poniedziałek, 06 sierpnia 2007

   Przygotowania do wyprawy już się rozkręciły, więc niestety ten blog na tym cierpi... Ale zapraszam serdecznie na relację z Azji, tam się będzie na pewno pojawiało dużo rzeczy przez najbliższe tygodnie, a ja postaram się i tego bloga nie zaniedbywać. I żeby było w miarę na temat, to może parę słów o książkach, które mnie wpędziły w nieuleczalny nałóg wyruszania w siną dal, na pustkowia i bezdroża, czyli

Mój prywatny ranking książek o podróżach cz. 1

1. Peter Matthiessen "Śnieżna pantera", a także "The cloud forest" i "African trilogy".

Absolutny klasyk podróży przyrodniczych. Jeżdżąc po świecie, nie goni za sensacją, lecz odkrywa zapomniane piękno, z przyrody czerpie inspiracje do refleksji folozoficznych i religijnych, a jego angielszczyzna uwodzi i czaruje. "Śnieżna pantera" opowiada o wędrówce przez Himalaje, która z prostej podróży badawczej zmienia się w odkrywanie siebie, w zgłębianie Tajemnicy Wszechświata. Matthiessen, który sam jest buddystą, wprowadza nas prawie niedostrzeżenie w świat buddyzmu zen, a przy okazji skłania do zatrzymania się w podróży i do odkrywania siebie przez kontemplację świata.

2. Gerard Janichon "'Damien.' Góry lodowe i morza Południa", Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1980.

Usłyszałam o tej książce w audycji radiowej. Jacyś polscy żeglarze opowiadali, że wyruszyli w podróż dookoła świata, będąc pod wpływem najpiękniejszej książki podróżniczej świata. Nie usłyszałąm wtedy nazwiska autora, a tytułu nie zapisałam, więc odnalezienie książki było nie lada wyzwaniem. Po kilku godzinach udało mi się wreszcie odszukac w necie tytuł i autora, a kilka miesięcy później odnaleźć tę książkę na allegro. Od tamtej pory czytałam ją już kilka razy i na pewno do niej będę wracać. Jest to opowieść o podróży dookoła Antarktydy, którą w latach siedemdziesiątych odbyli dwaj młodzi francuscy żeglarze. Janichon opisuje nie tylko mrożące krew w żyłach zmagania z wiatrami i falami, ale przede wszystkim swoje duchowe dojrzewanie. Podróż staje się dla niego celem samym w sobie, a przyroda antarktyki zwierciadłem, w którym można zobaczyć prawdę o sobie.

3. Bruce Chatwin "In Patagonia" - wkrótce w Świecie Książki ma się ukazać polskie tłumaczenie.

Chatwin, dziennikarz the Sunday Times, pewnego dnia wysłał swojemu szefowi telegram: "Wyjeżdżam na 6 miesięcy do Patagonii." Książka, która powstała w tej podróży, a następnie zdobyła wiele nagród i zapoczątkowała karierę Chatwina, to mieszanka faktu i fikcji, cudowna opowieść o ludziach żyjących w miejscu, którego nienawidzą, a któe jednocześnie staje się ich jedynym miejscem na ziemi. Chatwin opowiada historie prawdziwe i zmyślone, spotyka ciekawych ludzi i odwiedza ciekawe miejsca, a opisuje to wszystko lakonicznie, ostro i dowcipnie. Cięzko się oderwać, zwłaszcza, jeśli ma się to szczęście czytać tę książkę przmierzając patagońskie pustkowia, co było moim udziałem, a czego i Wam życze:)

4. Nicolas Bouvier "Oswajanie świata"

Niespieszna podróż rozpoczęta w Genewie w roku 1953, wiodąca przez Macedonię, Grecję, Turcję, Iran i Afganistan, staje się Wielką Przygodą, przeżyciem nie tyle podróżniczym, co egzystencjalnym. Czyta się ją wolno, ale zapomnieć nie sposób.

