piątek, 30 września 2016

Moi dziadkowie są z Wołynia.

Można powiedzieć, że wyrosłam na historiach o rzezi wołyńskiej, choć do niedawna nikt jej tak nie nazywał. Babcia była małą dziewczynką, dziadek nastolatkiem, mieszkali w dwóch różnych powiatach wołyńskich, kiedy uzbrojeni w widły i kosy sąsiedzi dali sobie prawo do czegoś niewyobrażalnego. Babci i dziadkowi udało się to, co nie udało się być może nawet stu tysiącom Polaków z Wołynia. Uciekli, wywieziono ich do Niemiec, a potem trafili na Dolny Śląsk, gdzie zamieszkali w tej samej, podwrocławskiej wiosce.

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam wsłuchiwać się w ich opowieści, niepełne zresztą i często urywane. Świadomość tego, co właściwie stało się na Wołyniu, rosła we mnie stopniowo. W domu dziadków zaczęli pojawiać się historycy, a także dalecy krewni rekonstruujący dzieje naszej rodziny. Ja też zaczęłam wypytywać, jednocześnie bojąc się usłyszeć za dużo. Zaczęliśmy kupować książki o Wołyniu, które kartkowałam raczej, niż czytałam, szukając wzmianek o pradziadkach i dalszych krewnych. Nie sposób jednak było nie przeczytać jednej czy drugiej relacji – wystarczyło, że oko prześlizgnęło się po stronie, a już wpadało się w sam środek jakiejś strasznej, smutnej opowieści.

To wszystko sprawiło, że do książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy” podeszłam bez niewinności czytelnika, który o Wołyniu słyszał co nieco, ale raczej bez szczegółów. Wiem, co się działo w 1943, wiem, że gdzieś w wołyńskiej ziemi pochowani są moi krewni, którym uciec się nie udało. Wiem, że kiedyś tam pojadę, ale nie czuję się jeszcze gotowa. Może nigdy gotowa nie będę.

Wiedziałam więc, czego się spodziewać, i bałam się szczegółowych opisów popełnianych zbrodni, bałam się, że choć nie jestem przesadnie wrażliwa, na tę książkę zareaguję emocjonalnie. Nastawiłam się rozdrapywanie ran. Tymczasem okazało się, że Szabłowski starannie unika krwawych detali, za cel obierając sobie nie tyle opowiedzenie o zbrodniach, ile pokazanie, że świat, także świat Wołynia, nie jest czarno-biały.

Jak sam tytuł wskazuje, Szabłowski szuka sprawiedliwych. Szuka Ukraińców, którzy zamiast mordować, pomagali, narażając przy tym życie swoje i swoich rodzin. Wielu z nich zginęło. Dzięki nim ocalały zapewne tysiące Polaków. Dzięki nim ocalała też moja babcia, jej rodzeństwo i rodzice.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron poczułam niezadowolenie. Jak to? Zamiast wołania o sprawiedliwość dla ofiar, o przeprosiny ze strony Ukrainy, o publiczne kajanie się, dostaliśmy opowieść o sprawiedliwych Ukraińcach? Przecież to oczywiste, że po każdej stronie byli źli i dobrzy, wszyscy wiedzą, że podczas gdy jedni ukraińscy sąsiedzi zbroili się w karabiny i motyki, inni biegli ostrzegać Polaków. Tak sobie przez moment pomyślałam. A potem się zreflektowałam.

To, co jest oczywiste dla mnie, słuchającej opowieści o Ukrainkach, które moją dziesięcioletnią babcię i jej starszą siostrę wyprowadziły z wioski, które ukryły moich pradziadków, narażając życie ocaliły moją rodzinę, nie jest wcale oczywiste dla wielu. W czasach rosnącej nienawiści do każdego, kto jest w jakimkolwiek stopniu obcy, trzeba głośno mówić, przypominać, wołać, że świat nie jest czarno-biały. Że nie każdy Ukrainiec to banderowiec, i że nie każdy Polak był niewinną ofiarą. Szabłowski pisze, że „nie morduje nacja ani religia. Mordować może człowiek, i to człowieka należy winić”.


„Sprawiedliwi zdrajcy” to reportaż doskonały, napisany tak, że nie sposób się od lektury oderwać. Szabłowski splata swoją opowieść z wielu nitek. Wprowadza bohaterów, a następnie ich porzuca, zostawiając nas w niepewności co do ich losów. Całość spina jak klamrą historią pani Hani, Polki, która jako mała dziewczynka została znaleziona przez Ukraińców, a następnie wychowana przez ukraińską rodzinę. Wzięcie do siebie polskiego dziecka było wtedy wydaniem na siebie wyroku śmierci, a jednak o małej Hani wiedziała cała ukraińska wioska. Nikt nie zdradził, dziecko i jego przybrani rodzice przeżyli, a Hania dopiero jako osoba dorosła dowiedziała się  prawdy o swoim pochodzeniu. Nie całej prawdy – nie wie, kim byli jej prawdziwi rodzice, na których poszukiwania wyrusza autor książki.

Takich przywracających wiarę w człowieka historii jest tu wiele. Szabłowski chce zresztą pokazać wszystkich sprawiedliwych, nie ogranicza się więc do Ukraińców pomagających Polakom. Opisuje los Żydów i ludzi różnych narodowości, którzy z narażeniem życia ukrywali ich, często przez wiele miesięcy. Opowiada o Czechach, jednym ze swoich narratorów czyniąc czeskiego pastora. To jego ustami oskarża Polaków o wyniosłość, dumę, pogardę dla Ukraińców i celowe utrudnianie im życia. Wie, że taka diagnoza wygłoszona przez Polaka lub Ukraińca byłaby podważona przez jedną lub drugą stronę, Czecha zaś, w dodatku głęboko wierzącego pastora, dobrego człowieka, nieco trudniej oskarżyć o stronniczość.

I choć książka składa się z wielu krzepiących historii, mimo to lektura „Sprawiedliwych zdrajców” mrozi krew w żyłach. To, że straszne rzeczy działy się na Wołyniu w 1943 roku wiemy, jednak dopiero Szabłowski uświadomił mi z całą mocą, jak strasznie było potem. Jak to jest, mieszkać w jednej wiosce z ludźmi, którzy bestialsko mordowali dzieci? Jeden sąsiad wyprowadzał Polaków ukradkiem z wioski, ukrywał ich na swoim strychu, a drugi przychodził mu ten strych przeszukać. Po wojnie mieszali nadal obok siebie, jedni modlili się przy nieoznaczonych mogiłach, a inni pili herbatę ze szklanek po Polakach. Wszyscy znali prawdę o jednych i drugich. Jest w książce Szabłowskiego jedna historia, o której nie mogę przestać myśleć, historia pewnej kobiety, której zrozumieć nie mogę. Przeczytajcie, będziecie wiedzieli, o której historii myślę.

Kiedy Polacy zaczęli wracać na Wołyń, szukając prochów swoich rodziców i dziadków, przywitała ich wrogość, nieufność w najlepszym razie. Miejscowi dobrze wiedzą, gdzie znajdują się masowe groby. Jedni omijają je traktorem, zostawiając porośnięty drzewami pagórek, inni wysypują na nich śmieci. Jak oni przeżyli te wszystkie lata obok siebie?


Bałam się emocjonalnej reakcji, ale czytałam z suchymi oczami, choć ze ściśniętym sercem. Nawet, kiedy jedna z bohaterek mówi, że jej największym marzeniem było wtedy zginąć od kuli, a nie od siekiery. Mała dziewczynka, która myśli o czymś takim. Najgorsze jest jednak chyba co innego – nie wyciągnęliśmy z historii Wołynia żadnych wniosków. Czy kierujące banderowcami marzenie o czystej Ukrainie, zamieszkanej tylko przez czystej krwi Ukraińców, nie jest niepokojące podobne do coraz głośniej wypowiadanych haseł rodzimych „patriotów”?

Nie przepracowaliśmy rzezi wołyńskiej. Nie mówiono o niej przez lata, a teraz nie chcemy kłaść na szali naszych stosunków z Ukrainą, domagając się nazwania rzeczy po imieniu. Ale nienawiść się wciąż tli. We wczorajszym Dużym Formacie Konrad Oprzędek pisze o narastającej agresji względem Ukraińców w Przemyślu. Jedna z ukraińskich bohaterek Szabłowskiego mówi: „I tak to się będzie ciągnąć, proszę pana. Będziemy liczyć ofiary i każdemu wyjdzie co innego. Wy będziecie na nas patrzeć z góry. My was będziemy za to nienawidzić”. I dopiero po tej pełnej rezygnacji diagnozie poczułam, że mi się oczy pocą.

