czwartek, 29 grudnia 2016

Aby tradycji stało się zadość, siadam do podsumowania roku i zdecydowania, które książki wywarły na mnie największe wrażenie. Nie muszę chyba dodawać, że nie jest to łatwe zadanie, co z pewnością wiedzą wszyscy, którzy się go podjęli. Ponieważ jednak sama lubię przeglądać podobne zestawienia, podzielę się także moim, choć z pewnością jest bardzo subiektywne. Co gorsza, nie do końca potrafię policzyć przeczytane książki, ponieważ nie spisuję tych, które czytam w ramach pracy, zwłaszcza że nie zawsze czytam je w całości. Dlatego daruję wam takie podsumowania i przejdę do dziesięciu tytułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Kolejność przypadkowa, w nawiasach podaję linki do recenzji.

Helen MacDonald "J jak Jastrząb" (klik)

Ciekawe, jak często najlepsze książki czytam w pierwszych miesiącach roku. Czy wynika to z tego, że zimą mam więcej czasu na czytanie i staranniej wybieram książki, a wraz ze wzrostem temperatury czuję się coraz bardziej rozleniwiona i sięgam po lektury lżejsze, ale nie zapadające w pamięć? Nie wiem, ale nie po raz pierwszy wstawiam do zestawienia książkę przeczytaną w styczniu. "J jak Jastrząb" czytałam w oryginale i przez wiele miesięcy byłam pod wrażeniem tej książki. Jest ucieleśnieniem tego, co szukam w literaturze - pokazuje świat inaczej, otwiera na emocje, o których nie myślałam i nie miałam pojęcia. Relacja z wychodzenia z żałoby poprzez kontakt z dzikim zwierzęciem poruszyła mnie bardziej, niż się spodziewałam, być może dlatego, że sama szukam ratunku w kontakcie z przyrodą. Helen MacDonald pisze surowo, ostro wręcz, a zarazem poetycko, w oryginale jej język zachwyca. Ciekawa jestem tłumaczenia i mam zamiar po nie kiedyś sięgnąć.

Richard Flanagan "Ścieżki Północy" (klik)

Przejmująca i w dość oryginalny sposób napisana książka, nagrodzona dwa lata temu Bookerem, o której trudno pisać, trudno się ją czyta i trudno o niej zapomnieć. Powieść o tym, jaki jest świat, sprawozdawcza raczej niż wartościująca, którą powinno się czytać, żeby nie zapomnieć.

Amin Maalouf "Samarkanda" (klik)

Kolejna powieść, która jest oknem na świat, którego nie znałam. Historyczna powieść o środkowoazjatyckim poecie i tajemniczym manuskrypcie, który zaginął bez śladu. Napisana pięknie, gęsto i sugestywnie, zabiera czytelnika w zapomniany świat perskich poetów, skrytobójców i polityków. Co więcej, to jedna z najpiękniejszych książek o miłości, jakie czytałam. Nie dajcie się jednak zwieść, "Samarkanda" to nie romans. Właściwie trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować, dla mnie to jedno z ciekawszych odkryć tego roku. Mam zamiar zacieśniać znajomość z tym pisarzem w 2017, kolejne książki już czekają.

Robert McCammon "Magiczne lata" (klik)

Książka McCammona ukazała się kilka lat temu, ale ja odkryłam ją dopiero w tym roku. To opowieść o dzieciństwie, napisana tak, że nie chce się przestać jej czytać. Dwunastoletni Cory próbuje rozwikłać zagadkę pewnej śmierci, przy okazji jednak spełni jedno ze swoich największych marzeń, przeżyje rozczarowania, zawrze nowe znajomości i będzie pielęgnował stare. Jedną nogą tkwi jeszcze w dzieciństwie, z całą jego magią i ekscytacją, drugą wkracza niepewnie w dorosłość. Piękna i mądra książka.

Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (klik)

Pierwszy, ale nie ostatni reportaż w tym zestawieniu (mam dziwne przeczucie, że w przyszłym roku będzie ich dużo więcej). Jeśli chcecie przeczytać naprawdę dobrze napisany reportaż, który w dodatku zostanie w was na dłużej, sięgnijcie koniecznie po książkę Katarzyny Boni. Jej opowieść o skutkach tsunami w Japonii trudno wyrzucić z pamięci, co więcej, Boni pisze nie tylko o ludziach, którzy przeżyli tsunami, ale także, a może przede wszystkim, o specyfice japońskiego społeczeństwa i o trawiących je problemach.

Philipp Meyer "Syn"

Recenzji nie napisałam, staram się bowiem unikać recenzowania książek wydawnictwa, w którym pracuję, bo z pewnością nie jestem obiektywna. Nie byłoby jednak sprawiedliwe pominięcie "Syna" w tym zestawieniu, ponieważ ta książka ma wszystko, co lubię i wywarła na mnie wielkie wrażenie. To ambitnie zakrojona saga, będąca próbą zmierzenia się z historią Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza z tymi jej aspektami, które nie są powszechnie znane w Ameryce. Meyer napisał tę książkę w sposób niesamowicie świadomy, nie tylko czytając wszystko, co zostało wydane, na temat rdzennych Amerykanów, ale także ucząc się przetrwać na prerii. Efekt jest doskonały, widać, że głęboko wszedł w skórę swoich bohaterów, książkę czyta się zaś doskonale.

George Saunders "10 grudnia" (klik)

Wydaje mi się, że po raz pierwszy umieszczam w końcoworocznym zestawieniu zbiór opowiadań. Mam nadzieję, że już samo to jest wystarczającą zachętą dla was do sięgnięcia po tę książkę. Każde z opowiadań Saundersa jest inne i każde poraża. Kilkoma słowami potrafi sprawić, że odkładamy książkę na dłuższą chwilę, zastanawiając się, co właściwie przeczytaliśmy. Niektóre książki zapadają w pamięć, bo otwierają przed nami nowe światy. Inne zadziwiają kunsztem literackim i wirtuozerią autora. „10 grudnia” jest połączeniem obu tych cech.

Paul Kalanithi „Jeszcze jeden oddech” (klik)

Wśród moich lektur ta zdecydowanie nie jest typowa. Rzadko sięgam po książki o chorobach, być może dlatego, że czytałam ich sporo jako nastolatka. Lubię jednak czytać o lekarzach, fascynuje mnie ta profesja i związane z nią dylematy. „Jeszcze jeden oddech” to książka wyjątkowa. Jej autorem jest lekarz, neurochirurg, którzy będąc dopiero u progu swojej kariery, zachorował na złośliwego raka płuc. Po diagnozie zdecydował się jeszcze na dziecko, zmarł, gdy jego córeczka miała kilka miesięcy. „Jeszcze jeden oddech” nie jest jednak tylko zapisem choroby i umierania. To swoista afirmacja życia, mądra i pozbawiona patosu.

Witold Szabłowski „Sprawiedliwi zdrajcy” (klik)

Drugi reportaż w tym zestawieniu, nie mogłam go nie umieścić. Ze względów osobistych do dla mnie jedna z najważniejszych książek roku, poza tym jest to też bardzo dobrze napisany reportaż, który czyta się niczym jednym tchem, w zadziwieniu, że świat nie jest taki, za jaki go mieliśmy.

Herr „Depesze”

O tej książce dopiero napiszę, wydaje mi się jednak, że nie mogę jej pominąć. Podobnie jak Saunders, Herr łączy wirtuozerię stylu z poruszającą treścią. Reportaż doskonały, brawurowo przetłumaczony, czapki z głów!

Którą z tych książek powinnam wytypować jako najlepszą? Najchętniej poddałabym się z góry, ponieważ jednak od dziesięciu lat wybieram książkę roku, nie będę tej tradycji naruszać. A jeśli muszę wybrać jedną, musi to być ta pierwsza. Przetrwała próbę czasu, od wielu miesięcy przypominają mi się różne sceny i zdania. Dlatego książką roku 2016 niech będzie "J jak jastrząb" Helen MacDonald.

Ponieważ zaś robię to od tylu lat, przypomnę, jakie książki wywierały na mnie największe wrażenie w ciągu 10 lat istnienia Miasta Książek!

2015 – Michel Faber „Księga dziwnych, nowych rzeczy”

 

2014 – David Mitchell „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”

 

2013 - Sylvain Tesson "W syberyjskich lasach"

 

2012 - Elżbieta Cherezińska "Korona śniegu i krwi"

 

2011 - David Grann "Zaginione miasto Z"

 

2010 - Johan Theorin "Nocna zamieć"

 

2009 - Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści"

 

2008 - Cormac McCarthy "Droga"

 

2007 - Khaled Hosseini "Tysiąc wspaniałych słońc"

 



wtorek, 20 grudnia 2016

 



Seria Amy Ewing kusi pięknymi okładkami, które jednak zdecydowanie nie pasują do zawartości. I dobrze.

Czasem tak bywa, że książka jest napisana średnio, a mimo to jej lektura jest przyjemnością i warto ją polecać. Mam dziwne wrażenie, że tak właśnie jest z serią Klejnot. Pierwszy tom powstał jako praca magisterska. Siłą rzeczy, sporo w nim ogranych motywów - być może autorka chciała właśnie wykazać się ich znajomością. Jednak w przypadku książek young adult nie musi to być wadą. Z pełnym przekonaniem kupiłabym tę serię nastoletnim córkom znajomych, między innymi dlatego, że sprawnie korzystając ze sprawdzonych rozwiązań, Amy Ewing stworzyła serię, od której trudno się oderwać. Głównym powodem byłoby jednak to, że przy okazji tej przyjemnej lektury można zacząć się zastanawiać nad rzeczami bardzo istotnymi.

