czwartek, 08 września 2016

Są książki, które pamięta się latami i wspomnienie których przywołuje od razu uśmiech na usta. Nawet jeśli czytaliśmy je dawno temu, pamiętamy wciąż emocje, jakie w nas budziły - pierwsze tomy Jeżycjady, wczesne książki Chmielewskiej, "Nasza rodzina i inne zwierzęta" Durrella. Niektóre z tych książek zajmują szczególne miejsce w sercach wielu czytelników i miło jest odkryć bratnią duszę, która je również czule wspomina, inne nie są tak szeroko znane. Wśród tytułów, do których chętnie wracam i które należą do najbardziej pogodnych i uroczych książek, jakie znam, są powieści weterynarza z Yorkshire, piszącego pod pseudonimem James Herriot.

Znacie przygody chłopaka, który pewnego letniego dnia zapukał do domku nieco ekscentrycznego weterynarza Siegfrieda Farnona, prowadzącego praktykę w miasteczku Darrowby w Yorkshire, by dostać tam pracę asystenta? Jeśli tak, to z pewnością uśmiechacie się teraz, wspominając cielaki przychodzące na świat w lodowatych oborach na wrzosowiskach, szorstkich i nieufnych farmerów, którzy zawsze pakowali weterynarzowi jakiś prowiant do samochodu, rozpieszczonego pieska, którego właścicielka urządzała przyjęcia w jego imieniu... Jeśli nie, to czym prędzej wybierzcie się do biblioteki lub po prostu kupcie pierwszy tom, bo będzie wam przyjemnie mieć go na własność!

Byłam już kilka razy w Yorkshire, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do miasteczka, w którym mieszkał autor tych cudnych opowieści. Kiedy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Wielkiej Brytanii, postanowiłam, że choćbym miała jechać całkowicie okrężną drogą, odwiedzę miasteczko, w którym mieszkał James Herriot. Chcąc uniknąć oporu rodziny, kupiłam "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" w formie ebooka (pisałam już, że na wyjazdy zabieram tylko jedną papierową książkę) i zaordynowałam, że będzie to nasza pierwsza wspólna lektura podczas tej podróży.


Na wakacjach zawsze czytamy na głos. Czytamy na głos także w domu, ale na wakacjach zawsze jest więcej okazji. Przyjemnie słucha się czytania podczas wspólnych pikników, w trakcie długiej podróży samochodem albo wieczorem w namiocie. Szybko okazało się, że miałam rację - Olę zauroczyły zabawne perypetie weterynarza, a i U, który już je znał, z przyjemnością je sobie odświeżał. Czytaliśmy podczas wycieczek przez wzgórza Yorkshire, a moja propozycja, by w drodze powrotnej ze Szkocji odwiedzić dom Herriota, spotkała się z entuzjazmem.

Oczywiście, w rzeczywistości James Herriot nazywał się zupełnie inaczej, a i miasteczka o nazwie Darrowby na mapie nie znajdziecie. Autor książek musiał ukryć się pod pseudonimem, ponieważ weterynarzom nie wolno było wówczas w żaden sposób reklamować swoich usług, a książka zawierająca opowieści o udanych zabiegach, wydana pod prawdziwym nazwiskiem, mogła zostać odebrana jako autoreklama. James Alfred Wight, powszechnie znany jako Alf Wight, wybrał sobie więc pseudonim. Wybór był dość przypadkowy - Alf oglądał mecz piłki nożnej i był pod wrażeniem doskonałej gry bramkarza Birmingham City, niejakiego Jima Herriota. Nazwisko przypadło mu do gustu i postanowił użyć go w charakterze pseudonimu.

Darrowby to tak naprawdę Thirsk - niewielkie miasteczko leżące prawie dokładnie pośrodku hrabstwa Yorkshire, pomiędzy parkami narodowymi Yorkshire Dales i North York Moors. Książkowe Darrowby nie jest oczywiście dokładnym odwzorowaniem Thirsku, jako że Herriot zlepił swoje miasteczko z kilku okolicznych miejscowości, ale Skeldale House istnieje naprawdę, i co więcej, można je zwiedzać. Wewnątrz mieści się jedno z najbardziej uroczych muzeów, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.

Wewnątrz domu, w którym niegdyś mieściła się praktyka Donalda Sinclaira (książkowego Siegfrieda Farnona), wciąż znajdują się oryginalne meble i inne przedmioty. Wnętrza pieczołowicie odtworzono, dbając o to, żeby wszystkie znane z książek pomieszczenia można było odwiedzić (no, prawie wszystkie, zabrakło gabinetu siejącej postrach panny Harbottle), na piętrze zaś mieści się fascynujące muzeum weterynarii i sala zabaw dla dzieci (i niektórych dorosłych;)). Nie zabrakło nawet garnka na pieniądze, stojącego nad kominkiem!

Figura czytającego gazetę Tristana jest dość kiczowata, ale cała reszta to autentyczne wyposażenie z czasów Herriota.

Z przyjemnością przemierzaliśmy kolejne pokoje, zaglądając do sali zabiegowej, sprawdzając, jakie książki miał w swojej biblioteczce Alf Wight i wyobrażając sobie, jak w środku nocy dzwoni stojący na półeczce w przedpokoju czarny telefon.

W tym pokoju lekarze jedli śniadania, jeśli spóźnili się na wspólne śniadanie, jedzone przeważnie w kuchni. Wszystkie pokoiki są naprawdę mikroskopijne!

Tylko kuchnia jest naprawdę przestronna. Widać, że było to naprawdę istotne pomieszczenie. W kredensie stoją przetwory, które wyglądają, jakby pamiętały lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku!

Mimo że pokoje są maleńkie, dom jest całkiem spory. Można posiedzieć w słońcu w niewielkim ogródku, zajrzeć do ogromnej i ciemnej stodoły, w której Tristan trzymał kiedyś swoje świnie. Wyglądając przez okno jednej z sypialni, wyobrażałam sobie, jak ich stadko pędzi w popłochu ulicą podczas pamiętnej ucieczki.

Na tyłach domu znajduje się telewizyjne studio, w którym kręcono niezwykle niegdyś popularny serial, oparty na książkach Herriota. Można objerzeć nie tylko kostiumy i scenografię, ale także wyposażenie studia z lat siedemdziesiątych. Szalenie podobał nam się słynny austin - kapryśny samochód, którym Alf Wight jeździł po wzgórzach, by dotrzeć do swoich pacjentów. Na najwyższym piętrze zaś spędziliśmy co najmniej godzinę, bawiąc się w dość staroświeckie i niesłychanie urocze gry, takie jak dopasowywanie zdjęcia rentgenowskiego do poszczególnych części ciała różnych zwierząt, rozpoznawanie gatunku po zębach, które trzeba było dokładnie obmacać, jako że były ukryte i nie można było ich zobaczyć, oraz najbardziej nietypowa atrakcja - wyciąganie cielaka z macicy plastikowej krowy (nie było to wcale takie łatwe)!

Wight pisał także dziennik, który nie został nigdy opublikowany - jego fragmenty są wystawione na wystawie na tyłach domu. Popularność własnych powieści zadziwiła go, a jeszcze bardziej zaskoczeni byli farmerzy, którzy korzystali z jego usług. Przecież to, o czym pisał, było całkiem zwyczajne! Ich zdaniem nie było nic ciekawego w takiej kronice życia codziennego. Nawet ironiczne podejście autora nie wydało im się nietypowe - sami tak właśnie chyba podchodzili do życia, z dużym dystansem i dawką humoru. Sam autor cierpiał podobno na depresję, ale potrafił pisać o swojej pracy z powściągliwym humorem, a przede wszystkim potrafił dostrzec piękno krainy, w której przyszło mu zamieszkać. Nie pochodził z Yorkshire, lecz zachwyciły go tutejsze wzgórza, przejrzyste powietrze, zapach wrzosów. W drodze do Thirsku zatrzymaliśmy się pośrodku wrzosowiska i choć wiele razy byłam już na wrzosowiskach, nigdzie jeszcze wrzosy nie pachniały tak intensywnie, jak tam.