Ciąg dalszy nastąpi:)


środa, 01 sierpnia 2007

   Ostatnio panuje moda na epokę wiktoriańską. Wydaje mi się wprawdzie, że w Anglii jest ona zdecydowanie lepiej widoczna, co zresztą jest raczej zrozumiałe, ale i w Polsce sukces "Szkarłatnego płatka..." się chyba do niej przyczynił. Ja się zakochałam w tej epoce już dawno, więc ostatniej modzie poddaję się łatwo i chętnie. W zeszłym roku przeczytałam A.S. Byatt "Opętanie", "Złodziejkę" Sarah Waters, wspomniany juz "Płatek", odświeżyłam sobie też sporo powieści sióstr Bronte. Dlatego od razu, gdy wzięłam do ręki "The House at Riverton" Kate Morton, wiedziałam, że się nie oprę pokusie. Zresztą nawet gdyby nie epoka wiktoriańska, której tak szczerze mówiąc nie jest w tej książce wiele, bo akcja toczy się głównie na przestrzeni dwudziestego wieku, to pewnie i tak uległabym urokowi zdjęcia na okładce. Tak czy inaczej, cieszę się, że uległam, bo mam za sobą prawie 600 stron całkiem przyjemnej lektury.

   Narratorką książki jest Grace, 99-letnia mieszkanka domu starców, matka i babcia, archeolog, a w młodości pokojówka w rezydencji rodziny Hartfordów.  Odwiedziny młodej pani reżyser, robiącej film o Riverton, budzą upiory przeszłości i skłaniają Grace do wyjawienia długo skrywanych sekretów. Grace, nieślubne dziecko byłej służącej, trafia do rezydencji, w której niegdyś pracowała jej matka, i przechodzi długą drogę od pomocy kuchennej do pokojówki i towarzyszki Hannah, najstarszej córki Hartfordów. Przy okazji wprowadza nas w klimat ostatnich lat epoki wiktoriańskiej, portretuje upadek tradycji i zwyczajów i narodziny nowej, swobodniejszej epoki.

   Tym samym w sobie już ciekawym opowieściom towarzyszy tajemnica. W 1924 roku, w samym środku przyjecia w Riverton młody poeta, Robbie Hunter, popełnia samobójstwo. Świadkami są Hannah i jej młodsza siostra Emmeline, oraz, jak się domyślamy już na początku książki, Grace, chociaż jej obecność jest dla wszystkich tajemnicą. Po tym tragicznym wydarzeniu Hannah i Emmeline nie zamieniają już ze sobą ani jednego słowa, a niedługo potem obie umierają. Dopiero 75 lat później Grace decyduje się wyjawić prawdę o tym, co widziała tamtej nocy w Riverton i jaki był jej własny udział w wydarzeniach. Aby jednak poznać tajemnicę, musimy najpierw poznać wszystkie okoliczności oraz całe życia bohaterów, ponieważ Kate Morton zwleka z wyjaśnieniem zagadki aż do ostatnich stron powieści. Ponieważ nauczyłam się ostatnio opierać pokusie czytania ostatnich stron przed czasem, nie mogłam oderwać wzroku od książki. Na pewno jest to kawałek całkiem przyjemnej literatury, idealna lektura na lato - trzymająca w napięciu, a jednocześnie nastrojowa i dobrze oddająca klimat epoki. Dobrze, że w sierpniu ma się ukazać polskie tłumaczenie.

