruje bezsilność bohaterów, którzy nie mogą nic zrobić, żeby pomóc sobie i innym.

"Bezsilni" to dobra książka, uświadamiająca nam, w jak skomplikowanej rzeczywistości żyjemy i jak mało czasem zależy od naszych dobrych chęci. Tyle ludzi zagubiło się gdzieś w naszych krajach, na naszym kontynencie, i nie jesteśmy w stanie wiele zrobić, żeby im pomóc. Warto sobie to uświadamiać, jednocześnie analizując własne poczucie przynależności do danego miejsca, kraju i kultury. My też bywamy migrantami, bywają nimi nasi krewni i znajomi. Lektura książki Kati Hiekkapelto przypomina, że nasz świat nie jest prosty, a bycie u siebie jest prawdziwym przywilejem.

Moja ocena: 5/6

Kati Hiekkapelto "Bezsilni"

tłum. Piotr Grzegorzewski

Wyd. Ringier Axel Springer 2017

poniedziałek, 20 lutego 2017

 

Nie każda migocząca i efektowna okładka skrywa wartościowe wnętrze, jednak w przypadku debiutanckiej powieści Lily Brooks-Dalton "Dzień dobry, północy" nie ma się czego obawiać. To książka pięknie napisana i zaskakująco mądra.

Dwoje bohaterów dzielą niewyobrażalne tysiące kilometrów. Augustine przebywa na arktycznej stacji badawczej, Sully jest na statku kosmicznym wracającym z Jowisza, po odbyciu najdalszej podróży, na jaką ludzkość się jak do tej pory porwała. Możliwe, że jest to też ostatnia daleka podróż przedstawiciela ludzkości, ponieważ na Ziemię spada nieoczekiwany kataklizm. Nie wiemy nic na jego temat, wiemy jedynie, że pewnego dnia na stację arktyczną przyleciał samolot, a wszyscy badacze otrzymali rozkaz ewakuacji i powrotu do swoich rodzin. Augustine odmówił wyjazdu, po części dlatego, że nie miał do czego i do kogo wracać. Sully i jej towarzysze zaskoczyło milknące znienacka radio. Podejrzewali awarię, jednak przekonawszy się, że bez problemy odbierają sygnały z rozmieszczonych przez siebie sond, zrozumieli, że to na Ziemi coś się musiało stać. I tak Augustine zostanie zdany sam na siebie w Arktyce, oni zaś muszą przetrwać wiele miesięcy ciszy w eterze, zanim dotrą w pobliże Ziemi i będą się mogli dowiedzieć, czy stało się coś strasznego i czy ich rodziny żyją.

Nie jest to dystopia, mimo że czasami tak właśnie jest ta książka reklamowana. To liryczna i melancholijna opowieść o samotności dwojga ludzi, którzy nie wiedzą, dlaczego świat nagle zamilkł. W dzwoniącej w uszach ciszy zarówno Augustine jak i Sully poczują się zmuszeni do spojrzenia wstecz. Choć do tej pory zdawało im się, że najważniejszą siłą napędową jest dla nich ambicja i pęd do wiedzy, w obliczu potencjalnego końca świata zdają sobie sprawę, że nie wiedzieli o sobie wszystkiego i że popełnili wiele błędów. Oboje regularnie przeszukują kolejne częstotliwości w poszukiwaniu jakiegokolwiek głosu, czytelnik zaś śledzi ich losy w napięciu, czekając na to, żeby udało im się ze sobą porozumieć.

Choć część bohaterów przebywa na statku kosmicznym, "Dzień dobry, północy" nie zawiera zbyt wielu elementów powieści science-fiction. Autorka nie roztrząsa technicznych szczegółów związanych z lotem, nie wyjaśnia też, jak daleko posunęła się ludzkość w swoich badaniach kosmicznych. Podróż na Jowisza jest tylko pretekstem do umieszczenia Sully w środowisku równie odizolowanym od świata, jak stacja badawcza w Arktyce. Nic też nie wiadomo o apokalipsie, i choć czytelnik chciałby zapewne wiedzieć coś więcej, autorka konsekwentnie trzyma się swojego tematu. Pisze o porażkach, o rodzicielstwie, o odpowiedzialności za drugiego człowieka i żalu za czymś, z czego się zrezygnowało.

Nie sądźcie jednak, że cała książka składa się z rozważań i wspomnień. Augustine ma towarzyszkę, której obecności się nie spodziewał - kiedy samolot z jego towarzyszami odlatuje, mężczyzna odnajduje w jednym z pomieszczeń dziewczynkę. Nie jest tym zachwycony, ale nie może się jej pozbyć, ponieważ radio milczy i nikt po małą nie wraca. Obserwuje ją i wraz z nią zaczyna odkrywać piękno świata, który go otacza, a którego do tej pory nie dostrzegał, ciągle wpatrując się w swój teleskop. Nietzsche napisał, że jeśli patrzy się zbyt długo w otchłań, otchłań zacznie patrzeć w nas. Augustine za długo patrzył w gwiazdy, ale teraz odrywa od nich wzrok, żeby patrzeć na bawiące się na śniegu dziecko. Sully również będzie musiała zmierzyć się z praktycznymi i emocjonalnymi wyzwaniami. Pozornie nie dzieje się wiele, jednak od lektury trudno się oderwać, a bohaterowie stają się zaskakująco realni.

Lily Brooks-Dalton wykorzystała w tytule fragment wiersza Emily Dickinson (z tego samego tytuły skorzystała Jean Rhys, której doskonała, mroczna książka Good Morning, Midnight nie została nigdy wydana po polsku). Wydaje mi się, że wiersz Emily też nie ma polskiego tłumaczenia, przeczytajcie więc w oryginale:

Good morning, Midnight!
I'm coming home,
Day got tired of me –
How could I of him?

Sunshine was a sweet place,
I liked to stay –
But Morn didn't want me – now –
So good night, Day!

Ta książka też jest takim spokojnym pożegnaniem ze światem, który był, a którego bohaterowie na własne życzenie się w jakimś stopniu wyrzekli. Kryje w sobie kilka niespodzianek, które czytelnika urzekną i na moment wytrącą z równowagi, odwracając ostatnią stronę będziemy jednak czuli przede wszystkim spokój. Kojąca, piękna powieść, nie do przegapienia.

Moja ocena: 6/6

"Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

Tłum. Magdalena Słysz

Wydawnictwo Czarna Owca 2017




wtorek, 07 lutego 2017

"Proszę napisać o mnie prawdę" - poprosił Marcina Kąckiego jeden z bohaterów jego reportaży, okryty niesławą arcybiskup Paetz. I Kącki napisał. Nie sądzę, że o to chodziło arcybiskupowi, czytelnik jednak nie może narzekać.

Kącki bowiem niczego nie owija w bawełnę. Jeśli jakieś pytanie może zostać uznane za niewygodne, można mieć stuprocentową pewność, że zostanie ono zadane. Tak, jak podczas rozmowy z Mikloszem, romskim skrzypkiem, i jego partnerką Anną Markowską, prowadzącą fundację Szczęśliwi Cyganie. Anna nie chce wypowiedzieć słowa ginekolog, żeby nie wspominać o lekarzach, którymi Cyganie pogardzają. Oczywiście Kącki wypowiada je przy pierwszej okazji, obserwując reakcję Miklosza. Bezlitośnie wytyka swoim rozmówcom nieścisłości, przypominając o sprawach, o których wolą nie pamiętać. Jeśli przez telefon ktoś odmawia rozmowy z nim, staje po prostu pod drzwiami tej osoby niezapowiedziany. Pyta, drąży, sprawdza. A potem spisuje to wszystko bez ozdobników, zwięźle, a jednak intrygująco.

