piątek, 01 kwietnia 2016

Przez chwilę na blogu zapanowała cisza, a to dlatego, że dopracowywałam szczegóły projekty, który zajął mi ostatnio sporo czasu. Wreszcie mogę się pochwalić efektem, który być może was nawet nie zaskoczy - przecież wielu blogerów wydaje teraz książki. Ja się dość długo opierałam, ale temu pomysłowi uległam, bo kto by nie uległ w takim gronie? Z przyjemnością więc oznajmiam, że 22 czerwca w księgarniach pojawi się antologia opowiadań kryminalnych, których akcja toczy się w świecie książek, zaś autorami są moi ulubieni blogerzy książkowi (i ja)!

Nie możemy się zdecydować jeszcze na okładkę, na fanpejdżu zamieszczę pozostałe propozycje - dobrze, że dano nam wybór, bo taką dużą grupę autorów ciężko przekonać do jednego projektu!

Wiadomo, że z blogerskimi książkami różnie bywa, mam nadzieję jednak, że nasza przypadnie wam do gustu. Piszemy o tym, na czym się znamy - o światku blogerów książkowych, wydawców, magazynów literackich. Pojawia się nawet tramwaj, co chyba też nikogo nie zdziwi.

A żeby zaostrzyć wasz apetyt, zamieszczam fragment swojego opowiadania :)

 ****************************************

Natta nie zmrużyła w pociągu oka. Była zbyt podekscytowana; to jej pierwszy wyjazd na warszawskie targi książki. Spotkała już wcześniej kilku blogerów, ale dzisiaj miała wziąć udział w naprawdę dużym spotkaniu i bała się, że ze zdenerwowania nie otworzy do nikogo ust. Drogę z dworca na stadion przebyła jak we śnie. Serce jej dudniło, kiedy zobaczyła wielki szyld i kłębiące się przed wejściem tłumy. Na szczęście szybko odnalazła stanowisko z karteczką "Obsługa targów", a z maili wiedziała, że właśnie tam powinna odebrać swoją akredytację. Stanęła niepewnie w kolejce i aż podskoczyła, kiedy ktoś dotknął jej ramienia.

- Przepraszam, czy dobrze mi się wydaje, że jesteś blogerką? - zapytał wysoki chłopak o miłej aparycji. Jego twarz wydała jej się znajoma.

- Tak, a czemu pytasz? - Zerknęła na jego identyfikator. Był częściowo zasłonięty przez marynarkę, ale udało jej się dostrzec słowo "Organizator".

- Wiesz co, dostalismy od wydawców bardzo dużo gratisowych książek i nie bardzo wiem, co z nimi zrobić. Pomyślałem, że znajdę kilku blogerów, może będziecie chcieli sobie coś wybrać.

Natta poczuła dreszcz emocji. Darmowe książki, i to jeszcze zanim w ogóle weszła na teren targów? To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nie mogła się jednak oprzeć pokusie.

- Bardzo chętnie rzucę na nie okiem. Kiedy?

- Może od razu? Musimy tylko przejść do pomieszczeń biurowych, tam je trzymam.

Natta zawahała się. Nieczęsto wyjeżdżała gdzieś sama, ale wiedziała, że nie powinna nigdzie chodzić z nieznajomymi. Jednak wizja pokoju pełnego nowiutkich książek, które czekały właśnie na nią, sprawiła, że poczuła przypływ odwagi. Raz kozie śmierć! Przecież przyjechała do Warszawy, żeby przeżyć jakąś przygodę!

- OK, chodźmy więc.

Przebili się przez tłumek gromadzących się przy kasach ludzi i weszli do bocznego korytarza. Kręciło się tu kilka osób, jakaś dziewczyna rozmawiała przez telefon, inna przeglądała notes. Prowadzący ją chłopak wyciągnął klucz i wpuścił ją do leżącego na końcu korytarza biura. Natta weszła niepewnie do środka i od razu zobaczyła stos kryminałów znanego polskiego autora. Rozpromieniła się i w tym momencie usłyszała zgrzyt klucza w zamku.

***

- Natta nie przyjechała? - spytała Magda, blogerka z nadmorskiej miejscowości, zajmując miejsce obok koleżanki. Spotkanie blogerów właśnie się zaczynało.

*****************************************************************************

Chcecie wiedzieć, kim był młody chłopak i co stało się z Nattą? W czerwcu ciąg dalszy! Sama nie wiem, czy bardziej się boje, czy cieszę!

Edit 02.04.2016: Jak się zapewne spodziewacie, jest to tylko primaaprilisowy żart! Aczkolwiek tak dobrze bawiliśmy się, przygotowując nasze fragmenty opowiadań i wymyślając całą otoczkę, że kto wie, czy kiedyś tych opowiadań faktycznie nie napiszemy...


czwartek, 17 marca 2016

Charakterystyczna okładka "Ostatniej arytokratki" migała mi tu i ówdzie, jednak nie wczytywałam się specjalnie w recenzje. Widziałam ostrzeżenia, żeby nie czytać tej książki w miejscach publicznych, bo trudno pohamować nagłe napady śmiechu. Wiedziałam, że to lekka i przyjemna lektura, która zrobiła prawdziwą furorę na czeskim rynku. Nie zwracałam na nią jednak aż do niedawna specjalnej uwagi. Któregoś marcowego dnia poczułam jednak, że jak co roku na przedwiośniu dopada mnie swoiste zmęczenie. Pomyślałam, że może czeski humor będzie niezłym lekarstwem na smętną pogodę i równie smętny nastrój.

Intuicja mnie nie zawiodła - w ciągu weekendu przeczytałam zarówno "Ostatnią arytokratkę", jak i "Arystokratkę w ukropie", odnotowując przy tym znaczącą poprawę humoru.

Bohaterami książek czeskiego pisarza jest arystokratyczna rodzina Kostków. Podobnie jak inni Czesi, w których żyłach płynęła błękitna krew, całe lata temu utracili majątek i siedzibę. Teraz odzyskali swój zamek i tytuł z powrotem, problem polega na tym, że w międzyczasie wyemigirowali do Ameryki i stali się przeciętnymi Amerykanami.

Rodzinnym dziedzictwem jednak nie można wzgardzić. Pan Kostka, jego amerykańska żona i nastoletnia córka Maria jadą do Czech, by zamieszkać na zamku. Brzmi jak bajka? Cóż, nie zapominajcie, że w Czechach absurdów jest co najmniej tyle, co u nas. Zamek mocno podupada, a mieszkająca w nim trójka pracowników wprawdzie cieszy się z powrotu hrabiego i jego rodziny, ale głównie dlatego, że liczą na wyższe pensje. Kasztelan Józef potrafi schować się w lochach, żeby tylko uniknąć ciężkiej pracy, kucharka, pani Cicha, wprawdzie wykonuje swoje obowiązki, ale nie przestaje przy tym narzekać, zaś ogrodnika, zwanego panem Spockiem, bardziej niż rośliny interesują różne dolegliwości.