Yorkshire ma wiele atrakcji związanych z literaturą. Tłumy turystów odwiedzają plebanię w Haworth, która była domem dla sióstr Brontë. Whitby przyciąga miłośników Drakuli, Scarborough zaś było tłem dla powieści Anne Brontë. Pisałam o tych miejscach tutaj. Wszedzie tam jest mnóstwo ludzi, przynajmniej w wakacje. W domu Herriota było oprócz nas zaledwie kilka osób. Jest tu spokojnie i przyjemnie, można spędzić kilka godzin, snując się po kolejnych pomieszczeniach, oglądając film o Herriocie w malutkiej sali kinowej, albo spacerując po miasteczku i szukając innych miejsc związanych z pisarzem. Thirsk leży nieco na uboczu, jadąc do najbardziej znanych atrakcji Yorkshire raczej się go omija, ale jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie. A potem pojedźcie na okoliczne wzgórza, usiądźcie wśród wrzosów i przeczytajcie choć jeden rozdział przygód tego najsłynniejszego weterynarza.

 

Więcej zdjęć z domu Herriota pokażę na instagramowym profilu Miasta Książek, a inne zdjęcia z Yorkshire i ze Szkocji znajdziecie na instagramowym profilu Innych Stron. Relacja z całego wyjazdu już wkrótce na Innych stronach. Zapraszam :)

środa, 07 września 2016

Myśląc o kryminałach, często przychodzą nam na myśl książki w stylu skandynawskim, mroczne i dość przygnębiające, a przecież kryminał może mieć także bardziej pogodne oblicze. Klasyczne kryminały Agathy Christie nie zawierają zbyt wielu scen przemocy, a ich urok polega na śledzeniu błyskotliwego dochodzenia prowadzonego przez ekscentrycznego Poirot lub przez staroświecką pannę Marple. Od czasów wielkiej damy kryminału gatunek ten się zdecydowanie rozwinął i zmienił, jednak wciąż są czytelnicy, którzy od czasu do czasu lubią poczytać o tradycyjnym śledztwie prowadzonym staroświeckimi metodami. Przy lekturze kryminału można się czasem pośmiać, a książkę zamknąć z uśmiechem na twarzy.

W literaturze angielskiej takie kryminały mają nawet swoją nazwę - mówi się na nie "cosy mysteries" ("cosy" znaczy "przytulny"). Do popularnych autorów należy chociażby Alexander McCall Smith, autor uroczej serii o Mmie Ramotswe. Niedawno zaś ukazał się pierwszy tom bardzo popularnego cyklu o Sidneyu Chambersie, pastorze, który rozwiązuje zagadki kryminalne.

Książki te mają wszystko, co lubię w "przytulnych" kryminałach. Panuje w nich nieco staroświecki klimat, nie bez powodu zreszta, ponieważ akcja toczy się w latach pięćdziesiątych w małym, angielskim miasteczku, a wśród bohaterów są przeróżni ekscentrycy. Pierwsza część rozpoczyna się w roku koronacji królowej Elżbiety II (1953), a główny bohater, Sidney Chambers, ma 32 lata. Choć jest tak młody, niedawno objął parafię Grantchester niedaleko Cambridge - ten szybki awans zawdzięcza swojej błyskotliwości i wykształceniu, ale także temu, że po prostu zna odpowiednich ludzi. Sidney jest niezwykle ujmujący i ma przyjaciół wszędzie, także wśród arystokracji. Nie zawsze okazuje się to błogosławieństwem, bowiem kiedy wśród wysoko postawionych przyjaciół pastora zostanie popełnione jakieś przestępstwo, to właśnie młody duchowny proszony jest o interwencję i pomoc w znalezieniu sprawcy.

Szybko okaże się, że ludzie chętniej zwierzają się pastorowi niż policji, Sidney jest więc proszony o pomoc nie tylko przez znajomych, ale także przez lokalnego inspektora policji. Obaj panowie zresztą też się przyjaźnią, regularnie spotykając się w lokalnym pubie. Sidney nie jest zachwycony swoim udziałem w śledztwach. Wolałby poświęcić więcej czasu na przygotowywanie kazań i wykonywanie innych obowiązków. Nie potrafi jednak odmówić, kiedy ktoś prosi go o pomoc, zwłaszcza gdy jest to ktoś z członków jego rodziny lub młoda panna, którą niegdyś chciał poślubić.

"Sidney Chambers. Cień śmierci" to tak naprawdę zbiór opowiadań, z których każde traktuje o innej zagadce kryminalnej. Ponieważ są ułożone chronologicznie i bardzo ściśle ze sobą powiązane, można całość uznać za powieść złożoną z kilku rozdziałów. Sprawy, nad którymi pracuje Sidney, są bardzo różnorodne, od tak poważnych, jak morderstwo, do raczej błahych, acz intrygujących, takich jak kradzież pierścionka zaręczynowego. W tle przewija się mnóstwo interesujących i uroczych bohaterów, którzy dodają książce sporo kolorytu.

Najciekawszy jest oczywiście sam pastor. Jest nie tylko inteligentny i uroczy - czasem wydaje się bezradny, ludzie trochę nim manipulują, dzięki czemu czytelnik jest całym sercem po jego stronie. Jest też przystojny, co bez wątpienia pomaga mu w zjednywaniu sobie kobiet. Nie ma jednak szczęścia w miłości, i choć zainteresowany jest aż dwoma kobietami, nie ma wielkich nadziei na związek z którąkolwiek z nich.

James Runcie, autor serii o Sidneyu Chambersie, jest synem arcybiskupa Canterbury, dobrze zna więc życie na plebanii i problemy, z którymi styka się angielski pastor. Potrafi oddać rozterki Sidneya, który jest autentyczny nawet wtedy, kiedy zajmuje się czymś zupełnie dla większości czytelników abstrakcyjnym, czyli układaniem kazań. Same intrygi nie są jednak zbyt skomplikowane i czytelnik, który zjadł zęby na kryminałach, nie będzie miał problemów z odgadnięciem, kto jest sprawcą każdego przestępstwa. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, a książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, wyobrażam sobie jednak, że niektórym czytelnikom może wydać się nieco mdła.

Na podstawie książek o Sidneyu Chambersie powstaje serial - w głównego bohatera wcielił się James Norton. Na razie wyemitowano dwa sezony, trzeci zaplanowano na przyszły rok. Po przeczytaniu książki już wiem, że na pewno go obejrzę. Żałuję jednak, że wydawnictwo Marginesy zdecydowało się na filmową okładkę - znacznie bardziej podobają mi się nieco staroświeckie, rysunkowe okładki angielskich wydań.

To na pewno nie są książki dla każdego, jednak miłośnicy angielskich wsi i kryminałów nie powinni być zawiedzeni. Sidney jest na tyle inteligentny, by sprostać roli dedukującego detektywa, a jego zawód i otoczenie sprawiają, że wydaje się dość nietuzinkowy. Ja jestem zauroczona i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Moja ocena: 4.5/6

James Runcie "Sidney Chambers. Cień śmierci"

Cykl Zagadki Grantchester, tom 1

Tłum. Ewa Penksyk-Kluczkowska

Wydawnictwo Marginesy 2016



niedziela, 04 września 2016

Może się narażę, ale napiszę wprost - "Ciuciubabka" Arnego Dahla to jeden z najlepszych kryminałów, jakie przeczytałam w tym roku, może nawet najlepszy.

