niedziela, 30 września 2007

Myślę, że gdybym "The Gathering" Anne Enright wypożyczyła z biblioteki czy nawet kupiła zwyczajnie w księgarni, to być może nie przeczytałabym tej książki. Fakt, że mój brat zadał sobie wiele trudu, żeby ją dla mnie zdobyć, zmobilizował mnie. Pomogły w tym recenzje na angielskich blogach, które zgodnie twierdzą, że to świetna książka, ale nie dla każdego, i że docenia się ja raczej pod koniec czytania. Mogę się z tym jedynie zgodzić i cieszyć, że nie rzuciłam jej w połowie.

"The Gathering" opowiada o rodzinie Hegarty, na pierwszy rzut oka bardzo stereotypowej irlandzkiej rodzinie. Opowieść o całej gromadzie braci i sióstr w różnym wieku wychowujących się w Dublinie pod okiem nieco rozkojarzonej matki oraz nietypowej babki słyszymy z okazji śmierci jednego z braci, Liama, który wzorem Virginii Woolf utopił się, napełniwszy kieszenie kamieniami. Veronica, narratorka powieści, to ukochana siostra Liama, młodsza od niego zaledwie o rok. To ona właśnie jest strażniczką rodzinnych sekretów, o których istnieniu reszta rodziny nie ma zresztą pojęcia. Sama Veronica nie jest pewna swojej wiedzy. Swoją opowieść zaczyna tak:

"I would like to write down what happened in my grandmother's house the summer I was eight or nine, but I am not sure if it really did happen."

Ta niepewność towarzyszy całej opowieści. Veronica, dotknięta przez wydarzenia z przeszłości równie mocno, jak jej nieżyjący brat, nie potrafi uporać się z codziennym życiem. Odrzuca swojego męża, sądzi, że on jej nienawidzi, podczas gdy w istocie sama nienawidzi siebie.

"What he wants, what my husband has always wanted, and the thing I will not give him, is my annihilation. This is the way desire runs. It runs close to hatred, It is sometimes the same thing."

Unikając współżycia z nim (po raz ostatni uprawiają seks w noc czuwania przy zwłokach Liama), spędza całe noce wędrując po pokojach lub jeżdżąc po osiedlowych uliczkach. W ten sam sposób snuje swoją opowieść - gubiąc wątki, mieszając czasy i miejsca, przeplatając tajemnice, plotki i wymyślone przez siebie wydarzenia z refleksjami na temat siebie i świata. Taka opowieść może znudzić i zirytować, jeśli jednak damy się jej ponieść i wczujemy się w specyficzny, urywany a jednak regularny rytm, możemy nagle stwierdzić, że historia narkotycznie nas wciąga, a Veronica Hegarty jest nam dziwnie bliska. Obrazowy język pomaga identyfikować się z narratorką:

"I was living my life in inverted comas. I could pick up my keys and go 'home' where I could 'have sex' with my 'husband' just like lots of other people did. This is what I have been doing for years. And I didn't seem to mind the inverted comas, or even notice that I was living in them, until my brother died."

O seksie z mężem opowiada tak:

"I place my face against his back and reach around to cup the soft handful of his prick, because I have had a little too much wine, and I think he actually hates me now, I am so much to blame for it all.

And he either turns, or he doesn't.

And in the gap I realise that he is having sex with someone else.

No. In the gap I remember how much he wanted to have sex with someone else, when that someone else was me."

W połowie książki dopiero wybucha bomba, której domyślamy się od samego początku, przeczuwamy ją, a jednak autorka każe nam na nią czekać bardzo długo. Wyznanie o molestowaniu seksualnym nie staje się jednak centralnym punktem powieści, a jedynie kolejnym zdarzeniem w ciągu przyczyn i skutków, które składają się na każdą historię. Anne Enright nie popada w schemat i zamiast łatwych oskarżeń i prostych rozwiązań pokazuje, jak każde wydarzenie zależy od innego, i jak trudno ocenić jest kto zawinił i dlaczego. Jednocześnie wydarzenia nabierają tempa, los Liama jawi się już tylko jako pretekst dla historii Veroniki, a ja odganiam senność, żeby tylko towarzyszyć jej aż do rozwiązania. I choć dla tak skomplikowanej historii nie może istnieć łatwe zakończenie, to kończąc książkę jestem nią zauroczona bardziej niż w jakimkolwiek innym momencie. A ze względu na rozwiązania narracyjne, na płynne i niezauważalne momenty strumienia świadomości, które lekko przechodzą w rozważania filozoficzne lub w klasyczną powieść psychologiczną, oraz ze względu na olśnienia i lęki, które dzieliłam z bohaterką, na pewno przeczytam tę książkę ponownie, może nawet więcej niż raz.

piątek, 28 września 2007

Powoli kończę "The Gathering". Nie wiem wciąż, co o tej książce myśleć. Rozbija mnie na drobne kawałki, których nie mogę poskładać. Najpierw mnie znudziła, potem zirytowała, a teraz wciąga wręcz narkotycznie, aby po chwili zirytować. Opis na okładce i streszczenia są całkiem mylące - to nie jest irlandzka saga rodzinna, a przynajmniej nie taka, jaką wyobrażamy sobie słysząc to określenie. Narratorka i zarazem główna postać, może nawet jedyna istotna, jest także rozbita i pogubiona. I nie wiem sama, dlaczego wciąż odnajduję w niej siebie, chociaż nic mnie z nią nie łączy.