Evžen Boček od pierwszych stron udowadnia, że znakomicie się czuje w oparach absurdu. Już sama podróż ze Stanów obfituje w nieprzewidziane komplikacje, które nie pozostają bez związku z próbą przewiezienia do Czech prochów przodków i podstarzałego kota. Życie na zamku też okaże się prawdziwą próbą charakteru, i choć niewielu z nas trzyma w sypialni wypchane zwierzęta, z pewnością rozpoznamy wiele problemów, które dręczą rodzinę Kostków. Najpoważniejszym są oczywiście pieniądze, a raczej ich brak. Utrzymanie zamku kosztuje, a służba nie chce pracować za darmo, ku oburzeniu pana Kostki, który nagle staje się większym sknerą niż Ebenezer Scrooge. Jego żona zaś najzwyczajniej w świecie się nudzi. Brakuje jej sklepów, ploteczek u fryzjera, spotkań z koleżankami. Pociechę przynosi lektura kolejnych biografii księżnej Diany i marzenia o spotkaniu z nią, które zresztą hrabina próbuje realizować, nie bacząc na ewentualne koszty.

Patrzymy na Kostków oczami ich latorośli, hrabianki Marii, której zdroworosądkowe podejście stanowi przeciwwagę dla ekscentrycznych zachowań pozostałych bohaterów. Maria jest nastolatką, wydaje się jednak znacznie bardziej dojrzała niż jej rodzice. Jej pragmatyczna relacja skontrastowana z absurdalnymi wydarzeniami, jest zarazem komiczna i wzruszająca. Wiele nastolatek marzy o tym, by pewnego dnia zamieszkać w zamku, żadna z nich nie chciałaby jednak zmierzyć się z tym, z czym musi mierzyć się nasza narratorka.

Największym problemem są hordy turystów, którzy stanowią jedyne źródło dochodu Kostków. Czesi nie przepadają podobno za arystokracją, jednak chętnie podglądają życie swoich hrabin i książąt. Płacą słono za możliwość pooglądania rodziny Kostków podczas obiadu świątecznego, kupują koszulki z podobizną hrabianki i wynoszą z zamkowych toalet papier toaletowy. Najwyraźniej czeskich arystokratów nękają te same problemy, które bywają też naszym udziałem. Rzeczy tajemniczo giną, podłoga zamkowa pokryta jest warstwą gum do żucia, turyści nie są zainteresowani opowieścią przewodnika, a najbardziej ekscytuje ich możliwość zjedzenia domowej kiełbasy i zrobienia sobie selfie z hrabią.

Smutne to wszystko trochę, tym bardziej, że Evžen Boček od lat pracuje jako kasztelan na jednym z czeskich zamków, jego relacja jest więc zapewne wiarygodna. Dlatego też nie wybuchałam dzikim śmiechem podczas lektury "Ostatniej arystokratki". Surrealistyczne miejscami perypetie bohaterów skłaniały mnie raczej do zadumy. Powrót na rodzinne włości nie był dla Kostków błogosławieństwem. Ich rodzina się rozpada, każdy z jej członków zagubiony jest gdzieś wśród swoich niespełnionych oczekiwań, a problemy życia codziennego zdają się ich przerastać. Czeskie społeczeństwo zresztą nie wie, co ze swoimi arystokratami począć. Traktują ich trochę jak zwierzątka w zoo - może nawet nie tyle w zoo, ile w dziecińcu dla zwierząt, w którym można wetknąć kozie palec w oko i pogonić prosiaczka wokół wybiegu. Dokładnie tego oczekują turyści od hrabiego i jego rodziny.

Nie dajcie się jednak zwieść - mimo tych dość smutnych konstatacji, obie powieści mnie rozbawiły i wprawiły w przyjemny nastrój. Maria jest pozytywną i uroczą bohaterką, a ponieważ jako jedyna z Kostków zachowuje zdrowy rozsądek, trudno jej nie kibicować. Zarówno "Ostatnia arystokratka", jak i "Arystokratka w ukropie" to zabawne i lekkie książki, które umilą czytelnikowi niejedno popołudnie. Nie zanosiłam się śmiechem podczas lektury, ale uśmiechałam się pod nosem dość często. Zakończenie daje nadzieję na to, że powstanie kolejna książka o Kostkach - będę na nią niecierpliwie czekać.

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček "Ostatnia arystokratka"

Evžen Boček "Arystokratka w ukropie"

Tłum. Mirosław Śmigielski

Wydawnictwo Stara Szkoła


niedziela, 13 marca 2016

Rzadko zdarza się, że po lekturze kryminału mam ochotę porozmawiać z kimś, kto też go czytał. Nowa seria Arnego Dahla budzi we mnie wiele sprzecznych emocji. Piszę na świeżo, chwilę po zamknięciu ostatniej strony "Gorących krzeseł", ale już kiełkuje we mnie przekonanie, że to najlepsza jak dotąd książka tego autora. Mam jednak świadomość, że ta opinia może być kontrowersyjna.

Wielbiciele twórczości tego nagradzanego pisarza ze smutkiem pożegnali się z Drużyną A - nietypowa jednostka szwedzkiej policji została rozwiązana, a seria książek zakończona. Arne Dahl nie pozwolił czytelnikom zbyt długo tęsknić za ulubionymi bohaterami. Część z nich podjęła pracę w jeszcze bardziej elitarnej jednostce o roboczej nazwie Opcop.

Opcop ma w przyszłości stać się europejskim odpowiednikiem FBI. Fakt, że w ramach Europolu utworzono jednostkę operacyjną, w której skład wchodzą policjanci z wszystkich krajów Unii Europejskiej, jest utrzymywany w ścisłej tajemnicy. W głównym składzie jest kilku starych znajomych, dawnych członków Drużyny A. W każdym kraju działają także członkowie wspierający, których koledzy nie mają pojęcia, że gdzieś w Hadze działa tak niezwykła grupa.

Dość szybko okaże się, że to, co pozostaje tajemnicą dla europejskich stróży prawa, nie jest sekretem dla niektórych przestępców. Kiedy w Londynie zostaną znalezione zwłoki młodej kobiety, a wraz z nimi karteczka zaadresowana do jednostki operacyjnej Europolu Paul Hjelm i jego ekipa będą mieli twardy orzech do zgryzienia, próbując wykryć źródło przecieku.

Tak właśnie zaczyna się "Głuchy telefon", pierwsza część serii o Opcopie. Początki bywają trudne. Drużynę A poznawaliśmy stopniowo, w każdej części dowiadując się więcej o poszczególnych jej członkach. Tutaj zostajemy od razu skonfrontowaniu z dużą i różnorodną grupą, której większości członków nie znamy. Autor zaś nas nie oszczędza, mnożąc kolejne przestępstwa i dokładając coraz to nowe wątki do skomplikowanego śledztwa. Nieszczęsny czytelnik musi mocno skupiać uwagę, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Wytrwałość zostanie jednak nagrodzona, a wszystkie wątki zaczną się w pewnym momencie łączyć, budząc podziw dla pomysłowości autora. Nic nie zostaje nie wyjaśnione, a wszystko splata się w zgrabną, acz zawikłaną intrygę. W globalnym świecie zbrodnie się zresztą ze sobą łączą, a słowa wyszeptane w Krakowie mogą zaważyć na życiu lub śmierci mieszkańca Nowego Jorku. Dlatego też mamy w tej książce naprawdę wszystko - terroryzm, przestępstwa gospodarcze, walkę z pedofilią, niszczenie środowiska, a nawet atak na WTC. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest tego za dużo, jednocześnie jednak zamysł autora jest zrozumiały - drobne przestępstwa prowadzą do wielkich, a spirala wciąż się nakręca. Żadna sprawa nie może mieć wyraźnego początku lub końca, zawsze wynika z czegoś i prowadzi do kolejnej sprawy.