Dobrze więc, że Szabłowski napisał taką koncyliacyjną książkę. Paulina Małochleb stwierdziła, że Szabłowski działa na szkodę polityki pamięci i początkowo byłam skłonna się z nią zgodzić. W imieniu moich dziadków, którzy przecież mają coraz mniej czasu, chciałabym usłyszeć ukraińskie wyznanie win. Chciałabym, żeby właściwe nadano rzeczy imię, nie godząc się na półprawdę w imię budowania stosunków politycznych, w imię pomocy krajowi ogarniętemu wojną. Jest jednak coś, czego chcę jeszcze bardziej – chcę, żeby to, co wydarzyło się na Wołyniu, się już nie powtórzyło. Nie chcę banderowców z polskimi flagami. Dlatego uważam, że Szabłowski miał rację, podkreślając taki właśnie aspekt wołyńskiej prawdy.

Bohaterowie Szabłowskiego nie traktują tego, co zrobili, jako czegoś wyjątkowego. Niektórzy wiedzą, że reporter szuka ludzi, którzy ratowali Polaków i Żydów, ale nie myślą nawet, że sami mogliby się zaliczyć do tej kategorii. Jedna z jego rozmówczyń mówi: „myśmy z mamą i ciotką tylko nosiły jedzenie do lasu". Dla niej to coś mało znaczącego, wtedy nie wiedziała nawet, że grozi im za to śmierć. Dzisiaj wie, a mimo to nie uważa, że zasługuje na wzmiankę w książce. Są też i tacy, którzy zdają sobie sprawę z tego, że uratowali komuś życie, i czekają na jakikolwiek znak ze strony tej osoby. My czekamy na przepraszam, oni – na dziękuję. Albo przynajmniej na wiadomość, że ktoś, dla kogo ryzykowali życie, ocalał, że to straszliwe ryzyko nie poszło na marne.

I faktycznie, nie wiem, kim były Ukrainki, które uratowały moją babcię. Zastanawiam się, czy ona w ogóle zna ich imiona. Pradziadkowie na pewno to wiedzieli, ale jest już za późno, żeby ich o to spytać. A może te kobiety czekały też na jakąkolwiek wiadomość? Robi mi się trochę wstyd. Trzeba było reportażu, żeby przyszło mi do głowy, że przesłanie takiej wiadomości mogło być możliwe, że trzeba to było zrobić.

Szabłowski pisze doskonale. Składa tę swoją książkę z cegiełek, trzyma czytelnika w niepewności, pisze o tych, co ratowali i (choć dużo mniej) o tych, co mordowali. Do ostatniej chwili nie ujawnia informacji, które rzucają całkiem nowe światło na poszczególne historię. Jego puenty czasem całkowicie wytrącają z równowagi, a przecież czytanie o Wołyniu i tak jest delikatnym balansowaniem między przerażeniem a nienawiścią.

Nie mogę się otrząsnąć po tej lekturze. Mam nawet problem z tym, żeby przestać teraz pisać. I to chyba jest najlepszą miarą książki. To, że chce się po niej rozmawiać, że nie można wyrzucić jej z myśli. Przeczytajcie. Koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Witolda Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

Wydawnictwo Znak 2016

 



czwartek, 22 września 2016

Wrzesień z kryminałem trwa nadal, choć mój czas na lekturę skurczył się niemalże do zera. Na szczęście zdążyłam się naczytać latem, a że wojaże skutecznie utrudniły pisanie, mogę teraz z czystym sumieniem opowiedzieć o kilku kryminałach w lipcu i sierpniu przeczytanych. Co więcej, odstąpienie o pisania o książce zaraz po zakończeniu lektury jest swego rodzaju testem jakości. Jeśli bowiem nie pamiętam, jak właściwie z tym Forstem w ostatniej części trylogii było, to chyba znaczy, że dużego wrażenia na mnie „Trawers” nie wywarł? Ale może wcale tego od niego nie oczekiwałam?

Zacznijmy więc od „Trawersu” Remigiusza Mroza właśnie – książki, która zamyka serię o komisarzu Forście. Seria ta wywołała we mnie uczucia mocno mieszane, ponieważ pierwszy tom mnie zirytował, drugi nad wyraz wciągnął, choć nie zachwycił, za to trzeci uważam za nadspodziewanie udany, z naciskiem na „nadspodziewanie”. Dlaczego w ogóle sięgnęłam po kolejne części, skoro niespecjalnie przypadła mi do gustu pierwsza? Cóż, to pytanie zada tylko ktoś, kto nie przeczytał „Ekspozycji”. Remigiusz Mróz jest bowiem mistrzem manipulacji – może nie do końca radzi sobie z psychologicznymi i socjologicznymi niuansami, za to doskonale wie, jak przykuć uwagę czytelnika, który czyta kolejne tomy z przemożnej chęci dowiedzenia się, co było dalej.

Z tego też powodu nie wiem, czy uzasadnione jest pisanie o „Trawersie”. Czytelnicy, którzy sięgnęli po „Ekspozycję”, zapewne zdecydują się na lekturę „Przewieszenia”, a potem „Trawersu”. Zarówno pierwszy, jak i drugi tom kończą się w sposób, który wywołuje pełen niedowierzania niecenzuralny okrzyk, a następnie zmusza do wycieczki do księgarni. Na szczęście ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najlepiej napisany. Forst ukazuje ludzkie oblicze i traci część swoich supermocy, które pozwalały mu wydostać się z każdej opresji. Wątek kryminalny jest nie najgorzej poprowadzony, zachowanie bohaterów wydaje się całkiem uzasadnione. Pojawia się temat uchodźców, doklejony nieco niezgrabnie, momentami za bardzo przypominający wykład. Dobrze, że autor próbuje wplatać bieżące problemy społeczne, jednak tym razem nie do końca mu to wyszło.

Cała trylogia to literatura czysto rozrywkowa, będąca doskonałym remedium na wieczorne zmęczenie. Kiedy przychodzę do domu wykończona dniem, mogę czytać Mroza. Kartki same się przewracają, co jakiś czas autor serwuje nam kolejną niespodziankę, a na koniec udowadnia, że wystrychnął nas wszystkich na dudka. Zmęczenie jest czynnikiem istotnym, pozwala bowiem przymknąć oko na nadludzkie moce Forsta i sztuczność niektórych fragmentów.

Także „Wioskę morderców” Elizabeth Herrmann przeczytałam już dość dawno temu, w przypadku tej książki nie mam jednak żadnych problemów z przypomnieniem sobie szczegółów. Niemiecka pisarka zaczyna od mocnego uderzenia – prolog jest tajemniczy, ale niespecjalnie oryginalny, ale scena znalezienia fragmentów ludzkich zwłok w ogrodzie zoologicznym jest bardzo sugestywna. Od początku widać więc, co będzie najmocniejszą chyba stroną tej powieści. Nastrój grozy i aura tajemniczości będą nam towarzyszyć do ostatniej strony.

Sprawa mężczyzny zjedzonego przez pekari wydaje się prosta. Domniemana sprawczyni przyznała się do winy i choć motywu brak, nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Jedynie niedoświadczona policjantka z drogówki, o oryginalnym imieniu Sanela, wątpi w oficjalną wersję. Prowadzi śledztwo na własną rękę, przy lekkiej dezaprobacie zdającego sobie sprawę z jej poczynań szefa. Jest sympatyczną bohaterką i choć w prawdziwym życiu nie mogłaby chyba liczyć na taką pobłażliwość przełożonych, trudno nie kibicować jej poczynaniom.

Drugi z próbujących zrozumieć sprawę bohaterów jest zdecydowanie mniej sympatyczny. Jeremy Saaler, początkujący psycholog, jest nieznośny, przemądrzały i tępy, w dodatku przypada mu w udziale rola romansowa, bardzo kiepsko napisana. Denerwowały mnie wszystkie sceny z jego udziałem, choć z drugiej strony przydała się taka przeciwwaga dla idealistycznej Saneli. Najciekawsza zaś z całej powieści jest tytułowa wioska. Nie chcemy sobie nawet wyobrażać, że takie miejsca istnieją, choć bez wątpienia tak właśnie jest. Od czasu do czasu słyszymy w mediach koszmarne historie o przemocy, o której musieli wiedzieć sąsiedzi ofiar i sprawców, a jednak woleli udawać, że niczego nie zauważają. Wiemy, że są miejsca, w których dzieje się zło, któremu nikt się nie przeciwstawia, i od początku przeczuwamy, że wioska z powieści Herrmann może mieć z takimi miejscami coś wspólnego.

Nie oznacza to, że uda nam się przewidzieć, jak potoczy się intryga kryminalna i co doprowadziło do śmierci człowieka w ogrodzie zoologicznym. Autorka zaplanowała wszystko pieczołowicie i do ostatniej chwili udaje jej się trzymać nas w niepewności. Mimo niechęci do Jeremy’ego i zniesmaczenia wątkiem romansowym, powieść oceniam jako bardzo dobrą i będę czekać na kolejny kryminał tej autorki.