Dlaczego narażę? Bo przejrzawszy (nieliczne) recenzje stwierdzam, że jestem chyba dość odosobniona w swoim uwielbieniu dla tego autora. Arne Dahl nie oszczędza bowiem czytelników. Mnoży wątki, nie ogranicza się do jednego lub kilku głównych bohaterów, nie przypomina też w kolejnych tomach, kto jest kim. Sięgając po "Ciuciubabkę" bez znajomości dwóch wcześniejszych tomów raczej się zniechęcicie.

Jednocześnie jednak cykle powieści Arnego Dahla są ucieleśnieniem tego, co w cyklach kryminalnych najlepsze. Powoli poznaje się bohaterów, którzy początkowo wydają się obcy i podobni do siebie, jednak z książki na książkę zdradzają coraz więcej na swój temat. Piętrowe intrygi są wysmakowane, realistyczne i bardzo zręcznie prowadzone. Zagadka kryminalna, zawsze ciekawa, jest pretekstem do opowiedzenia o świecie, w którym żyjemy i o problemach, które w jakiś sposób dotyczą zawsze także nas, czytelników z Polski.

Trzeba jednak podejść do tego pisarza ze spokojem, czytać po kolei, zapamiętywać nazwiska, rysować w wyobraźni potrety bohaterów. Okaże się wtedy, że po dwóch książkach pamiętacie wszystkikch, są wam bliscy, a kolejne tomy możecie czytać nawet na stojąco w tramwaju i nie poczujecie się ani na chwilę zgubieni.

"Ciuciubabka" to trzeci tom serii o Opcopie - tajnej jednostce europejskiej policji, będącej swego rodzaju odpowiednikiem FBI. Nie chcę napisać za wiele, żebyście sami odkryli, czego będzie dotyczyło kilkuwątkowe śledztwo prowadzone tym razem przez Paula Hjelma i jego zespół, jednak temat główny pojawia się już w pierwszej scenie - przyszłość samochodów na benzynę i na prąd. Jak zwykle Dahl sięga po temat, który może kiedyś obudzić sporo kontrowersji i przedstawia swój scenariusz zdarzeń, jak zwykle dość przerażający. Jednocześnie Opcop obserwuje ludzi, którzy mogą być powiązani z mafią rozstawiającą żebraków na ulicach europejskich miast, a Paul nawiązuje znajomość z panią komisarz Unii Europejskiej, która staje sie obiektem szantażu.

Wszystkie te wątki oczywiście połączą się w bardzo zgrabną całość, jak to zwykle u tego autora bywa. Bardzo odświeżająca jest jego wizja policyjnej pracy. Ponieważ jego bohaterowie należą do elitarnej grupy, która nie narzeka na brak dofinansowania, mają do dyspozycji technologie i rozwiązania, o których zwykli policjanci nie śmieliby nawet pomarzyć. Mają dostęp chyba do wszystkich kamer zamontowanych gdzieś w Europie, wynajmują mieszkania w centrach europejskich miast, śledzą ludzi w niesamowicie wyrafinowany sposób. Nie znaczy to jednak, że śledztwa idą im jak z płatka. Nie tylko oni korzystają z cudów techniki - przestępcy także mają do nich dostęp, a Opcop styka się z wyrafinowanymi kryminalistami, dla których nie istnieją problemy finansowe. Tym samym nie ma tutaj narzekania na niski budżet i brak sprzętu, jest za to błyskotliwa policyjna robota, walka, w której i tak policja jest zawsze o krok do tyłu, ale jednak nie jest bez szans.

Przeczytałam więc "Ciuciubabkę" w dwa wieczory, a następnie zamknęłam książkę z lekkim niedowierzaniem i czym prędzej otworzyłam stronę internetową wydawnictwa Czarna Owca, żeby sprawdzić, czy jest w zapowiedziach kolejny tom cyklu. Arne Dahl zafundował nam bowiem takie zakończenie, że chyba każdy, kto przeczytał "Ciuciubabkę", będzie z wielką niecierpliwością czekał na następną książkę!

Moja ocena: 5.5/6

Arne Dahl "Ciuciubabka"

Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Wydawnictwo Czarna Owca 2016


PS. Po raz drugi już we wrześniu zapraszam na Wrzesień z kryminałem! Przeczytajcie w tym miesiącu jakiś kryminał i napiszcie o nim parę słów. Na Facebooku jest specjalne wydarzenie (tutaj), zapraszam do przyłączenia się. Możecie też pisać o przeczytanych przez siebie kryminałach tutaj, w komentarzach, albo u siebie na blogu! Ja mam w planach kilka powieści kryminalnych w tym miesiącu :)

środa, 24 sierpnia 2016

Siedzimy na wzgórzu i chłoniemy niesamowity widok. Przed nami, aż po horyzont, ciągną się łagodne, pocięte kamiennymi murkami wzgórza. Na soczyście zielonych pastwiskach (trudno, żeby nie były zielone, skoro codziennie pada) pasą się niewielkie grupki owiec. Jest cicho, powietrze drga. Leniwie płynie czas.

Nie dla wszystkich jednak ten krajobraz to przedmiot estetycznych uniesień. Murki kiedyś ktoś pracowicie ułożył, dopasowując kolejne kamienie. Owce niedawno ostrzyżono, za to brama się lekko zwiesza i czeka na zreperowanie. Wśród tych zielonych wzgórz żyją ludzie, którzy zajmują się hodowlą owiec, od pokoleń reperując kamienne murki, gromadząc siano na zimę, doglądając owiec. Krajobraz, który ja jako turystka zawłaszczam na chwilę dla siebie, jest ich miejscem. Nie patrzą na niego przez pryzmat poezji, a ciągły deszcz oznacza dla nich gnijące siano, a nie błoto na szlaku.

Czytając doskonałą książkę Jamesa Rebanksa podczas przemierzania północnej Anglii, nie sposób o tym nie myśleć. Rebanks to pasterz z dziada pradziada - jego rodzina mieszka w Lake District od pokoleń, a tajników hodowli owiec uczył się od dziadka zanim jeszcze poznał alfabet. Czuje, że jest we właściwym miejscu, że przynależy do otaczającego go krajobrazu. Nie wybrał tego życia, zostało mu dane, a jednak on sam nie chciałby żadnego innego.

Kto może powiedzieć o sobie to samo? Większość z nas żyje zupełnie inaczej, dokonujemy wyborów, czasem przemyślanych, czasem przypadkowych, kreujemy siebie nawet po kilkakroć, zmieniamy miejsce zamieszkania, wybieramy spośród setek możliwych opcji. Cenimy sobie te możliwości, i słusznie, jednak czytając "The Shepherd's Life" trudno nie zwątpić choćby przez chwilę, zazdroszcząc autorowi tej pewności, że jest tam, gdzie powinien.

James Rebanks zresztą swój los nie tylko odziedziczył, ale także wybrał. Życie w pasterskiej rodzinie to nie sielanka, praca jest ciężka i bezustanna, a źródeł konfliktów jest wiele. James od zawsze kłócił się ze swoim ojcem, a jako zbuntowany nastolatek, niespodziewanie dla siebie, swoich przyjaciół i sąsiadów, uciekł do świata, którego jego ojciec i dziadek nie cenili - zaczął nałogowo czytać. Zdobyta poprzez lekturę wiedza umożliwiła mu ukończenie edukacji (wcześniej przerwał naukę, nie widząc sensu w chodzeniu do szkoły). Ostatecznie trafił na studia, i to nie byle gdzie - przyjęto go na uniwersytet w Oksfordzie. Świat stał przed nim otworem. On jednak studiował z zapałem, ale kiedy tylko mógł, wracał na rodzinną farmę. Po studiach zaś osiedlił się z powrotem na wzgórzach i poszedł w ślady ojca i dziadka.

