piątek, 21 września 2007

Wczoraj wybrałam się na błyskawiczną wizytę do stolicy. Błyskawiczną, bo wyjechałam wcześnie rano, potem spotkanie za spotkaniem, a potem od razu powrót do domu. Męczące to było okropnie, już chyba jestem za stara na takie maratony, znalazły się jednak także dobre strony medalu. Po pierwsze, przeczytałam całkiem przyjemną książkę w pociągu, a po drugie, zaliczyłam Czułego barbarzyńcę, do którego jakoś nigdy wcześniej nie mogłam się wybrać.

Książka to "Wesele Anny" Natashy Apannah. Jest to cieniutka, zaledwie 160-stronicowa opowieść o matce, która wydaje córkę za mąż. Właściwie nie tyle wydaje, ile bierze całkowicie bierny udział w jej weselu. Anna jest nieślubnym dzieckiem Sonii, owocem młodzieńczej miłości. Ojciec oddalił się w siną dal i nei wie nawet, że ma dziecko. Sonia, niezależna dziennikarka i pisarka wychowała córkę sama i teraz nie może się nadziwić, jak bardzo Anna różni się od niej. Szokuje ją pedantyczność córki, odpycha nudny zięć, nawet koczek, który za radą córki robi sobie u fryzjera, staje się dla niej symbolem sztywnych ram, w które Anna dobrowolnie daję się wtłoczyć. Sonia kocha jednak córkę i postanawia na ten jeden dzień podporządkować się jej regułom i sprostać wszystkim oczekiwaniom. Oczywiście w trakcie wesela dzieje się coś, co wystawi na próbę stosunki między matką a córką i spowoduje, że będą musiały zrewidować swoje wzajemne relacje.

   "Wesele Anny" to dość lekka literatura, ale bardzo przyjemna do czytania i nawet nieco zaskakująca. Myślałam, że wiem, co wydarzy się podczas wesela, ale mile się rozczarowałam, gdy moje oczekiwania się nie sprawdziły. Jako lektura na weekend czy do pociągu książka ta sprawdzi się więc idealnie!

Co do "Czułego barbarzyńcy", to kiedy usłyszałam, że jedno spotkanie mamy zaplanowane właśnie tam, ucieszyła się i jednocześnie zmartwiłam. Tyle słyszałam o tym miejscu, że szkoda by mi było się rozczarować. Na szczęście tak się nei stało i całkiem zazdroszczę warszawiakom takiej księgarni. W Poznaniu też mamy bardzo przyjemny Bookarest, ale niestety nie ma w nim aż tak luźnej atmosfery. Niby można posiedzieć i wypić kawę, ale nikt prawie tego nie robi. Może brak tam porządnej kawiarni, takiej jaka jest w Barbarzyńcy. Wybór książek w Bookarescie też wydaje się nieco mniejszy, przynajmniej z dziedzin mnie interesujących, zwłaszcza albumów z fotografią. W Barbarzyńcy jest sporo albumów, które do tej pory widywałam raczej tylko w Borders lub Waterstonie - rzeczywiście aż się prosi, żeby spędzić tam długie godziny przeglądając je i pijąc kawkę. Niestety, wczoraj czasu na to nie miałam, i biorąc pod uwagę to, że ostatni raz byłam tak bardziej towarzysko w Warszawie w liceum, to chyba szybko nie będę miała okazji...

Na pociechę dzisiaj listonosz sprawił mi super niespodziankę - mój brat przysłał mi z Londynu paczkę z książkami:) Oczywiście nie muszę pewnie dodawać, że zawiera głównie nominacje do Bookera:) Szkoda, że się nie dorobiłam jakiejś cyfrowej głupawki, bo taki ładny stosik aż się prosi o to, żeby go tutaj pokazać. Jak tylko będzie okazja, to to zrobię, a tymczasem muszę zdecydować, co czytać najpierw. Do wyboru mam "The Welsh Girl" Daviesa, "Mister Pip" Jones, "The Gathering" Enright i "Out Stealing Horses" Pettersona. "Out Stealing Horses" to zdobywca dwóch dość ważnych nagród: International IMPAC Dublin Literary Award 2007 oraz Independent Foreign Fiction Prize 2006, do której konkurował z "Mercedes-Benz" Pawła Huelle. Widziałam ją gdzieś w zapowiedziach wydawniczych w Polsce, ale pamiętam tylko, że na strasznie odległy termin. Z notki na okładce zapowiada się bardzo ciekawie, ale na pewno będzie musiała poczekać na swoją kolej na półce, ponieważ zdecydowane pierwszeństwo będą miały pozostałe trzy, które byłoby super przeczytać przed 16 października, kiedy zostanie ogłoszony zwycięzca. Oczywiście teraz należy się spodziewać, że skoro mam w domu trzy z sześciu nominowanych tytułów, zwycięzcą zostanie jeden z tych, których nie mam;)

poniedziałek, 17 września 2007

Po "Chłopcu z latawcem" jakoś tkwił we mnie temat Afganistanu i chciałam przeczytać coś więcej. No i przypomniało mi się, że juz od miesięcy mam na półce "Księgarza z Kabulu" Asne Seierstad. Autorka przyjechała do Kabulu zaraz po upadku talibów. Poznała tam Sułtana Chana, księgarza, który nie tylko sprzedawał książki w ruinach Kabulu, ale także, a może przede wszystkim, chciał je wydawać i propagować, po to, aby kształcić Afgańczyków i chronić dziedzictwo kulturowe swojego kraju. Autorka i Sułtan zaprzyjaźnili się, a gdy jej wpadł do głowy pomysł napisania książki o życiu w Afganistanie, on zaprosił ją do swego domu, aby żyła z jego rodziną i obserwowała wszystko, co wyda jej się interesujące. W ten sposób powstała książka, całkiem interesująca, napisana lakonicznym, powściągliwym stylem. Asne Seierstad miała niezwykłą okazję obserwować bardzo intymne, prywatne momenty z życia rodziny. Możemy więc wraz z nią obejrzeć afgańskie wesele, dowiedzieć się, jak znajduje się męża lub żonę, wniknąć w uczucia kobiety, której mąż bierze sobie drugą żonę, wziąć udział w podróżach, interesach i spotkaniach rodzinnych. Jestem jeszcze w trakcie czytania, więc z ostateczną opinią poczekam, a tymczasem kilka interesujących fragmentów:

"Ślub jest trochę jak śmierć. W rodzinie panny młodej przez kilka dni po weselu panuje smutek jak po pogrzebie. Utracono córkę, została sprzedana lub oddana. Szczególnie rozpaczają matki - miały dotychczas prełną kontrolę nad córkami, wiedziały, dokąd chodzą kogo spotykają, w co się ubierają, co jedzą. Większą część doby spędzały razem, razem wstawały, razem zamiatały mieszkanie, razem gotowały jedzenie. Po weselu córka znika, przechodzi z jednej rodziny do drugiej. Całkowicie. Nie może wybrać się do domu z wizytą, kiedy zechce, lecz jedynie wtedy, gdy mąż da jej pozwolenie. Jej rodzina też nie może bez zaproszenia pójść do nowego domu córki.

