wtorek, 29 listopada 2016

Zaczęło się od ziarnistych, czarno-białych fotografii. Oglądałam wysmukłe kormorany, wtedy równie dla mnie egzotyczne, jak lwy z programów przyrodniczych. Wsiadałam w autobus i jechałam do pętli, stamtąd półgodzinny spacer przenosił mnie na poligon, po którym przechadzały się sarny, a z trawy wzlatywały nagle bażanty. Zapełniałam kolejne klisze kiepskimi zdjęciami podświetlonych słońcem gałęzi, trzcin na rozlewisku, brzózek na wietrze. Na szczęście nastał internet - pokazałam swoje zdjęcia na fotograficznej grupie dyskusyjnej, a oglądając zdjęcia innych członków grupy, zdałam sobie sprawę, co robię źle. Pojechałam na pierwszy plener. Nie znałam nikogo, ale czułam się jak wśród starych znajomych. Z wieloma poznanymi wtedy osobami wciąż się przyjaźnię. Z jedną nawet dzielę życie.

Wciąż chodzę w teren, z aparatem lub bez. Pasja do fotografii przyrodniczej zmieniła się w coś więcej. A może zawsze było to coś więcej? W lesie, na łące, w górach czuję, że żyję - pełniej i świadomiej. Mieszkam w blokowisku i tęsknię za drzewami i ciszą. Robię, co mogę - latem mój balkon jest co do centymetra zarośnięty zielskiem, zimą stanowi stołówkę dla ptaków z całego osiedla. Przede wszystkim zaś czytam. O roślinach, zwierzętach, o ludziach żyjących wśród zwierząt, o górach i łąkach. A ostatnio, dzięki temu, że wydawnictwa coraz śmielej wkraczają na teren literatury przyrodniczej, także o lesie. W ostatnim kwartale roku ukazały się bowiem aż dwie doskonałe książki dotyczące drzew.

"Nasz las i jego mieszkańcy" Bohdana Dyakowskiego to dla mnie swoisty powrót do korzeni. Nie czytałam Dyakowskiego w dzieciństwie, ale jego gawędziarski styl przypomina opowieści o zwierzętach Jana Żabińskiego, którymi zaczytywałam się, zamiast robić lekcje. Dyakowski był jednym z pionierów ochrony przyrody w Polsce, współzałożycielem Ligi Ochrony Przyrody. Jego książka o lesie, choć liczy sobie już ponad sto lat, nie zestarzała się specjalnie. Jej lektura jest wciąż przyjemnością, Dyakowski opowiada bowiem o leśnych zwierzętach ze swadą i werwą, właściwymi dla rasowego gawędziarza. Chętnie cytuje poezję, a szczególnie upodobał sobie Mickiewicza. Każdy rozdział to opowieść o innym aspekcie leśnego ekosystemu, a często o innym mieszkańcu lasu. Opowieści te pełne są ciekawostek, ale także informacji związanych z ochroną przyrody. I tak z rozdziału o kukułce dowiemy się, dlaczego podrzuca ona swoje jajka innym ptakom, zamiast je samodzielnie wysiedzieć (nie dałaby rady, ponieważ w przeciwieństwie do większości ptaków, składa jaja przez wiele tygodni, nie mogłaby więc karmić piskląt, ponieważ wciąż wysiadywałaby następne jajka), i do jakich forteli się ucieka, żeby podrzucić jajka nawet do niedostępnych gniazd (znosi jajko na ziemię, przenosi w dziobie na brzeg gniazda lub dziupli i ostrożnie wpycha do środka). Dyakowski nie zapomina jednak o podkreśleniu, że choć kukułka wysługuje się innymi gatunkami, jest niezbędna w leśnym ekosystemie, ponieważ zjada kosmate gąsienice, których nie jedzą inne ptaki. Gdyby zabrakło kukułek, gąsienice rozmnożą się ponad miarę i zniszczą las.

"Nasz las i jego mieszkańcy" wygląda na poważne dzieło, tak naprawdę będzie jednak doskonałą lekturą dla starszych dzieci. Dyakowski opowiada bardzo przystępnie, rozdziały są dość krótkie, styl bardzo żywy, całość więc doskonale sprawdza się w czytaniu na głos. Dorosły czytelnik też nie będzie rozczarowany, bo Dyakowski nie pisze infantylnie. Przeczytałam z zaciekawieniem i przyznam, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy.

O ile książka Dyakowskiego dotyczy tylko polskiej przyrody, o tyle Peter Wohlleben opowiada o drzewach z całego świata. Jak sam tytuł wskazuje, "Sekretne życie drzew" to książka o drzewach właśnie. Nie znajdziemy w niej zbyt wiele wiadomości o lisach, chrząszczach i dzięciołach, których pełno w książce Dyakowskiego, nie znaczy to jednak, że Wohlleben nie ma wielu ciekawostek w zanadrzu. Okazuje się, że drzewa potrafią być równie fascynującym tematem, a ich życie skrywa sporo tajemnic.

"Sekretne życie drzew" Petera Wohllebena odniosło zadziwiający sukces na międzynarodowym rynku wydawniczym, a po lekturze wcale się temu nie dziwię. Drzewa w opowieści Wohllebena to fascynujące istoty. Nie tylko potrafią doskonale wykorzystać warunki, w których przyszło im rosnąć, ale także potrafią się wzajemnie wspierać. Za pośrednictwem systemu korzeniowego dzielą się nadmiarem składników pokarmowych, ratując słabsze osobniki. Wymieniają się także informacjami - za przykład mogą posłużyć akacje, ostrzegające się nawzajem przed skubiącą ich liście żyrafą. Drzewa te nasączają liście toksyczną substancją, która odpędza żyrafy, jeśli zostaną ostrzeżone, mogą zrobić to nawet zanim zwierzę zacznie się pożywiać ich liśćmi.

Wohlleben na potrzeby swojej książki nieco antropomorfizuje drzewa, opowiadając o tym, jak się wspierają, informują i bronią. Taki zabieg nie jest jednak nadużyciem, ponieważ autor nie sprowadza czytelnika na manowce. Rzetelnie zapełnia kolejne rozdziały zadziwiającymi informacjami, i choć czasem jego opowieści wydają się niepokojące (drzewa stają się nieco zbyt podobne do ludzi), każda stawiana przez niego teza jest poparta wieloma przykładami i dowodami. Kiedy pisze, że drzewa mają charakter, niektóre są bardziej bojaźliwe niż inne, możemy się żachnąć. Kiedy jednak przeczytamy, że chodzi o to, iż niektóre drzewa szybciej zrzucają liście jesienią, chcąc uniknąć ryzyka, jakim jest nagły mróz i wiatr (liście w zimie są nie tylko zbędne, narażają drzewo na większe ryzyko), a inne trzymają kilka liści do ostatniej niemalże chwili, magazynując zapasy. Oczywiście, żadna z tych strategii nie jest wynikiem długotrwałych rozważań, ale na potrzeby opowieści można je opisać jako różnice w charakterze poszczególnych osobników.

Po co w ogóle czytać o lasach i drzewach? Czy takie książki, a także inne, o ptakach, pszczołach, wilkach i innych żywych stworzeniach nie są nudne? Może właśnie po to, żeby się przekonać, że nie są. Najzwyczajniej w świecie fajnie jest wiedzieć coś więcej o tym, co nas otacza. Popatrzeć na najbliższe drzewo i umieć je nazwać - rzecz prosta, a przecież bardzo już rzadka! Umieć odpowiedzieć na pytanie dziecka o powód zrzucania przez drzewa liści na zimę. Pójść na spacer do lasu i popatrzeć na zieloną ścianę liści jak na tajemniczy labirynt skrywający w swoich zaułkach niejedną tajemnicę.

"Sekretne życie drzew" ukazało się właśnie w nowej, ilustrowanej wersji, z pięknymi zdjęciami moich dwóch kolegów - jednym z nich jest Adam, z którym znamy się właśnie od czasu tego pamiętnego, pierwszego pleneru. "Nasz las i jego mieszkańcy" także ma ilustracje. Są nimi czarno-białe fotografie Włodzimierza Puchalskiego, te właśnie, które z wypiekami na twarzy oglądałam w dzieciństwie, kiedy internet i piękne, zagraniczne albumy nawet mi się nie śniły.

Moja ocena obu tytułów: 5/6

Tutaj zaś znajdziecie dziesięć nietypowych książek o lesie :)

środa, 23 listopada 2016

Nie przepadam za opowiadaniami. Nie umiem ich czytać, denerwuję się, kiedy nagle opowieść się kończy, a ja dopiero zaczęłam wnikać w świat w niej przedstawiony. A jednak opowiadania George'a Saundersa przeczytałam na jednym oddechu. Zajrzałam do "10 grudnia" z czystej ciekawości, tyle się bowiem naczytałam o tym zbiorku w amerykańskiej prasie. Zajrzałam, przeczytałam pierwsze opowiadanie i zaparło mi dech. Dosłownie! Po przeczytaniu zaś wszystkich dziesięciu mówię z pełnym przekonaniem - nic lepiej napisanego już w tym roku nie przeczytacie.

George Saunders przywraca wiarę w to, że w literaturze jeszcze nie wszystko zostało powiedziane (wiarę, której ja nigdy nie straciłam, ale niektórzy chyba tak). Kocham wielkie, realistyczne powieści i wierzę w to, że wciąż można w tradycyjny sposób opowiadać nowe rzeczy. Wciąż jednak zdarzają się pisarze, którzy potrafią napisać tak, jak nikt przed nimi nie pisał.

Na czym polega fenomen opowiadań Saundersa? Nie potrafię go ubrać w słowa po jednym przeczytaniu (będę czytać ponownie, tym razem w oryginale), powiem tylko, że lektura tej książki przypomina jazdę kolejką górską. Nieoczekiwanie zaczynamy spadać, potem tętno nam się wyrównuje, wiemy jednak, że za chwilę znowu nastąpi ostry zakręt i świat wokół nas zawiruje. Tak pisze Saunders.