Dzisiaj już pewnie nie skończę. Tak, 22.30 to późna pora dla mnie, nawet przy dobrej książce;) Tymczasem przeczytajcie fragment...

"Two years ago, I had a letter from Ernest. He was writing to tell me that he was leaving the priesthood, though he had decided to stay with his little school in the high mountains. Ans his bishop might have a few things to say about this, so he decided not to tell his bishop - he was, in fact, telling no one except friends and family... that it was no longer 'Father Ernest', but just plain old 'Ernest' again. Once a priest always a priest, of course - so he wasn't exactly telling lies by keeping his mouth shut. 'I have no place to live but my own heart,' he wrote, meaning he would conduct his life as before, but on privately different terms.

And I thought this was the stupidest stuff I had ever heard until, sitting on a stool in the Shelbourne bar, I wondered what might happen if I just carried on as usual, told no one, changed nothing and decided no to be married after all.

And I wondered how many people around me are living with and sleeping with and laughing with their spouses on just this basis, and I wondered how sad they were. Not very, by the looks of it. Not sad at all."

Ja też zaczęłam się zastanawiać...

środa, 26 września 2007

Kilka dni temu ogłoszono laureatów Kiriyama Book Prize, nagrody przyznawanej od 1996 roku dla książek o krajach Azji Południowej oraz basenu Oceanu Spokojnego. Nagroda przyznawana jest w kategoriach fiction i non-fiction. W tej pierwszej nagrodę zdobył Haruki Murakami za zbiór opowiadań "Blind Willow, Sleeping Woman", w drugiej Greg Mortenson i David Oliver Relin za książkę "Three Cups of Tea: One Man's Mission to Promote Peace ... One School at a Time". Co ciekawe, Murakami odmówił przyjęcia nagrody, kierując się względami religijnymi? O ile mi wiadomo, nie odmawiał przyjmowania wcześniejszych nagród, choćby nagrody Franza Kafki. Dlaczego więc właśnie nagrody Kiriyama ma jakiś podtekst religijny dla niego?

Przy okazji przejrzałam listę laureatów z poprzednich edyzji i znalazłam sporo ciekawych tytułów. W 2005 nagrodę zdobył Nadeem Aslam za "Mapy dla zagubionych kochanków", w 2004 Shan Sa za "Dziewczynę grającą w go". Obie te książki mam już na półce tak długo, że aż wstyd się przyznać, muszę wreszcie znaleźć na nie czas...

Dla zainteresowanych lista tegorocznych finalistów w kategorii Fiction:

"Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai - rekomendacji chyba nie trzeba?

"Stick Out Your Tongue" Ma Jian - pisarz nazywany chińskim Kunderą. Mieszka w Anglii, w Chinach publikacja jego książek jest zakazana, podobno właśnie z powodu tej książki. W Polsce wydano "Wytwórcę makaronu".


"Certainty" Madeleine Thien - debiutantka, całkiem nieznana w Polsce. Recenzje brzmią interesująco, mam nadzieję, że ktoś to wkrótce u nas wyda.

"Behold the Many" Lois-Ann Yamanaka - co najmniej intrygująca fabuła - trzy siostry w sierocińcu na Hawajach, dwie umierają a ich duchy nie pozwalają trzeciej odejść z sierocińca i zacząć własnego życia.

Wśród książek non-fiction moją uwagę zwróciła jedna: "Tigers in Red Weather: A Quest for the Last Wild Tigers" Ruth Padel. Wędrówki poetki w poszukiwaniu ostatnich tygrysów azjatyckich - na pewno tej książki poszukam.

poniedziałek, 24 września 2007

Przyjemny czytelniczy weekend za mną. Pojechaliśmy do rodziny i leniliśmy się. Byliśmy na grzybach, na wschodzie słońca, zrobiliśmy grilla i czytaliśmy sobie w słoneczku na tarasie. I czemu ja się dziwię, że potem poniedziałek mi się wydaje niekoniecznie ulubionym dniem tygodnia?

U czyta "Chłopca z latawcem". Na początku marudził, że dołuje się przy tej książce, ale chyba już mu przeszło - obawiam się, że chwilowo;) A ja oczywiście nie mogłam się zdacydować, zabrałam więc całą stertę książek i ostatecznie zaczytałam się w "The Gathering" Anne Enright. Opis okładkowy sugeruje irlandzką sagę rodzinną, wiadomo więc dokładnie, czego się spodziewać. Jednak już po kilku stronach okazuje się, że wszystkie założenia można wyrzucić w kąt, bo "The Gathering" na pewno nie jest sztampową irlandzką powieścią.  Pierwszą refleksją było, że na pewno poszerzę sobie słownictwo angielskie o najrozmaitsze erotyczne zwroty, jako że narratorka powieści, Veronica Hegarty, ma obsesję na punkcie seksu, którego, nota bene, nienawidzi. Zakładam, że ta obsesja i nienawiść będą wyjaśnione gdzieś dalej, ponieważ akcja rozwija się wolno i krąży wokół tajemniczego zdarzenia, które miało miejsce, gdy Veronica miała 8 lat, a które ostatecznie wiele lat później doprowadziło do śmierci jej ukochanego brata Liama. Tyle wiem na razie. Opowieść toczy się wolno i niezbyt systematycznie. Veronica cierpi na bezsenność i nocami przemierza swój dom, sprząta kolejne pokoje i wędruje po piętrach. Podobnie w swojej opowieści wędruje wśród różnych bohaterów i pokoleń, swobodnie zmieniając temat co kilka stron. Na wakacjach zapewne dałabym się wciągnać jej opowieściom i szybko rozwikłała tajemnicę rodziny Hegartych, teraz jednak, gdy już prawie zaczął się rok akademicki, muszę niestety zająć się powoli pracą i nie mogę jeszcze zdecydować, czy podoba mi się ta książka, czy nie... 

