środa, 24 lutego 2016

Nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakie sposób znajdzie nas książka, która nas znaleźć musiała.

Od kilku dni byliśmy w Oszu, wielokulturowym mieście na południu Kirgistanu. Przyjechaliśmy z Chin, przekraczając granicę na wysokogórskiej przełęczy, i chcieliśmy dostać się na północny wschód kraju. W tym górzystym kraju przemieszczanie się nie jest jednak proste. Tylko jedna droga łączy północ z południem, transportu publicznego na niej właściwie nie ma, zaś żeby dostać się do położonego na północy Biszkeku, trzeba spędzić w samochodzie przynajmniej dziesięć godzin. Można złapać coś w rodzaju taksówki, którą dzieli się z kilkoma innymi osobami, jednak my przyjechaliśmy do Oszu ściśnięci niczym sardynki między kilkoma rozgadanymi Uzbeczkami i mieliśmy trochę dość.

Nigdzie nam się nie spieszyło, zamiast więc zrywać się wcześnie i łapać jakąś okazję, snuliśmy się po zacienionym ogrodzie naszego hostelu. Upał odbierał ochotę do jakiegokolwiek działania, postanowiłam więc nie robić nic, licząc, że jak to zwykle się w podróży dzieje, coś się po prostu wydarzy.

Nie pomyliłam się. Spędzałam właśnie kolejne popołudnie z czytnikiem i kubkiem lodowatej wody w ręku, godząc się w myślach z wizją szukania transportu następnego dnia, kiedy usłyszałam słowa „Biszkek” i „car”. Jakaś ciemnowłosa dziewczyna próbowała dogadać się z niezbyt dobrze mówiącą po angielsku recepcjonistką. Podeszłam, zagadałam i wiedziałam, że dobrze zrobiłam, nie spiesząc się. Dziewczyna była Australijką, i razem ze swoim towarzyszem podróży znaleźli kierowcę, który zgodził się zawieźć ich do Biszkeku za rozsądną kwotę. Okazało się, że chętnie znajdą w samochodzie miejsce także dla naszej trójki.

Droga przez góry była kręta, a krajobraz zachwycający. Nasza towarzyszka podróży nie podziwiała jednak widoków – siedziała z nosem w książce, z rzadka tylko podnosząc wzrok. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, co czyta. Zanotowałam tytuł, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, było sprawdzenie allegro. I w ten sposób w moje ręce trafiła „Samarkanda” Amina Maaloufa, książka, która trafi na listę książek, które kocham miłością bezwarunkową.

O czym jest ta książka? O leżącej na dnie oceanu księdze, o poecie, który nie bał się odmówić wezyrowi, o świecie, w którym środkowoazjatyckie miasta, takie jak Samarkanda i Buchara, były najważniejszymi metropoliami. O zamęcie i zmianach, o piciu wina wieczorem na tarasie, o tajemniczym zakonie i o miłości. Przede wszystkim o miłości.

XI wiek, Samarkanda. Poeta Omar Chajjam przybywa do miasta, zostaje rozpoznany na ulicy i okrzyknięty bluźniercą – ktoś zapamiętał jego nieprzyzwoite wiersze o kobietach i winie. Prowadzą go przed oblicze sędziego, który może skazać go na powolną śmierć. Sędzia jednak zna reputację Omara i podziwia jego wiedzę. Nie wymierza mu kary, daje mu za to piękną księgę o niezapisanych stronicach i mówi: „Za każdym razem, gdy jakiś wiersz zacznie powstawać w twojej głowie, gdy zbliży się do twoich ust, by wyjść na światło dzienne, masz go stłumić bez litości, zapisz go raczej na tych kartach, które pozostaną w ukryciu”.

Na kartach księgi zapisane zostaną słynne rubajaty Chajjama, wiersze niegdyś lekceważone, później podziwiane. Spotkanie to będzie też początkiem niezwykłych przygód Omara, który z Samarkandy wyruszy do Isfahanu, gdzie osiądzie na dłużej. W tle przewijają się kolejne postaci historyczne, które odcisnęły swoje piętno na historii środkowej Azji, takie jak Nizam ul-Mulk, potężny wezyr, czy też Hasan Sabbah, pierwszy przywódca nizarytów, lepiej znanych jako tajemniczy Asasyni. Jedenastowieczna Persja była fascynującym i niebezpiecznym miejscem, o którym do tej pory nie wiedziałam prawie nic, a Amin Maalouf w „Samarkandzie” opiera się na wiedzy historycznej, wykorzystując prawdziwe postaci i ich życiorysy i zgrabnie splatając je z fikcyjnym wątkiem poszukiwań zaginionego rękopisu Chajjama.

Czytałam tę książkę jak w transie, jakby urok rzuciło na mnie już pierwsze zdanie: „W głębi Atlantyku spoczywa księga”. Nie dziwię się już, że nasza przypadkowa towarzyszka podróży nie zauważała piękna krajobrazu. Maalouf niczym hipnotyzer przenosi czytelnika najpierw w świat bazarów i pałaców, następnie do ogarniętej rewolucją Persji z początków XX wieku, a nawet pozwala nam na moment zajrzeć na pokład Titanica. Pisze zaś o wszystkich tych miejscach tak pięknie, tak sugestywnie, że trudno nie ulec czarowi tej niepozornej książki. Ulegniecie mu i wy, nie będę więc pisać nic więcej. Sami odkryjcie spisaną przez Maaloufa historię.

Moja ocena: 6/6

Amin Maalouf "Samarkanda"

Tłumaczenie: Alicja i Krzysztof Choińscy

Wydawnictwo Amber 1994



wtorek, 16 lutego 2016

Dawno, dawno temu było sobie miasteczko. Wyglądało dość zwyczajnie – wąskie uliczki, fryzjer, mleczarnia, kościół, szkoła. Wprawdzie w rzece mieszkał pradawny stwór, ale nikt się nim przesadnie nie przejmował, raz w roku nawet karmiono go podczas miejskiej parady. Piłki rzucone wysoko czasem nie spadały, a jeden z mieszkańców nie uznawał noszenia jakichkolwiek ubrań. Dzieci z miasteczka spędzały czas beztrosko, czasem latając po prostu nad lasem.

Ktoś postanowił napisać książkę o tym miasteczku. Wprawdzie „nie miała sensacyjnej akcji (…), ale za to mówiła o życiu. Miała swój rytm i swoje głosy. Poruszała sprawy drobne, codzienne, takie, jakie składają się na wspomnienia przeżytych chwil. Wiła się jak rzeka; nie wiedziałeś, dokąd płynie, dopóki się w niej nie znalazłeś, ale podróż była spokojna i pełna uroku, a kiedy dotarłeś do jej kresu, żałowałeś, że już się skończyła”. Była to taka książka, w której każdy odnajduje cząstkę siebie.

Ta książka to „Magiczne lata” autorstwa Roberta McCammona, a zwykłym-niezwykłym miasteczkiem jest Zephyr w stanie Alabama. Mogłabym właściwie nie pisać nic więcej, skoro sam autor napisał zwięzłą i trafną recenzję własnej książki – jest nią zacytowany powyżej fragment, choć pozornie opowiada o książce, którą napisał jeden z drugoplanowych bohaterów „Magicznych lat”.

McCammon był jednak zbyt skromny. Jego książka nie jest jedynie spokojną i pełną uroku, lecz pozbawioną sensacyjnej akcji opowieścią. „Magiczne lata” oferują czytelnikowi dużo więcej. To oszałamiająca, trącająca jakieś czułe struny w sercu czytelnika, oda do dzieciństwa. To pean na cześć dziecięcej wyobraźni, która sprawia, że przejażdżka rowerem może zmienić się w szybowanie nad wierzchołkami drzew, a wśród ciemnych odmętów rzeki dostrzec można potwory. Książka, która jest dowodem na to, że pewien sekret, wyszeptany dwunastoletniemu bohaterowi przez jego nauczycielkę w pierwszym dniu wakacji, może być prawdą. „Nikt (…) tak naprawdę nie dorasta”.

Nie brak w niej także elementów sensacyjnych. Wszystko zaczyna się w dniu, w którym dwunastoletni Cory Mackenson pojedzie rano z ojcem, by pomóc mu rozwozić mleko. Przypadkiem obaj są świadkami przerażającej sceny – rozpędzony samochód spada do jeziora. Ojciec Cory’ego skacze do wody, by przekonać się, że mężczyzna siedzący za kierownicą jest do niej przykuty kajdankami, oraz, co ważniejsze martwy. Samochód wraz z ciałem mężczyzny tonie, ojciec chłopca z trudem uchodzi z życiem, a wkrótce zaczynają go dręczyć koszmary.