Obraz zaś, który z tych jego opowieści się wyłania, zdecydowanie nie podnosi na duchu. Trudno się zresztą temu dziwić, zważywszy, że motywem przewodnim tego zbioru tekstów są przestępstwa. Bohaterami Kąckiego są oszuści i oszukani, ludzie skrzywdzeni przez innych i ci, którzy mniej lub bardziej świadomie krzywdzili. Mam wrażenie, że łączy ich to, jak bardzo są w tej swojej tragedii zwyczajni. Oszustka, która naciągnęła wiele osób na bajeczne kwoty, to zwyczajna dziewczyna z małego miasteczka, która już jako nastolatka próbowała naciągać innych. Fałszywy komornik, próbujący zdobyć wielkie pieniądze, to całkiem przeciętny przedstawiciel handlowy. Bezcenny obraz Moneta został z poznańskiego muzeum wyniesiony przez człowieka, który nie ma pojęcia o sztuce. I tak dalej, i tak dalej, zwykli ludzie, których nikt by nie podejrzewał o działalność kryminalną.

Najsmutniej w tym wszystkim wypadają opowieści o ludziach, którzy równie zwyczajnie zostali ofiarami. Dzieci leczone, a właściwie nieleczone przez niezrównoważoną lekarkę w poznańskim Centrum Stomatologii, kobieta przyjmująca lek, na którego ulotce nie umieszczono informacji o wszystkich możliwych efektach ubocznych, nastolatki molestowane przez trenera siatkówki. Jak niewiele czasem trzeba, żeby życie zmieniło się całkowicie.

Reportaże Kąckiego mogłyby dostarczyć inspiracji wielu autorom kryminałów. Sprawy przez niego opisane bywają bardziej zagmatwane i zaskakujące niż wiele fikcyjnych przestępstw. Kącki pisze dość zwięźle, jednak na tyle zręcznie dawkuje informacje, że często trudno się oderwać od lektury. Czasami tylko ta zwięzłość irytuje, zwłaszcza kiedy dana historia kończy się znienacka i chciałoby się wiedzieć coś więcej. Żałuję, że autor nie zdecydował się na dopisanie do niektórych rozdziałów post scriptum. Reportaże z "Plaży za szafą" były wcześniej publikowane w prasie, przygotowując książkowe wydanie można było pokusić się o sprawdzenie dalszych losów niektórych bohaterów. Choć nie przeczę, że te zawieszone ostatnie zdania bywają bardzo intrygujące i mocno działają na wyobraźnię. Kącki zresztą potrafi zgrabnie zacząć i skończyć - niektóre pierwsze, a zwłaszcza ostatnie zdania to prawdziwe majstersztyki

Zdarzają się w "Plaży za szafą" teksty słabsze, bardzie błahe, na szczęście jednak giną między mocnymi, wywierającymi duże wrażenie reportażami. Łączą się w fascynującą i nieco przerażającą całość, będącą opowieścią o dziwnym kraju, w którym dzieją się dziwne i smutne rzeczy.

Moja ocena: 5/6

Marcin Kącki "Plaża za szafą"

Wydawnictwo Agora 2017



niedziela, 05 lutego 2017

Grupka bohaterów powieści Elif Shafak to przedziwna zbieranina. Omar pochodzi z Turcji, studiuje nauki polityczne, ale bardziej interesują go dziewczyny. Jego dwaj współlokatorzy to Amed, pobożny Marokańczyk i pochodzący z Hiszpanii Piyu. Są też dziewczyny – fantastycznie gotująca bulimiczka Alegre oraz uzależniona od czekolady Gail. Dzieli ich niemalże wszystko – temperament, pochodzenie, obsesje i fobie, łączy zaś poczucie wyobcowania.

Elif Shafak dobrze wie, jak to jest być obcym. Choć z pochodzenia jest Turczynką, urodziła się we Francji. Mieszkała w Turcji i w Hiszpanii, tak jak jej bohaterowie studiowała na amerykańskim uniwersytecie i obecnie mieszka w Stanach. Pisze o ludziach, którzy starają się zrozumieć samych siebie, konfrontując się ze światem, który zawsze wydaje się obcy. Rzuceni w obce środowisko boją się tego, jak są postrzegani. Chcą stać się kimś innym, a jednocześnie nie potrafią tego zrobić. W jednej ze scen Abed siedzi w kawiarni i obserwuje dziewczyny w chustach na głowach. Nie potrafi oderwać od nich wzroku, wpatrując się w nie dużo intensywniej, niż inni klienci. Boi się, że się czymś skompromitują, ocenia je niejako w imieniu Amerykanów, którzy wcale nie są nimi zainteresowani, ale też taksuje wzrokiem tych, którzy mogliby je zbyt surowo osądzić.

Najciekawszym i zarazem najbardziej przerażającym symbolem obcości jest język. „Araf” to pierwsza książka, którą Shafak napisała w języku angielskim i widać w niej fascynację autorki wpływem, jaki wywiera na nas komunikacja w obcym języku. Fascynacją tą obdarza także swoich bohaterów. Omar ubolewa, że wyrzekając się swojej ojczyzny, musiał wyrzec się zarazem znaków diakrytycznych w swoim imieniu. W Turcji był Ömerem Özsipahioğlu, w Ameryce stał się Omarem. „To, co dzieje się z imieniem na obcym terytorium, podobne jest do tego, co się dzieje z pokaźną porcją szpinaku w czasie gotowania – do głównego składnika można dodawać nowe smaki, ale jego objętość wyraźnie się kurczy. Takiej właśnie redukcji podlega cudzoziemiec w pierwszej kolejności” – pisze Shafak.

Nie trzeba być jednak cudzoziemcem, żeby zmagać się z własnym imieniem. Gail porzuca swoje prawdziwe imię, z którym nie czuje się dobrze. Zanim wymyśli imię, pod którym ją poznajemy, próbuje innych kombinacji, pożyczając sobie na przykład imię kogoś innego. Wierzy, że nazywając się inaczej, zmienia swój los, chciałaby mieć „możliwość przemianowania wszystkiego dookoła, łącznie z nami samymi”.

Wszyscy bohaterowie „Arafu” zresztą chcieliby być kimś innym, choć nie wszyscy uświadamiają to sobie tak dobrze, jak Omar, który już w samolocie do Stanów przeobrazić się i wypracować w sobie całkiem nowe cechy charakteru. Rozumie, że „będąc cudzoziemcem, nie można już być skromnym sobą” – jest się przedstawicielem swojego narodu, a to zupełnie co innego.

„Araf” to powieść napisana w 2004 roku, a jednak wydaje się dzisiaj wyjątkowo aktualna. Shafak udowadnia, że poczucie wyalienowania ze społeczeństwa nie musi dotyczyć tylko emigrantów. Jeszcze trudniej jest czuć się obcym w swoim własnym kraju. Wstrząsająco aktualne wydają się rozważania Omara:

„Kto jest prawdziwie obcy – ten, kto mieszka za granicą i wie, że jego prawdziwy dom znajduje się gdzie indziej, czy ten, kto wiedzie żywot obcego we własnym kraju i nie ma swojego miejsca na ziemi?”

Być może właśnie teraz, w czasach, w których nacjonalizm zaczyna dominować w tak wielu krajach, także w Ameryce, warto czytać powieść Shafak? Nie jest to jej najlepsza książka. Za dużo w niej wątków pobocznych, niektóre sceny wydają się zbędne, część rozważań ociera się o pretensjonalność. Jednocześnie nie sposób od czasu do czasu nie zatrzymać się na dłużej, kiedy wyjątkowo poruszająca scena lub trafne sformułowanie wytrącą nas na chwilę z równowagi i każą zastanowić się nad tym, na ile sami potrafimy być sobą w miejscu, w którym przyszło nam żyć.