piątek, 21 września 2007

Znalazłam w sieci plakat. Jest to reklama księgarni Anagram Bookshop, autorstwa agencji Kaspen. Czyż nie piękna? Hasło Words create worlds jest proste, ale w swojej prostocie prawie genialne, w każdym razie mi się bardzo podoba.

Tutaj znajdziecie źródło i dwa kolejne plakaty z serii:)

Wczoraj wybrałam się na błyskawiczną wizytę do stolicy. Błyskawiczną, bo wyjechałam wcześnie rano, potem spotkanie za spotkaniem, a potem od razu powrót do domu. Męczące to było okropnie, już chyba jestem za stara na takie maratony, znalazły się jednak także dobre strony medalu. Po pierwsze, przeczytałam całkiem przyjemną książkę w pociągu, a po drugie, zaliczyłam Czułego barbarzyńcę, do którego jakoś nigdy wcześniej nie mogłam się wybrać.

Książka to "Wesele Anny" Natashy Apannah. Jest to cieniutka, zaledwie 160-stronicowa opowieść o matce, która wydaje córkę za mąż. Właściwie nie tyle wydaje, ile bierze całkowicie bierny udział w jej weselu. Anna jest nieślubnym dzieckiem Sonii, owocem młodzieńczej miłości. Ojciec oddalił się w siną dal i nei wie nawet, że ma dziecko. Sonia, niezależna dziennikarka i pisarka wychowała córkę sama i teraz nie może się nadziwić, jak bardzo Anna różni się od niej. Szokuje ją pedantyczność córki, odpycha nudny zięć, nawet koczek, który za radą córki robi sobie u fryzjera, staje się dla niej symbolem sztywnych ram, w które Anna dobrowolnie daję się wtłoczyć. Sonia kocha jednak córkę i postanawia na ten jeden dzień podporządkować się jej regułom i sprostać wszystkim oczekiwaniom. Oczywiście w trakcie wesela dzieje się coś, co wystawi na próbę stosunki między matką a córką i spowoduje, że będą musiały zrewidować swoje wzajemne relacje.

   "Wesele Anny" to dość lekka literatura, ale bardzo przyjemna do czytania i nawet nieco zaskakująca. Myślałam, że wiem, co wydarzy się podczas wesela, ale mile się rozczarowałam, gdy moje oczekiwania się nie sprawdziły. Jako lektura na weekend czy do pociągu książka ta sprawdzi się więc idealnie!

Co do "Czułego barbarzyńcy", to kiedy usłyszałam, że jedno spotkanie mamy zaplanowane właśnie tam, ucieszyła się i jednocześnie zmartwiłam. Tyle słyszałam o tym miejscu, że szkoda by mi było się rozczarować. Na szczęście tak się nei stało i całkiem zazdroszczę warszawiakom takiej księgarni. W Poznaniu też mamy bardzo przyjemny Bookarest, ale niestety nie ma w nim aż tak luźnej atmosfery. Niby można posiedzieć i wypić kawę, ale nikt prawie tego nie robi. Może brak tam porządnej kawiarni, takiej jaka jest w Barbarzyńcy. Wybór książek w Bookarescie też wydaje się nieco mniejszy, przynajmniej z dziedzin mnie interesujących, zwłaszcza albumów z fotografią. W Barbarzyńcy jest sporo albumów, które do tej pory widywałam raczej tylko w Borders lub Waterstonie - rzeczywiście aż się prosi, żeby spędzić tam długie godziny przeglądając je i pijąc kawkę. Niestety, wczoraj czasu na to nie miałam, i biorąc pod uwagę to, że ostatni raz byłam tak bardziej towarzysko w Warszawie w liceum, to chyba szybko nie będę miała okazji...

Na pociechę dzisiaj listonosz sprawił mi super niespodziankę - mój brat przysłał mi z Londynu paczkę z książkami:) Oczywiście nie muszę pewnie dodawać, że zawiera głównie nominacje do Bookera:) Szkoda, że się nie dorobiłam jakiejś cyfrowej głupawki, bo taki ładny stosik aż się prosi o to, żeby go tutaj pokazać. Jak tylko będzie okazja, to to zrobię, a tymczasem muszę zdecydować, co czytać najpierw. Do wyboru mam "The Welsh Girl" Daviesa, "Mister Pip" Jones, "The Gathering" Enright i "Out Stealing Horses" Pettersona. "Out Stealing Horses" to zdobywca dwóch dość ważnych nagród: International IMPAC Dublin Literary Award 2007 oraz Independent Foreign Fiction Prize 2006, do której konkurował z "Mercedes-Benz" Pawła Huelle. Widziałam ją gdzieś w zapowiedziach wydawniczych w Polsce, ale pamiętam tylko, że na strasznie odległy termin. Z notki na okładce zapowiada się bardzo ciekawie, ale na pewno będzie musiała poczekać na swoją kolej na półce, ponieważ zdecydowane pierwszeństwo będą miały pozostałe trzy, które byłoby super przeczytać przed 16 października, kiedy zostanie ogłoszony zwycięzca. Oczywiście teraz należy się spodziewać, że skoro mam w domu trzy z sześciu nominowanych tytułów, zwycięzcą zostanie jeden z tych, których nie mam;)