Ostatni kryminał jest lekturą świeżą, już wrześniową, jednak nie znaczy to, że będę miała na jego temat najwięcej do powiedzenia. „Szumowiny” Jørna Liera Horsta to szósty tom cyklu o Williamie Wistingu i jego córce Line. Pisałam już o tym, że wydawnictwo zdecydowało się na wydawanie tego cyklu w dość dziwnej kolejności, zaczynając od tomu dziewiątego, potem zaś kolejno publikując ósmy, siódmy, następnie dziesiąty, a teraz znowu szósty. Niemniej, czytelnicy, którzy chcą w tej chwili zacząć przygodę z książkami Horsta, są w całkiem komfortowej sytuacji, „Szumowiny” to najwcześniejszy pod względem chronologii wydarzeń tom i warto lekturę cyklu zacząć właśnie teraz.

Morze wyrzuca na brzeg odciętą lewą stopę. Policjanci dopiero zaczynają się głowić nad jej pochodzeniem, gdy zostają znalezione kolejne, wszystkie w podobnych butach. Wisting zaczyna podejrzewać, że mogą należeć do czterech zaginionych osób, których zniknięcia nie zdołano wyjaśnić. Zaczyna się żmudne, policyjne śledztwo, czyli coś, w opisywaniu czego Jørn Lier Horst jest najlepszy.

Wistingowi daleko do porywczego i szybko działającego komisarza Forsta. Niespiesznie dedukuje, zbiera starannie ślady, woli zrobić wszystko samodzielnie (to akurat go z podtatrzańskim komisarzem łączy).  Często czuje zmęczenie, przygnębia go ogrom czekającej pracy. Jego córka Line jest jego przeciwieństwem. Z zapałem przygotowuje reportaż o ludziach, którzy wyszli niedawno na wolność po odsiedzeniu wielu lat. Nie wzdraga się przez przeprowadzaniem wywiadów z mordercami, fascynuje ją wpływ, który wywarł na nich pobyt w więzieniu i zastanawia się, czy po odsiadce stali się lepszymi ludźmi, czy wręcz przeciwnie. Takie rozważania są zawsze obecne w książkach Horsta, który tak snuje swoje intrygi, żeby przy ich okazji opowiedzieć o ważnych problemach społecznych.

Lubię książki Horsta – to takie klasycznie napisane kryminały, w których liczy się staranność śledczego i umiejętność kojarzenia faktów. Podoba mi się kontrast między rzutką Line i znużonym Wistingiem. Nie przeszkadza mi nawet poznawanie ich życia prywatnego w mocno chaotycznej kolejności, choć poznawanie początków związku Line i Tommy’ego nie wywoływało we mnie żadnych emocji, a nawet nieco irytowało. Melancholia przesycająca wszystkie części tego cyklu czyni z niego idealną, jesienną lekturę.

Remigiusz Mróz "Trawers" (cykl o Forście, tom 3)

Wydawnictwo Filia 2016

Moja ocena: 3,5/6

 

Elizabeth Herrmann "Wioska morderców" (cykl o Saneli, tom 1)

Tłum. Wojciech Łygaś

Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2016

Moja ocena: 4/6


Jørn Lier Horst "Szumowiny" (cykl o Wistingu, tom 6)

Tłum. Milena Skoczko

Wydawnictwo Smak Słowa 2016

Moja ocena: 4/6



czwartek, 08 września 2016

Są książki, które pamięta się latami i wspomnienie których przywołuje od razu uśmiech na usta. Nawet jeśli czytaliśmy je dawno temu, pamiętamy wciąż emocje, jakie w nas budziły - pierwsze tomy Jeżycjady, wczesne książki Chmielewskiej, "Nasza rodzina i inne zwierzęta" Durrella. Niektóre z tych książek zajmują szczególne miejsce w sercach wielu czytelników i miło jest odkryć bratnią duszę, która je również czule wspomina, inne nie są tak szeroko znane. Wśród tytułów, do których chętnie wracam i które należą do najbardziej pogodnych i uroczych książek, jakie znam, są powieści weterynarza z Yorkshire, piszącego pod pseudonimem James Herriot.

Znacie przygody chłopaka, który pewnego letniego dnia zapukał do domku nieco ekscentrycznego weterynarza Siegfrieda Farnona, prowadzącego praktykę w miasteczku Darrowby w Yorkshire, by dostać tam pracę asystenta? Jeśli tak, to z pewnością uśmiechacie się teraz, wspominając cielaki przychodzące na świat w lodowatych oborach na wrzosowiskach, szorstkich i nieufnych farmerów, którzy zawsze pakowali weterynarzowi jakiś prowiant do samochodu, rozpieszczonego pieska, którego właścicielka urządzała przyjęcia w jego imieniu... Jeśli nie, to czym prędzej wybierzcie się do biblioteki lub po prostu kupcie pierwszy tom, bo będzie wam przyjemnie mieć go na własność!

Byłam już kilka razy w Yorkshire, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do miasteczka, w którym mieszkał autor tych cudnych opowieści. Kiedy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Wielkiej Brytanii, postanowiłam, że choćbym miała jechać całkowicie okrężną drogą, odwiedzę miasteczko, w którym mieszkał James Herriot. Chcąc uniknąć oporu rodziny, kupiłam "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" w formie ebooka (pisałam już, że na wyjazdy zabieram tylko jedną papierową książkę) i zaordynowałam, że będzie to nasza pierwsza wspólna lektura podczas tej podróży.


Na wakacjach zawsze czytamy na głos. Czytamy na głos także w domu, ale na wakacjach zawsze jest więcej okazji. Przyjemnie słucha się czytania podczas wspólnych pikników, w trakcie długiej podróży samochodem albo wieczorem w namiocie. Szybko okazało się, że miałam rację - Olę zauroczyły zabawne perypetie weterynarza, a i U, który już je znał, z przyjemnością je sobie odświeżał. Czytaliśmy podczas wycieczek przez wzgórza Yorkshire, a moja propozycja, by w drodze powrotnej ze Szkocji odwiedzić dom Herriota, spotkała się z entuzjazmem.

Oczywiście, w rzeczywistości James Herriot nazywał się zupełnie inaczej, a i miasteczka o nazwie Darrowby na mapie nie znajdziecie. Autor książek musiał ukryć się pod pseudonimem, ponieważ weterynarzom nie wolno było wówczas w żaden sposób reklamować swoich usług, a książka zawierająca opowieści o udanych zabiegach, wydana pod prawdziwym nazwiskiem, mogła zostać odebrana jako autoreklama. James Alfred Wight, powszechnie znany jako Alf Wight, wybrał sobie więc pseudonim. Wybór był dość przypadkowy - Alf oglądał mecz piłki nożnej i był pod wrażeniem doskonałej gry bramkarza Birmingham City, niejakiego Jima Herriota. Nazwisko przypadło mu do gustu i postanowił użyć go w charakterze pseudonimu.

Darrowby to tak naprawdę Thirsk - niewielkie miasteczko leżące prawie dokładnie pośrodku hrabstwa Yorkshire, pomiędzy parkami narodowymi Yorkshire Dales i North York Moors. Książkowe Darrowby nie jest oczywiście dokładnym odwzorowaniem Thirsku, jako że Herriot zlepił swoje miasteczko z kilku okolicznych miejscowości, ale Skeldale House istnieje naprawdę, i co więcej, można je zwiedzać. Wewnątrz mieści się jedno z najbardziej uroczych muzeów, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.

Wewnątrz domu, w którym niegdyś mieściła się praktyka Donalda Sinclaira (książkowego Siegfrieda Farnona), wciąż znajdują się oryginalne meble i inne przedmioty. Wnętrza pieczołowicie odtworzono, dbając o to, żeby wszystkie znane z książek pomieszczenia można było odwiedzić (no, prawie wszystkie, zabrakło gabinetu siejącej postrach panny Harbottle), na piętrze zaś mieści się fascynujące muzeum weterynarii i sala zabaw dla dzieci (i niektórych dorosłych;)). Nie zabrakło nawet garnka na pieniądze, stojącego nad kominkiem!

Figura czytającego gazetę Tristana jest dość kiczowata, ale cała reszta to autentyczne wyposażenie z czasów Herriota.

Z przyjemnością przemierzaliśmy kolejne pokoje, zaglądając do sali zabiegowej, sprawdzając, jakie książki miał w swojej biblioteczce Alf Wight i wyobrażając sobie, jak w środku nocy dzwoni stojący na półeczce w przedpokoju czarny telefon.

W tym pokoju lekarze jedli śniadania, jeśli spóźnili się na wspólne śniadanie, jedzone przeważnie w kuchni. Wszystkie pokoiki są naprawdę mikroskopijne!

Tylko kuchnia jest naprawdę przestronna. Widać, że było to naprawdę istotne pomieszczenie. W kredensie stoją przetwory, które wyglądają, jakby pamiętały lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku!

Mimo że pokoje są maleńkie, dom jest całkiem spory. Można posiedzieć w słońcu w niewielkim ogródku, zajrzeć do ogromnej i ciemnej stodoły, w której Tristan trzymał kiedyś swoje świnie. Wyglądając przez okno jednej z sypialni, wyobrażałam sobie, jak ich stadko pędzi w popłochu ulicą podczas pamiętnej ucieczki.