Jest w tej książce kilka słabszych scen, mało prawdopodobnych rozwiązań i dłużyzn, ale całość broni się całkiem nieźle. Od chwili, kiedy wszystko zaczyna się splatać, od lektury trudno jest się oderwać. A co najważniejsze, druga część cyklu jest dużo lepsza!

Jeśli fabuła "Głuchego telefonu" mogła wydawać się zagmatwana, "Gorące krzesła" biją ją na głowę pod względem stopnia skomplikowania. Wątków starczyłoby spokojnie na dwie dobre powieści! Jeden ze zwrotów akcji zadziwił mnie bardziej, niż cokolwiek, co przeczytałam na kartach kryminału, myślę jednak, że zrozumiecie, jeśli nie napiszę o tym nic więcej.

O fabule zresztą w ogóle nie ma po co pisać. Nie po to snuje autor wszystkie nitki swojej opowieści, żeby jakiś bloger sprowadzał całość do kilku banalnych zdań. Wystarczy wiedzieć, co kryje w sobie tytuł. Bawiliście się kiedyś w zabawę, w której krzeseł jest mniej, niż uczestników? Na dany sygnał wszyscy próbują zająć miejsca, a kto nie zdąży znaleźć wolnego krzesła, odpada. Podobną grę toczy ze swoimi ofiarami tajemniczy morderca, tylko że jej reguły są raczej niejasne.

"Gorące krzesła" to jedna z tych książek, które po przeczytaniu ma się ochotę zacząć od nowa, tym bardziej, że na początku lektura nie jest łatwa. Ponieważ otwierająca książkę scena jest nieprawdopodobnie mocna, czytelnik jest już od pierwszych stron kupiony. Łatwo przychodzi też rozróżnianie poszczególnych członków Opcopu - wiemy o nich co nieco po lekturze "Głuchego telefonu". Jednak ilość pozornie niepowiązanych ze sobą wątków przytłacza, a autor zostawia różne tropy bez ostrzeżenia. Wiele razy kartkowałam książek w poszukiwaniu jakiejś wcześniejszej sceny, chcąc przypomnieć sobie coś, co mi umknęło.

Jeśli macie dość tego, że zawsze udaje wam się przed końcem lektury odgadnąć, kto jest mordercą, sięgnijcie po "Gorące krzesła". Pomysłowość Arnego Dahla oszałamia, i trudno wprost nadążyć za jego dziką wyobraźnią, kiedy kolejne wątki zaczynają się łączyć. Pamiętajcie jednak, że to przewrotny pisarz, który bez wahania wyprowadza swoich bohaterów w pole, wysyłając czytelników ich śladem.

Członkowie Opcopu zdają sobie sprawę z tego, że walczą z cieniami. Żyją w świecie, w którym przestępcy mają przewagę. To nie jest typowy, skandynawski kryminał z wątkiem obyczajowym w tle. To szeroko zakrojona, ambitna powieść o świecie, w którym granic już nie ma, są za to zupełnie nowe zagrożenia, z których nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę.

Moja ocena:

"Głuchy telefon" 4/6

"Gorące krzesła" 5/6

Arne Dahl "Głuchy telefon"

Tłum. Robert Kędzierski

Wydawnictwo Czarna Owca 2015

 

Arne Dahl "Gorące krzesła"

Tłum. Dominika Górecka

Wydawnictwo Czarna Owca 2016

środa, 09 marca 2016

Remigiusz Mróz wdarł się szturmem na polski rynek książki. Jego powieści wychodzą w regularnych, krótkich odstępach czasu, podobno ma ich jeszcze sporo w szufladzie. Wartka akcja, cięty język, którym posługują się bohaterowie, i sympatyczny autor, który nie chowa się przed czytelnikami to najwyraźniej dobry przepis na sukces, ponieważ czytelnicy pokochali książki Mroza. Przetestowałam na własnej skórze "Kasację" i "Zaginięcie", a zarwane noce są dowodem na to, że test ten można uznać za udany. Sięgnięcie po inne książki Mroza było więc tylko kwestią czasu.

Skusiła mnie seria kryminałów, których akcja toczy się (przynajmniej częściowo) w Tatrach. Zanim zdążyłam się zdecydować na lekurę "Ekspozycji", ukazała się już kolejna część. Trzeba było się pospieszyć, jeśli chciałam zdążyć, zanim wyjdzie ostatni tom.

Tym samym zawarłam znajomość z komisarzem Forstem. Znajomość intensywną, bardzo burzliwą i raczej krótką - lektura "Ekspozycji" i "Przewieszenia" zajęła mi dosłownie dwa wieczory. Nie mogę jednak jednoznacznie stwierdzić, że były to przyjemne wieczory.

"Ekspozycja" zaczyna się bardzo widowiskowo - na Giewoncie wisi trup. Wisi nie byle gdzie, bo na krzyżu. Na miejscu zbrodni zjawia się komisarz Forst, nie będzie mu jednak dane spokojnie zapoznać się ze wszystkimi okolicznościami. Zostaje w trybie pilnym wezwany do przełożonego, a kiedy orientuje się, że ktoś nie chce, żeby to właśnie on zajmował się tą sprawą, stawia wszystko na jedną kartę. Proponuje współpracę pewnej dziennikarce, Oldze Szrebskiej, i razem odjeżdżają w siną dal.

Zaczyna się więc od trzęsienia ziemi, a potem nie jest wcale spokojniej. Na Olgę i Forsta spadają same nieszczęścia. Czego tu nie ma! Pościg, wycieczka przez las, antyterroryści w malutkiej wiosce na Podlasiu - intryga zatacza coraz szersze kręgi, a sprawa okazuje się mieć zasięg międzynarodowy. Napięcie nawet na moment nie opada i trudno jest oderwać się od lektury.

Wszystko to oznaczałoby doskonałą rozrywkę, gdyby nie to, że autor odrobinę przesadził. Perypetie Forsta można opisać znanym zwrotem "zabili go i uciekł". Biednego komisarza spotyka tyle nieszczęść, że trudno się nie zastanawiać, co takiego zrobił autorowi, żeby zasłużyć na takie traktowanie. Gdyby "Ekspozycja" nie była pierwszą częścią trylogii, spodziewałabym się, że cała sprawa skończy się dla komisarza tragicznie. Forst jest jednak niczym Harrison Ford i Bruce Willis razem wzięci i nie sposób go wykończyć.

Nawet jednak najbardziej sceptyczny czytelnik, który krzywił się przy lekturze "Ekspozycji", sięgnie po "Przewieszenie". Dlaczego? Ponieważ Remigiusz Mróz jest mistrzem zaskakujących zakończeń!

Właściwie powinnam była być mądrzejsza i odłożyć lekturę "Przewieszenia" na później. Mogłam się przecież spodziewać, że kiedy przewrócę ostatnią stronę, będę chciała natychmiast przeczytać część trzecią.