Klejnot to najbardziej ekskluzywna część miasta położonego na wyspie. Poza wyspą być może istnieje jakiś inny świat, ale mieszkańcy Miasta go nie znają. Co więcej, nie wiedzą nawet, czym jest morze. Żyją wewnątrz potężnych murów, w społeczeństwie podzielonym na kasty i precyzyjnie zarządzanym.

Najlepiej oczywiście żyje się mieszkańcom Klejnotu. Nie zbywa im na niczym - mają piękne domy, stroje, doskonałe jedzenie i władzę. No, może jednej rzeczy mogliby pragnąć. Kobiety z Klejnotu nie mogą mieć dzieci.

Nie znaczy to, że arystokracja skazana jest na wymarcie! O nie, mieszkańcy Klejnotu są na to za sprytni. Zorientowawszy się, że dziewczęta z najniższego i najuboższego kręgu Miasta posiadają pewną tajemniczą zdolność. Są w stanie urodzić dziecko innych kobiet. Wiąże się to z posiadaną przez nie mocą, której nie są oczywiście świadome. Wyszukuje się je, szkoli na surogatki, a następnie sprzedaje mieszkankom Klejnotu na aukcjach.

Lekturę pierwszego tomu rozpoczynamy od zawarcia znajomości z Violet, która ma zostać surogatką. Zostaje kupiona przez bardzo wpływową i bogatą damę, która nie grzeszy jednak dobrym sercem. Zresztą nawet los tych surogatek, które trafiają do bardziej czułych pań, nie jest godny pozazdroszczenia. Violet, która bez wątpienia nosi w sobie szczyptę Katniss Everdeen, zacznie docierać do prawdy.

Tyle tytułem wstępu, dalej zaś postaram się bez spojlerów, jednak kilka drobiazgów będę musiała zdradzić, jeśli więc planujecie lekturę tej serii, może wróćcie do tego tekstu, kiedy już przeczytacie przynajmniej dwa pierwsze tomy.

Dlaczego uważam, że to średnio napisana książka? Czyta się ją doskonale, co więcej, pierwszy i drugi tom kończą się w zaskakujący sposób i trudno nie sięgać po kolejne części. Bohaterka da się lubić, akcja toczy wartko. Niestety, jeśli chodzi o logikę, nie jest już aż tak dobrze. Violet i jej przyjaciele, którzy obiorą sobie za cel obalenie represyjnego systemu, zdecydują się na sposób prosty, ale raczej niezbyt skuteczny. Ich zdaniem wystarczy obalić mur, a reszta sama przyjdzie. Po obaleniu muru cudownie zapanują pokój i demokracja.

Obawiam się, że w prawdziwym życiu obalenie muru nic by nie dało. Zaczęłaby się brutalna walka o władzę, mieszkańcy niższych kręgów Miasta byliby przerażeni niespodziewaną wolnością i zapanowałby chaos. W świecie Amy Ewing wszystko jest jednak prostsze. Zlikwidujmy bariery, a problemy same znikną.

Arystokraci są wyjątkowo naiwni, nie zauważają spiskowców na własnym łonie, nie przejmują się szerzącym się w niższych kręgach zamętem. Aż dziw bierze, że udało im się tak długo rządzić Miastem. Violet jest impulsywna i często postępuje nierozważnie (jak wiele innych bohaterek powieści young adult), ale jest przynajmniej wiarygodna i łatwo ją zrozumieć. Nie można powiedzieć tego samego o części pozostałych bohaterów, którzy są ledwie naszkicowani.

Mimo tych zastrzeżeń uważam, że "Klejnot", "Biała róża" i "Czarny klucz" to seria, którą warto polecać nastoletnim czytelniczkom. Dlaczego? Osią przewodnią całej serii jest prawo dziewcząt do samostanowienia, prawo wszystkich mieszkańców do samostanowienia. Wątek surogatek to doskonały pretekst do rozważań o tym, czym jest nasze ciało i kto może mieć do niego dostęp. A nastolatki nie zawsze zdają sobie sprawę, że mogą i powinny stawiać wyraźne granice.

Violet i inne surogatki odkrywają w sobie moc. Momentami seria Ewing zmienia się w coś zbliżonego do "Biegnącej z wilkami" w wersji dla nastolatek, naiwnej i okraszonej elementami fantastycznymi. Może jednak czasem czegoś takiego właśnie dziewczynkom potrzeba?

Przeczytałam "Czarny klucz" w ciągu jednej nocy. Kilka razy zgrzytnęłam zębami, ale oderwać się od lektury nie mogłam. Chętnie porozmawiam o niej z córką za jakiś czas, mam wrażenie, że to może być ciekawa dyskusja. Polecam więc, chociaż jeśli wyrośliście już z wieku, w którym ufanie intuicji wydaje się najbardziej odkrywczą myślą roku, musicie lekko przymrużyć oko. Jako prezent dla nastoletniej kuzynki lub bratanicy sprawdzi się to jednak jak najbardziej, a czytelniczki, które po prostu lubią ten świat powieści dla tzw. młodych dorosłych powinny się doskonale bawić.

Moja ocena: 4/6

Amy Ewing "Czarny klucz"

Tłum. Iwona Wasilewska

Wydawnictwo Jaguar 2016

czwartek, 08 grudnia 2016

Od dawna trudno było zdobyć "Opowieść o dwóch miastach" Dickensa, ucieszyłam się więc niezmiernie na wieść o nader pożądanym wznowieniu. Cieszę się tym bardziej, że to jedna z mniej typowych powieści Dickensa, którą w dodatku czyta się naprawdę doskonale. Wciągająca fabuła, a także długie i ciemne wieczory, która jakoś tajemniczo sprzyjają lekturze opasłych tworów epoki wiktoriańskiej, powinny wystarczyć, żeby was zachęcić do sięgnięcia po tę książkę. Jeśli jednak nie jesteście przekonani, czy taka staroświecka przecież powieść to coś dla was, przeczytajcie, dlaczego jeszcze warto się przełamać! 

1. Pierwsze i ostatnie zdanie to jedne z najbardziej znanych początków i zakończeń w historii literatury.

Pierwsze zdanie „Opowieści o dwóch miastach” jest tak dobrze znane i tak często cytowane, że mogliście na nie trafić, nie wiedząc nawet, że otwiera ono powieść Dickensa. Trochę szkoda, że Tadeusz Jan Dehnel, tłumacz, zdecydował się z jednego długiego zdania zrobić kilka krótszych. Bez wątpienia po polsku brzmi to lepiej, ale jednak w analizie znaczenia tego wyjątkowo rozbudowanego, pierwszego zdania, nieco to przeszkadza. Obie wersje są jednak intrygujące:

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców owej ery widzą w niej dobro i zło takie samo jak dzisiaj, tylko w nieporównanie wyższym stopniu.

W oryginale:

It was the best of times, it was the worst of times, it was the age of wisdom, it was the age of foolishness, it was the epoch of belief, it was the epoch of incredulity, it was the season of Light, it was the season of Darkness, it was the spring of hope, it was the winter of despair, we had everything before us, we had nothing before us, we were all going direct to Heaven, we were all going direct the other way – in short, the period was so far like the present period, that some of its noisiest authorities insisted on its being received, for good or for evil, in the superlative degree of comparison only. 

Nie jest to tylko przypadkowe nagromadzenie hiperboli. Cała powieść zbudowana jest wokół takich zestawień i kontrastów. Akcja toczy się w dwóch metropoliach, w Londynie i w Paryżu, będących swoim przeciwieństwem. W obu miastach toczy się historia, jednak to w Paryżu wybucha Rewolucja. Bohaterowie Dickensa to, jak zwykle zresztą, przedstawiciele różnych klas społecznych, reprezentujący skrajnie różne postawy. Ich poglądy bywają całkowicie odmienne, podobnie jak temperament. Spotykają ich rzeczy straszne i piękne, a lektura powieści to także swoista huśtawka, nawet (a może zwłaszcza) obecnie. Momentami akcja wciąga nas bezlitośnie, ale chwilę potem natrafiamy na trzy strony rozważań odautorskich i zastanawiamy się, czy na pewno damy radę przeczytać całość (dacie, rozważania można szybko przeskoczyć, a akcja toczy się wartko). To rozwlekłe, a zarazem wyjątkowo wpadające w ucho pierwsze zdanie jest doskonałym wprowadzeniem w powieść.

2. Jak na Dickensa, jest to dość nietypowa powieść.

Może to być zarówno plusem, jak i minusem. Z jednej strony, chcąc zawrzeć znajomość z tym najważniejszym chyba angielskim pisarzem wiktoriańskim, powinniśmy przeczytać coś typowego. Z drugiej, czytelnik, który zna już przykładowo Olivera Twista i może Davida Copperfielda, może sięgnąć po „Opowieść o dwóch miastach” bez obaw, że się znudzi. Nie jest to też zła książka na początek, przede wszystkim dlatego, że jest, jak na Dickensa oczywiście, wyjątkowo zwięzła! Wiem, patrząc na ten całkiem pokaźny tom, możecie się zdziwić, ale ma on niecałe 600 stron. Akcja toczy się dość wartko, a liczba postaci jest rozsądna. Nie ma też wielu wątków pobocznych, to po prostu zwarta, wciągająca opowieść o kilku konkretnych bohaterach. Oczywiście, napisano ją dość dawno temu, w stylu tamtej epoki, zdarzają się więc fragmenty będące z naszego punktu widzenia dłużyznami. Nie ma ich jednak aż tak wiele i mają także sporo uroku.

