poniedziałek, 23 lipca 2007

Nie miałam siły, żeby się oprzeć. Przy całej niechęci do komerchy i do książek z pierwszych miejsc list bestsellerów, wczoraj w drodze z zapadłej doliny w górach pognałam szukać otwartej księgarni, co wbrew pozorom nie było tak proste w niedzielę wieczorem. I wreszcie leży przede mną nowiutki, pachnący farbą Harry Potter:)

Mam silne postanowienie nie spieszyć się, no bo skoro więcej części nie będzie, to szkoda połknąć go przez jedną noc. Pewnie będzie tak samo trudne do zrealizowania, jak decyzja, że będę ćwiczyć siłę woli i nie przeczytam ostatniejs trony. Chyba powinnam ją czymś zakleić... Tak czy inaczej, na początku muszę trochę nadgonić, bo mój brat, który książkę ma już od piątku, jest już na setnej stronie, a przecież nie dam mu się wyprzedzić!

Bawcie się więc dobrze w ten uroczy poniedziałkowy ranek, a ja, jako szczęśliwa przedstawicielka zawodu niewykonywanego prawie w lecie, zaraz teleportuję się na fotel i zaczynam!

 

środa, 18 lipca 2007

Lubię czytać książki, które zostały nagrodzone lub nominowane w różnych konkursach literackich. Oczywiście, nei zawsze mój gust musi się zgadzać z gustem jurorów, ale generalnie to dobra metoda znajdowania ciekawych książek. Jedną z moich ulubionych nagród literackich jest The Man Booker Prize, którą w zeszłym roku zdobyła Kiran Desai za długo oczekiwaną książkę "The Inheritance of Loss". Faworytką rzekomo była Sarah Waters, której książki bardzo lubię, więc byłam nieco rozczarowana. Tym niemniej, jako wierna fanka literatury indyjskiej, natychmiast zamówiłam książkę Kiran Desai i na dobre kilka tygodni ugrzęzłam. W międzyczasie czytałam inne rzeczy, przerywałam i zaczynałam znowu, czasem znudzona lekko, czasem po prostu zajęta, ale w końcu świat przedstawiony w powieści pochłonął mnie na tyle, że czytałam do białego rana...

Bohaterami jest kilku mieszkańców Kalimpong, miejscowości położonej w indyjskiej części Himalajów. Sai, osierocona nastolatka, przyjeżdża aby zamieszkać ze swoim jedynym żyjącym krewnym - dziadkiem i romantycznie zakochuje się w swoim nauczycielu, młodym Gurkhu. Dziadek Sai, sędzia na emeryturze, nienawidzi świata, a zwłaszcza swojej rodziny, pielęgnuje angielskie obyczaje nabyte podczas studiów na Wyspie i ze wszystkich sił stara się wymazać przeszłość, dopóki przyjazd wnuczki i jej niewinne pytania, a także wywrócenie starego porządku świata przez rewolucję, nie zmuszą go do zmierzenia się z własnymi demonami. Drugi wątek, śledzony równolegle, opowiada o Biju, synu kucharza Sai i jej dziadka, który w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża do Stanów, gdzie jako nielegalny imigrant tuła się od jednej kiepskiej posady do drugiej, próbują odnaleźć się w obcym świecie. Losy wszystkich tych postaci splatają się i uzupełniają, tworząc obraz świata globalnego, świata, w którym kompletnie nieprzygotowani przedstawiciele różnych społeczeństw muszą zmierzyć się ze światem, o jakim ich rodzicom nawet się nie śniło. Wszystko to dzieje się na tle rewolucji Gurkhów, w melancholijnym pejzażu himalajskiej wioski, w cieniu majestatycznej Kanczendzongi.

Ładna książka, niby o świecie nam obcym, ale czy teraz jakikolwiek świat jest całkiem obcy? Są krytycy, którzy polską literaturę po roku 1989 zaliczają także do nurtu postkolonialnego...

"The Inheritance of Loss" ukaże się niebawem po polsku i podobno Kiran Desai ma odwiedzić przy tej okazji nasz kraj. Jeśli dowiem się jakiś szczegółów tej wizyty, na pewno dam Wam znać.

poniedziałek, 16 lipca 2007

Mama podrzuciła mi na weekend "Córkę opiekuna wspomnień" Kim Edwards, więc odłożyłam chwilowo inne lektury, żeby sprawdzić, czy mnie wciągnie. I połknęłam ją w jeden dzień. Sprawnie napisana, momentami nieco przewidywalna, ale mimo to przykuła moją uwagę.

