poniedziałek, 20 lutego 2017

 

Nie każda migocząca i efektowna okładka skrywa wartościowe wnętrze, jednak w przypadku debiutanckiej powieści Lily Brooks-Dalton "Dzień dobry, północy" nie ma się czego obawiać. To książka pięknie napisana i zaskakująco mądra.

Dwoje bohaterów dzielą niewyobrażalne tysiące kilometrów. Augustine przebywa na arktycznej stacji badawczej, Sully jest na statku kosmicznym wracającym z Jowisza, po odbyciu najdalszej podróży, na jaką ludzkość się jak do tej pory porwała. Możliwe, że jest to też ostatnia daleka podróż przedstawiciela ludzkości, ponieważ na Ziemię spada nieoczekiwany kataklizm. Nie wiemy nic na jego temat, wiemy jedynie, że pewnego dnia na stację arktyczną przyleciał samolot, a wszyscy badacze otrzymali rozkaz ewakuacji i powrotu do swoich rodzin. Augustine odmówił wyjazdu, po części dlatego, że nie miał do czego i do kogo wracać. Sully i jej towarzysze zaskoczyło milknące znienacka radio. Podejrzewali awarię, jednak przekonawszy się, że bez problemy odbierają sygnały z rozmieszczonych przez siebie sond, zrozumieli, że to na Ziemi coś się musiało stać. I tak Augustine zostanie zdany sam na siebie w Arktyce, oni zaś muszą przetrwać wiele miesięcy ciszy w eterze, zanim dotrą w pobliże Ziemi i będą się mogli dowiedzieć, czy stało się coś strasznego i czy ich rodziny żyją.

Nie jest to dystopia, mimo że czasami tak właśnie jest ta książka reklamowana. To liryczna i melancholijna opowieść o samotności dwojga ludzi, którzy nie wiedzą, dlaczego świat nagle zamilkł. W dzwoniącej w uszach ciszy zarówno Augustine jak i Sully poczują się zmuszeni do spojrzenia wstecz. Choć do tej pory zdawało im się, że najważniejszą siłą napędową jest dla nich ambicja i pęd do wiedzy, w obliczu potencjalnego końca świata zdają sobie sprawę, że nie wiedzieli o sobie wszystkiego i że popełnili wiele błędów. Oboje regularnie przeszukują kolejne częstotliwości w poszukiwaniu jakiegokolwiek głosu, czytelnik zaś śledzi ich losy w napięciu, czekając na to, żeby udało im się ze sobą porozumieć.

Choć część bohaterów przebywa na statku kosmicznym, "Dzień dobry, północy" nie zawiera zbyt wielu elementów powieści science-fiction. Autorka nie roztrząsa technicznych szczegółów związanych z lotem, nie wyjaśnia też, jak daleko posunęła się ludzkość w swoich badaniach kosmicznych. Podróż na Jowisza jest tylko pretekstem do umieszczenia Sully w środowisku równie odizolowanym od świata, jak stacja badawcza w Arktyce. Nic też nie wiadomo o apokalipsie, i choć czytelnik chciałby zapewne wiedzieć coś więcej, autorka konsekwentnie trzyma się swojego tematu. Pisze o porażkach, o rodzicielstwie, o odpowiedzialności za drugiego człowieka i żalu za czymś, z czego się zrezygnowało.

Nie sądźcie jednak, że cała książka składa się z rozważań i wspomnień. Augustine ma towarzyszkę, której obecności się nie spodziewał - kiedy samolot z jego towarzyszami odlatuje, mężczyzna odnajduje w jednym z pomieszczeń dziewczynkę. Nie jest tym zachwycony, ale nie może się jej pozbyć, ponieważ radio milczy i nikt po małą nie wraca. Obserwuje ją i wraz z nią zaczyna odkrywać piękno świata, który go otacza, a którego do tej pory nie dostrzegał, ciągle wpatrując się w swój teleskop. Nietzsche napisał, że jeśli patrzy się zbyt długo w otchłań, otchłań zacznie patrzeć w nas. Augustine za długo patrzył w gwiazdy, ale teraz odrywa od nich wzrok, żeby patrzeć na bawiące się na śniegu dziecko. Sully również będzie musiała zmierzyć się z praktycznymi i emocjonalnymi wyzwaniami. Pozornie nie dzieje się wiele, jednak od lektury trudno się oderwać, a bohaterowie stają się zaskakująco realni.

Lily Brooks-Dalton wykorzystała w tytule fragment wiersza Emily Dickinson (z tego samego tytuły skorzystała Jean Rhys, której doskonała, mroczna książka Good Morning, Midnight nie została nigdy wydana po polsku). Wydaje mi się, że wiersz Emily też nie ma polskiego tłumaczenia, przeczytajcie więc w oryginale:

Good morning, Midnight!
I'm coming home,
Day got tired of me –
How could I of him?