Zagadkowe morderstwo jest motywem spinającym całą powieść swoistą klamrą, nie jest jednak jedyną mroczną częścią tej pozornie sielankowej historii. Zephyr to cudowne miejsce, a dzieciństwo spędzane tam wydaje się idyllą, opowieść jednak toczy się w latach sześćdziesiątych, kiedy to na amerykańskim Południu odradza się Ku Klux Klan. Nawet tak sielskie miejsce jak Zephyr znajdzie się w zasięgu fali przemocy na tle rasistowskim.

McCammon podzielił swoją opowieść na wiele krótszych historii, które razem tworzą barwny obraz dorastania dwunastolatka. Owszem, Cory będzie oddawał się wielu przyjemnym rozrywkom, pozna prawdziwą przyjaźń i spędzi wiele beztroskich chwil. Dorastanie nie składa się jednak z samych miłych chwil, a Cory zetknie się ze śmiercią, będzie musiał nauczyć się żegnać, a także spróbuje zrealizować swoje wielkie marzenie. W tej opowieści smutek i radość są ze sobą nierozerwalnie związane.

Jednocześnie jest to książka o stawaniu się pisarzem, o patrzeniu na świat tak, żeby widzieć, nie tak, jak ludzie, którzy „kroczą przez paradę cudów i nie słyszą z niej nawet jednej trąbki”. Pisarz taki nie jest, a mały Cory o bujnej wyobraźni należy do tych, którzy zawsze będą umieli dostrzegać cuda. Wie, że pisząc, może „żyć tysiąc razy”.

Przeczytajcie „Magiczne lata”, a odkryjecie, że też mieszkaliście w Zephyr. Być może wasze Zephyr nazywało się inaczej, może były nim przedmieścia Warszawy, jakaś niewielka miejscowość gdzieś wśród pól i łąk, albo, jak w moim przypadku, osiedle z wielkiej płyty na skraju Wrocławia. Nie ma to znaczenia – w waszym Zephyr też działy się rzeczy ważne, radosne, przejmujące, magiczne. Czytając książkę McCammona przypomnicie sobie to wszystko i zdziwicie się, że mogliście o tym w ogóle zapomnieć.

Moja ocena: 6/6

Robert McCammon "Magiczne lata"

Tłumaczenie (świetne!): Maria Grabska-Ryńska

Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2012

 

niedziela, 14 lutego 2016

Albumy z reprodukcjami są duże, ciężkie i drogie. Zajmują dużo miejsca na półkach i bywają dość nieporęczne. Dlaczego więc kilka półek w moim domu ugina się pod znaczącym ciężarem albumów z obrazami i fotografiami?

Książki to zaiste niezwykłe przedmioty. Nie tylko mają moc przenoszenia czytelnika w całkiem inny świat, mogą mu ten świat w sposób całkiem dosłowny pokazać. Kocham je za ich różnorodność i nie żal mi miejsca i pieniędzy na te, które zachwycają pięknem i pokazują dzieła sztuki. Od lat zbieram albumy przyrodnicze, głównie zawierające zdjęcia. Większość kupiłam lub zamówiłam za granicą, jako że nasz rynek jest jeszcze pod tym względem dość ubogi, choć należy zauważyć, że od jakiegoś czasu sytuacja się zmienia. Dlatego dzisiaj napiszę o wyjątkowo pięknym albumie, który ukazał się niedawno w naszym kraju.

Dobry album nie jest łatwo wydać. Żeby oglądanie go miało sens, druk musi być naprawdę wysokiej jakości, szczególnie jeśli chodzi o odwzorowanie kolorów. Liczy się wszystko - papier, format, ułożenie zdjęć lub obrazów na stronach. Muszą ze sobą współgrać, przenosząc czytelnika, czy właściwie oglądającego, z jednej strony na drugą, uwodząc go i wciągając w swoistą opowieść bez słów.

W mojej biblioteczce pojawiła się ostatnio pozycja, która uwiodła mnie bez reszty. Album "Sztuki piękne pod Tatrami", przygotowany przez Teresę Jabłońską, która przez dwadzieścia jeden lat pracowała jako dyrektor Muzeum Tatrzańskiego, to opowieść o tym, jak najwyższe polskie góry inspirowały artystów. To nie tylko zestawienie obrazów, rysunków, grafik, fotografii i innych form sztuki, które łączy wspólny temat. Raczej jest to wizualna historia tego, co się w tatrzańskiej sztuce przez ostatnie dwieście lat zmieniało i jak różnorodne dzieła powstawały w cieniu Giewontu.

Zakopane zawsze działało jak magnes na wszelkiej maści artystów. W XIX wieku w góry jeździło się albo dla podreperowania zdrowia, albo w celu uprawiania wedrówek. Pod Tatrami zbierały się polskie elity, a że malowanie i szkicowanie należało wtedy do pożądanych umiejętności, nic dziwnego, że wielu odwiedzających próbowało swoich sił, malując pejzaże i portrety górali. Malarze zjeżdżali się do Zakopanego, by ćwiczyć swoje umiejętności i czerpać inspirację z dzikiego piękna tych niezwykłych gór.

Nam Tatry często kojarzą się z tłumem na szlakach - ja sama unikam jeżdżenia tam w lecie, a nawet w jesienne weekendy trudno odłuższe chwile samotności. Oglądając te pejzaże, malowane na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, odnajduję takie Tatry, o jakich marzę - spokojne i majestatyczne. Odkrywam dzieła dobrze znane, ale przede wszystkim z ciekawością zapamiętuję nowe nazwiska, nazwiska twórców, o których nigdy wcześniej nie słyszałam.

Wydawca albumu niczego nie zaniedbał. "Sztuki piękne pod Tatrami" to książka piękna pod każdym względem. Zachwyca jej zawartość, której bogactwo oszałamia, ale docenić należy także formę. Zadbano o wszystko: o papier, o druk, o układ reprodukcji. Jedyną wadą tej książki jest jej waga, nie jest łatwo ją przeglądać i niewygodnie się ją trzyma na kolanach, jest to jednak cena, którą trzeba zapłacić za wysokiej jakości papier. Poza tym nic nie zakłóca przyjemności oglądania, a godziny łatwo mijają.

Album ułożony jest chronologicznie, zaczynając od nastarszych rysunków, będących często ilustracjami do książek. W dalszych rozdziałach omawiane są kolejne okresy w sztuce tatrzańskiej, bez podziału na formę. Im bliżej współczesności, tym większa różnorodność panuje, a my możemy poznać nie tylko obrazy i rysunki, ale także inspirowane Tatrami plakaty, rzeźby, zdjęcia, a nawet koronki. Nie jestem aż taką koneserką i niespecjalnie interesuję się rzeźbą, ale warto było spojrzeć na inspirowaną górami sztukę całościowo.

Spędziłam nad tym albumem już sporo czasu, przeglądając go sama lub z córką. Niektóre obrazy i rysunki nas tak zachwyciły, że planujemy już wycieczkę do Muzeum Tatrzańskiego, żeby zobaczyć oryginały. Myślę, że będziemy do tej publikacji wracać, kiedy najdzie nas tęsknota za górami.


"Sztuki piękne pod Tatrami"

Teresa Jabłońska

Wydawca: Tatrzański Park Narodowy i Muzeum Tatrzańskie 2015

środa, 10 lutego 2016

Długo czekałam, żeby napisać o „Ścieżkach północy”. Miałam nadzieję, że słowa nagle spłyną i będę wiedziała, jak napisać o książce, która opowiada o rzeczach, o których opowiedzieć nie sposób. Niestety, wszystko, co układam sobie w głowie, wydaje się puste i niestosowne. Muszę pogodzić się z tym, że ten tekst nie przyjdzie łatwo i nie odda sprawiedliwości książce Richarda Flanagana.

On zresztą też długo walczył, by napisać tę książkę. Spalił pięć pierwszych wersji, i sam przyznał w jednym z wywiadów, że tak naprawdę nie chciał jej pisać. Obawiał się jednak, że jeśli zrezygnuje, nie będzie już w stanie napisać nic innego. „Ścieżki północy” musiały zostać napisane, i to musiały zostać napisane właśnie przez tego pisarza – człowieka, którego ojciec był japońskim więźniem podczas II wojny światowej i przeżył.