W zbiorze znajdziemy dziesięć opowiadań, a wszystkie opowiadają o ludziach, którym życie w jakiś sposób dało w kość. Są zagubieni, nie do końca zdają sobie sprawę, że za daleko wybiegają w marzeniach, że nigdy nie uda im się żyć takim życiem, jakie sobie wyobrazili. American dream nigdy się w ich wypadku nie ziści, oni jednak tego nie wiedzą. Co gorsza, przez moment wydaje się, że to, do czego aspirują, jest w zasięgu ręki. Zakompleksiony mężczyzna wygrywa na loterii, ale przepuszcza wygraną na bezsensowny symbol statusu, nie chcąc, by jego córka czuła się gorsza od dzieci sąsiadów. Ciężko pracujący woźny dostaje awans, ale zaprzepaszcza go, zdradzając w momencie przesadnej szczerości, co ma na sumieniu jego szef. Bohaterowie Saundersa zazdroszczą innym i nie potrafią tej zazdrości opanować, gubią się w natłoku własnych emocji.

Jednocześnie jednak Saunders nie pozbawia nikogo, a zwłaszcza czytelnika, resztek nadziei. Mimo małostkowości, zawiści i przerostu ego, jego bohaterowie wskutek nieoczekiwanych porywów czynią też dobro. Nic nie jest przewidywalne, nie ma żadnych reguł. Użalający się nad sobą przegrany potrafi kogoś ocalić albo zostaje ocalony, tak po prostu. Świat jest okrutny dla wielu, ale promyki nadziei pojawiają się znienacka.

Największe wrażenie zrobiło na mnie chyba ostatnie, tytułowe opowiadanie, w którym na zamarzniętym jeziorze przecinają się losy nadwrażliwego, obdarzonego bujną wyobraźnią chłopca i nieuleczalnie chorego mężczyzny, który planuje popełnić samobójstwo. Kilkanaście stron zaledwie, a na nich dwie pełne, żywe osoby. Jak Saunders to zrobił, że w tym krótkim tekście zdołał przekazać nam tyle prawdy na ich temat? I jakim cudem ta opowieść nie ociera się o sentymentalizm?

Tak naprawdę jednak wrażenie robi każde z dziesięciu opowiadań. Świetna jest "Ucieczka z Pajęczej Głowy", porażająca wizja futurystycznego społeczeństwa, prowadzącego eksperymenty na skazańcach. Doskonałe są też "Patyki", w których na dosłownie 3-4 stronach opowiedziane są całe losy jednej rodziny. Każdy rozdział niesie kolejne olśnienie.

Nie sposób pisać o polskim wydaniu tej książki, długo oczekiwanym, nie wspominając o tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego, miejscami ocierającym się o doskonałość, miejscami zaś przekombinowanym. Analizy tego tłumaczenia znajdziecie w Dwutygodniku i w Nameste, ja zaś czuję potrzebę przeczytania teraz Saundersa w oryginale. A potem może jeszcze raz po polsku, porównując obie wersje i ucząc się. Niektóre decyzje tłumacza były  mało trafione i coś w trakcie lektury zgrzyta, jednak większa część tekstu przetumaczona jest z prawdziwą wirtuozerią, błyskotliwie wręcz. Ciekawy to przypadek, myślę, że studenci translatoryki będą go w przyszłości zgłębiać.

Moja ocena: 6/6

"10 grudnia" George Saunders

tłum. Michał Kłobukowski

Wydawnictwo W.A.B. 2016

poniedziałek, 07 listopada 2016

Od lat czytałam o targach książki we Frankfurcie - o tym, że to największe i najważniejsze targi książki na świecie, że to tam kupowane są prawa do wydania największych hitów, i jeśli pracuje się w branży wydawniczej, po prostu trzeba tam bywać. W tym roku po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć na własne oczy, co to właściwie znaczy. Pracując od półtora roku jako rights manager zdążyłam już trochę się dowiedzieć o tym, jak ten świat wydawniczy działa. Na targi do Londynu pojechałam, nie wiedząc, czego się spodziewać, ale do Frankfurtu pojechałam lepiej przygotowana, przede wszystkim psychicznie. Frankfurckie targi i tak mnie zdołały zaskoczyć, przede wszystkim swoim ogromem. Niby spodziewamy się tego, ale jednak.

Zarówno targi w Londynie, jak i te we Frankfurcie, to targi branżowe. To oznacza, że na stoiskach nie sprzedaje się książek! Tylko ostatni z pięciu dni targowych otwarty jest dla publiczności, choć w halach z wydawnictwami niemieckimi sprzedaż była prowadzona na niektórych stoiskach także wcześniej. Jednak w pozostałych halach i na większości stoisk odbywają się tylko spotkania biznesowe, podczas których wydawcy i agenci kupują i sprzedają prawa do książek. Spotkania prowadzi się także z autorami, ilustratorami i zapewne wieloma innymi osobami, jednak przede wszystkim przegląda się katalogi, omawia ich zawartość, ogląda książki i szuka interesujących tytułów dla swojego wydawnictwa, bądź, będąc po drugiej stronie stołu, szuka wydawców z róznych krajów dla swoich książek.

Typowe stoisko dużej grupy wydawniczej (tutaj Hachette)

Na stoiskach dużych wydawnictw lub agencji nie ma co liczyć na chwilę rozmowy, o ile nie umówiliśmy się wcześniej (naprawdę duuużo wcześniej) na spotkanie. Małe stoiska bardziej przypominają jednak to, co znamy z polskich targów - zazwyczaj jest na nich ktoś, z kim można zamienić parę słów. Spotkania odbywają się wszędzie, przede wszystkim jednak w olbrzymim centrum agentów, które zajmuje cały poziom jednej hali i jest stosunkowo mało przyjemne - panuje tam ciągły hałas, jest gorąco i duszno, spotkania odbywają się w odstępach półgodzinnych, a wszystko to przypomina trochę jakąś halę fabryczną. Niemniej, wiele spotkań przebiega w przemiłej atmosferze, a od notowania kolejnych ciekawych tytułów szybko zaczyna boleć ręka.

Centrum agentów zajmuje jeden poziom, hale są bowiem kilkupoziomowe. Z tego powodu trudno się doliczyć, ile ich właściwie jest. Są jednak tak duże i na tyle od siebie oddalone, że można się przemieszczać między nimi po ruchomych chodnikach, zaś od wejścia do hali humer sześć kursuje minibus. Wszystko jest doskonale oznakowane i zgubić się nie sposób, zmęczyć za to bardzo łatwo.

Osoby, które lubią wiedzieć, co wydaje się w innych częściach świata, mogą się tam poczuć jak w raju. Dwie ogromne hale mieszczą wydawnictwa anglojęzyczne, kolejna przeznaczona jest dla krajów europejskich nieanglojęzycznych. W oddzielnej mieszczą się stoiska wydawców z Azji, a pojedyncze kraje z innych kontynentówmają stoiska rozrzucone w różnych miejscach. Oprócz obejrzenia książek można spróbować potraw charakterystycznych dla danego rejonu, a także obejrzeć różne gadżety. Łącznie we Frankfurcie wystawiają się wydawcy z ponad stu krajów, a liczba stoisk przekracza 7400!

Stoisko wientamskie - książki na stole układają się w kształt Wietnamu

Coś dla miłośników mangi

Wydawcy prześcigają się w pomysłach, chcąc uczynić swoje stoisko bardziej oryginalnym i atrakcyjnym wizualnie. Rzuca się to w oczy zwłaszcza w halach przeznaczonych dla wydawnictw niemieckich. Tam też tłoczy się najwięcej ludzi, nawet w dni, które teoretycznie są branżowe.


I u nas, i w innych krajach, gwiazdami bywają ci sami autorzy.

Całe sekcje przeznaczone są dla książek kucharskich. Odbywają się tam pokazy gotowania, degustacje, a kupić można nie tylko książki, ale także produkty niezbędne do ugotowania niektórych potraw. Na dłużej przepadłam w hali, w której sprzedawano gadżety okołoksiążkowe, oglądając kubki, torby, zakładki, notesiki, etui na okulary, śmieszne prezenty i miliony innych, czasem absurdalnych, a czasem naprawdę pomysłowych rzeczy.


Kapitan Spock spotyka Barda - tylko we Frankfurcie ;)

Przede wszystkim zaś wszędzie są książki, tysiące książek, pięknych, lśniących, intrygujących. Poustawiane na półkach, tworzące ściany, na których tle można sobie robić zdjęcia, leżące w stosach. Zanotowałam tyle tytułów, zrobiłam tyle zdjęć okładek, że choć od targów minęły już dwa tygodnie, jeszcze nie zdążyłam wszystkich sprawdzić!

Jednym słowem, jest na co popatrzeć, jest co robić, a zobaczenie wszystkiego jest właściwie niemożliwe.

Po intensywnych targowych dniach niewiele siły zostaje na zwiedzanie miasta. Możliwe więc, że Frankfurt ma swoje uroki, ja jednak nie zachwyciłam się tym miastem. Spacerowaliśmy po nim długo codziennie wieczorem, mimo naprawdę kiepskiej pogody i zmęczenia. Niestety, nie można powiedzieć, żeby było to urodziwe miasto. Prawie wszystkie budynki zostały zniszczone pod koniec wojny, miasto zostało praktycznie zrównane z ziemią, i nie zostało zbyt ładnie odbudowane. Starówka ogranicza się dosłownie do kilku ulic i jednego placu. Po oswojeniu się jednak z tym, że wszędzie stoją wysokie budynki, dźwigi i niezbyt urodziwe biurowce, można dostrzec, że i we Frankfurcie bywa ładnie, a nawet uroczo.

Najprzyjemniejszą częścią jest trasa spacerowa wiodąca wzdłuż rzeki. Wyobrażam sobie, że latem jest tam tłoczno, można kupić lody albo posiedzieć na trawie. Nawet w jesiennym deszczu przyjemnie się tamtędy chodzi. Po przejściu na południowy brzeg mamy widok na centrum, w którym siedzibę mają najważniejsze banki i instytucje finansowe. Ponieważ rzeka nazywa się Men, po niemiecku Main, dzielnicę tę nazywa się powszechnie Mainhattanem.

Jak w wielu innych miastach, tak i tutaj jest most, który zakochane pary obwieszają kłódkami.

Ponieważ pisanie o książkach zbliża ludzi, spotkałam się we Frankfurcie z mieszkającą tam Agnieszką, z którą od dawna znamy się internetowo. Dzięki wspólnej przechadzce i wieczorowi w pubie przekonaliśmy się, że Frankfurt jest znacznie ciekawszy, niż na pierwszy rzut oka wygląda. Liczne wydarzenia kulturalne rekompensują brak urody. Miasto zresztą faktycznie tętni życiem, a sąsiadujące ze sobą ulice mają całkiem inny charakter.