Pewnym minusem może być brak humoru, który ożywia większość powieści Dickensa. „Opowieść o dwóch miastach” utrzymana jest w poważnym tonie, jest to jednak powieść tak nasycona dramatycznymi wydarzeniami, że chyba nie da się odczuć braku scen humorystycznych. Tylko zestawiając ją z innymi książkami autora zauważamy, że nieco się od większości z nich różni. Trudno też za to autora nie podziwiać – wypracował już sobie przecież styl, który doskonale się sprawdzał. Mógł ulec pokusie i wyprodukować kolejną, podobną do poprzednich powieść. Oparł się i spróbował czegoś innego, z sukcesem!

3. Obraz Wielkiej Rewolucji Francuskiej jest nad wyraz malowniczy.

Sądzę, że wielu Brytyjczyków właśnie na „Opowieści o dwóch miastach” opiera swoją wizję Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Rewolucja wydaje się tu czymś, czego nie dało się powstrzymać, rzeką, która porywa całą Francję i naszych bohaterów przy okazji. Jest krwawa i brutalna, ale bez wątpienia fascynująca. W dodatku akcja powieści zaczyna się na długo przed wybuchem Rewolucji, tym samym więc czytelnik ma okazję prześledzić wydarzenia, która go niej prowadziły i z tym większą grozą czekać na to, co nieuchronnie nadejdzie.

4. Dwaj bohaterowie płci męskiej intrygująco się uzupełniają.

Główną bohaterką jest niejaka Lucie, istota śliczna, dobra i niewinna, a przy tym oczywiście raczej nudna. Na szczęście w komplecie z Lucie występują dwaj zakochani w niej panowie, Anglik i Francuz. Karol Darnay i Sidney Carton są jak dwie strony monety. Jeden z nich jest dobry i nudny, drugi ma charakterek, ale zboczył na manowce. Literaturoznawcy dopatrują się w nich dwóch stron charakteru samego autora, zwłaszcza że pierwsze litery ich nazwisk tworzą inicjały Dickensa.

Lucie także ma swoje odbicie w krzywym zwierciadle. Niejaka pani Defarge jest dużo ciekawszą bohaterką, nie będę jednak zdradzać na jej temat zbyt wiele. Jestem jednak przekonana, że wywrze na was wrażenie.

5. Zakończenie.

Musicie mi uwierzyć na słowo albo dać sobie zepsuć lekturę moimi wyjaśnieniami. Nie zacytuję więc nawet słynnego ostatniego zdania – i tak zwrócicie na nie uwagę. Być może wyda się wam zbyt egzaltowane. Ale jeśli dacie się uwieść „Opowieści o dwóch miastach”, kupicie całość wraz z zakończeniem i ostatnim zdaniem!

Dickens się zestarzał z wdziękiem, a zimowe wieczory ten wdzięk potęgują. Warto wybrać się z nim w podróż do osiemnastowiecznego Londynu i Paryża, albo przeczytać jakąś inną jego książkę. Jego książki są jak ciepły koc i kubek z herbatą, kiedy wracacie do wyziębionego domu.

Charles Dickens "Opowieść o dwóch miastach"

Tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

wtorek, 29 listopada 2016

Zaczęło się od ziarnistych, czarno-białych fotografii. Oglądałam wysmukłe kormorany, wtedy równie dla mnie egzotyczne, jak lwy z programów przyrodniczych. Wsiadałam w autobus i jechałam do pętli, stamtąd półgodzinny spacer przenosił mnie na poligon, po którym przechadzały się sarny, a z trawy wzlatywały nagle bażanty. Zapełniałam kolejne klisze kiepskimi zdjęciami podświetlonych słońcem gałęzi, trzcin na rozlewisku, brzózek na wietrze. Na szczęście nastał internet - pokazałam swoje zdjęcia na fotograficznej grupie dyskusyjnej, a oglądając zdjęcia innych członków grupy, zdałam sobie sprawę, co robię źle. Pojechałam na pierwszy plener. Nie znałam nikogo, ale czułam się jak wśród starych znajomych. Z wieloma poznanymi wtedy osobami wciąż się przyjaźnię. Z jedną nawet dzielę życie.

Wciąż chodzę w teren, z aparatem lub bez. Pasja do fotografii przyrodniczej zmieniła się w coś więcej. A może zawsze było to coś więcej? W lesie, na łące, w górach czuję, że żyję - pełniej i świadomiej. Mieszkam w blokowisku i tęsknię za drzewami i ciszą. Robię, co mogę - latem mój balkon jest co do centymetra zarośnięty zielskiem, zimą stanowi stołówkę dla ptaków z całego osiedla. Przede wszystkim zaś czytam. O roślinach, zwierzętach, o ludziach żyjących wśród zwierząt, o górach i łąkach. A ostatnio, dzięki temu, że wydawnictwa coraz śmielej wkraczają na teren literatury przyrodniczej, także o lesie. W ostatnim kwartale roku ukazały się bowiem aż dwie doskonałe książki dotyczące drzew.

"Nasz las i jego mieszkańcy" Bohdana Dyakowskiego to dla mnie swoisty powrót do korzeni. Nie czytałam Dyakowskiego w dzieciństwie, ale jego gawędziarski styl przypomina opowieści o zwierzętach Jana Żabińskiego, którymi zaczytywałam się, zamiast robić lekcje. Dyakowski był jednym z pionierów ochrony przyrody w Polsce, współzałożycielem Ligi Ochrony Przyrody. Jego książka o lesie, choć liczy sobie już ponad sto lat, nie zestarzała się specjalnie. Jej lektura jest wciąż przyjemnością, Dyakowski opowiada bowiem o leśnych zwierzętach ze swadą i werwą, właściwymi dla rasowego gawędziarza. Chętnie cytuje poezję, a szczególnie upodobał sobie Mickiewicza. Każdy rozdział to opowieść o innym aspekcie leśnego ekosystemu, a często o innym mieszkańcu lasu. Opowieści te pełne są ciekawostek, ale także informacji związanych z ochroną przyrody. I tak z rozdziału o kukułce dowiemy się, dlaczego podrzuca ona swoje jajka innym ptakom, zamiast je samodzielnie wysiedzieć (nie dałaby rady, ponieważ w przeciwieństwie do większości ptaków, składa jaja przez wiele tygodni, nie mogłaby więc karmić piskląt, ponieważ wciąż wysiadywałaby następne jajka), i do jakich forteli się ucieka, żeby podrzucić jajka nawet do niedostępnych gniazd (znosi jajko na ziemię, przenosi w dziobie na brzeg gniazda lub dziupli i ostrożnie wpycha do środka). Dyakowski nie zapomina jednak o podkreśleniu, że choć kukułka wysługuje się innymi gatunkami, jest niezbędna w leśnym ekosystemie, ponieważ zjada kosmate gąsienice, których nie jedzą inne ptaki. Gdyby zabrakło kukułek, gąsienice rozmnożą się ponad miarę i zniszczą las.

"Nasz las i jego mieszkańcy" wygląda na poważne dzieło, tak naprawdę będzie jednak doskonałą lekturą dla starszych dzieci. Dyakowski opowiada bardzo przystępnie, rozdziały są dość krótkie, styl bardzo żywy, całość więc doskonale sprawdza się w czytaniu na głos. Dorosły czytelnik też nie będzie rozczarowany, bo Dyakowski nie pisze infantylnie. Przeczytałam z zaciekawieniem i przyznam, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy.

O ile książka Dyakowskiego dotyczy tylko polskiej przyrody, o tyle Peter Wohlleben opowiada o drzewach z całego świata. Jak sam tytuł wskazuje, "Sekretne życie drzew" to książka o drzewach właśnie. Nie znajdziemy w niej zbyt wiele wiadomości o lisach, chrząszczach i dzięciołach, których pełno w książce Dyakowskiego, nie znaczy to jednak, że Wohlleben nie ma wielu ciekawostek w zanadrzu. Okazuje się, że drzewa potrafią być równie fascynującym tematem, a ich życie skrywa sporo tajemnic.

"Sekretne życie drzew" Petera Wohllebena odniosło zadziwiający sukces na międzynarodowym rynku wydawniczym, a po lekturze wcale się temu nie dziwię. Drzewa w opowieści Wohllebena to fascynujące istoty. Nie tylko potrafią doskonale wykorzystać warunki, w których przyszło im rosnąć, ale także potrafią się wzajemnie wspierać. Za pośrednictwem systemu korzeniowego dzielą się nadmiarem składników pokarmowych, ratując słabsze osobniki. Wymieniają się także informacjami - za przykład mogą posłużyć akacje, ostrzegające się nawzajem przed skubiącą ich liście żyrafą. Drzewa te nasączają liście toksyczną substancją, która odpędza żyrafy, jeśli zostaną ostrzeżone, mogą zrobić to nawet zanim zwierzę zacznie się pożywiać ich liśćmi.

