niedziela, 06 marca 2016

Z utęsknieniem czekam na wiosnę, a mimo to postanowiłam dzisiaj napisać o dziesięciu naprawdę mroźnych książkach z mojej półki. Zainspirowała mnie prowadząca Kronikę Kota Nakręcacza Natalia, która ostatnio często i z pasją pisze o swojej polarnej półce. Nie jest to pasja mi obca, w dodatku zaczęła się dokładnie tak samo, jak u Natalii - lekturą jednego z esejów Anne Fadiman. Od dawna kocham czytać o wyprawach w rejony okołobiegunowe, kolekcjonuję albumy ze zdjęciami z Arktyki i marzę o zobaczeniu na własne oczy lodowej pustyni.

Na dzisiaj wybrałam dziesięć z moich polarnych książek. Każda jest nieco inna, wszystkie jednak warto przeczytać!

Peter Matthiessen "End of the Earth"

Gdybym miała wybrać dziesięciu ukochanych pisarzy, na pewno na liście znalazłoby się nazwisko Petera Matthiessena. Chciałabym pisać tak jak on. Jednym trafnym zdaniem potrafi sprawić, że odległe miejsca stają nam przed oczami jak żywe, a obce krajobrazy nabierają nagle znaczenia. "End of the Earth" opowiada o jego podróżach na Antarktydę, i choć były to wyjazdy komercyjne i nie można ich porównać do wypraw dawnych odkrywców, surowe piękno tego pustego kontynentu pozostało niezmienione. Matthiessen pisze pięknym językiem, a jego zdania chce się czytać po wielokroć, smakując ich piekno. W dodatku jego wiedza oszałamia, a czytelnik dowiaduje się wiele o ożywionej i nieożywionej przyrodzie Antarktydy. Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o tym rejonie, "End of the Earth" będzie dobrym wyborem. Szkoda tylko, że nie ma polskiego tłumaczenia.

Liv Arnesen "Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun"

Książka ta pojawiła się już kiedyś w Niedzielnej Dziesiątce, napisałam też wtedy, że przypuszczam, że kiedyś jeszcze o niej w tym cyklu napiszę. To prosta, ale bardzo inspirująca opowieść Norweżki, która zdobyła biegun południowy. Jako pierwsza kobieta doszła tam samotnie, na nartach. Jej książka to sprawozdanie z realizacji marzenia - relacja osoby, która nie bała się ciężko pracować, by osiągnąć to, o czym marzyła.

Mariola Popińska "Kura domowa na Antarktydzie"

Kolejna uparta kobieta wybrała się tam, gdzie nikt jej nie zapraszał. Matka, żona, prawdziwa kura domowa postanawia, że zdobędzie Koronę Ziemi. Tak po prostu. A los ma dla niej prezent - niespodziewaną możliwość wejścia na najwyższy szczyt Antarktydy. Jako że nie weszła na niego jeszcze żadna Polka, plany Marioli, nikomu nie znanej osoby bez doświadczenia, są wyśmiewane przez środowisko górskie. Ale ona nie zniechęca się, jedzie na Antarktydę i zdobywa szczyt. Opisuje to wszystko z dystansem i bez zadęcia, za to ze sporą dawką humoru. Kolejna lektura, która potrafi zainspirować do działania!

Roald Amundsen "Zdobycie bieguna południowego"

Wahałam się długo, czy zamiast książki Amundsena nie powinnam umieścić w tej dziesiątce dzienników Scotta. Tak naprawdę należałoby przeczytać obie relacje, żeby w pełni zrozumieć emocje, które towarzyszyły oby wyprawom. Zarówno Scott, jak i Amundsen chcieli stanąc na biegunie południowym jako pierwsi. Wszyscy wiemy, że udało sie Amundsenowi, Scott poniósł całkowitą porażkę - był drugi, a w drodze powrotnej zginął wraz ze swoimi ludźmi. Jego dziennik, które ostatnie słowa brzmią: "Na Boga, zajmijcie się naszymi ludźmi" to przejmująca lektura. Zdecydowałam się jednak umieścić tu książkę Amundsena, ponieważ Dzienniki Scotta nie zostały wydane w języku polskim. Zresztą o Amundsenie słyszy się mimo wszystko rzadziej, tak jakby dramatyczny koniec wyprawy Scotta czynił ją znacznie ciekawszą. Relacja Amundsena jest jednak pasjonuja i bardzo rzetelna. Można się sporo dowiedzieć o tym, jak sto lat temu wyglądały wyprawy polarne i podziwiać, że ludziom udawało się przetrwać w tak surowych warunkach z tak kiepskim sprzętem. To także opowieść o koleżeństwie i współpracy, bardzo podnosząca na duchu.

Mike Stroud "Cienie na pustkowiu"

Dla odmiany warto przeczytać książkę o wyprawie, która zakończyła się niepowodzeniem. Mike Stroud i jego kolega próbowali dokonać trawersu Antarktydy, musieli jednak przerwać podróż. Książka jednak na tym nie cierpi. Jest równie pasjonująca, jak opowieści o udanych wyczynach. To szczera i bardzo wciągająca relacja z dramatycznie trudnej wyprawy, świetnie napisana i momentami mrożąca krew w żyłach.

Amy Sackville "The Still Point"

Książki polarne to nie tylko relacje z wypraw, a na moich półkach można znaleźć także powieści osadzone w surowym klimacie Arktyki lub Antarktydy. "The Still Point" to dwutorowo biegnąca opowieść o nieudanej wyprawie polarnej pewnego wiktoriańskiego podróżnika i o dziewczynie, która kilka pokoleń później odkrywa prawdę o losach swojego przodka. To pięknie napisana opowieść o miłości, Arktyce, zawiedzionych nadziejach i nieporozumieniach. Tutaj znajdziecie pełną recenzję.

Gerard Janichon "Damien. Góry lodowe i morza Południa"

Z książką tą wiąże mnie pewna historia, którą kiedyś opowiem, jako że jest to tytuł, który zdecydowanie zasługuje na poświęcenie mu oddzielnego wpisu. Na razie powiem tyle - jest to pasjonująca książka o odkrywaniu mroźnego Południa z nieco innej perspektywy. Dwóch mężczyzn płynie na jachcie Damien przez najrzadziej uczęszczane wody świata. Nie robią tego, żeby coś komuś lub sobie udowodnić, robią to, ponieważ chcą odkryć prawdę o życiu. Niesamowita lektura, poszukajcie jej koniecznie!

Robert Peroni "Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej"

Rejony polarne to nie tylko bieguny. Moja fascynacja światem skutym lodem zaczęła się od pochłanianych w dzieciństwie książek Centkiewiczów. Za ich sprawą Grenlandia stała się dla mnie mityczną niemal krainą. Robert Peroni nieco ją odczarował, jednocześnie przybliżając problemy, które nękają tę rzadko wspominaną wyspę. To jednocześnie książka o przemianie człowieka, który się pogubił i przestał widzieć sens w tym, co robi. Smutna i mądra, uczy nas sporo o tym, co jest w życiu ważne.

Ilona Wiśniewska "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"

Kolejna opowieść o wyspie skutej lodem, tym razem autorstwa polskiej reporterki, która mieszka na Spitsbergenie. Tym razem to bardziej książka o ludziach, niż o przyrodzie, ale zapewniam was, że ludzie, którzy zamieszkują tak niegościnny kawałek świata, są bardzo wdzięcznym i interesującym tematem. Tworzą zresztą przedziwną mieszankę, a Ilona Wiśniewska potrafi o nich malowniczo opowiadać. "Białe" to zaskakujący reportaż, który pokazuje Arktykę z nieco innej strony.