Budowa kolei z Tajlandii do Birmy, nazywanej często Koleją Śmierci, to jeden z wielu koszmarnych epizodów tamtej wojny. Będący w trudnej sytuacji Japończycy, którzy opanowali Birmę, potrzebowali linii kolejowej, która ułatwiłaby przewożenie towarów z Tajlandii. Wysłali więc swoich oficerów i setki tysięcy jeńców wojennych do dżungli, nie wyposażając ich w żadne narzędzia. Pod nadzorem Japończyków, którzy wierzyli, że śmierć podczas wykonywania rozkazów cesarza uwolni jeńców od hańby, jaką było trafienie do niewoli, mężczyźni karczowali gęsty las tropikalny gołymi rękami. Nie jest możliwe policzenie, ilu z nich zginęło podczas realizacji tego projektu. Mówi się nawet o stu tysiącach ofiar, z których dwanaście tysięcy to Australijczycy.

Jak opowiedzieć o czymś, co wykracza poza nasze pojmowanie? Flanagan idzie w ślady Kurta Vonneguta, szatkując swoją opowieść na kawałki i rezygnując z chronologicznej narracji. Dorrigo Evans jako mały chłopiec, któremu zrobił się krwiak pod paznokciem. Starzejący się, żonaty Dorrigo, który pisze przedmowę do albumu zawierającego rysunki jego dawnego kolegi z obozu. Dorrigo na przepustce, zakochany i niepewny. Stanowiące trzon opowieści sceny z życia obozowego początkowo pojawiają się tylko jako migawki, mroczne przerywniki w opowieści o miłości, dopiero z czasem przejmując całkowitą kontrolę nad fabułą.

Tych scen z położonego w głębi dżungli obozu nie zapomnicie nigdy. Australijczycy zmuszani są do pracy, chociaż umierają z głodu i z powodu chorób. Codziennie rano wędrują kilometrami przez dżunglę, by dotrzeć na miejsce budowy. Niektórzy są tak słabi, że idą na czworakach. Nie mają ubrań, jedynie nędzne przepaski na biodrach i kapelusze. Dostają kulkę ryżu, która ma im starczyć na cały dzień. Kiedy Japończycy zaczną dostrzegać, że tej kolei nie da się wybudować, winą za to obarczają jeńców, którzy są zbyt leniwi i nie potrafią się zmobilizować do pracy, kiedy są chorzy. Biją ich więc i wydłużają czas pracy, która wkrótce toczyć się będzie dniem i nocą. Umierają kolejni koledzy Dorriga, niektórzy od bicia, inni od chorób lub z wycieńczenia, a czytelnikowi z coraz większym trudem przychodzi przewracanie kolejnych stron. Flanagan pisze prostym językiem, bez żadnych ozdobników, a jego akapity są brutalne i graficzne.

Australijczycy zachowują pewne poczucie wspólnoty, które chyba pomagało im przetrwać. Dzielą się racjami żywnościowymi, które są tak mizerne, że określenie ich tym mianem brzmi jak szyderstwo. Prowadzą osuwających się kolegów do prowizorycznych latryn, opowiadają sobie dowcipy, dzielą skrawkami odzieży. Dorrigo, obozowy lekarz, co rano targuje się z japońskim oficerem o to, ile osób będzie mógł zostawić w baraku, który nazywa szpitalem. Tak naprawdę negocjacje toczą się o to, ilu ludzi dzięki temu przeżyje jeszcze ten jeden dzień, a Dorrigo chcąc ocalić część dni, staje się wysłannikiem śmierci dla pozostałych.

Jak to możliwe, że naród, który tworzył haiku, poezję piękną i czystą, potrafił dopuścić się takich czynów? Flanagan próbuje wniknąć w umysł oprawców, śledzi ich powojenne losy i opowiada o tym, jak sami przed sobą się usprawiedliwiali, jak byli przekonani, że są dobrymi ludźmi. Niektórych to zawirowania historii umieściły w roli oprawców w tym konkretnym miejscu i czasie, ci jednak mu się nie oparli. Ich los ma tak samo mało sensu, jak los jeńców, tracących życie przy budowie kolei, którą kilka lat później na powrót pochłonie dżungla.

Flanagan się jednak sensu nie doszukuje. Już na początku powieści mały Dorrigo domaga się wyjaśnień, „dlaczego świat jest taki, a nie inny”. Matka odpowiada mu: „Świat jest. (…) Po prostu jest”. A świat, w którym przyszło żyć Australijczykom, którzy trafili do japońskiej niewoli, jest po prostu pozbawiony sensu. Nawet miłość nie jest w stanie nadać mu znaczenia. Liczy się tylko jedno – przetrwać, podnieść się po najgorszym nawet razie i iść dalej.

Moja ocena: 6/6

Richard Flanagan "Ścieżki północy"

tłum. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie 2015



poniedziałek, 08 lutego 2016

188 lat temu urodził się pisarz, którego książki silnie nigdyś zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią. "Tajemnicza wyspa" była jedną z lektur, które pokochałam miłością bezkrytyczną. Czytałam ją po wielokroć, marząc o tym, by kiedyś przeżywać podobne przygody. Po latach postanowiłam do niej wrócić, obawiając się nieco, że dawny czar pryśnie. Na szczęście moje obawy były niesłuszne - "Tajemnicza wyspa" wciąż roztacza swoją magię. Co więcej, dopiero po przeczytaniu jej jako osoba dorosła zrozumiałam, jak wielki wpływ miał Verne na moje postrzeganie świata.

Ta książka to modelowa powieść przygodowa. Pięciu mężczyzn zostaje wziętych do niewoli podczas wojny secesyjnej. Decydują się na ucieczkę balonem, jednak nie wszystko idzie tak, jak planowali - sztorm spycha ich w nieznanym kierunku, aż wreszcie balon spada. Na szczęście udaje im się dotrzeć do brzegu wyspy, która okazuje się doskonałym schronieniem. W ciągu kolejnych miesięcy budują sobie wygodny dom w skale (które dziecko nie marzyło o podobnym?), zaczynają uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, wypalać garnki, szyć ubrania. Ujarzmiają przyrodę, a ta im się poddaje, użyczając surowców, owoców, lekarstw. Wyspa, którą nazywają imieniem swojego idola, Abrahama Lincolna, wydaje się rajem. Oczywiście, do czasu.

Urzekała mnie łatwość, z jaką tych pięciu mężczyzn potrafiło podporządkować sobie naturę, nie dzięki przypadkowi, ale dzięki wiedzy, jaką posiadał Cyrus Smith, inżynier, i dzięki pracowitości pozostałej czwórki. To książka o tym, jakie niesamowite możliwości daje wykształcenie i współpraca z innymi. To istotny motyw, bo przecież żaden z mężczyzn nie dałby sobie rady sam, zresztą w książce pojawia się wątek, który pokazuje, jak trudno jest człowiekowi, który samotnie musi zmierzyć się z życiem w dziczy.

Wyspa jest swoistym mikrokosmosem. Jest na niej wszystko, czego tylko mogą potrzebować rozbitkowie. Aby ją oswoić, mężczyźni nadają nazwy poszczególnym miejscom - rzece, zatoce, górom. W ten sposób biorą to miejsce w posiadanie, zarazem je oswajając, podobnie zresztą postępują bohaterowie innych powieści Verne'a, jak choćby "Podróży do wnętrza Ziemi". Potrafią też nazwać wszystko, co na wyspie znajdą. Nastoletni Hubert zna nazwy roślin i zwierząt, inżynier potrafi rozpoznać skały, marynarz rozróżnia wiatry i prądy morskie. Ta zdolność do nazwania rzeczy jej imieniem zawsze mnie zachwycała - kto wie, czy to nie lektura "Tajemniczej wyspy" sprawiła, że zaczęłam się uczyć nazw ptaków i roślin, co kontynuuję do dzisiaj.

Mieszkańcy wyspy nie są jednak wszechmocni. Budują wytrwale swój mały, wygodny świat, ale też los im sprzyja. Dopóki są zdrowi, zaś wyspa jest bezpiecznie odizolowana od świata, nic im nie grozi. Kiedy jednak dzieje się coś złego, mogą zawsze liczyć na interwencję opatrzności, która w tej powieści przybiera dość zaskakującą formę. Wiedzą, że ktoś nad nimi czuwa i przyjmują to w sposób naturalny, jedynie inżynier pragnie dowiedzieć się czegoś więcej, godząc się jednak z myślą, że być może nigdy mu się to nie uda.