Na tyłach domu znajduje się telewizyjne studio, w którym kręcono niezwykle niegdyś popularny serial, oparty na książkach Herriota. Można objerzeć nie tylko kostiumy i scenografię, ale także wyposażenie studia z lat siedemdziesiątych. Szalenie podobał nam się słynny austin - kapryśny samochód, którym Alf Wight jeździł po wzgórzach, by dotrzeć do swoich pacjentów. Na najwyższym piętrze zaś spędziliśmy co najmniej godzinę, bawiąc się w dość staroświeckie i niesłychanie urocze gry, takie jak dopasowywanie zdjęcia rentgenowskiego do poszczególnych części ciała różnych zwierząt, rozpoznawanie gatunku po zębach, które trzeba było dokładnie obmacać, jako że były ukryte i nie można było ich zobaczyć, oraz najbardziej nietypowa atrakcja - wyciąganie cielaka z macicy plastikowej krowy (nie było to wcale takie łatwe)!

Wight pisał także dziennik, który nie został nigdy opublikowany - jego fragmenty są wystawione na wystawie na tyłach domu. Popularność własnych powieści zadziwiła go, a jeszcze bardziej zaskoczeni byli farmerzy, którzy korzystali z jego usług. Przecież to, o czym pisał, było całkiem zwyczajne! Ich zdaniem nie było nic ciekawego w takiej kronice życia codziennego. Nawet ironiczne podejście autora nie wydało im się nietypowe - sami tak właśnie chyba podchodzili do życia, z dużym dystansem i dawką humoru. Sam autor cierpiał podobno na depresję, ale potrafił pisać o swojej pracy z powściągliwym humorem, a przede wszystkim potrafił dostrzec piękno krainy, w której przyszło mu zamieszkać. Nie pochodził z Yorkshire, lecz zachwyciły go tutejsze wzgórza, przejrzyste powietrze, zapach wrzosów. W drodze do Thirsku zatrzymaliśmy się pośrodku wrzosowiska i choć wiele razy byłam już na wrzosowiskach, nigdzie jeszcze wrzosy nie pachniały tak intensywnie, jak tam.



Yorkshire ma wiele atrakcji związanych z literaturą. Tłumy turystów odwiedzają plebanię w Haworth, która była domem dla sióstr Brontë. Whitby przyciąga miłośników Drakuli, Scarborough zaś było tłem dla powieści Anne Brontë. Pisałam o tych miejscach tutaj. Wszedzie tam jest mnóstwo ludzi, przynajmniej w wakacje. W domu Herriota było oprócz nas zaledwie kilka osób. Jest tu spokojnie i przyjemnie, można spędzić kilka godzin, snując się po kolejnych pomieszczeniach, oglądając film o Herriocie w malutkiej sali kinowej, albo spacerując po miasteczku i szukając innych miejsc związanych z pisarzem. Thirsk leży nieco na uboczu, jadąc do najbardziej znanych atrakcji Yorkshire raczej się go omija, ale jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie. A potem pojedźcie na okoliczne wzgórza, usiądźcie wśród wrzosów i przeczytajcie choć jeden rozdział przygód tego najsłynniejszego weterynarza.

 

Więcej zdjęć z domu Herriota pokażę na instagramowym profilu Miasta Książek, a inne zdjęcia z Yorkshire i ze Szkocji znajdziecie na instagramowym profilu Innych Stron. Relacja z całego wyjazdu już wkrótce na Innych stronach. Zapraszam :)

środa, 07 września 2016

Myśląc o kryminałach, często przychodzą nam na myśl książki w stylu skandynawskim, mroczne i dość przygnębiające, a przecież kryminał może mieć także bardziej pogodne oblicze. Klasyczne kryminały Agathy Christie nie zawierają zbyt wielu scen przemocy, a ich urok polega na śledzeniu błyskotliwego dochodzenia prowadzonego przez ekscentrycznego Poirot lub przez staroświecką pannę Marple. Od czasów wielkiej damy kryminału gatunek ten się zdecydowanie rozwinął i zmienił, jednak wciąż są czytelnicy, którzy od czasu do czasu lubią poczytać o tradycyjnym śledztwie prowadzonym staroświeckimi metodami. Przy lekturze kryminału można się czasem pośmiać, a książkę zamknąć z uśmiechem na twarzy.

W literaturze angielskiej takie kryminały mają nawet swoją nazwę - mówi się na nie "cosy mysteries" ("cosy" znaczy "przytulny"). Do popularnych autorów należy chociażby Alexander McCall Smith, autor uroczej serii o Mmie Ramotswe. Niedawno zaś ukazał się pierwszy tom bardzo popularnego cyklu o Sidneyu Chambersie, pastorze, który rozwiązuje zagadki kryminalne.

Książki te mają wszystko, co lubię w "przytulnych" kryminałach. Panuje w nich nieco staroświecki klimat, nie bez powodu zreszta, ponieważ akcja toczy się w latach pięćdziesiątych w małym, angielskim miasteczku, a wśród bohaterów są przeróżni ekscentrycy. Pierwsza część rozpoczyna się w roku koronacji królowej Elżbiety II (1953), a główny bohater, Sidney Chambers, ma 32 lata. Choć jest tak młody, niedawno objął parafię Grantchester niedaleko Cambridge - ten szybki awans zawdzięcza swojej błyskotliwości i wykształceniu, ale także temu, że po prostu zna odpowiednich ludzi. Sidney jest niezwykle ujmujący i ma przyjaciół wszędzie, także wśród arystokracji. Nie zawsze okazuje się to błogosławieństwem, bowiem kiedy wśród wysoko postawionych przyjaciół pastora zostanie popełnione jakieś przestępstwo, to właśnie młody duchowny proszony jest o interwencję i pomoc w znalezieniu sprawcy.

Szybko okaże się, że ludzie chętniej zwierzają się pastorowi niż policji, Sidney jest więc proszony o pomoc nie tylko przez znajomych, ale także przez lokalnego inspektora policji. Obaj panowie zresztą też się przyjaźnią, regularnie spotykając się w lokalnym pubie. Sidney nie jest zachwycony swoim udziałem w śledztwach. Wolałby poświęcić więcej czasu na przygotowywanie kazań i wykonywanie innych obowiązków. Nie potrafi jednak odmówić, kiedy ktoś prosi go o pomoc, zwłaszcza gdy jest to ktoś z członków jego rodziny lub młoda panna, którą niegdyś chciał poślubić.

"Sidney Chambers. Cień śmierci" to tak naprawdę zbiór opowiadań, z których każde traktuje o innej zagadce kryminalnej. Ponieważ są ułożone chronologicznie i bardzo ściśle ze sobą powiązane, można całość uznać za powieść złożoną z kilku rozdziałów. Sprawy, nad którymi pracuje Sidney, są bardzo różnorodne, od tak poważnych, jak morderstwo, do raczej błahych, acz intrygujących, takich jak kradzież pierścionka zaręczynowego. W tle przewija się mnóstwo interesujących i uroczych bohaterów, którzy dodają książce sporo kolorytu.

Najciekawszy jest oczywiście sam pastor. Jest nie tylko inteligentny i uroczy - czasem wydaje się bezradny, ludzie trochę nim manipulują, dzięki czemu czytelnik jest całym sercem po jego stronie. Jest też przystojny, co bez wątpienia pomaga mu w zjednywaniu sobie kobiet. Nie ma jednak szczęścia w miłości, i choć zainteresowany jest aż dwoma kobietami, nie ma wielkich nadziei na związek z którąkolwiek z nich.

James Runcie, autor serii o Sidneyu Chambersie, jest synem arcybiskupa Canterbury, dobrze zna więc życie na plebanii i problemy, z którymi styka się angielski pastor. Potrafi oddać rozterki Sidneya, który jest autentyczny nawet wtedy, kiedy zajmuje się czymś zupełnie dla większości czytelników abstrakcyjnym, czyli układaniem kazań. Same intrygi nie są jednak zbyt skomplikowane i czytelnik, który zjadł zęby na kryminałach, nie będzie miał problemów z odgadnięciem, kto jest sprawcą każdego przestępstwa. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, a książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, wyobrażam sobie jednak, że niektórym czytelnikom może wydać się nieco mdła.

Na podstawie książek o Sidneyu Chambersie powstaje serial - w głównego bohatera wcielił się James Norton. Na razie wyemitowano dwa sezony, trzeci zaplanowano na przyszły rok. Po przeczytaniu książki już wiem, że na pewno go obejrzę. Żałuję jednak, że wydawnictwo Marginesy zdecydowało się na filmową okładkę - znacznie bardziej podobają mi się nieco staroświeckie, rysunkowe okładki angielskich wydań.

To na pewno nie są książki dla każdego, jednak miłośnicy angielskich wsi i kryminałów nie powinni być zawiedzeni. Sidney jest na tyle inteligentny, by sprostać roli dedukującego detektywa, a jego zawód i otoczenie sprawiają, że wydaje się dość nietuzinkowy. Ja jestem zauroczona i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Moja ocena: 4.5/6

James Runcie "Sidney Chambers. Cień śmierci"

Cykl Zagadki Grantchester, tom 1

Tłum. Ewa Penksyk-Kluczkowska

Wydawnictwo Marginesy 2016



niedziela, 04 września 2016

Może się narażę, ale napiszę wprost - "Ciuciubabka" Arnego Dahla to jeden z najlepszych kryminałów, jakie przeczytałam w tym roku, może nawet najlepszy.