Wohlleben na potrzeby swojej książki nieco antropomorfizuje drzewa, opowiadając o tym, jak się wspierają, informują i bronią. Taki zabieg nie jest jednak nadużyciem, ponieważ autor nie sprowadza czytelnika na manowce. Rzetelnie zapełnia kolejne rozdziały zadziwiającymi informacjami, i choć czasem jego opowieści wydają się niepokojące (drzewa stają się nieco zbyt podobne do ludzi), każda stawiana przez niego teza jest poparta wieloma przykładami i dowodami. Kiedy pisze, że drzewa mają charakter, niektóre są bardziej bojaźliwe niż inne, możemy się żachnąć. Kiedy jednak przeczytamy, że chodzi o to, iż niektóre drzewa szybciej zrzucają liście jesienią, chcąc uniknąć ryzyka, jakim jest nagły mróz i wiatr (liście w zimie są nie tylko zbędne, narażają drzewo na większe ryzyko), a inne trzymają kilka liści do ostatniej niemalże chwili, magazynując zapasy. Oczywiście, żadna z tych strategii nie jest wynikiem długotrwałych rozważań, ale na potrzeby opowieści można je opisać jako różnice w charakterze poszczególnych osobników.

Po co w ogóle czytać o lasach i drzewach? Czy takie książki, a także inne, o ptakach, pszczołach, wilkach i innych żywych stworzeniach nie są nudne? Może właśnie po to, żeby się przekonać, że nie są. Najzwyczajniej w świecie fajnie jest wiedzieć coś więcej o tym, co nas otacza. Popatrzeć na najbliższe drzewo i umieć je nazwać - rzecz prosta, a przecież bardzo już rzadka! Umieć odpowiedzieć na pytanie dziecka o powód zrzucania przez drzewa liści na zimę. Pójść na spacer do lasu i popatrzeć na zieloną ścianę liści jak na tajemniczy labirynt skrywający w swoich zaułkach niejedną tajemnicę.

"Sekretne życie drzew" ukazało się właśnie w nowej, ilustrowanej wersji, z pięknymi zdjęciami moich dwóch kolegów - jednym z nich jest Adam, z którym znamy się właśnie od czasu tego pamiętnego, pierwszego pleneru. "Nasz las i jego mieszkańcy" także ma ilustracje. Są nimi czarno-białe fotografie Włodzimierza Puchalskiego, te właśnie, które z wypiekami na twarzy oglądałam w dzieciństwie, kiedy internet i piękne, zagraniczne albumy nawet mi się nie śniły.

Moja ocena obu tytułów: 5/6

Tutaj zaś znajdziecie dziesięć nietypowych książek o lesie :)

środa, 23 listopada 2016

Nie przepadam za opowiadaniami. Nie umiem ich czytać, denerwuję się, kiedy nagle opowieść się kończy, a ja dopiero zaczęłam wnikać w świat w niej przedstawiony. A jednak opowiadania George'a Saundersa przeczytałam na jednym oddechu. Zajrzałam do "10 grudnia" z czystej ciekawości, tyle się bowiem naczytałam o tym zbiorku w amerykańskiej prasie. Zajrzałam, przeczytałam pierwsze opowiadanie i zaparło mi dech. Dosłownie! Po przeczytaniu zaś wszystkich dziesięciu mówię z pełnym przekonaniem - nic lepiej napisanego już w tym roku nie przeczytacie.

George Saunders przywraca wiarę w to, że w literaturze jeszcze nie wszystko zostało powiedziane (wiarę, której ja nigdy nie straciłam, ale niektórzy chyba tak). Kocham wielkie, realistyczne powieści i wierzę w to, że wciąż można w tradycyjny sposób opowiadać nowe rzeczy. Wciąż jednak zdarzają się pisarze, którzy potrafią napisać tak, jak nikt przed nimi nie pisał.

Na czym polega fenomen opowiadań Saundersa? Nie potrafię go ubrać w słowa po jednym przeczytaniu (będę czytać ponownie, tym razem w oryginale), powiem tylko, że lektura tej książki przypomina jazdę kolejką górską. Nieoczekiwanie zaczynamy spadać, potem tętno nam się wyrównuje, wiemy jednak, że za chwilę znowu nastąpi ostry zakręt i świat wokół nas zawiruje. Tak pisze Saunders.

W zbiorze znajdziemy dziesięć opowiadań, a wszystkie opowiadają o ludziach, którym życie w jakiś sposób dało w kość. Są zagubieni, nie do końca zdają sobie sprawę, że za daleko wybiegają w marzeniach, że nigdy nie uda im się żyć takim życiem, jakie sobie wyobrazili. American dream nigdy się w ich wypadku nie ziści, oni jednak tego nie wiedzą. Co gorsza, przez moment wydaje się, że to, do czego aspirują, jest w zasięgu ręki. Zakompleksiony mężczyzna wygrywa na loterii, ale przepuszcza wygraną na bezsensowny symbol statusu, nie chcąc, by jego córka czuła się gorsza od dzieci sąsiadów. Ciężko pracujący woźny dostaje awans, ale zaprzepaszcza go, zdradzając w momencie przesadnej szczerości, co ma na sumieniu jego szef. Bohaterowie Saundersa zazdroszczą innym i nie potrafią tej zazdrości opanować, gubią się w natłoku własnych emocji.

Jednocześnie jednak Saunders nie pozbawia nikogo, a zwłaszcza czytelnika, resztek nadziei. Mimo małostkowości, zawiści i przerostu ego, jego bohaterowie wskutek nieoczekiwanych porywów czynią też dobro. Nic nie jest przewidywalne, nie ma żadnych reguł. Użalający się nad sobą przegrany potrafi kogoś ocalić albo zostaje ocalony, tak po prostu. Świat jest okrutny dla wielu, ale promyki nadziei pojawiają się znienacka.

Największe wrażenie zrobiło na mnie chyba ostatnie, tytułowe opowiadanie, w którym na zamarzniętym jeziorze przecinają się losy nadwrażliwego, obdarzonego bujną wyobraźnią chłopca i nieuleczalnie chorego mężczyzny, który planuje popełnić samobójstwo. Kilkanaście stron zaledwie, a na nich dwie pełne, żywe osoby. Jak Saunders to zrobił, że w tym krótkim tekście zdołał przekazać nam tyle prawdy na ich temat? I jakim cudem ta opowieść nie ociera się o sentymentalizm?

Tak naprawdę jednak wrażenie robi każde z dziesięciu opowiadań. Świetna jest "Ucieczka z Pajęczej Głowy", porażająca wizja futurystycznego społeczeństwa, prowadzącego eksperymenty na skazańcach. Doskonałe są też "Patyki", w których na dosłownie 3-4 stronach opowiedziane są całe losy jednej rodziny. Każdy rozdział niesie kolejne olśnienie.

Nie sposób pisać o polskim wydaniu tej książki, długo oczekiwanym, nie wspominając o tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego, miejscami ocierającym się o doskonałość, miejscami zaś przekombinowanym. Analizy tego tłumaczenia znajdziecie w Dwutygodniku i w Nameste, ja zaś czuję potrzebę przeczytania teraz Saundersa w oryginale. A potem może jeszcze raz po polsku, porównując obie wersje i ucząc się. Niektóre decyzje tłumacza były  mało trafione i coś w trakcie lektury zgrzyta, jednak większa część tekstu przetumaczona jest z prawdziwą wirtuozerią, błyskotliwie wręcz. Ciekawy to przypadek, myślę, że studenci translatoryki będą go w przyszłości zgłębiać.

Moja ocena: 6/6

"10 grudnia" George Saunders

tłum. Michał Kłobukowski

Wydawnictwo W.A.B. 2016

poniedziałek, 07 listopada 2016

Od lat czytałam o targach książki we Frankfurcie - o tym, że to największe i najważniejsze targi książki na świecie, że to tam kupowane są prawa do wydania największych hitów, i jeśli pracuje się w branży wydawniczej, po prostu trzeba tam bywać. W tym roku po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć na własne oczy, co to właściwie znaczy. Pracując od półtora roku jako rights manager zdążyłam już trochę się dowiedzieć o tym, jak ten świat wydawniczy działa. Na targi do Londynu pojechałam, nie wiedząc, czego się spodziewać, ale do Frankfurtu pojechałam lepiej przygotowana, przede wszystkim psychicznie. Frankfurckie targi i tak mnie zdołały zaskoczyć, przede wszystkim swoim ogromem. Niby spodziewamy się tego, ale jednak.

Zarówno targi w Londynie, jak i te we Frankfurcie, to targi branżowe. To oznacza, że na stoiskach nie sprzedaje się książek! Tylko ostatni z pięciu dni targowych otwarty jest dla publiczności, choć w halach z wydawnictwami niemieckimi sprzedaż była prowadzona na niektórych stoiskach także wcześniej. Jednak w pozostałych halach i na większości stoisk odbywają się tylko spotkania biznesowe, podczas których wydawcy i agenci kupują i sprzedają prawa do książek. Spotkania prowadzi się także z autorami, ilustratorami i zapewne wieloma innymi osobami, jednak przede wszystkim przegląda się katalogi, omawia ich zawartość, ogląda książki i szuka interesujących tytułów dla swojego wydawnictwa, bądź, będąc po drugiej stronie stołu, szuka wydawców z róznych krajów dla swoich książek.