   A teraz mam problem - co dalej? Mam jeszcze trochę ponad tydzień do wyjazdu, a to raczej niewiele, więc powinnam zabrać się solidnie za przygotowania, a tymczasem nieprzeczytane książki mrugają do mnie ze wszystkich półek;) Póki co zagłębiam się w Lonely Planet, ale na pewno do wieczora nie wytrzymam i wyciągnę kolejną lekturę. Trochę zamętu w moje plany czytelnicze wprowadził Świat Książki, wydając kontynuację "Jeźdźca miedzianego", która jest od dzisiaj w księgarniach. Na szczęście moje lenistwo jest chwilowo zbyt duże, żeby jechać specjalnie do księgarni...

poniedziałek, 30 lipca 2007

 Niezbyt podoba mi się lista książek przeczytanych, w której nie otwierają się prawie żadne tytuły, bo brakuje do nich recenzji. Mogłabym je zlinkować z jakąś księgarnią, ale nie za bardzo chcę, więc spróbuję napisać parę słów o książkach, które czytałam wcześniej w tym roku. Nie będzie to dla mnie łatwe, bo nie jestem niestety zbyt uważną czytelniczką - czytam za szybko i niedbale i szybko zapominam, co przeczytałam. Ma to swoje dobre strony, kiedy wracam do książek już przeczytanych, ale generalnie jest denerwujące. Chęć poprawienia jakości swojego czytania była zresztą jednym z powodów, dla których założyłam tego bloga - może będę czytać bardziej uważnie, jeśli będę wiedziała, że czeka mnie opisanie swojej lektury tutaj...

   Zacznę więc od książki, która pamiętam całkiem dobrze i którą uważam za jedną z ciekawszych lektur tegorocznych. "Doppler" Erlenda Loe to opowieść o mężczyźnie, który porzuca ustabilizowane życie i rodzinę, aby zamieszkać w namiocie w podmiejskim lasku. Dzieje się to po przypadkowym upadku z roweru, po którym Doppler albo zatrzymał się na chwilę w biegu i zapragnął przemyśleć i zmienić swoje życie, albo doznał urazu, który doprowadził go lekiego wariactwa, którą to opcję zapewne preferuje jego żona. Tak czy inaczej, nie zwracając uwagi na konsekwencje, Doppler rozbija namiot i wkracza w świat życie poza społeczeństwem, bez pracy i bez pieniędzy. Aby zdobyć jedyny produkt, na którym mu zależy - mleko UHT, zabija klempę i dokonuje transakcji wymiennej z właścicielem pobliskiego supermarketu. Produktem ubocznym tego polowania jest jednak osierocony cielak, który uznaje Dopplera za doskonałego zastępcę matki. Doppler chcąc nie chcąc przygarnia cielaka do swojego namiotu i nadaje mu imię Bongo. Brzmi absurdalnie? A to dopiero początek! Doppler będzie przechodził przez kolejne stadia wyrzucenia poza nawias, wchodząc w konflikt z żoną, ale odzyskując więź z małym synkiem. ucząc się kraść, rzeźbiąc totem, zaprzyjaźniając z innymi dziwakami i odrzutkami, a nawet tworząc małą leśną społeczność. Wszystko to jest napisane bezpretensjonalnym, prostym językiem, pełne humoru i wdzięku, czyta się lekko i szybko. Ale pomimo tej lekkości ksiązka budzi w takim mieszczuchu jak ja pewien niepokój. Może to świadomość, że chcąc nie chcąc prowadzę dokładnie takie życie od jakiego Doppler uciekł? Może przekonanie, że nie potrafiłabym zrobić tego samego, bo wiem, że jest skazany na porażkę, a mimo to mu zazdroszczę? A może po prostu nasuwające się nieodparcie skojarzenia z Walden, który jest jedną z moich ulubionych książek. Doppler, tak jak Thoreau, uczy się świata na nowo, ale nie ucieka w tym celu na kraniec świata. Thoreau mówi, że nie warto jechać do Zanzibaru aby liczyć tam koty i zamieszkuje w chatce w okolicach swojego rodzinnego miasta, Doppler rozbija namiot nie w dziczy, której w końcu w Skandynawii jest sporo, ale w podmiejskim lasku, wśród biegaczy i rowerzystów.

