piątek, 24 listopada 2017

W świat Śródziemia wpadłam po uszy jakoś w połowie liceum i nigdy się na dobre nie wynurzyłam. Najpierw był „Władca pierścieni”, potem „Hobbit”, po kilku latach powtórka. Potem inne książki, filmy, powroty. Bałam się tylko „Silmarillionu”. Wydawało mi się, że zawiera plątaninę zawiłych informacji genealogicznych i dane historyczno-geograficzne. Mogłabym dzisiaj stwierdzić, że poniekąd miałam rację – „Silmarillion” stanowi swoiste kompendium wiedzy o historii Śródziemia. Jednocześnie jednak myliłam się, bo to niedokończone opus magnum Tolkiena jest czymś dużo bardziej pojemnym.

Mimo to nie wracałam do niego. Zadowolona, że udało mi się go raz przeczytać, mogłam stwierdzić, że była to satysfakcjonująca lektura, ale bardziej ciągnęło mnie do kolejnej lektury „Władcy pierścieni”. Niedawno skusiło mnie jednak ładne wznowienie i pomyślałam, że czemu nie, mogę zmierzyć się  z tym nie tak długim przecież tekstem ponownie. Czytam więc sobie ten „Silmarillion” niespiesznie, po miesiącu jestem kawałek za połową, i już wiem, że dawniej nie byłam na tę lekturę gotowa. Teraz jestem. Czytam z podziwem, chwilami z zachwytem i cieszę się, że Christopher Tolkien odważył się zebrać nieuporządkowane fragmenty i ułożyć je w całość po śmierci ojca.

„Silmarillion” jest dziwną mieszanką. Po części stanowi tło do „Władcy pierścieni”, niezwykle interesujące dla kogoś, kto zna tę książkę na pamięć. Jednocześnie zawiera bogactwo opowieści, które z historią Froda niewiele łączy. Tyle tu tego! Morderstwa, spiski, miłość, przeznaczenie, bogowie, półbogowie, demony. Trudno ogarnąć, można przepaść na całe lata. Jeśli Peter Jackson kiedykolwiek uzyska zgodę na ekranizację i się jej podejmie, będę mu zazdrościć i współczuć z całego serca.

Dlaczego więc warto czytać „Silmarillion”? Nie potrafię ogarnąć tej książki, spróbuję więc maksymalnie uprościć odpowiedź na to pytanie, sprowadzając ją do kilku punktów.

1. Styl. Pamiętać przy tym należy, że czytając po polsku, zdajemy się na łaskę tłumacza, w tym wypadku Marii Skibniewskiej. I choć jestem gorącą wyznawczynią jej przekładów, czytałam wcześniej „Silmarillion” w oryginale i wiem, z jak trudnym zadaniem przyszło jej się zmierzyć. Tolkien starał się pisać w stylistyce staroangielskiej. Ta zaś miała przede wszystkim specyficzną składnię i wyraźną rytmikę. Wydaje mi się, że w literaturze polskiej nie było utworów, na których tłumaczka mogłaby się wzorować, budując swój własny język. Zresztą nawet gdyby były, Tolkien swobodnie przeskakiwał między konwencjami, nie odtwarzał staroangielskiego, czerpał z niego, tworząc własny styl. Nie jest możliwe oddanie wszystkich jego cech i niuansów w przekładzie, niemniej uważam, że tłumaczenie Marii Skibniewskiej jest piękne i stosunkowo dobre. Niestety, tłumaczka zmarła, nie dokończywszy pracy, nie zdążyła przygotować ostatecznej wersji tekstu. Mimo to „Silmarillion” czyta się doskonale, warto też zwracać uwagę na składnię. Lubię czytać fragmenty na głos, brzmią inaczej niż każda inna proza.

2. „Silmarillion” jest inny niż „Władca pierścieni” i „Hobbit”. Nie ma jednej osi narracyjnej. Może to brzmieć odstraszająco, ale nie znaczy, że w tę książkę nie da się wciągnąć i że nie ma ona żadnej fabuły. Ma, i to w nadmiarze! To coś w rodzaju mitologii, w całości stworzonej przez Tolkiena, spójnej i przykuwającej uwagę.