W jednym z mieszkań bloku numer 37 w osiedlu Mikrorejon siedzi samotna matka i rozpacza po stracie córki, która znajduje się godzinę drogi od niej. Czy jednak Szakila przebywa w wiosce Deh Chodadad pod Kabulem, czy w jakimś obcym kraju setki mil za morzem, to nie ma znaczenia"

Ja też mam córkę. Nie wyobrażam sobie, że miałabym jej nie móc odwiedzić. Owszem, nie wyobrażam sobie także noszenia burki na twarzy, ale jakoś tak bezwzględne rozstanie z własnym dzieckiem wydaje mi się jeszcze bardziej niewyobrażalne.

Wieczór panieński:

"Szakila siedzi na jedynym meblu w pokoju, obszernej kanapie przyniesionej tu na tę właśnie okazję. Śledzi wszystko z dystansu, nie ma prawa ani tańczyć, ani nawet się uśmiechać. Radość zraniłaby matkę, którą opuszcza, smutek zaś - przyszłą teściową. Panna młoda powinna mieć obojętny wyraz twarzy, nie wolno jej kręcić głową ani się rozglądać, ma siedzieć bez ruchu, z utkwionym przed siebie wzrokiem."

Już to widzę na wieczorze panieńskim w Polsce;)

"Kiedy tej wiosny szkoły w kraju otworzą swoje podwoje, okaże się, że prawie nie ma pomocy naukowych. Książki, które wydawali mudżahedini i talibowie, nie nadają się do użytku. Dzieci z pierwszych klas w taki oto sposób uczono alfabetu: "J, jak jihad - to nasz cel na świecie. I, jak Izrael - nasz wróg. K, jak kałasznikow - zwycięstwo będzie nasze. M, jak mudżahedini - nasi bohaterowie." I tak dalej.

Nawet w podręcznikach do matematyki na pierwszy plan wysuwała się wojna. Chłopcy - bo talibowie przygotowywali książki tylko dla chłopców - nie liczyli jabłek ani ciastek, lecz kule i kałasznikowy. Zadanie matematyczne mogło wyglądać na przykład tak:

Mały Omar ma jednego kałasznikowa z trzema magazynkami. W każdym magazynku mieści się dwadzieścia kul. Omar wystrzelał dwie trzecie swoich kul i zabił sześćdziesięciu niewiernych. Ilu niewiernych zabił jedną kulą?"

I na koniec cytowany w książce wiersz, pochodzący z antologii poezji pasztuńskich kobiet.

"Podaj mi rękę, ukochany, ukryjemy się razem w zbożu,

by się kochać lub by razem paść od ciosu noża.

Skaczę do rzeki, lecz nurt mnie nie porywa.

Mój małżonek ma szczęście, woda będzie mnie zawsze wyrzucać na brzeg.

Jutro o brzasku zostanę zabita z twojego powodu,

więc nie mów, żeś mnie nie kochał"

Asne Seierstad "Księgarz z Kabulu", Wyd. W.A.B. 2005

 

czwartek, 13 września 2007

   Znacie to uczucie, kiedy książka pochłania Was tak, że nie możecie się oderwać? Siedzicie do później nocy, z zamykającymi się oczami, ale odganiacie sen, ponieważ ważne jest tylko to, żeby czytać, żeby wiedzieć, co było dalej. A gdy książka się kończy, trudno jest rozstać się z postaciami, które stały się nam bliskie i wrócić do rzeczywistości, tak trudno, że przez kilka dni żadna inna książka nie kusi. Wiem, że wiecie, jak to jest, bo to uczucie zna każdy mól książkowy. Ale o ile za czasów licealnych często udawało mi się tak pogrążyć w czytaniu, to teraz nie jest już tak łatwo. Nie wiem, z czego to wynika, czy z większego cynizmu, dystansu, czy może te książki, które najbardziej wciągają, to właśnie książki na czas licealny? Od czasu do czasu jeszcze zdarza się jednak taka opowieść, która wstrząsa, pochłania i nie daje o sobie zapomnieć, i taką książką jest "Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseiniego.

Dziwna historia z tym "Chłopcem...". Na świecie odniósł nieprawdopodobny sukces. Według danych z oficjalnej strony Hosseiniego, w Stanach sprzedano 4 miliony, a we wszystkich krajach 8 milionów egzemplarzy. 105 tygodni na liście bestsellerów New York Times'a, kilka prestiżowych nagród literackich, ogromny rozgłos i uznanie krytyków. A w Polsce? Wydany przez Amber w bardzo dobrej skąd inąd Złotej Serii, zniknął z półek błyskawicznie. Nie przypominam sobie tego tytułu na jakiejkolwiek liście bestsellerów. Kiedy się dowiedziałam o tej książce (oczywicie z angielskich recenzji), kilka miesięcy po jej wydaniu, "Chłopca z latawcem" nie było już w żadnym Empiku ani innej księgarni w Poznaniu. Można było go jeszcze dostać w Merlinie, ale znalazłam go w Taniej Książce! Trochę dziwne, że książka, która odniosła taki sukces na rynku międzynarodowym, i w dodatku która jest po prostu dobrą, świetnie się czytającą opowieścią, w Polsce przepada bez echa. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć inaczej niż tylko brakiem promocji i chyba nieudolnością wydawnictwa w rozreklamowaniu takiej pozycji. Szkoda, bo cokolwiek by złego nie mówić o wydawniczym marketingu, przez jego brak wiele osób po tę książkę nie sięgnie...