Dlaczego narażę? Bo przejrzawszy (nieliczne) recenzje stwierdzam, że jestem chyba dość odosobniona w swoim uwielbieniu dla tego autora. Arne Dahl nie oszczędza bowiem czytelników. Mnoży wątki, nie ogranicza się do jednego lub kilku głównych bohaterów, nie przypomina też w kolejnych tomach, kto jest kim. Sięgając po "Ciuciubabkę" bez znajomości dwóch wcześniejszych tomów raczej się zniechęcicie.

Jednocześnie jednak cykle powieści Arnego Dahla są ucieleśnieniem tego, co w cyklach kryminalnych najlepsze. Powoli poznaje się bohaterów, którzy początkowo wydają się obcy i podobni do siebie, jednak z książki na książkę zdradzają coraz więcej na swój temat. Piętrowe intrygi są wysmakowane, realistyczne i bardzo zręcznie prowadzone. Zagadka kryminalna, zawsze ciekawa, jest pretekstem do opowiedzenia o świecie, w którym żyjemy i o problemach, które w jakiś sposób dotyczą zawsze także nas, czytelników z Polski.

Trzeba jednak podejść do tego pisarza ze spokojem, czytać po kolei, zapamiętywać nazwiska, rysować w wyobraźni potrety bohaterów. Okaże się wtedy, że po dwóch książkach pamiętacie wszystkikch, są wam bliscy, a kolejne tomy możecie czytać nawet na stojąco w tramwaju i nie poczujecie się ani na chwilę zgubieni.

"Ciuciubabka" to trzeci tom serii o Opcopie - tajnej jednostce europejskiej policji, będącej swego rodzaju odpowiednikiem FBI. Nie chcę napisać za wiele, żebyście sami odkryli, czego będzie dotyczyło kilkuwątkowe śledztwo prowadzone tym razem przez Paula Hjelma i jego zespół, jednak temat główny pojawia się już w pierwszej scenie - przyszłość samochodów na benzynę i na prąd. Jak zwykle Dahl sięga po temat, który może kiedyś obudzić sporo kontrowersji i przedstawia swój scenariusz zdarzeń, jak zwykle dość przerażający. Jednocześnie Opcop obserwuje ludzi, którzy mogą być powiązani z mafią rozstawiającą żebraków na ulicach europejskich miast, a Paul nawiązuje znajomość z panią komisarz Unii Europejskiej, która staje sie obiektem szantażu.

Wszystkie te wątki oczywiście połączą się w bardzo zgrabną całość, jak to zwykle u tego autora bywa. Bardzo odświeżająca jest jego wizja policyjnej pracy. Ponieważ jego bohaterowie należą do elitarnej grupy, która nie narzeka na brak dofinansowania, mają do dyspozycji technologie i rozwiązania, o których zwykli policjanci nie śmieliby nawet pomarzyć. Mają dostęp chyba do wszystkich kamer zamontowanych gdzieś w Europie, wynajmują mieszkania w centrach europejskich miast, śledzą ludzi w niesamowicie wyrafinowany sposób. Nie znaczy to jednak, że śledztwa idą im jak z płatka. Nie tylko oni korzystają z cudów techniki - przestępcy także mają do nich dostęp, a Opcop styka się z wyrafinowanymi kryminalistami, dla których nie istnieją problemy finansowe. Tym samym nie ma tutaj narzekania na niski budżet i brak sprzętu, jest za to błyskotliwa policyjna robota, walka, w której i tak policja jest zawsze o krok do tyłu, ale jednak nie jest bez szans.

Przeczytałam więc "Ciuciubabkę" w dwa wieczory, a następnie zamknęłam książkę z lekkim niedowierzaniem i czym prędzej otworzyłam stronę internetową wydawnictwa Czarna Owca, żeby sprawdzić, czy jest w zapowiedziach kolejny tom cyklu. Arne Dahl zafundował nam bowiem takie zakończenie, że chyba każdy, kto przeczytał "Ciuciubabkę", będzie z wielką niecierpliwością czekał na następną książkę!

Moja ocena: 5.5/6

Arne Dahl "Ciuciubabka"

Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Wydawnictwo Czarna Owca 2016


PS. Po raz drugi już we wrześniu zapraszam na Wrzesień z kryminałem! Przeczytajcie w tym miesiącu jakiś kryminał i napiszcie o nim parę słów. Na Facebooku jest specjalne wydarzenie (tutaj), zapraszam do przyłączenia się. Możecie też pisać o przeczytanych przez siebie kryminałach tutaj, w komentarzach, albo u siebie na blogu! Ja mam w planach kilka powieści kryminalnych w tym miesiącu :)

środa, 24 sierpnia 2016

Siedzimy na wzgórzu i chłoniemy niesamowity widok. Przed nami, aż po horyzont, ciągną się łagodne, pocięte kamiennymi murkami wzgórza. Na soczyście zielonych pastwiskach (trudno, żeby nie były zielone, skoro codziennie pada) pasą się niewielkie grupki owiec. Jest cicho, powietrze drga. Leniwie płynie czas.

Nie dla wszystkich jednak ten krajobraz to przedmiot estetycznych uniesień. Murki kiedyś ktoś pracowicie ułożył, dopasowując kolejne kamienie. Owce niedawno ostrzyżono, za to brama się lekko zwiesza i czeka na zreperowanie. Wśród tych zielonych wzgórz żyją ludzie, którzy zajmują się hodowlą owiec, od pokoleń reperując kamienne murki, gromadząc siano na zimę, doglądając owiec. Krajobraz, który ja jako turystka zawłaszczam na chwilę dla siebie, jest ich miejscem. Nie patrzą na niego przez pryzmat poezji, a ciągły deszcz oznacza dla nich gnijące siano, a nie błoto na szlaku.

Czytając doskonałą książkę Jamesa Rebanksa podczas przemierzania północnej Anglii, nie sposób o tym nie myśleć. Rebanks to pasterz z dziada pradziada - jego rodzina mieszka w Lake District od pokoleń, a tajników hodowli owiec uczył się od dziadka zanim jeszcze poznał alfabet. Czuje, że jest we właściwym miejscu, że przynależy do otaczającego go krajobrazu. Nie wybrał tego życia, zostało mu dane, a jednak on sam nie chciałby żadnego innego.

Kto może powiedzieć o sobie to samo? Większość z nas żyje zupełnie inaczej, dokonujemy wyborów, czasem przemyślanych, czasem przypadkowych, kreujemy siebie nawet po kilkakroć, zmieniamy miejsce zamieszkania, wybieramy spośród setek możliwych opcji. Cenimy sobie te możliwości, i słusznie, jednak czytając "The Shepherd's Life" trudno nie zwątpić choćby przez chwilę, zazdroszcząc autorowi tej pewności, że jest tam, gdzie powinien.

James Rebanks zresztą swój los nie tylko odziedziczył, ale także wybrał. Życie w pasterskiej rodzinie to nie sielanka, praca jest ciężka i bezustanna, a źródeł konfliktów jest wiele. James od zawsze kłócił się ze swoim ojcem, a jako zbuntowany nastolatek, niespodziewanie dla siebie, swoich przyjaciół i sąsiadów, uciekł do świata, którego jego ojciec i dziadek nie cenili - zaczął nałogowo czytać. Zdobyta poprzez lekturę wiedza umożliwiła mu ukończenie edukacji (wcześniej przerwał naukę, nie widząc sensu w chodzeniu do szkoły). Ostatecznie trafił na studia, i to nie byle gdzie - przyjęto go na uniwersytet w Oksfordzie. Świat stał przed nim otworem. On jednak studiował z zapałem, ale kiedy tylko mógł, wracał na rodzinną farmę. Po studiach zaś osiedlił się z powrotem na wzgórzach i poszedł w ślady ojca i dziadka.

O swoich owcach pisze ze swoistą czułością. Zna każdą z nich, wie, gdzie przyszła na świat, ile wydała potomstwa. Wie, które są doświadczone i poradzą sobie z opieką nad młodymi, a którym trzeba pomóc. Zagląda do nich każdego dnia, często przemierzając całe kilometry. Owce, które hoduje, żyją bowiem na swobodzie, wędrując po pastwiskach, które stanowią wspólną własność mieszkańców doliny.Na tych terenach wciąż obowiązują stare prawa, wszyscy wiedzą, komu ile owiec przysługuje, rozpoznają swoje stada, pomagają sobie w kłopotach. W tym surowym obszarze inaczej nie da się przetrwać.