poniedziałek, 17 września 2007

Po "Chłopcu z latawcem" jakoś tkwił we mnie temat Afganistanu i chciałam przeczytać coś więcej. No i przypomniało mi się, że juz od miesięcy mam na półce "Księgarza z Kabulu" Asne Seierstad. Autorka przyjechała do Kabulu zaraz po upadku talibów. Poznała tam Sułtana Chana, księgarza, który nie tylko sprzedawał książki w ruinach Kabulu, ale także, a może przede wszystkim, chciał je wydawać i propagować, po to, aby kształcić Afgańczyków i chronić dziedzictwo kulturowe swojego kraju. Autorka i Sułtan zaprzyjaźnili się, a gdy jej wpadł do głowy pomysł napisania książki o życiu w Afganistanie, on zaprosił ją do swego domu, aby żyła z jego rodziną i obserwowała wszystko, co wyda jej się interesujące. W ten sposób powstała książka, całkiem interesująca, napisana lakonicznym, powściągliwym stylem. Asne Seierstad miała niezwykłą okazję obserwować bardzo intymne, prywatne momenty z życia rodziny. Możemy więc wraz z nią obejrzeć afgańskie wesele, dowiedzieć się, jak znajduje się męża lub żonę, wniknąć w uczucia kobiety, której mąż bierze sobie drugą żonę, wziąć udział w podróżach, interesach i spotkaniach rodzinnych. Jestem jeszcze w trakcie czytania, więc z ostateczną opinią poczekam, a tymczasem kilka interesujących fragmentów:

"Ślub jest trochę jak śmierć. W rodzinie panny młodej przez kilka dni po weselu panuje smutek jak po pogrzebie. Utracono córkę, została sprzedana lub oddana. Szczególnie rozpaczają matki - miały dotychczas prełną kontrolę nad córkami, wiedziały, dokąd chodzą kogo spotykają, w co się ubierają, co jedzą. Większą część doby spędzały razem, razem wstawały, razem zamiatały mieszkanie, razem gotowały jedzenie. Po weselu córka znika, przechodzi z jednej rodziny do drugiej. Całkowicie. Nie może wybrać się do domu z wizytą, kiedy zechce, lecz jedynie wtedy, gdy mąż da jej pozwolenie. Jej rodzina też nie może bez zaproszenia pójść do nowego domu córki.

W jednym z mieszkań bloku numer 37 w osiedlu Mikrorejon siedzi samotna matka i rozpacza po stracie córki, która znajduje się godzinę drogi od niej. Czy jednak Szakila przebywa w wiosce Deh Chodadad pod Kabulem, czy w jakimś obcym kraju setki mil za morzem, to nie ma znaczenia"

Ja też mam córkę. Nie wyobrażam sobie, że miałabym jej nie móc odwiedzić. Owszem, nie wyobrażam sobie także noszenia burki na twarzy, ale jakoś tak bezwzględne rozstanie z własnym dzieckiem wydaje mi się jeszcze bardziej niewyobrażalne.

Wieczór panieński:

"Szakila siedzi na jedynym meblu w pokoju, obszernej kanapie przyniesionej tu na tę właśnie okazję. Śledzi wszystko z dystansu, nie ma prawa ani tańczyć, ani nawet się uśmiechać. Radość zraniłaby matkę, którą opuszcza, smutek zaś - przyszłą teściową. Panna młoda powinna mieć obojętny wyraz twarzy, nie wolno jej kręcić głową ani się rozglądać, ma siedzieć bez ruchu, z utkwionym przed siebie wzrokiem."

Już to widzę na wieczorze panieńskim w Polsce;)

"Kiedy tej wiosny szkoły w kraju otworzą swoje podwoje, okaże się, że prawie nie ma pomocy naukowych. Książki, które wydawali mudżahedini i talibowie, nie nadają się do użytku. Dzieci z pierwszych klas w taki oto sposób uczono alfabetu: "J, jak jihad - to nasz cel na świecie. I, jak Izrael - nasz wróg. K, jak kałasznikow - zwycięstwo będzie nasze. M, jak mudżahedini - nasi bohaterowie." I tak dalej.

Nawet w podręcznikach do matematyki na pierwszy plan wysuwała się wojna. Chłopcy - bo talibowie przygotowywali książki tylko dla chłopców - nie liczyli jabłek ani ciastek, lecz kule i kałasznikowy. Zadanie matematyczne mogło wyglądać na przykład tak:

Mały Omar ma jednego kałasznikowa z trzema magazynkami. W każdym magazynku mieści się dwadzieścia kul. Omar wystrzelał dwie trzecie swoich kul i zabił sześćdziesięciu niewiernych. Ilu niewiernych zabił jedną kulą?"

I na koniec cytowany w książce wiersz, pochodzący z antologii poezji pasztuńskich kobiet.

"Podaj mi rękę, ukochany, ukryjemy się razem w zbożu,

by się kochać lub by razem paść od ciosu noża.