Moja ocena: 4.5/6

Elif Shafak "Araf"

Tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak 2017

Inne książki Shafak w Mieście Książek:

"Uczeń architekta" (klik) - 6/6

"Bękart ze Stambułu" (klik) - 6/6


piątek, 27 stycznia 2017

Zdarza wam się zajrzeć na koniec książki w trakcie lektury, żeby dowiedzieć się, jak się to wszystko skończy? Ja bardzo staram się tego unikać, zwłaszcza podczas lektury kryminałów. Nie wytrzymałam jednak, czytając książkę historyczną o dramatycznych losach pewnej XIX-wiecznej wyprawy polarnej!

Lubię czytać zarówno o ekstremalnych wyprawach, jak i o Arktyce, dlatego książkę Hamptona Sidesa "W królestwie lodu" kupiłam od razu po jej premierze i przeczytałam kilka dni później. Nie napisałam o niej wtedy na blogu, ponieważ zajęły mnie inne recenzje, ale ponieważ pracuję teraz nad tłumaczeniem książki o regionach polarnych, postanowiłam przejrzeć jeszcze raz reportaż Sidesa. Zajrzałam i przepadłam. Przeczytałam całość po raz drugi w dwa wieczory, równie zafascynowana, jak podczas pierwszego czytania.

"W królestwie lodu" nie jest bowiem typową książką historyczną. To raczej reportaż historyczny, a autor zgromadził imponujący materiał i sprawnie z niego korzysta. Żongluje cytatami z listów, artykułów gazetowych, dzienników wypraw, przeplatając nimi pasjonującą opowieść o marzycielach, którzy wyruszyli w nieznane, żeby raz na zawsze rozstrzygnąć nurtującą wówczas społeczeństwo kwestię istnienia ciepłego morza na biegunie północnym.

Oczywiście dzisiaj taki pomysł wywołuje tylko śmiech. Jakim cudem ktokolwiek, kto dotarł do granicy pokrywy lodowej, mógł wierzyć, że wystarczy przebić się kawałek dalej i wypłynie się na ciepłe wody, pełne morskich stworzeń, a może nawet zamieszkane przez nieznany lud. W XIX wieku jednak ta idea rozpalała wyobraźnię wszystkich pasjonatów geografii, włączając w to najpoważniejszych ekspertów. Do ich grona dołączył niejaki George De Long - doświadczony oficer marynarki, który brał udział w wyprawie na wody Grenlandii i zapadł na prawdziwą "gorączkę arktyczną", marząc o powrocie do krainy ciszy i lodu. Ponieważ sprawdził się już na zimnych wodach, a przez społeczeństwo amerykańskie został uznany za prawdziwego bohatera, udało mu się nawiązać znajomość z innym wizjonerem - Jamesem Gordonem Bennettem, amerykańskim milionerem, będącym wydawcą czasopisma "New York Herald". Bennett lubił wysyłać reporterów w nietypowe miejsca - to on był sponsorem wyprawy Stanleya, który przemierzył Afrykę w poszukiwaniu Livingstone'a. Teraz uwierzył, że organizując wyprawę, która dotrze na biegun polarny, zdobędzie materiał, który przewyższy popularnością relacje Stanleya.

Oczywiście od początku lektury wiemy, że De Longowi się nie powiedzie. Nie było takiej możliwości, skoro zakładał, że dotrze na biegun drogą wodną. Nawet kiedy wyruszał, wielu ludzi w to nie wierzyło. Doświadczony marynarz, pływający na kutrach wielorybniczych daleko na północ, powiedział De Longowi przed wyprawą: "Być może się pan przedrze. Ale możliwe także, że trafi pan prosto do piekła. Szanse na to są pół na pół". 

Gdyby De Long ociągał się nieco dłużej, nie wyruszyłby wcale. Wkrótce po tym, jak jego statek wypłynął z portu, przyszły wieści od innej ekspedycji, która stwierdziła, że ciepły prąd, rzekomo wypływający z otaczającego biegun morza, nie istnieje. De Long mógł zmodyfikować swoje plany, zdecydować się na inną trasę, gdyby o tym wiedział. Wiadomość przyszła jednak za późno.

Choć już z opisu okładkowego wiemy, że statek De Longa uwięźnie w lodzie, od lektury trudno się oderwać. De Long jest bohaterem doskonałym. Jest śmiały, uczciwy, zakochany w żonie i córeczce, lojalny względem swoich ludzi. Sides nie pomija też innych uczestników wyprawy. Poznajemy ich wszystkich bardzo dobrze, wiemy, kto z nich zostawił rodzinę, kto ma skłonność do ryzyka, kto najmniej ufa dowódcy wyprawy. Nie sposób nie martwić sie o ich losy i nie przewracać stron coraz szybciej w oczekiwaniu na najgorsze.

"W królestwie lodu" to barwna i poruszająca książka o odwadze i poświęceniu, o ludziach, którym pięćdziesiąt procent szans wystarczało, by zaryzykować życiem. Początkowo opowieść rozwija się wolno, a czytelnik może się początkowo niecierpliwić, chcąc, aby bohaterowie jak najszybciej wyruszyli. Później doceni jednak skrupulatność, z jaką Sides odmalował całe tło i zapoznał nas z życiorysami swoich bohaterów. A kiedy wyprawa się już rozpocznie, nie sposób przestać czytać. Nastawcie się na zarwaną noc i sporo emocji.

A jeśli już czytaliście i macie ochotę na podobną, równie dobrze napisaną książkę, polecam "Poza krawędź świata" Lawrence'a Bergreena, która podobnie zachwyciła mnie przed laty.

Moja ocena: 6/6

Hampton Sides "W królestwie lodu"

Tłum. Tomasz Hornowski

Wydawnictwo Rebis 2016



czwartek, 19 stycznia 2017

Nowy Rok rozpoczął się dla mnie z przytupem - pierwszym w życiu, jeśli nie liczyć urodzenia dziecka, pobytem w szpitalu. Ponieważ musiałam zaplanować sobie taką małą przerwę w życiorysie i ogarnąć wszystko w pracy przez zwolnieniem, czytanie ambitnej literatury nie do końca mi wychodziło. Sięgnęłam więc po to, co odpręża i odgania myśli o stresie, czyli oczywiście kryminały! I jak zwykle, jest w czym wybierać!

Na pierwszy ogień poszła oczywiście najnowsza powieść Jørna Liera Horsta. "Gdy mrok zapada" to kolejna część cyklu o Williamie Wistingu, tym razem przenosząca nas do początków kariery komisarza. I choć wydawnictwo przyzwyczaiło nas już do wydawania tej serii w dość przypadkowej kolejności, tym razem dostajemy najnowszą część, choć chronologicznie to od niej cały cykl mógłby się rozpocząć. Wisting wspomina sprawę, dzięki której dostał pracę w wydziale śledczym, angażując się w dochodzenie niejako po godzinach. Niektóre rzeczy udają mu się niejako przypadkiem - przyjaciel prosi go o pomoc w ustaleniu prawa własności do zabytkowego auta, stojącego od lat w starej stodole, a Wisting podczas oględzin dostrzega ślady po kulach. Inne osiągnięcia są wynikiem jego ambicji i uporu. Intryga kryminalna jest bardzo zgrabna i raczej zawikłana, wiąże ze sobą rzeczony samochód, niewyjaśnione zaginięcie sprzed wielu lat i współczesny napad. Nie jest to jednak klasyczne śledztwo, raczej wiązanie zerwanych nici i dopasowywanie pozornie niepasujących kawałków układanki.