H. A. Bernatzik "Laponia"

Lubię staroświeckie opowieści o podróżach odbywanych przed laty, dlatego nie posiadałam się z radości, kiedy wyszperałam na targu staroci wydaną na początku ubiegłego stulecia relację niemieckiego pisarza z podróży, jaką odbył wraz z żoną do Laponii. Klimatem książka ta przypomina moje lektury z dzieciństwa, jako że opisuje świat podobny do tego, w którym żył Odarpi, syn Egigwy. Bernatzik podróżuje z Lapończykami, poluje z nimi, zagania renifery, wypoczywa. Nawet jeśli nie uda wam się zdobyć tej książki, zachęcam was do sięgania po podobne, zapomniane nieco tytuły. Może będą czasem trącić myszką, za to przybliżą nam świat, o którym warto pamiętać.

Lubicie czytać o wyprawach polarnych i o życiu w tych skutych lodem rejonach? Podzielcie się swoimi ulubionymi tytułami!

czwartek, 03 marca 2016

Już w pierwszych akapitach swojej najnowszej powieści Jhumpa Lahiri zostawia czytelnikowi subtelne podpowiedzi na temat tego, co stanie się później.

Na wschód od Tolly Clubu, za rozwidleniem Deshapran Sashmal Road, stoi niewielki meczet. W bok rozciąga się spokojna dzielnica. Labirynt wąskich uliczek i skromnych domów zamieszkanych przez klasę średnią.

Meczet stojący w spokojnej dzielnicy, między domami. Życie toczące się gdzieś obok religii, na uliczkach mijają się zmierzający na modlitwę wierni i wracające z zakupów rodziny. W pobliżu klub z angielską nazwą, zapewne przeznaczony tylko dla Brytyjczyków, którzy pragną choć na chwilę odciąć się od mieszkańców kraju, w którym przyszło im mieszkać.

W tej okolicy na świat przyszło dwóch braci. Dzieli ich niespełna rok, ale są tak do siebie podobni, jak bliźniacy, jak dwa oczka wodne.

Na tym terenie były niegdyś dwa stawy, podłużne, jeden przy drugim, a za nimi kilkuakrowe pole.

Nie bez powodu użyty został tu czas przeszły. Stawów już nie ma, zniknęły podobnie jak otaczające je rozlewiska, które wiosną pokrywały się łanem hiacyntów. Bracia, którzy niegdyś byli jak dwie połówki jednego owocu, rozdzielili się.

Tak Jhumpa Lahiri zaczyna swoją wyciszoną opowieść o tym, jak jedna decyzja może rzucić cień na życie kilku pokoleń. Znaki tego, co się ma wydarzyć, ukryte są wszędzie, początkowo ich jednak nie zauważamy. Przeczuwamy tylko to, co się stanie, choć tak naprawdę zrozumienie przyjdzie dużo później – dopiero kiedy przeczytamy ostatnie kilka stron.

U nas i za oceanem

„Zagubieni wśród hiacyntów” to druga powieść Jhumpy Lahiri, autorki w Polsce mało znanej, choć w Stanach uznaje się ją za jedną z najważniejszych pisarek współczesnych. Debiutowała razem z Zadie Smith, której książki są u nas znane i lubiane. Obie autorki piszą o doświadczeniach ludzi przesiedlonych, próbujących znaleźć swoje miejsce w obcej kulturze. Za swój debiutancki zbiór opowiadań Lahiri dostała nagrodę Pulitzera, w ciągu następnych szesnastu lat opublikowała jeszcze jeden zbiór opowiadań i dwie powieści. Nie należy więc do pisarek zasypujących rynek swoimi utworami, a jednak każda jej książka jest za oceanem wydarzeniem. Jej najnowsza powieść „Zagubieni wśród hiacyntów” znalazła się w finale nagrody Bookera, Baileys Women’s Prize for Fiction i nagrody National Book Award. Barack Obama zabrał tę książkę ze sobą na wakacje (pomyślcie tylko, media informujące o tym, jakie książki czyta prezydent!), a następnie odznaczył autorkę medalem National Humanities. Wszystkie jej książki zostały przetłumaczone na język polski, jednak trudno powiedzieć, żeby było o nich u nas głośno.

Szkoda, Lahiri pisze bowiem piękne, nabrzmiałe znaczeniami książki o wyobcowaniu, życiu pomiędzy dwoma światami, o tym, jak porzuca się swój kraj i buduje życie gdzie indziej. Pozornie jej książki dotykają tematów, o których polski czytelnik zbyt wiele nie wie – Lahiri pisze o swoim kręgu kulturowym, czyli o życiu indyjskich, a właściwie bengalskich imigrantach w Stanach Zjednoczonych. Pisze o ludziach wykształconych, którzy wyjeżdżają, żeby się kształcić, i czują się rozdarci, jakby zdradzili swoją ojczyznę. Jednak w świecie opanowanym przez lęk przed imigrantami może warto dowiedzieć się więcej o rozterkach ludzi, którzy z różnych przyczyn muszą zbudować sobie życie od nowa w obcym miejscu? I czy naprawdę Bengalczyk robiący doktorat w Stanach tak bardzo różni się od Polaka, który próbuje znaleźć godną pracę na Wyspach Brytyjskich?

Dwaj bracia, dwie ścieżki

Bohaterami „Zagubionych wśród hiacyntów” są Subhash i Udayan. Wychowani na przedmieściach Kalkuty bracia zawsze byli sobie bardzo bliscy, jednak ich losy nie potoczą się tym samym torem. Subhash chce się kształcić, jest znakomitym studentem i wyjeżdża do Stanów na studia doktoranckie. Udayan chce zmieniać świat w sposób jak najbardziej bezpośredni. Daje się porwać rewolucyjnym ideom indyjskich maoistów, pragnie walczyć ze społecznymi nierównościami i jest gotów na wszystko. Nie zdradzę nic ponad to, co przeczytać możecie na okładce, jeśli powiem, że losy Udayana nie potoczą się dobrze. Na oczach rodziny zostanie zastrzelony przez policję, a po jego śmierci Subhash podejmie decyzję, która zaważy na losie wielu osób.

Nie wiem, dlaczego spodziewałam się, że głównym tematem książki będzie historia Indii i zamęt wzniecony przez zapatrzonych w Mao Zedonga rewolucjonistów. Lahiri jednak skupia swoją uwagę na tych, którzy z Indii wyjechali, i podobnie jak ona sama, czują się na amerykańskiej ziemi obco, a zarazem bardziej u siebie niż w kraju ojczystym. Subhash wróci więc do Stanów, ale cień jego brata będzie mu zawsze towarzyszył. Śmierć Udayana zmieni życie nawet tych członków rodziny, którzy dopiero przyjdą na świat.

Obcość i zrozumienie

Całą prawdę poznamy dopiero na ostatnich stronach powieści, kiedy nie będzie to tak naprawdę istotne. Prawdopodobnie zrozumiemy wszystko już wcześniej, czytając między słowami, dopowiadając sobie to, co nie zostało powiedziane.