Typowe stoisko dużej grupy wydawniczej (tutaj Hachette)

Na stoiskach dużych wydawnictw lub agencji nie ma co liczyć na chwilę rozmowy, o ile nie umówiliśmy się wcześniej (naprawdę duuużo wcześniej) na spotkanie. Małe stoiska bardziej przypominają jednak to, co znamy z polskich targów - zazwyczaj jest na nich ktoś, z kim można zamienić parę słów. Spotkania odbywają się wszędzie, przede wszystkim jednak w olbrzymim centrum agentów, które zajmuje cały poziom jednej hali i jest stosunkowo mało przyjemne - panuje tam ciągły hałas, jest gorąco i duszno, spotkania odbywają się w odstępach półgodzinnych, a wszystko to przypomina trochę jakąś halę fabryczną. Niemniej, wiele spotkań przebiega w przemiłej atmosferze, a od notowania kolejnych ciekawych tytułów szybko zaczyna boleć ręka.

Centrum agentów zajmuje jeden poziom, hale są bowiem kilkupoziomowe. Z tego powodu trudno się doliczyć, ile ich właściwie jest. Są jednak tak duże i na tyle od siebie oddalone, że można się przemieszczać między nimi po ruchomych chodnikach, zaś od wejścia do hali humer sześć kursuje minibus. Wszystko jest doskonale oznakowane i zgubić się nie sposób, zmęczyć za to bardzo łatwo.

Osoby, które lubią wiedzieć, co wydaje się w innych częściach świata, mogą się tam poczuć jak w raju. Dwie ogromne hale mieszczą wydawnictwa anglojęzyczne, kolejna przeznaczona jest dla krajów europejskich nieanglojęzycznych. W oddzielnej mieszczą się stoiska wydawców z Azji, a pojedyncze kraje z innych kontynentówmają stoiska rozrzucone w różnych miejscach. Oprócz obejrzenia książek można spróbować potraw charakterystycznych dla danego rejonu, a także obejrzeć różne gadżety. Łącznie we Frankfurcie wystawiają się wydawcy z ponad stu krajów, a liczba stoisk przekracza 7400!

Stoisko wientamskie - książki na stole układają się w kształt Wietnamu

Coś dla miłośników mangi

Wydawcy prześcigają się w pomysłach, chcąc uczynić swoje stoisko bardziej oryginalnym i atrakcyjnym wizualnie. Rzuca się to w oczy zwłaszcza w halach przeznaczonych dla wydawnictw niemieckich. Tam też tłoczy się najwięcej ludzi, nawet w dni, które teoretycznie są branżowe.


I u nas, i w innych krajach, gwiazdami bywają ci sami autorzy.

Całe sekcje przeznaczone są dla książek kucharskich. Odbywają się tam pokazy gotowania, degustacje, a kupić można nie tylko książki, ale także produkty niezbędne do ugotowania niektórych potraw. Na dłużej przepadłam w hali, w której sprzedawano gadżety okołoksiążkowe, oglądając kubki, torby, zakładki, notesiki, etui na okulary, śmieszne prezenty i miliony innych, czasem absurdalnych, a czasem naprawdę pomysłowych rzeczy.


Kapitan Spock spotyka Barda - tylko we Frankfurcie ;)

Przede wszystkim zaś wszędzie są książki, tysiące książek, pięknych, lśniących, intrygujących. Poustawiane na półkach, tworzące ściany, na których tle można sobie robić zdjęcia, leżące w stosach. Zanotowałam tyle tytułów, zrobiłam tyle zdjęć okładek, że choć od targów minęły już dwa tygodnie, jeszcze nie zdążyłam wszystkich sprawdzić!

Jednym słowem, jest na co popatrzeć, jest co robić, a zobaczenie wszystkiego jest właściwie niemożliwe.

Po intensywnych targowych dniach niewiele siły zostaje na zwiedzanie miasta. Możliwe więc, że Frankfurt ma swoje uroki, ja jednak nie zachwyciłam się tym miastem. Spacerowaliśmy po nim długo codziennie wieczorem, mimo naprawdę kiepskiej pogody i zmęczenia. Niestety, nie można powiedzieć, żeby było to urodziwe miasto. Prawie wszystkie budynki zostały zniszczone pod koniec wojny, miasto zostało praktycznie zrównane z ziemią, i nie zostało zbyt ładnie odbudowane. Starówka ogranicza się dosłownie do kilku ulic i jednego placu. Po oswojeniu się jednak z tym, że wszędzie stoją wysokie budynki, dźwigi i niezbyt urodziwe biurowce, można dostrzec, że i we Frankfurcie bywa ładnie, a nawet uroczo.

Najprzyjemniejszą częścią jest trasa spacerowa wiodąca wzdłuż rzeki. Wyobrażam sobie, że latem jest tam tłoczno, można kupić lody albo posiedzieć na trawie. Nawet w jesiennym deszczu przyjemnie się tamtędy chodzi. Po przejściu na południowy brzeg mamy widok na centrum, w którym siedzibę mają najważniejsze banki i instytucje finansowe. Ponieważ rzeka nazywa się Men, po niemiecku Main, dzielnicę tę nazywa się powszechnie Mainhattanem.

Jak w wielu innych miastach, tak i tutaj jest most, który zakochane pary obwieszają kłódkami.

Ponieważ pisanie o książkach zbliża ludzi, spotkałam się we Frankfurcie z mieszkającą tam Agnieszką, z którą od dawna znamy się internetowo. Dzięki wspólnej przechadzce i wieczorowi w pubie przekonaliśmy się, że Frankfurt jest znacznie ciekawszy, niż na pierwszy rzut oka wygląda. Liczne wydarzenia kulturalne rekompensują brak urody. Miasto zresztą faktycznie tętni życiem, a sąsiadujące ze sobą ulice mają całkiem inny charakter.

Żałuję, że nie udało mi się zwiedzić domu, w którym urodził się Goethe, ale zbyt póxno wychodziliśmy z targów. Obejrzałam go tylko z zewnątrz:

Frankfurt to dziwna mieszanka starego z nowym. Na pierwszy rzut oka nie zachęca, ale nie jest to całkiem nieinteresujące miasto. Targi książki są zaś po prostu fantastyczne, intrygujące i zdecydowanie warte odwiedzenia. No i niewykluczone, że kilka ciekawych tytułów, które tam wypatrzyliśmy, ukaże się w przyszłym roku w Czwartej Stronie i w Wydawnictwie Poznańskim, czekajcie :)


piątek, 04 listopada 2016

Wykorzystując formułę zagadki zamkniętego pokoju, Anna Fryczkowska stworzyła udaną powieść psychologiczną z wątkiem kryminalnym. Kilka kobiet umawia się na babski wieczór w domu jednej z nich - mieszkającej na uboczu Zuzi. Pogoda nie zachęca do wyjścia z domu, więc na miejscu zjawia się tylko kilka z zaproszonych osób. Atmosfera jest raczej gęsta. Dwie z koleżanek to rywalizujące ze sobą pisarki, autorki powieści kryminalnych, niezbyt zręcznie się ostatnio czujące w swoim towarzystwie. Wieczór zaczyna się więc raczej nieciekawie, panie trochę się rozchodzą po kątach, a impreza nie ma szansy się rozkręcić, ponieważ nagle okazuje się, że jedna z nich została zamordowana. Dom jest zasypany śniegiem, dookoła domu nie widać żadnych śladów, wszystko więc wskazuje na to, że morderczynią jest jedna z nich.

Nie ma szansy na szybki przyjazd policji, a panie nie wiedzą, co ze sobą począć. Alkohol robi swoje - zaczynają rozmawiać i szybko się okazuje, że nie znały się aż tak dobrze, jak im się wydawało. Zamiast policyjnego śledztwa mamy więc swoistą sesję terapeutyczną, podczas której wychodzą na jaw głęboko skrywane żale, niezaspokojone ambicje i lęki.

Autorka korzysta z ogranych motywów, splatając je jednak w sposób zgrabny i świeży. Widać w tej książce inspiracje zarówno Agathą Christie, jak i Joanną Chmielewską. Fryczkowska pisze lekko i ironicznie, sprawnie prowadzi czytelnika na manowce i wykorzystuje różne rodzaje narracji. Pojawiają się fragmenty powieści pisanej przez jedną z bohaterek, a także wewnętrzne monologi chorującej na autyzm siostry gospodyni domu. Przede wszystkim jednak są rozmowy, z których wyłania się smutny, ale też intrygujący świat kobiet, które żyją jakby na marginesie prawdziwego świata, mimo iż pozornie nic im nie brakuje. Każda z nich dąży do czegoś innego, a cel wydaje się wciąż umykać. Zapatrzone w siebie, dopiero teraz zaczynają dostrzegać, że działając w dobrej wierze, często robiły krzywdę sobie i innym.

Powieści Fryczkowskiej wpisują się w nurt zwany "domestic noir", czyli powieści z wątkiem kryminalnym, w których nie występują policjanci i detektywi. Wszystko rozgrywa się w gronie rodziny i przyjaciół, zbrodnie popełniane są przez najbliższych i to oni też prowadzą amatorskie dochodzenie. Ważniejszy jest aspekt psychologiczny, niż samo śledztwo. Mroczna, gęsta atmosfera z rzadka tylko jest rozwiewana przez cierpki humor. Czyta się to doskonale.

Moja ocena: 5/6

Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"

Wydawnictwo Burda Książki 2016

Polecam także inne powieści Anny Fryczkowskiej (recenzje otworzą się po kliknięciu na okładkę):

niedziela, 23 października 2016

Nigdy nie przepadałam za westernami.