Książka jest nieco krótsza niż poprzedni powieści Horsta, wydawać się też może bardziej błaha. To zdecydowanie rzecz dla miłośników serii, nie polecałabym jej raczej na pierwsze spotkanie z autorem. Wisting jest w niej nieco zbyt idealistyczny, a wszechświat chyba zanadto mu sprzyja. Denerwuje to, jak mało uwagi poświęca dwójce malutkich dzieci. Niby przejmuje się tym, że żona jest przemęczona, niby chciałby spędzać z nimi więcej czasu, ale tak naprawdę w głowie ma tylko swoje dochodzenie i karierę.

Całość czyta się jednak znakomicie, a rozwiązanie zagadki potrafi zaskoczyć nawet wytrawnego czytelnika. Trzeba jednak lubić niespieszne tempo książek Horsta i brak spektakularnych zwrotów akcji. Dla tych, których cieszy spokojna opowieść o śledztwie i rozterkach głównego bohatera, będzie to doskonała lektura na jeden lub dwa wieczory.

Akcja książki Ruth Ware dla odmiany pędzi na łeb, na szyję. Fabuła jej debiutanckiej książki "W ciemnym mrocznym lesie" osnuta jest wokół motywu "zamkniętego pokoju", z tym że zamiast pokoju mamy tutaj zasypany śniegiem dom w lesie. Nora, główna bohaterka, jedzie na wieczór panieński swojej dawnej przyjaciółki. Znajomość obu dziewczyn została zerwana w dramatycznych okolicznościach, a zaproszenie na weekend było zdecydowaną niespodzianką dla Nory. Przez sentyment, a może z ciekawości, zgadza się jednak na przyjazd. Na miejscu okazuje się, że nie był to najlepszy pomysł. Atmosfera jest gęsta, w imprezie uczestniczy tylko kilka osób, w większości sobie obcych, a ponieważ czytamy kryminał, nikt nie zdziwi się na wieść o tym, że w pewnym momencie jedna z obecnych w domu osób zakończy żywot.

Dom nie jest całkowicie odcięty od świata, nie jest więc wykluczone, że morderstwa dokonał ktoś z zewnątrz. Jednak każda ze znajdujących się w środku osób coś ukrywa i każda może być sprawcą. Od początku wiemy, że coś się wydarzyło - Nora leży w szpitalu i próbuje sobie przypomnieć, co się stało. Wiemy, że ktoś zginął, ale nie wiemy kto, czytamy więc coraz bardziej niecierpliwie, pragnąc jak najszybciej dowiedzieć się najgorszego. Autorka bardzo sprawnie kreuje duszną atmosferę weekendowej imprezy, a domek, w którym wszystko się odbywa, staje się przerażającym miejscem. Akcja jest jednak trochę zbyt przewidywalna, choć lektura bez wątpienia trzyma w napięciu. Postaci są nieco przerysowane, a całość niespecjalnie oryginalna.

Książka przyciągnęła sporą uwagę recenzentów anglojęzycznych, co na pewno zawyżyło moje oczekiwania przed lekturą. Nie jestem przekonana, czy było o co robić tyle szumu. Być może jednak tak już jest z thrillerami psychologicznymi. Każdy wydawca i agent chciałby powtórzyć sukces "Dziewczyny z pociągu", a przecież akurat w tym gatunku trudno jest chyba napisać coś naprawdę odkrywczego. Nie nastawiajmy się więc na żadne olśnienie, ale też nie zniechęcajmy przedwcześnie. Lektura "W ciemnym mrocznym lesie" jest doskonałą rozrywką i tyle. A przecież tego chyba właśnie oczekujemy po książkach tego typu?

I wreszcie lektura zdecydowanie odmienna, choć pod pewnymi względami zaskakująco podobna do poprzedniej. "Zagadka w bieli" J. Jeffersona Farjeona to powieść, która swoją angielską premierą miała równo osiemdziesiąt lat temu, a jej autor należał wówczas do najpoczyniejszych pisarzy brytyjskich. Po latach powieść przypomniała British Library, wznawiając ją w swojej uroczej serii Bristish Library Crime Classics, a ponieważ wznowienie powieści Farjeona sprzedało się wyjątkowo dobrze, wydawnictwo Zysk i S-ka podjęło ryzyko wydania tej mocno niedzisiejszej lektury w polskim tłumaczeniu. Cześć im za to i chwała, bo "Zagadka w bieli", mimo że nieco trąci myszką, to naprawdę przyjemna lektura, która może spodobać się wielu czytelnikom.

Wszystko zaczyna się w pociągu, na dzień przed Bożym Narodzeniem. Kilka nieznających się osób zawiera znajomość w przedziale, wiedząc, że spędzą w swoim towarzystwie kilka godzin. Wyjątkowo silne opady śniegu unieruchamiają jednak pociąg, a grupka podróżnych decyduje się na ryzykowny krok i wyrusza pieszo w stronę położonej w pobliżu stacji, licząc na złapanie innego środka transportu. Szybko tracą orientację i z ulgą pukają do drzwi domu, który nagle wyłonił się ze śnieżnej zadymki. Nikt nie odpowiada, drzwi jednak nie są zamknięte. Nasi bohaterowie wchodzą do środka i ze zdziwieniem stwierdzają, że na kominku płonie ogień, wstawiono nawet wodę na herbatę, ale dom jest najwyraźniej pusty. Nie mają wyboru, na zewnątrz zginęliby marnie. Decydują się rozgościć i zostawić tajemniczemu gospodarzowi pieniądze za wszystko, co zjedzą i zużyją.

Dość szybko orientują się, że w domu musiało zajść coś strasznego, niewykluczone też, że złoczyńca, może nawet morderca, czai się nadal gdzieś w pobliżu. Jest wśród nich niejaki Edward Maltby, starszy pan interesujący się parapsychologią o wyjątkowo przenikliwym umyśle, który we wszystkim dopatruje się działania sił nadprzyrodzonych, ale też potrafi sprawnie kojarzyć fakty. Niczym rasowy spadkobierca Sherlocka, snuje przed swoimi towarzyszami wizje możliwych wariantów zdarzeń, oni zaś odważnie mierzą się z wyzwaniami. Atmosfera jest od początku gęsta, całkiem jak we wspomnianej wyżej książce Ruth Ware, pojawiają się kolejne wątki, zaś w centrum wydarzeń jest cały czas grupka nieszczęsnych podróżnych. Zaczynamy ich lubić, przynajmniej niektórych, choć nie da się ukryć, że wszechwiedza Maltby'ego i jego potrzeba rysowania tła do wszystkich hipotez bywają denerwujące. Mocno przestarzałe wydaje się nie tylko to, w jaki sposób akcja toczy się wokół tłumaczącego wszystko starszego pana, ale także obecność elementów nadprzyrodzonych, z których tylko część daje się wyjaśnić w sposób racjonalny. Czytelnicy z pierwszej połowy XX wieku zapewne lubili takie zabiegi, dzisiaj wydają się one nieco nietypowe.

Całość jednak czyta się bardzo dobrze, zwłaszcza że akcja przyspiesza, a niektóre jej zwroty potrafią zaskoczyć. Do samego końca nie wiemy, co dokładnie zaszło w domostwie, choć oczywiście wielu rzeczy możemy się domyślić. Nie sądzę, że jest to lektura dla każdego czytelnika kryminałów, jeśli jednak lubicie klimaty retro, z pewnością przypadnie wam do gustu.

Co ciekawe, wydawnictwo zdecydowało się opublikować książkę w dwóch wersjach. Jedna ma okładkę w stylu retro, będącą kopią okładki oryginalnej, druga jest bardziej współczesna. Obok siebie obie wersje wyglądają tak:

Naszukałam się wersji w okładce retro, ponieważ zdecydowanie bardziej mi się podoba. Byłoby miło, gdyby w podobnej szacie graficznej ukazało się więcej książek z serii British Library (zajrzyjcie tutaj, jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądają pozostałe).