Żałuję, że nie udało mi się zwiedzić domu, w którym urodził się Goethe, ale zbyt póxno wychodziliśmy z targów. Obejrzałam go tylko z zewnątrz:

Frankfurt to dziwna mieszanka starego z nowym. Na pierwszy rzut oka nie zachęca, ale nie jest to całkiem nieinteresujące miasto. Targi książki są zaś po prostu fantastyczne, intrygujące i zdecydowanie warte odwiedzenia. No i niewykluczone, że kilka ciekawych tytułów, które tam wypatrzyliśmy, ukaże się w przyszłym roku w Czwartej Stronie i w Wydawnictwie Poznańskim, czekajcie :)


piątek, 04 listopada 2016

Wykorzystując formułę zagadki zamkniętego pokoju, Anna Fryczkowska stworzyła udaną powieść psychologiczną z wątkiem kryminalnym. Kilka kobiet umawia się na babski wieczór w domu jednej z nich - mieszkającej na uboczu Zuzi. Pogoda nie zachęca do wyjścia z domu, więc na miejscu zjawia się tylko kilka z zaproszonych osób. Atmosfera jest raczej gęsta. Dwie z koleżanek to rywalizujące ze sobą pisarki, autorki powieści kryminalnych, niezbyt zręcznie się ostatnio czujące w swoim towarzystwie. Wieczór zaczyna się więc raczej nieciekawie, panie trochę się rozchodzą po kątach, a impreza nie ma szansy się rozkręcić, ponieważ nagle okazuje się, że jedna z nich została zamordowana. Dom jest zasypany śniegiem, dookoła domu nie widać żadnych śladów, wszystko więc wskazuje na to, że morderczynią jest jedna z nich.

Nie ma szansy na szybki przyjazd policji, a panie nie wiedzą, co ze sobą począć. Alkohol robi swoje - zaczynają rozmawiać i szybko się okazuje, że nie znały się aż tak dobrze, jak im się wydawało. Zamiast policyjnego śledztwa mamy więc swoistą sesję terapeutyczną, podczas której wychodzą na jaw głęboko skrywane żale, niezaspokojone ambicje i lęki.

Autorka korzysta z ogranych motywów, splatając je jednak w sposób zgrabny i świeży. Widać w tej książce inspiracje zarówno Agathą Christie, jak i Joanną Chmielewską. Fryczkowska pisze lekko i ironicznie, sprawnie prowadzi czytelnika na manowce i wykorzystuje różne rodzaje narracji. Pojawiają się fragmenty powieści pisanej przez jedną z bohaterek, a także wewnętrzne monologi chorującej na autyzm siostry gospodyni domu. Przede wszystkim jednak są rozmowy, z których wyłania się smutny, ale też intrygujący świat kobiet, które żyją jakby na marginesie prawdziwego świata, mimo iż pozornie nic im nie brakuje. Każda z nich dąży do czegoś innego, a cel wydaje się wciąż umykać. Zapatrzone w siebie, dopiero teraz zaczynają dostrzegać, że działając w dobrej wierze, często robiły krzywdę sobie i innym.

Powieści Fryczkowskiej wpisują się w nurt zwany "domestic noir", czyli powieści z wątkiem kryminalnym, w których nie występują policjanci i detektywi. Wszystko rozgrywa się w gronie rodziny i przyjaciół, zbrodnie popełniane są przez najbliższych i to oni też prowadzą amatorskie dochodzenie. Ważniejszy jest aspekt psychologiczny, niż samo śledztwo. Mroczna, gęsta atmosfera z rzadka tylko jest rozwiewana przez cierpki humor. Czyta się to doskonale.

Moja ocena: 5/6

Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"

Wydawnictwo Burda Książki 2016

Polecam także inne powieści Anny Fryczkowskiej (recenzje otworzą się po kliknięciu na okładkę):

niedziela, 23 października 2016

Nigdy nie przepadałam za westernami.

Kiedyś wybrałam się nawet na westernowy maraton. Oglądaliśmy trzy filmy jednej nocy. Zasnęłam w połowie drugiego, trzeci pamiętam jak przez mgłę. Owszem, kochałam Winnetou miłością bezkrytyczną, fascynowali mnie Indianie i czytałam o nich sporo, ale cała reszta westernowego świata mnie raczej nudziła. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Jeśli bowiem faktycznie świat Dzikiego Zachodu wydawał mi się niezbyt pociągający, to dlaczego zaczytywałam się nie tylko w książkach Karola Maya, ale także w serii Curwooda? Kochałam wszystkie opowieści o traperach, o życiu w ciągłym starciu z dziką przyrodą Ameryki Północnej. Mit amerykańskiego Zachodu działał, choć nie potrafiłam go jeszcze nazwać lub opisać.

Do dzisiaj nie jestem wielbicielką westernowej estetyki, choć od tej reguły są wyjątki - filmy, które mogę oglądać po wielokroć, na przykłąd "W samo południe". Jednak sama idea amerykańskiego Zachodu (wolę to określenie niż Dziki Zachód, który się zbyt westernowo kojarzy) nadal silnie działa na moją wyobraźnię. Zachód to dla mnie przede wszystkim miejsce, w którym szukający czegoś ludzie musieli zmierzyć się z krajobrazem tak rozległym i wrogim, że trudno nam to sobie nawet wyobrazić. Zetknięcie człowieka z dziką przyrodą to jeden z moich ulubionych tematów. Lubię czytać o samotnych wędrówkach, o wspinaczce wysokogórskiej, o życiu blisko przyrody. W narracji o amerykańskim Zachodzie ludzie podążający w stronę ziemi, którą chcieli uczynić swoim domem, zderzają się z dzikim krajobrazem i jego wcześniejszymi mieszkańcami w sposób porażająco bezwzględny. Na ekstremalne wyprawy wyruszają zazwyczaj ludzie świadomi tego, co ich czeka i względnie dobrze przygotowani. Osadnikami byli zaś zwyczajni ludzie, czasem odważni, a czasem po prostu zdesperowani. Kobiety, które nie miały pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć, szły, bo taką decyzję podjął ich mąż lub ojciec. Mężczyźni szli, bo coś słyszeli, niezbyt dokładnie, ale uznali, że zaryzykują. Po dotarciu na miejsce zaś tworzyli swój świat na nowo, często w sposób bezwzględny i z użyciem przemocy, nie zawsze też skutecznie. Ich kruchość w obliczu przestrzeni zachodniej Ameryki wydaje się wręcz absurdalna.

Ostatnio pojawiają się na naszym rynku kolejne doskonałe książki dotyczące amerykańskiego Zachodu właśnie, dlatego zachęcam, żebyście spróbowali zmierzyć się z tym tematem. Może nie interesują was pojedynki kowbojów i szeryfów, ale to, jak zachowuje się człowiek w warunkach najbardziej skrajnych, jest chyba zawsze warte zgłębienia. Wybrałam dziesięć książek o amerykańskim Zachodzie, które z różnych przyczyn wywarły na nie wrażenie, ale z pewnością nie jest to dziesiątka najlepszych książek o Zachodzie. Takiego wyboru nie potrafiłabym dokonać, a i zbyt dużo książek jeszcze przede mną.


Od dołu:

Joanna L. Stratton "Pioneer Women. Voices from the Kansas Frontier"

Książka, dzięki której ponownie zainteresowałam się amerykańskim Zachodem, wiele, wiele lat po tym, jak po raz ostatni odstawiłam na półkę "Winnetou". Przeczytałam o niej na jakimś amerykańskim blogu, a że czytałam wtedy dużo o życiu kobiet w dziewiętnastowiecznej Anglii, postanowiłam, że dowiem się czegoś też o tym, co działo się po drugiej stronie oceanu. Joanna Stratton odnalazła zbiór relacji spisanych przez kobiety, które żyły na amerykańskim Zachodzie, zebrała je w całość i opracowała. To absolutnie fascynujący obraz kobiet Zachodu - Indianek, osadniczek, matek, żon, nauczycielek i uczennic. Ich celem nie było przetrwanie, one chciały stworzyć wokół siebie cywilizowany świat, często walczyły o swoje prawa i mierzyły się z niewyobrażalnymi trudnościami. To solidna książka historyczna, którą czyta się jak powieść.

S. C. Gwynne "Imperium Księżyca w Pełni. Wzlot i upadek Komanczów", tłum. Bartosz Hlebowicz

W swojej świetnej serii amerykańskiej, wydawnictwo Czarne umieściło już dwa tytuły dotyczące Dzikiego Zachodu. "Imperium Księżyca w Pełni" to historia plemienia, które najbardziej zaciekle walczyło z najeźdżcami. Z książki wyłania się dość przerażający obraz świata, w którym przemoc była na porządku dziennym. Nic nie jest jednak proste i jednoznaczne - porywane białe dzieci nie chcą wracać do swoich rodzin, białe kobiety zakochują się w swoich porywaczach, a ci bywają nie tylko genialnymi i okrutnymi wojownikami, ale także zręcznymi politykami.

Hampton Sides "Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu", tłum. Tomasz Ulanowski

Kolejna pozycja w tej samej serii to klasyczna, westernowa opowieść. Jej bohaterem jest niejaki Kit Carson, traper-legenda, który walczył z Indianami, ale też bywał ich sojusznikiem. Przez pryzmat jego niejednoznacznej biografii autor opowiada historię podboju Zachodu. Losy Carsona są zaś tak barwne, że trudno uwierzyć, iż to wszystko naprawdę się zdarzyło.

Philipp Meyer "Syn", tłum. Jędrzej Polak

Wiele lat zajęła Meyerowi praca nad książką, która miała za zadanie odmitologizować historię amerykańskiego Zachodu. Powstała

saga rodzinna osadzona w Teksasie, który jest swego rodzaju soczewką skupiającą to, czym naprawdę jest Ameryka. Ja nie potrzebowałam pozbywać się złudzeń, ale i tak lektura mnie zachwyciła. Losy trojga bohaterów, którzy są niesamowicie żywi, są pretekstem do opowiedzenia o tym, kim właściwie są dzisiejsi Amerykanie.