Rozbitkowie nie boją się świata, bo też świat widziany ich oczami nie jest groźny. Skupiają się na dobrych stronach swojego położenia, nie przejmując tym, nad czym nie mają kontroli. Badają wyspę i zachwycają się obfitością jej zasobów, z rzadka tylko wyrażając tęsknotę za czymś, co utracili. Bardzo szybko zresztą zaczynają wierzyć, że wszystko jest kwestią czasu, i że w odpowiednim momencie inżynier wyprodukuje dla nich tytoń, upiecze chleb i spełni wszystkie inne zachcianki. Wszystko, co robią zdaje się proste i naturalne, a wszechświat w postaci wyspy stale im sprzyja. Kiedy zaś coś toczy się nie tak, z pomocą przychodzi jakaś tajemnicza siła.

Nie zdradzę, czy ta sielanka ma szanse trwać wiecznie, bo może są wśród czytelników tego blogu osoby, które nie czytały "Tajemniczej wyspy". Jeśli tak, zachęcam was serdecznie do nadrobienia tego. To urocza i wciągająca książka, która często wygrywa w rankingach na najbardziej lubianą powieść Verne'a. Warto wprawdzie wiedzieć, że jest ostatnią częścią tzw. trylogii vernowskiej, której pierwszą częścią są "Dzieci kapitana Granta", a drugą "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi", jeśli więc myślicie o lekturze tamtych książek, dobrze byłoby zachować odpowiednią kolejność. Ja zaś planuję lekturę kolejnych książek Verne'a - czytałam nie więcej niż dziesięć z około osiemdziesięciu książek, które napisał, mam więc w czym wybierać!

sobota, 06 lutego 2016

Przewróciłam ostatnią stronę, popatrzyłam przez chwilę w przestrzeń i ponownie otworzyłam książkę. Najchętniej przeczytałabym ją w tym momencie jeszcze raz - dawno mi się to już nie zdarzyło. Przeglądałam ją jeszcze przez kilkanaście minut, zastanawiając się, czy znajdę to, czego szukam, po czym z żalem odłożyłam.

Czytanie książek Kate Atkinson to zawsze przygoda. Czytamy powieść obyczajową - główna bohaterka umiera na drugiej stronie. Czytamy kryminał, a tu detektyw cytuje poezję Emily Dickinson. Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Jackson Brodie, bohater czwartej już książki Atkinson, którą można określić mianem kryminału, obsesyjnie poszukuje zaginionych dziewcząt, i w pewnym momencie stwierdza:

Na tym właśnie polegało rozwiązywanie zagadek: należało dopaść owo „coś”, przygwoździć je do ziemi i zmusić do mówienia. Zupełnie jakby brało się udział w grze – takiej, w której zasady oraz tożsamość pozostałych graczy są nieznane i w której nie do końca wiadomo, o co chodzi.

Lektura "O świcie wzięłam psa i poszłam..." jest taką właśnie grą. Bierze w niej udział czytelnik, który próbuje dopaść owo "coś", nie mając przy tym zbyt wielu danych. Znikają dzieci i to one zdają się stanowić motyw łączący wszystkie wątki. Pewne dziecko zostaje znalezione w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach, inne zostaje porwane w Niemczech. Dorosła kobieta szuka śladów swoich prawdziwych rodziców, chcąc dowiedzieć się prawdy o swoim dzieciństwie. Emerytowana policjantka, Tracy Waterhouse, pod wpływem impulsu kupuje dziecko od pewnej prostytutki. Czytelnik co rusz przenosi się w czasie i przestrzeni, próbując zorientować się, kto prowadzi grę, a kto jest tylko pionkiem, i o co w ogóle w tej grze chodzi.

Brzmi tajemniczo? To dobrze, bo to jest tajemnicza książka. Ma cechy kryminału, ale trudno ją jednoznacznie sklasyfikować. Atkinson snuje po prostu opowieść, wciągając nas w świat swoich bohaterów i sprawiając, że przestajemy się zastanawiać, czy zaraz nastąpi jakieś morderstwo i kto będzie sprawcą. W tej książce nie ma papierowych bohaterów, są postaci z krwi i kości, a czytelnik towarzyszy im po prostu przez kilka dni ich życia. Dość niezwykłych dni, trzeba to przyznać.

Nie tylko my poznajmy bohaterów, oni także poznają samych siebie, a także swoich bliskich. Tracy nigdy by nie pomyślała, że pewnego dnia kupi dziecko! Ona? Praworządna policjantka? Jackson niespodziewanie dla samego siebie przygarnia psa. Jego klientka pragnie za wszelką cenę poznać swoją prawdziwą tożsamość. My zaś chcemy się dowiedzieć, kim jest dziewczynka kupiona przez Tracy. Wszyscy szukają informacji o sobie lub o innych, a poszczególne wątki przeplatają się. Spodziewamy się, że w finale wszystko się zazębi i wyjaśni, ale to powieść Kate Atkinson, więc nie wszystko potoczy się tak, jak oczekujemy.

Wnikliwy czytelnik dostanie dodatkowe zagadki do rozwiązania. Atkinson ukryła w swojej powieści setki aluzji literackich, z których tylko niektóre są oznaczone. Pierwsza z nich kryje się już w tytule, który jest początkiem wiersza Emily Dickinson. Emily Dickinson pojawia się zresztą często - Atkinson przyznaje, że to jej ulubiona poetka, Jackson odkrywa więc w sobie upodobanie do jej wierszy. Powieść zamyka inny wiersz Dickinson - "Nadzieja", zacytowany w całości. Jednak Atkinson nie poprzestaje na tym. Jej strony pełne są aluzji do Szekspira, poetów metafizycznych, pojawiają się odniesienia do Cormaca McCarthy'ego. Łatwo je przegapić, ale odszukiwanie ich sprawia wiele przyjemności.

Autorka nie wszystko wyjaśnia, zostawiając czytelnika i swoich bohaterów z pytaniami bez odpowiedzi, ale też z nadzieją - upierzonym stworem na gałązce duszy, który śpiewa nie milknące melodie. Może to lepiej, że niektóre sprawy pozostały tajemnicą. Tak jak w życiu, możemy się czegoś domyślać, na coś mieć nadzieję, czekać na wyjaśnienia, które może kiedyś nadejdą.

Moja ocena: 5/6

Kate Atkinson "O świcie wzięłam psa i poszłam"

Tłum. Aleksandra Wolnicka

Wyd. Czarna Owca 2016

 

„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące –


W świście Wichru – brzmi uszom najsłodziej –
I srogich by trzeba Nawałnic –
Aby spłoszy ć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić –


Śpiewał mi już na Morzach Obcości –
W Krainach Chłodu –
Nie żądając w zamian Okruszka –
Choć konał z Głodu.

Emily Dickinson,
przekład Stanisława Barańczaka



poniedziałek, 01 lutego 2016

Spędziliśmy właśnie cały tydzień w górach, jeżdżąc na nartach (w Zieleńcu śnieg jest zawsze, serio!), czytając książki, grając w planszówki i wędrując po polach i lasach. Dzisiaj w pracy koleżanka spytała mnie, czy nie baliśmy się złej pogody i tego, że nasza córka będzie się nudzić. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

Jeździmy z Olą po świecie od zawsze. Kiedy miała kilka lat, wchodziła z nami na górskie szczyty w Norwegii i wstawała w środku nocy, żeby zobaczyć wschód słońca nad indonezyjskim wulkanem. Bez mrugnięcia spędza 12 godzin w samochodzie albo dwa dni w pociągu. Je rzeczy, ktorych nie potrafi nazwać, nie boi się spróbować czegoś nowego, zjada potrawy tak ostre, że wiele osób nie potrafiłoby ich przełknąć. Potrafi wymienić dziesiątki stolic, rzek, wie, jak pachnie dżungla i umie siedzieć bez ruchu, by zobaczyć szczekuszkę lub sóweczkę.

Myślicie, że mamy szczęście? Że trafiło nam się cierpliwe i zainteresowane światem dziecko? Tak uważa wiele moich koleżanek, które powtarzają, że ich dzieci nigdy by tego nie wytrzymały, zanudziłyby się, a cały wyjazd byłby męczarnią. Nie umiem stwierdzić, czy tak rzeczywiście by było, wiem jednak, że nasza córka nie urodziła się z umiejętnością jedzenia curry i spędzania wielu godzin w niewygodnym pojeździe. Nauczyliśmy ją tego.

I także ta nauka zaczęła się od książek. Książek, zabawek, map, kolorowanek - wszystkiego, co pomaga rozbudzić w dziecku zainteresowanie światem. Nawet długa podróż nie będzie nudna, jeśli dziecko będzie wiedziało, przez jakie okolice jedzie, co ciekawego czeka na nie u celu i co można zobaczyć po drodze.