3. Postaci kobiece. Kocham Tolkiena za Galadrielę, za Melianę (przodkinię Elronda), za Lúthien, za Halethę i kilka innych. „Władca pierścieni” nie obfituje w ciekawe bohaterki (wyjątkiem jest Éowina), w „Silmarillionie” jest ich pod dostatkiem.

4. Rozmach. Nie umiem tego inaczej ująć. No ale sami powiedzcie, ile trzeba mieć fantazji, żeby poświęcić życie stwarzaniu świata i meblowaniu go, doprowadzaniu do stanu niemalże rzeczywistego. Widać to najlepiej właśnie w „Silmarillionie”, w którym epickość doprowadzona jest do doskonałości.

5. Ungolianta. Jak nie kochać książki, w której występuję olbrzymia pajęczyca żywiąca się światłem? Jej córką była Szeloba, dzięki której moja córka oswoiła lęk przed pająkami (na jej półce z książkami mieszka pająk, któremu dała imię Szeloba. Ja miałam swoją Ungoliantę na balkonie, ale niestety zniknęła).

Mogłabym tak jeszcze długo, ale nie ma to chyba sensu. Lektura „Silmarillionu” sprawia, że wszystko wskakuje na swoje miejsce, rozrzucone elementy, z których zbudowany jest „Władca pierścieni”, nagle zaczynają do siebie pasować. Tak, jest skomplikowany. Nie da się zapamiętać wszystkich imion. Ba, nie da się zapamiętać nawet połowy imion! Ciągle trzeba zaglądać do zamieszczonego na końcu książki indeksu. Elfy są wkurzające. Czytanie tej książki jest jak wielogodzinna lektura apendyksów. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeczytać ją w ciągu miesiąca, przypuszczam, że skończę najwcześniej w styczniu. Ale mimo to ciągle do niej wracam, podkreślam kolejne fragmenty. Czasem jakaś część mnie pochłonie, za to potem męczę się przez kilkanaście stron. Myślę, że tak właśnie trzeba czytać tę książkę. Powoli, czasem w bólach, częściej jednak z zachwytem. Tolkien potrafi olśnić, niektóre zdania zostają na dłużej. Potrafi też zmęczyć.

Czytajcie więc, jeśli jesteście już po lekturze „Władcy pierścieni”. Jeśli nie, sięgnijcie raczej najpierw po tamtą książkę i nie dajcie się zniechęcić pierwszej części, która jest chyba najmniej atrakcyjna. A kiedy wpadniecie po uszy, zmierzcie się z „Silmarillionem”.

A może już czytaliście? Podzielcie się wrażeniami!

J. R. R. Tolkien "Silmarillion"

Tłum. Maria Skibniewska

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2017

piątek, 10 listopada 2017

Chciałabym, żeby cała Polska przeczytała tę książkę. Żeby była lekturą obowiązkową w szkołach, żeby czytali ją dorośli, żeby jej znajomość była czymś oczywistym. Ta emocjonalna, miejscami chaotyczna opowieść dwójki szwedzkich dziennikarzy wyjaśniłaby wiele nieporozumień i rozwiała niejeden mit, który narósł wokół tematu uchodźców. Niestety, przeczytają ją przede wszystkim ci, którzy i tak podstawową wiedzę o uchodźcach posiadają.

Annah Björk i Matthias Beijmo nie zajmowali się wcześniej równie ciężkimi tematami. Pisali o muzyce, robili wywiady z gwiazdami. Pojechali do Grecji w charakterze wolontariuszy, a podczas pracy na Lesbos zaczęli zastanawiać się, co dzieje się po drugiej stronie morza, w Turcji. Temat na tyle ich dręczył, że postanowili pojechać i sprawdzić.