Skaczę do rzeki, lecz nurt mnie nie porywa.

Mój małżonek ma szczęście, woda będzie mnie zawsze wyrzucać na brzeg.

Jutro o brzasku zostanę zabita z twojego powodu,

więc nie mów, żeś mnie nie kochał"

Asne Seierstad "Księgarz z Kabulu", Wyd. W.A.B. 2005

 

czwartek, 13 września 2007

   Znacie to uczucie, kiedy książka pochłania Was tak, że nie możecie się oderwać? Siedzicie do później nocy, z zamykającymi się oczami, ale odganiacie sen, ponieważ ważne jest tylko to, żeby czytać, żeby wiedzieć, co było dalej. A gdy książka się kończy, trudno jest rozstać się z postaciami, które stały się nam bliskie i wrócić do rzeczywistości, tak trudno, że przez kilka dni żadna inna książka nie kusi. Wiem, że wiecie, jak to jest, bo to uczucie zna każdy mól książkowy. Ale o ile za czasów licealnych często udawało mi się tak pogrążyć w czytaniu, to teraz nie jest już tak łatwo. Nie wiem, z czego to wynika, czy z większego cynizmu, dystansu, czy może te książki, które najbardziej wciągają, to właśnie książki na czas licealny? Od czasu do czasu jeszcze zdarza się jednak taka opowieść, która wstrząsa, pochłania i nie daje o sobie zapomnieć, i taką książką jest "Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseiniego.

Dziwna historia z tym "Chłopcem...". Na świecie odniósł nieprawdopodobny sukces. Według danych z oficjalnej strony Hosseiniego, w Stanach sprzedano 4 miliony, a we wszystkich krajach 8 milionów egzemplarzy. 105 tygodni na liście bestsellerów New York Times'a, kilka prestiżowych nagród literackich, ogromny rozgłos i uznanie krytyków. A w Polsce? Wydany przez Amber w bardzo dobrej skąd inąd Złotej Serii, zniknął z półek błyskawicznie. Nie przypominam sobie tego tytułu na jakiejkolwiek liście bestsellerów. Kiedy się dowiedziałam o tej książce (oczywicie z angielskich recenzji), kilka miesięcy po jej wydaniu, "Chłopca z latawcem" nie było już w żadnym Empiku ani innej księgarni w Poznaniu. Można było go jeszcze dostać w Merlinie, ale znalazłam go w Taniej Książce! Trochę dziwne, że książka, która odniosła taki sukces na rynku międzynarodowym, i w dodatku która jest po prostu dobrą, świetnie się czytającą opowieścią, w Polsce przepada bez echa. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć inaczej niż tylko brakiem promocji i chyba nieudolnością wydawnictwa w rozreklamowaniu takiej pozycji. Szkoda, bo cokolwiek by złego nie mówić o wydawniczym marketingu, przez jego brak wiele osób po tę książkę nie sięgnie...

Dlatego poszukajcie "Chłopca z latawcem", zanim resztki nakładu zostaną przemielone. To piękna, poruszająca historia, lektura na jedną długą noc, bo nie pójdziecie spać, dopóki nie skończycie.

Narratorem powieści jest Amir, syn bogatego biznesmena z Kabulu. Jego matka zmarła przy porodzie, a on wychowuje się razem z Hassanem, synem służącego, który jest mu bliski jak brat. Jednak pomimo iż pierwszym słowem Hassana było imię Amira i mimo iż wykarmiła ich jedna mamka, "ci, których wykarmiła ta sama pierś, stają się braćmi, i... tego braterstwa nie zatrze nawet czas." Idylliczne dzieciństwo w Kabulu, w ostatnich latach panowania monarchii i tym samym ostatnich chwilach pokoju w Afganistanie, jest zakłócone przez etniczne konflikty. Amir i jego ociec należą do Pasztunów, dominującej i uprzywiliejowanej grupy etnicznej, Hassan jest Hazarą, czyli gorszym. W dodatku rodzina Amira to sunnici, Hassan i jego ojciec zaś są szyitami. Te mało nam mówiące nazwy określają wszystko w Afganistanie lat siedemdziesiątych. I pomimo że Hassan jest Amirowi niezwykle oddany, a może właśnie dlatego, Amir wstydzi się go czasami i odpycha. Zmaga się przy tym z własnymi problemami, przede wszystkim z chłodem i pozorną nienawiścią swojego ojca. Próbuje za wszelką cenę zdobyć jego miłość i uznanie, a środkiem do osiągnięcia tego celu stają się doroczne zawody w puszczaniu latawców, dość brutalna i krwawa rozrywka zimowa. Obaj chłopcy robią wszystko, aby wygrać, lecz ich triumf zostaj zakłócony przez tragiczne wydarzenie, które zniszczy nie tylko ich przyjaźń, ale życie ich i ich rodzin. Odtąd Amir będzie niósł ze sobą brzemię wstydu i tchórzostwa, i jak Lord Jim będzie szedł przez życie ścigany przez własną hańbę.

Gdy wybucha wojna z Rosją, Amir i jego ojciec muszą uciekać do Pakistanu, a następnie do Ameryki. Tam próbują zbudować wszystko na nowo. Wtapiają się w społeczność emigrantów, fantastycznie i barwnie opisaną przez Hosseiniego. I mimo że Amir odnajduje wreszcie swoje miejsce, żeni się i zdobywa uznanie jako pisarz, duchy z przeszłości wezwą go z powrotem do Afganistanu, aby mógł ponownie zmierzyć się z własnym tchórzostwem i spróbować choć w niewielkim stopniu naprawić coś, co jest już nie do naprawienia. Trafia ponownie do Kabulu, tym razem rządzonego przez talibów, i razem z nim przemierzamy piekło, które istnieje na gruzach dawniej pięknego miasta.