Książki o podróżach

My zaczęliśmy od książek dość prostych i kolorowych. Seria o Neli, małej podróżniczce, to taka literatura podróżnicza w wersji pop. Nela jeździ po świecie i opowiada o egzotycznych miejscach. Nic szczególnego, ale dla kilkuletniej dziewczynki odkrycie, że inna dziewczynka w jej wieku może mieć takie przygody, było czymś niezwykłym. Na drugi ogień poszedł Bear Grylls w wersji dla dzieci - seria "Misja: przetrwanie" rozbudza wyobraźnię i pomaga przekształcić męczące przeżycia w ekscytujące przygody. Cudowne książki Łukasza Wierzbickiego poszerzały horyzonty, zwłaszcza kiedy przekonałyśmy się, że ten autor prowadzi niesamowicie inspirujące spotkania z czytelnikami.


Oprócz książek o podróżach, w biblioteczce mojej córki pojawiało się też wiele encyklopedii przyrodniczych i atlasów. Czytaliśmy je razem i rozmawialiśmy o tym, dokąd trzeba pojechać, żeby je zobaczyć, jak trudno się tam dostać i co zrobimy, żeby sobie z tymi trudami poradzić.

Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale książki to jeszcze nie wszystko. Tu mnie macie - mam w domu coś oprócz książek!

Puzzle, gry, kolorowanki

Rzadko widuję mój stół kuchenny w całej okazałości. Przeważnie leżą na nim setki puzzli, co zresztą spostrzegawczy czytelnicy mogli zauważyć na niektórych zdjęciach na tym blogu. Układamy całą rodziną, często angażując znajomych. Te puzzle mamy od niedawna, ale już wiemy, że będziemy je układać często, bo dawno żadna układanka nie sprawiła nam tyle radości!


Mapa świata podzielona na 1500 elementów? Okazało się, że to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska różnym krajom, jeziorom i wysepkom. Nie dopasowujemy na ślepo, tylko analizujemy nazwy widoczne na każdym kawałku. Przy okazji jest to niezłe ćwiczenie lingwistyczne - trzeba zastanawiać się, czy dana nazwa brzmi po hiszpańsku czy raczej po rosyjsku? Wcześniej układaliśmy nieco prostsze układanki, które są świetne do nauki geografii - kto potrafi bezbłednie umiejscowić wszystkie europejskie kraje? A jeśli Europa nie stanowi wyzwania, to może Azja? Poszczególne elementy mają kształt danych państw.


Kiedy puzzle się znudzą, można sięgnąć po grę planszową. Graliście kiedyś w Faunę? Najlepsze jest w niej to, że dorośli wcale nie mają większych szans na wygraną! Moja córka lubi także kolorować, wpisuje się zresztą doskonale w panującą właśnie modę. Mam nadzieję, że dzięki tej kolorowance zapamięta wreszcie, gdzie leży Sandomierz, a gdzie Zamość.


Planując podróż, zawsze włączaliśmy Olę w przygotowania. Studiowała ze mną mapy, zaznaczając miejscowości o śmiesznych nazwach. Przeglądałyśmy zdjęcia miejscowych dań, zastanawiając się, jak będą smakować. Przed każdym wyjazdem zakładałam nam obu dzienniki podróży. Na pierwszej stronie zamieszczałyśmy listę rzeczy do spakowania, a potem ja zapełniałam swój zapiskami z drogi, a Ola rysunkami. Czy jechałyśmy nad Biebrzę, czy do Toskanii, czy do Chin - Ola zawsze wiedziała, co tam warto zobaczyć i podobnie jak my, miała swoją listę rzeczy, które chce zrobić i zobaczyć. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dziennikowi i dobremu przygotowaniu dawała sobie radę nawet podczas długich i męczących tras. Oczywiście, miewała kryzysy - opowieść o jej pierwszym trekkingu w dżungli, kiedy przewróciła się na glinie i upadła na kolczasty krzew, a potem chlipała przez godzinę, pomrukując pod nosem: A mogłam jechać z dziadkami nad morze, by w sekundę zapomnieć o swoim zmęczeniu, kiedy zobaczyła wśród gęstwiny tapira, zyskała już w rodzinie status legendy. Wiadomo, że wyjazdy są męczące, dla dzieci i dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że nie warto?

Kiedy byłam mała, o podróżach mogłam tylko pomarzyć. Godzinami obracałam globus, wyobrażając sobie, że pływam żaglówką między wyspami Mikronezji albo że wspinam się na himalajskie szczyty. Teraz świat jest inny, podróżowanie jest proste. Może warto przełamać swoje lęki i zainteresować dziecko światem? Wiadomo, nie każdy chce jechać na koniec świata, jeśli jednak wizja wyjazdu nad morze przeraża was i nie wiecie, jak zająć dziecko w trakcie kilkugodzinnej podróży, może spróbujcie przygotować je już wcześniej? Zaraźcie je miłością do świata i przyrody, a każde wakacje staną się prostsze. Trzeba tylko uwierzyć we własne dzieci i w to, że dadzą radę! Zjedzą niedobre jedzenie, jeśli będą głodne i zadowolone z siebie, wejdą na górę, jeśli będą wiedziały, po co to robią, prześpią się po namiotem równie chętnie, jak w ładnym hotelu - dajmy im tylko szansę się na to przygotować.


Wpis powstał we współpracy z księgarnią ArtTravel.pl, w której się po prostu zakochałam!  Rzadko polecam tu konkretne księgarnie, ale ta wypełnia pewną lukę i będę do niej często zaglądać, choćby w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych :)

* * *

Polecam też wpisy o podróżach z dzieckiem na Innych stronach:

Projekt - parki narodowe

Z dzieckiem do galerii sztuki

* * *

A może polecicie jakieś inne książki podróżnicze dla dzieci, albo zabawki, które pomogą zainteresować dziecko podróżami i światem? Przypuszczam, że pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, których nie znam, bo moja córka jest na nie za duża!

czwartek, 21 stycznia 2016

W dzieciństwie uwielbiałam książki Centkiewiczów. Życie na Grenlandii wydawało mi się niezwykle romantyczne. Chciałam mieć igloo zamiast domu, ubierać się w kilkanaście warstw skór i żyć w ciemnościach przez całą zimę. Kwestię polowań jakoś pomijałam, zimno również wydawało się drugorzędne. Do dzisiaj pozostał mi sentyment do zimnych i pustych krain, a tundra zajmuje bardzo wysoką pozycję na miejscu moich ulubionych miejsc wakacyjnych. Po lekturze książki amerykańskiego dziennikarza Mitchella Zuckoffa, grenlandzkie lodowce nagle nabrały nowego kolorytu. Zawsze wiedziałam, że Arktyka jest niebezpieczna, jednak tego, przez co przeszli bohaterowie tej książki, nie byłam sobie w stanie wyobrazić.

Trzy katastrofy

"Lodowe piekło" to opowieść o trzech katastrofach lotniczych, które miały miejsce na Grenlandii w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim o ludziach, którzy w tych katastrofach brali udział. Początkowo wydawało mi się, że ciąg wydarzeń, który opisuje Mitchoff, jest całkiem nieprawdopodobny. Najpierw rozbija się samolot transportowy z pięcioma lotnikami na pokładzie. Wiadomo, że wszyscy przeżyli, na ich poszukiwania zatem wyruszają załogi innych samolotów. Cztery dni później rozbija się jeden z samolotów biorących udział w poszukiwaniach, na pokładzie ma dziewięć osób. Znowu wszyscy przeżyli, teraz więc trzeba szukać dwóch samolotów. Prawie trzy tygodnie później ginie bez śladu kolejny samolot, którego dwaj piloci dokonali rzeczy niezwykłej - dotarli do jednego z wraków, wylądowali na lodowcu, zabrali dwóch wycieńczonych mężczyzn i odstawili ich bezpiecznie na pokład amerykańskiego kutra. Następnego dnia powrócili po kolejnych rozbitków, zabrali jednego z nich, po czym w trakcie lotu powrotnego prawdopodobnie rozbili się o lodowiec.

Takie nagromadzenie katastrof nie było chyba jednak niczym niezwykłym na Grenlandii w trakcie II wojny światowej. Amerykańskie samoloty lądowały na tej największej wyspie świata w drodze do Anglii, by uzupełnić paliwo. Wiele z nich nie docierało do celu. Latanie nad Grenlandią było niczym hazard. Urządzenia pomiarowe pokazywały jedynie wysokość nad poziomem morza, łatwo było więc wlecieć prosto w zbocze góry, których na tamtych obszarach nie brakuje, a których nie sposób dostrzec w gęstej mgle lub śnieżycy. Piloci tracili orientację i nie byli w stanie określić, w którą stronę lecą. Kiedy urywała się łączność, odnalezienie zaginionego samolotu było bardzo trudne.