Nie była to błaha decyzja, bo Turcja nie wita dziennikarzy z szeroko otwartymi ramionami. W czasie, kiedy Björk i Beijmo tam pojechali, w tureckich więzieniach siedziało kilkunastu dziennikarzy. Nie mogli się więc spodziewać niczego dobrego ze strony władz i żandarmerii. Ludzie, których codzienność chcieli podejrzeć, też nie mogli być do nich dobrze nastawieni. Uchodźcy korzystają z usług przemytników, którzy działają nielegalnie. W grę wchodzą duże pieniądze, ale kary za przemyt ludzi są wysokie. Trudno się spodziewać, że jakikolwiek przemytnik z radością powita na swoim terenie dziennikarzy z Europy.

Autorzy "Łodzi 370" wiedzą, że podejmują duże ryzyko. Oboje mają dzieci, są więc przerażeni tym, na co się porwali. Ważą każdy krok, zmieniają codziennie hotele, jednocześnie bojąc się, że tym też zwracają na siebie uwagę. Ich rozedrganie przełoży się na wzajemne relacje. A kiedy zaczną dokonywać odkryć, zrobi się jeszcze trudniej. Ciężar tego, o co się otarli, przytłoczy ich, nie na tyle jednak, żeby ich zniechęcić.

Dopiero po jakimś czasie zrozumieją, czym powinni się zająć. W nocy z 4 na 5 stycznia 2016, właśnie wtedy, kiedy przebywali w Turcji, tonie łódź z uchodźcami. Björk i Beijmo postanowią, że dowiedzą się, co stało się z ludźmi, którzy tą łodzią podróżowali. To, co odkryją w międzyczasie, i to, w jaki sposób będą tych odkryć dokonywać, jest tematem ich książki.

Wszyscy wiemy, że w morzu Śródziemnym toną ludzie. Zobojętnieliśmy już trochę na kolejne wiadomości o łodziach, które poszły pod wodę. To też strategia obronna, tak jest nam po prostu łatwiej. Szwedzcy dziennikarze wyrywają nas z bezpiecznego kokonu, zmuszają do pochylenia się nad losem pojedynczych osób, które zginęły, próbując przedostać się na nasz kontynent. Myślę, że ważne jest przeczytanie o nich i zapamiętanie, także uniemożliwić sobie obojętność. Lektura "Łodzi 370" uświadomiła mi też, że ci ludzie nie toną przypadkiem. To nie jest tak, że płynie łódź, nikt o niej nie wie, zaczyna się sztorm i nic się nie da zrobić. Niejednokrotnie straż przybrzeżna doskonale wie, gdzie znajdują się tonący ludzie i ma trochę czasu, żeby do nich dotrzeć. Kiedy ponton nabiera wody, jego pasażerowie dzwonią po straż, wysyłają smsy z lokalizacją, błagają o pomoc. Ta wiedza mną wstrząsnęła.

Jednocześnie "Łódź 370" to książka o powstawaniu reportażu i o cenie, jaką się płaci za zajęcie się tak trudnym tematem. Autorzy muszą się uporać nie tylko z realnymi zagrożeniami, ale także, a może przede wszystkim, ze swoimi emocjami. W czasie pracy nad tematem nie potrafią zająć się niczym innym, obsesyjnie wracają do tematu łodzi w rozmowach. Redakcje nie są jednak zainteresowane. To już było, nikt nie będzie chciał czytać kolejnego artykułu o uchodźcach - słyszą.

Nie da się ukryć, ta książka mocno działa na emocje czytelnika. Mam jednak nadzieję, że przeczytacie, też dlatego, że to ciekawy przykład książki, która jest napisana w bardzo zwyczajny, nawet przeciętny sposób, a jednak ma wielką siłę rażenia.

Moja ocena: 5.5/6

Annah Björk, Matthias Beijmo "Łódź 370. Śmierć na morzu Śródziemnym"

Tłum. Irena Kowadło-Przedmojska

Wydawnictwo Agora 2017


| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...