Książka jest napisana momentami dość patetycznie. Dużo w niej wielkich słów o grzechu i odkupieniu. Amir mówi: "Ameryka jest jak rzeka, która pędzi przed siebie, nie myśląc o przeszłości. Mogłem wejść w tę rzekę, by moje tgrzechy osiadły na dnie, niech rzeka uniesie mnie gdzieś daleko." Postaci są czarno-białe, a reguły proste. Prawie tak proste, jak filozofia, której ojciec uczy Amira: "Słuchaj... Tak naprawdę istnieje tylko jeden grzech. Kradzież. Każdy grzech to jakaś forma kradzieży. ... Kto zabija, kradnie czyjeś życie. Kradni żonie męzą, dzieciom ojca. Kto kłamie, kradnie komuś innemu prawo do prawdy. Kto oszukuje, okrada kogoś z prawa do uczciwego prowadzenia interesów. Zrozumiałes?" Autor nie wykorzystuje również chyba potencjału własnych metafor, co zauważył również recenzent The San Francisco Chronicle, który zarzuca Hosseiniemu, że zmarnował narzucający się obraz Afganistanu jako latawca sterowanego przez inne kraje, najpierw Rosję, następnie Amerykę, bezwolnie dającego się podcinać i niszczyć. Mimo to jednak właśnie ta gazeta przyznała tej książce tytuł Książki Roku. I mimo wszystkich niedociągnięć i uproszczeń mamy tu historię, której nie można zapomnieć i na którą nie można pozostać obojętnym, historię, której może nie można opowiedzieć inaczej, niż prostymi słowami, ponieważ dotyczy rzeczy elementarnych: honoru, odpowiedzialności, odkupienia. A gdyby tego jeszcze było za mało na dobrą książkę, w tle mamy niesamowitą panoramę Afganistanu, Afganistanu, o którym wszyscy wiemy tak dużo i jednocześnie tak mało. Nazwy z pierwszych stron gazet ożywają, przybierają kształt zwykłych ludzi. A że patrzymy na Afganistan oczami Afgańczyka, widzimy nie tylko zagłodzone dzieci, gwałcone kobiety i zabijanych dla zabawy mężczyzn, ale także nienawiść jednych Afgańczyków do innych, pogardę, jaką żywią dla siebie poszczególne grupy etniczne, i wraz z autorem zaczynamy zastanawiać się, czy "może rację mają ci, którzy mówią, że Afganistan to kraj bez nadziei." Mam nadzieję, że nie, bo po tej lekturze zafascynowana jestem Afganistanem i jego los nie jest mi obojętny. Wybaczam więc autorowi melodramatyzm, wybaczam nieco hollywódzkie sceny w drugiej części książki i na pewno kupię jego kolejną książkę. 

Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

Tłum. Jan Rybicki

Wydawnictwo Amber 2005

wtorek, 11 września 2007

"Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić
opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania".

Wisława Szymborska Fotografia z 11 września

 

Tak jakoś wychodzi, że same przeglądowe notki ostatnio zamieszczam, ale dzisiejsza data skłania mnie do refleksji, nie tylko politycznych i społecznych, ale także literackich. Temat zamachów na WTC był dość długo tematem tabu w amerykańskiej literaturze pięknej. Reportaży literackich, analiz i esejów ukazało się sporo, ale powieści nie było. W końcu zaczęły się pojawiać książki mierzące się z tematem. Część z nich ukazała się także w Polsce, dlatego dzisiaj krótki przegląd takich, które są mi znane.

Jednym z pierwszych odważnych był młody nowojorczyk, Jonathan Safran Foer. Jego książka "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"to opowieść o dziewięcioletnim Oskarze, którego ojciec zginął w World Trade Center. Przed śmiercią schował umieścił w kopercie z napisem Black tajemniczy kluczyk. Oskar podejmuje wyzwanie odszukania zamka, do którego pasuje klucz. Aby wypełnić to zadanie, Oskar podejmuje się odszukać wszystkich nowojorczyków noszących nazwisko Black. W ten sposób ma nadzieję nie tylko rzwiązać zagadkę, ale także zbliżyć się do ojca, z którym nie udało mu się nawiązać więzi za życia. Smutna książka, w której tragedia, poczucie obcości i samotność są przefiltrowane przez oczy dziecka.

Foer spotkał się z ogromną krytyką po opublikowaniu tej książki. Zarzucano mu sentymentalizm, granie na emocjach, a także kpienie sobie z narodowej tragedii (koniec książki to komiksowe przedstawienie człowieka skaczącego z okien WTC). Foer ogólnie nie jest podobno lubiany w Nowym Yorku - za wcześnie chyba odniósł sukces, za młody jest, żeby dostać publiczne przyzwolenie na mierzenie się z tak trudnymi tematami. Krytycy docenili jednak "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", a i w Polsce recenzje były całkiem niezłe. Sam autor tak uzasadnia swoje zainteresowanie tematem:

"Jednym z powodów, dla których piszę, jest przyzwyczajenie współczesnych do używania wielkich słów, np. Ameryka, fundamentalizm, sprawiedliwość. Są to wyrazy, które mogą oznaczać wiele rzeczy. Literatura daje możliwość stosowania mniejszych słów, skupienia się na szczegółach. A dzięki analizie szczegółów często można powiedzieć więcej - o stracie, zniszczeniu, wojnie."