Na lodowcu

Tym razem jednak jeden z rozbitych samolotów udało się odnaleźć. Dziewięciu mężczyzn z samolotu B-17 schroniło się w tylnej części przełamanego na pół samolotu. Jeden miał połamane żebra, jeden odmrożenia na stopach, ale ogólnie byli w niezłym stanie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien drobiazg. A może nawet dwa. Był listopad. Zaczynała się arktyczna zima. A samolot rozbił się na lodowcu, między licznymi szczelinami, które ukryte były pod świeżym śniegiem. Poruszanie się na piechotę było wykluczone - boleśnie przekonał się o tym jeden z rozbitków, który odszedł o kilka kroków za daleko. Nie było także mowy o tym, żeby między szczelinami wylądował jakikolwiek samolot ratunkowy. Dziewięciu mężczyzn było całkowicie odciętych od świata.

Na szczęście nie groziła im śmierć z głodu - kiedy zostali zauważeni, wojskowe samoloty zaczęły zrzucać im paczki z zaopatrzeniem. Problemem było precyzyjne celowanie, jako że niemożliwe było zbieranie paczek, które spadły kilka metrów od samolotu. Oprócz prowiantu, w paczkach była ciepła odzież i śpiwory, jednak we wraku samolotu cały czas panowała ujemna temperatura, i nie mówię tutaj o kilku stopniach poniżej zera. Wszystko przemakało, zaś wysuszenie śpiworów i kurtek nie było możliwe.

Nierówna walka

Macie bujną wyobraźnie? Spróbujcie wymyślić, co mogło pójść nie tak podczas organizowanej w sekrecie akcji ratunkowej, a ja wam zdradzę, że wszystko, co wymyśliliście, stało się naprawdę. Szalały burze śnieżne, ludzie odmrażali sobie części ciała, wpadali do szczelin, chorowali fizycznie i psychicznie. Psuł się sprzęt, ratownicy pakowali się w tarapaty, a wszystko to trwało 148 dni. 148 dni spędzonych na lodowcu podczas arktycznej zimy.

Autor sporo faktów zdradza już na początku książki. Wiemy, ilu mężczyzn zostanie na zawsze wśród lodów Grenlandii, choć nie znamy nazwisk wszystkich ofiar. Wiemy, że pierwszy rozbity samolot nigdy nie został odnaleziony. Wiemy, że ratownicy, którzy ocalili dwóch rozbitków, przepadli bez śladu. Być może lepiej byłoby nie znać tak wielu istotnych szczegółów już na wstępie. A jednak od lektury nie sposób się oderwać, a napięcie praktycznie nie słabnie.

Mogę zarzucić autorowi, że za dużo miejsa poświęca sprawom technicznym, że pisze dość schematycznie, starając się przekazać czytelnikowi wszystko, co wie. Kiedy pojawia się jakakolwiek nowa postać, autor czuje się w obowiązku zrelacjonować całą biografię tej osoby, zaczynając od miejsca urodzenia. Mimo to przeczytałam "Lodowe piekło" w ciągu dwóch wieczorów, niecierpliwie przerzucając kartki z nudniejszymi fragmentami. Chciałam się tylko dowiedzieć, jakim cudem ci młodzi, często zupełnie niedoświadczeni mężczyźni przetrwali to piekło.

I w tym aspekcie Mitchell Zuckoff nie zawodzi. Doskonale prowadzi narrację, pokazując nam, co działo się w głowach każdego z nieszczęsnych rozbitków. Opowieść o katastrofie okazuje się tak naprawdę opowieścią o niesamowitej odwadze, sile i wytrwałości. O tym, jak proste rytuały pomagają przetrwać niewyobrażalne.

To oczywiście bardzo amerykańska książka. Jaki inny kraj zresztą z takim poświęceniem ratowałby swoich ludzi? Pieniądze nie grały żadnej roli, szanse powodzenia również. Cała akcja wydawała się niemożliwa do przeprowadzenia, ale nikt nie miał wątpliwości, że trzeba ją przeprowadzić.

Współczesny wątek jest zresztą równie amerykański. W 2012 roku na Grenlandię wyruszyła grupa zapaleńców, którzy postanowili odnaleźć zaginione ciała dwóch ratowników i jednego rozbitka i przywieźć je do domu. Ten wątek jest tak naprawdę najmniej interesujący, ale zgrabnia spina całość.

Jeden z biorących udział w akcji ratunkowej lotników powiedział: "Arktyka to bezlitosny wróg. Walczy z tobą każdą bronią, jaką ma pod ręką, atakuje bez ostrzeżenia, a najmocniej uderza wówczas, gdy wydaje ci się, że już ją pokonałeś". Okazuje się, że nawet z takim wrogiem można czasem wygrać, choć koszty tej nierównej walki są niewiarygodnie wysokie.

Moja ocena: 5/6

Mitchell Zuckoff "Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii"

Tytuł oryginalny: Frozen in Rime. An epic story of survival and a modern quest for lost heroes of world war II

Tłumaczenie Mariusz Gądek

Wydawnictwo Znak literanova 2016

niedziela, 17 stycznia 2016

Czytacie trudne książki? Trudne, czyli takie, które czyta się nie tylko dla rozrywki, ale po to, żeby poszerzyć sobie horyzonty i dowiedzieć się czegoś nowego o tym, jak można pisać. Takie, których lektura stanowi prawdziwe wyzwanie i którym czasem, mimo szczerych chęci, nie możemy sprostać. Wyzwania dotyczące liczby przeczytanych w ciągu roku książek są bardzo popularne, ale dlaczego nie mielibyśmy spróbować czegoś innego? Może to właśnie w tym roku uda nam się przeczytać książki, których lekturę od zawsze odkładamy na później? Dla tych, których ten pomysł kusi, przygotowałam listę dziesięciu książek uważanych za trudne, z którymi na pewno warto się zmierzyć.

Oczywiście, książka może być trudna dla jednego czytelnika, a przystępna dla innego. „Trudność” nie jest mierzalna i może podlegać dyskusji. Wybrałam książki, które mogą uchodzić za trudne z wielu powodów – czasem ze względu na objętość i zawiłą fabułę, czasem zaś z powodu eksperymentalnego stylu. Nie ujęłam tu książek, które mogą być trudne, ponieważ dotykają ciężkich, zasmucających tematów – uważam, że stanowią oddzielną kategorię. Na liście znalazły się zarówno książki, które czytałam i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że warto się z nimi zmierzyć, jak i takie, których lekturę dopiero planuję. Może właśnie w tym roku?

1. William Faulkner „Wściekłość i wrzask”

Nie czytałam wszystkich książek Faulknera, jednak z tych, które czytałam, największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie ta i wracam do niej od czasu do czasu. Trudność leży w sposobie narracji, prowadzonej momentami w formie rasowego strumienia świadomości. Co gorsza, narratorów jest trzech, a pierwszym z nich jest upośledzony psychicznie chłopiec, który nie potrafi snuć spójnej opowieści. Czy jednak warto się z taką lekturą zmierzyć? Zdecydowanie tak – to niesamowita, wielopłaszczyznowa książka, która powoli odkrywa swoje tajemnice. Po przewróceniu ostatniej strony będziecie czuli potrzebę przeczytania całości jeszcze raz.

2. Gabriel Garcia Marquez „Sto lat samotności”

Mój wielki wyrzut sumienia – mam tę książkę chyba od zawsze i od zawsze planuję lekturę. Podobno to powieść totalna, zaś trudność polega między innymi na tym, że wielu bohaterów nosi to samo imię – Aureliano. Wiem już, że podczas czytania powinnam rysować sobie drzewo genealogiczne rodu Buendiów. Historia tej rodziny to zarazem metaforyczna opowieść o ludzkim losie. Trudno się zdecydować na lekturę, bo prawdopodobnie będzie wymagała sporo czasu i skupienia, jednak nieznajomość tej książki bardzo mnie gryzie!