"Gdy mrok zapada" Jørn Lier Horst
Tłum. Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Smak Słowa 2016 (11 tom serii o Williamie Wistingu)
Moja ocena: 4/6

"W ciemnym mrocznym lesie" Ruth Ware
Tłum. Ewa Kleszcz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2017
Moja ocena: 4/6
 
"Zagadka w bieli" J. Jefferson Farjeon
Tłum. Zbigniew Królicki
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016
Moja ocena: 4.5/6
niedziela, 08 stycznia 2017

1. Przeczytaj książkę z kraju, o którym nic nie wiesz

Ta rada pojawia się w wielu moich tekstach nie bez powodu. Uważam, że jedną z najważniejszych rzeczy, jakie może nam dać czytanie, jest poznawanie świata, który nie leży w zasięgu naszej codzienności. Czytanie pokazuje, jak żyją ludzie gdzieś indziej, jak wygląda świat oczami kogoś innego. Dlatego warto sięgać po książki pokazujące nam to, co obce. W tym roku szczególnie, ponieważ coraz więcej na naszym rynku różnorodności.

2. Przeczytaj książkę wydaną przez wydawnictwo, którego nie znasz

Różnorodność na rynku wydawniczym jest także efektem pojawiania się coraz to nowych wydawnictw, często z bardzo ciekawą, nieszablonową ofertą wydawniczą. Nie każdy zwraca uwagę na to, kto wydał daną książkę, moim zdaniem jednak warto to robić. Wychowałam się na seriach, które moi rodzice kupowali w ciemno, wierząc, że jeśli coś ukazało się na przykład w czarnej serii PIWu, albo w serii Nike Czytelnika, warto po to sięgnąć. Dzisiaj wielu czytelników podobnym zaufaniem obdarza chociażby wydawnictwo Czarne i jego serię reportażową. Jest też wiele mniejszych wydawnictw, które wybierają naprawdę ciekawe tytuły. Jeśli nie wiecie, od kogo zacząć, polecam zestawienie przygotowane przez Parapet Literacki.

3. Przeczytaj książkę, którą od dawna masz na półce

Niekoniecznie jedną! Jeśli zalega Ci naprawdę dużo książek, może przyłącz się do facebookowego wydarzenia o nazwie Przeczytam 24 książki, które mam dłużej niż rok. Jeśli zaś masz książki, które czekają na przeczytanie latami, a ty nadal nie masz czasu albo ochoty, żeby po nie sięgnąć, może warto w tym roku puścić je w świat? Wyznacz sobie cel – możesz na przykład określić, ile książek z własnej półki zamierzasz przeczytać w tym roku. Możesz też wybrać konkretne tytuły i umieścić je w widocznym miejscu. W ten sposób nie zapomnisz o tym, że wciąż czekają na lekturę!

4. Załóż sobie konto na Instagramie i przyłącz się do rosnącej, bookstagramowej społeczności

Nie każdy lubi pisać, ale zrobienie zdjęcia wymaga dużo mniej wysiłku. Jeśli nie korzystacie jeszcze z Instagrama, może przetestujecie go w tym roku? Instagram pełen jest profili poświęconych książkom, pięknych, dopracowanych i inspirujących. Łatwo się przyłączyć i pokazywać, co akurat czytacie. Ja założyłam sobie konto w zeszłym roku i wsiąkłam! Znalazłam tam sporo inspiracji czytelniczych z całego świata, a dodatkowo wypisuję co chwilę kolejne miejsca do odwiedzenia. Możecie zacząć od przeglądania popularnych hasztagów, takich jak #bookstagram #terazczytam #igreads #molksiazkowy . I oczywiście zapraszam do obserwowania profilu Miasta Książek. Jako że lubię robić zdjęcia i, nie ukrywajmy, jest to prostsze niż pisanie, pokazuję tam dużo więcej książek niż na blogu.

5. Przeczytaj książkę, która wykracza poza ramy twoich typowych lektur

Bardzo często ktoś w komentarzach u mnie lub na innym blogu pisze: „Ciekawa książka, ale nie dla mnie”. A właściwie dlaczego nie dla ciebie? Zastanów się, dlaczego nie sięgasz po te lub inne książki? Nie interesuje cię tematyka? W porządku, ale może akurat ten konkretny tytuł pokazuje ją w odmienny sposób? Może jakaś wcześniejsza lektura cię rozczarowała i teraz nie chcesz czytać biografii / powieści historycznych / wywiadów / książek o Dzikim Zachodzie itp. Warto przynajmniej raz na jakiś czas przełamać się, poszerzając sobie tym samym czytelnicze horyzonty. Nie wiesz, od czego zacząć? Dokończ zdanie: „Nigdy nie czytałam nic o… / nic z gatunku…”.

6. Wybierz się na randkę w ciemno z książką

Przeczytaj coś, o czym nie wiesz kompletnie nic. Nie wybieraj jednak całkiem przypadkowo. Poproś kogoś o rekomendację – zaufaj blogerowi, koledze z facebookowej grupy czytelniczej albo księgarzowi z małej księgarni. Nie proś o wybranie czegoś specjalnie dla ciebie. Spytaj ich o ich ulubioną książką, jeden tytuł, który w pierwszym odruchu polecą i sięgnij po niego. Jeśli chcesz skorzystać z moich podpowiedzi, wybierz jedną z książek, które wybierałam jako „Książki roku” w ciągu 10 lat istnienia tego bloga. Listę znajdziesz w tym tekście.

7. Czytaj poezję

Rzadko pamiętamy o tym, że literatura to nie tylko teksty prozą. Dramaty i poezje kojarzą nam się ze szkołą i tylko niektórzy z nas sięgają po wiersze, nie mówiąc już o kupowaniu nowych tomików. Rok 2017 miał być rokiem Leśmiana, może warto nie zwracać uwagi na decyzje oficjeli i czytać Leśmiana tak po prostu, dlatego, że to zaskakujący poeta, który potrafił bawić się językiem jak mało kto. A jeśli nie Leśmian, to może ktoś ze współczesnych twórców poezji? Michał Książek, Eugeniusz Tkaczyszyn–Dycki, Jakub Kornhauser – te nazwiska będą się pojawiały na moim stoliku w tym roku. Jeśli nie wiecie, gdzie zacząć, może na początek zapoznać się z laureatami nagrody poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej, nagrody Silesius lub Nagrody Literackiej Gdynia?

8. Przeczytaj jedną lub wszystkie książki Jane Austen

Nie byłabym sobą, gdybym w tym roku nie zaproponowała wam lektury jednej lub wszystkich powieści Jane Austen. W 2017 roku przypada dwusetna rocznica śmierci tej pisarki, w Wielkiej Brytanii rok ten ogłoszono rokiem Jane Austen. Jeśli znacie jej książki, przypuszczam, że nie muszę was namawiać do przypomnienia ich sobie, jeśli ich nie znacie, może właśnie w najbliższych miesiącach sprawdźcie, o co ten cały szum?