Dlatego poszukajcie "Chłopca z latawcem", zanim resztki nakładu zostaną przemielone. To piękna, poruszająca historia, lektura na jedną długą noc, bo nie pójdziecie spać, dopóki nie skończycie.

Narratorem powieści jest Amir, syn bogatego biznesmena z Kabulu. Jego matka zmarła przy porodzie, a on wychowuje się razem z Hassanem, synem służącego, który jest mu bliski jak brat. Jednak pomimo iż pierwszym słowem Hassana było imię Amira i mimo iż wykarmiła ich jedna mamka, "ci, których wykarmiła ta sama pierś, stają się braćmi, i... tego braterstwa nie zatrze nawet czas." Idylliczne dzieciństwo w Kabulu, w ostatnich latach panowania monarchii i tym samym ostatnich chwilach pokoju w Afganistanie, jest zakłócone przez etniczne konflikty. Amir i jego ociec należą do Pasztunów, dominującej i uprzywiliejowanej grupy etnicznej, Hassan jest Hazarą, czyli gorszym. W dodatku rodzina Amira to sunnici, Hassan i jego ojciec zaś są szyitami. Te mało nam mówiące nazwy określają wszystko w Afganistanie lat siedemdziesiątych. I pomimo że Hassan jest Amirowi niezwykle oddany, a może właśnie dlatego, Amir wstydzi się go czasami i odpycha. Zmaga się przy tym z własnymi problemami, przede wszystkim z chłodem i pozorną nienawiścią swojego ojca. Próbuje za wszelką cenę zdobyć jego miłość i uznanie, a środkiem do osiągnięcia tego celu stają się doroczne zawody w puszczaniu latawców, dość brutalna i krwawa rozrywka zimowa. Obaj chłopcy robią wszystko, aby wygrać, lecz ich triumf zostaj zakłócony przez tragiczne wydarzenie, które zniszczy nie tylko ich przyjaźń, ale życie ich i ich rodzin. Odtąd Amir będzie niósł ze sobą brzemię wstydu i tchórzostwa, i jak Lord Jim będzie szedł przez życie ścigany przez własną hańbę.

Gdy wybucha wojna z Rosją, Amir i jego ojciec muszą uciekać do Pakistanu, a następnie do Ameryki. Tam próbują zbudować wszystko na nowo. Wtapiają się w społeczność emigrantów, fantastycznie i barwnie opisaną przez Hosseiniego. I mimo że Amir odnajduje wreszcie swoje miejsce, żeni się i zdobywa uznanie jako pisarz, duchy z przeszłości wezwą go z powrotem do Afganistanu, aby mógł ponownie zmierzyć się z własnym tchórzostwem i spróbować choć w niewielkim stopniu naprawić coś, co jest już nie do naprawienia. Trafia ponownie do Kabulu, tym razem rządzonego przez talibów, i razem z nim przemierzamy piekło, które istnieje na gruzach dawniej pięknego miasta.

Książka jest napisana momentami dość patetycznie. Dużo w niej wielkich słów o grzechu i odkupieniu. Amir mówi: "Ameryka jest jak rzeka, która pędzi przed siebie, nie myśląc o przeszłości. Mogłem wejść w tę rzekę, by moje tgrzechy osiadły na dnie, niech rzeka uniesie mnie gdzieś daleko." Postaci są czarno-białe, a reguły proste. Prawie tak proste, jak filozofia, której ojciec uczy Amira: "Słuchaj... Tak naprawdę istnieje tylko jeden grzech. Kradzież. Każdy grzech to jakaś forma kradzieży. ... Kto zabija, kradnie czyjeś życie. Kradni żonie męzą, dzieciom ojca. Kto kłamie, kradnie komuś innemu prawo do prawdy. Kto oszukuje, okrada kogoś z prawa do uczciwego prowadzenia interesów. Zrozumiałes?" Autor nie wykorzystuje również chyba potencjału własnych metafor, co zauważył również recenzent The San Francisco Chronicle, który zarzuca Hosseiniemu, że zmarnował narzucający się obraz Afganistanu jako latawca sterowanego przez inne kraje, najpierw Rosję, następnie Amerykę, bezwolnie dającego się podcinać i niszczyć. Mimo to jednak właśnie ta gazeta przyznała tej książce tytuł Książki Roku. I mimo wszystkich niedociągnięć i uproszczeń mamy tu historię, której nie można zapomnieć i na którą nie można pozostać obojętnym, historię, której może nie można opowiedzieć inaczej, niż prostymi słowami, ponieważ dotyczy rzeczy elementarnych: honoru, odpowiedzialności, odkupienia. A gdyby tego jeszcze było za mało na dobrą książkę, w tle mamy niesamowitą panoramę Afganistanu, Afganistanu, o którym wszyscy wiemy tak dużo i jednocześnie tak mało. Nazwy z pierwszych stron gazet ożywają, przybierają kształt zwykłych ludzi. A że patrzymy na Afganistan oczami Afgańczyka, widzimy nie tylko zagłodzone dzieci, gwałcone kobiety i zabijanych dla zabawy mężczyzn, ale także nienawiść jednych Afgańczyków do innych, pogardę, jaką żywią dla siebie poszczególne grupy etniczne, i wraz z autorem zaczynamy zastanawiać się, czy "może rację mają ci, którzy mówią, że Afganistan to kraj bez nadziei." Mam nadzieję, że nie, bo po tej lekturze zafascynowana jestem Afganistanem i jego los nie jest mi obojętny. Wybaczam więc autorowi melodramatyzm, wybaczam nieco hollywódzkie sceny w drugiej części książki i na pewno kupię jego kolejną książkę. 

Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

Tłum. Jan Rybicki

Wydawnictwo Amber 2005

wtorek, 11 września 2007

"Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić
opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania".

Wisława Szymborska Fotografia z 11 września

 

Tak jakoś wychodzi, że same przeglądowe notki ostatnio zamieszczam, ale dzisiejsza data skłania mnie do refleksji, nie tylko politycznych i społecznych, ale także literackich. Temat zamachów na WTC był dość długo tematem tabu w amerykańskiej literaturze pięknej. Reportaży literackich, analiz i esejów ukazało się sporo, ale powieści nie było. W końcu zaczęły się pojawiać książki mierzące się z tematem. Część z nich ukazała się także w Polsce, dlatego dzisiaj krótki przegląd takich, które są mi znane.