Pozwolicie, że nie napiszę zbyt wiele o treści "Przewieszenia", nie chcąc zepsuć lektury tym, którzy nie znają jeszcze "Ekspozycji". Napiszę za to coś innego, dużo bardziej istotnego, niż zarys fabuły: "Przewieszenie" jest dużo lepsze od "Ekspozycji"! Akcja ma może mniej rozmachu, ale powieść na tym zdecydowanie zyskuje. Więcej tu tatrzańskich pejzaży, które są tłem dla kilku naprawdę mrożących krew w żyłach scen. Na pierwszy plan wysuwa się gra, którą pewien psychopata toczy z komisarzem. Ten zaś znowu ma cały świat przeciwko sobie. Trochę szkoda, że Mróz powtarza ten schemat w kolejnym tomie, na szczęście w "Przewieszeniu" prowadzi akcję dużo zgrabniej i w sposób bardziej wiarygodny.

Na koniec zaś autor serwuje to, czego się chyba wszyscy spodziewali - zakończenie, które sprawia, że wszystkie zastrzeżenia schodzą na dalszy plan, bo jedyne, co interesuje zadziwionego czytelnika, to data premiery kolejnego tomu.

Dlatego, mimo wielu zastrzeżeń, muszę uznać spotkanie z komisarzem Forstem za dość udane. Podczas lektury przewracałam oczami i z irytacją przewracałam coraz szybciej strony, ale na pewno się nie nudziłam i z niecierpliwością czekam na ostatnią część.

Moja ocena:

Ekspozycja 3.5/6

Przewieszenie 4/6

Remigiusz Mróz "Ekspozycja" i "Przewieszenie"

Wydawnictwo Filia 2015 i 2016

niedziela, 06 marca 2016

Z utęsknieniem czekam na wiosnę, a mimo to postanowiłam dzisiaj napisać o dziesięciu naprawdę mroźnych książkach z mojej półki. Zainspirowała mnie prowadząca Kronikę Kota Nakręcacza Natalia, która ostatnio często i z pasją pisze o swojej polarnej półce. Nie jest to pasja mi obca, w dodatku zaczęła się dokładnie tak samo, jak u Natalii - lekturą jednego z esejów Anne Fadiman. Od dawna kocham czytać o wyprawach w rejony okołobiegunowe, kolekcjonuję albumy ze zdjęciami z Arktyki i marzę o zobaczeniu na własne oczy lodowej pustyni.

Na dzisiaj wybrałam dziesięć z moich polarnych książek. Każda jest nieco inna, wszystkie jednak warto przeczytać!

Peter Matthiessen "End of the Earth"

Gdybym miała wybrać dziesięciu ukochanych pisarzy, na pewno na liście znalazłoby się nazwisko Petera Matthiessena. Chciałabym pisać tak jak on. Jednym trafnym zdaniem potrafi sprawić, że odległe miejsca stają nam przed oczami jak żywe, a obce krajobrazy nabierają nagle znaczenia. "End of the Earth" opowiada o jego podróżach na Antarktydę, i choć były to wyjazdy komercyjne i nie można ich porównać do wypraw dawnych odkrywców, surowe piękno tego pustego kontynentu pozostało niezmienione. Matthiessen pisze pięknym językiem, a jego zdania chce się czytać po wielokroć, smakując ich piekno. W dodatku jego wiedza oszałamia, a czytelnik dowiaduje się wiele o ożywionej i nieożywionej przyrodzie Antarktydy. Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o tym rejonie, "End of the Earth" będzie dobrym wyborem. Szkoda tylko, że nie ma polskiego tłumaczenia.

Liv Arnesen "Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun"

Książka ta pojawiła się już kiedyś w Niedzielnej Dziesiątce, napisałam też wtedy, że przypuszczam, że kiedyś jeszcze o niej w tym cyklu napiszę. To prosta, ale bardzo inspirująca opowieść Norweżki, która zdobyła biegun południowy. Jako pierwsza kobieta doszła tam samotnie, na nartach. Jej książka to sprawozdanie z realizacji marzenia - relacja osoby, która nie bała się ciężko pracować, by osiągnąć to, o czym marzyła.

Mariola Popińska "Kura domowa na Antarktydzie"

Kolejna uparta kobieta wybrała się tam, gdzie nikt jej nie zapraszał. Matka, żona, prawdziwa kura domowa postanawia, że zdobędzie Koronę Ziemi. Tak po prostu. A los ma dla niej prezent - niespodziewaną możliwość wejścia na najwyższy szczyt Antarktydy. Jako że nie weszła na niego jeszcze żadna Polka, plany Marioli, nikomu nie znanej osoby bez doświadczenia, są wyśmiewane przez środowisko górskie. Ale ona nie zniechęca się, jedzie na Antarktydę i zdobywa szczyt. Opisuje to wszystko z dystansem i bez zadęcia, za to ze sporą dawką humoru. Kolejna lektura, która potrafi zainspirować do działania!

Roald Amundsen "Zdobycie bieguna południowego"

Wahałam się długo, czy zamiast książki Amundsena nie powinnam umieścić w tej dziesiątce dzienników Scotta. Tak naprawdę należałoby przeczytać obie relacje, żeby w pełni zrozumieć emocje, które towarzyszyły oby wyprawom. Zarówno Scott, jak i Amundsen chcieli stanąc na biegunie południowym jako pierwsi. Wszyscy wiemy, że udało sie Amundsenowi, Scott poniósł całkowitą porażkę - był drugi, a w drodze powrotnej zginął wraz ze swoimi ludźmi. Jego dziennik, które ostatnie słowa brzmią: "Na Boga, zajmijcie się naszymi ludźmi" to przejmująca lektura. Zdecydowałam się jednak umieścić tu książkę Amundsena, ponieważ Dzienniki Scotta nie zostały wydane w języku polskim. Zresztą o Amundsenie słyszy się mimo wszystko rzadziej, tak jakby dramatyczny koniec wyprawy Scotta czynił ją znacznie ciekawszą. Relacja Amundsena jest jednak pasjonuja i bardzo rzetelna. Można się sporo dowiedzieć o tym, jak sto lat temu wyglądały wyprawy polarne i podziwiać, że ludziom udawało się przetrwać w tak surowych warunkach z tak kiepskim sprzętem. To także opowieść o koleżeństwie i współpracy, bardzo podnosząca na duchu.

Mike Stroud "Cienie na pustkowiu"

Dla odmiany warto przeczytać książkę o wyprawie, która zakończyła się niepowodzeniem. Mike Stroud i jego kolega próbowali dokonać trawersu Antarktydy, musieli jednak przerwać podróż. Książka jednak na tym nie cierpi. Jest równie pasjonująca, jak opowieści o udanych wyczynach. To szczera i bardzo wciągająca relacja z dramatycznie trudnej wyprawy, świetnie napisana i momentami mrożąca krew w żyłach.

Amy Sackville "The Still Point"

Książki polarne to nie tylko relacje z wypraw, a na moich półkach można znaleźć także powieści osadzone w surowym klimacie Arktyki lub Antarktydy. "The Still Point" to dwutorowo biegnąca opowieść o nieudanej wyprawie polarnej pewnego wiktoriańskiego podróżnika i o dziewczynie, która kilka pokoleń później odkrywa prawdę o losach swojego przodka. To pięknie napisana opowieść o miłości, Arktyce, zawiedzionych nadziejach i nieporozumieniach. Tutaj znajdziecie pełną recenzję.