Lake District, podobnie jak inne północne rejony kraju, jest słonecznym i przyjemnym miejscem tylko przez kilkanaście tygodni w roku. Przez większość czasu panuje tu zima, wieją silne wiatry, ciągle pada. Nawet lato potrafi być naprawdę deszczowe, czego doświadczyliśmy w tym roku na własnej skórze. Praca na farmie to nie sielanka - kiedy nawarstwiają się problemy, trzeba wykazać się niesamowitym opanowaniem i zdolnościami logistycznymi. Owce wymagają opieki, doglądania, dokarmiania, reagowania na różne problemy. Zimą, kiedy jasno jest tylko przez kilka godzin, zwyczajnie nie starcza czasu na wszystko. "The Shepherd's Life" to przede wszystkim opowieść o ciężkiej, niekończącej się pracy.

Nie na darmo jednak autor przeczytał tyle książek. Potrafi wskazać kontekst, rozumie kulturową wartość tego, czym się zajmuje. Farma nie jest dla niego obowiązkiem - to symbol ciągłości, jedyny sposób na zachowanie krajobrazu kształtowanego przez pokolenia. Jest w nim też poeta, który zgrabnym zdaniem oddaje piękno świata, w którym przyszło mu żyć.

Nie sądziłam, że książka o owcach okaże się tak doskonałą, olśniewającą miejscami lekturą. Przeczytałam, obserwując codziennie kolejne stada na kolejnych wzgórzach, i przyznam, że nieco zazdroszczę autorowi - tej pewności, że jest tam, gdzie powinien, że robi coś, co ma głęboki sens.

Przeczytajcie, a jeśli nie czujecie się na siłach (choć zaręczam, że książka jest napisana dość prostym językiem, tylko kilka słów dotyczących owiec i farmy może sprawić problemy), polubcie autora na Twitterze (https://twitter.com/herdyshepherd1) - jego profil jest często aktualizowany i cieszy się zasłużoną popularnością.


Moja ocena: 6/6

 

PS. Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki przywiozłam z wakacji, zajrzyjcie na Instagrama: https://www.instagram.com/miasto_ksiazek/ :)

niedziela, 31 lipca 2016

Elizabeth - niewielkie miasteczko w stanie New Jersey, rok 1952. Położone zaraz obok miasta lotnisko cieszy się dużym powodzeniem, a mieszkańcom wprawdzie trochę przeszkadzają przelatujące nad ich domami samoloty, ale nie na tyle, żeby protestować. Przynajmniej do chwili, w której jeden z samolotów rozbija się tuż po starcie i spada na miasto.

Ludzie mieszkający w pobliżu miejsca katastrofy nie mogą uwierzyć, że otarli się niemal o śmierć. Inni stracili kogoś bliskiego, jeszcze inni zaś traktują całe zdarzenie jako sensację i temat do rozmów. Ale wtedy zdarza się kolejna katastrona i na miasto spada kolejny samolot. A potem jeszcze jeden. Wszystko na przestrzeni trzech miesięcy.

Mało wiarygodna fabuła, powiecie? Owszem, tylko że to wszystko zdarzyło się naprawdę. W ciągu trzech miesięcy na Elizabeth spadły trzy samoloty, i jak łatwo sobie wyobrazić, wzbudziło to nie tylko panikę, ale także wywołało sporo teorii spiskowych - w końcu w taki zbieg okoliczności naprawdę trudno uwierzyć. Judy Blume, znana i lubiana autorka powieści dla młodzieży, dorastała w Elizabeth, a kiedy spadały samoloty, była nastolatką. Przez lata nie chciała wracać do tych przeżyć, wypierając je niemalże z pamięci i nie rozmawiając o nich z nikim, ale wreszcie historia w niej dojrzała. Napisała książkę, tym razem przeznaczoną dla dorosłego czytelnika, o ludziach, którzy żyli w Elizabeth w tym trudnym okresie.

Głównymi bohaterami jest kilkoro nastolatków, przede wszystkim Miri Ammerman, która prawdopodobnie jest częściowo odbiciem wspomnień autorki o samej sobie. Miri jest wychowywana przez matkę, o swoim ojcu nie wie nic, zna tylko jego imię. Zazdrości pełnej rodziny swojej najlepszej przyjaciółce, uczy się życia od rezolutnej babci, przeżywa pierwsze zauroczenie. Cień na to wszystko rzucają spadające samoloty i śmierci kolejnych osób. Jej przyjaciele na różne sposoby przeżywają traumę, jaka dotknęła wszystkich chyba mieszkańców miasta. Niektórzy wykazują się bohaterstwem, inni popadają w obsesję i zaczynają chorować, jeszcze inni wydają się całkowicie obojętni.

"Koleje losu" to jednak portret zbiorowy, a katastrofy są tak naprawdę tylko pretekstem do pokazania, jak żyło się w latach pięćdziesiątych w małym, amerykańskim miasteczku. Postać Miri jest spoiwem, ale książka ma dziesiątki bohaterów. Początkowo trudno się zorientować, kto jest kim, ale szybko wszystko zaczyna się układać, skomplikowane sieci powiązań stają się coraz bardziej przejrzyste, choć autorka trzyma w zanadtrzu kilka niespodzianek, które poznamy dopiero pod sam koniec lektury.

Judy Blume jest bardzo znana w USA, a każda jej książka jest tam wydarzeniem. U nas "Koleje losu" przechodzą chyba bez echa, a szkoda, bo to doskonała powieść obyczajowa, która świetnie się sprawdzi jako wakacyjne czytadło. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, żeby przekonać się po raz kolejny, że życie bywa dziwniejsze od fikcji.

Moja ocena: 5/6

Judy Blume "Koleje losu" (tytuł oryginalny In the Unlikely event)

Tłum. Katarzyna Petecka-Jurek

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

niedziela, 24 lipca 2016

Nie pamiętam, od czego się to zaczęło. Bardzo możliwe, że pierwszą książką, która sprawiła, że zaczęłam marzyć o szkockich wyspach, był "Odmieniec" - urocza historia pewnej bernikli, która zgubiła swoje stado, i pewnej dwójki ludzi, którzy znaleźli miłość tam, gdzie nikt się nie spodziewał. A może fascynacja położonymi na Dalekiej Północy wyspami ma swoje źródło w jeszcze wcześniejszych lekturach? Nie wiem, ale pamiętam, jak będąc w leżącym dosłownie na końcu świata malutkim, rybackim miasteczku w Argentynie powiedziałam, ku uciesze wszystkich towarzyszy, że gdybym miała do dyspozycji jeszcze jedno życie, chciałabym właśnie w takim miejscu zamieszkać. Jest coś nieodparcie pociągającego w wyspach otoczonych lodowatym morzem, smaganych wiatrem przez większą część roku. Ludzie żyjący w takich miejscach muszą być twardzi, tak przynajmniej mi się wydaje. Kocham wyspy i chociaż pewnie nigdy na żadnej nie zamieszkam, chętnie je odwiedzam i jeszcze chętniej o nich czytam. A że w tym roku Szkocja jest u nas gorącym tematem, dzisiaj opowiem wam o książkach, których akcja toczy się właśnie na szkockich wyspach.

Karen Altenberg "Island on Wings"

Najbardziej chyba działającym na wyobraźnię archipelagiem szkockim jest St Kilda - najbardziej na zachód wysunięta część Hebrydów Zewnętrznych. Od lat trzydziestych ubiegłego wieku nikt tam nie mieszka. Książka Karen Altenberg to powieść historyczna o dwójce ludzi, którzy dobrowolnie przeprowadzili się w to samotne i prymitywne miejsce. To pełna emocji, pięknie napisana powieść o miłości, poczuciu misji i niezrozumieniu. Recenzja tutaj: KLIK.

Susan Fletcher "The Silver Dark Sea"

Susan Fletcher to jedna z moich ukochanych autorek, na której książki zawsze czekam z niecierpliwością. Potrafi pisać poetycko i tworzy kobiece narratorki o niesamowicie sugestywnym głosie. "The Silver Dark Sea" to książka, której akcja toczy się na fikcyjnej wyspie, niekoniecznie szkockiej, jednak autorka przyznaje, że inspirowała się wyspami szkockimi i na nich wzorowała opisy miejsc. Mieszkańcy wyspy kilka lat wcześniej stracili jednego z mieszkańców. Teraz morze wyrzuca na brzeg tajemniczego nieznajomego, którego przybycie zmieni ich wszystkich. To doskonała powieść i bardzo żałuję, że nie została wydana po polsku. W Mieście Książek znajdziecie za to recenzje dwóch innych, przetłumaczonych na język polski, powieści tej autorki: "Eve Green" (recenzja tutaj) i "Ostrygojadów" (tutaj).

Judy Fairbairns "Island Wife"

O tej książce dopiero pisałam, wiecie więc, że nie spełniła do końca oczekiwań, jakie w niej pokładałam. Niemniej, warto po nią sięgnąć, jeśli jesteście ciekawi tego, jak wygląda życie na wyspie i chcecie poznać jego mniej romantyczny obraz.