Larry McMurty "Na południe od Brazos", tłum. Michał Kłobukowski

To nie jest książka, o której można napisać w kilku zdaniach. To powieść absolutna, zawierająca chyba wszystko, o czym możecie w kontekście amerykańskiego Zachodu pomyśleć. Doskonale zbudowane postaci, motyw drogi, a w tle westernowy, przytłaczający krajobraz. Przeczytam jeszcze przynajmniej raz, zanim pokuszę się o jakiś dłuższy tekst. Za swoją powieść McMurty dostał Pulitzera, Michał Kłobukowski zaś nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich.

A. B. Guthrie „Droga na Zachód”, tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Pisałam już o tej książce szerzej tutaj. Grupa bardzo różnych ludzi wyrusza do Oregonu, by tam zacząć nowe życie. Kilkumiesięczna podróż w niewielkiej grupie to nie tylko fizyczne wyzwanie. Przede wszystkim to czas, w którym wyjdą na jaw ich słabości, a opowieść o życiu na szlaku jest tak naprawdę opowieścią o tym, kim byli ludzie, którzy ten szlak przemierzali. Powieść można czytać jako samodzielne dzieło, jest jednak częścią sześciotomowego cyklu i stanowi drugi z kolei tom. Pozostałe nigdy nie ukazały się po polsku – czytałam niedawno pierwszy w kolejności, czyli „The Big Sky” i również jestem pod wrażeniem.

Cormac McCarthy „Przeprawa”, tłum. Jędrzej Polak

Właściwie mogłabym umieścić w tej dziesiątce dowolną powieść Cormaca McCarthy'ego, może za wyjątkiem "Drogi". Dlaczego właśnie "Przeprawa", będąca drugim tomem Trylogii Pogranicza? Może dlatego, że jednym z bohaterów jest wilczyca, a lubię wilki? Dla mnie to kolejna powieść doskonała, zawierająca wszystko, za co kocham opowieści o amerykańskim Zachodzie. Jest tu człowiek i dziki zwierz, jest wędrówka w nieznane, jest mierzenie się ze sobą i z otoczeniem. Nie wiem, jak McCarthy to robi, ale dla każdej jego książki zarywałam noc.

Thomas Berger "Mały wielki człowiek", tłum. Lech Jęczmyk

Dopiero teraz do mnie dociera, że o większości z tych książek dotąd nie pisałam. Nie jestem pewna, dlaczego, być może przez to, że po lekturze każdej z tych książek wiedziałam, że będę je chciała przeczytać jeszcze raz. Nie inaczej było z "Małym wielkim człowiekiem", z którym znajomość zawarłam stosunkowo niedawno. To rasowa powieść łotrzykowska osadzona w realiach Dzikiego Zachodu, kolejna, która przez pryzmat losów konkretnej postaci opowiada historię Ameryki. Przezabawna, smutna i wciągająca.

John Williams "Butcher's Crossing"

Książki Williamsa ukazały się ponad pięćdziesiąt lat temu, po czym zostały na ponad pięćdziesiąt zapomniane. W 2013 roku pewien brytyjski księgarz odkrył dla świata "Profesora Stonera", ale moim zdaniem "Butcher's Crossing" jest jeszcze lepszą powieścią. Williams bezlitośnie rozprawia się z mitem Dzikiego Zachodu, wysyłając na prerię idealistycznego i kompletnie nieprzystosowanego młodego człowieka. To czysta, skondensowana opowieść o konfrontacji człowieka z naturą, nie ma w niej zbędnego słowa. Nie ma też Indian i kowbojów, jest jednak sporo brutalnej prawdy o życiu w dziczy i o tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać.

Laura Ingalls Wilder "Little House on the Prairie"

Tej książki nie mogło zabraknąć, choć to grubo polukrowana i ugrzeczniona opowieść dla dzieci. Laura Ingalls Wilder pisze jednak w oparciu o własne wspomnienia, a jej wizja rodziny budującej dom na prerii (a także w gęstym lesie i nad potokiem w innych cześciach cyklu) naprawdę działa na wyobraźnię. Wiemy, że to przesłodzona wersja, przy odrobinie wyobraźni można sobie sporo dopowiedzieć, a najlepiej sięgnąć po jedną z biografii autorki i dowiedzieć się, jak było naprawdę. Cały cykl zaś, składający się z dziewięciu części, to naprawdę urocza i bardzo relaksująca lektura.

Interesuje was tematyka amerykańskiego Zachodu? Czytaliście w dzieciństwie Maya, Wernica albo Curwooda? Kogo umieścilibyście w waszej dziesiątce?

poniedziałek, 17 października 2016

 

Tegoroczny październik, deszczowy i posępny, okazał się dla mnie bardzo intensywnym miesiącem. Zmęczona i skołowana, sięgałam więc wieczorami po kryminały. Okazało się, że przez niektóre z nich poważnie zarwałam parę nocy, co chyba nie było najlepszym pomysłem. Nie sądźcie jednak, że żałuję!

Chociaż więc niedawno pisałam o trzech kryminałach, które polecam na jesienne wieczory, nic nie stoi na przeszkodzie, bym napisała o kolejnych trzech!

„Ściana sekretów” Tany French była typowym, impulsywnym zakupem. Zobaczyłam reklamę na Facebooku, przeczytałam zarys fabuły, przypomniałam sobie, że od dawna chciałam zawrzeć znajomość z tą autorką, a kilka minut później czytałam już pierwsze strony. Są tematy, które działają na mnie jak magnes. Jednym z nich jest przestępstwo popełnione w zamkniętej społeczności, której każdy członek może okazać się mordercą.

U Tany French jest tym ciekawiej, że zamkniętą społeczność tworzy grupka nastolatek uczęszczających do elitarnej szkoły z internatem. Rzecz dzieje się w Irlandii, podejrzanych jest osiem, zaś przestępstwo zostało popełnione kilka miesięcy temu. W szkolnym parku znaleziono wtedy zwłoki Chrisa – przystojnego i lubianego podrywacza z sąsiedniej szkoły dla chłopców. Policji nie udało się znaleźć winnego, i choć sprawa nie została jeszcze zamknięta, wszystkim wydawało się, że pozostanie nierozwiązana. Teraz jednak ktoś przypiął na szkolnej „ścianie sekretów”, czyli tablicy, na której uczennice mogą anonimowo zamieścić dowolne wyzwanie, kartkę ze zdjęciem Chrisa i z podpisem: „Wiem, kto go zabił”. Rezolutna Holly, zaprzyjaźniona z trzema innymi dziewczynami szesnastolatka, idzie po kryjomu do znajomego policjanta i zanosi mu zdjęte z tablicy zdjęcie.

Policjantem tym jest niejaki Stephen, który pracuje w wydziale spraw niewyjaśnionych i marzy o przeniesieniu do wydziału zabójstw. Holly daje mu doskonały pretekst do tego, żeby spróbować włączyć się w śledztwo. Stephen jest zdeterminowany, nie przeszkadza mu nawet fakt, że będzie musiał współpracować z detektyw Conway, która nie cieszy się sympatią swoich kolegów. Ta nietypowa i niezbyt dobrana para będzie miała w zasadzie tylko jeden dzień, by spróbować rozwikłać zagadkę. Kolejnego dnia Stephen będzie musiał wrócić do swojej codzienności.

Osiem dziewczyn miało dostęp do tablicy w kluczowym momencie. Któraś z nich twierdzi, że wie, kto zabił Chrisa. Ale czy na pewno? Czy można ufać szesnastoletnim dziewczynom? Wśród tej ósemki są intrygantki, są tchórzliwe marionetki, są też prawdziwe królowe, które zrobiłyby wszystko, żeby tylko upokorzyć rywalkę. Tana French w przerażająco realistyczny sposób opisała ich świat, sprawiając, że kilka razy podczas lektury odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że nie jestem już i nigdy nie będę nastolatką. Częściej jednak myślałam o swojej córce i udawałam sama przed sobą, że jej codzienność na pewno tak nie wygląda.

Prawda jest jednak taka, że nastoletnie dziewczęta potrafią być niesamowicie okrutne. Jednocześnie bywają jednak naiwne, romantyczne, wierne i oddane, a czasem po prostu bezmyślne. Osiem dziewcząt, z których jedna jest prawdopodobnie morderczynią – która? Czytelnik nie przestaje zgadywać, ale autorka dobrze wie, jak sprowadzić nas na manowce. Wiele razy będzie nam się zdawało, że rozwikłaliśmy zagadkę, ale równie często zrozumiemy, że się myliliśmy.

Szkoła, w której toczy się akcja, jest dość mrocznym, a mimo to fascynującym miejscem. Otaczający ją park wydaje się równie magiczny jak góry Caatskill, w których Rip van Winkle przespał dwadzieścia lat. Także tutaj można przepaść wśród wysokich drzew, zwłaszcza jeśli uda nam się wymknąć ze szkoły nocą. Poznajemy nasze osiem bohaterek na dwóch planach – słuchamy tego, co zeznają dwojgu detektywów i śledzimy ich przeszłość. Poznajemy też samego Chrisa, któremu zostało najpierw kilka miesięcy, potem kilka tygodni, a wreszcie tylko kilka dni życia. Przenosząc się w czasie, próbujemy powiązać różne wątki, zrozumieć, co naprawdę się stało, a przede wszystkim, dlaczego.

Zauroczyła mnie ta powieść. Ostrzegam – jest naprawdę długa, a akcja nie zawsze toczy się wartko. Mimo to nie mogłam się od niej oderwać, a szkolny świat Holly i jej przyjaciółek wydawał mi się bardziej rzeczywisty niż pogrążone w ciszy mieszkanie. Czytałam przez większą część nocy, ciesząc się, że następnego dnia jest niedziela. Kiedy wszystkie zagadki zostały wyjaśnione, poczułam żal, i to podwójny – że to koniec, i że właśnie tak musiało być. Polubiłam te wszystkie nieznośne, oderwane od rzeczywistości smarkule. I nie macie pojęcia, jak się cieszę, że czeka na mnie jeszcze sporo książek tej autorki!

Kilka dni później znowu się nie wyspałam, tym razem jednak z powodu całkiem innej książki. W Raz na zawsze" Andreasa Pflügera zamiast kameralnego dochodzenia i wąskiego grona podejrzanych mamy tu bohaterkę będącą doskonale wyszkoloną agentką, pracującą do specjalnej jednostki niemieckiej policji. Jenny Aaron jest piękna i niesamowicie skuteczna. Uroda pomaga uśpić czujność jej przeciwników, a ona sama umie sobie radzić w najtrudniejszych sytuacjach. Nie poradziła sobie tylko raz, podczas otwierającej książkę akcji. Ona i jej partnerzy zostali wtedy przechytrzeni, kilka osób zginęło, a Jenny, kochająca strzelać, nie wyobrażająca sobie życia bez pracy w policji Jenny, straciła wzrok.