Gerard Janichon "Damien. Góry lodowe i morza Południa"

Z książką tą wiąże mnie pewna historia, którą kiedyś opowiem, jako że jest to tytuł, który zdecydowanie zasługuje na poświęcenie mu oddzielnego wpisu. Na razie powiem tyle - jest to pasjonująca książka o odkrywaniu mroźnego Południa z nieco innej perspektywy. Dwóch mężczyzn płynie na jachcie Damien przez najrzadziej uczęszczane wody świata. Nie robią tego, żeby coś komuś lub sobie udowodnić, robią to, ponieważ chcą odkryć prawdę o życiu. Niesamowita lektura, poszukajcie jej koniecznie!

Robert Peroni "Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej"

Rejony polarne to nie tylko bieguny. Moja fascynacja światem skutym lodem zaczęła się od pochłanianych w dzieciństwie książek Centkiewiczów. Za ich sprawą Grenlandia stała się dla mnie mityczną niemal krainą. Robert Peroni nieco ją odczarował, jednocześnie przybliżając problemy, które nękają tę rzadko wspominaną wyspę. To jednocześnie książka o przemianie człowieka, który się pogubił i przestał widzieć sens w tym, co robi. Smutna i mądra, uczy nas sporo o tym, co jest w życiu ważne.

Ilona Wiśniewska "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"

Kolejna opowieść o wyspie skutej lodem, tym razem autorstwa polskiej reporterki, która mieszka na Spitsbergenie. Tym razem to bardziej książka o ludziach, niż o przyrodzie, ale zapewniam was, że ludzie, którzy zamieszkują tak niegościnny kawałek świata, są bardzo wdzięcznym i interesującym tematem. Tworzą zresztą przedziwną mieszankę, a Ilona Wiśniewska potrafi o nich malowniczo opowiadać. "Białe" to zaskakujący reportaż, który pokazuje Arktykę z nieco innej strony.

H. A. Bernatzik "Laponia"

Lubię staroświeckie opowieści o podróżach odbywanych przed laty, dlatego nie posiadałam się z radości, kiedy wyszperałam na targu staroci wydaną na początku ubiegłego stulecia relację niemieckiego pisarza z podróży, jaką odbył wraz z żoną do Laponii. Klimatem książka ta przypomina moje lektury z dzieciństwa, jako że opisuje świat podobny do tego, w którym żył Odarpi, syn Egigwy. Bernatzik podróżuje z Lapończykami, poluje z nimi, zagania renifery, wypoczywa. Nawet jeśli nie uda wam się zdobyć tej książki, zachęcam was do sięgania po podobne, zapomniane nieco tytuły. Może będą czasem trącić myszką, za to przybliżą nam świat, o którym warto pamiętać.

Lubicie czytać o wyprawach polarnych i o życiu w tych skutych lodem rejonach? Podzielcie się swoimi ulubionymi tytułami!

czwartek, 03 marca 2016

Już w pierwszych akapitach swojej najnowszej powieści Jhumpa Lahiri zostawia czytelnikowi subtelne podpowiedzi na temat tego, co stanie się później.

Na wschód od Tolly Clubu, za rozwidleniem Deshapran Sashmal Road, stoi niewielki meczet. W bok rozciąga się spokojna dzielnica. Labirynt wąskich uliczek i skromnych domów zamieszkanych przez klasę średnią.

Meczet stojący w spokojnej dzielnicy, między domami. Życie toczące się gdzieś obok religii, na uliczkach mijają się zmierzający na modlitwę wierni i wracające z zakupów rodziny. W pobliżu klub z angielską nazwą, zapewne przeznaczony tylko dla Brytyjczyków, którzy pragną choć na chwilę odciąć się od mieszkańców kraju, w którym przyszło im mieszkać.

W tej okolicy na świat przyszło dwóch braci. Dzieli ich niespełna rok, ale są tak do siebie podobni, jak bliźniacy, jak dwa oczka wodne.

Na tym terenie były niegdyś dwa stawy, podłużne, jeden przy drugim, a za nimi kilkuakrowe pole.

Nie bez powodu użyty został tu czas przeszły. Stawów już nie ma, zniknęły podobnie jak otaczające je rozlewiska, które wiosną pokrywały się łanem hiacyntów. Bracia, którzy niegdyś byli jak dwie połówki jednego owocu, rozdzielili się.

Tak Jhumpa Lahiri zaczyna swoją wyciszoną opowieść o tym, jak jedna decyzja może rzucić cień na życie kilku pokoleń. Znaki tego, co się ma wydarzyć, ukryte są wszędzie, początkowo ich jednak nie zauważamy. Przeczuwamy tylko to, co się stanie, choć tak naprawdę zrozumienie przyjdzie dużo później – dopiero kiedy przeczytamy ostatnie kilka stron.

U nas i za oceanem

„Zagubieni wśród hiacyntów” to druga powieść Jhumpy Lahiri, autorki w Polsce mało znanej, choć w Stanach uznaje się ją za jedną z najważniejszych pisarek współczesnych. Debiutowała razem z Zadie Smith, której książki są u nas znane i lubiane. Obie autorki piszą o doświadczeniach ludzi przesiedlonych, próbujących znaleźć swoje miejsce w obcej kulturze. Za swój debiutancki zbiór opowiadań Lahiri dostała nagrodę Pulitzera, w ciągu następnych szesnastu lat opublikowała jeszcze jeden zbiór opowiadań i dwie powieści. Nie należy więc do pisarek zasypujących rynek swoimi utworami, a jednak każda jej książka jest za oceanem wydarzeniem. Jej najnowsza powieść „Zagubieni wśród hiacyntów” znalazła się w finale nagrody Bookera, Baileys Women’s Prize for Fiction i nagrody National Book Award. Barack Obama zabrał tę książkę ze sobą na wakacje (pomyślcie tylko, media informujące o tym, jakie książki czyta prezydent!), a następnie odznaczył autorkę medalem National Humanities. Wszystkie jej książki zostały przetłumaczone na język polski, jednak trudno powiedzieć, żeby było o nich u nas głośno.

Szkoda, Lahiri pisze bowiem piękne, nabrzmiałe znaczeniami książki o wyobcowaniu, życiu pomiędzy dwoma światami, o tym, jak porzuca się swój kraj i buduje życie gdzie indziej. Pozornie jej książki dotykają tematów, o których polski czytelnik zbyt wiele nie wie – Lahiri pisze o swoim kręgu kulturowym, czyli o życiu indyjskich, a właściwie bengalskich imigrantach w Stanach Zjednoczonych. Pisze o ludziach wykształconych, którzy wyjeżdżają, żeby się kształcić, i czują się rozdarci, jakby zdradzili swoją ojczyznę. Jednak w świecie opanowanym przez lęk przed imigrantami może warto dowiedzieć się więcej o rozterkach ludzi, którzy z różnych przyczyn muszą zbudować sobie życie od nowa w obcym miejscu? I czy naprawdę Bengalczyk robiący doktorat w Stanach tak bardzo różni się od Polaka, który próbuje znaleźć godną pracę na Wyspach Brytyjskich?