   Na półce czeka jeszcze jedna książka Erlenda Loe - "Naiwny, super", ale biorąc pod uwagę stertę książek do przeczytania, która robi się coraz wyższa i wyższa, pewnie nieprędko po nią sięgnę. Chyba że znowu poczuję potrzebę uświadomienia sobie, że wpadam w pracoholizm i konsumpcjonizm i że czasem trzeba się jednak zatrzymać, nawet jeśli wszyscy będą cie mieli za wariata;)


sobota, 28 lipca 2007

   Spędzam ostatnio trochę czasu nad tym blogiem, próbując zmienić jego wygląd. Chciałabym albo stworzyć swój szablon, albo znaleźć taki, który mi będzie całkiem odpowiadał, albo zmodyfikować ten. Póki co, żadna z tych rzeczy mi nie wychodzi... Chciałabym mieć zakładki po obu stronach tekstu, chciałabym, żeby były innego koloru, żeby czcionka na nich była mniejsza, ale na razie udaje mi się tylko wprowadzać zmiany w tytule i w treści notatek. Jeśli czyta to ktoś bardziej obeznany, to będę wdzięczna za wskazówkę, bo sama się z tym ccsem chyba szybko nie połapię... No ale cóż, najwyżej przez jakiś czas jeszcze będzie tak jak jest.

   Przygotowuję się powoli do wyjazdu wakacyjnego, i myślę, że najwyższy czas, żeby sięgnąć po jakieś lektury przygotowujące. Na pierwszy ogień pójdzie zapewne Kapuściński "Kirgiz schodzi z konia", a dalej? Na pewno "Tamerlan i jego czasy" i Gumiłowa "Śladami cywilizacji wielkiego stepu", bo lubię znać historię danego miejsca i wiedzieć, kto i w jakich okolicznościach zbudował miasta, przez które przejeżdżam. Lubię wyobrażać sobie, jak żyli ludzie w minionych wiekach, a do tego pewna wiedza jest niezbędna.

   Koniecznie chcę sobie przypomnieć książkę, która kiedyś mnie olśniła i zapoczątkowała małą kolekcję książek Petera Matthiessena - "Śnieżną panterę". Jest to opowieść o ekspedycji w Himalaje, której celem było zbadanie zwyczajów pewnych rzadkich owiec. Autora książki jednak bardziej fascynuje legendarna pantera śnieżna, a przy okazji niejako buddyzm, życie mnichów oraz historia i kultura tego zakątka świata.

    Jak po lekturach zapewne można się domyślić, moim celem będzie Azja Centralna. Może ktoś mi zasugeruje jakieś lektury? A skoro nikt prawie nie czyta tego bloga (mam nadzieję, że jeszcze;)), chyba będę musiała zapytać na moim ulubionym i zawsze niezawodnym forum:) Chętnie przeczytałabym jakieś relacje z podróży, reportaże, ale może też coś z literatury kirgiskiej lub uzbeckiej. Aż wstyd przyznać, jaką ignorantką jestem w tej materii, chociaż obawiam się, że do mojej ignorancji znacznie przyczynia się brak autorów z tychże krajów na polskim rynku. A może się mylę?

czwartek, 26 lipca 2007

   Mam ochotę podziękować pani J.K. Rowling za wspólnie spędzone chwile w ciągu ostatnich 10 lat. Za podtrzymanie wiary w siłę opowieści, za to, że dzięki niej potrafiłam raz jeszcze, jak w dzieciństwie, zaczytać się w książce tak, że nie liczyło się nic oprócz świata opisanego, a zwłaszcza za ostatni tom, który godnie wieńczy całą opowieść.

   OK, może nie jest to wielka literatura - ale też chyba nikt tego nie oczekuje od najbardziej popularnej i najlepiej się sprzedającej serii książek na świecie. Zastrzeżeń można mieć wiele, od dłużyzn w tomach 5 i 6 zaczynając, na niejasnościach i plataninie przy wyjaśnianiu pewnych zdarzeń kończąc. Cóż z tego, że świat Harry'ego jest czarno-biały, cóż, że niektóre postaci zarysowane są płytko i schematycznie, że autorka bazuje na sprawdzonych motywach i zwrotach fabularnych. To wszystko się nie liczy, jeśli opowieść pochłania nas tak, że nie możemy oderwać sie od czytania nawet na moment, nawet po to, aby zjeść, umyć się, pójść do pracy. Przyznam, że przez ostatnie 4 dni zamawiałam pizzę i makaron, nie sprzątałam i odwołałam przynajmniej jedno towarzyskie spotkanie po to, aby czytać, czytać i czytać.