Czy można być nadal policjantką, kiedy się nie widzi? Jenny już raz nauczyła się więcej, niż przeciętny człowiek. Po stracie wzroku zaczęli z nią pracować najlepsi trenerzy. Nauczyli ją, jak orientować się w przestrzeni za pomocą dźwięków. Stuk obcasów, kląskanie językiem, uderzanie garnkiem o pokrywkę – to wszystko są informacje, a Jenny umie je odczytywać. Ma tak wyćwiczony słuch, że potrafi się zorientować, że w pokoju jest ktoś, kto się nie rusza i nie odzywa. Ale czy to wystarczy, kiedy okaże się, że na Jenny poluje zawodowy morderca?

Powieść niemieckiego pisarza to doskonała mieszanka sensacji, powieści psychologicznej i thrillera. Jeśli wydaje wam się, że autor przesadził, tworząc postać Jenny, zajrzyjcie do posłowia, w którym wymienione są organizacje i eksperci, z którymi autor się konsultował. Jenny jest fascynującą bohaterką, a akcja „Raz a zawsze” toczy się na tyle wartko, że zarwana noc jest nie tylko potencjalnym zagrożeniem – jest po prostu pewna, jeśli zagłębicie się w lekturze późnym popołudniem.

Koledzy Jenny to ludzie niezwykle honorowi. Potrafią docenić zasługi swoich kolegów i gotowi są do wielu poświęceń. W tej książce trafią na godnego przeciwnika, który będzie umiał wykorzystać ich mocne strony i sprawić, że staną się słabymi punktami. Niektóre sceny są może nieco przerysowane, niemniej od powieści trudno się oderwać. Kolejne zwroty akcji przeplatane są nowymi tajemnicami, które wychodzą na jaw, a w środku wszystkiego jest Jenny – bohaterka, której nie sposób nie kibicować. Przy okazji tej naprawdę doskonałej lektury można się sporo dowiedzieć o tym, jak wygląda życie ludzi niewidomych i jak mogą oni postrzegać świat. Autor solidnie się do napisania tej książki przygotował, i na szczęście zapowiedział już, że to nie koniec jego przygody z postacią Jenny. Chętnie przeczytam kolejne części.

Najdłużej i najmniej intensywnie czytałam „Dziewiąty grób” Stefana Ahnhema. I tym razem, podobnie jak w przypadku Tany French, zawarłam znajomość z autorem nieco przypadkowo. Przeczytałam kilka pochlebnych opinii o pierwszej jego książce, czyli „Ofierze bez twarzy”, zanotowałam tytuł, a kiedy zobaczyłam, że ukazała się kolejna książka, która opowiada o wcześniejszych losach policjanta będące bohaterem „Ofiary bez twarzy”, postanowiłam, że to dobra okazja do sprawdzenia, czy ten pisarz faktycznie wart jest uwagi.

Początki były całkiem obiecujące. Mnogość postaci nie robiła na mnie wrażenie, po lekturze książek Arnego Dahla niełatwo mnie pod tym względem zaskoczyć. Intryga wydawała się dość zagmatwana. Znikały kolejne osoby, a ktoś robił im paskudne rzeczy. Policja błądziła we mgle, nie umiała powiązać ze sobą różnych przypadków, tym bardziej, że sprawca nic sobie nie robił z granic państwowych i działał na terenie Szwecji i Danii. A może to nie był jeden człowiek? Nic nie wiemy, niczego nie jesteśmy się w stanie domyślić.

Jednak mimo to, że sami czujemy się bezradni, irytuje nas nieudolność policji. Są tak zajęci personalnymi rozgrywkami w swoich komendach, tak bardzo skupieni na sobie, że śledztwo wydaje się im całkowicie umykać. Fabian Risk jest szczególnie irytujący – rozmemłany, niezdecydowany i depresyjny. Jego koleżanka radzi sobie dużo lepiej, ale jest w zaawansowanej ciąży i niewiele może zdziałać. Pozostali w ogóle nie interesują się śledztwem, najchętniej by je jak najszybciej zamknęli.

Fabian mnie irytował, przyznaję, jednak to nie on jest najsłabszym ogniwem tej książki. Można znieść rozedrganego bohatera, jeśli zostaje on uwikłany w wir intrygujących wydarzeń. Akcja może i jest wciągająca, ale autor idzie drogą, która niespecjalnie mi się podoba. Chcąc się czymś odróżnić od licznych konkurentów, wymyśla zbrodnie naprawdę brutalne, po czym opisuje je nad wyraz obrazowo. Nie lubię takich dosadnych opisów, nie wydaje mi się, że wnoszą cokolwiek do fabuły. Mam wrażenie, że epatując przemocą, autor często próbuje ukryć niedostatki warsztatu albo brak pomysłu na intrygę. Stefan Ahnhem nie musiał tego robić. Jego intryga jest całkiem zgrabnie wymyślona i poprowadzona, a samodzielne rozwikłanie zagadki nie jest łatwe. Bohaterowie nie budzą specjalnej sympatii, ale całość jest dobrze pomyślana i napisana. Brutalne sceny przestępstw nie mają, moim zdaniem, żadnego uzasadnienia.

Czytałam tę książkę prawie przez tydzień, nie czując potrzeby do tego, by czytać do późnej nocy. Wierzę, że „Ofiara bez twarzy” to dobra książka i nie wykluczam, że kiedyś po nią sięgnę, jednak „Dziewiąty grób” mojego zachwytu nie wzbudził.

Tana French „Ściana sekretów”

Tłum. Łukasz Praski

Wydawnictwo Albatros 2016

Moja ocena: 5.5/6

 

Andreas Pflüger „Raz na zawsze"

Tłum. Sława Lisiecka

Wydawnictwo Otwarte 2016

Moja ocena: 5/6

 

Stefan Ahnhem Dziewiąty grób"

Tłum. Ewa Wojciechowska

Wydawnictwo Marginesy 2016

Moja ocena: 3.5/6

 


 

czwartek, 06 października 2016

Od czasu do czasu moją uwagę przyciąga nieznane, obco brzmiące nazwisko na okładce książki, o której nigdy nie słyszałam. Ponieważ lubię wyprawiać się w nowe, czytelnicze rewiry, bywa to dla mnie zachętą. Tak właśnie było z książką Aline Ohanesian, debiutującej pisarki amerykańskiej ormiańskiego pochodzenia. Postanowiłam, że zaryzykuję i sięgnęłam po książkę, która zupełnie nic mi nie mówiła. Czy było warto? Za chwilę odpowiem na to pytanie.

Najpierw jednak przypomnę, że na początku XX wieku Ormianie stali się ofiarą pierwszej zbrodni ludobójstwa w XX wieku. W latach 1915-1917 rząd turecki postanowił pozbyć się ludności ormiańskiej, deportując i mordując. Zginęło wówczas około półtora miliona ludzi. Rząd turecki do dzisiaj nie przyznał się do winy, twierdząc, że Ormianie zginęli wskutek działań wojennych i epidemii. Kwestia ta ciąży na stosunkach ormiańsko-tureckich, a diaspora ormiańska na całym świecie podtrzymuje pamięć o tragedii. Mieszkająca w Stanach Aline Ohanesian luźno oparła swoją książkę na historii usłyszanej z ust babci. "Dziedzictwo Orchana" miało uświadomość amerykańskim czytelnikom, czym tak naprawdę była rzeź Ormian i jaki cień rzuca po dziś dzień.

Z pewnością cel ten został zrealizowany. Książka podbiła amerykański rynek. Została nominowana przez czytelników do nagrody za najlepszy debiut portalu Goodreads, pojawiła się też w kilku zestawieniach najlepszych książek roku. Historia opisana przez Ohanesian przykuwa uwagę i porusza, dlatego nic dziwnego, że spodobała się wielu czytelnikom.

Początek jest intrygujący. Orchan, mieszkający w Stambule młody mężczyzna, jedzie do rodzinnej wioski na pogrzeb ekscentrycznego dziadka, ktory utopił się w kadzi z farbą. Prawnik odczytuje testament. Okazuje się, że wbrew tradycji, rodzinną firmę dziedziczy właśnie Orchan, pominięty zaś zostaje jego kipiący ze złości ojciec. Tego się jednak wszyscy spodziewali, wiedząc, że Orchan był oczkiem w głowie dziadka. Kolejny zapis jednak wprawia rodzinę w osłupienie - ich dom został zapisany nikomu nie znanej kobiecie. Czy dziadek miał jakiś romans? A jeśli tak, to kim jest jego kochanka i dlaczego nikt o niej nie słyszał? A może ciotka wie więcej, niż ujawnia? To ona sugeruje Orchanowi, że dziadek nie napisał nic więcej, bo chciał, żeby jego wnuk odnalazł tajemniczą spadkobierczynię. Chłopak leci więc do Ameryki, by poznać staruszkę, która odziedziczyła jego rodzinny dom.

Narracja toczy się w dwóch planach czasowych - współcześnie i w roku 1915. Domyślamy się od początku, że losy dziadka Orchana będą miały jakiś punkt styczny z tragedią, jaka spotkała Ormian, a testament sugeruje, że pojawią się elementy romansu. I tu muszę przyznać, że trochę mi szkoda, że powieść okazała się właśnie ku romansowi ciążyć. Ohanesian porażająco sugestywnie opisuje los Ormian, przenosząc czytelnika w przerażający świat, dobrze znany z książek o Holokauście. Tajemnica rodzinna wydaje się wprawdzie oczywista, jednak i tutaj autorka potrafila zaskoczyć, bez wątpienia też udało jej się zagrać na emocjach czytelnika, zwłaszcza tego, który nie naczytał się zbyt dużo o tym, co człowiek potrafi zgotować innemu człowiekowi.

Dla mnie zbyt wiele było jednak w tej historii melodramatyzmu. Czytało się to dobrze, z emocjami, tym bardziej, że Ohanesian pisze bardzo ładnym językiem, dobrze przełożonym na piękną polszczyznę. Tylko oczekiwania miałam chyba nieco za wysokie. Spodziewałam się dzieła, a dostałam czytadło z kawałkiem przejmującej historii w tle.