3. Herman Melville „Moby Dick”

Z tą książką z kolei dzielę skomplikowaną przeszłość. Na studiach jej nie zrozumiałam, a że nie była lekturą obowiązkową, to przekartkowałam ją raczej niż przeczytałam. Potem sama zaczęłam uczyć historii literatury amerykańskiej, wypadało więc się zapoznać z jednym z najważniejszych tekstów z sylabusa. Poświęciłam na tę lekturę trzy letnie tygodnie i się w niej zakochałam. Czytałam ją potem jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego. Studentom jednak pozwoliłam na lekturę wybranych rozdziałów, nie wymagając znajomości całego tekstu. Dlaczego? Na arcydzieło Melville’a składają się bardzo różne fragmenty. Autor nie oszczędza czytelnika i poświęca część rozdziałów na opisy biologii wielorybów, na wprowadzenie do wielorybnictwa i wiele innych zagadnień, które nie mają bezpośredniego związku z fabułą. Jest nawet kazanie! Dlatego na początek można ominąć niektóre rozdziały, ewentualnie tylko je przekartkować, a gdy się już łyknie bakcyla i pokocha tę nietypową powieść, przeczytanie całości przestanie być problemem.

4. J. R. R. Tolkien „Silmarillion”

Tę książkę, która dość często pojawia się w zestawieniach lektur, przez które ciężko przebrnąć, swego czasu przeczytałam w ekspresowym tempie. Nie sprawiła mi żadnego problemu, ale zapewne przyczyną było to, że zakochana byłam wtedy (właściwie nadal jestem) w wykreowanym przez Tolkiena świecie, a kompendium wiedzy na temat historii i mitologii  tego świata wciągnęło mnie bez reszty. Jednak przyznać należy, że nie jest to łatwa lektura – zawiera cały wszechświat, z jego mitami i legendami, z bogami, z historią wojen, opisem zasiedlających go ludów. No i nie ma w niej hobbitów, co może rozczarować niektórych czytelników. Rozmach i drobiazgowość tego dzieła robi jednak ogromne wrażenie, poza tym to prawdziwa skarbnica fascynujących opowieści.

5. Thomas Mann „Czarodziejska góra”

Kolejna książka, po którą mam zamiar sięgnąć od bardzo dawna. Rozmowy dwóch bohaterów, mityczna przestrzeń sanatorium położonym na czarodziejskiej górze, senna atmosfera i niespieszna narracja, która podobno najpierw usypia, a potem uzależnia. Słyszałam, że nie powinno się czytać tej książki po kawałku, z doskoku – trzeba się jej oddać. Kiedyś spróbuję.

6. Juan Manuell Marcos „Zima Guntera”

Dość niepozorna książka o niespecjalnie pokaźnych gabarytach to podobno jedna z najważniejszych powieści wydanych na przestrzeni ostatnich 40 lat w Paragwaju. Przeczytałam ją niedawno i mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to doskonały przykład trudnej, choć satysfakcjonującej lektury. To opowieść o podróży pewnego urzędnika i jego żony, ale fabuły tu niewiele. Mamy za to piękny strumień świadomości, liczne retrospekcje i mnóstwo aluzji do historii Paragwaju i innych krajów Ameryki Południowej. Książka o przeszłości i jej wpływie na teraźniejszość, pełna gniewu. Nie sądzę, że ją naprawdę zrozumiałam, brakuje mi wiedzy – być może sięgnę po nią kiedyś ponownie, po lekturze jakiejś porządnej książki dotyczącej tego regionu.

7. James Joyce „Finneganów Tren”

Zastanawiałam się, czy umieścić na tej liście książkę Joyce’a, bo nie mam raczej zamiaru jej czytać, wydaje mi się jednak, że pominięcie jej byłoby niedopatrzeniem. Być może niektórzy z was spodziewali się zobaczyć tu „Ulissesa”, uważam jednak, że ta książka nie jest tak trudną lekturą, za jaką uchodzi. Chcecie się przekonać na własnej skórze? Spróbujcie czytać ją na głos, najlepiej w oryginale, w niewielkich fragmentach. Zdania Joyce’a są tak pełne muzyki, że przyjemnie jest je wypowiadać na głos. „Ulisses” jest zresztą powieścią pełną humoru i naprawdę da się ją przeczytać. „Finneganów Tren” to chyba całkiem inna historia. Jej tłumacz, Krzysztof Bartnicki, pracował nad przekładem przez 10 lat! Krytycy spierają się co do jej wymowy, niektórzy są wręcz zdania, że Joyce napisał ją w formie żartu i że nie ma ona sensu. Nawet ukazanie się polskiego tłumaczenia wzbudziło kontrowersje, a tłumacz musiał zmierzyć się z falą internetowego hejtu. Jeśli więc chcecie zmierzyć się z dziełem naprawdę trudnym, nic bardziej odpowiedniego na mojej liście nie znajdziecie.

8. Virginia Woolf „Fale”

Chyba najtrudniejsza książka pisarki, którą kocham od momentu, kiedy jako świeżo upieczona studentka anglistyki z lekkim drżeniem otworzyłam „Panią Dalloway”. Potem pochłaniam kolejne jej książki, dopóki nie zatrzymały mnie „Fale”. W tej naprawdę eksperymentalnej powieści autorka skupia się na formie, a nie na treści. Akcji praktycznie nie ma – wartość leży w języku, w rytmie słów. Wtedy była to dla mnie za trudna lektura, ale teraz mam ochotę sprawdzić, czy coś się w tej kwestii jednak nie zmieniło.

9. Thomas Pynchon „Tęcza grawitacji”

Na polski przekład tej ważnej powieści postmodernistycznej czekaliśmy prawie 30 lat. To pokaz erudycji autora, który oczekuje, że czytelnik będzie posiadał wiedzę chociażby z dziedziny fizyki. Książka-zagadka, pełna dygresji i wątków pobocznych, która jest dyskusją z historią XX wieku, a być może także z historią literatury. Na temat „Tęczy grawitacji” napisano całe tomy, część z nich zaś poświęcona jest po prostu wytłumaczeniu, o co właściwie w tej książce chodzi! Pynchon to tajemniczy pisarz, który bardzo strzeże swojej prywatności, a jego książki, choć trudne, uważane są za jedne z najważniejszych powieści współczesnych.

10. Fiodor Dostojewski „Bracia Karamazow”

Książka, która odstrasza czytelników samą objętością. Jest to wielowątkowa i bardzo gęsta opowieść, chwilami nużąca, ale bez wątpienia warta poświęconego czasu. Wiele osób uważa ją za jedną z najważniejszych książek, jakie kiedykolwiek zostały napisane, a nawet jeśli nie podzielicie tej opinii, powinniście docenić niezwykły kunszt autora, który buduje swoich bohaterów z niesamowitym wyczuciem. Polecam bardzo soczyste tłumaczenie Adama Pomorskiego!

 

Czytaliście którąś z tych książek? A może wszystkie? Zgadzacie się z opinią, że to trudne lektury? A może coś byście do tej listy dopisali? Zabrakło mi miejsca na wiele pozycji, które zapewne powinny się tu znaleźć!



środa, 13 stycznia 2016

Nasz rynek książki działa prężnie, a tytuły, które wzbudziły największe zainteresowanie czytelników zagranicznych, zwłaszcza angielskich i amerykańskich, dość szybko pojawiają się w polskim tłumaczeniu. Niestety, nie zawsze, czego najlepszym przykładem jest książka, która w zeszłym roku zdobyła dwie prestiżowe nagrody literackie i zauroczyła tysiące czytelników.

W tym wypadku jednak opóźnienie mnie nie dziwi. Helen Macdonald napisała „H is for Hawk” językiem gwałtownym i subtelnym zarazem. Jej styl jest tak specyficzny, bogaty i najzwyczajniej w świecie piękny, że tłumacz będzie się musiał wykazać niezwykłym kunsztem. Lepiej, żeby miał na to jak najwięcej czasu.

„H is for Hawk” to książka o tym, co się dzieje, kiedy zatrzemy granice między tym, co domowe, codzienne, oswojone, a tym, co dzikie i nieobliczalne. Wyobraźcie sobie, że rano wchodzicie do kuchni i zastajecie w niej panterę śnieżną, która pożera właśnie waszego kota. Takiego porównania używa Helen Macdonald do opisania tego, na co się porwała. Wpuściła do swojego świata, do swojego pełnego książek, gazet i płyt domu jastrzębia.

Macdonald jest osobą równie niezwykłą, jak jej pomysł. Pracowała jako sokolnik dla rodziny królewskiej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Choć w jej rodzinie nie ma tradycji naukowych, pracuje na uniwersytecie w Cambridge jako historyk. Opublikowała trzy tomiki poetyckie. I już jako sześciolatka wiedziała, że chce hodować ptaki drapieżne. Dlatego kiedy jej ojciec zmarł niespodziewanie na zawał serca, jej jedynym sposobem na poradzenie sobie z żałobą był pomysł, który ją samą zadziwił – postanowiła kupić sobie jastrzębia.