Jednym z pierwszych odważnych był młody nowojorczyk, Jonathan Safran Foer. Jego książka "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"to opowieść o dziewięcioletnim Oskarze, którego ojciec zginął w World Trade Center. Przed śmiercią schował umieścił w kopercie z napisem Black tajemniczy kluczyk. Oskar podejmuje wyzwanie odszukania zamka, do którego pasuje klucz. Aby wypełnić to zadanie, Oskar podejmuje się odszukać wszystkich nowojorczyków noszących nazwisko Black. W ten sposób ma nadzieję nie tylko rzwiązać zagadkę, ale także zbliżyć się do ojca, z którym nie udało mu się nawiązać więzi za życia. Smutna książka, w której tragedia, poczucie obcości i samotność są przefiltrowane przez oczy dziecka.

Foer spotkał się z ogromną krytyką po opublikowaniu tej książki. Zarzucano mu sentymentalizm, granie na emocjach, a także kpienie sobie z narodowej tragedii (koniec książki to komiksowe przedstawienie człowieka skaczącego z okien WTC). Foer ogólnie nie jest podobno lubiany w Nowym Yorku - za wcześnie chyba odniósł sukces, za młody jest, żeby dostać publiczne przyzwolenie na mierzenie się z tak trudnymi tematami. Krytycy docenili jednak "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", a i w Polsce recenzje były całkiem niezłe. Sam autor tak uzasadnia swoje zainteresowanie tematem:

"Jednym z powodów, dla których piszę, jest przyzwyczajenie współczesnych do używania wielkich słów, np. Ameryka, fundamentalizm, sprawiedliwość. Są to wyrazy, które mogą oznaczać wiele rzeczy. Literatura daje możliwość stosowania mniejszych słów, skupienia się na szczegółach. A dzięki analizie szczegółów często można powiedzieć więcej - o stracie, zniszczeniu, wojnie."


Kolejna powieść, której nie znam, ale udało mi się ja wyszukać zupełnie przypadkiem to "Wierny szpieg" Alexa Berensona. Agent CIA prznika do wysoko postawionych kręgów Al-Kaidy i, aby dowieść swojej lojalności, muso wykonać kilka misji, najpierw w Afganistanie, a następnie w Stanach. Gdy wraca do kraju, zdaje sobie sprawę, że lata spędzone pod przybraną tożsamością zmieniły go. Teraz na nowo musi zdefiniować swoją tożsamość.

Jedną z głośniejszych powieści mierzących się z tematem, aczkolwiek głośniejszych głównie w negatywnym sensie, jest powieść francuska, nominowana do nagrody Goncourtów i opublikowana także w Stanach. "Windows On the World" Frédérica Beigbedera wydało w Polsce Noir Sur Blanc. Windows on the World to nazwa restauracji mieszczącej się na szczycie jednego z wieżowców. Książka Beigbedera opowiada o wydarzeniach w restauracji, ale przede wszystkim, podobnie jak poprzednia książka autora, jest próbą zmierzenia się z kapitalizmem i konsumpcjonizmem. Beigbeder gra na emocjach i szokuje, wiele scen z książki jest naprawdę drastycznych, i między innymi z tego względu książka spotkała się z bardzo silną krytyką.

Na koniec zostawiłam książkę najciekawszą, a zarazem najnowszą - wydanego w tym roku "Terrorystę", dwudziestą piątą powieść Johna Updike, jednego z najpoważniejszych kandydatów do literackiego Nobla. Bohaterem "Terrorysty" jest 18-letni Amerykanin Ahmed Mulloy, radykalny ismalista, który po ukończeniu nauk zostaje członkiem komórki Al-Kaidy. Wątła fabuła jest tylko pretekstem do rozważań na temat motywacji Ahmeda i źródeł jego fundamentalizmu. Autor ukazuje Amerykę oczami różnych skrajnych postaci, tym samym skłaniając do refleksji nad naturą wolności, będącej przecież podstawą amerykańskiego systemu wartości.

Czekam z niecierpliwością, aż ktoś opublikuje w Polsce dwie powieści, które zbierają znakomite recenzje i nominacje do nagród: "The Emperor's Children" Claire Messud i wspomnianą już przeze mnie w notce o Bookerze "The Reluctant Fundamentalist" Mohsina Hamida. Obawiam się jednak, że prędzej się złamię i sobie sprowadzę, niż znajdę je na naszych półkach...

 

 

poniedziałek, 10 września 2007

Zazwyczaj po wakacjach ukazuje się dużo ciekawych książek. Czytelnicy wracają z urlopu wypoczęci i spragnieni wrażeń intelektualnych po niekończących się godzinach na plaży i przy grillu. W tym roku także sporo nowości, chociaż chyba więcej ciekawych dla mnie tytułów znalazłam w zapowiedziach na październik. Poniżej znajdziecie kilka wrześniowych tytułów, które moim zdaniem są warte poświęcenia im uwagi. Opisy pochodzą ze stron wydawców.


Wolfgang Büscher "Podróż przez Niemcy"  

Wyd. Czarne

Przekład Renata Makarska                          


Po raz kolejny Wolfgang Büscher wyrusza w drogę, tym razem, by obejść Niemcy. To podwójnie symboliczna czynność. Obchodząc swój kraj, w jakimś sensie go oswaja, powoli dla siebie "zdobywa". Idąc wzdłuż granicy, przez trzy miesiące poznaje niemieckie peryferie. Także tutaj "wielka historia" odcisnęła swój ślad. Ta wędrówka to też w pewnym sensie odczynianie złych duchów, których wciąż jeszcze jest w tym kraju pod dostatkiem.
Każdy fragment granicy jest inny, raz kraj po drugiej stronie nazywa się Polska, kiedy indziej Czechy, Austria, Holandia. Wschód bardziej go pociąga niż Zachód, no i same granice, to, co jest po drugiej stronie:
W odróżnieniu od drogi do Moskwy, autorowi nie towarzyszy już rozpalone słońce, wychodzi on tym razem jesienią, do punktu wyjścia wraca w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Opisuje losy wyspy Helgoland, ale też uczonego-magnetyzera Mesmera znad Jeziora Bodeńskiego, słynnego przemytnika Orlanda, ale też niemieckiej rodziny uciekającej do Austrii jeszcze przez otwarciem granic. Słucha napotkanych ludzi, wysłuchuje też miejsc, które mają mu dużo do powiedzenia. Pisze o melancholii Zachodu i o utopii Wschodu, o wyścigu z własnym zmęczeniem, z zimą, ze wspomnieniami.