   Siódmy tom potrafi przykuć uwagę. Akcja toczy się szybko, a choć atmosfera jest tak mroczna jak w kilku ostatnich częściach a trup ściele się gęsto, co kilkanaście stron następuje chwilowy comic relief i cześciowe rozładowanie napięcia. Harry wreszcie dojrzewa, przestaje być uparciuchem, który niejednokrotnie irytował mnie w poprzednich tomach, ale zgodnie z regułami Bildungsroman, którym przecież jest ta książka, dojrzewa i samodzielnie, bez pomocy swoich nauczycieli (którzy przeciez zginęli w poprzednich tomach) odnajduje własną scieżkę, ścieżkę, która zaprowadzi go do miejsca, w którym czeka na niego jego przeznaczenie. 

    Wszystko jest napisane może trochę zbyt filmowo, ale sprawnie.  J.K. Rowling nie tylko gładko manipuluje naszymi uczuciami, ale przede wszystkim wreszcie zamyka wszystkie dawno rozpoczęte wątki, wyjaśnia zagadki z poprzednich tomów, nie opuszczając przy tym żadnego drobiazgu. Z epickim rozmachem przywołuje wszystkie elementy stworzonego przez siebie świata, świata, w którym po 10 latach czytelnik czuje się jak w domu. Nic nie jest pominięte, żadna postać nie zostaje zapomniana. Trudno nie uwierzyć, że rzeczywiście całą sagę miała zaplanowaną już w momencie pisania pierwszego tomu. I chociaż nie podobają mi się dotychczasowe ekranizacje, to filmową wersję zakończenia obejrzę i mam tylko nadzieję, że Warner Bros zatrudni naprawdę dobrego reżysera, który nie zepesuje tak dobrego materiału.

   Nie chcę zdradzać żadnych szczegółów, żeby nie zepsuć nikomu lektury. Sama zresztą nie zaglądałam na żadne forum i do żadnego bloga od niedzieli, żeby nie natknąć się przypadkiem na spoiler, i udało mi się jakoś! Może kolejna, pełniejsza już recenzja pojawi się po publikacji wersji polskiej, którą zapewne także przeczytam. Tak jakby sterta książek do przeczytania na mojej półce nie była już wystarczająco wysoka...

   Tymczasem mogę odetchnąć, odespać kilka zarwanych nocy, sprzątnąć mieszkanie i wrócić do tajemnicy Riverton, której rozwiązanie ciągnie się wprawdzie i ciągnie, ale na szczęście nie nuży zbytnio. Zresztą szybkich zwrotów akcji miałam chyba w ostatniej lekturze aż w nadmiarze, pora wrócić do czegoś może niekoniecznie ambitniejszego, ale zdecydowanie bardziej relaksującego...


poniedziałek, 23 lipca 2007

Nie miałam siły, żeby się oprzeć. Przy całej niechęci do komerchy i do książek z pierwszych miejsc list bestsellerów, wczoraj w drodze z zapadłej doliny w górach pognałam szukać otwartej księgarni, co wbrew pozorom nie było tak proste w niedzielę wieczorem. I wreszcie leży przede mną nowiutki, pachnący farbą Harry Potter:)

Mam silne postanowienie nie spieszyć się, no bo skoro więcej części nie będzie, to szkoda połknąć go przez jedną noc. Pewnie będzie tak samo trudne do zrealizowania, jak decyzja, że będę ćwiczyć siłę woli i nie przeczytam ostatniejs trony. Chyba powinnam ją czymś zakleić... Tak czy inaczej, na początku muszę trochę nadgonić, bo mój brat, który książkę ma już od piątku, jest już na setnej stronie, a przecież nie dam mu się wyprzedzić!