O swoich owcach pisze ze swoistą czułością. Zna każdą z nich, wie, gdzie przyszła na świat, ile wydała potomstwa. Wie, które są doświadczone i poradzą sobie z opieką nad młodymi, a którym trzeba pomóc. Zagląda do nich każdego dnia, często przemierzając całe kilometry. Owce, które hoduje, żyją bowiem na swobodzie, wędrując po pastwiskach, które stanowią wspólną własność mieszkańców doliny.Na tych terenach wciąż obowiązują stare prawa, wszyscy wiedzą, komu ile owiec przysługuje, rozpoznają swoje stada, pomagają sobie w kłopotach. W tym surowym obszarze inaczej nie da się przetrwać.

Lake District, podobnie jak inne północne rejony kraju, jest słonecznym i przyjemnym miejscem tylko przez kilkanaście tygodni w roku. Przez większość czasu panuje tu zima, wieją silne wiatry, ciągle pada. Nawet lato potrafi być naprawdę deszczowe, czego doświadczyliśmy w tym roku na własnej skórze. Praca na farmie to nie sielanka - kiedy nawarstwiają się problemy, trzeba wykazać się niesamowitym opanowaniem i zdolnościami logistycznymi. Owce wymagają opieki, doglądania, dokarmiania, reagowania na różne problemy. Zimą, kiedy jasno jest tylko przez kilka godzin, zwyczajnie nie starcza czasu na wszystko. "The Shepherd's Life" to przede wszystkim opowieść o ciężkiej, niekończącej się pracy.

Nie na darmo jednak autor przeczytał tyle książek. Potrafi wskazać kontekst, rozumie kulturową wartość tego, czym się zajmuje. Farma nie jest dla niego obowiązkiem - to symbol ciągłości, jedyny sposób na zachowanie krajobrazu kształtowanego przez pokolenia. Jest w nim też poeta, który zgrabnym zdaniem oddaje piękno świata, w którym przyszło mu żyć.

Nie sądziłam, że książka o owcach okaże się tak doskonałą, olśniewającą miejscami lekturą. Przeczytałam, obserwując codziennie kolejne stada na kolejnych wzgórzach, i przyznam, że nieco zazdroszczę autorowi - tej pewności, że jest tam, gdzie powinien, że robi coś, co ma głęboki sens.

Przeczytajcie, a jeśli nie czujecie się na siłach (choć zaręczam, że książka jest napisana dość prostym językiem, tylko kilka słów dotyczących owiec i farmy może sprawić problemy), polubcie autora na Twitterze (https://twitter.com/herdyshepherd1) - jego profil jest często aktualizowany i cieszy się zasłużoną popularnością.


Moja ocena: 6/6

 

PS. Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki przywiozłam z wakacji, zajrzyjcie na Instagrama: https://www.instagram.com/miasto_ksiazek/ :)

niedziela, 31 lipca 2016

Elizabeth - niewielkie miasteczko w stanie New Jersey, rok 1952. Położone zaraz obok miasta lotnisko cieszy się dużym powodzeniem, a mieszkańcom wprawdzie trochę przeszkadzają przelatujące nad ich domami samoloty, ale nie na tyle, żeby protestować. Przynajmniej do chwili, w której jeden z samolotów rozbija się tuż po starcie i spada na miasto.

Ludzie mieszkający w pobliżu miejsca katastrofy nie mogą uwierzyć, że otarli się niemal o śmierć. Inni stracili kogoś bliskiego, jeszcze inni zaś traktują całe zdarzenie jako sensację i temat do rozmów. Ale wtedy zdarza się kolejna katastrona i na miasto spada kolejny samolot. A potem jeszcze jeden. Wszystko na przestrzeni trzech miesięcy.

Mało wiarygodna fabuła, powiecie? Owszem, tylko że to wszystko zdarzyło się naprawdę. W ciągu trzech miesięcy na Elizabeth spadły trzy samoloty, i jak łatwo sobie wyobrazić, wzbudziło to nie tylko panikę, ale także wywołało sporo teorii spiskowych - w końcu w taki zbieg okoliczności naprawdę trudno uwierzyć. Judy Blume, znana i lubiana autorka powieści dla młodzieży, dorastała w Elizabeth, a kiedy spadały samoloty, była nastolatką. Przez lata nie chciała wracać do tych przeżyć, wypierając je niemalże z pamięci i nie rozmawiając o nich z nikim, ale wreszcie historia w niej dojrzała. Napisała książkę, tym razem przeznaczoną dla dorosłego czytelnika, o ludziach, którzy żyli w Elizabeth w tym trudnym okresie.

Głównymi bohaterami jest kilkoro nastolatków, przede wszystkim Miri Ammerman, która prawdopodobnie jest częściowo odbiciem wspomnień autorki o samej sobie. Miri jest wychowywana przez matkę, o swoim ojcu nie wie nic, zna tylko jego imię. Zazdrości pełnej rodziny swojej najlepszej przyjaciółce, uczy się życia od rezolutnej babci, przeżywa pierwsze zauroczenie. Cień na to wszystko rzucają spadające samoloty i śmierci kolejnych osób. Jej przyjaciele na różne sposoby przeżywają traumę, jaka dotknęła wszystkich chyba mieszkańców miasta. Niektórzy wykazują się bohaterstwem, inni popadają w obsesję i zaczynają chorować, jeszcze inni wydają się całkowicie obojętni.

"Koleje losu" to jednak portret zbiorowy, a katastrofy są tak naprawdę tylko pretekstem do pokazania, jak żyło się w latach pięćdziesiątych w małym, amerykańskim miasteczku. Postać Miri jest spoiwem, ale książka ma dziesiątki bohaterów. Początkowo trudno się zorientować, kto jest kim, ale szybko wszystko zaczyna się układać, skomplikowane sieci powiązań stają się coraz bardziej przejrzyste, choć autorka trzyma w zanadtrzu kilka niespodzianek, które poznamy dopiero pod sam koniec lektury.

Judy Blume jest bardzo znana w USA, a każda jej książka jest tam wydarzeniem. U nas "Koleje losu" przechodzą chyba bez echa, a szkoda, bo to doskonała powieść obyczajowa, która świetnie się sprawdzi jako wakacyjne czytadło. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, żeby przekonać się po raz kolejny, że życie bywa dziwniejsze od fikcji.

Moja ocena: 5/6

Judy Blume "Koleje losu" (tytuł oryginalny In the Unlikely event)

Tłum. Katarzyna Petecka-Jurek

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

niedziela, 24 lipca 2016

Nie pamiętam, od czego się to zaczęło. Bardzo możliwe, że pierwszą książką, która sprawiła, że zaczęłam marzyć o szkockich wyspach, był "Odmieniec" - urocza historia pewnej bernikli, która zgubiła swoje stado, i pewnej dwójki ludzi, którzy znaleźli miłość tam, gdzie nikt się nie spodziewał. A może fascynacja położonymi na Dalekiej Północy wyspami ma swoje źródło w jeszcze wcześniejszych lekturach? Nie wiem, ale pamiętam, jak będąc w leżącym dosłownie na końcu świata malutkim, rybackim miasteczku w Argentynie powiedziałam, ku uciesze wszystkich towarzyszy, że gdybym miała do dyspozycji jeszcze jedno życie, chciałabym właśnie w takim miejscu zamieszkać. Jest coś nieodparcie pociągającego w wyspach otoczonych lodowatym morzem, smaganych wiatrem przez większą część roku. Ludzie żyjący w takich miejscach muszą być twardzi, tak przynajmniej mi się wydaje. Kocham wyspy i chociaż pewnie nigdy na żadnej nie zamieszkam, chętnie je odwiedzam i jeszcze chętniej o nich czytam. A że w tym roku Szkocja jest u nas gorącym tematem, dzisiaj opowiem wam o książkach, których akcja toczy się właśnie na szkockich wyspach.