Sarah Moss "Night Waking"

Z tą książką mam szczególnie bliski związek. Autorkę pokochałam już lata temu za osadzone na północy powieści. "Night Waking" to opowieść o niejakiej Annie, która wraz z mężem przenosi się na lato na niezamieszkaną wyspę. On bada zachowania maskonurów, a ona z trudem radzi sobie z cierpiącym na bezsenność niemowlakiem i równie trudnym starszym synkiem. Jej życie nie staje się prostsze, gdy pewnego dnia odkopuje w ogrodzie szkielet małego dziecka. Jednocześnie czytelnik poznaje historię May, młodej dziewczyny, która przybyła na tę wyspę w dziewiętnastym wieku z zamiarem szerzenia zasad higieny wśród żyjących w prymitywnych warunkach wyspiarzy. Książka jest nieco posępna, ale niesamowicie wciągająca i klimatyczna, do tego Anna potrafi spojrzeć na własne życie z dystansem i humorem. Z przyjemnością też zdradzę, że książka ta ukaże się za kilka miesięcy po polsku w moim tłumaczeniu! Sarah Moss napisała więcej książek o losach mieszkańców tej wysepki - kolejne są jeszcze lepsze!

S. K. Tremayne "Bliźnięta z lodu", tłum. Robert Kędzierski

Zimne i posępne wyspy stanowią doskonałe tło dla kryminałów. Akcja "Bliźniąt z lodu" toczy się na fikcyjną wyspę położoną u wybrzeży Szkocji. Rodzina, która się tam przenosi, jest dotknięta straszliwą tragedią - rok wcześniej zginęła jedna Lydia, jedna z córek Moorcroftów, mająca siostrę bliźniaczkę. Po przeprowadzce siostra ta nagle wyjawia, że w rzeczywistości jest Lydią. Atmosfera się zagęszcza, a od lektury trudno się oderwać.

Adam Nicolson "Sea Room: An Island Life"

Tak się dziwnie składa, że w dzisiejszej dziesiątce znalazło się sporo książek autorów, których bardzo lubię i którym jestem wierna od lat. Adam Nicolson również należy do moich ulubieńców. Poznałam go dzięki książce o Sissinghurst - jednej z angielskich rezydencji o fascynującej historii, za którą Nicolson dostał nagrodę Ondaatje. Potem przeczytałam jego opowieść o latach spędzonych na angielskiej wsi, w hrabstwie Sussex i przekonałam się, że Nicolson umie zabawnie i poetycko opowiadać o życiu codziennym i o otaczającej go przyrodzie. Spodobały mi się te bezpretensjonalne, pięknie napisane wspomnienia i zaczęłam sięgać po inne książki autora. "Sea Room" to chyba mój ulubiony tytuł. To książka, na jaką miałam nadzieję, sięgając po "Island Wife" - mądra, pełna pasji i zachwytu światem. W wieku dwudziestu jeden lat autor odziedziczył trzy niewielkie wyspy położone w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Wyspy te, kupione przed laty przez ojca autora, stają się dla Nicolsona nie tylko repozytorium wspomnień, ale przede wszystkim miejscem ucieczki. Pięknie jest to napisane i mam ochotę przeczytać tę książkę ponownie.

Kathleen Jamie "Findings"

Powtarzam się dzisiaj, twierdząc, że język wielu z wymienianych przeze mnie książek jest poetycki, i chętnie bym już tego przymiotnika nie używała, ale w przypadku "Findings" muszę. Kathleen Jamie jest bowiem przede wszystkim uznaną i nagradzaną poetką, zaś "Findings" to jej przemyślenia z podróży po Szkocji, między innymi po Orkadach. To cieniutka książeczka, którą czyta się powoli, z ołówkiem w ręku, zachwycając się kunsztownym językiem i wraz z autorką zachwycając światem. Lektura obowiązkowa!

Peter May "Czarny dom", tłum. Jan Kabat

Ostatnich trzech książek nie ma na zdjęciu, ale nie przegapcie ich! "Czarny dom" i kolejne dwie części cyklu: "Człowiek z wyspy Lewis" i "Jezioro tajemnic", to rewelacyjny cykl kryminałów, które właściwie kryminałami nie są. To raczej powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym, osadzone w realiach wyspy Lewis. Ich bohaterem jest niejaki Fin, policjant z Edynburga, na różne sposoby związany z wyspą. Sprawy, którymi się będzie zajmował, są skomplikowane, a aby je rozwiązać, często trzeba będzie wniknąć głęboko w lokalną społeczność i zrozumieć rządzące nią prawa, a także poznać skrywane przez nią sekrety. Moja recenzja "Czarnego domu" tutaj: KLIK.

Ann Cleeves "Czerń kruka", tłum. Sławomir Kędzierski

Książka ta jest pierwszą częścią tak zwanego kwartetu szetlandzkiego, czyli cyklu kryminałów, których akcja toczy się na Szetlandach. W Polsce ukazały się tylko dwa pierwsze tomy (moja recenzja tutaj), za to po angielsku kwartet przestał już być kwartetem, ponieważ pod wpływem popularności cyklu autorka, po napisaniu czterech części, postanowiła napisać kolejne cztery. To rasowe kryminały, z posępnym policjantem w roli głównej, niewielką społecznością wyspy w roli drugoplanowej i z ciekawymi zagadkami kryminalnymi, które nie tak łatwo rozwiązać. BBC nakręciło serial na podstawie tej serii, szkoda, że u nas ani książki, ani wersja telewizyjna nie są bardziej popularne.

Fred Bodsworth "Odmieniec", tłum. Ryszarda Grzybowska

Wahałam się, czy umieszczać tę książkę w dzisiejszym zestawieniu, bo prawdę mówiąc, na szkockiej wyspie toczy się niewielka część akcji. Jest to jednak jeden z tytułów, które najsilniej mi się ze szkockimi wyspami kojarzą, a podróż na wyspę Barra i obserwacje żyjących tam ptaków od lat są wysoko na liście moich podróżniczych marzeń. To opowieść o gąsiorze bernikli białolicej, który gubi swoje stado i trafia do Kanady, oraz o młodym pisarzu, który zakochuje się w Indiance. Piękna i mądra to powieść, niesłusznie nieco zapomniana.

Znacie któreś z wymienianych przeze mnie tytułów? A może dopiszecie inne książki, których akcja toczy się na szkockich wyspach, albo po prostu w Szkocji? Być może dziesiątka szkockich, ale niekoniecznie wyspiarskich tytułów też się tutaj wkrótce pojawi!


piątek, 22 lipca 2016

Dziewczyna ma dziewiętnaście lat, poznaje intrygującego chłopaka, który podróżował po świecie i otacza go aura przygody. Nie zastanawia się długo - rzuca swoją pasję, czyli śpiewanie i wychodzi za mąż.

Tak zaczyna sę historia Judy Fairbairns, która dla swojego Alexa stała się kimś nowym. Pozornie to historia, jakich wiele: wczesny ślub, dużo dzieci, uzależnienie od męża, frustracja i poczucie niespełnienia. Ta opowieść jednak po pierwsze toczy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody - na dość odludnej i dzikiej szkockiej wyspie, a jej bohaterka w pewnym momencie postanawia odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Książka opowiada o tym, w jaki sposób do tego doszło.

Jeśli, podobnie jak ja, kiedykolwiek marzyliście o życiu na odludziu, blisko przyrody, po lekturze "Island Wife" możecie poczuć radość z tego, że tego marzenia nie zrealizowaliście. Prowadzenie gospodarstwa na szkockiej wyspie nie jest zbyt relaksującym zajęciem. Judy i Alex nie są zresztą żółtodziobami. Zanim podjęli decyzje o kupnie ogromnej posiadłości na odludziu, przez kilka lat prowadzili farmę w Anglii. Zdobyli doświadczenie w opiece nad zwierzętami, nauczyli się zarabiać na turystyce, ale Alexowie wygodne życie szybko przestało wystarczać. Wymyślił przeprowadzkę na północ, zaś Judy nie miała w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Nie miała zresztą wiele do powiedzenia w wielu kwestiach związanych z ich codziennym życiem, nawet tak trywialnych, jak to, w którym pomieszczeniu będzie stała pralka.

Wydaje się, że początkowo jej to zbytnio nie przeszkadzało. Zakochana w Alexie, gloryfikowała go i słuchała we wszystkim. Trudno powiedzieć, czy rodził się w niej wtedy bunt - nawet po latach, kiedy już zrozumiała, jak wiele z siebie oddała temu związkowi, obraca różne paskudne zachowania swojego męża w żart. A może było całkiem inaczej? Może to teraz, kiedy czara goryczy zdążyła się przelać, dramatyzuje i nie pamięta, że Alex dowodził ich życiem, bo tak było dla niej łatwiej i wygodniej? Nie możemy tego wiedzieć, ale ponieważ poznajemy tylko relację Judy, musimy mieć świadomość, że jest ona siłą rzeczy bardzo jednostronna.