Dwaj bracia, dwie ścieżki

Bohaterami „Zagubionych wśród hiacyntów” są Subhash i Udayan. Wychowani na przedmieściach Kalkuty bracia zawsze byli sobie bardzo bliscy, jednak ich losy nie potoczą się tym samym torem. Subhash chce się kształcić, jest znakomitym studentem i wyjeżdża do Stanów na studia doktoranckie. Udayan chce zmieniać świat w sposób jak najbardziej bezpośredni. Daje się porwać rewolucyjnym ideom indyjskich maoistów, pragnie walczyć ze społecznymi nierównościami i jest gotów na wszystko. Nie zdradzę nic ponad to, co przeczytać możecie na okładce, jeśli powiem, że losy Udayana nie potoczą się dobrze. Na oczach rodziny zostanie zastrzelony przez policję, a po jego śmierci Subhash podejmie decyzję, która zaważy na losie wielu osób.

Nie wiem, dlaczego spodziewałam się, że głównym tematem książki będzie historia Indii i zamęt wzniecony przez zapatrzonych w Mao Zedonga rewolucjonistów. Lahiri jednak skupia swoją uwagę na tych, którzy z Indii wyjechali, i podobnie jak ona sama, czują się na amerykańskiej ziemi obco, a zarazem bardziej u siebie niż w kraju ojczystym. Subhash wróci więc do Stanów, ale cień jego brata będzie mu zawsze towarzyszył. Śmierć Udayana zmieni życie nawet tych członków rodziny, którzy dopiero przyjdą na świat.

Obcość i zrozumienie

Całą prawdę poznamy dopiero na ostatnich stronach powieści, kiedy nie będzie to tak naprawdę istotne. Prawdopodobnie zrozumiemy wszystko już wcześniej, czytając między słowami, dopowiadając sobie to, co nie zostało powiedziane.

To wyciszona i melancholijna książka o tym, jak niszczące mogą okazać się nasze marzenia i jak trudno jest zbudować coś na zgliszczach. Nic nie jest w niej jednoznaczne, nawet zmieniająca wszystko decyzja Subhasha może być interpretowana zarówno jako akt odwagi, jak i wyraz tchórzostwa. Lahiri nie ociera się nawet o sentymentalizm, a jednak wzbudza w nas współczucie dla każdego ze swoich bohaterów. To, jak są ze sobą spleceni widać dopiero z dalszej perspektywy. I choć na początku ulegamy pokusie, by ich osądzać, zamykamy książkę z poczuciem, że ich zrozumieliśmy.

Nie jest to książka bez wad. Czasem wydaje się zbyt płaska, wyzuta z emocji, trudno więc nawiązać emocjonalną więź z bohaterami. Dopiero kończąc lekturę zdajemy sobie sprawę z tego, że stali się nam bliscy, że będzie nam brakować wiedzy o tym, co się z nimi stało.

Moja ocena: 5/6

Jhumpa Lahiri "Zagubieni wśród hiacyntów" ("The Lowland")

Tłum. Maria Olejniczak-Skarsgård

Wydawnictwo Albatros 2015



wtorek, 01 marca 2016

Napiszę to od razu - mało rzeczy denerwuje mnie bardziej, niż okreslanie, że coś jest przeznaczone tylko dla mężczyzn albo tylko dla kobiet. Dlatego książka, która już na okładce informuje, że zawiera wszystko, co powienien wiedzieć mężczyzna, działa na mnie jak płachta na byka. Myślę, że wiem więcej o drewnie niż niejeden mężczyzna, mając za sobą sporo zimowych wyjazdów do ogrzewanej wyłącznie kominkiem drewnianej chaty. Ponieważ jednak lubię książki o życiu blisko przyrody, zdecydowałam, że przełknę tę pigułkę i sprawdzę, czy książka Larsa Myttinga warta jest całego zamieszania, które wokół niej powstało.

Jakim cudem bowiem książka o rąbaniu, układaniu i palenia drewna stała się światowym bestsellerem? W samej Norwegii sprzedano ponad 300 tysięcy egzemplarzy, w Wielkiej Brytanii w ciągu miesiąca wydawca musiał zainwestować w cztery dodruki. Ten sukces dobitnie świadczy o tym, że rynek książki wciąż potrafi być nieprzewidywalny.

Przeczytałam i muszę stwierdzić, że nie jest to do końca książka, jakiej się spodziewałam. Nastawiłam się na refleksyjną lekturę o związkach człowieka z lasem, tymczasem "Porąb i spal" to przede wszystkim poradnik. W poszczególnych rozdziałach autor dzieli się wiedzą na temat sprzętu do cięcia i rąbania drewna, sposobów układania szczap w stosy, gatunków drewna i rodzajów pieców. Porady te przeplatane są krótkimi historiami o ludziach, którzy przez całe życie zajmowali się drewnem, i te historie właśnie podobały mi się najbardziej. Ich bohaterowie są dla mnie postaciami niemalże egzotycznymi, zaś ich bliska więź z lasem budzi we mnie zazdrość.

Nie mogę jednak powiedzieć, że reszta książki okazała się nudna. Mytting pisze z werwą i zaangażowaniem, widać, że temat jest mu bliski i że chciałby, aby wszyscy podzielali jego miłość do drewna. Siedzący w bloku w środku miasta czytelnik wbrew sobie zaczyna podzielać tę fascynację i chętnie ogląda piękne stosy i piramidy, czyta o pieńkach i suszeniu wilgotnego drewna.

Przyznam, że nadal nie rozumiem, dlaczego to właśnie ta książka wzbudziła aż takie zainteresowanie, ale nie żałuję spędzonego nad nią czasu. Będzie świetnym prezentem dla każdego, kto ma w domu kominek i komu zdarza się rąbać drewno na opał. A także dla takiego jak ja mieszczucha, który marzy o domu w lesie i stosie drewna pod oknem...

Moja ocena: 4,5/6

środa, 24 lutego 2016

Nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakie sposób znajdzie nas książka, która nas znaleźć musiała.

Od kilku dni byliśmy w Oszu, wielokulturowym mieście na południu Kirgistanu. Przyjechaliśmy z Chin, przekraczając granicę na wysokogórskiej przełęczy, i chcieliśmy dostać się na północny wschód kraju. W tym górzystym kraju przemieszczanie się nie jest jednak proste. Tylko jedna droga łączy północ z południem, transportu publicznego na niej właściwie nie ma, zaś żeby dostać się do położonego na północy Biszkeku, trzeba spędzić w samochodzie przynajmniej dziesięć godzin. Można złapać coś w rodzaju taksówki, którą dzieli się z kilkoma innymi osobami, jednak my przyjechaliśmy do Oszu ściśnięci niczym sardynki między kilkoma rozgadanymi Uzbeczkami i mieliśmy trochę dość.

Nigdzie nam się nie spieszyło, zamiast więc zrywać się wcześnie i łapać jakąś okazję, snuliśmy się po zacienionym ogrodzie naszego hostelu. Upał odbierał ochotę do jakiegokolwiek działania, postanowiłam więc nie robić nic, licząc, że jak to zwykle się w podróży dzieje, coś się po prostu wydarzy.