Bawcie się więc dobrze w ten uroczy poniedziałkowy ranek, a ja, jako szczęśliwa przedstawicielka zawodu niewykonywanego prawie w lecie, zaraz teleportuję się na fotel i zaczynam!

 

środa, 18 lipca 2007

Lubię czytać książki, które zostały nagrodzone lub nominowane w różnych konkursach literackich. Oczywiście, nei zawsze mój gust musi się zgadzać z gustem jurorów, ale generalnie to dobra metoda znajdowania ciekawych książek. Jedną z moich ulubionych nagród literackich jest The Man Booker Prize, którą w zeszłym roku zdobyła Kiran Desai za długo oczekiwaną książkę "The Inheritance of Loss". Faworytką rzekomo była Sarah Waters, której książki bardzo lubię, więc byłam nieco rozczarowana. Tym niemniej, jako wierna fanka literatury indyjskiej, natychmiast zamówiłam książkę Kiran Desai i na dobre kilka tygodni ugrzęzłam. W międzyczasie czytałam inne rzeczy, przerywałam i zaczynałam znowu, czasem znudzona lekko, czasem po prostu zajęta, ale w końcu świat przedstawiony w powieści pochłonął mnie na tyle, że czytałam do białego rana...

Bohaterami jest kilku mieszkańców Kalimpong, miejscowości położonej w indyjskiej części Himalajów. Sai, osierocona nastolatka, przyjeżdża aby zamieszkać ze swoim jedynym żyjącym krewnym - dziadkiem i romantycznie zakochuje się w swoim nauczycielu, młodym Gurkhu. Dziadek Sai, sędzia na emeryturze, nienawidzi świata, a zwłaszcza swojej rodziny, pielęgnuje angielskie obyczaje nabyte podczas studiów na Wyspie i ze wszystkich sił stara się wymazać przeszłość, dopóki przyjazd wnuczki i jej niewinne pytania, a także wywrócenie starego porządku świata przez rewolucję, nie zmuszą go do zmierzenia się z własnymi demonami. Drugi wątek, śledzony równolegle, opowiada o Biju, synu kucharza Sai i jej dziadka, który w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża do Stanów, gdzie jako nielegalny imigrant tuła się od jednej kiepskiej posady do drugiej, próbują odnaleźć się w obcym świecie. Losy wszystkich tych postaci splatają się i uzupełniają, tworząc obraz świata globalnego, świata, w którym kompletnie nieprzygotowani przedstawiciele różnych społeczeństw muszą zmierzyć się ze światem, o jakim ich rodzicom nawet się nie śniło. Wszystko to dzieje się na tle rewolucji Gurkhów, w melancholijnym pejzażu himalajskiej wioski, w cieniu majestatycznej Kanczendzongi.

Ładna książka, niby o świecie nam obcym, ale czy teraz jakikolwiek świat jest całkiem obcy? Są krytycy, którzy polską literaturę po roku 1989 zaliczają także do nurtu postkolonialnego...

"The Inheritance of Loss" ukaże się niebawem po polsku i podobno Kiran Desai ma odwiedzić przy tej okazji nasz kraj. Jeśli dowiem się jakiś szczegółów tej wizyty, na pewno dam Wam znać.

poniedziałek, 16 lipca 2007

Mama podrzuciła mi na weekend "Córkę opiekuna wspomnień" Kim Edwards, więc odłożyłam chwilowo inne lektury, żeby sprawdzić, czy mnie wciągnie. I połknęłam ją w jeden dzień. Sprawnie napisana, momentami nieco przewidywalna, ale mimo to przykuła moją uwagę.