Karen Altenberg "Island on Wings"

Najbardziej chyba działającym na wyobraźnię archipelagiem szkockim jest St Kilda - najbardziej na zachód wysunięta część Hebrydów Zewnętrznych. Od lat trzydziestych ubiegłego wieku nikt tam nie mieszka. Książka Karen Altenberg to powieść historyczna o dwójce ludzi, którzy dobrowolnie przeprowadzili się w to samotne i prymitywne miejsce. To pełna emocji, pięknie napisana powieść o miłości, poczuciu misji i niezrozumieniu. Recenzja tutaj: KLIK.

Susan Fletcher "The Silver Dark Sea"

Susan Fletcher to jedna z moich ukochanych autorek, na której książki zawsze czekam z niecierpliwością. Potrafi pisać poetycko i tworzy kobiece narratorki o niesamowicie sugestywnym głosie. "The Silver Dark Sea" to książka, której akcja toczy się na fikcyjnej wyspie, niekoniecznie szkockiej, jednak autorka przyznaje, że inspirowała się wyspami szkockimi i na nich wzorowała opisy miejsc. Mieszkańcy wyspy kilka lat wcześniej stracili jednego z mieszkańców. Teraz morze wyrzuca na brzeg tajemniczego nieznajomego, którego przybycie zmieni ich wszystkich. To doskonała powieść i bardzo żałuję, że nie została wydana po polsku. W Mieście Książek znajdziecie za to recenzje dwóch innych, przetłumaczonych na język polski, powieści tej autorki: "Eve Green" (recenzja tutaj) i "Ostrygojadów" (tutaj).

Judy Fairbairns "Island Wife"

O tej książce dopiero pisałam, wiecie więc, że nie spełniła do końca oczekiwań, jakie w niej pokładałam. Niemniej, warto po nią sięgnąć, jeśli jesteście ciekawi tego, jak wygląda życie na wyspie i chcecie poznać jego mniej romantyczny obraz.

Sarah Moss "Night Waking"

Z tą książką mam szczególnie bliski związek. Autorkę pokochałam już lata temu za osadzone na północy powieści. "Night Waking" to opowieść o niejakiej Annie, która wraz z mężem przenosi się na lato na niezamieszkaną wyspę. On bada zachowania maskonurów, a ona z trudem radzi sobie z cierpiącym na bezsenność niemowlakiem i równie trudnym starszym synkiem. Jej życie nie staje się prostsze, gdy pewnego dnia odkopuje w ogrodzie szkielet małego dziecka. Jednocześnie czytelnik poznaje historię May, młodej dziewczyny, która przybyła na tę wyspę w dziewiętnastym wieku z zamiarem szerzenia zasad higieny wśród żyjących w prymitywnych warunkach wyspiarzy. Książka jest nieco posępna, ale niesamowicie wciągająca i klimatyczna, do tego Anna potrafi spojrzeć na własne życie z dystansem i humorem. Z przyjemnością też zdradzę, że książka ta ukaże się za kilka miesięcy po polsku w moim tłumaczeniu! Sarah Moss napisała więcej książek o losach mieszkańców tej wysepki - kolejne są jeszcze lepsze!

S. K. Tremayne "Bliźnięta z lodu", tłum. Robert Kędzierski

Zimne i posępne wyspy stanowią doskonałe tło dla kryminałów. Akcja "Bliźniąt z lodu" toczy się na fikcyjną wyspę położoną u wybrzeży Szkocji. Rodzina, która się tam przenosi, jest dotknięta straszliwą tragedią - rok wcześniej zginęła jedna Lydia, jedna z córek Moorcroftów, mająca siostrę bliźniaczkę. Po przeprowadzce siostra ta nagle wyjawia, że w rzeczywistości jest Lydią. Atmosfera się zagęszcza, a od lektury trudno się oderwać.

Adam Nicolson "Sea Room: An Island Life"

Tak się dziwnie składa, że w dzisiejszej dziesiątce znalazło się sporo książek autorów, których bardzo lubię i którym jestem wierna od lat. Adam Nicolson również należy do moich ulubieńców. Poznałam go dzięki książce o Sissinghurst - jednej z angielskich rezydencji o fascynującej historii, za którą Nicolson dostał nagrodę Ondaatje. Potem przeczytałam jego opowieść o latach spędzonych na angielskiej wsi, w hrabstwie Sussex i przekonałam się, że Nicolson umie zabawnie i poetycko opowiadać o życiu codziennym i o otaczającej go przyrodzie. Spodobały mi się te bezpretensjonalne, pięknie napisane wspomnienia i zaczęłam sięgać po inne książki autora. "Sea Room" to chyba mój ulubiony tytuł. To książka, na jaką miałam nadzieję, sięgając po "Island Wife" - mądra, pełna pasji i zachwytu światem. W wieku dwudziestu jeden lat autor odziedziczył trzy niewielkie wyspy położone w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Wyspy te, kupione przed laty przez ojca autora, stają się dla Nicolsona nie tylko repozytorium wspomnień, ale przede wszystkim miejscem ucieczki. Pięknie jest to napisane i mam ochotę przeczytać tę książkę ponownie.

Kathleen Jamie "Findings"

Powtarzam się dzisiaj, twierdząc, że język wielu z wymienianych przeze mnie książek jest poetycki, i chętnie bym już tego przymiotnika nie używała, ale w przypadku "Findings" muszę. Kathleen Jamie jest bowiem przede wszystkim uznaną i nagradzaną poetką, zaś "Findings" to jej przemyślenia z podróży po Szkocji, między innymi po Orkadach. To cieniutka książeczka, którą czyta się powoli, z ołówkiem w ręku, zachwycając się kunsztownym językiem i wraz z autorką zachwycając światem. Lektura obowiązkowa!

Peter May "Czarny dom", tłum. Jan Kabat

Ostatnich trzech książek nie ma na zdjęciu, ale nie przegapcie ich! "Czarny dom" i kolejne dwie części cyklu: "Człowiek z wyspy Lewis" i "Jezioro tajemnic", to rewelacyjny cykl kryminałów, które właściwie kryminałami nie są. To raczej powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym, osadzone w realiach wyspy Lewis. Ich bohaterem jest niejaki Fin, policjant z Edynburga, na różne sposoby związany z wyspą. Sprawy, którymi się będzie zajmował, są skomplikowane, a aby je rozwiązać, często trzeba będzie wniknąć głęboko w lokalną społeczność i zrozumieć rządzące nią prawa, a także poznać skrywane przez nią sekrety. Moja recenzja "Czarnego domu" tutaj: KLIK.

Ann Cleeves "Czerń kruka", tłum. Sławomir Kędzierski

Książka ta jest pierwszą częścią tak zwanego kwartetu szetlandzkiego, czyli cyklu kryminałów, których akcja toczy się na Szetlandach. W Polsce ukazały się tylko dwa pierwsze tomy (moja recenzja tutaj), za to po angielsku kwartet przestał już być kwartetem, ponieważ pod wpływem popularności cyklu autorka, po napisaniu czterech części, postanowiła napisać kolejne cztery. To rasowe kryminały, z posępnym policjantem w roli głównej, niewielką społecznością wyspy w roli drugoplanowej i z ciekawymi zagadkami kryminalnymi, które nie tak łatwo rozwiązać. BBC nakręciło serial na podstawie tej serii, szkoda, że u nas ani książki, ani wersja telewizyjna nie są bardziej popularne.