Nie pomyliłam się. Spędzałam właśnie kolejne popołudnie z czytnikiem i kubkiem lodowatej wody w ręku, godząc się w myślach z wizją szukania transportu następnego dnia, kiedy usłyszałam słowa „Biszkek” i „car”. Jakaś ciemnowłosa dziewczyna próbowała dogadać się z niezbyt dobrze mówiącą po angielsku recepcjonistką. Podeszłam, zagadałam i wiedziałam, że dobrze zrobiłam, nie spiesząc się. Dziewczyna była Australijką, i razem ze swoim towarzyszem podróży znaleźli kierowcę, który zgodził się zawieźć ich do Biszkeku za rozsądną kwotę. Okazało się, że chętnie znajdą w samochodzie miejsce także dla naszej trójki.

Droga przez góry była kręta, a krajobraz zachwycający. Nasza towarzyszka podróży nie podziwiała jednak widoków – siedziała z nosem w książce, z rzadka tylko podnosząc wzrok. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, co czyta. Zanotowałam tytuł, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, było sprawdzenie allegro. I w ten sposób w moje ręce trafiła „Samarkanda” Amina Maaloufa, książka, która trafi na listę książek, które kocham miłością bezwarunkową.

O czym jest ta książka? O leżącej na dnie oceanu księdze, o poecie, który nie bał się odmówić wezyrowi, o świecie, w którym środkowoazjatyckie miasta, takie jak Samarkanda i Buchara, były najważniejszymi metropoliami. O zamęcie i zmianach, o piciu wina wieczorem na tarasie, o tajemniczym zakonie i o miłości. Przede wszystkim o miłości.

XI wiek, Samarkanda. Poeta Omar Chajjam przybywa do miasta, zostaje rozpoznany na ulicy i okrzyknięty bluźniercą – ktoś zapamiętał jego nieprzyzwoite wiersze o kobietach i winie. Prowadzą go przed oblicze sędziego, który może skazać go na powolną śmierć. Sędzia jednak zna reputację Omara i podziwia jego wiedzę. Nie wymierza mu kary, daje mu za to piękną księgę o niezapisanych stronicach i mówi: „Za każdym razem, gdy jakiś wiersz zacznie powstawać w twojej głowie, gdy zbliży się do twoich ust, by wyjść na światło dzienne, masz go stłumić bez litości, zapisz go raczej na tych kartach, które pozostaną w ukryciu”.

Na kartach księgi zapisane zostaną słynne rubajaty Chajjama, wiersze niegdyś lekceważone, później podziwiane. Spotkanie to będzie też początkiem niezwykłych przygód Omara, który z Samarkandy wyruszy do Isfahanu, gdzie osiądzie na dłużej. W tle przewijają się kolejne postaci historyczne, które odcisnęły swoje piętno na historii środkowej Azji, takie jak Nizam ul-Mulk, potężny wezyr, czy też Hasan Sabbah, pierwszy przywódca nizarytów, lepiej znanych jako tajemniczy Asasyni. Jedenastowieczna Persja była fascynującym i niebezpiecznym miejscem, o którym do tej pory nie wiedziałam prawie nic, a Amin Maalouf w „Samarkandzie” opiera się na wiedzy historycznej, wykorzystując prawdziwe postaci i ich życiorysy i zgrabnie splatając je z fikcyjnym wątkiem poszukiwań zaginionego rękopisu Chajjama.

Czytałam tę książkę jak w transie, jakby urok rzuciło na mnie już pierwsze zdanie: „W głębi Atlantyku spoczywa księga”. Nie dziwię się już, że nasza przypadkowa towarzyszka podróży nie zauważała piękna krajobrazu. Maalouf niczym hipnotyzer przenosi czytelnika najpierw w świat bazarów i pałaców, następnie do ogarniętej rewolucją Persji z początków XX wieku, a nawet pozwala nam na moment zajrzeć na pokład Titanica. Pisze zaś o wszystkich tych miejscach tak pięknie, tak sugestywnie, że trudno nie ulec czarowi tej niepozornej książki. Ulegniecie mu i wy, nie będę więc pisać nic więcej. Sami odkryjcie spisaną przez Maaloufa historię.

Moja ocena: 6/6

Amin Maalouf "Samarkanda"

Tłumaczenie: Alicja i Krzysztof Choińscy

Wydawnictwo Amber 1994



wtorek, 16 lutego 2016

Dawno, dawno temu było sobie miasteczko. Wyglądało dość zwyczajnie – wąskie uliczki, fryzjer, mleczarnia, kościół, szkoła. Wprawdzie w rzece mieszkał pradawny stwór, ale nikt się nim przesadnie nie przejmował, raz w roku nawet karmiono go podczas miejskiej parady. Piłki rzucone wysoko czasem nie spadały, a jeden z mieszkańców nie uznawał noszenia jakichkolwiek ubrań. Dzieci z miasteczka spędzały czas beztrosko, czasem latając po prostu nad lasem.

Ktoś postanowił napisać książkę o tym miasteczku. Wprawdzie „nie miała sensacyjnej akcji (…), ale za to mówiła o życiu. Miała swój rytm i swoje głosy. Poruszała sprawy drobne, codzienne, takie, jakie składają się na wspomnienia przeżytych chwil. Wiła się jak rzeka; nie wiedziałeś, dokąd płynie, dopóki się w niej nie znalazłeś, ale podróż była spokojna i pełna uroku, a kiedy dotarłeś do jej kresu, żałowałeś, że już się skończyła”. Była to taka książka, w której każdy odnajduje cząstkę siebie.

Ta książka to „Magiczne lata” autorstwa Roberta McCammona, a zwykłym-niezwykłym miasteczkiem jest Zephyr w stanie Alabama. Mogłabym właściwie nie pisać nic więcej, skoro sam autor napisał zwięzłą i trafną recenzję własnej książki – jest nią zacytowany powyżej fragment, choć pozornie opowiada o książce, którą napisał jeden z drugoplanowych bohaterów „Magicznych lat”.

McCammon był jednak zbyt skromny. Jego książka nie jest jedynie spokojną i pełną uroku, lecz pozbawioną sensacyjnej akcji opowieścią. „Magiczne lata” oferują czytelnikowi dużo więcej. To oszałamiająca, trącająca jakieś czułe struny w sercu czytelnika, oda do dzieciństwa. To pean na cześć dziecięcej wyobraźni, która sprawia, że przejażdżka rowerem może zmienić się w szybowanie nad wierzchołkami drzew, a wśród ciemnych odmętów rzeki dostrzec można potwory. Książka, która jest dowodem na to, że pewien sekret, wyszeptany dwunastoletniemu bohaterowi przez jego nauczycielkę w pierwszym dniu wakacji, może być prawdą. „Nikt (…) tak naprawdę nie dorasta”.

Nie brak w niej także elementów sensacyjnych. Wszystko zaczyna się w dniu, w którym dwunastoletni Cory Mackenson pojedzie rano z ojcem, by pomóc mu rozwozić mleko. Przypadkiem obaj są świadkami przerażającej sceny – rozpędzony samochód spada do jeziora. Ojciec Cory’ego skacze do wody, by przekonać się, że mężczyzna siedzący za kierownicą jest do niej przykuty kajdankami, oraz, co ważniejsze martwy. Samochód wraz z ciałem mężczyzny tonie, ojciec chłopca z trudem uchodzi z życiem, a wkrótce zaczynają go dręczyć koszmary.