Żadna z tych propozycji nie jest specjalnie odkrywcza, wydaje mi się jednak, że warto sobie przypominać o tym, że czytanie może być nie tylko rozrywką i przyjemnością, ale też przygodą, wiodącą nas w nowe, zaskakujące strony. Jeśli chodzi o moje plany czytelnicze na ten rok, są zaskakująco sprecyzowane. Co więcej, jest duża szansa, że przeczytam dokładnie te książki, które mam w planach. 2017 będzie dla mnie bowiem rokiem nowej przygody, zarówno czytelniczej, jak i pisarskiej oraz poznawczej. Od lutego będę uczęszczać do Polskiej Szkoły Reportażu i mam nadzieję, że dalekosiężnym efektem będzie zarówno większa wiedza o literaturze faktu, jak i próba ubrania w słowa tego, co widziałam i słyszałam podczas swoich bliższych i dalszych wyjazdów. Lista lektur, które należy czytać przed kolejnymi zjazdami, jest naprawdę długa! Dobrze, że część z nich już czytałam, niemniej jednak mam zamiar je sobie systematycznie odświeżać w najbliższych miesiącach. Trzymajcie kciuki i nastawcie się na to, że Miasto Książek w tym roku będzie bardzo często Miastem Reportażu! Poza tym mam zamiar też wprowadzać w życie wszystkie z powyższych punktów, zapowiada się więc ciekawy rok.


 A wy macie jakieś czytelnicze plany i projekty na ten rok?



sobota, 07 stycznia 2017

Zdarzyło wam się kiedyś nie chcieć czegoś czytać przy jednoczesnej niemożności odłożenia tego? Przedziwne to uczucie, kiedy książka jednocześnie przyciąga i odpycha, i to nie tylko na początku lektury, ale tak naprawdę prawie do ostatniej strony. Tak właśnie wyglądała moja przygodą z książką Caitlin Doughty "Dym wciska się do oczu oraz czego jeszcze nauczyłam się w krematorium".

Podeszłam do lektury z optymizmem, jako że lubię nietypowe tematy i chętnie pozwalam książkom zabierać mnie do świata, o którym nie wiem prawie nic. Spodziewałam się zerknięcia za kulisy przemysłu pogrzebowego i nie da się ukryć, że to dostałam. Nie wiem jednak, dlaczego sądziłam, że będę się dobrze bawić podczas lektury. Może zwiodły mnie na manowce inne książki opowiadające o tajnikach pracy w nietypowych miejscach, a może po prostu wydawało mi się, że nie da się opowiadać o pracy w krematorium inaczej niż z humorem.

Nie mogę powiedzieć, żeby Caitlin Doughty nie potrafiła dostrzec i uwypuklić humorystycznych aspektów swojej codzienności. Wręcz przeciwnie, jej styl jest miejscami cierpki i ironiczny, sprawiając, że nie krzywimy się, czytając o naprawdę nieprzyjemnych stronach pracy w krematorium, takich jak poprawianie wyglądu zmarłych, żeby widok ich twarzy nie przeraził pragnących się pożegnać członków rodziny. Przeczytałam kilka pierwszych rozdziałów z ciekawością, po czym dotarło do mnie, że coś mi nie pasuje. Odłożyłam książkę i zamyśliłam się. Może ten styl był jednak zbyt lekki? Może wcale nie chciałam czytać o tym, co dzieje się ze zwłokami? Wydawało mi się, że Caitlin Doughty nie dorosła do tego, żeby opisać swoją pracę, że traktuje ją zbyt lekko, a jednocześnie z jakąś chorobliwą fascynacją, nie potrafiąc przy tym wzbudzić we mnie wybuchów śmiechu. Nie było ani dość zabawnie, ani wystarczająco poważnie. Stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę od lektury i wrócę do niej, kiedy nabiorę na nią ochoty.

Ku własnemu zdziwieniu, wróciłam jeszcze tego samego wieczoru. Nie chciałam dać autorce nieświadomej satysfakcji, że mnie przestraszyła. Nie chciałam przyznać się sama przed sobą, że ten temat mnie jednak uwiera. Zaniosłam książkę do łazienki i czytałam ją podczas wieczornych kąpieli. Tydzień po tygodniu relaksowałam się w wannie, wracając do amerykańskiego krematorium. To chyba nie jest całkiem zdrowe, ale w zadziwiający sposób takie podejście do lektury sprawdzało się. Opowieść Caitlin Doughty w niewielkich dawkach okazała się dużo łatwiejsza do przyswojenia. Miałam czas na refleksję, a kiedy nie byłam w nastroju, po prostu nie brałam książki do ręki. Aż po kilku tygodniach ze zdziwieniem stwierdziłam, że styl przestał zgrzytać, a autorka nie próbuje już mnie przekonać, że o śmierci można opowiadać lekko i przyjemnie. Odniosłam wrażenie, że dojrzała wraz ze swoją książką, a może dopiero po wprowadzeniu czytelnika w swój świat odważyła się zacząć mówić wprost o tym, co myśli i czuje. I te przemyślenia okazały się zastanawiająco mądre i prowokujące.

Caitlin Doughty uważa bowiem, że popełniamy błąd, odgradzając się od śmierci. Kiedy umiera ktoś bliski, przedsiębiorcy pogrzebowi chcą jak najszybciej zabrać zwłoki. Nie zostawia się ich w domu na noc, nie organizuje czuwania przy zmarłym. Obcy ludzie przebierają i myją ciała członków naszych rodzin, nam zaś pozwala się co najwyżej na pospieszne pożegnanie przy trumnie. Zaprzestaliśmy praktykowania rytuałów, które pozwalały śmierć oswoić, a przez to bardziej się jej boimy. Autorka opisuje rodziny, które nie przyjeżdżają nawet po to, żeby pożegnać swoich zmarłych, i swoją własną bezradność w obliczu śmierci babci i zdecydowanego działania firmy pogrzebowej, która nie chciała, żeby członkowie rodziny mieli zbyt długi kontakt ze zwłokami.

Kilka lat pracy w krematorium zmieniło autorkę, sprawiając, że zrozumiała, jak bardzo niewłaściwe są działania przemysłu pogrzebowego. Nauczyła się obcować z martwymi ciałami, ale to, co się z nimi dzieje, przerażało ją coraz bardziej. Balsamowanie, upiększanie, zamykanie w pancernych trumnach - to wszystko wydało jej się sztuczne. Próbując znaleźć alternatywę, zagłębiała się w rytuały pogrzebowe ludzi z innych kręgów kulturowych. Podziwiała tych, którzy traktują śmierć jako coś naturalnego i pozwalają, by ciało rozłożyło się w sposób naturalny.

Kilka lat temu byłam świadkiem tradycyjnego pogrzebu tybetańskiego. W Tybecie ciała zmarłych nie są grzebane w ziemi ani palone. Oddaje się je sępom, obserwując z oddali, jak zjadają doczesne szczątki naszych bliskich. Wzięliśmy udział w takim pogrzebie całą rodziną, i choć miałam pewne obawy, że nie powinnam zabierać dziecka na taką ceremonię, okazała się ona dużo mniej makabryczna, niż się spodziewałam. Ten pogrzeb był straszny, ale też piękny, przesycony melancholią i mistycyzmem. Dużo piękniejszy niż niejeden pogrzeb, w którym uczestniczyłam w Polsce. (Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, tutaj znajdziecie relację z tybetańskiego pogrzebu).

"Dym wciska się do oczu" jest wołaniem o to, by i w naszej kulturze przywrócić pogrzebom ich mistyczny i naturalny charakter. Zdaniem autorki pomogłoby to nam oswoić się z myślą o śmierci. Zamiast bronić się przed tym, co i tak nieuchronnie nastąpi, moglibyśmy sprobować odnaleźć w tym jakiś sens.

Książka Doughty nie jest więc łatwą i przyjemną lekturą, ale bez wątpienia warto po nią sięgnąć. Autorka pisze dość nierówno, zdarzają jej się melodramatyczne fragmenty, a niektóre opowieści z życia krematorium wydają się zbyt lekkie i błahe w zestawieniu z dużo bardziej filozoficzną i refleksyjną drugą połową. Niemniej, lektura uświadamia nam, jak bardzo się oszukujemy i jak skutecznie odpychamy od siebie temat, który powinien być jakoś w naszym życiu obecny. Warto przeczytać i zastanowić się, jak powinny wyglądać nasze ostatnie chwile.