Na wyspie zamieszkali w posiadłości, którą wkrótce przekształcili w dobrze prosperujący pensjonat. Wynajmowali turystom pokoje we własnym domu i domki gościnne, oferowali pełne wyżywienie, a także atrakcje w postaci wycieczek łodzią. Podczas jednego z rejsów Alex dostrzega wieloryba. Wcześniej nikt nie zdawał sobie sprawy, że te potężne ssaki żyją w tych wodach. Alex rozdmuchuje temat, opracowuje program, który połączy badania naukowe z ofertą turystyczną, a wkrótce potem staje się prawdziwym ekspertem od wielorybów. Wieloryby stają się jego pasją, realizuje się jako przewodnik i naukowiec, zaprasza do współpracy młodych naukowców, szkoli studentów. W tym czasie Judy rodzi kolejne dzieci, łącznie piątkę, pierze, sprząta, gotuje, znowu sprząta, robi zakupy, sprząta. W jej życiu nie ma miejsca na pasje, jest tylko ciągłe zmęczenie, ciągła gonitwa.

Taki model życia rodzinnego nie mógł się sprawdzić, nie w przypadku kobiety, która ma swoje marzenia i zacięcie artystyczne. Pojawia się coraz więcej zgrzytów. Alex nalega, by najstarszy syn wyjechał do szkoły z internatem, wbrew woli Judy, która wie, jak straszne może być życie w takiej szkole. Ona nie umie się sprzeciwić, ale cierpi, a gdy okazuje się, że miała rację, że to był bardzo zły pomysł, załamuje się. Takich sytuacji jest wiele. W tej rodzinie prawo do ostatecznej decyzji we wszystkich ważnych kwestiach ma mąż.

Brzmi to raczej przygnębiająco, choć Judy w swojej opowieści stara się przedstawiać także blaski swojego życia. Zachwyca się dzikim pięknem wyspy, podkreśla, jak niezwykłym człowiekiem jest jej mąż, jak wybitny ma umysł i jak wspaniale idzie mu wszystko, czego tylko się dotyka. Z rozrzewnieniem opisuje dzikie dzieciństwo swojej gromadki i te opowieści o dzieciakach biegających po wzgórzach, wychowujących się razem z owcami, spędzających całe dnie na dworze brzmią idyllicznie i bardzo działają na wyobraźnię. Na pierwszym planie jest jednak cały czas Judy i jej przepracowanie, rozczarowanie, wreszcie depresja.

"Island Wife" to dość nierówna książka. Z jednej strony jest poruszającym obrazem walki, jaką autorka stoczyła o samą siebie - walki toczonej nie tyle z nierozumiejącym problemu mężem, co z sobą samą. Niestety, jest w niej wiele egzaltacji, trudno też się nie irytować podczas lektury. Judy chyba sama nie wie, czy była ze swoim mężem szczęśliwa, czy wręcz przeciwnie, a nas denerwuje jej potulność. Alex wydaje się straszliwym bucem, którego jednak wszyscy kochają.

Najbardziej rozczarowuje obraz samej wyspy. Kocham północne wyspy i fascynują mnie jako miejsce do życia, jednak Judy Fairbairns nie potrafi pisać o swojej wyspie w sposób interesujący. Jej zachwyty nad krajobrazem wydają się wymuszone, tak jakby sama siebie przekonywała, że to niezwykłe miejsce. Na szczęście udaje jej się dość plastycznie odmalować realia życia nad brzegiem morza. Podobały mi się historie o zwierzętach, które przewinęły się przez ich dom - niektóre były autentycznie poruszające.

Nastawiałam się na dużo lepszą lekturę, ale nie żałuję godzin spędzonych nad tą książką. Zawsze dobrze spojrzeć na wszystko z innej strony i dowiedzieć się, jak może wyglądać życie, którego wiele osób zazdrości. Nie polubiłam autorki, ale wydaje mi się, że udało mi się ją zrozumieć, a to też nie jest aż tak częste.

Moja ocena: 3.5/6

Judy Fairbairns "Island Wife"

Wyd. Two Roads 2013

niedziela, 10 lipca 2016

Gdzieś w Kirgizji. Tylko nad rzeką nie było zbyt gorąco.

 

Pakowanie książek na wakacyjny wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Posiadanie czytnika ułatwia wprawdzie sprawę, ale czy ograniczenie się do ebooków nie jest za dużym ryzykiem? Nawet najlepszy czytnik może się kiedyś zepsuć, zapewne w najgorszym możliwym momencie. Dlatego zawsze zabieram ze sobą przynajmniej jedną papierową książkę. A właściwie, od kilku już lat staram się zabrać dokładnie jedną.

Potrafilibyście zdecydować, jaką książkę zabrać na dłuższy wyjazd, zakładając przy tym, że w podróży będziecie przynajmniej przez trzy tygodnie i raczej nie ma szans, że traficie na jakąś księgarnię? Staję przed tym dylematem niemalże co roku i co roku też stosuję inną strategię.

Dawniej było jeszcze trudniej. Nie miałam Kindla, co oznaczało, że musiałam nie tylko nosić w plecaku lektury, ale także przewodnik w wersji papierowej. Bardzo lubię przewodniki Lonely Planet, ale są dość pokaźne pod względem objętości i czasem mają wkładki z kolorowymi zdjęciami, drukowanymi oczywiście na grubszym i cięższym papierze. Jadąc do krajów nieanglojęzycznych zabieram też rozmówki i słownik. Do tego przynajmniej jedna mapa i ciężar plecaka znacząco wzrasta.

Od pierwszego wyjazdu założyłam więc, że zabieram ze sobą tylko jedną książkę, nie licząc oczywiście przewodnika i rozmówek. Łatwo nie było – w pierwszą podróż wybrałam się do Indii, zaraz po maturze, i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zabrałam ze sobą tylko jeden kryminał. Wydawało mi się, że nie będę miała czasu na czytanie, i tak właśnie było, niemniej, przeczytałam swoją książkę dość szybko i zostałam na kilka tygodni bez żadnej lektury. Ponieważ mieliśmy wtedy naprawdę mało pieniędzy, podróżowaliśmy tanio i spaliśmy w bardzo dziwnych miejscach – w aśramach, w małych chatkach u ludzi, którzy je podnajmowali za niewielkie pieniądze, i w najtańszych hotelach. Nie trafiliśmy do żadnego typowego hostelu, w którym byłaby półka z książkami na wymianę, za to w aśramach można było znaleźć książki religijne. Czytałam więc to, co było, i nawet nie narzekałam.

Na kolejny wyjazd jednak pojechałam lepiej przygotowana. Spakowałam aż trzy książki, tanie wydania kieszonkowe, które chciałam zostawić gdzieś po przeczytaniu. Tym razem okazało się, że w każdym miejscu, w którym śpimy, można wymienić książki, dlatego szybko zostawiłam dwie ze swoich lektur, zastanawiając się, jak długo będą czekały na jakiegoś czytelnika z Polski.

Potem bywało różnie. Raz spakowałam zbiór esejów, licząc, że będę je czytać wolno i starczą na dłużej. Przy innej okazji zdecydowałam się na jedną ze swoich ulubionych lektur, zakładając, że z przyjemnością przeczytam ją dwa lub nawet trzy razy podczas jednego wyjazdu. Jadąc pociągiem do Kirgizji zabrałam więcej lektur, których ostatecznie nie przeczytałam, bo wolałam gapić się w okno na niekończącą się tajgę i kazachski step… Odkąd mam Kindla, papierowa książka jest tylko zabezpieczeniem, co nie znaczy, że łatwiej jest zdecydować, jaki tytuł zabrać.

Na kilkudniowy trekking zabieram tylko czytnik. Oby tylko się nie rozładował!

Teoretycznie powinno być łatwiej, odkąd podróżujemy całą rodziną. Wszyscy zabieramy po jednej książce, trzeba więc tylko wybrać takie tytuły, którymi będziemy mogli się wymienić. Niestety, każde z nas czyta w innym tempie, wymiana nie jest więc prosta. Znacznie ważniejsze jest więc wybranie książki, którą będziemy czytać wspólnie, na głos. Zabieramy ją w wersji elektronicznej, żeby móc ją czytać po ciemku w namiocie. Najtrudniej przekonać do ograniczenia się do ebooków Olę, która większość książek ma w wersjach papierowych. Przyznam, że wykorzystuję tę sytuację, żeby podsunąć jej książki, po które sama by nie sięgnęła. Pilnuję, żeby na czytniku były różne starocie, od książek Hanny Ożogowskiej zaczynając, na serii o Tomku kończąc.

Koncert jazzowy w Shangri La w Syczuanie. My słuchamy, a Ola próbuje czytać :)

W tym roku jeszcze nie zdecydowałam, jaką książkę spakuję do plecaka. Tym razem będzie mi nieco łatwiej, jako że nie jedziemy daleko i z dostępem do angielskich książek nie będzie raczej problemu. Mimo to na pewno spędzę sporo czasu, zastanawiając się, czy zabrać jakiś reportaż, esej, czy po prostu wciągającą powieść. A może wreszcie się odważę i zrezygnuję całkiem z zabierania papierowej książki?

Macie podobne dylematy? Ile książek zabieracie ze sobą na wakacje? A może potraficie ograniczyć się do czytnika? Podzielcie się swoimi strategiami!

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...