Zagadkowe morderstwo jest motywem spinającym całą powieść swoistą klamrą, nie jest jednak jedyną mroczną częścią tej pozornie sielankowej historii. Zephyr to cudowne miejsce, a dzieciństwo spędzane tam wydaje się idyllą, opowieść jednak toczy się w latach sześćdziesiątych, kiedy to na amerykańskim Południu odradza się Ku Klux Klan. Nawet tak sielskie miejsce jak Zephyr znajdzie się w zasięgu fali przemocy na tle rasistowskim.

McCammon podzielił swoją opowieść na wiele krótszych historii, które razem tworzą barwny obraz dorastania dwunastolatka. Owszem, Cory będzie oddawał się wielu przyjemnym rozrywkom, pozna prawdziwą przyjaźń i spędzi wiele beztroskich chwil. Dorastanie nie składa się jednak z samych miłych chwil, a Cory zetknie się ze śmiercią, będzie musiał nauczyć się żegnać, a także spróbuje zrealizować swoje wielkie marzenie. W tej opowieści smutek i radość są ze sobą nierozerwalnie związane.

Jednocześnie jest to książka o stawaniu się pisarzem, o patrzeniu na świat tak, żeby widzieć, nie tak, jak ludzie, którzy „kroczą przez paradę cudów i nie słyszą z niej nawet jednej trąbki”. Pisarz taki nie jest, a mały Cory o bujnej wyobraźni należy do tych, którzy zawsze będą umieli dostrzegać cuda. Wie, że pisząc, może „żyć tysiąc razy”.

Przeczytajcie „Magiczne lata”, a odkryjecie, że też mieszkaliście w Zephyr. Być może wasze Zephyr nazywało się inaczej, może były nim przedmieścia Warszawy, jakaś niewielka miejscowość gdzieś wśród pól i łąk, albo, jak w moim przypadku, osiedle z wielkiej płyty na skraju Wrocławia. Nie ma to znaczenia – w waszym Zephyr też działy się rzeczy ważne, radosne, przejmujące, magiczne. Czytając książkę McCammona przypomnicie sobie to wszystko i zdziwicie się, że mogliście o tym w ogóle zapomnieć.

Moja ocena: 6/6

Robert McCammon "Magiczne lata"

Tłumaczenie (świetne!): Maria Grabska-Ryńska

Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2012

 

niedziela, 14 lutego 2016

Albumy z reprodukcjami są duże, ciężkie i drogie. Zajmują dużo miejsca na półkach i bywają dość nieporęczne. Dlaczego więc kilka półek w moim domu ugina się pod znaczącym ciężarem albumów z obrazami i fotografiami?

Książki to zaiste niezwykłe przedmioty. Nie tylko mają moc przenoszenia czytelnika w całkiem inny świat, mogą mu ten świat w sposób całkiem dosłowny pokazać. Kocham je za ich różnorodność i nie żal mi miejsca i pieniędzy na te, które zachwycają pięknem i pokazują dzieła sztuki. Od lat zbieram albumy przyrodnicze, głównie zawierające zdjęcia. Większość kupiłam lub zamówiłam za granicą, jako że nasz rynek jest jeszcze pod tym względem dość ubogi, choć należy zauważyć, że od jakiegoś czasu sytuacja się zmienia. Dlatego dzisiaj napiszę o wyjątkowo pięknym albumie, który ukazał się niedawno w naszym kraju.

Dobry album nie jest łatwo wydać. Żeby oglądanie go miało sens, druk musi być naprawdę wysokiej jakości, szczególnie jeśli chodzi o odwzorowanie kolorów. Liczy się wszystko - papier, format, ułożenie zdjęć lub obrazów na stronach. Muszą ze sobą współgrać, przenosząc czytelnika, czy właściwie oglądającego, z jednej strony na drugą, uwodząc go i wciągając w swoistą opowieść bez słów.

W mojej biblioteczce pojawiła się ostatnio pozycja, która uwiodła mnie bez reszty. Album "Sztuki piękne pod Tatrami", przygotowany przez Teresę Jabłońską, która przez dwadzieścia jeden lat pracowała jako dyrektor Muzeum Tatrzańskiego, to opowieść o tym, jak najwyższe polskie góry inspirowały artystów. To nie tylko zestawienie obrazów, rysunków, grafik, fotografii i innych form sztuki, które łączy wspólny temat. Raczej jest to wizualna historia tego, co się w tatrzańskiej sztuce przez ostatnie dwieście lat zmieniało i jak różnorodne dzieła powstawały w cieniu Giewontu.

Zakopane zawsze działało jak magnes na wszelkiej maści artystów. W XIX wieku w góry jeździło się albo dla podreperowania zdrowia, albo w celu uprawiania wedrówek. Pod Tatrami zbierały się polskie elity, a że malowanie i szkicowanie należało wtedy do pożądanych umiejętności, nic dziwnego, że wielu odwiedzających próbowało swoich sił, malując pejzaże i portrety górali. Malarze zjeżdżali się do Zakopanego, by ćwiczyć swoje umiejętności i czerpać inspirację z dzikiego piękna tych niezwykłych gór.

Nam Tatry często kojarzą się z tłumem na szlakach - ja sama unikam jeżdżenia tam w lecie, a nawet w jesienne weekendy trudno odłuższe chwile samotności. Oglądając te pejzaże, malowane na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, odnajduję takie Tatry, o jakich marzę - spokojne i majestatyczne. Odkrywam dzieła dobrze znane, ale przede wszystkim z ciekawością zapamiętuję nowe nazwiska, nazwiska twórców, o których nigdy wcześniej nie słyszałam.

Wydawca albumu niczego nie zaniedbał. "Sztuki piękne pod Tatrami" to książka piękna pod każdym względem. Zachwyca jej zawartość, której bogactwo oszałamia, ale docenić należy także formę. Zadbano o wszystko: o papier, o druk, o układ reprodukcji. Jedyną wadą tej książki jest jej waga, nie jest łatwo ją przeglądać i niewygodnie się ją trzyma na kolanach, jest to jednak cena, którą trzeba zapłacić za wysokiej jakości papier. Poza tym nic nie zakłóca przyjemności oglądania, a godziny łatwo mijają.

Album ułożony jest chronologicznie, zaczynając od nastarszych rysunków, będących często ilustracjami do książek. W dalszych rozdziałach omawiane są kolejne okresy w sztuce tatrzańskiej, bez podziału na formę. Im bliżej współczesności, tym większa różnorodność panuje, a my możemy poznać nie tylko obrazy i rysunki, ale także inspirowane Tatrami plakaty, rzeźby, zdjęcia, a nawet koronki. Nie jestem aż taką koneserką i niespecjalnie interesuję się rzeźbą, ale warto było spojrzeć na inspirowaną górami sztukę całościowo.

Spędziłam nad tym albumem już sporo czasu, przeglądając go sama lub z córką. Niektóre obrazy i rysunki nas tak zachwyciły, że planujemy już wycieczkę do Muzeum Tatrzańskiego, żeby zobaczyć oryginały. Myślę, że będziemy do tej publikacji wracać, kiedy najdzie nas tęsknota za górami.


"Sztuki piękne pod Tatrami"

Teresa Jabłońska

Wydawca: Tatrzański Park Narodowy i Muzeum Tatrzańskie 2015

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...