Moja ocena: 4,5/6

Caitlin Doughty "Dym wciska się do oczu", Tłum. Adam Wawrzyński

Wydawnictwo 4A Oficyna (pierwsza książka tego wydawnictwa, bardzo to obiecujący początek!), maj 2016


czwartek, 29 grudnia 2016

Aby tradycji stało się zadość, siadam do podsumowania roku i zdecydowania, które książki wywarły na mnie największe wrażenie. Nie muszę chyba dodawać, że nie jest to łatwe zadanie, co z pewnością wiedzą wszyscy, którzy się go podjęli. Ponieważ jednak sama lubię przeglądać podobne zestawienia, podzielę się także moim, choć z pewnością jest bardzo subiektywne. Co gorsza, nie do końca potrafię policzyć przeczytane książki, ponieważ nie spisuję tych, które czytam w ramach pracy, zwłaszcza że nie zawsze czytam je w całości. Dlatego daruję wam takie podsumowania i przejdę do dziesięciu tytułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Kolejność przypadkowa, w nawiasach podaję linki do recenzji.

Helen MacDonald "J jak Jastrząb" (klik)

Ciekawe, jak często najlepsze książki czytam w pierwszych miesiącach roku. Czy wynika to z tego, że zimą mam więcej czasu na czytanie i staranniej wybieram książki, a wraz ze wzrostem temperatury czuję się coraz bardziej rozleniwiona i sięgam po lektury lżejsze, ale nie zapadające w pamięć? Nie wiem, ale nie po raz pierwszy wstawiam do zestawienia książkę przeczytaną w styczniu. "J jak Jastrząb" czytałam w oryginale i przez wiele miesięcy byłam pod wrażeniem tej książki. Jest ucieleśnieniem tego, co szukam w literaturze - pokazuje świat inaczej, otwiera na emocje, o których nie myślałam i nie miałam pojęcia. Relacja z wychodzenia z żałoby poprzez kontakt z dzikim zwierzęciem poruszyła mnie bardziej, niż się spodziewałam, być może dlatego, że sama szukam ratunku w kontakcie z przyrodą. Helen MacDonald pisze surowo, ostro wręcz, a zarazem poetycko, w oryginale jej język zachwyca. Ciekawa jestem tłumaczenia i mam zamiar po nie kiedyś sięgnąć.

Richard Flanagan "Ścieżki Północy" (klik)

Przejmująca i w dość oryginalny sposób napisana książka, nagrodzona dwa lata temu Bookerem, o której trudno pisać, trudno się ją czyta i trudno o niej zapomnieć. Powieść o tym, jaki jest świat, sprawozdawcza raczej niż wartościująca, którą powinno się czytać, żeby nie zapomnieć.

Amin Maalouf "Samarkanda" (klik)

Kolejna powieść, która jest oknem na świat, którego nie znałam. Historyczna powieść o środkowoazjatyckim poecie i tajemniczym manuskrypcie, który zaginął bez śladu. Napisana pięknie, gęsto i sugestywnie, zabiera czytelnika w zapomniany świat perskich poetów, skrytobójców i polityków. Co więcej, to jedna z najpiękniejszych książek o miłości, jakie czytałam. Nie dajcie się jednak zwieść, "Samarkanda" to nie romans. Właściwie trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować, dla mnie to jedno z ciekawszych odkryć tego roku. Mam zamiar zacieśniać znajomość z tym pisarzem w 2017, kolejne książki już czekają.

Robert McCammon "Magiczne lata" (klik)

Książka McCammona ukazała się kilka lat temu, ale ja odkryłam ją dopiero w tym roku. To opowieść o dzieciństwie, napisana tak, że nie chce się przestać jej czytać. Dwunastoletni Cory próbuje rozwikłać zagadkę pewnej śmierci, przy okazji jednak spełni jedno ze swoich największych marzeń, przeżyje rozczarowania, zawrze nowe znajomości i będzie pielęgnował stare. Jedną nogą tkwi jeszcze w dzieciństwie, z całą jego magią i ekscytacją, drugą wkracza niepewnie w dorosłość. Piękna i mądra książka.

Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (klik)

Pierwszy, ale nie ostatni reportaż w tym zestawieniu (mam dziwne przeczucie, że w przyszłym roku będzie ich dużo więcej). Jeśli chcecie przeczytać naprawdę dobrze napisany reportaż, który w dodatku zostanie w was na dłużej, sięgnijcie koniecznie po książkę Katarzyny Boni. Jej opowieść o skutkach tsunami w Japonii trudno wyrzucić z pamięci, co więcej, Boni pisze nie tylko o ludziach, którzy przeżyli tsunami, ale także, a może przede wszystkim, o specyfice japońskiego społeczeństwa i o trawiących je problemach.

Philipp Meyer "Syn"

Recenzji nie napisałam, staram się bowiem unikać recenzowania książek wydawnictwa, w którym pracuję, bo z pewnością nie jestem obiektywna. Nie byłoby jednak sprawiedliwe pominięcie "Syna" w tym zestawieniu, ponieważ ta książka ma wszystko, co lubię i wywarła na mnie wielkie wrażenie. To ambitnie zakrojona saga, będąca próbą zmierzenia się z historią Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza z tymi jej aspektami, które nie są powszechnie znane w Ameryce. Meyer napisał tę książkę w sposób niesamowicie świadomy, nie tylko czytając wszystko, co zostało wydane, na temat rdzennych Amerykanów, ale także ucząc się przetrwać na prerii. Efekt jest doskonały, widać, że głęboko wszedł w skórę swoich bohaterów, książkę czyta się zaś doskonale.

George Saunders "10 grudnia" (klik)

Wydaje mi się, że po raz pierwszy umieszczam w końcoworocznym zestawieniu zbiór opowiadań. Mam nadzieję, że już samo to jest wystarczającą zachętą dla was do sięgnięcia po tę książkę. Każde z opowiadań Saundersa jest inne i każde poraża. Kilkoma słowami potrafi sprawić, że odkładamy książkę na dłuższą chwilę, zastanawiając się, co właściwie przeczytaliśmy. Niektóre książki zapadają w pamięć, bo otwierają przed nami nowe światy. Inne zadziwiają kunsztem literackim i wirtuozerią autora. „10 grudnia” jest połączeniem obu tych cech.

Paul Kalanithi „Jeszcze jeden oddech” (klik)

Wśród moich lektur ta zdecydowanie nie jest typowa. Rzadko sięgam po książki o chorobach, być może dlatego, że czytałam ich sporo jako nastolatka. Lubię jednak czytać o lekarzach, fascynuje mnie ta profesja i związane z nią dylematy. „Jeszcze jeden oddech” to książka wyjątkowa. Jej autorem jest lekarz, neurochirurg, którzy będąc dopiero u progu swojej kariery, zachorował na złośliwego raka płuc. Po diagnozie zdecydował się jeszcze na dziecko, zmarł, gdy jego córeczka miała kilka miesięcy. „Jeszcze jeden oddech” nie jest jednak tylko zapisem choroby i umierania. To swoista afirmacja życia, mądra i pozbawiona patosu.

Witold Szabłowski „Sprawiedliwi zdrajcy” (klik)

Drugi reportaż w tym zestawieniu, nie mogłam go nie umieścić. Ze względów osobistych do dla mnie jedna z najważniejszych książek roku, poza tym jest to też bardzo dobrze napisany reportaż, który czyta się niczym jednym tchem, w zadziwieniu, że świat nie jest taki, za jaki go mieliśmy.