Mimo to warto przeczytać "Dziedzictwo Orchana", zwłaszcza jeśli o rzezi Ormian wiemy tylko tyle, że była. Nie nastawiajmy się jednak na wielką literaturę. To smutna historia miłosna, napisana sprawnie i z wyczuciem. Dobrze, że to właśnie Orchan jest głównym bohaterem. Turecki chłopak, który będzie musiał sam zdecydować, co zrobić z niespodziewanie mu objawioną przeszłością, staje się swego rodzaju symbolem. Jednak czy pojednanie będzie kiedykolwiek możliwe?

Moja ocena: 4,5/6

Aline Ohanesian "Dziedzictwo Orchana"

Tłum. Anna Minczewska-Przeczek

Wydawnictwo Kobiece 2016


piątek, 30 września 2016

Moi dziadkowie są z Wołynia.

Można powiedzieć, że wyrosłam na historiach o rzezi wołyńskiej, choć do niedawna nikt jej tak nie nazywał. Babcia była małą dziewczynką, dziadek nastolatkiem, mieszkali w dwóch różnych powiatach wołyńskich, kiedy uzbrojeni w widły i kosy sąsiedzi dali sobie prawo do czegoś niewyobrażalnego. Babci i dziadkowi udało się to, co nie udało się być może nawet stu tysiącom Polaków z Wołynia. Uciekli, wywieziono ich do Niemiec, a potem trafili na Dolny Śląsk, gdzie zamieszkali w tej samej, podwrocławskiej wiosce.

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam wsłuchiwać się w ich opowieści, niepełne zresztą i często urywane. Świadomość tego, co właściwie stało się na Wołyniu, rosła we mnie stopniowo. W domu dziadków zaczęli pojawiać się historycy, a także dalecy krewni rekonstruujący dzieje naszej rodziny. Ja też zaczęłam wypytywać, jednocześnie bojąc się usłyszeć za dużo. Zaczęliśmy kupować książki o Wołyniu, które kartkowałam raczej, niż czytałam, szukając wzmianek o pradziadkach i dalszych krewnych. Nie sposób jednak było nie przeczytać jednej czy drugiej relacji – wystarczyło, że oko prześlizgnęło się po stronie, a już wpadało się w sam środek jakiejś strasznej, smutnej opowieści.

To wszystko sprawiło, że do książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy” podeszłam bez niewinności czytelnika, który o Wołyniu słyszał co nieco, ale raczej bez szczegółów. Wiem, co się działo w 1943, wiem, że gdzieś w wołyńskiej ziemi pochowani są moi krewni, którym uciec się nie udało. Wiem, że kiedyś tam pojadę, ale nie czuję się jeszcze gotowa. Może nigdy gotowa nie będę.

Wiedziałam więc, czego się spodziewać, i bałam się szczegółowych opisów popełnianych zbrodni, bałam się, że choć nie jestem przesadnie wrażliwa, na tę książkę zareaguję emocjonalnie. Nastawiłam się rozdrapywanie ran. Tymczasem okazało się, że Szabłowski starannie unika krwawych detali, za cel obierając sobie nie tyle opowiedzenie o zbrodniach, ile pokazanie, że świat, także świat Wołynia, nie jest czarno-biały.

Jak sam tytuł wskazuje, Szabłowski szuka sprawiedliwych. Szuka Ukraińców, którzy zamiast mordować, pomagali, narażając przy tym życie swoje i swoich rodzin. Wielu z nich zginęło. Dzięki nim ocalały zapewne tysiące Polaków. Dzięki nim ocalała też moja babcia, jej rodzeństwo i rodzice.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron poczułam niezadowolenie. Jak to? Zamiast wołania o sprawiedliwość dla ofiar, o przeprosiny ze strony Ukrainy, o publiczne kajanie się, dostaliśmy opowieść o sprawiedliwych Ukraińcach? Przecież to oczywiste, że po każdej stronie byli źli i dobrzy, wszyscy wiedzą, że podczas gdy jedni ukraińscy sąsiedzi zbroili się w karabiny i motyki, inni biegli ostrzegać Polaków. Tak sobie przez moment pomyślałam. A potem się zreflektowałam.

To, co jest oczywiste dla mnie, słuchającej opowieści o Ukrainkach, które moją dziesięcioletnią babcię i jej starszą siostrę wyprowadziły z wioski, które ukryły moich pradziadków, narażając życie ocaliły moją rodzinę, nie jest wcale oczywiste dla wielu. W czasach rosnącej nienawiści do każdego, kto jest w jakimkolwiek stopniu obcy, trzeba głośno mówić, przypominać, wołać, że świat nie jest czarno-biały. Że nie każdy Ukrainiec to banderowiec, i że nie każdy Polak był niewinną ofiarą. Szabłowski pisze, że „nie morduje nacja ani religia. Mordować może człowiek, i to człowieka należy winić”.


„Sprawiedliwi zdrajcy” to reportaż doskonały, napisany tak, że nie sposób się od lektury oderwać. Szabłowski splata swoją opowieść z wielu nitek. Wprowadza bohaterów, a następnie ich porzuca, zostawiając nas w niepewności co do ich losów. Całość spina jak klamrą historią pani Hani, Polki, która jako mała dziewczynka została znaleziona przez Ukraińców, a następnie wychowana przez ukraińską rodzinę. Wzięcie do siebie polskiego dziecka było wtedy wydaniem na siebie wyroku śmierci, a jednak o małej Hani wiedziała cała ukraińska wioska. Nikt nie zdradził, dziecko i jego przybrani rodzice przeżyli, a Hania dopiero jako osoba dorosła dowiedziała się  prawdy o swoim pochodzeniu. Nie całej prawdy – nie wie, kim byli jej prawdziwi rodzice, na których poszukiwania wyrusza autor książki.

Takich przywracających wiarę w człowieka historii jest tu wiele. Szabłowski chce zresztą pokazać wszystkich sprawiedliwych, nie ogranicza się więc do Ukraińców pomagających Polakom. Opisuje los Żydów i ludzi różnych narodowości, którzy z narażeniem życia ukrywali ich, często przez wiele miesięcy. Opowiada o Czechach, jednym ze swoich narratorów czyniąc czeskiego pastora. To jego ustami oskarża Polaków o wyniosłość, dumę, pogardę dla Ukraińców i celowe utrudnianie im życia. Wie, że taka diagnoza wygłoszona przez Polaka lub Ukraińca byłaby podważona przez jedną lub drugą stronę, Czecha zaś, w dodatku głęboko wierzącego pastora, dobrego człowieka, nieco trudniej oskarżyć o stronniczość.

I choć książka składa się z wielu krzepiących historii, mimo to lektura „Sprawiedliwych zdrajców” mrozi krew w żyłach. To, że straszne rzeczy działy się na Wołyniu w 1943 roku wiemy, jednak dopiero Szabłowski uświadomił mi z całą mocą, jak strasznie było potem. Jak to jest, mieszkać w jednej wiosce z ludźmi, którzy bestialsko mordowali dzieci? Jeden sąsiad wyprowadzał Polaków ukradkiem z wioski, ukrywał ich na swoim strychu, a drugi przychodził mu ten strych przeszukać. Po wojnie mieszali nadal obok siebie, jedni modlili się przy nieoznaczonych mogiłach, a inni pili herbatę ze szklanek po Polakach. Wszyscy znali prawdę o jednych i drugich. Jest w książce Szabłowskiego jedna historia, o której nie mogę przestać myśleć, historia pewnej kobiety, której zrozumieć nie mogę. Przeczytajcie, będziecie wiedzieli, o której historii myślę.

Kiedy Polacy zaczęli wracać na Wołyń, szukając prochów swoich rodziców i dziadków, przywitała ich wrogość, nieufność w najlepszym razie. Miejscowi dobrze wiedzą, gdzie znajdują się masowe groby. Jedni omijają je traktorem, zostawiając porośnięty drzewami pagórek, inni wysypują na nich śmieci. Jak oni przeżyli te wszystkie lata obok siebie?


Bałam się emocjonalnej reakcji, ale czytałam z suchymi oczami, choć ze ściśniętym sercem. Nawet, kiedy jedna z bohaterek mówi, że jej największym marzeniem było wtedy zginąć od kuli, a nie od siekiery. Mała dziewczynka, która myśli o czymś takim. Najgorsze jest jednak chyba co innego – nie wyciągnęliśmy z historii Wołynia żadnych wniosków. Czy kierujące banderowcami marzenie o czystej Ukrainie, zamieszkanej tylko przez czystej krwi Ukraińców, nie jest niepokojące podobne do coraz głośniej wypowiadanych haseł rodzimych „patriotów”?

Nie przepracowaliśmy rzezi wołyńskiej. Nie mówiono o niej przez lata, a teraz nie chcemy kłaść na szali naszych stosunków z Ukrainą, domagając się nazwania rzeczy po imieniu. Ale nienawiść się wciąż tli. We wczorajszym Dużym Formacie Konrad Oprzędek pisze o narastającej agresji względem Ukraińców w Przemyślu. Jedna z ukraińskich bohaterek Szabłowskiego mówi: „I tak to się będzie ciągnąć, proszę pana. Będziemy liczyć ofiary i każdemu wyjdzie co innego. Wy będziecie na nas patrzeć z góry. My was będziemy za to nienawidzić”. I dopiero po tej pełnej rezygnacji diagnozie poczułam, że mi się oczy pocą.

Dobrze więc, że Szabłowski napisał taką koncyliacyjną książkę. Paulina Małochleb stwierdziła, że Szabłowski działa na szkodę polityki pamięci i początkowo byłam skłonna się z nią zgodzić. W imieniu moich dziadków, którzy przecież mają coraz mniej czasu, chciałabym usłyszeć ukraińskie wyznanie win. Chciałabym, żeby właściwe nadano rzeczy imię, nie godząc się na półprawdę w imię budowania stosunków politycznych, w imię pomocy krajowi ogarniętemu wojną. Jest jednak coś, czego chcę jeszcze bardziej – chcę, żeby to, co wydarzyło się na Wołyniu, się już nie powtórzyło. Nie chcę banderowców z polskimi flagami. Dlatego uważam, że Szabłowski miał rację, podkreślając taki właśnie aspekt wołyńskiej prawdy.