Fred Bodsworth "Odmieniec", tłum. Ryszarda Grzybowska

Wahałam się, czy umieszczać tę książkę w dzisiejszym zestawieniu, bo prawdę mówiąc, na szkockiej wyspie toczy się niewielka część akcji. Jest to jednak jeden z tytułów, które najsilniej mi się ze szkockimi wyspami kojarzą, a podróż na wyspę Barra i obserwacje żyjących tam ptaków od lat są wysoko na liście moich podróżniczych marzeń. To opowieść o gąsiorze bernikli białolicej, który gubi swoje stado i trafia do Kanady, oraz o młodym pisarzu, który zakochuje się w Indiance. Piękna i mądra to powieść, niesłusznie nieco zapomniana.

Znacie któreś z wymienianych przeze mnie tytułów? A może dopiszecie inne książki, których akcja toczy się na szkockich wyspach, albo po prostu w Szkocji? Być może dziesiątka szkockich, ale niekoniecznie wyspiarskich tytułów też się tutaj wkrótce pojawi!


piątek, 22 lipca 2016

Dziewczyna ma dziewiętnaście lat, poznaje intrygującego chłopaka, który podróżował po świecie i otacza go aura przygody. Nie zastanawia się długo - rzuca swoją pasję, czyli śpiewanie i wychodzi za mąż.

Tak zaczyna sę historia Judy Fairbairns, która dla swojego Alexa stała się kimś nowym. Pozornie to historia, jakich wiele: wczesny ślub, dużo dzieci, uzależnienie od męża, frustracja i poczucie niespełnienia. Ta opowieść jednak po pierwsze toczy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody - na dość odludnej i dzikiej szkockiej wyspie, a jej bohaterka w pewnym momencie postanawia odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Książka opowiada o tym, w jaki sposób do tego doszło.

Jeśli, podobnie jak ja, kiedykolwiek marzyliście o życiu na odludziu, blisko przyrody, po lekturze "Island Wife" możecie poczuć radość z tego, że tego marzenia nie zrealizowaliście. Prowadzenie gospodarstwa na szkockiej wyspie nie jest zbyt relaksującym zajęciem. Judy i Alex nie są zresztą żółtodziobami. Zanim podjęli decyzje o kupnie ogromnej posiadłości na odludziu, przez kilka lat prowadzili farmę w Anglii. Zdobyli doświadczenie w opiece nad zwierzętami, nauczyli się zarabiać na turystyce, ale Alexowie wygodne życie szybko przestało wystarczać. Wymyślił przeprowadzkę na północ, zaś Judy nie miała w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Nie miała zresztą wiele do powiedzenia w wielu kwestiach związanych z ich codziennym życiem, nawet tak trywialnych, jak to, w którym pomieszczeniu będzie stała pralka.

Wydaje się, że początkowo jej to zbytnio nie przeszkadzało. Zakochana w Alexie, gloryfikowała go i słuchała we wszystkim. Trudno powiedzieć, czy rodził się w niej wtedy bunt - nawet po latach, kiedy już zrozumiała, jak wiele z siebie oddała temu związkowi, obraca różne paskudne zachowania swojego męża w żart. A może było całkiem inaczej? Może to teraz, kiedy czara goryczy zdążyła się przelać, dramatyzuje i nie pamięta, że Alex dowodził ich życiem, bo tak było dla niej łatwiej i wygodniej? Nie możemy tego wiedzieć, ale ponieważ poznajemy tylko relację Judy, musimy mieć świadomość, że jest ona siłą rzeczy bardzo jednostronna.

Na wyspie zamieszkali w posiadłości, którą wkrótce przekształcili w dobrze prosperujący pensjonat. Wynajmowali turystom pokoje we własnym domu i domki gościnne, oferowali pełne wyżywienie, a także atrakcje w postaci wycieczek łodzią. Podczas jednego z rejsów Alex dostrzega wieloryba. Wcześniej nikt nie zdawał sobie sprawy, że te potężne ssaki żyją w tych wodach. Alex rozdmuchuje temat, opracowuje program, który połączy badania naukowe z ofertą turystyczną, a wkrótce potem staje się prawdziwym ekspertem od wielorybów. Wieloryby stają się jego pasją, realizuje się jako przewodnik i naukowiec, zaprasza do współpracy młodych naukowców, szkoli studentów. W tym czasie Judy rodzi kolejne dzieci, łącznie piątkę, pierze, sprząta, gotuje, znowu sprząta, robi zakupy, sprząta. W jej życiu nie ma miejsca na pasje, jest tylko ciągłe zmęczenie, ciągła gonitwa.

Taki model życia rodzinnego nie mógł się sprawdzić, nie w przypadku kobiety, która ma swoje marzenia i zacięcie artystyczne. Pojawia się coraz więcej zgrzytów. Alex nalega, by najstarszy syn wyjechał do szkoły z internatem, wbrew woli Judy, która wie, jak straszne może być życie w takiej szkole. Ona nie umie się sprzeciwić, ale cierpi, a gdy okazuje się, że miała rację, że to był bardzo zły pomysł, załamuje się. Takich sytuacji jest wiele. W tej rodzinie prawo do ostatecznej decyzji we wszystkich ważnych kwestiach ma mąż.

Brzmi to raczej przygnębiająco, choć Judy w swojej opowieści stara się przedstawiać także blaski swojego życia. Zachwyca się dzikim pięknem wyspy, podkreśla, jak niezwykłym człowiekiem jest jej mąż, jak wybitny ma umysł i jak wspaniale idzie mu wszystko, czego tylko się dotyka. Z rozrzewnieniem opisuje dzikie dzieciństwo swojej gromadki i te opowieści o dzieciakach biegających po wzgórzach, wychowujących się razem z owcami, spędzających całe dnie na dworze brzmią idyllicznie i bardzo działają na wyobraźnię. Na pierwszym planie jest jednak cały czas Judy i jej przepracowanie, rozczarowanie, wreszcie depresja.

"Island Wife" to dość nierówna książka. Z jednej strony jest poruszającym obrazem walki, jaką autorka stoczyła o samą siebie - walki toczonej nie tyle z nierozumiejącym problemu mężem, co z sobą samą. Niestety, jest w niej wiele egzaltacji, trudno też się nie irytować podczas lektury. Judy chyba sama nie wie, czy była ze swoim mężem szczęśliwa, czy wręcz przeciwnie, a nas denerwuje jej potulność. Alex wydaje się straszliwym bucem, którego jednak wszyscy kochają.

Najbardziej rozczarowuje obraz samej wyspy. Kocham północne wyspy i fascynują mnie jako miejsce do życia, jednak Judy Fairbairns nie potrafi pisać o swojej wyspie w sposób interesujący. Jej zachwyty nad krajobrazem wydają się wymuszone, tak jakby sama siebie przekonywała, że to niezwykłe miejsce. Na szczęście udaje jej się dość plastycznie odmalować realia życia nad brzegiem morza. Podobały mi się historie o zwierzętach, które przewinęły się przez ich dom - niektóre były autentycznie poruszające.

Nastawiałam się na dużo lepszą lekturę, ale nie żałuję godzin spędzonych nad tą książką. Zawsze dobrze spojrzeć na wszystko z innej strony i dowiedzieć się, jak może wyglądać życie, którego wiele osób zazdrości. Nie polubiłam autorki, ale wydaje mi się, że udało mi się ją zrozumieć, a to też nie jest aż tak częste.

Moja ocena: 3.5/6

Judy Fairbairns "Island Wife"

Wyd. Two Roads 2013

niedziela, 10 lipca 2016

Gdzieś w Kirgizji. Tylko nad rzeką nie było zbyt gorąco.