Kolejna powieść, której nie znam, ale udało mi się ja wyszukać zupełnie przypadkiem to "Wierny szpieg" Alexa Berensona. Agent CIA prznika do wysoko postawionych kręgów Al-Kaidy i, aby dowieść swojej lojalności, muso wykonać kilka misji, najpierw w Afganistanie, a następnie w Stanach. Gdy wraca do kraju, zdaje sobie sprawę, że lata spędzone pod przybraną tożsamością zmieniły go. Teraz na nowo musi zdefiniować swoją tożsamość.

Jedną z głośniejszych powieści mierzących się z tematem, aczkolwiek głośniejszych głównie w negatywnym sensie, jest powieść francuska, nominowana do nagrody Goncourtów i opublikowana także w Stanach. "Windows On the World" Frédérica Beigbedera wydało w Polsce Noir Sur Blanc. Windows on the World to nazwa restauracji mieszczącej się na szczycie jednego z wieżowców. Książka Beigbedera opowiada o wydarzeniach w restauracji, ale przede wszystkim, podobnie jak poprzednia książka autora, jest próbą zmierzenia się z kapitalizmem i konsumpcjonizmem. Beigbeder gra na emocjach i szokuje, wiele scen z książki jest naprawdę drastycznych, i między innymi z tego względu książka spotkała się z bardzo silną krytyką.

Na koniec zostawiłam książkę najciekawszą, a zarazem najnowszą - wydanego w tym roku "Terrorystę", dwudziestą piątą powieść Johna Updike, jednego z najpoważniejszych kandydatów do literackiego Nobla. Bohaterem "Terrorysty" jest 18-letni Amerykanin Ahmed Mulloy, radykalny ismalista, który po ukończeniu nauk zostaje członkiem komórki Al-Kaidy. Wątła fabuła jest tylko pretekstem do rozważań na temat motywacji Ahmeda i źródeł jego fundamentalizmu. Autor ukazuje Amerykę oczami różnych skrajnych postaci, tym samym skłaniając do refleksji nad naturą wolności, będącej przecież podstawą amerykańskiego systemu wartości.

Czekam z niecierpliwością, aż ktoś opublikuje w Polsce dwie powieści, które zbierają znakomite recenzje i nominacje do nagród: "The Emperor's Children" Claire Messud i wspomnianą już przeze mnie w notce o Bookerze "The Reluctant Fundamentalist" Mohsina Hamida. Obawiam się jednak, że prędzej się złamię i sobie sprowadzę, niż znajdę je na naszych półkach...

 

 

poniedziałek, 10 września 2007

Zazwyczaj po wakacjach ukazuje się dużo ciekawych książek. Czytelnicy wracają z urlopu wypoczęci i spragnieni wrażeń intelektualnych po niekończących się godzinach na plaży i przy grillu. W tym roku także sporo nowości, chociaż chyba więcej ciekawych dla mnie tytułów znalazłam w zapowiedziach na październik. Poniżej znajdziecie kilka wrześniowych tytułów, które moim zdaniem są warte poświęcenia im uwagi. Opisy pochodzą ze stron wydawców.


Wolfgang Büscher "Podróż przez Niemcy"  

Wyd. Czarne

Przekład Renata Makarska                          


Po raz kolejny Wolfgang Büscher wyrusza w drogę, tym razem, by obejść Niemcy. To podwójnie symboliczna czynność. Obchodząc swój kraj, w jakimś sensie go oswaja, powoli dla siebie "zdobywa". Idąc wzdłuż granicy, przez trzy miesiące poznaje niemieckie peryferie. Także tutaj "wielka historia" odcisnęła swój ślad. Ta wędrówka to też w pewnym sensie odczynianie złych duchów, których wciąż jeszcze jest w tym kraju pod dostatkiem.
Każdy fragment granicy jest inny, raz kraj po drugiej stronie nazywa się Polska, kiedy indziej Czechy, Austria, Holandia. Wschód bardziej go pociąga niż Zachód, no i same granice, to, co jest po drugiej stronie:
W odróżnieniu od drogi do Moskwy, autorowi nie towarzyszy już rozpalone słońce, wychodzi on tym razem jesienią, do punktu wyjścia wraca w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Opisuje losy wyspy Helgoland, ale też uczonego-magnetyzera Mesmera znad Jeziora Bodeńskiego, słynnego przemytnika Orlanda, ale też niemieckiej rodziny uciekającej do Austrii jeszcze przez otwarciem granic. Słucha napotkanych ludzi, wysłuchuje też miejsc, które mają mu dużo do powiedzenia. Pisze o melancholii Zachodu i o utopii Wschodu, o wyścigu z własnym zmęczeniem, z zimą, ze wspomnieniami.