To wyciszona i melancholijna książka o tym, jak niszczące mogą okazać się nasze marzenia i jak trudno jest zbudować coś na zgliszczach. Nic nie jest w niej jednoznaczne, nawet zmieniająca wszystko decyzja Subhasha może być interpretowana zarówno jako akt odwagi, jak i wyraz tchórzostwa. Lahiri nie ociera się nawet o sentymentalizm, a jednak wzbudza w nas współczucie dla każdego ze swoich bohaterów. To, jak są ze sobą spleceni widać dopiero z dalszej perspektywy. I choć na początku ulegamy pokusie, by ich osądzać, zamykamy książkę z poczuciem, że ich zrozumieliśmy.

Nie jest to książka bez wad. Czasem wydaje się zbyt płaska, wyzuta z emocji, trudno więc nawiązać emocjonalną więź z bohaterami. Dopiero kończąc lekturę zdajemy sobie sprawę z tego, że stali się nam bliscy, że będzie nam brakować wiedzy o tym, co się z nimi stało.

Moja ocena: 5/6

Jhumpa Lahiri "Zagubieni wśród hiacyntów" ("The Lowland")

Tłum. Maria Olejniczak-Skarsgård

Wydawnictwo Albatros 2015



wtorek, 01 marca 2016

Napiszę to od razu - mało rzeczy denerwuje mnie bardziej, niż okreslanie, że coś jest przeznaczone tylko dla mężczyzn albo tylko dla kobiet. Dlatego książka, która już na okładce informuje, że zawiera wszystko, co powienien wiedzieć mężczyzna, działa na mnie jak płachta na byka. Myślę, że wiem więcej o drewnie niż niejeden mężczyzna, mając za sobą sporo zimowych wyjazdów do ogrzewanej wyłącznie kominkiem drewnianej chaty. Ponieważ jednak lubię książki o życiu blisko przyrody, zdecydowałam, że przełknę tę pigułkę i sprawdzę, czy książka Larsa Myttinga warta jest całego zamieszania, które wokół niej powstało.

Jakim cudem bowiem książka o rąbaniu, układaniu i palenia drewna stała się światowym bestsellerem? W samej Norwegii sprzedano ponad 300 tysięcy egzemplarzy, w Wielkiej Brytanii w ciągu miesiąca wydawca musiał zainwestować w cztery dodruki. Ten sukces dobitnie świadczy o tym, że rynek książki wciąż potrafi być nieprzewidywalny.

Przeczytałam i muszę stwierdzić, że nie jest to do końca książka, jakiej się spodziewałam. Nastawiłam się na refleksyjną lekturę o związkach człowieka z lasem, tymczasem "Porąb i spal" to przede wszystkim poradnik. W poszczególnych rozdziałach autor dzieli się wiedzą na temat sprzętu do cięcia i rąbania drewna, sposobów układania szczap w stosy, gatunków drewna i rodzajów pieców. Porady te przeplatane są krótkimi historiami o ludziach, którzy przez całe życie zajmowali się drewnem, i te historie właśnie podobały mi się najbardziej. Ich bohaterowie są dla mnie postaciami niemalże egzotycznymi, zaś ich bliska więź z lasem budzi we mnie zazdrość.

Nie mogę jednak powiedzieć, że reszta książki okazała się nudna. Mytting pisze z werwą i zaangażowaniem, widać, że temat jest mu bliski i że chciałby, aby wszyscy podzielali jego miłość do drewna. Siedzący w bloku w środku miasta czytelnik wbrew sobie zaczyna podzielać tę fascynację i chętnie ogląda piękne stosy i piramidy, czyta o pieńkach i suszeniu wilgotnego drewna.

Przyznam, że nadal nie rozumiem, dlaczego to właśnie ta książka wzbudziła aż takie zainteresowanie, ale nie żałuję spędzonego nad nią czasu. Będzie świetnym prezentem dla każdego, kto ma w domu kominek i komu zdarza się rąbać drewno na opał. A także dla takiego jak ja mieszczucha, który marzy o domu w lesie i stosie drewna pod oknem...

Moja ocena: 4,5/6

środa, 24 lutego 2016

Nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakie sposób znajdzie nas książka, która nas znaleźć musiała.

Od kilku dni byliśmy w Oszu, wielokulturowym mieście na południu Kirgistanu. Przyjechaliśmy z Chin, przekraczając granicę na wysokogórskiej przełęczy, i chcieliśmy dostać się na północny wschód kraju. W tym górzystym kraju przemieszczanie się nie jest jednak proste. Tylko jedna droga łączy północ z południem, transportu publicznego na niej właściwie nie ma, zaś żeby dostać się do położonego na północy Biszkeku, trzeba spędzić w samochodzie przynajmniej dziesięć godzin. Można złapać coś w rodzaju taksówki, którą dzieli się z kilkoma innymi osobami, jednak my przyjechaliśmy do Oszu ściśnięci niczym sardynki między kilkoma rozgadanymi Uzbeczkami i mieliśmy trochę dość.

Nigdzie nam się nie spieszyło, zamiast więc zrywać się wcześnie i łapać jakąś okazję, snuliśmy się po zacienionym ogrodzie naszego hostelu. Upał odbierał ochotę do jakiegokolwiek działania, postanowiłam więc nie robić nic, licząc, że jak to zwykle się w podróży dzieje, coś się po prostu wydarzy.

Nie pomyliłam się. Spędzałam właśnie kolejne popołudnie z czytnikiem i kubkiem lodowatej wody w ręku, godząc się w myślach z wizją szukania transportu następnego dnia, kiedy usłyszałam słowa „Biszkek” i „car”. Jakaś ciemnowłosa dziewczyna próbowała dogadać się z niezbyt dobrze mówiącą po angielsku recepcjonistką. Podeszłam, zagadałam i wiedziałam, że dobrze zrobiłam, nie spiesząc się. Dziewczyna była Australijką, i razem ze swoim towarzyszem podróży znaleźli kierowcę, który zgodził się zawieźć ich do Biszkeku za rozsądną kwotę. Okazało się, że chętnie znajdą w samochodzie miejsce także dla naszej trójki.

Droga przez góry była kręta, a krajobraz zachwycający. Nasza towarzyszka podróży nie podziwiała jednak widoków – siedziała z nosem w książce, z rzadka tylko podnosząc wzrok. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, co czyta. Zanotowałam tytuł, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, było sprawdzenie allegro. I w ten sposób w moje ręce trafiła „Samarkanda” Amina Maaloufa, książka, która trafi na listę książek, które kocham miłością bezwarunkową.

O czym jest ta książka? O leżącej na dnie oceanu księdze, o poecie, który nie bał się odmówić wezyrowi, o świecie, w którym środkowoazjatyckie miasta, takie jak Samarkanda i Buchara, były najważniejszymi metropoliami. O zamęcie i zmianach, o piciu wina wieczorem na tarasie, o tajemniczym zakonie i o miłości. Przede wszystkim o miłości.

XI wiek, Samarkanda. Poeta Omar Chajjam przybywa do miasta, zostaje rozpoznany na ulicy i okrzyknięty bluźniercą – ktoś zapamiętał jego nieprzyzwoite wiersze o kobietach i winie. Prowadzą go przed oblicze sędziego, który może skazać go na powolną śmierć. Sędzia jednak zna reputację Omara i podziwia jego wiedzę. Nie wymierza mu kary, daje mu za to piękną księgę o niezapisanych stronicach i mówi: „Za każdym razem, gdy jakiś wiersz zacznie powstawać w twojej głowie, gdy zbliży się do twoich ust, by wyjść na światło dzienne, masz go stłumić bez litości, zapisz go raczej na tych kartach, które pozostaną w ukryciu”.