 

Pakowanie książek na wakacyjny wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Posiadanie czytnika ułatwia wprawdzie sprawę, ale czy ograniczenie się do ebooków nie jest za dużym ryzykiem? Nawet najlepszy czytnik może się kiedyś zepsuć, zapewne w najgorszym możliwym momencie. Dlatego zawsze zabieram ze sobą przynajmniej jedną papierową książkę. A właściwie, od kilku już lat staram się zabrać dokładnie jedną.

Potrafilibyście zdecydować, jaką książkę zabrać na dłuższy wyjazd, zakładając przy tym, że w podróży będziecie przynajmniej przez trzy tygodnie i raczej nie ma szans, że traficie na jakąś księgarnię? Staję przed tym dylematem niemalże co roku i co roku też stosuję inną strategię.

Dawniej było jeszcze trudniej. Nie miałam Kindla, co oznaczało, że musiałam nie tylko nosić w plecaku lektury, ale także przewodnik w wersji papierowej. Bardzo lubię przewodniki Lonely Planet, ale są dość pokaźne pod względem objętości i czasem mają wkładki z kolorowymi zdjęciami, drukowanymi oczywiście na grubszym i cięższym papierze. Jadąc do krajów nieanglojęzycznych zabieram też rozmówki i słownik. Do tego przynajmniej jedna mapa i ciężar plecaka znacząco wzrasta.

Od pierwszego wyjazdu założyłam więc, że zabieram ze sobą tylko jedną książkę, nie licząc oczywiście przewodnika i rozmówek. Łatwo nie było – w pierwszą podróż wybrałam się do Indii, zaraz po maturze, i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zabrałam ze sobą tylko jeden kryminał. Wydawało mi się, że nie będę miała czasu na czytanie, i tak właśnie było, niemniej, przeczytałam swoją książkę dość szybko i zostałam na kilka tygodni bez żadnej lektury. Ponieważ mieliśmy wtedy naprawdę mało pieniędzy, podróżowaliśmy tanio i spaliśmy w bardzo dziwnych miejscach – w aśramach, w małych chatkach u ludzi, którzy je podnajmowali za niewielkie pieniądze, i w najtańszych hotelach. Nie trafiliśmy do żadnego typowego hostelu, w którym byłaby półka z książkami na wymianę, za to w aśramach można było znaleźć książki religijne. Czytałam więc to, co było, i nawet nie narzekałam.

Na kolejny wyjazd jednak pojechałam lepiej przygotowana. Spakowałam aż trzy książki, tanie wydania kieszonkowe, które chciałam zostawić gdzieś po przeczytaniu. Tym razem okazało się, że w każdym miejscu, w którym śpimy, można wymienić książki, dlatego szybko zostawiłam dwie ze swoich lektur, zastanawiając się, jak długo będą czekały na jakiegoś czytelnika z Polski.

Potem bywało różnie. Raz spakowałam zbiór esejów, licząc, że będę je czytać wolno i starczą na dłużej. Przy innej okazji zdecydowałam się na jedną ze swoich ulubionych lektur, zakładając, że z przyjemnością przeczytam ją dwa lub nawet trzy razy podczas jednego wyjazdu. Jadąc pociągiem do Kirgizji zabrałam więcej lektur, których ostatecznie nie przeczytałam, bo wolałam gapić się w okno na niekończącą się tajgę i kazachski step… Odkąd mam Kindla, papierowa książka jest tylko zabezpieczeniem, co nie znaczy, że łatwiej jest zdecydować, jaki tytuł zabrać.

Na kilkudniowy trekking zabieram tylko czytnik. Oby tylko się nie rozładował!

Teoretycznie powinno być łatwiej, odkąd podróżujemy całą rodziną. Wszyscy zabieramy po jednej książce, trzeba więc tylko wybrać takie tytuły, którymi będziemy mogli się wymienić. Niestety, każde z nas czyta w innym tempie, wymiana nie jest więc prosta. Znacznie ważniejsze jest więc wybranie książki, którą będziemy czytać wspólnie, na głos. Zabieramy ją w wersji elektronicznej, żeby móc ją czytać po ciemku w namiocie. Najtrudniej przekonać do ograniczenia się do ebooków Olę, która większość książek ma w wersjach papierowych. Przyznam, że wykorzystuję tę sytuację, żeby podsunąć jej książki, po które sama by nie sięgnęła. Pilnuję, żeby na czytniku były różne starocie, od książek Hanny Ożogowskiej zaczynając, na serii o Tomku kończąc.

Koncert jazzowy w Shangri La w Syczuanie. My słuchamy, a Ola próbuje czytać :)

W tym roku jeszcze nie zdecydowałam, jaką książkę spakuję do plecaka. Tym razem będzie mi nieco łatwiej, jako że nie jedziemy daleko i z dostępem do angielskich książek nie będzie raczej problemu. Mimo to na pewno spędzę sporo czasu, zastanawiając się, czy zabrać jakiś reportaż, esej, czy po prostu wciągającą powieść. A może wreszcie się odważę i zrezygnuję całkiem z zabierania papierowej książki?

Macie podobne dylematy? Ile książek zabieracie ze sobą na wakacje? A może potraficie ograniczyć się do czytnika? Podzielcie się swoimi strategiami!

 

piątek, 08 lipca 2016

Piątkowy wieczór. Siedzę przy oknie, słucham, jak deszcz dudni o szyby i otwieram laptopa. Dawno nie pisałam, za dużo złości się we mnie nagromadziło. Ale może to już jest ten moment, może z deszczem spłynie ze mnie napięcie i będę mogła powoli zacząć wracać do normalności.

Znacie to uczucie? Kiedy najpierw nawarstwiają się obowiązki, potem znikają resztki czasu wolnego, a pracy nie ubywa? Jeśli jesteście z tej samej gliny, zaciskacie wtedy zęby i dajecie się wciągnąć w wir. Pracując od zawsze na więcej niż jednym etacie przyzwyczaiłam się, że czasami znikają mi tygodnie, a nawet miesiące. Potrzebuję jednak swoistego zaworu bezpieczeństwa ? momentów, które pomogą odbudować zapasy energii. Dla mnie takim zaworem są podróże, niekoniecznie dalekie, ale w miejsca, w których jest pusto i dziko. W tym roku ich zabrakło, a ja nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo są mi potrzebne, dopóki nie poczułam, jak przepełnia mnie złość na cały świat.

Chyba jestem uzależniona, skoro nie mogłam napisać ani słowa od kilku tygodni, a słowa popłynęły dopiero po tym, jak kupiłam bilety lotnicze w miejsce, w którym będzie bez wątpienia dziko i pięknie.

Na szczęście nawet frustracja nie przeszkadza mi w czytaniu. Nie miałam ostatnio zbyt dużo czasu na lekturę ? wyrywane kwadranse przy porannej kawie, kilka chwil wieczorem, między jednym mailem a drugim. W tramwaju czytnik, przy bieganiu audiobook. Chwile spędzone w fikcyjnym świecie pomagają nie zwariować.


Czytałam ostatnio historie wojenne. Nie planowałam takiej serii, wyszło mi to zupełnie przypadkiem. Najpierw "Rzymski poranek" Virginii Baily - nietypowa opowieść o Rzymie rządzonym przez faszystów i o pewnej kobiecie, która pod wpływem impulsu ocaliła żydowskiego chłopca, zabieranego z getta na śmierć. Jeśli wydaje wam się, że potraficie przewidzieć, jak potoczy się tak rozpoczęta opowieść, to się prawdopodobnie mylicie. Chwalebna decyzja ocaliła wprawdzie chłopcu życie, ale nie przyniosła szczęścia nikomu. Wojna schodzi na dalszy plan, ważniejsze od niej są rozważania o tym, czy możemy kogoś uczynić kimś, kim nie jest. Kim właściwie jesteśmy i jaki związek ma z tym nasza rodzina? Na te pytania próbuje odpowiedzieć sobie piętnastolatka z Walii, która wiele lat po wojnie dochodzi prawdy o losach swojej rodziny. Jej historia splecie się z opowieścią o chłopcu ocalonym z rzymskiego getta w sposób nie całkiem oczywisty.