Kiedyś wybrałam się nawet na westernowy maraton. Oglądaliśmy trzy filmy jednej nocy. Zasnęłam w połowie drugiego, trzeci pamiętam jak przez mgłę. Owszem, kochałam Winnetou miłością bezkrytyczną, fascynowali mnie Indianie i czytałam o nich sporo, ale cała reszta westernowego świata mnie raczej nudziła. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Jeśli bowiem faktycznie świat Dzikiego Zachodu wydawał mi się niezbyt pociągający, to dlaczego zaczytywałam się nie tylko w książkach Karola Maya, ale także w serii Curwooda? Kochałam wszystkie opowieści o traperach, o życiu w ciągłym starciu z dziką przyrodą Ameryki Północnej. Mit amerykańskiego Zachodu działał, choć nie potrafiłam go jeszcze nazwać lub opisać.

Do dzisiaj nie jestem wielbicielką westernowej estetyki, choć od tej reguły są wyjątki - filmy, które mogę oglądać po wielokroć, na przykłąd "W samo południe". Jednak sama idea amerykańskiego Zachodu (wolę to określenie niż Dziki Zachód, który się zbyt westernowo kojarzy) nadal silnie działa na moją wyobraźnię. Zachód to dla mnie przede wszystkim miejsce, w którym szukający czegoś ludzie musieli zmierzyć się z krajobrazem tak rozległym i wrogim, że trudno nam to sobie nawet wyobrazić. Zetknięcie człowieka z dziką przyrodą to jeden z moich ulubionych tematów. Lubię czytać o samotnych wędrówkach, o wspinaczce wysokogórskiej, o życiu blisko przyrody. W narracji o amerykańskim Zachodzie ludzie podążający w stronę ziemi, którą chcieli uczynić swoim domem, zderzają się z dzikim krajobrazem i jego wcześniejszymi mieszkańcami w sposób porażająco bezwzględny. Na ekstremalne wyprawy wyruszają zazwyczaj ludzie świadomi tego, co ich czeka i względnie dobrze przygotowani. Osadnikami byli zaś zwyczajni ludzie, czasem odważni, a czasem po prostu zdesperowani. Kobiety, które nie miały pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć, szły, bo taką decyzję podjął ich mąż lub ojciec. Mężczyźni szli, bo coś słyszeli, niezbyt dokładnie, ale uznali, że zaryzykują. Po dotarciu na miejsce zaś tworzyli swój świat na nowo, często w sposób bezwzględny i z użyciem przemocy, nie zawsze też skutecznie. Ich kruchość w obliczu przestrzeni zachodniej Ameryki wydaje się wręcz absurdalna.

Ostatnio pojawiają się na naszym rynku kolejne doskonałe książki dotyczące amerykańskiego Zachodu właśnie, dlatego zachęcam, żebyście spróbowali zmierzyć się z tym tematem. Może nie interesują was pojedynki kowbojów i szeryfów, ale to, jak zachowuje się człowiek w warunkach najbardziej skrajnych, jest chyba zawsze warte zgłębienia. Wybrałam dziesięć książek o amerykańskim Zachodzie, które z różnych przyczyn wywarły na nie wrażenie, ale z pewnością nie jest to dziesiątka najlepszych książek o Zachodzie. Takiego wyboru nie potrafiłabym dokonać, a i zbyt dużo książek jeszcze przede mną.


Od dołu:

Joanna L. Stratton "Pioneer Women. Voices from the Kansas Frontier"

Książka, dzięki której ponownie zainteresowałam się amerykańskim Zachodem, wiele, wiele lat po tym, jak po raz ostatni odstawiłam na półkę "Winnetou". Przeczytałam o niej na jakimś amerykańskim blogu, a że czytałam wtedy dużo o życiu kobiet w dziewiętnastowiecznej Anglii, postanowiłam, że dowiem się czegoś też o tym, co działo się po drugiej stronie oceanu. Joanna Stratton odnalazła zbiór relacji spisanych przez kobiety, które żyły na amerykańskim Zachodzie, zebrała je w całość i opracowała. To absolutnie fascynujący obraz kobiet Zachodu - Indianek, osadniczek, matek, żon, nauczycielek i uczennic. Ich celem nie było przetrwanie, one chciały stworzyć wokół siebie cywilizowany świat, często walczyły o swoje prawa i mierzyły się z niewyobrażalnymi trudnościami. To solidna książka historyczna, którą czyta się jak powieść.

S. C. Gwynne "Imperium Księżyca w Pełni. Wzlot i upadek Komanczów", tłum. Bartosz Hlebowicz

W swojej świetnej serii amerykańskiej, wydawnictwo Czarne umieściło już dwa tytuły dotyczące Dzikiego Zachodu. "Imperium Księżyca w Pełni" to historia plemienia, które najbardziej zaciekle walczyło z najeźdżcami. Z książki wyłania się dość przerażający obraz świata, w którym przemoc była na porządku dziennym. Nic nie jest jednak proste i jednoznaczne - porywane białe dzieci nie chcą wracać do swoich rodzin, białe kobiety zakochują się w swoich porywaczach, a ci bywają nie tylko genialnymi i okrutnymi wojownikami, ale także zręcznymi politykami.

Hampton Sides "Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu", tłum. Tomasz Ulanowski

Kolejna pozycja w tej samej serii to klasyczna, westernowa opowieść. Jej bohaterem jest niejaki Kit Carson, traper-legenda, który walczył z Indianami, ale też bywał ich sojusznikiem. Przez pryzmat jego niejednoznacznej biografii autor opowiada historię podboju Zachodu. Losy Carsona są zaś tak barwne, że trudno uwierzyć, iż to wszystko naprawdę się zdarzyło.

Philipp Meyer "Syn", tłum. Jędrzej Polak

Wiele lat zajęła Meyerowi praca nad książką, która miała za zadanie odmitologizować historię amerykańskiego Zachodu. Powstała

saga rodzinna osadzona w Teksasie, który jest swego rodzaju soczewką skupiającą to, czym naprawdę jest Ameryka. Ja nie potrzebowałam pozbywać się złudzeń, ale i tak lektura mnie zachwyciła. Losy trojga bohaterów, którzy są niesamowicie żywi, są pretekstem do opowiedzenia o tym, kim właściwie są dzisiejsi Amerykanie.

Larry McMurty "Na południe od Brazos", tłum. Michał Kłobukowski

To nie jest książka, o której można napisać w kilku zdaniach. To powieść absolutna, zawierająca chyba wszystko, o czym możecie w kontekście amerykańskiego Zachodu pomyśleć. Doskonale zbudowane postaci, motyw drogi, a w tle westernowy, przytłaczający krajobraz. Przeczytam jeszcze przynajmniej raz, zanim pokuszę się o jakiś dłuższy tekst. Za swoją powieść McMurty dostał Pulitzera, Michał Kłobukowski zaś nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich.

A. B. Guthrie „Droga na Zachód”, tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Pisałam już o tej książce szerzej tutaj. Grupa bardzo różnych ludzi wyrusza do Oregonu, by tam zacząć nowe życie. Kilkumiesięczna podróż w niewielkiej grupie to nie tylko fizyczne wyzwanie. Przede wszystkim to czas, w którym wyjdą na jaw ich słabości, a opowieść o życiu na szlaku jest tak naprawdę opowieścią o tym, kim byli ludzie, którzy ten szlak przemierzali. Powieść można czytać jako samodzielne dzieło, jest jednak częścią sześciotomowego cyklu i stanowi drugi z kolei tom. Pozostałe nigdy nie ukazały się po polsku – czytałam niedawno pierwszy w kolejności, czyli „The Big Sky” i również jestem pod wrażeniem.

Cormac McCarthy „Przeprawa”, tłum. Jędrzej Polak

Właściwie mogłabym umieścić w tej dziesiątce dowolną powieść Cormaca McCarthy'ego, może za wyjątkiem "Drogi". Dlaczego właśnie "Przeprawa", będąca drugim tomem Trylogii Pogranicza? Może dlatego, że jednym z bohaterów jest wilczyca, a lubię wilki? Dla mnie to kolejna powieść doskonała, zawierająca wszystko, za co kocham opowieści o amerykańskim Zachodzie. Jest tu człowiek i dziki zwierz, jest wędrówka w nieznane, jest mierzenie się ze sobą i z otoczeniem. Nie wiem, jak McCarthy to robi, ale dla każdej jego książki zarywałam noc.

Thomas Berger "Mały wielki człowiek", tłum. Lech Jęczmyk

Dopiero teraz do mnie dociera, że o większości z tych książek dotąd nie pisałam. Nie jestem pewna, dlaczego, być może przez to, że po lekturze każdej z tych książek wiedziałam, że będę je chciała przeczytać jeszcze raz. Nie inaczej było z "Małym wielkim człowiekiem", z którym znajomość zawarłam stosunkowo niedawno. To rasowa powieść łotrzykowska osadzona w realiach Dzikiego Zachodu, kolejna, która przez pryzmat losów konkretnej postaci opowiada historię Ameryki. Przezabawna, smutna i wciągająca.