Na kartach księgi zapisane zostaną słynne rubajaty Chajjama, wiersze niegdyś lekceważone, później podziwiane. Spotkanie to będzie też początkiem niezwykłych przygód Omara, który z Samarkandy wyruszy do Isfahanu, gdzie osiądzie na dłużej. W tle przewijają się kolejne postaci historyczne, które odcisnęły swoje piętno na historii środkowej Azji, takie jak Nizam ul-Mulk, potężny wezyr, czy też Hasan Sabbah, pierwszy przywódca nizarytów, lepiej znanych jako tajemniczy Asasyni. Jedenastowieczna Persja była fascynującym i niebezpiecznym miejscem, o którym do tej pory nie wiedziałam prawie nic, a Amin Maalouf w „Samarkandzie” opiera się na wiedzy historycznej, wykorzystując prawdziwe postaci i ich życiorysy i zgrabnie splatając je z fikcyjnym wątkiem poszukiwań zaginionego rękopisu Chajjama.

Czytałam tę książkę jak w transie, jakby urok rzuciło na mnie już pierwsze zdanie: „W głębi Atlantyku spoczywa księga”. Nie dziwię się już, że nasza przypadkowa towarzyszka podróży nie zauważała piękna krajobrazu. Maalouf niczym hipnotyzer przenosi czytelnika najpierw w świat bazarów i pałaców, następnie do ogarniętej rewolucją Persji z początków XX wieku, a nawet pozwala nam na moment zajrzeć na pokład Titanica. Pisze zaś o wszystkich tych miejscach tak pięknie, tak sugestywnie, że trudno nie ulec czarowi tej niepozornej książki. Ulegniecie mu i wy, nie będę więc pisać nic więcej. Sami odkryjcie spisaną przez Maaloufa historię.

Moja ocena: 6/6

Amin Maalouf "Samarkanda"

Tłumaczenie: Alicja i Krzysztof Choińscy

Wydawnictwo Amber 1994



wtorek, 16 lutego 2016

Dawno, dawno temu było sobie miasteczko. Wyglądało dość zwyczajnie – wąskie uliczki, fryzjer, mleczarnia, kościół, szkoła. Wprawdzie w rzece mieszkał pradawny stwór, ale nikt się nim przesadnie nie przejmował, raz w roku nawet karmiono go podczas miejskiej parady. Piłki rzucone wysoko czasem nie spadały, a jeden z mieszkańców nie uznawał noszenia jakichkolwiek ubrań. Dzieci z miasteczka spędzały czas beztrosko, czasem latając po prostu nad lasem.

Ktoś postanowił napisać książkę o tym miasteczku. Wprawdzie „nie miała sensacyjnej akcji (…), ale za to mówiła o życiu. Miała swój rytm i swoje głosy. Poruszała sprawy drobne, codzienne, takie, jakie składają się na wspomnienia przeżytych chwil. Wiła się jak rzeka; nie wiedziałeś, dokąd płynie, dopóki się w niej nie znalazłeś, ale podróż była spokojna i pełna uroku, a kiedy dotarłeś do jej kresu, żałowałeś, że już się skończyła”. Była to taka książka, w której każdy odnajduje cząstkę siebie.

Ta książka to „Magiczne lata” autorstwa Roberta McCammona, a zwykłym-niezwykłym miasteczkiem jest Zephyr w stanie Alabama. Mogłabym właściwie nie pisać nic więcej, skoro sam autor napisał zwięzłą i trafną recenzję własnej książki – jest nią zacytowany powyżej fragment, choć pozornie opowiada o książce, którą napisał jeden z drugoplanowych bohaterów „Magicznych lat”.

McCammon był jednak zbyt skromny. Jego książka nie jest jedynie spokojną i pełną uroku, lecz pozbawioną sensacyjnej akcji opowieścią. „Magiczne lata” oferują czytelnikowi dużo więcej. To oszałamiająca, trącająca jakieś czułe struny w sercu czytelnika, oda do dzieciństwa. To pean na cześć dziecięcej wyobraźni, która sprawia, że przejażdżka rowerem może zmienić się w szybowanie nad wierzchołkami drzew, a wśród ciemnych odmętów rzeki dostrzec można potwory. Książka, która jest dowodem na to, że pewien sekret, wyszeptany dwunastoletniemu bohaterowi przez jego nauczycielkę w pierwszym dniu wakacji, może być prawdą. „Nikt (…) tak naprawdę nie dorasta”.

Nie brak w niej także elementów sensacyjnych. Wszystko zaczyna się w dniu, w którym dwunastoletni Cory Mackenson pojedzie rano z ojcem, by pomóc mu rozwozić mleko. Przypadkiem obaj są świadkami przerażającej sceny – rozpędzony samochód spada do jeziora. Ojciec Cory’ego skacze do wody, by przekonać się, że mężczyzna siedzący za kierownicą jest do niej przykuty kajdankami, oraz, co ważniejsze martwy. Samochód wraz z ciałem mężczyzny tonie, ojciec chłopca z trudem uchodzi z życiem, a wkrótce zaczynają go dręczyć koszmary.

Zagadkowe morderstwo jest motywem spinającym całą powieść swoistą klamrą, nie jest jednak jedyną mroczną częścią tej pozornie sielankowej historii. Zephyr to cudowne miejsce, a dzieciństwo spędzane tam wydaje się idyllą, opowieść jednak toczy się w latach sześćdziesiątych, kiedy to na amerykańskim Południu odradza się Ku Klux Klan. Nawet tak sielskie miejsce jak Zephyr znajdzie się w zasięgu fali przemocy na tle rasistowskim.

McCammon podzielił swoją opowieść na wiele krótszych historii, które razem tworzą barwny obraz dorastania dwunastolatka. Owszem, Cory będzie oddawał się wielu przyjemnym rozrywkom, pozna prawdziwą przyjaźń i spędzi wiele beztroskich chwil. Dorastanie nie składa się jednak z samych miłych chwil, a Cory zetknie się ze śmiercią, będzie musiał nauczyć się żegnać, a także spróbuje zrealizować swoje wielkie marzenie. W tej opowieści smutek i radość są ze sobą nierozerwalnie związane.

Jednocześnie jest to książka o stawaniu się pisarzem, o patrzeniu na świat tak, żeby widzieć, nie tak, jak ludzie, którzy „kroczą przez paradę cudów i nie słyszą z niej nawet jednej trąbki”. Pisarz taki nie jest, a mały Cory o bujnej wyobraźni należy do tych, którzy zawsze będą umieli dostrzegać cuda. Wie, że pisząc, może „żyć tysiąc razy”.

Przeczytajcie „Magiczne lata”, a odkryjecie, że też mieszkaliście w Zephyr. Być może wasze Zephyr nazywało się inaczej, może były nim przedmieścia Warszawy, jakaś niewielka miejscowość gdzieś wśród pól i łąk, albo, jak w moim przypadku, osiedle z wielkiej płyty na skraju Wrocławia. Nie ma to znaczenia – w waszym Zephyr też działy się rzeczy ważne, radosne, przejmujące, magiczne. Czytając książkę McCammona przypomnicie sobie to wszystko i zdziwicie się, że mogliście o tym w ogóle zapomnieć.