"W oknie piekarni w Twist leżała ostatnia kanapka z serem, a w lodówce stała butelka z różowym napojem o smaku truskawek. Na pewno był bardzo słodki. Sklep był tak samo cichy, jak cała wieś. Znałem niegdyś tę ciszę, to zagubienie popołudnia. Niedziele na wsi, budzące się tak energicznie dźwiękiem dzwonów, tak ociężale się kończące. Kołowrót pór roku. Wakacje ciągnące się w nieskończoność, jasnoniebieskie niebo. Milcząca procesja zimowych tygodni. Wieczna, wieczna jest cisza prowincji. Starannie wysprzątana, jak pokój starej kobiety. Powietrze stoi, kurz wiruje w padającym z ukosa świetle, nikt nic nie mówi, na wpół przymknięte powieki, otwarta książka na kolanach, dziergana zakładka. Wybijane godziny, tykające sekundy, jak gdyby zawsze tak miało być i nigdy miało się nie skończyć. I prawdą jest, że nigdy się nie skończy".


"Ta opowieść o Niemczech przypomina relację z dalekiej krainy. Kto jeszcze potrafi w ten sposób patrzeć na własny kraj? Zachować zdolność zachwytu tym, co wokół? Büscher udowadnia, że wielkiego tematu nie trzeba szukać po szerokim świecie. Wystarczy sprawić sobie solidne buty oraz ciepłą kurtkę z kieszenią, w której mieści się notes. I ruszyć przed siebie, w podróż przez ojczyznę."
Bartosz Marzec "Rzeczpospolita"


Eduardo Lago "Mów mi Brooklyn"

Wyd. Muza

To jest akurat pozycja lipcowa, ale nie wspominałam o niej wcześniej, a chyba warto.

Dziennikarz New York Post otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciel, Gal Ackerman, starszy od niego o dwadzieścia pięć lat, nie żyje. Fakt ten obliguje bohatera do spełnienia niepisanej umowy: poskładać niedokończoną powieść z setek zeszytów pozostawionych przez Ackermana w jednym z brooklyńskich moteli. Niespełnionym pragnieniem ich autora było dotarcie z książką do jedynej czytelniczki, Nadii Orłow, o której od lat nikt nie miał żadnych wieści. "Mów mi Brooklyn" jest ambitną powieścią o przyjaźni, miłości i lojalności, w której historia konstruowana jest jak w kalejdoskopie. To ważna pozycja w historii hiszpańskiego powieściopisarstwa, nagrodzona Premio Nadal 2006. jest historią o miłości, przyjaźni i samotności, a także kroniką życiowej drogi. Coney Island, Toskania, palacze opium w Chinatown, madrycki bar w dzielnicy Cuatro Caminos w czasie wojny domowej czy stacja benzynowa, na której czarny, niewidomy starzec zarabia na życie recytując z pamięci Biblię, to tylko niektóre sceny z powieści. W Mów mi Brooklyn różne wątki zbiegają się nieustannie w marynarskim barze Oakland, gdzie narratorzy nadają formę powieści, będącej pieśnią pochwalną na cześć tajemnicy i siły pisanego słowa.


"Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata"

Nietypowa może w tym zbiorze pozycja, ale mnóstwo czytelników czeka na nią niecierpliwie. Kultowe baśnie, na allegro od lat sprzedawane są w nieco kosmicznych cenach, więc wznowienie ich to naprawdę dobra wiadomość.


Kate Morton "Dom w Riverton"

Wyd. Muza

Tłum. Anna Gralak

Pisałam o tej książce we wcześniejszym poście, a teraz ukazuje się w polskim tłumaczeniu, więc oczywiście polecam:)


Jaclyn Moriarty "Mam łóżko z racuchów"

Wyd. W.A.B.

Tłum. Elżbieta Zychowicz

Australijska rodzina Zingów żyje w magicznym świecie wypełnionym księgami zaklęć, latającymi parasolami plażowymi i przypominającą dzieła sztuki aparaturą szpiegowską. Jeden z Zingów jest nieuczciwy, inny elegancki, jeszcze inny szybko biega. Jest babcia Zing, dziadek Zing, a także ich dwie córki: Fancy i Marbie. Pierwsza to typowa kura domowa pisząca w sekrecie powieść erotyczną, druga mieszka ze swoim narzeczonym i jego nastoletnią siostrą . Tym, co łączy wszystkich bohaterów, jest rodzinny sekret: każdego piątkowego wieczoru Zingowie zbierają się na naradę... Mam łóżko z racuchów to współczesna bajka dla dorosłych i jednocześnie rozgrywająca się na przedmieściach historia kryminalna. Nasycona zmysłowymi opisami, magicznymi zdarzeniami oraz ironicznymi komentarzami powieść przywodzi na myśl znany francuski film Amelia.


Krystyna Kurczab-Redlich "Głową o mur Kremla"

Wyd. W.A.B.

Żaden z polskich korespondentów od trzydziestu lat nie stworzył podobnego zapisu życia Rosjan. Zapisu trudów codzienności, ale i wstrząsów politycznych epoki przejścia od komunizmu do formacji, którą tylko teoretycznie można nazwać demokracją. Autorka łamie schematy: i te o dzikich Rosjanach, których powinna się bać Europa Zachodnia, i te o międzynarodowym terroryzmie, który zawładnął Czeczenią. Dokumentuje cynizm polityków rozgrywających czeczeńską kartę także przy głośnych aktach terrorystycznych, takich jak podczas spektaklu Nord-Ost czy w Biesłanie. Obnaża cynizm w stosunku do własnych obywateli, karmionych propagandą i przedstawianych światu jako zbiór bezwolnych jednostek.

czwartek, 06 września 2007

Dzisiaj ogłoszono listę finalistów Nagrody Bookera. Są to:

  •  
    • Nicola Barker "Darkmans"
    • Anne Enright "The Gathering"
    • Mohsin Hamid "The Reluctant Fundamentalist"
    • Lloyd Jones "Mister Pip"
    • Ian McEwan "On Chesil Beach"
    • Indra Sinha "Animal's People"