Młode małżenstwo spodziewa się dziecka. Nocą, wśród śnieżycy, zaczyna się poród, i z podowu zbiegu okoliczności lekarz nie dociera do kliniki. Ojciec dziecka, też lekarz, odbiera poród przy pomocy położnej. Wszystko przebiega gładko i bez zakłóceń, rodzi się śliczny i zdrowy chłopczyk, młody tatuś promienieje, gdy nagle żona zaczyna rodzić znowu. Znieczulona przez troskliwego męża nie wie, że drugie dziecko to dziewczynka z zespołem Downa. Ojciec jest w szoku - jego młodsza siostra urodziła się z wadą serca i zmarła w wieku lat dwunastu. Pamiętając ból swojej matki i chcąc go oszczędzić żonie, którą kocha ponad wszystko, podejmuje decyzję, która zaważy na życiu wielu osób - prosi położną, aby odwiozła córeczkę do zakładu dla dzieci upośledzonych, a żonie mówi, iż dziecko zmarło. Położna, nota bene od dawna zakochana w lekarzu, wykonuje polecenie, ale po dotarciu do zakładu zmienia zdanie i ucieka z dziewczynką, którą wychowa jak własną córkę.

Po przeczytaniu notki na okładce sądziłam, iż będzie to taka trochę propagandowa powieść o dziecku z zespołem Downa, pokazująca jak normalne i zwyczajne może być jego życie. Nie jest to temat dla mnie kontrowersyjny i zapewne nie wciągnęłaby mnie taka opowieść zbyt mocno. Na szczęście autorka skupiła się na innym zagadnieniu, a mianowicie - jak można żyć z kimś, kogo okłamało się w tak ważnej kwestii. Kłamstwo Davida zawisa między nim a jego żoną, tworząc barierę, której oboje są świadomi, ale nie potrafią jej pokonać - ona, ponieważ nie wie, skąd ta bariera pochodzi, a on, ponieważ nie potrafi powiedzieć jej prawdy. Bariera ta towarzyszy im bezustannie, zmieniając ich małżeństwo i całe życie. On, niszczony przez brzemię winy, wybacza jej zdrady, sądząc że sam je spowodował. Ją pokonuje bezradność, wywołana przez to, że nie tylko nie mogła uratować swojego dziecka przed śmiercią, ale nawet nie mogła nic zrobić, aby je chociaż zobaczyć i dotknąć.

Drugi wątek to historia walki przybranej matki o prawo do normalnego życia dla chorej dziewczynki, która staje się jej ukochaną córką. Ta część opowieści również nie jest pozbawiona rozterek i dylematów. Caroline musi zmierzyć się ze swoimi demonami, w tym z nieuświadomioną do końca motywacją, która stała za jej decyzją o zabraniu dziewczynki, oraz zdecydować, czy pozwoli ojcu Phoebe wziąć udział w życiu dziewczynki, gdy on tego zapragnie.

Historia to wprawdzie nieprawdopodobna, ale problemy w niej poruszone są uniwersalne, przedstawione sprawnie i wciągająco, więc polecam na jakieś spokojne popołudnie!

A ja wracam chyba do Adichie "Half of a Yellow Sun", zdobywczyni Orange Prize for Fiction w tym roku. Zapowiada się świetnie, więc już się cieszę na dzisiejszy wieczór!

sobota, 14 lipca 2007
Szczerze mówiąc, nie wiem, jak zacząć blog... Nie przywykłam do publicznego obnażania swoich myśli i nie wiem, dlaczego nagle poczułam potrzebę założenia bloga. Może dlatego, że brakuje mi takich książkowych blogów po polsku? A może także dlatego, że brakuje mi czasem partnerów do rozmów o książkach? Z nudów? A może to dobry pretekst, aby nie zajmować się poważniejszymi obowiązkami;) Tak czy inaczej, miło mi przywitać się z Wami, nieznanymi mi jeszcze. Mam nadzieję, że się wkrótce poznamy i że moje lektury i refleksje pobudzą Was do komentarzy i wymiany myśli. Nie bardzo wierzę we własne zdolności recenzenckie, ale spróbuje:)
1 ... 96 , 97 , 98
 
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...