Moja ocena: 6/6

Robert McCammon "Magiczne lata"

Tłumaczenie (świetne!): Maria Grabska-Ryńska

Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2012

 

niedziela, 14 lutego 2016

Albumy z reprodukcjami są duże, ciężkie i drogie. Zajmują dużo miejsca na półkach i bywają dość nieporęczne. Dlaczego więc kilka półek w moim domu ugina się pod znaczącym ciężarem albumów z obrazami i fotografiami?

Książki to zaiste niezwykłe przedmioty. Nie tylko mają moc przenoszenia czytelnika w całkiem inny świat, mogą mu ten świat w sposób całkiem dosłowny pokazać. Kocham je za ich różnorodność i nie żal mi miejsca i pieniędzy na te, które zachwycają pięknem i pokazują dzieła sztuki. Od lat zbieram albumy przyrodnicze, głównie zawierające zdjęcia. Większość kupiłam lub zamówiłam za granicą, jako że nasz rynek jest jeszcze pod tym względem dość ubogi, choć należy zauważyć, że od jakiegoś czasu sytuacja się zmienia. Dlatego dzisiaj napiszę o wyjątkowo pięknym albumie, który ukazał się niedawno w naszym kraju.

Dobry album nie jest łatwo wydać. Żeby oglądanie go miało sens, druk musi być naprawdę wysokiej jakości, szczególnie jeśli chodzi o odwzorowanie kolorów. Liczy się wszystko - papier, format, ułożenie zdjęć lub obrazów na stronach. Muszą ze sobą współgrać, przenosząc czytelnika, czy właściwie oglądającego, z jednej strony na drugą, uwodząc go i wciągając w swoistą opowieść bez słów.

W mojej biblioteczce pojawiła się ostatnio pozycja, która uwiodła mnie bez reszty. Album "Sztuki piękne pod Tatrami", przygotowany przez Teresę Jabłońską, która przez dwadzieścia jeden lat pracowała jako dyrektor Muzeum Tatrzańskiego, to opowieść o tym, jak najwyższe polskie góry inspirowały artystów. To nie tylko zestawienie obrazów, rysunków, grafik, fotografii i innych form sztuki, które łączy wspólny temat. Raczej jest to wizualna historia tego, co się w tatrzańskiej sztuce przez ostatnie dwieście lat zmieniało i jak różnorodne dzieła powstawały w cieniu Giewontu.

Zakopane zawsze działało jak magnes na wszelkiej maści artystów. W XIX wieku w góry jeździło się albo dla podreperowania zdrowia, albo w celu uprawiania wedrówek. Pod Tatrami zbierały się polskie elity, a że malowanie i szkicowanie należało wtedy do pożądanych umiejętności, nic dziwnego, że wielu odwiedzających próbowało swoich sił, malując pejzaże i portrety górali. Malarze zjeżdżali się do Zakopanego, by ćwiczyć swoje umiejętności i czerpać inspirację z dzikiego piękna tych niezwykłych gór.

Nam Tatry często kojarzą się z tłumem na szlakach - ja sama unikam jeżdżenia tam w lecie, a nawet w jesienne weekendy trudno odłuższe chwile samotności. Oglądając te pejzaże, malowane na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, odnajduję takie Tatry, o jakich marzę - spokojne i majestatyczne. Odkrywam dzieła dobrze znane, ale przede wszystkim z ciekawością zapamiętuję nowe nazwiska, nazwiska twórców, o których nigdy wcześniej nie słyszałam.

Wydawca albumu niczego nie zaniedbał. "Sztuki piękne pod Tatrami" to książka piękna pod każdym względem. Zachwyca jej zawartość, której bogactwo oszałamia, ale docenić należy także formę. Zadbano o wszystko: o papier, o druk, o układ reprodukcji. Jedyną wadą tej książki jest jej waga, nie jest łatwo ją przeglądać i niewygodnie się ją trzyma na kolanach, jest to jednak cena, którą trzeba zapłacić za wysokiej jakości papier. Poza tym nic nie zakłóca przyjemności oglądania, a godziny łatwo mijają.

Album ułożony jest chronologicznie, zaczynając od nastarszych rysunków, będących często ilustracjami do książek. W dalszych rozdziałach omawiane są kolejne okresy w sztuce tatrzańskiej, bez podziału na formę. Im bliżej współczesności, tym większa różnorodność panuje, a my możemy poznać nie tylko obrazy i rysunki, ale także inspirowane Tatrami plakaty, rzeźby, zdjęcia, a nawet koronki. Nie jestem aż taką koneserką i niespecjalnie interesuję się rzeźbą, ale warto było spojrzeć na inspirowaną górami sztukę całościowo.

Spędziłam nad tym albumem już sporo czasu, przeglądając go sama lub z córką. Niektóre obrazy i rysunki nas tak zachwyciły, że planujemy już wycieczkę do Muzeum Tatrzańskiego, żeby zobaczyć oryginały. Myślę, że będziemy do tej publikacji wracać, kiedy najdzie nas tęsknota za górami.


"Sztuki piękne pod Tatrami"

Teresa Jabłońska

Wydawca: Tatrzański Park Narodowy i Muzeum Tatrzańskie 2015

środa, 10 lutego 2016

Długo czekałam, żeby napisać o „Ścieżkach północy”. Miałam nadzieję, że słowa nagle spłyną i będę wiedziała, jak napisać o książce, która opowiada o rzeczach, o których opowiedzieć nie sposób. Niestety, wszystko, co układam sobie w głowie, wydaje się puste i niestosowne. Muszę pogodzić się z tym, że ten tekst nie przyjdzie łatwo i nie odda sprawiedliwości książce Richarda Flanagana.

On zresztą też długo walczył, by napisać tę książkę. Spalił pięć pierwszych wersji, i sam przyznał w jednym z wywiadów, że tak naprawdę nie chciał jej pisać. Obawiał się jednak, że jeśli zrezygnuje, nie będzie już w stanie napisać nic innego. „Ścieżki północy” musiały zostać napisane, i to musiały zostać napisane właśnie przez tego pisarza – człowieka, którego ojciec był japońskim więźniem podczas II wojny światowej i przeżył.

Budowa kolei z Tajlandii do Birmy, nazywanej często Koleją Śmierci, to jeden z wielu koszmarnych epizodów tamtej wojny. Będący w trudnej sytuacji Japończycy, którzy opanowali Birmę, potrzebowali linii kolejowej, która ułatwiłaby przewożenie towarów z Tajlandii. Wysłali więc swoich oficerów i setki tysięcy jeńców wojennych do dżungli, nie wyposażając ich w żadne narzędzia. Pod nadzorem Japończyków, którzy wierzyli, że śmierć podczas wykonywania rozkazów cesarza uwolni jeńców od hańby, jaką było trafienie do niewoli, mężczyźni karczowali gęsty las tropikalny gołymi rękami. Nie jest możliwe policzenie, ilu z nich zginęło podczas realizacji tego projektu. Mówi się nawet o stu tysiącach ofiar, z których dwanaście tysięcy to Australijczycy.