Bohaterowie Szabłowskiego nie traktują tego, co zrobili, jako czegoś wyjątkowego. Niektórzy wiedzą, że reporter szuka ludzi, którzy ratowali Polaków i Żydów, ale nie myślą nawet, że sami mogliby się zaliczyć do tej kategorii. Jedna z jego rozmówczyń mówi: „myśmy z mamą i ciotką tylko nosiły jedzenie do lasu". Dla niej to coś mało znaczącego, wtedy nie wiedziała nawet, że grozi im za to śmierć. Dzisiaj wie, a mimo to nie uważa, że zasługuje na wzmiankę w książce. Są też i tacy, którzy zdają sobie sprawę z tego, że uratowali komuś życie, i czekają na jakikolwiek znak ze strony tej osoby. My czekamy na przepraszam, oni – na dziękuję. Albo przynajmniej na wiadomość, że ktoś, dla kogo ryzykowali życie, ocalał, że to straszliwe ryzyko nie poszło na marne.

I faktycznie, nie wiem, kim były Ukrainki, które uratowały moją babcię. Zastanawiam się, czy ona w ogóle zna ich imiona. Pradziadkowie na pewno to wiedzieli, ale jest już za późno, żeby ich o to spytać. A może te kobiety czekały też na jakąkolwiek wiadomość? Robi mi się trochę wstyd. Trzeba było reportażu, żeby przyszło mi do głowy, że przesłanie takiej wiadomości mogło być możliwe, że trzeba to było zrobić.

Szabłowski pisze doskonale. Składa tę swoją książkę z cegiełek, trzyma czytelnika w niepewności, pisze o tych, co ratowali i (choć dużo mniej) o tych, co mordowali. Do ostatniej chwili nie ujawnia informacji, które rzucają całkiem nowe światło na poszczególne historię. Jego puenty czasem całkowicie wytrącają z równowagi, a przecież czytanie o Wołyniu i tak jest delikatnym balansowaniem między przerażeniem a nienawiścią.

Nie mogę się otrząsnąć po tej lekturze. Mam nawet problem z tym, żeby przestać teraz pisać. I to chyba jest najlepszą miarą książki. To, że chce się po niej rozmawiać, że nie można wyrzucić jej z myśli. Przeczytajcie. Koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Witolda Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

Wydawnictwo Znak 2016

 



czwartek, 22 września 2016

Wrzesień z kryminałem trwa nadal, choć mój czas na lekturę skurczył się niemalże do zera. Na szczęście zdążyłam się naczytać latem, a że wojaże skutecznie utrudniły pisanie, mogę teraz z czystym sumieniem opowiedzieć o kilku kryminałach w lipcu i sierpniu przeczytanych. Co więcej, odstąpienie o pisania o książce zaraz po zakończeniu lektury jest swego rodzaju testem jakości. Jeśli bowiem nie pamiętam, jak właściwie z tym Forstem w ostatniej części trylogii było, to chyba znaczy, że dużego wrażenia na mnie „Trawers” nie wywarł? Ale może wcale tego od niego nie oczekiwałam?

Zacznijmy więc od „Trawersu” Remigiusza Mroza właśnie – książki, która zamyka serię o komisarzu Forście. Seria ta wywołała we mnie uczucia mocno mieszane, ponieważ pierwszy tom mnie zirytował, drugi nad wyraz wciągnął, choć nie zachwycił, za to trzeci uważam za nadspodziewanie udany, z naciskiem na „nadspodziewanie”. Dlaczego w ogóle sięgnęłam po kolejne części, skoro niespecjalnie przypadła mi do gustu pierwsza? Cóż, to pytanie zada tylko ktoś, kto nie przeczytał „Ekspozycji”. Remigiusz Mróz jest bowiem mistrzem manipulacji – może nie do końca radzi sobie z psychologicznymi i socjologicznymi niuansami, za to doskonale wie, jak przykuć uwagę czytelnika, który czyta kolejne tomy z przemożnej chęci dowiedzenia się, co było dalej.

Z tego też powodu nie wiem, czy uzasadnione jest pisanie o „Trawersie”. Czytelnicy, którzy sięgnęli po „Ekspozycję”, zapewne zdecydują się na lekturę „Przewieszenia”, a potem „Trawersu”. Zarówno pierwszy, jak i drugi tom kończą się w sposób, który wywołuje pełen niedowierzania niecenzuralny okrzyk, a następnie zmusza do wycieczki do księgarni. Na szczęście ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najlepiej napisany. Forst ukazuje ludzkie oblicze i traci część swoich supermocy, które pozwalały mu wydostać się z każdej opresji. Wątek kryminalny jest nie najgorzej poprowadzony, zachowanie bohaterów wydaje się całkiem uzasadnione. Pojawia się temat uchodźców, doklejony nieco niezgrabnie, momentami za bardzo przypominający wykład. Dobrze, że autor próbuje wplatać bieżące problemy społeczne, jednak tym razem nie do końca mu to wyszło.

Cała trylogia to literatura czysto rozrywkowa, będąca doskonałym remedium na wieczorne zmęczenie. Kiedy przychodzę do domu wykończona dniem, mogę czytać Mroza. Kartki same się przewracają, co jakiś czas autor serwuje nam kolejną niespodziankę, a na koniec udowadnia, że wystrychnął nas wszystkich na dudka. Zmęczenie jest czynnikiem istotnym, pozwala bowiem przymknąć oko na nadludzkie moce Forsta i sztuczność niektórych fragmentów.

Także „Wioskę morderców” Elizabeth Herrmann przeczytałam już dość dawno temu, w przypadku tej książki nie mam jednak żadnych problemów z przypomnieniem sobie szczegółów. Niemiecka pisarka zaczyna od mocnego uderzenia – prolog jest tajemniczy, ale niespecjalnie oryginalny, ale scena znalezienia fragmentów ludzkich zwłok w ogrodzie zoologicznym jest bardzo sugestywna. Od początku widać więc, co będzie najmocniejszą chyba stroną tej powieści. Nastrój grozy i aura tajemniczości będą nam towarzyszyć do ostatniej strony.

Sprawa mężczyzny zjedzonego przez pekari wydaje się prosta. Domniemana sprawczyni przyznała się do winy i choć motywu brak, nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Jedynie niedoświadczona policjantka z drogówki, o oryginalnym imieniu Sanela, wątpi w oficjalną wersję. Prowadzi śledztwo na własną rękę, przy lekkiej dezaprobacie zdającego sobie sprawę z jej poczynań szefa. Jest sympatyczną bohaterką i choć w prawdziwym życiu nie mogłaby chyba liczyć na taką pobłażliwość przełożonych, trudno nie kibicować jej poczynaniom.

Drugi z próbujących zrozumieć sprawę bohaterów jest zdecydowanie mniej sympatyczny. Jeremy Saaler, początkujący psycholog, jest nieznośny, przemądrzały i tępy, w dodatku przypada mu w udziale rola romansowa, bardzo kiepsko napisana. Denerwowały mnie wszystkie sceny z jego udziałem, choć z drugiej strony przydała się taka przeciwwaga dla idealistycznej Saneli. Najciekawsza zaś z całej powieści jest tytułowa wioska. Nie chcemy sobie nawet wyobrażać, że takie miejsca istnieją, choć bez wątpienia tak właśnie jest. Od czasu do czasu słyszymy w mediach koszmarne historie o przemocy, o której musieli wiedzieć sąsiedzi ofiar i sprawców, a jednak woleli udawać, że niczego nie zauważają. Wiemy, że są miejsca, w których dzieje się zło, któremu nikt się nie przeciwstawia, i od początku przeczuwamy, że wioska z powieści Herrmann może mieć z takimi miejscami coś wspólnego.

Nie oznacza to, że uda nam się przewidzieć, jak potoczy się intryga kryminalna i co doprowadziło do śmierci człowieka w ogrodzie zoologicznym. Autorka zaplanowała wszystko pieczołowicie i do ostatniej chwili udaje jej się trzymać nas w niepewności. Mimo niechęci do Jeremy’ego i zniesmaczenia wątkiem romansowym, powieść oceniam jako bardzo dobrą i będę czekać na kolejny kryminał tej autorki.

Ostatni kryminał jest lekturą świeżą, już wrześniową, jednak nie znaczy to, że będę miała na jego temat najwięcej do powiedzenia. „Szumowiny” Jørna Liera Horsta to szósty tom cyklu o Williamie Wistingu i jego córce Line. Pisałam już o tym, że wydawnictwo zdecydowało się na wydawanie tego cyklu w dość dziwnej kolejności, zaczynając od tomu dziewiątego, potem zaś kolejno publikując ósmy, siódmy, następnie dziesiąty, a teraz znowu szósty. Niemniej, czytelnicy, którzy chcą w tej chwili zacząć przygodę z książkami Horsta, są w całkiem komfortowej sytuacji, „Szumowiny” to najwcześniejszy pod względem chronologii wydarzeń tom i warto lekturę cyklu zacząć właśnie teraz.

Morze wyrzuca na brzeg odciętą lewą stopę. Policjanci dopiero zaczynają się głowić nad jej pochodzeniem, gdy zostają znalezione kolejne, wszystkie w podobnych butach. Wisting zaczyna podejrzewać, że mogą należeć do czterech zaginionych osób, których zniknięcia nie zdołano wyjaśnić. Zaczyna się żmudne, policyjne śledztwo, czyli coś, w opisywaniu czego Jørn Lier Horst jest najlepszy.

Wistingowi daleko do porywczego i szybko działającego komisarza Forsta. Niespiesznie dedukuje, zbiera starannie ślady, woli zrobić wszystko samodzielnie (to akurat go z podtatrzańskim komisarzem łączy).  Często czuje zmęczenie, przygnębia go ogrom czekającej pracy. Jego córka Line jest jego przeciwieństwem. Z zapałem przygotowuje reportaż o ludziach, którzy wyszli niedawno na wolność po odsiedzeniu wielu lat. Nie wzdraga się przez przeprowadzaniem wywiadów z mordercami, fascynuje ją wpływ, który wywarł na nich pobyt w więzieniu i zastanawia się, czy po odsiadce stali się lepszymi ludźmi, czy wręcz przeciwnie. Takie rozważania są zawsze obecne w książkach Horsta, który tak snuje swoje intrygi, żeby przy ich okazji opowiedzieć o ważnych problemach społecznych.