"Paryski architekt" Charlesa Belfoure'a jest nieco mniej subtelną, ale równie wciągającą powieścią. Bohaterem jest pewien Paryżanin, Lucien, który niespecjalnie przejmuje się niemiecką okupacją. Spędza przyjemnie czas i planuje karierę. Chce zostać wielkim architektem, przyjmuje więc niebezpieczne, ale potencjalnie intratne zlecenie. Ma zaprojektować kryjówkę, w której bezpiecznie będzie mógł się schronić żydowski przyjaciel zleceniodawcy. Wywiązanie się z tego zadania ma zagwarantować Lucienowi pracę przy projektowanie fabryki broni.

Łatwo przewidzieć, że Lucien nie tylko dobrze wywiąże się z zadania, ale także zaangażuje się w nie naprawdę głęboko. Kolejne projekty i kolejne kryjówki sprawią, że nasz bohater zacznie się zmieniać, a akcja powieści zacznie płynąć coraz szybciej. Przeczytałam z przyjemnością, choć bez zachwytu.

Po dwóch takich lekturach bez oporów sięgnęłam po trzecią książkę wojenną, którą miałam na stosiku. "Miłość w czasach zagłady" Hanni Münzer okazała się niestety dość słaba, choć na tyle wciągająca, że doczytałam do ostatniej strony. Intryga jest zresztą całkiem zgrabna. Pewna kobieta musi odnaleźć swoją matkę, która wyjechała do Włoch, nie mówiąc nikomu, dokąd jedzie i po co. Poszukiwania matki naprowadzą bohaterkę na ślad rodzinnej tajemnicy. Odkrywając, kim właściwie był jej ojciec, pozna losy czterech kobiet, skomplikowane i niezwykle smutne.

Hanni Münzer wydała tę powieść własnym sumptem, a wydawcy zainteresowali się nią dopiero, kiedy odniosła sukces. Niestety, widać brak dobrej opieki redaktorskiej ? książka jest nieco infantylna, a styl zbyt egzaltowany. Historia jednak intryguje, czyta się więc z zaciekawieniem, chcąc się dowiedzieć, co było dalej.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, sięgając po opowieści wojenne akurat teraz. Zwykle w takich trudnych okresach sięgam po kryminały, jednak nie miałam akurat żadnego kuszącego kryminału pod ręką, a potrzebowałam książek, które mnie wciągną i pomogą oderwać się choć na moment od pracy, Te trzy powieści doskonale się w tej roli sprawdziły, choć przyznam, że po skończeniu ostatniej miałam już ochotę na coś niezwiązanego z wojną.

Mowa o:

"Rzymski poranek" Virginia Baily

Tłum. Magdalena Nowak

Wydawnictwo Czarna Owca 2016

Moja ocena 4,5/6

"Paryski architekt" Charles Belfoure

Tłum. Anna Borowska

Wydawnictwo Znak Horyzont 2016

Moja ocena 4/6

"Miłość w czasach zagłady" Hanni Münzer

Tłum. Łukasz Kuć

Wydawnictwo Insignis 2016

Moja ocena: 4/6

?

niedziela, 12 czerwca 2016

Dawno temu, w epoce Edo, w Japonii popularna była gra o nazwie "Sto opowieści grozy". Ludzie zbierali się wieczorami, zapalali świece i opowiadali historie o duchach, upiorach, o zmarłych, którzy nie chcą odejść ze świata żywych. Po każdej opowieści gaszono jedną świecę. Wierzono, że po każdej opowieści w pokoju pojawia się kolejny duch.

W książce "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni zebrała swoje sto opowieści grozy, w których przywołuje duchy i upiory. Jej opowieści są jednak prawdziwe, choć chwilami dotyczą świata położonego na pograniczu jawy i snu. Zresztą o tragedii, która dotknęła Japonię w 2011 roku, trudno opowiadać w sposób suchy i rzeczowy.

Mam wrażenie, że narrację medialną dotyczącą tsunami zdominowała kwestia elektrowni atomowej w Fukushimie i następstw katastrofy, którą zapoczątkowała awaria chłodzenia reaktorów spowodowana przez wielką falę. Katarzyna Boni nie spieszy się jednak z opowieścią o elektrowni. Najpierw oddaje głos ludziom, którzy stracili swoich bliskich, domy i dorobek całego życia. Nie znając języka, reporterka jedzie do Japonii i z pomocą tłumacza rozmawia z osobami na różne sposoby dotkniętymi tragedią. Wysłuchuje zwierzeń małżonków i rodziców, towarzyszy mnichowi cierpliwie wysłuchującemu lamentów osób, które ocalały. Odwiedza tymczasowe osiedla, które stały się domem dla tysięcy bezdomnych. Nie boi się dotknąć kwestii kontrowersyjnych - opowiada o duchach, które dzwoniły po pogotowie, wsiadały do taksówek, przychodziły bawić się swoimi zabawkami. Spotyka ludzi, którzy czasem tracą władzę nad własnym ciałem, oddając je nie mogącym zaznać spokoju zmarłym.

Młoda reporterka odważnie podeszła do trudnego tematu. O duchach opowiada z takim samym skupieniem, z jakim relacjonuje dramatyczną walkę o schłodzenie reaktorów. Pisząc reportaż, gatunek, było nie było, mocno osadzony w świecie rzeczywistym, z pełną powagą opisuje wydarzenia, w które normalnie byśmy nie uwierzyli. W tej smutnej opowieści o świecie zniszczonym przez ocean nic jednak nie dziwi i nie razi. Jeśli w ciągu kilku minut mogą zniknąć domy, sklepy, szkoły, ulice, ogrody, zabawki i las, jeśli ocean może tak po prostu zabrać kilkanaście tysięcy ludzi, to czy można uznać cokolwiek za niemożliwe?

Tsunami pojawiło się w przekazach medialnych, by po kilkunastu dniach zniknąć, ustępując pola nowszym wydarzeniom. Mieszkańcy regionu Tōhoku do dzisiaj muszą mierzyć się ze skutkami katastrofy. Niektórzy wciąż nie mogą spać, odwiedzają nieczynną budkę telefoniczną, by mówić do swoich bliskich, którzy odeszli. Dwaj mężczyźni nauczyli się nurkować i wytrwale przeszukują dno oceanu w nadziei, że natrafią na szczątki swoich ukochanych - żony i córki. Ludzie, których domy i firmy zabrała woda, mieszkają nadal w barakach, choć miały one być tylko tymczasowymi mieszkaniami.

Katarzyna Boni napisała doskonały reportaż, który nie tylko przybliża rozmiar tragedii, ale także rzuca ciekawe światło na społeczeństwo japońskie. Opowiada o stosunku do śmierci, o trosce o przodków, o bliskich związkach z zaświatami. Obnaża nieudolność władz, które nie są w stanie pomóc ofiarom, a jednocześnie relacjonuje bohaterską walkę o niedopuszczenie do wybuchu elektrowni atomowej.

Autorka snuje swoje opowieści, starannie dobierając właściwe słowa. Każdy rozdział to osobna historia, każdy też ma inną formę, doskonale dobraną do treści. Każda kolejna postać otrzymuje swój głos, a sama autorka czasem pokazuje siebie w konfrontacji z rozmówcami, by innym razem usunąć się całkowicie w cień. W efekcie dostajemy książkę nietypową, nie tylko poruszającą, ale też doskonale napisaną. Myślę, że będzie to jeden z lepszych reportaży tego roku.

Moja ocena: 5.5/6

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...