Jak opowiedzieć o czymś, co wykracza poza nasze pojmowanie? Flanagan idzie w ślady Kurta Vonneguta, szatkując swoją opowieść na kawałki i rezygnując z chronologicznej narracji. Dorrigo Evans jako mały chłopiec, któremu zrobił się krwiak pod paznokciem. Starzejący się, żonaty Dorrigo, który pisze przedmowę do albumu zawierającego rysunki jego dawnego kolegi z obozu. Dorrigo na przepustce, zakochany i niepewny. Stanowiące trzon opowieści sceny z życia obozowego początkowo pojawiają się tylko jako migawki, mroczne przerywniki w opowieści o miłości, dopiero z czasem przejmując całkowitą kontrolę nad fabułą.

Tych scen z położonego w głębi dżungli obozu nie zapomnicie nigdy. Australijczycy zmuszani są do pracy, chociaż umierają z głodu i z powodu chorób. Codziennie rano wędrują kilometrami przez dżunglę, by dotrzeć na miejsce budowy. Niektórzy są tak słabi, że idą na czworakach. Nie mają ubrań, jedynie nędzne przepaski na biodrach i kapelusze. Dostają kulkę ryżu, która ma im starczyć na cały dzień. Kiedy Japończycy zaczną dostrzegać, że tej kolei nie da się wybudować, winą za to obarczają jeńców, którzy są zbyt leniwi i nie potrafią się zmobilizować do pracy, kiedy są chorzy. Biją ich więc i wydłużają czas pracy, która wkrótce toczyć się będzie dniem i nocą. Umierają kolejni koledzy Dorriga, niektórzy od bicia, inni od chorób lub z wycieńczenia, a czytelnikowi z coraz większym trudem przychodzi przewracanie kolejnych stron. Flanagan pisze prostym językiem, bez żadnych ozdobników, a jego akapity są brutalne i graficzne.

Australijczycy zachowują pewne poczucie wspólnoty, które chyba pomagało im przetrwać. Dzielą się racjami żywnościowymi, które są tak mizerne, że określenie ich tym mianem brzmi jak szyderstwo. Prowadzą osuwających się kolegów do prowizorycznych latryn, opowiadają sobie dowcipy, dzielą skrawkami odzieży. Dorrigo, obozowy lekarz, co rano targuje się z japońskim oficerem o to, ile osób będzie mógł zostawić w baraku, który nazywa szpitalem. Tak naprawdę negocjacje toczą się o to, ilu ludzi dzięki temu przeżyje jeszcze ten jeden dzień, a Dorrigo chcąc ocalić część dni, staje się wysłannikiem śmierci dla pozostałych.

Jak to możliwe, że naród, który tworzył haiku, poezję piękną i czystą, potrafił dopuścić się takich czynów? Flanagan próbuje wniknąć w umysł oprawców, śledzi ich powojenne losy i opowiada o tym, jak sami przed sobą się usprawiedliwiali, jak byli przekonani, że są dobrymi ludźmi. Niektórych to zawirowania historii umieściły w roli oprawców w tym konkretnym miejscu i czasie, ci jednak mu się nie oparli. Ich los ma tak samo mało sensu, jak los jeńców, tracących życie przy budowie kolei, którą kilka lat później na powrót pochłonie dżungla.

Flanagan się jednak sensu nie doszukuje. Już na początku powieści mały Dorrigo domaga się wyjaśnień, „dlaczego świat jest taki, a nie inny”. Matka odpowiada mu: „Świat jest. (…) Po prostu jest”. A świat, w którym przyszło żyć Australijczykom, którzy trafili do japońskiej niewoli, jest po prostu pozbawiony sensu. Nawet miłość nie jest w stanie nadać mu znaczenia. Liczy się tylko jedno – przetrwać, podnieść się po najgorszym nawet razie i iść dalej.

Moja ocena: 6/6

Richard Flanagan "Ścieżki północy"

tłum. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie 2015



poniedziałek, 08 lutego 2016

188 lat temu urodził się pisarz, którego książki silnie nigdyś zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią. "Tajemnicza wyspa" była jedną z lektur, które pokochałam miłością bezkrytyczną. Czytałam ją po wielokroć, marząc o tym, by kiedyś przeżywać podobne przygody. Po latach postanowiłam do niej wrócić, obawiając się nieco, że dawny czar pryśnie. Na szczęście moje obawy były niesłuszne - "Tajemnicza wyspa" wciąż roztacza swoją magię. Co więcej, dopiero po przeczytaniu jej jako osoba dorosła zrozumiałam, jak wielki wpływ miał Verne na moje postrzeganie świata.

Ta książka to modelowa powieść przygodowa. Pięciu mężczyzn zostaje wziętych do niewoli podczas wojny secesyjnej. Decydują się na ucieczkę balonem, jednak nie wszystko idzie tak, jak planowali - sztorm spycha ich w nieznanym kierunku, aż wreszcie balon spada. Na szczęście udaje im się dotrzeć do brzegu wyspy, która okazuje się doskonałym schronieniem. W ciągu kolejnych miesięcy budują sobie wygodny dom w skale (które dziecko nie marzyło o podobnym?), zaczynają uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, wypalać garnki, szyć ubrania. Ujarzmiają przyrodę, a ta im się poddaje, użyczając surowców, owoców, lekarstw. Wyspa, którą nazywają imieniem swojego idola, Abrahama Lincolna, wydaje się rajem. Oczywiście, do czasu.

Urzekała mnie łatwość, z jaką tych pięciu mężczyzn potrafiło podporządkować sobie naturę, nie dzięki przypadkowi, ale dzięki wiedzy, jaką posiadał Cyrus Smith, inżynier, i dzięki pracowitości pozostałej czwórki. To książka o tym, jakie niesamowite możliwości daje wykształcenie i współpraca z innymi. To istotny motyw, bo przecież żaden z mężczyzn nie dałby sobie rady sam, zresztą w książce pojawia się wątek, który pokazuje, jak trudno jest człowiekowi, który samotnie musi zmierzyć się z życiem w dziczy.

Wyspa jest swoistym mikrokosmosem. Jest na niej wszystko, czego tylko mogą potrzebować rozbitkowie. Aby ją oswoić, mężczyźni nadają nazwy poszczególnym miejscom - rzece, zatoce, górom. W ten sposób biorą to miejsce w posiadanie, zarazem je oswajając, podobnie zresztą postępują bohaterowie innych powieści Verne'a, jak choćby "Podróży do wnętrza Ziemi". Potrafią też nazwać wszystko, co na wyspie znajdą. Nastoletni Hubert zna nazwy roślin i zwierząt, inżynier potrafi rozpoznać skały, marynarz rozróżnia wiatry i prądy morskie. Ta zdolność do nazwania rzeczy jej imieniem zawsze mnie zachwycała - kto wie, czy to nie lektura "Tajemniczej wyspy" sprawiła, że zaczęłam się uczyć nazw ptaków i roślin, co kontynuuję do dzisiaj.

Mieszkańcy wyspy nie są jednak wszechmocni. Budują wytrwale swój mały, wygodny świat, ale też los im sprzyja. Dopóki są zdrowi, zaś wyspa jest bezpiecznie odizolowana od świata, nic im nie grozi. Kiedy jednak dzieje się coś złego, mogą zawsze liczyć na interwencję opatrzności, która w tej powieści przybiera dość zaskakującą formę. Wiedzą, że ktoś nad nimi czuwa i przyjmują to w sposób naturalny, jedynie inżynier pragnie dowiedzieć się czegoś więcej, godząc się jednak z myślą, że być może nigdy mu się to nie uda.