"W oknie piekarni w Twist leżała ostatnia kanapka z serem, a w lodówce stała butelka z różowym napojem o smaku truskawek. Na pewno był bardzo słodki. Sklep był tak samo cichy, jak cała wieś. Znałem niegdyś tę ciszę, to zagubienie popołudnia. Niedziele na wsi, budzące się tak energicznie dźwiękiem dzwonów, tak ociężale się kończące. Kołowrót pór roku. Wakacje ciągnące się w nieskończoność, jasnoniebieskie niebo. Milcząca procesja zimowych tygodni. Wieczna, wieczna jest cisza prowincji. Starannie wysprzątana, jak pokój starej kobiety. Powietrze stoi, kurz wiruje w padającym z ukosa świetle, nikt nic nie mówi, na wpół przymknięte powieki, otwarta książka na kolanach, dziergana zakładka. Wybijane godziny, tykające sekundy, jak gdyby zawsze tak miało być i nigdy miało się nie skończyć. I prawdą jest, że nigdy się nie skończy".


"Ta opowieść o Niemczech przypomina relację z dalekiej krainy. Kto jeszcze potrafi w ten sposób patrzeć na własny kraj? Zachować zdolność zachwytu tym, co wokół? Büscher udowadnia, że wielkiego tematu nie trzeba szukać po szerokim świecie. Wystarczy sprawić sobie solidne buty oraz ciepłą kurtkę z kieszenią, w której mieści się notes. I ruszyć przed siebie, w podróż przez ojczyznę."
Bartosz Marzec "Rzeczpospolita"


Eduardo Lago "Mów mi Brooklyn"

Wyd. Muza

To jest akurat pozycja lipcowa, ale nie wspominałam o niej wcześniej, a chyba warto.

Dziennikarz New York Post otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciel, Gal Ackerman, starszy od niego o dwadzieścia pięć lat, nie żyje. Fakt ten obliguje bohatera do spełnienia niepisanej umowy: poskładać niedokończoną powieść z setek zeszytów pozostawionych przez Ackermana w jednym z brooklyńskich moteli. Niespełnionym pragnieniem ich autora było dotarcie z książką do jedynej czytelniczki, Nadii Orłow, o której od lat nikt nie miał żadnych wieści. "Mów mi Brooklyn" jest ambitną powieścią o przyjaźni, miłości i lojalności, w której historia konstruowana jest jak w kalejdoskopie. To ważna pozycja w historii hiszpańskiego powieściopisarstwa, nagrodzona Premio Nadal 2006. jest historią o miłości, przyjaźni i samotności, a także kroniką życiowej drogi. Coney Island, Toskania, palacze opium w Chinatown, madrycki bar w dzielnicy Cuatro Caminos w czasie wojny domowej czy stacja benzynowa, na której czarny, niewidomy starzec zarabia na życie recytując z pamięci Biblię, to tylko niektóre sceny z powieści. W Mów mi Brooklyn różne wątki zbiegają się nieustannie w marynarskim barze Oakland, gdzie narratorzy nadają formę powieści, będącej pieśnią pochwalną na cześć tajemnicy i siły pisanego słowa.


"Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata"

Nietypowa może w tym zbiorze pozycja, ale mnóstwo czytelników czeka na nią niecierpliwie. Kultowe baśnie, na allegro od lat sprzedawane są w nieco kosmicznych cenach, więc wznowienie ich to naprawdę dobra wiadomość.


Kate Morton "Dom w Riverton"

Wyd. Muza

Tłum. Anna Gralak

Pisałam o tej książce we wcześniejszym poście, a teraz ukazuje się w polskim tłumaczeniu, więc oczywiście polecam:)


Jaclyn Moriarty "Mam łóżko z racuchów"

Wyd. W.A.B.

Tłum. Elżbieta Zychowicz

Australijska rodzina Zingów żyje w magicznym świecie wypełnionym księgami zaklęć, latającymi parasolami plażowymi i przypominającą dzieła sztuki aparaturą szpiegowską. Jeden z Zingów jest nieuczciwy, inny elegancki, jeszcze inny szybko biega. Jest babcia Zing, dziadek Zing, a także ich dwie córki: Fancy i Marbie. Pierwsza to typowa kura domowa pisząca w sekrecie powieść erotyczną, druga mieszka ze swoim narzeczonym i jego nastoletnią siostrą . Tym, co łączy wszystkich bohaterów, jest rodzinny sekret: każdego piątkowego wieczoru Zingowie zbierają się na naradę... Mam łóżko z racuchów to współczesna bajka dla dorosłych i jednocześnie rozgrywająca się na przedmieściach historia kryminalna. Nasycona zmysłowymi opisami, magicznymi zdarzeniami oraz ironicznymi komentarzami powieść przywodzi na myśl znany francuski film Amelia.


Krystyna Kurczab-Redlich "Głową o mur Kremla"

Wyd. W.A.B.

Żaden z polskich korespondentów od trzydziestu lat nie stworzył podobnego zapisu życia Rosjan. Zapisu trudów codzienności, ale i wstrząsów politycznych epoki przejścia od komunizmu do formacji, którą tylko teoretycznie można nazwać demokracją. Autorka łamie schematy: i te o dzikich Rosjanach, których powinna się bać Europa Zachodnia, i te o międzynarodowym terroryzmie, który zawładnął Czeczenią. Dokumentuje cynizm polityków rozgrywających czeczeńską kartę także przy głośnych aktach terrorystycznych, takich jak podczas spektaklu Nord-Ost czy w Biesłanie. Obnaża cynizm w stosunku do własnych obywateli, karmionych propagandą i przedstawianych światu jako zbiór bezwolnych jednostek.

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...