Hodowla jastrzębi to nie przelewki. Nie są to ptaki, które łatwo oswoić. W porównaniu do sokołów są jak pantery śnieżne względem kotów domowych. Helen kupuje dziesięciotygodniową samicę jastrzębia z hodowli. Jedzie po nią do Szkocji, a widząc ją po raz pierwszy, czuje szarpnięcie w sercu. „Jest jak magiczna sztuczka. Gad. Upadły anioł. Gryf z ilustrowanej książki. Coś jasnego i odległego, jak złoto połyskujące w wodzie.” Jej pojawienie się „napełniło dom dzikością, tak jak wazon z liliami napełnia go zapachem”.

Helen nadaje jej imię Mabel, od łacińskiego amabilis, czyli miły, kochany. To imię nadane na przekór, jako że sokolnicy wierzą, że im łagodniejsze imię, tym bardziej waleczny i dziki będzie ich ptak. Helen chce się jednak odciąć od postępowania człowieka, który ją od zawsze fascynował i odpychał. T. H. White, brytyjski pisarz, który podjął kiedyś próbę oswojenia jastrzębia i poległ sromotnie, nazywał swojego ptaka całą litanią przedziwnych imion: Hamlet, Makbet, Śmierć, Nero, Byron. Helen kiedyś to bawiło, teraz jednak, patrząc na jastrzębia w swoim pokoju, poczuła smutek.

Smutek towarzyszy jej przez cały czas. Śmierć ojca, który nauczył ją cierpliwego wpatrywania się w niebo i czekania, aż pojawi się ptak, wstrząsnęła nią. Przez cały czas czuła jego nieobecność i nie potrafiła tego uczucia oswoić. Pisząc mowę, którą miała wygłosić podczas poświęconego mu wieczoru, nie mogła przypomnieć sobie pewnego szczegółu. Odruchowo chwyciła za telefon, żeby do niego zadzwonić z prośbą o przypomnienie.

Nie potrafiąc poradzić sobie z żałobą, po prostu chowa się przed światem. Zamyka się w domu z Mabel i oswaja ją powoli i z niezwykłą cierpliwością. Jej opowieść o tym skomplikowanym procesie jest fascynująca. Sekret polega na tym, żeby robić wszystko powoli. „Przechodzić z ciemności do światła, z zamkniętych pomieszczeń na dwór, najpierw trzymać się z daleka, potem podchodzić bliżej, dzień po dniu, do tego obcego świata pełnego podniesionych głosów, machających rąk, jaskrawych, plastikowych wózków i ryczących skuterów”. Oswojenie dzikiego ptaka z tym wszystkim nie jest łatwe i wymaga czasu. Powoli jednak Helen i Mabel czynią kolejne kroki – wychodzą na dwór, spacerują po uliczkach Cambridge, najpierw nocą, kiedy przechodnie pojawiają się rzadko, potem coraz śmielej. Mabel jest wszystkim zafascynowana, a ku zdumieniu Helen jej spacery z jastrzębiem na ręku przyciągają uwagę przeróżnych ludzi. Chciała od nich uciec, a tymczasem coraz częściej musi przełamywać się i opowiadać o swoim ptaku.

Prawdziwy sprawdzian ma dopiero nadejść. Mabel musi kiedyś polecieć, a Helen drży ze strachu, że jastrząb nie wróci na jej rękawicę. Jest coś znaczącego w tym, że aby uporać się ze stratą ojca, Helen wybiera życie ze zwierzęciem, które może w każdej chwili odlecieć. Strach przed utratą Mabel będzie najtrudniejszym elementem całego procesu. Żeby się z nim uporać, Helen musi zaufać nie tylko swojemu jastrzębiowi, ale także swoim umiejętnościom sokolniczki. Pierwszy lot Mabel będzie wielkim przeżyciem nie tylko dla niej, ale także dla czytelnika, który w tym momencie nie jest w stanie oderwać się od lektury.

Im więcej czasu upływa, tym bliższa staje się więź między Helen i Mabel. Helen sama to zauważa i przyznaje: „Kiedy mój jastrząb się oswajał, ja robiłam się coraz bardziej dzika”. Przemierzając z Mabel pola i lasy, Helen płoszy dla niej króliki i bażanty, przetrząsa zarośla, staje się niemalże jastrzębiem. Kiedy musi gdzieś wyjść i spotkać się z ludźmi, czuje się jak w przebraniu. Polując z Mabel jest sobą. Pisze: „Czułam się niepełna, kiedy jastrząb nie siedział na mojej ręce: byłyśmy częścią siebie”. Jednocześnie wciąż musi oswajać lęk przed utratą swojego ptaka, za każdym razem, kiedy Mabel znikała gdzieś za lasem, Helen wpadała w panikę. To, że ptak wracał do niej z własnej woli, było najlepszym lekarstwem dla jej pogrążonego w żałobie serca.

„H is for Hawk” nie jest pierwszą książką o tym, że przebywanie w pobliżu dzikich zwierząt może pomagać w żałobie. Helen Macdonald nawiązuje do swoich poprzedników – do Petera Matthiessena, którego „Śnieżna pantera” jest jedną z najważniejszych książek mojego życia, do Williama Fiennesa, a przede wszystkim do wspomnianego już T. H. White’a, który fascynuje je od lat dziecinnych. Jej książka jest jednocześnie opowieścią o nim, pełną zrozumienia i współczucia. Helen opisuje jego przygodę z jastrzębiem, wnikliwie diagnozując zarazem to, jak się ona potoczyła. To smutna opowieść, która jest pięknym uzupełnieniem historii Helen i Mabel.

Czytałam tę książkę w zachwycie. To książka totalna – prosta, a jednocześnie zawiera w sobie wszystko. Opowiada nie tylko o żałobie, nie tylko o życiu z dzikim zwierzęciem. To także opowieść o nas i naszym stosunku do przyrody, o tym, czym jest dla nas, o naszej potrzebie nadawania dzikim stworzeniom znaczeń, które są często fałszywe. To opowieść o tym, co w życiu ważne i jak to zrozumieć. Wreszcie, to popis niezwykłej wirtuozerii językowej. Czasami pytacie mnie o książki, które łatwo się czyta w oryginale. „H is for Hawk” to lektura dla tych, którzy pierwsze kroki w czytaniu po angielsku mają już za sobą, a teraz chcieliby zobaczyć, jak niesamowite możliwości kryje w sobie ten język.

Macdonald nie tylko dobiera słowa z niezwykłą precyzją. Jej zdania mają rytm, często bardzo regularny, a ona sama nie spieszy się. Poświęca uwagę najdrobniejszym szczegółom, ale jej narracja nie jest rozwleczona. Po prostu toczy się w tempie podobnym do tempa życia z Mabel – czasem toczy się niespiesznie, żądając od czytelnika cierpliwości, czasem zaś pędzi przed siebie, tak jak Helen biegła za jastrzębiem, przedzierając się przez zarośla i raniąc sobie dłonie.

Autorka chętnie dzieli się z czytelnikami swoją wiedzą na temat oswajania ptaków drapieżnych, a także swoim zachwytem dotyczącym słownictwa, które znają tylko wtajemniczeni. Skąd wziąć na to polskie odpowiedniki? A może one istnieją w jakimś niedostępnym dla mnie świecie? Czy w Polsce ktoś hoduje sokoły? Mamy słowo na sokolnika (po angielsku falconer), ale jak nazwać kogoś, kto hoduje jastrzębie? W angielskim istnieje określenie austringer. Młode jastrzębie to eyasses, podlotki passagers, a dorosłe osobniki określa się mianem haggards. Zaniepokojony jastrząb atakuje rękę, na której siedzi, gwałtownie kierując się w dół – takie zachowanie to bating. Oznaką zadowolenia jest rousing. I tak dalej, i tak dalej. Cały skarbiec nowych słów, które Helen wplata w swoją opowieść z taką samą łatwością, z jaką nazywa rosnące w jej okolicy rośliny.

Dawno już żadna książka nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Jest mądra, poruszająca i pięknie napisana. Czy to znaczy, że znowu styczniowa lektura okaże się najlepszą książką roku?


Moja ocena: 6/6

 

Helen Macdonald "H is for Hawk"

Wydawnictwo Jonathan Cape 2014

 

Książka została nagrodzona Samuel Johnson Prize 2014 - najważniejszą nagrodą brytyjską dla literatury faktu. Zdobyła też tytuł Costa Book of the Year 2014. Po polsku ukaże się w wydawnictwie Czarne.

| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...