Rozbitkowie nie boją się świata, bo też świat widziany ich oczami nie jest groźny. Skupiają się na dobrych stronach swojego położenia, nie przejmując tym, nad czym nie mają kontroli. Badają wyspę i zachwycają się obfitością jej zasobów, z rzadka tylko wyrażając tęsknotę za czymś, co utracili. Bardzo szybko zresztą zaczynają wierzyć, że wszystko jest kwestią czasu, i że w odpowiednim momencie inżynier wyprodukuje dla nich tytoń, upiecze chleb i spełni wszystkie inne zachcianki. Wszystko, co robią zdaje się proste i naturalne, a wszechświat w postaci wyspy stale im sprzyja. Kiedy zaś coś toczy się nie tak, z pomocą przychodzi jakaś tajemnicza siła.

Nie zdradzę, czy ta sielanka ma szanse trwać wiecznie, bo może są wśród czytelników tego blogu osoby, które nie czytały "Tajemniczej wyspy". Jeśli tak, zachęcam was serdecznie do nadrobienia tego. To urocza i wciągająca książka, która często wygrywa w rankingach na najbardziej lubianą powieść Verne'a. Warto wprawdzie wiedzieć, że jest ostatnią częścią tzw. trylogii vernowskiej, której pierwszą częścią są "Dzieci kapitana Granta", a drugą "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi", jeśli więc myślicie o lekturze tamtych książek, dobrze byłoby zachować odpowiednią kolejność. Ja zaś planuję lekturę kolejnych książek Verne'a - czytałam nie więcej niż dziesięć z około osiemdziesięciu książek, które napisał, mam więc w czym wybierać!

sobota, 06 lutego 2016

Przewróciłam ostatnią stronę, popatrzyłam przez chwilę w przestrzeń i ponownie otworzyłam książkę. Najchętniej przeczytałabym ją w tym momencie jeszcze raz - dawno mi się to już nie zdarzyło. Przeglądałam ją jeszcze przez kilkanaście minut, zastanawiając się, czy znajdę to, czego szukam, po czym z żalem odłożyłam.

Czytanie książek Kate Atkinson to zawsze przygoda. Czytamy powieść obyczajową - główna bohaterka umiera na drugiej stronie. Czytamy kryminał, a tu detektyw cytuje poezję Emily Dickinson. Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Jackson Brodie, bohater czwartej już książki Atkinson, którą można określić mianem kryminału, obsesyjnie poszukuje zaginionych dziewcząt, i w pewnym momencie stwierdza:

Na tym właśnie polegało rozwiązywanie zagadek: należało dopaść owo „coś”, przygwoździć je do ziemi i zmusić do mówienia. Zupełnie jakby brało się udział w grze – takiej, w której zasady oraz tożsamość pozostałych graczy są nieznane i w której nie do końca wiadomo, o co chodzi.

Lektura "O świcie wzięłam psa i poszłam..." jest taką właśnie grą. Bierze w niej udział czytelnik, który próbuje dopaść owo "coś", nie mając przy tym zbyt wielu danych. Znikają dzieci i to one zdają się stanowić motyw łączący wszystkie wątki. Pewne dziecko zostaje znalezione w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach, inne zostaje porwane w Niemczech. Dorosła kobieta szuka śladów swoich prawdziwych rodziców, chcąc dowiedzieć się prawdy o swoim dzieciństwie. Emerytowana policjantka, Tracy Waterhouse, pod wpływem impulsu kupuje dziecko od pewnej prostytutki. Czytelnik co rusz przenosi się w czasie i przestrzeni, próbując zorientować się, kto prowadzi grę, a kto jest tylko pionkiem, i o co w ogóle w tej grze chodzi.

Brzmi tajemniczo? To dobrze, bo to jest tajemnicza książka. Ma cechy kryminału, ale trudno ją jednoznacznie sklasyfikować. Atkinson snuje po prostu opowieść, wciągając nas w świat swoich bohaterów i sprawiając, że przestajemy się zastanawiać, czy zaraz nastąpi jakieś morderstwo i kto będzie sprawcą. W tej książce nie ma papierowych bohaterów, są postaci z krwi i kości, a czytelnik towarzyszy im po prostu przez kilka dni ich życia. Dość niezwykłych dni, trzeba to przyznać.

Nie tylko my poznajmy bohaterów, oni także poznają samych siebie, a także swoich bliskich. Tracy nigdy by nie pomyślała, że pewnego dnia kupi dziecko! Ona? Praworządna policjantka? Jackson niespodziewanie dla samego siebie przygarnia psa. Jego klientka pragnie za wszelką cenę poznać swoją prawdziwą tożsamość. My zaś chcemy się dowiedzieć, kim jest dziewczynka kupiona przez Tracy. Wszyscy szukają informacji o sobie lub o innych, a poszczególne wątki przeplatają się. Spodziewamy się, że w finale wszystko się zazębi i wyjaśni, ale to powieść Kate Atkinson, więc nie wszystko potoczy się tak, jak oczekujemy.

Wnikliwy czytelnik dostanie dodatkowe zagadki do rozwiązania. Atkinson ukryła w swojej powieści setki aluzji literackich, z których tylko niektóre są oznaczone. Pierwsza z nich kryje się już w tytule, który jest początkiem wiersza Emily Dickinson. Emily Dickinson pojawia się zresztą często - Atkinson przyznaje, że to jej ulubiona poetka, Jackson odkrywa więc w sobie upodobanie do jej wierszy. Powieść zamyka inny wiersz Dickinson - "Nadzieja", zacytowany w całości. Jednak Atkinson nie poprzestaje na tym. Jej strony pełne są aluzji do Szekspira, poetów metafizycznych, pojawiają się odniesienia do Cormaca McCarthy'ego. Łatwo je przegapić, ale odszukiwanie ich sprawia wiele przyjemności.

Autorka nie wszystko wyjaśnia, zostawiając czytelnika i swoich bohaterów z pytaniami bez odpowiedzi, ale też z nadzieją - upierzonym stworem na gałązce duszy, który śpiewa nie milknące melodie. Może to lepiej, że niektóre sprawy pozostały tajemnicą. Tak jak w życiu, możemy się czegoś domyślać, na coś mieć nadzieję, czekać na wyjaśnienia, które może kiedyś nadejdą.

Moja ocena: 5/6

Kate Atkinson "O świcie wzięłam psa i poszłam"

Tłum. Aleksandra Wolnicka

Wyd. Czarna Owca 2016

 

„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące –


W świście Wichru – brzmi uszom najsłodziej –
I srogich by trzeba Nawałnic –
Aby spłoszy ć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić –


Śpiewał mi już na Morzach Obcości –
W Krainach Chłodu –
Nie żądając w zamian Okruszka –
Choć konał z Głodu.

Emily Dickinson,
przekład Stanisława Barańczaka



poniedziałek, 01 lutego 2016

Spędziliśmy właśnie cały tydzień w górach, jeżdżąc na nartach (w Zieleńcu śnieg jest zawsze, serio!), czytając książki, grając w planszówki i wędrując po polach i lasach. Dzisiaj w pracy koleżanka spytała mnie, czy nie baliśmy się złej pogody i tego, że nasza córka będzie się nudzić. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

Jeździmy z Olą po świecie od zawsze. Kiedy miała kilka lat, wchodziła z nami na górskie szczyty w Norwegii i wstawała w środku nocy, żeby zobaczyć wschód słońca nad indonezyjskim wulkanem. Bez mrugnięcia spędza 12 godzin w samochodzie albo dwa dni w pociągu. Je rzeczy, ktorych nie potrafi nazwać, nie boi się spróbować czegoś nowego, zjada potrawy tak ostre, że wiele osób nie potrafiłoby ich przełknąć. Potrafi wymienić dziesiątki stolic, rzek, wie, jak pachnie dżungla i umie siedzieć bez ruchu, by zobaczyć szczekuszkę lub sóweczkę.