John Williams "Butcher's Crossing"

Książki Williamsa ukazały się ponad pięćdziesiąt lat temu, po czym zostały na ponad pięćdziesiąt zapomniane. W 2013 roku pewien brytyjski księgarz odkrył dla świata "Profesora Stonera", ale moim zdaniem "Butcher's Crossing" jest jeszcze lepszą powieścią. Williams bezlitośnie rozprawia się z mitem Dzikiego Zachodu, wysyłając na prerię idealistycznego i kompletnie nieprzystosowanego młodego człowieka. To czysta, skondensowana opowieść o konfrontacji człowieka z naturą, nie ma w niej zbędnego słowa. Nie ma też Indian i kowbojów, jest jednak sporo brutalnej prawdy o życiu w dziczy i o tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać.

Laura Ingalls Wilder "Little House on the Prairie"

Tej książki nie mogło zabraknąć, choć to grubo polukrowana i ugrzeczniona opowieść dla dzieci. Laura Ingalls Wilder pisze jednak w oparciu o własne wspomnienia, a jej wizja rodziny budującej dom na prerii (a także w gęstym lesie i nad potokiem w innych cześciach cyklu) naprawdę działa na wyobraźnię. Wiemy, że to przesłodzona wersja, przy odrobinie wyobraźni można sobie sporo dopowiedzieć, a najlepiej sięgnąć po jedną z biografii autorki i dowiedzieć się, jak było naprawdę. Cały cykl zaś, składający się z dziewięciu części, to naprawdę urocza i bardzo relaksująca lektura.

Interesuje was tematyka amerykańskiego Zachodu? Czytaliście w dzieciństwie Maya, Wernica albo Curwooda? Kogo umieścilibyście w waszej dziesiątce?

poniedziałek, 17 października 2016

 

Tegoroczny październik, deszczowy i posępny, okazał się dla mnie bardzo intensywnym miesiącem. Zmęczona i skołowana, sięgałam więc wieczorami po kryminały. Okazało się, że przez niektóre z nich poważnie zarwałam parę nocy, co chyba nie było najlepszym pomysłem. Nie sądźcie jednak, że żałuję!

Chociaż więc niedawno pisałam o trzech kryminałach, które polecam na jesienne wieczory, nic nie stoi na przeszkodzie, bym napisała o kolejnych trzech!

„Ściana sekretów” Tany French była typowym, impulsywnym zakupem. Zobaczyłam reklamę na Facebooku, przeczytałam zarys fabuły, przypomniałam sobie, że od dawna chciałam zawrzeć znajomość z tą autorką, a kilka minut później czytałam już pierwsze strony. Są tematy, które działają na mnie jak magnes. Jednym z nich jest przestępstwo popełnione w zamkniętej społeczności, której każdy członek może okazać się mordercą.

U Tany French jest tym ciekawiej, że zamkniętą społeczność tworzy grupka nastolatek uczęszczających do elitarnej szkoły z internatem. Rzecz dzieje się w Irlandii, podejrzanych jest osiem, zaś przestępstwo zostało popełnione kilka miesięcy temu. W szkolnym parku znaleziono wtedy zwłoki Chrisa – przystojnego i lubianego podrywacza z sąsiedniej szkoły dla chłopców. Policji nie udało się znaleźć winnego, i choć sprawa nie została jeszcze zamknięta, wszystkim wydawało się, że pozostanie nierozwiązana. Teraz jednak ktoś przypiął na szkolnej „ścianie sekretów”, czyli tablicy, na której uczennice mogą anonimowo zamieścić dowolne wyzwanie, kartkę ze zdjęciem Chrisa i z podpisem: „Wiem, kto go zabił”. Rezolutna Holly, zaprzyjaźniona z trzema innymi dziewczynami szesnastolatka, idzie po kryjomu do znajomego policjanta i zanosi mu zdjęte z tablicy zdjęcie.

Policjantem tym jest niejaki Stephen, który pracuje w wydziale spraw niewyjaśnionych i marzy o przeniesieniu do wydziału zabójstw. Holly daje mu doskonały pretekst do tego, żeby spróbować włączyć się w śledztwo. Stephen jest zdeterminowany, nie przeszkadza mu nawet fakt, że będzie musiał współpracować z detektyw Conway, która nie cieszy się sympatią swoich kolegów. Ta nietypowa i niezbyt dobrana para będzie miała w zasadzie tylko jeden dzień, by spróbować rozwikłać zagadkę. Kolejnego dnia Stephen będzie musiał wrócić do swojej codzienności.

Osiem dziewczyn miało dostęp do tablicy w kluczowym momencie. Któraś z nich twierdzi, że wie, kto zabił Chrisa. Ale czy na pewno? Czy można ufać szesnastoletnim dziewczynom? Wśród tej ósemki są intrygantki, są tchórzliwe marionetki, są też prawdziwe królowe, które zrobiłyby wszystko, żeby tylko upokorzyć rywalkę. Tana French w przerażająco realistyczny sposób opisała ich świat, sprawiając, że kilka razy podczas lektury odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że nie jestem już i nigdy nie będę nastolatką. Częściej jednak myślałam o swojej córce i udawałam sama przed sobą, że jej codzienność na pewno tak nie wygląda.

Prawda jest jednak taka, że nastoletnie dziewczęta potrafią być niesamowicie okrutne. Jednocześnie bywają jednak naiwne, romantyczne, wierne i oddane, a czasem po prostu bezmyślne. Osiem dziewcząt, z których jedna jest prawdopodobnie morderczynią – która? Czytelnik nie przestaje zgadywać, ale autorka dobrze wie, jak sprowadzić nas na manowce. Wiele razy będzie nam się zdawało, że rozwikłaliśmy zagadkę, ale równie często zrozumiemy, że się myliliśmy.

Szkoła, w której toczy się akcja, jest dość mrocznym, a mimo to fascynującym miejscem. Otaczający ją park wydaje się równie magiczny jak góry Caatskill, w których Rip van Winkle przespał dwadzieścia lat. Także tutaj można przepaść wśród wysokich drzew, zwłaszcza jeśli uda nam się wymknąć ze szkoły nocą. Poznajemy nasze osiem bohaterek na dwóch planach – słuchamy tego, co zeznają dwojgu detektywów i śledzimy ich przeszłość. Poznajemy też samego Chrisa, któremu zostało najpierw kilka miesięcy, potem kilka tygodni, a wreszcie tylko kilka dni życia. Przenosząc się w czasie, próbujemy powiązać różne wątki, zrozumieć, co naprawdę się stało, a przede wszystkim, dlaczego.

Zauroczyła mnie ta powieść. Ostrzegam – jest naprawdę długa, a akcja nie zawsze toczy się wartko. Mimo to nie mogłam się od niej oderwać, a szkolny świat Holly i jej przyjaciółek wydawał mi się bardziej rzeczywisty niż pogrążone w ciszy mieszkanie. Czytałam przez większą część nocy, ciesząc się, że następnego dnia jest niedziela. Kiedy wszystkie zagadki zostały wyjaśnione, poczułam żal, i to podwójny – że to koniec, i że właśnie tak musiało być. Polubiłam te wszystkie nieznośne, oderwane od rzeczywistości smarkule. I nie macie pojęcia, jak się cieszę, że czeka na mnie jeszcze sporo książek tej autorki!

Kilka dni później znowu się nie wyspałam, tym razem jednak z powodu całkiem innej książki. W Raz na zawsze" Andreasa Pflügera zamiast kameralnego dochodzenia i wąskiego grona podejrzanych mamy tu bohaterkę będącą doskonale wyszkoloną agentką, pracującą do specjalnej jednostki niemieckiej policji. Jenny Aaron jest piękna i niesamowicie skuteczna. Uroda pomaga uśpić czujność jej przeciwników, a ona sama umie sobie radzić w najtrudniejszych sytuacjach. Nie poradziła sobie tylko raz, podczas otwierającej książkę akcji. Ona i jej partnerzy zostali wtedy przechytrzeni, kilka osób zginęło, a Jenny, kochająca strzelać, nie wyobrażająca sobie życia bez pracy w policji Jenny, straciła wzrok.

Czy można być nadal policjantką, kiedy się nie widzi? Jenny już raz nauczyła się więcej, niż przeciętny człowiek. Po stracie wzroku zaczęli z nią pracować najlepsi trenerzy. Nauczyli ją, jak orientować się w przestrzeni za pomocą dźwięków. Stuk obcasów, kląskanie językiem, uderzanie garnkiem o pokrywkę – to wszystko są informacje, a Jenny umie je odczytywać. Ma tak wyćwiczony słuch, że potrafi się zorientować, że w pokoju jest ktoś, kto się nie rusza i nie odzywa. Ale czy to wystarczy, kiedy okaże się, że na Jenny poluje zawodowy morderca?

Powieść niemieckiego pisarza to doskonała mieszanka sensacji, powieści psychologicznej i thrillera. Jeśli wydaje wam się, że autor przesadził, tworząc postać Jenny, zajrzyjcie do posłowia, w którym wymienione są organizacje i eksperci, z którymi autor się konsultował. Jenny jest fascynującą bohaterką, a akcja „Raz a zawsze” toczy się na tyle wartko, że zarwana noc jest nie tylko potencjalnym zagrożeniem – jest po prostu pewna, jeśli zagłębicie się w lekturze późnym popołudniem.