Herr „Depesze”

O tej książce dopiero napiszę, wydaje mi się jednak, że nie mogę jej pominąć. Podobnie jak Saunders, Herr łączy wirtuozerię stylu z poruszającą treścią. Reportaż doskonały, brawurowo przetłumaczony, czapki z głów!

Którą z tych książek powinnam wytypować jako najlepszą? Najchętniej poddałabym się z góry, ponieważ jednak od dziesięciu lat wybieram książkę roku, nie będę tej tradycji naruszać. A jeśli muszę wybrać jedną, musi to być ta pierwsza. Przetrwała próbę czasu, od wielu miesięcy przypominają mi się różne sceny i zdania. Dlatego książką roku 2016 niech będzie "J jak jastrząb" Helen MacDonald.

Ponieważ zaś robię to od tylu lat, przypomnę, jakie książki wywierały na mnie największe wrażenie w ciągu 10 lat istnienia Miasta Książek!

2015 – Michel Faber „Księga dziwnych, nowych rzeczy”

 

2014 – David Mitchell „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”

 

2013 - Sylvain Tesson "W syberyjskich lasach"

 

2012 - Elżbieta Cherezińska "Korona śniegu i krwi"

 

2011 - David Grann "Zaginione miasto Z"

 

2010 - Johan Theorin "Nocna zamieć"

 

2009 - Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści"

 

2008 - Cormac McCarthy "Droga"

 

2007 - Khaled Hosseini "Tysiąc wspaniałych słońc"

 



wtorek, 20 grudnia 2016

 



Seria Amy Ewing kusi pięknymi okładkami, które jednak zdecydowanie nie pasują do zawartości. I dobrze.

Czasem tak bywa, że książka jest napisana średnio, a mimo to jej lektura jest przyjemnością i warto ją polecać. Mam dziwne wrażenie, że tak właśnie jest z serią Klejnot. Pierwszy tom powstał jako praca magisterska. Siłą rzeczy, sporo w nim ogranych motywów - być może autorka chciała właśnie wykazać się ich znajomością. Jednak w przypadku książek young adult nie musi to być wadą. Z pełnym przekonaniem kupiłabym tę serię nastoletnim córkom znajomych, między innymi dlatego, że sprawnie korzystając ze sprawdzonych rozwiązań, Amy Ewing stworzyła serię, od której trudno się oderwać. Głównym powodem byłoby jednak to, że przy okazji tej przyjemnej lektury można zacząć się zastanawiać nad rzeczami bardzo istotnymi.

Klejnot to najbardziej ekskluzywna część miasta położonego na wyspie. Poza wyspą być może istnieje jakiś inny świat, ale mieszkańcy Miasta go nie znają. Co więcej, nie wiedzą nawet, czym jest morze. Żyją wewnątrz potężnych murów, w społeczeństwie podzielonym na kasty i precyzyjnie zarządzanym.

Najlepiej oczywiście żyje się mieszkańcom Klejnotu. Nie zbywa im na niczym - mają piękne domy, stroje, doskonałe jedzenie i władzę. No, może jednej rzeczy mogliby pragnąć. Kobiety z Klejnotu nie mogą mieć dzieci.

Nie znaczy to, że arystokracja skazana jest na wymarcie! O nie, mieszkańcy Klejnotu są na to za sprytni. Zorientowawszy się, że dziewczęta z najniższego i najuboższego kręgu Miasta posiadają pewną tajemniczą zdolność. Są w stanie urodzić dziecko innych kobiet. Wiąże się to z posiadaną przez nie mocą, której nie są oczywiście świadome. Wyszukuje się je, szkoli na surogatki, a następnie sprzedaje mieszkankom Klejnotu na aukcjach.

Lekturę pierwszego tomu rozpoczynamy od zawarcia znajomości z Violet, która ma zostać surogatką. Zostaje kupiona przez bardzo wpływową i bogatą damę, która nie grzeszy jednak dobrym sercem. Zresztą nawet los tych surogatek, które trafiają do bardziej czułych pań, nie jest godny pozazdroszczenia. Violet, która bez wątpienia nosi w sobie szczyptę Katniss Everdeen, zacznie docierać do prawdy.

Tyle tytułem wstępu, dalej zaś postaram się bez spojlerów, jednak kilka drobiazgów będę musiała zdradzić, jeśli więc planujecie lekturę tej serii, może wróćcie do tego tekstu, kiedy już przeczytacie przynajmniej dwa pierwsze tomy.

Dlaczego uważam, że to średnio napisana książka? Czyta się ją doskonale, co więcej, pierwszy i drugi tom kończą się w zaskakujący sposób i trudno nie sięgać po kolejne części. Bohaterka da się lubić, akcja toczy wartko. Niestety, jeśli chodzi o logikę, nie jest już aż tak dobrze. Violet i jej przyjaciele, którzy obiorą sobie za cel obalenie represyjnego systemu, zdecydują się na sposób prosty, ale raczej niezbyt skuteczny. Ich zdaniem wystarczy obalić mur, a reszta sama przyjdzie. Po obaleniu muru cudownie zapanują pokój i demokracja.

Obawiam się, że w prawdziwym życiu obalenie muru nic by nie dało. Zaczęłaby się brutalna walka o władzę, mieszkańcy niższych kręgów Miasta byliby przerażeni niespodziewaną wolnością i zapanowałby chaos. W świecie Amy Ewing wszystko jest jednak prostsze. Zlikwidujmy bariery, a problemy same znikną.

Arystokraci są wyjątkowo naiwni, nie zauważają spiskowców na własnym łonie, nie przejmują się szerzącym się w niższych kręgach zamętem. Aż dziw bierze, że udało im się tak długo rządzić Miastem. Violet jest impulsywna i często postępuje nierozważnie (jak wiele innych bohaterek powieści young adult), ale jest przynajmniej wiarygodna i łatwo ją zrozumieć. Nie można powiedzieć tego samego o części pozostałych bohaterów, którzy są ledwie naszkicowani.

Mimo tych zastrzeżeń uważam, że "Klejnot", "Biała róża" i "Czarny klucz" to seria, którą warto polecać nastoletnim czytelniczkom. Dlaczego? Osią przewodnią całej serii jest prawo dziewcząt do samostanowienia, prawo wszystkich mieszkańców do samostanowienia. Wątek surogatek to doskonały pretekst do rozważań o tym, czym jest nasze ciało i kto może mieć do niego dostęp. A nastolatki nie zawsze zdają sobie sprawę, że mogą i powinny stawiać wyraźne granice.

Violet i inne surogatki odkrywają w sobie moc. Momentami seria Ewing zmienia się w coś zbliżonego do "Biegnącej z wilkami" w wersji dla nastolatek, naiwnej i okraszonej elementami fantastycznymi. Może jednak czasem czegoś takiego właśnie dziewczynkom potrzeba?

Przeczytałam "Czarny klucz" w ciągu jednej nocy. Kilka razy zgrzytnęłam zębami, ale oderwać się od lektury nie mogłam. Chętnie porozmawiam o niej z córką za jakiś czas, mam wrażenie, że to może być ciekawa dyskusja. Polecam więc, chociaż jeśli wyrośliście już z wieku, w którym ufanie intuicji wydaje się najbardziej odkrywczą myślą roku, musicie lekko przymrużyć oko. Jako prezent dla nastoletniej kuzynki lub bratanicy sprawdzi się to jednak jak najbardziej, a czytelniczki, które po prostu lubią ten świat powieści dla tzw. młodych dorosłych powinny się doskonale bawić.

Moja ocena: 4/6

Amy Ewing "Czarny klucz"

Tłum. Iwona Wasilewska

Wydawnictwo Jaguar 2016

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...