Zanim cokolwiek napiszę o nominowanych tytułach, podzielę sie pierwszą refleksją, wywołaną przez fakt, iż zaledwie kilka dni temu poznaliśmy finalistów polskiej Nike: wiadomość o ogłoszeniu listy finalistów Bookera można znaleźć na pierwszych stronach wszystkich ważnych serwisów informacyjnych w Wielkiej Brytanii. Aby znaleźć listę finalistów Nike, trzeba było spędzić ładnych kilka minut przeszukując strony Gazety - nie tylko nie było jej na stronie głównej, ale również w serwisie specjalnym o nagrodzie Nike nie pojawiło się ani słówko. Dopiero w serwisie Kultura udało mi się odszukać tytuły nominowanych, a na stronie głównej pojawiły się one dopiero dzień później i to zaledwie na parę godzin. A przecież to właśnie Gazeta jest patronem i organizatorem Nike... W Wielkiej Brytanii Booker jest szeroko dyskutowany, w prasie pojawiają się nie tylko recenzje, ale także komentarze, dyskusje i spekulacje, a zwyciezcę obstawiają tysiące ludzi w specjalnych zakładach. No, ale nie ma się co oszukiwać - to właśnie Wyspa jest światowym królestwem literatury pięknej, i dobrze na ten zaszczyt pracuje.

Co do listy finalistów, cieszę się, że znalazła się na niej chociaż jedna znana mi książka - "On Chesil Beach". Sądzę, że wkróce ukaże się po polsku, bo McEwan jest u nas przecież całkiem popularny i jego dotychczasowe powieści ukazywały się całkiem szybko. Nie znalazłam go nigdzie w zapowiedziach wydawniczych, ale może nie umiem szukać?;) Jeśli ktoś coś znajdzie, to proszę o informację!

Ponieważ naczytałam się sporo recenzji w prasie i w blogosferze, miałam swoje nadzieje i oczekiwania związane z tą szóstką i prawie się nie zawiodłam. Prawie, bo ciekawe opinie zebrała "The Welsh Girl", której wśród finalistów zabrakło. Parę słów o tych, którym się udało:

Nicola Barker "Darkmans" - monumentalna powieść społeczna, osadzona w realiach południowoangielskiego miasteczka Ashford. Życie mieszkańców Ashford po wybudowaniu kanału zmienia się bezpowrotnie, a ich problemy są sportretowane w sposób oryginalny i humorystyczny. Grubo ponad 800 stron!

Anne Enright "The Gathering" - irlandzka historia rodzinna. Brzmi banalnie, ale podobno banalne nie jest. Jest wciągające, intrygujące i zebrało nieprawdopodobnie entuzjastyczne recenzje na blogach - czego chcieć więcej?:)

Mohsin Hamid "The Reluctant Fundamentalist" - powieść z tzw. 9/11 nurtu, który już chyba śmiało można zidentyfikować jako nowe, odrębne zjawisko w literaturze. W zeszłym roku wśród nominowanych była książka Masuda "Emperor's Children", w tym roku króciutka, debiutancka powieść Hamida. Narratorem jest młody Pakistańczyk, który powrócił do domu po kilku latach pracy w USA i teraz opowiada swoje życie Amerykaninowi, który usiadł obok niego w kawiarni w Lahore. Jesteśmy świadkami transformacji, która jest paralelą do tego, co działo się w społeczeństwie amerykańskim po 11 września. Ostateczny wraca on do kraju jako fundametnalista, co obwieszcza nam już tytuł książki. Sposób narracji kojarzy mi się z najnowszym Myśliwskim, więc może dam tej książce szansę, mimo iż temat jakos nie wydaje mi sie zbyt wciągający.

Lloyd Jones "Mister Pip" - Lloyd Jones to nowozelandzki pisarz z całkiem bogatym dorobkiem, jednak "Mister Pip" to jego pierwsza książka opublikowana w Wielkiej Brytanii. Weszła na rynek z impetem, zdobywając the Commonwealth Writers' Prize. Akcja jest osadzona na malutkiej wyspie na południowym Pacyfiku, w niewielkiej wiosce, której opis bardzo przypadł mi do gustu:

Bougainville is one of the most fertile places on earth.  Drop a seed in the soil and three months later it is a plant with shiny green leaves.  Another three months and you are picking its fruit.  But for a machete, we would have no land of our own.  Left alone the bush would march down the steep hillsides and bury our villages in flower and vine.

Narratorką jest Matylda, której ojciec wyjechał do Australii za pracą. Matylda chodzi do szkoły, w której uczy jedyny biały człowiek na wyspie, pan Watts. Gdy w ten idylliczny świat uderza wojna, niewinność pryska, a pan Watts staje się jedyną ostoją porządku. Próbując ochronić dzieci przed barbarzyństwem i chaosem, czyta im codziennie "Wielkie nadzieje" Dickensa, w ten sposób porządkując ich świat i pokazując, jaka jest rola pamięci i potęga wyobraźni. Dla mnie brzmi to znakomicie i nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zdobędę egzemplarz!

Ian McEwan "On Chesil Beach" - dostałam tę książkę od brata na Gwiazdkę i kończę właśnie lekturę, więc za parę dni możecie się spodziewać pełnej recenzji. McEwan, który dostał już Bookera za powieść "Amsterdam", jest absolutnym faworytem, i jako faworyt jest recenzowany do obrzydzenia. Książka budzi konrowersje głównie swoją długością, która plasuje ją między powieścią a novellą. Tym niemniej treść jest całkowicie McEwanowa, a książka napisana znakomicie. Jest to opowieść o nocy poślubnej Edwarda i Florence, całkowicie niedoświadczonych i rozmijających się w swoich oczekiwaniach. To opowieść o tym, jak wiele może zmienić jeden moment i jedno zdanie, którego się nie wypowie.

Indra Sinha "Animal's People" - kolejna indyjska powieść nominowana do Bookera - nic dziwnego, że w Indiach ta nagroda cieszy się ogromnym prestiżem. Mnie, jako miłośniczkę literatury indyjskiej, cieszy to oczywiście. Narratorem "Animal's People" jest niejaki Animal, 19-letni chłopak, który był kiedyś człowiekiem, lecz wskutek wycieku chemikaliów z fabryki, w której pracował, musi poruszać się na czterech kończynach. Opowiada swoją historię używając składni równie pokręconej jak jego ciało, dzięki czemu lektura w oryginale na pewno będzie ciekawym wyzwaniem.