Koledzy Jenny to ludzie niezwykle honorowi. Potrafią docenić zasługi swoich kolegów i gotowi są do wielu poświęceń. W tej książce trafią na godnego przeciwnika, który będzie umiał wykorzystać ich mocne strony i sprawić, że staną się słabymi punktami. Niektóre sceny są może nieco przerysowane, niemniej od powieści trudno się oderwać. Kolejne zwroty akcji przeplatane są nowymi tajemnicami, które wychodzą na jaw, a w środku wszystkiego jest Jenny – bohaterka, której nie sposób nie kibicować. Przy okazji tej naprawdę doskonałej lektury można się sporo dowiedzieć o tym, jak wygląda życie ludzi niewidomych i jak mogą oni postrzegać świat. Autor solidnie się do napisania tej książki przygotował, i na szczęście zapowiedział już, że to nie koniec jego przygody z postacią Jenny. Chętnie przeczytam kolejne części.

Najdłużej i najmniej intensywnie czytałam „Dziewiąty grób” Stefana Ahnhema. I tym razem, podobnie jak w przypadku Tany French, zawarłam znajomość z autorem nieco przypadkowo. Przeczytałam kilka pochlebnych opinii o pierwszej jego książce, czyli „Ofierze bez twarzy”, zanotowałam tytuł, a kiedy zobaczyłam, że ukazała się kolejna książka, która opowiada o wcześniejszych losach policjanta będące bohaterem „Ofiary bez twarzy”, postanowiłam, że to dobra okazja do sprawdzenia, czy ten pisarz faktycznie wart jest uwagi.

Początki były całkiem obiecujące. Mnogość postaci nie robiła na mnie wrażenie, po lekturze książek Arnego Dahla niełatwo mnie pod tym względem zaskoczyć. Intryga wydawała się dość zagmatwana. Znikały kolejne osoby, a ktoś robił im paskudne rzeczy. Policja błądziła we mgle, nie umiała powiązać ze sobą różnych przypadków, tym bardziej, że sprawca nic sobie nie robił z granic państwowych i działał na terenie Szwecji i Danii. A może to nie był jeden człowiek? Nic nie wiemy, niczego nie jesteśmy się w stanie domyślić.

Jednak mimo to, że sami czujemy się bezradni, irytuje nas nieudolność policji. Są tak zajęci personalnymi rozgrywkami w swoich komendach, tak bardzo skupieni na sobie, że śledztwo wydaje się im całkowicie umykać. Fabian Risk jest szczególnie irytujący – rozmemłany, niezdecydowany i depresyjny. Jego koleżanka radzi sobie dużo lepiej, ale jest w zaawansowanej ciąży i niewiele może zdziałać. Pozostali w ogóle nie interesują się śledztwem, najchętniej by je jak najszybciej zamknęli.

Fabian mnie irytował, przyznaję, jednak to nie on jest najsłabszym ogniwem tej książki. Można znieść rozedrganego bohatera, jeśli zostaje on uwikłany w wir intrygujących wydarzeń. Akcja może i jest wciągająca, ale autor idzie drogą, która niespecjalnie mi się podoba. Chcąc się czymś odróżnić od licznych konkurentów, wymyśla zbrodnie naprawdę brutalne, po czym opisuje je nad wyraz obrazowo. Nie lubię takich dosadnych opisów, nie wydaje mi się, że wnoszą cokolwiek do fabuły. Mam wrażenie, że epatując przemocą, autor często próbuje ukryć niedostatki warsztatu albo brak pomysłu na intrygę. Stefan Ahnhem nie musiał tego robić. Jego intryga jest całkiem zgrabnie wymyślona i poprowadzona, a samodzielne rozwikłanie zagadki nie jest łatwe. Bohaterowie nie budzą specjalnej sympatii, ale całość jest dobrze pomyślana i napisana. Brutalne sceny przestępstw nie mają, moim zdaniem, żadnego uzasadnienia.

Czytałam tę książkę prawie przez tydzień, nie czując potrzeby do tego, by czytać do późnej nocy. Wierzę, że „Ofiara bez twarzy” to dobra książka i nie wykluczam, że kiedyś po nią sięgnę, jednak „Dziewiąty grób” mojego zachwytu nie wzbudził.

Tana French „Ściana sekretów”

Tłum. Łukasz Praski

Wydawnictwo Albatros 2016

Moja ocena: 5.5/6

 

Andreas Pflüger „Raz na zawsze"

Tłum. Sława Lisiecka

Wydawnictwo Otwarte 2016

Moja ocena: 5/6

 

Stefan Ahnhem Dziewiąty grób"

Tłum. Ewa Wojciechowska

Wydawnictwo Marginesy 2016

Moja ocena: 3.5/6

 


 

czwartek, 06 października 2016

Od czasu do czasu moją uwagę przyciąga nieznane, obco brzmiące nazwisko na okładce książki, o której nigdy nie słyszałam. Ponieważ lubię wyprawiać się w nowe, czytelnicze rewiry, bywa to dla mnie zachętą. Tak właśnie było z książką Aline Ohanesian, debiutującej pisarki amerykańskiej ormiańskiego pochodzenia. Postanowiłam, że zaryzykuję i sięgnęłam po książkę, która zupełnie nic mi nie mówiła. Czy było warto? Za chwilę odpowiem na to pytanie.

Najpierw jednak przypomnę, że na początku XX wieku Ormianie stali się ofiarą pierwszej zbrodni ludobójstwa w XX wieku. W latach 1915-1917 rząd turecki postanowił pozbyć się ludności ormiańskiej, deportując i mordując. Zginęło wówczas około półtora miliona ludzi. Rząd turecki do dzisiaj nie przyznał się do winy, twierdząc, że Ormianie zginęli wskutek działań wojennych i epidemii. Kwestia ta ciąży na stosunkach ormiańsko-tureckich, a diaspora ormiańska na całym świecie podtrzymuje pamięć o tragedii. Mieszkająca w Stanach Aline Ohanesian luźno oparła swoją książkę na historii usłyszanej z ust babci. "Dziedzictwo Orchana" miało uświadomość amerykańskim czytelnikom, czym tak naprawdę była rzeź Ormian i jaki cień rzuca po dziś dzień.

Z pewnością cel ten został zrealizowany. Książka podbiła amerykański rynek. Została nominowana przez czytelników do nagrody za najlepszy debiut portalu Goodreads, pojawiła się też w kilku zestawieniach najlepszych książek roku. Historia opisana przez Ohanesian przykuwa uwagę i porusza, dlatego nic dziwnego, że spodobała się wielu czytelnikom.

Początek jest intrygujący. Orchan, mieszkający w Stambule młody mężczyzna, jedzie do rodzinnej wioski na pogrzeb ekscentrycznego dziadka, ktory utopił się w kadzi z farbą. Prawnik odczytuje testament. Okazuje się, że wbrew tradycji, rodzinną firmę dziedziczy właśnie Orchan, pominięty zaś zostaje jego kipiący ze złości ojciec. Tego się jednak wszyscy spodziewali, wiedząc, że Orchan był oczkiem w głowie dziadka. Kolejny zapis jednak wprawia rodzinę w osłupienie - ich dom został zapisany nikomu nie znanej kobiecie. Czy dziadek miał jakiś romans? A jeśli tak, to kim jest jego kochanka i dlaczego nikt o niej nie słyszał? A może ciotka wie więcej, niż ujawnia? To ona sugeruje Orchanowi, że dziadek nie napisał nic więcej, bo chciał, żeby jego wnuk odnalazł tajemniczą spadkobierczynię. Chłopak leci więc do Ameryki, by poznać staruszkę, która odziedziczyła jego rodzinny dom.

Narracja toczy się w dwóch planach czasowych - współcześnie i w roku 1915. Domyślamy się od początku, że losy dziadka Orchana będą miały jakiś punkt styczny z tragedią, jaka spotkała Ormian, a testament sugeruje, że pojawią się elementy romansu. I tu muszę przyznać, że trochę mi szkoda, że powieść okazała się właśnie ku romansowi ciążyć. Ohanesian porażająco sugestywnie opisuje los Ormian, przenosząc czytelnika w przerażający świat, dobrze znany z książek o Holokauście. Tajemnica rodzinna wydaje się wprawdzie oczywista, jednak i tutaj autorka potrafila zaskoczyć, bez wątpienia też udało jej się zagrać na emocjach czytelnika, zwłaszcza tego, który nie naczytał się zbyt dużo o tym, co człowiek potrafi zgotować innemu człowiekowi.

Dla mnie zbyt wiele było jednak w tej historii melodramatyzmu. Czytało się to dobrze, z emocjami, tym bardziej, że Ohanesian pisze bardzo ładnym językiem, dobrze przełożonym na piękną polszczyznę. Tylko oczekiwania miałam chyba nieco za wysokie. Spodziewałam się dzieła, a dostałam czytadło z kawałkiem przejmującej historii w tle.

Mimo to warto przeczytać "Dziedzictwo Orchana", zwłaszcza jeśli o rzezi Ormian wiemy tylko tyle, że była. Nie nastawiajmy się jednak na wielką literaturę. To smutna historia miłosna, napisana sprawnie i z wyczuciem. Dobrze, że to właśnie Orchan jest głównym bohaterem. Turecki chłopak, który będzie musiał sam zdecydować, co zrobić z niespodziewanie mu objawioną przeszłością, staje się swego rodzaju symbolem. Jednak czy pojednanie będzie kiedykolwiek możliwe?

Moja ocena: 4,5/6

Aline Ohanesian "Dziedzictwo Orchana"

Tłum. Anna Minczewska-Przeczek

Wydawnictwo Kobiece 2016


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...