Myślicie, że mamy szczęście? Że trafiło nam się cierpliwe i zainteresowane światem dziecko? Tak uważa wiele moich koleżanek, które powtarzają, że ich dzieci nigdy by tego nie wytrzymały, zanudziłyby się, a cały wyjazd byłby męczarnią. Nie umiem stwierdzić, czy tak rzeczywiście by było, wiem jednak, że nasza córka nie urodziła się z umiejętnością jedzenia curry i spędzania wielu godzin w niewygodnym pojeździe. Nauczyliśmy ją tego.

I także ta nauka zaczęła się od książek. Książek, zabawek, map, kolorowanek - wszystkiego, co pomaga rozbudzić w dziecku zainteresowanie światem. Nawet długa podróż nie będzie nudna, jeśli dziecko będzie wiedziało, przez jakie okolice jedzie, co ciekawego czeka na nie u celu i co można zobaczyć po drodze.

Książki o podróżach

My zaczęliśmy od książek dość prostych i kolorowych. Seria o Neli, małej podróżniczce, to taka literatura podróżnicza w wersji pop. Nela jeździ po świecie i opowiada o egzotycznych miejscach. Nic szczególnego, ale dla kilkuletniej dziewczynki odkrycie, że inna dziewczynka w jej wieku może mieć takie przygody, było czymś niezwykłym. Na drugi ogień poszedł Bear Grylls w wersji dla dzieci - seria "Misja: przetrwanie" rozbudza wyobraźnię i pomaga przekształcić męczące przeżycia w ekscytujące przygody. Cudowne książki Łukasza Wierzbickiego poszerzały horyzonty, zwłaszcza kiedy przekonałyśmy się, że ten autor prowadzi niesamowicie inspirujące spotkania z czytelnikami.


Oprócz książek o podróżach, w biblioteczce mojej córki pojawiało się też wiele encyklopedii przyrodniczych i atlasów. Czytaliśmy je razem i rozmawialiśmy o tym, dokąd trzeba pojechać, żeby je zobaczyć, jak trudno się tam dostać i co zrobimy, żeby sobie z tymi trudami poradzić.

Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale książki to jeszcze nie wszystko. Tu mnie macie - mam w domu coś oprócz książek!

Puzzle, gry, kolorowanki

Rzadko widuję mój stół kuchenny w całej okazałości. Przeważnie leżą na nim setki puzzli, co zresztą spostrzegawczy czytelnicy mogli zauważyć na niektórych zdjęciach na tym blogu. Układamy całą rodziną, często angażując znajomych. Te puzzle mamy od niedawna, ale już wiemy, że będziemy je układać często, bo dawno żadna układanka nie sprawiła nam tyle radości!


Mapa świata podzielona na 1500 elementów? Okazało się, że to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska różnym krajom, jeziorom i wysepkom. Nie dopasowujemy na ślepo, tylko analizujemy nazwy widoczne na każdym kawałku. Przy okazji jest to niezłe ćwiczenie lingwistyczne - trzeba zastanawiać się, czy dana nazwa brzmi po hiszpańsku czy raczej po rosyjsku? Wcześniej układaliśmy nieco prostsze układanki, które są świetne do nauki geografii - kto potrafi bezbłednie umiejscowić wszystkie europejskie kraje? A jeśli Europa nie stanowi wyzwania, to może Azja? Poszczególne elementy mają kształt danych państw.


Kiedy puzzle się znudzą, można sięgnąć po grę planszową. Graliście kiedyś w Faunę? Najlepsze jest w niej to, że dorośli wcale nie mają większych szans na wygraną! Moja córka lubi także kolorować, wpisuje się zresztą doskonale w panującą właśnie modę. Mam nadzieję, że dzięki tej kolorowance zapamięta wreszcie, gdzie leży Sandomierz, a gdzie Zamość.


Planując podróż, zawsze włączaliśmy Olę w przygotowania. Studiowała ze mną mapy, zaznaczając miejscowości o śmiesznych nazwach. Przeglądałyśmy zdjęcia miejscowych dań, zastanawiając się, jak będą smakować. Przed każdym wyjazdem zakładałam nam obu dzienniki podróży. Na pierwszej stronie zamieszczałyśmy listę rzeczy do spakowania, a potem ja zapełniałam swój zapiskami z drogi, a Ola rysunkami. Czy jechałyśmy nad Biebrzę, czy do Toskanii, czy do Chin - Ola zawsze wiedziała, co tam warto zobaczyć i podobnie jak my, miała swoją listę rzeczy, które chce zrobić i zobaczyć. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dziennikowi i dobremu przygotowaniu dawała sobie radę nawet podczas długich i męczących tras. Oczywiście, miewała kryzysy - opowieść o jej pierwszym trekkingu w dżungli, kiedy przewróciła się na glinie i upadła na kolczasty krzew, a potem chlipała przez godzinę, pomrukując pod nosem: A mogłam jechać z dziadkami nad morze, by w sekundę zapomnieć o swoim zmęczeniu, kiedy zobaczyła wśród gęstwiny tapira, zyskała już w rodzinie status legendy. Wiadomo, że wyjazdy są męczące, dla dzieci i dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że nie warto?

Kiedy byłam mała, o podróżach mogłam tylko pomarzyć. Godzinami obracałam globus, wyobrażając sobie, że pływam żaglówką między wyspami Mikronezji albo że wspinam się na himalajskie szczyty. Teraz świat jest inny, podróżowanie jest proste. Może warto przełamać swoje lęki i zainteresować dziecko światem? Wiadomo, nie każdy chce jechać na koniec świata, jeśli jednak wizja wyjazdu nad morze przeraża was i nie wiecie, jak zająć dziecko w trakcie kilkugodzinnej podróży, może spróbujcie przygotować je już wcześniej? Zaraźcie je miłością do świata i przyrody, a każde wakacje staną się prostsze. Trzeba tylko uwierzyć we własne dzieci i w to, że dadzą radę! Zjedzą niedobre jedzenie, jeśli będą głodne i zadowolone z siebie, wejdą na górę, jeśli będą wiedziały, po co to robią, prześpią się po namiotem równie chętnie, jak w ładnym hotelu - dajmy im tylko szansę się na to przygotować.


Wpis powstał we współpracy z księgarnią ArtTravel.pl, w której się po prostu zakochałam!  Rzadko polecam tu konkretne księgarnie, ale ta wypełnia pewną lukę i będę do niej często zaglądać, choćby w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych :)

* * *

Polecam też wpisy o podróżach z dzieckiem na Innych stronach:

Projekt - parki narodowe

Z dzieckiem do galerii sztuki

* * *

A może polecicie jakieś inne książki podróżnicze dla dzieci, albo zabawki, które pomogą zainteresować dziecko podróżami i światem? Przypuszczam, że pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, których nie znam, bo moja córka jest na nie za duża!

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...