Więcej informacji znajdziecie tutaj. Ja bym już chciała którąś z powyższych książek trzymać w rękach, więc przeszukałam już księgarnie w Poznaniu. Oczywiście bezskutecznie... No cóż, trzeba się rozejrzeć po sieci i znaleźć najkorzystniejszą ofertę, bo szkoda czekać na polskie wydania, zwłaszcza, że mogę się nie doczekać... A jednak przeczytanie kilku tytułów przed ogłoszeniem zwycięzcy jest zdecydowanie ciekawsze niż po.

   Podróżowanie jest przeżyciem samym w sobie, przeżyciem nieporównywalnym do niczego innego, bogatym i komlpetnym. Podróżowanie i jednoczesne czytanie książki kogoś, kto pokonywał tę samą trasę wcześniej to doświadczenie tym ciekawsze i zdecydowanie rzadsze. Udało mi się to kiedyś w Patagonii, gdzie czytałam Chatwina "In Patagonia", oraz kilkakrotnie w Europie. Planując tegoroczne wakacje, nie mogłam znaleźć odpowiedniej lektury i już się prawie poddałam, gdy dosłownie w ostatniej chwili wpadła mi w ręcę książka Elli Maillart "Od gór niebiańskich do czerwonych piasków".

Ella Maillart żyła w latach 1902 - 1997, była narciarką, żelarką i dziennikarką. Ta niezwykłą kobieta, po obejrzeniu kilku fascynujących filmów, bez zastanowienia wyjechała w latach 30-tych do Zwiążku Radzieckiego. Tam najpierw udało jej się odbyć podróż na Kaukaz, a potem, dzięki niezwykłemu uporowi i determinacji pojechała tam, gdzie prawie niemożliwym było się dostać - do Azji Środkowej.

Do Turkiestanu można było się dostać tylko za zgodą Towarzystwa Turystyki Proletariackiej. Niestety, Towarzystwo miało niewiele baz, a w 1932, gdy Ella chciała odbyć swoją wyprawę, wszystkie były zamknięte. Jedynym wyjściem było dołączenie do zorganizowanej wyprawy alpinistycznej. Ella Maillart, nie bacząc na to, że nie ma doświadczenia i niezbędnego ekwipunku, wykorzystała okazję. W ciągu jednego popołudnia udało jej się przekonać kierownika wyprawy, aby ją zabrał, blefując oczywiście, iż posiada wszystko, co niezbędne, a następnie zdobyć cały ekwipunek i bilet! Wiele ryzykowała - mogła zostać wysadzona, gdy jej brak doświadzcenia wyjdzie na jaw, mogła też nabawić się poważnych kontuzji i urazów. Po co to robiła, dlaczego tak bardzo zależało jej na odwiedzeniu tego regionu?

"Za wszelką cenę chcę jechać na Wschód. Fascynuje mnie życie koczowników. Ich nieodparta potrzeba przenoszenia się z miejsca na miejsce jest mi bliska, tak samo jak nomadyzm marynarzy, którzy żeglują od jednego portu do drugiego i wszędzie czują się u siebie, a jednocześnie nigdzie jak we własnym domu, bo każdy postój to w końcu tylko przystanek po drodze..."

Jej niezależna natura i zamiłowanie do przemieszczania sie i odkrywania nowego zaprowadziły ją we wszystkie miejsca, o których marzyła: w góry Tien-shan, na pogranicze kirgisko - chińskie, oraz do starożytnych miast Szlaku Jedwabnego w Uzbekistanie. Jej relacja z tej podróży jest barwna i wartka, a świat przedstawiony wciąż zadziwia. Oprócz zwykłych przygód i atrakcji znajdziemy tu całkiem interesujące opisy życia w tworzących się dopiero republikach radzieckich, dowiemy się, jak radzili sobie nomadowie wtłoczeni do sowieckich kołchozów, zepchnięci w osiadły tryb życia, siłą edukowani. Zobaczymy oczami autorki klęskę głodu w wyjałowionym przez uprawy bawełny Kazachstanie. Spotkamy wraz z nią najprzeróżniejszych ludzi - zesłańców politycznych oraz wolnych górali, koczowników i oddanych sprawie socjalizmu przewodników pracy - zadziwiająca to mieszanka. Tego świata już nie ma, przepadł bezpowrotnie wraz z rozpadem ZSRR. Jednakże wiele rzeczy pozostało niezmienionych i współczesny podróżnik może odnaleźć w terenie wiele rzeczy opisanych przez Ellę Maillart. Góry Tien-shan wciąż są pełne koczowników, Kirgizi wciąż przemierzają konno swoje pastwiska, wieśniacy wciąż jedzą lepioszki i baraninę, a wszyscy wciąż są tak samo zadziwiająco otwarci i gościnni. Wciąż trudno uzyskać potrzebne zezwolenia, kupić bilety czy znaleźć bazę turystyczną, której w wielu miejscach wcale nie ma. Ja szukałam przede wszystkim tego ducha nieskrępowanej wolności, którym zachwyca się Maillart, i wydaje mi się, że on wciąż tam jest. Chociaż więc Azja sowiecka powoli odchodzi w zapomnienie, to nie wszystko jeszcze się zmieniło.

Książka napisana jest dość zręcznym i niezwykle obrazowym językiem, okraszonym od czasu do czasu głębszymi refleksjami o naturze podróżowania. Czyta się ją znakomicie, chociaż, jeśli czytelnik chciałby, tak jak ja, śledzić trasę podróży Elli na mapie lub w terenie, może napotkać nieco trudności, ponieważ autorka nie przywiązywała dużej wagi do dokładnej transkrypcji miejscowym nazw geograficznych i często zapisywała je dość niedbale. Niektóe z nich zmieniły się zresztą do dnia dzisiejszego, więc trudno je odnaleźć na mapie. Szkoda, że wydawca nie zatrudnił redaktora, który te wątpliwości wyjaśniłby w przypisach.

Ella Maillart napisała więcej książek i liczę, że znajdzie się ktoś, kto wyda je w Polsce, ponieważ naprawdę ciekawa jestem dalszych losów autorki i jej kolejnych wypraw. To nie była przeciętna osoba...