Młode małżenstwo spodziewa się dziecka. Nocą, wśród śnieżycy, zaczyna się poród, i z podowu zbiegu okoliczności lekarz nie dociera do kliniki. Ojciec dziecka, też lekarz, odbiera poród przy pomocy położnej. Wszystko przebiega gładko i bez zakłóceń, rodzi się śliczny i zdrowy chłopczyk, młody tatuś promienieje, gdy nagle żona zaczyna rodzić znowu. Znieczulona przez troskliwego męża nie wie, że drugie dziecko to dziewczynka z zespołem Downa. Ojciec jest w szoku - jego młodsza siostra urodziła się z wadą serca i zmarła w wieku lat dwunastu. Pamiętając ból swojej matki i chcąc go oszczędzić żonie, którą kocha ponad wszystko, podejmuje decyzję, która zaważy na życiu wielu osób - prosi położną, aby odwiozła córeczkę do zakładu dla dzieci upośledzonych, a żonie mówi, iż dziecko zmarło. Położna, nota bene od dawna zakochana w lekarzu, wykonuje polecenie, ale po dotarciu do zakładu zmienia zdanie i ucieka z dziewczynką, którą wychowa jak własną córkę.

Po przeczytaniu notki na okładce sądziłam, iż będzie to taka trochę propagandowa powieść o dziecku z zespołem Downa, pokazująca jak normalne i zwyczajne może być jego życie. Nie jest to temat dla mnie kontrowersyjny i zapewne nie wciągnęłaby mnie taka opowieść zbyt mocno. Na szczęście autorka skupiła się na innym zagadnieniu, a mianowicie - jak można żyć z kimś, kogo okłamało się w tak ważnej kwestii. Kłamstwo Davida zawisa między nim a jego żoną, tworząc barierę, której oboje są świadomi, ale nie potrafią jej pokonać - ona, ponieważ nie wie, skąd ta bariera pochodzi, a on, ponieważ nie potrafi powiedzieć jej prawdy. Bariera ta towarzyszy im bezustannie, zmieniając ich małżeństwo i całe życie. On, niszczony przez brzemię winy, wybacza jej zdrady, sądząc że sam je spowodował. Ją pokonuje bezradność, wywołana przez to, że nie tylko nie mogła uratować swojego dziecka przed śmiercią, ale nawet nie mogła nic zrobić, aby je chociaż zobaczyć i dotknąć.

Drugi wątek to historia walki przybranej matki o prawo do normalnego życia dla chorej dziewczynki, która staje się jej ukochaną córką. Ta część opowieści również nie jest pozbawiona rozterek i dylematów. Caroline musi zmierzyć się ze swoimi demonami, w tym z nieuświadomioną do końca motywacją, która stała za jej decyzją o zabraniu dziewczynki, oraz zdecydować, czy pozwoli ojcu Phoebe wziąć udział w życiu dziewczynki, gdy on tego zapragnie.

Historia to wprawdzie nieprawdopodobna, ale problemy w niej poruszone są uniwersalne, przedstawione sprawnie i wciągająco, więc polecam na jakieś spokojne popołudnie!

A ja wracam chyba do Adichie "Half of a Yellow Sun", zdobywczyni Orange Prize for Fiction w tym roku. Zapowiada się świetnie, więc już się cieszę na dzisiejszy wieczór!

sobota, 14 lipca 2007
Szczerze mówiąc, nie wiem, jak zacząć blog... Nie przywykłam do publicznego obnażania swoich myśli i nie wiem, dlaczego nagle poczułam potrzebę założenia bloga. Może dlatego, że brakuje mi takich książkowych blogów po polsku? A może także dlatego, że brakuje mi czasem partnerów do rozmów o książkach? Z nudów? A może to dobry pretekst, aby nie zajmować się poważniejszymi obowiązkami;) Tak czy inaczej, miło mi przywitać się z Wami, nieznanymi mi jeszcze. Mam nadzieję, że się wkrótce poznamy i że moje lektury i refleksje pobudzą Was do komentarzy i wymiany myśli. Nie bardzo wierzę we własne zdolności recenzenckie, ale spróbuje:)
1 ... 96 , 97
 
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...