Lubię książki Horsta – to takie klasycznie napisane kryminały, w których liczy się staranność śledczego i umiejętność kojarzenia faktów. Podoba mi się kontrast między rzutką Line i znużonym Wistingiem. Nie przeszkadza mi nawet poznawanie ich życia prywatnego w mocno chaotycznej kolejności, choć poznawanie początków związku Line i Tommy’ego nie wywoływało we mnie żadnych emocji, a nawet nieco irytowało. Melancholia przesycająca wszystkie części tego cyklu czyni z niego idealną, jesienną lekturę.

Remigiusz Mróz "Trawers" (cykl o Forście, tom 3)

Wydawnictwo Filia 2016

Moja ocena: 3,5/6

 

Elizabeth Herrmann "Wioska morderców" (cykl o Saneli, tom 1)

Tłum. Wojciech Łygaś

Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2016

Moja ocena: 4/6


Jørn Lier Horst "Szumowiny" (cykl o Wistingu, tom 6)

Tłum. Milena Skoczko

Wydawnictwo Smak Słowa 2016

Moja ocena: 4/6



czwartek, 08 września 2016

Są książki, które pamięta się latami i wspomnienie których przywołuje od razu uśmiech na usta. Nawet jeśli czytaliśmy je dawno temu, pamiętamy wciąż emocje, jakie w nas budziły - pierwsze tomy Jeżycjady, wczesne książki Chmielewskiej, "Nasza rodzina i inne zwierzęta" Durrella. Niektóre z tych książek zajmują szczególne miejsce w sercach wielu czytelników i miło jest odkryć bratnią duszę, która je również czule wspomina, inne nie są tak szeroko znane. Wśród tytułów, do których chętnie wracam i które należą do najbardziej pogodnych i uroczych książek, jakie znam, są powieści weterynarza z Yorkshire, piszącego pod pseudonimem James Herriot.

Znacie przygody chłopaka, który pewnego letniego dnia zapukał do domku nieco ekscentrycznego weterynarza Siegfrieda Farnona, prowadzącego praktykę w miasteczku Darrowby w Yorkshire, by dostać tam pracę asystenta? Jeśli tak, to z pewnością uśmiechacie się teraz, wspominając cielaki przychodzące na świat w lodowatych oborach na wrzosowiskach, szorstkich i nieufnych farmerów, którzy zawsze pakowali weterynarzowi jakiś prowiant do samochodu, rozpieszczonego pieska, którego właścicielka urządzała przyjęcia w jego imieniu... Jeśli nie, to czym prędzej wybierzcie się do biblioteki lub po prostu kupcie pierwszy tom, bo będzie wam przyjemnie mieć go na własność!

Byłam już kilka razy w Yorkshire, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do miasteczka, w którym mieszkał autor tych cudnych opowieści. Kiedy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Wielkiej Brytanii, postanowiłam, że choćbym miała jechać całkowicie okrężną drogą, odwiedzę miasteczko, w którym mieszkał James Herriot. Chcąc uniknąć oporu rodziny, kupiłam "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" w formie ebooka (pisałam już, że na wyjazdy zabieram tylko jedną papierową książkę) i zaordynowałam, że będzie to nasza pierwsza wspólna lektura podczas tej podróży.


Na wakacjach zawsze czytamy na głos. Czytamy na głos także w domu, ale na wakacjach zawsze jest więcej okazji. Przyjemnie słucha się czytania podczas wspólnych pikników, w trakcie długiej podróży samochodem albo wieczorem w namiocie. Szybko okazało się, że miałam rację - Olę zauroczyły zabawne perypetie weterynarza, a i U, który już je znał, z przyjemnością je sobie odświeżał. Czytaliśmy podczas wycieczek przez wzgórza Yorkshire, a moja propozycja, by w drodze powrotnej ze Szkocji odwiedzić dom Herriota, spotkała się z entuzjazmem.

Oczywiście, w rzeczywistości James Herriot nazywał się zupełnie inaczej, a i miasteczka o nazwie Darrowby na mapie nie znajdziecie. Autor książek musiał ukryć się pod pseudonimem, ponieważ weterynarzom nie wolno było wówczas w żaden sposób reklamować swoich usług, a książka zawierająca opowieści o udanych zabiegach, wydana pod prawdziwym nazwiskiem, mogła zostać odebrana jako autoreklama. James Alfred Wight, powszechnie znany jako Alf Wight, wybrał sobie więc pseudonim. Wybór był dość przypadkowy - Alf oglądał mecz piłki nożnej i był pod wrażeniem doskonałej gry bramkarza Birmingham City, niejakiego Jima Herriota. Nazwisko przypadło mu do gustu i postanowił użyć go w charakterze pseudonimu.

Darrowby to tak naprawdę Thirsk - niewielkie miasteczko leżące prawie dokładnie pośrodku hrabstwa Yorkshire, pomiędzy parkami narodowymi Yorkshire Dales i North York Moors. Książkowe Darrowby nie jest oczywiście dokładnym odwzorowaniem Thirsku, jako że Herriot zlepił swoje miasteczko z kilku okolicznych miejscowości, ale Skeldale House istnieje naprawdę, i co więcej, można je zwiedzać. Wewnątrz mieści się jedno z najbardziej uroczych muzeów, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.

Wewnątrz domu, w którym niegdyś mieściła się praktyka Donalda Sinclaira (książkowego Siegfrieda Farnona), wciąż znajdują się oryginalne meble i inne przedmioty. Wnętrza pieczołowicie odtworzono, dbając o to, żeby wszystkie znane z książek pomieszczenia można było odwiedzić (no, prawie wszystkie, zabrakło gabinetu siejącej postrach panny Harbottle), na piętrze zaś mieści się fascynujące muzeum weterynarii i sala zabaw dla dzieci (i niektórych dorosłych;)). Nie zabrakło nawet garnka na pieniądze, stojącego nad kominkiem!

Figura czytającego gazetę Tristana jest dość kiczowata, ale cała reszta to autentyczne wyposażenie z czasów Herriota.

Z przyjemnością przemierzaliśmy kolejne pokoje, zaglądając do sali zabiegowej, sprawdzając, jakie książki miał w swojej biblioteczce Alf Wight i wyobrażając sobie, jak w środku nocy dzwoni stojący na półeczce w przedpokoju czarny telefon.

W tym pokoju lekarze jedli śniadania, jeśli spóźnili się na wspólne śniadanie, jedzone przeważnie w kuchni. Wszystkie pokoiki są naprawdę mikroskopijne!

Tylko kuchnia jest naprawdę przestronna. Widać, że było to naprawdę istotne pomieszczenie. W kredensie stoją przetwory, które wyglądają, jakby pamiętały lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku!

Mimo że pokoje są maleńkie, dom jest całkiem spory. Można posiedzieć w słońcu w niewielkim ogródku, zajrzeć do ogromnej i ciemnej stodoły, w której Tristan trzymał kiedyś swoje świnie. Wyglądając przez okno jednej z sypialni, wyobrażałam sobie, jak ich stadko pędzi w popłochu ulicą podczas pamiętnej ucieczki.

Na tyłach domu znajduje się telewizyjne studio, w którym kręcono niezwykle niegdyś popularny serial, oparty na książkach Herriota. Można objerzeć nie tylko kostiumy i scenografię, ale także wyposażenie studia z lat siedemdziesiątych. Szalenie podobał nam się słynny austin - kapryśny samochód, którym Alf Wight jeździł po wzgórzach, by dotrzeć do swoich pacjentów. Na najwyższym piętrze zaś spędziliśmy co najmniej godzinę, bawiąc się w dość staroświeckie i niesłychanie urocze gry, takie jak dopasowywanie zdjęcia rentgenowskiego do poszczególnych części ciała różnych zwierząt, rozpoznawanie gatunku po zębach, które trzeba było dokładnie obmacać, jako że były ukryte i nie można było ich zobaczyć, oraz najbardziej nietypowa atrakcja - wyciąganie cielaka z macicy plastikowej krowy (nie było to wcale takie łatwe)!

Wight pisał także dziennik, który nie został nigdy opublikowany - jego fragmenty są wystawione na wystawie na tyłach domu. Popularność własnych powieści zadziwiła go, a jeszcze bardziej zaskoczeni byli farmerzy, którzy korzystali z jego usług. Przecież to, o czym pisał, było całkiem zwyczajne! Ich zdaniem nie było nic ciekawego w takiej kronice życia codziennego. Nawet ironiczne podejście autora nie wydało im się nietypowe - sami tak właśnie chyba podchodzili do życia, z dużym dystansem i dawką humoru. Sam autor cierpiał podobno na depresję, ale potrafił pisać o swojej pracy z powściągliwym humorem, a przede wszystkim potrafił dostrzec piękno krainy, w której przyszło mu zamieszkać. Nie pochodził z Yorkshire, lecz zachwyciły go tutejsze wzgórza, przejrzyste powietrze, zapach wrzosów. W drodze do Thirsku zatrzymaliśmy się pośrodku wrzosowiska i choć wiele razy byłam już na wrzosowiskach, nigdzie jeszcze wrzosy nie pachniały tak intensywnie, jak tam.



Yorkshire ma wiele atrakcji związanych z literaturą. Tłumy turystów odwiedzają plebanię w Haworth, która była domem dla sióstr Brontë. Whitby przyciąga miłośników Drakuli, Scarborough zaś było tłem dla powieści Anne Brontë. Pisałam o tych miejscach tutaj. Wszedzie tam jest mnóstwo ludzi, przynajmniej w wakacje. W domu Herriota było oprócz nas zaledwie kilka osób. Jest tu spokojnie i przyjemnie, można spędzić kilka godzin, snując się po kolejnych pomieszczeniach, oglądając film o Herriocie w malutkiej sali kinowej, albo spacerując po miasteczku i szukając innych miejsc związanych z pisarzem. Thirsk leży nieco na uboczu, jadąc do najbardziej znanych atrakcji Yorkshire raczej się go omija, ale jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie. A potem pojedźcie na okoliczne wzgórza, usiądźcie wśród wrzosów i przeczytajcie choć jeden rozdział przygód tego najsłynniejszego weterynarza.

 

Więcej zdjęć z domu Herriota pokażę na instagramowym profilu Miasta Książek, a inne zdjęcia z Yorkshire i ze Szkocji znajdziecie na instagramowym profilu Innych Stron. Relacja z całego wyjazdu już wkrótce na Innych stronach. Zapraszam :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...