środa, 05 września 2007

  Książka Kiran Desai "The Inheritance of Loss", której recenzję znajdziecie poniżej, ukazał się właśnie nakładem wydawnictwa Znak. Polski tytuł brzmi "Brzemię rzeczy utraconych", przetłumaczył Jerzy Kozłowski. Druga dobra wiadomość: w ramach akcji promocyjnej Znak zaprosił autorkę do Polski! Będzie można się z nią spotkać w Warszawie, Szczecinie i Poznaniu, co również jest wyjątkowo miłe, biorąc pod uwagę, że większość interesujących pisarzy, jeśli już pojawia się w Polsce, to ogranicza się do Warszawy. Ja na pewno pojawię się na spotkaniu w Poznaniu:)

Informacja ze strony wydawnictwa:

Laureatka prestiżowej nagrody Bookera 2006 przyjedzie do Polski. Na zaproszenie Wydawnictwa Znak i British Council nasz kraj odwiedzi hinduska pisarka Kiran Desai, autorka powieści Brzemię rzeczy utraconych, za którą w zeszłym roku otrzymała – jako najmłodsza kobieta w historii – nagrodę Man Booker Prize.

Program spotkań:

W sobotę, 15 września o godz. 19.00 zapraszamy do Biblioteki Brytyjskiej w Szczecinie przy ul. Pułaskiego 10. O poszukiwaniu i zagubieniu tożsamości, o stereotypach współczesnej globalnej cywilizacji z Autorką rozmawiał będzie dziennikarz i publicysta Andrzej Skrendo. Spotkanie poprowadzi Artur Knypiński.

W poniedziałek, 17 września, o godz. 19.00 zapraszamy do Księgarnio-kawiarni TARABUK w Warszawie przy ul. Browarnej. 6. W dyskusji z Kiran Desai na temat zderzenia kultur Wschodu i Zachodu oraz roli pisarza w świecie zmieniających się wartości wezmą udział Justyna Sobolewska i Max Cegielski.

We wtorek, 18 września o godz. 19.00 w Bibliotece Brytyjskiej w Poznaniu przy ul. Ratajczaka 39 z Autorką rozmawiał będzie literaturoznawca i krytyk literacki Przemysław Czapliński. Spotkanie poprowadzi specjalizująca się w literaturze postkolonialnej filolog Dagmara Drewniak. Przed spotkaniem zapraszamy również do księgarni Bookarest, mieszczącej się w Starym Browarze, ul. Półwiejska 42, gdzie Kiran Desai będzie podpisywać swoją powieść o godz. 17.30.

wtorek, 04 września 2007

Wczoraj ogłoszono siódemkę finalistów nagrody Nike. Bez niespodzianek chyba:

  1. Maria Janion "Niesamowita słowiańszczyzna", Wydawnictwo Literackie
  2. Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli" Znak
  3. Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo" Świat Książki
  4. Tomasz Różycki "Kolonie" Znak
  5. Mariusz Szczygieł "Gottland" Czarne
  6. Marcin Świetlicki "Muzyka środka" a5
  7. Magdalena Tulli "Skaza" WAB

Myśliwski, Pilch i Tulli - powieści, Janion - esej, Szczygieł - reportaż, Świetlicki i Różycki - poezja, przynajmniej w uproszczeniu. Szkoda, że nie mamy w Polsce porządnej nagrody literackiej tylko dla prozy lub nawet tylko dla powieści, bo jak porównać ze sobą te książki?

No i już wiem, że raczej całej siódemki nie przeczytam, bo Pilcha nie trawię i raczej się nie przemogę. Zresztą w tym roku polską literaturę zaniedbywałam mocno, więc nie czytałąm jeszcze nic z tej siódemki. Po ogłoszeniu listy zajrzałam wczoraj do biblioteki osiedlowej, dzięki czemu mam już na półce Szczygła, po którego najchętniej sięgnę, i Tulli. Myśliwski był niedawno za jakąś śmieszną cenę w księgarni KKKK czy jakoś tak, a co do reszty, to trzeba będzie poszperać w innych bibliotekach. Janion bym sobie nawet chętnie kupiła, ale zdecydowanie poczekam, aż trafi gdzieś do taniej książki lub antykwariatu...

I mimo że nie czytałam nic jeszcze, to jakoś czuję, że będę rozczarowana jeśli wygra Myśliwski, mimo iż być może zasługuje na to (tak twierdzi wiele osób, które czytały "Traktat..."). Brakuje mi w Nike zaskoczenia. Zbyt często wygrywają faworyci, zbyt rzadko wynik zaskakuje.  No, ale nie ma co uprzedzać wydarzeń, zobaczymy 7 października:)

niedziela, 02 września 2007

Chyba czas pogodzić się z myślą, że nie tylko nie przeczytam całej longlisty Booker'a, ale nie przeczytam nawet jednej pozycji. No, może jedną, jako że "On Chesil Beach" już zaczęłam, a w dodatku jest wyjątkowo cienka. Ogłoszenie shortlisty już w czwartek, a w dodatku jutro lista nominacji do Nike, które mogą okazać się bardziej w moim zasięgu. Na pociechę poczytałam sobie dzisiaj recenzje nominowanych książek na blogach angielskich. Znalazłam pięć blogów, których autorzy dzielnie podjęli wyzwanie przeczytania całej trzynastki. Są to:

Z ich recenzji wyłania się dwójka faworytów: Lloyd Jones "Mister Pip" i Peter Ho Davies "The Welsh Girl". "Mister Pip" zdobył w tym roku Commonwealth Writers Prize, ale i tak u angielskich buchmacherów oba te tytuły są zaskakująco słabo obstawiane. W Empiku oczywiście tylko na zamówienie, czyli można sprowadzić za jakieś 6 tygodni... Jedyna nadzieja ewentualnie w Omnibusie... Mnie intryguje jeszcze Nicoli Barker "Darkmans". Jedyne 840 stron, których w dodatku w żadnej polskiej księgarni internetowej nie mogę znaleźć. Chyba rzeczywiście trzeba się na Nike przestawić;) Ale na razie nie odpuszczam, jedna nagroda drugiej chyba nie wadzi, skoro jeszcze miesiąc takich połowicznych wakacji przede mną. Spróbuję zdobyć te trzy tytuły, a co poza nimi, to już niech czwartkowa shortlista osądzi...

| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...