Sunshine was a sweet place,
I liked to stay –
But Morn didn't want me – now –
So good night, Day!

Ta książka też jest takim spokojnym pożegnaniem ze światem, który był, a którego bohaterowie na własne życzenie się w jakimś stopniu wyrzekli. Kryje w sobie kilka niespodzianek, które czytelnika urzekną i na moment wytrącą z równowagi, odwracając ostatnią stronę będziemy jednak czuli przede wszystkim spokój. Kojąca, piękna powieść, nie do przegapienia.

Moja ocena: 6/6

"Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

Tłum. Magdalena Słysz

Wydawnictwo Czarna Owca 2017




wtorek, 07 lutego 2017

"Proszę napisać o mnie prawdę" - poprosił Marcina Kąckiego jeden z bohaterów jego reportaży, okryty niesławą arcybiskup Paetz. I Kącki napisał. Nie sądzę, że o to chodziło arcybiskupowi, czytelnik jednak nie może narzekać.

Kącki bowiem niczego nie owija w bawełnę. Jeśli jakieś pytanie może zostać uznane za niewygodne, można mieć stuprocentową pewność, że zostanie ono zadane. Tak, jak podczas rozmowy z Mikloszem, romskim skrzypkiem, i jego partnerką Anną Markowską, prowadzącą fundację Szczęśliwi Cyganie. Anna nie chce wypowiedzieć słowa ginekolog, żeby nie wspominać o lekarzach, którymi Cyganie pogardzają. Oczywiście Kącki wypowiada je przy pierwszej okazji, obserwując reakcję Miklosza. Bezlitośnie wytyka swoim rozmówcom nieścisłości, przypominając o sprawach, o których wolą nie pamiętać. Jeśli przez telefon ktoś odmawia rozmowy z nim, staje po prostu pod drzwiami tej osoby niezapowiedziany. Pyta, drąży, sprawdza. A potem spisuje to wszystko bez ozdobników, zwięźle, a jednak intrygująco.

Obraz zaś, który z tych jego opowieści się wyłania, zdecydowanie nie podnosi na duchu. Trudno się zresztą temu dziwić, zważywszy, że motywem przewodnim tego zbioru tekstów są przestępstwa. Bohaterami Kąckiego są oszuści i oszukani, ludzie skrzywdzeni przez innych i ci, którzy mniej lub bardziej świadomie krzywdzili. Mam wrażenie, że łączy ich to, jak bardzo są w tej swojej tragedii zwyczajni. Oszustka, która naciągnęła wiele osób na bajeczne kwoty, to zwyczajna dziewczyna z małego miasteczka, która już jako nastolatka próbowała naciągać innych. Fałszywy komornik, próbujący zdobyć wielkie pieniądze, to całkiem przeciętny przedstawiciel handlowy. Bezcenny obraz Moneta został z poznańskiego muzeum wyniesiony przez człowieka, który nie ma pojęcia o sztuce. I tak dalej, i tak dalej, zwykli ludzie, których nikt by nie podejrzewał o działalność kryminalną.

Najsmutniej w tym wszystkim wypadają opowieści o ludziach, którzy równie zwyczajnie zostali ofiarami. Dzieci leczone, a właściwie nieleczone przez niezrównoważoną lekarkę w poznańskim Centrum Stomatologii, kobieta przyjmująca lek, na którego ulotce nie umieszczono informacji o wszystkich możliwych efektach ubocznych, nastolatki molestowane przez trenera siatkówki. Jak niewiele czasem trzeba, żeby życie zmieniło się całkowicie.

Reportaże Kąckiego mogłyby dostarczyć inspiracji wielu autorom kryminałów. Sprawy przez niego opisane bywają bardziej zagmatwane i zaskakujące niż wiele fikcyjnych przestępstw. Kącki pisze dość zwięźle, jednak na tyle zręcznie dawkuje informacje, że często trudno się oderwać od lektury. Czasami tylko ta zwięzłość irytuje, zwłaszcza kiedy dana historia kończy się znienacka i chciałoby się wiedzieć coś więcej. Żałuję, że autor nie zdecydował się na dopisanie do niektórych rozdziałów post scriptum. Reportaże z "Plaży za szafą" były wcześniej publikowane w prasie, przygotowując książkowe wydanie można było pokusić się o sprawdzenie dalszych losów niektórych bohaterów. Choć nie przeczę, że te zawieszone ostatnie zdania bywają bardzo intrygujące i mocno działają na wyobraźnię. Kącki zresztą potrafi zgrabnie zacząć i skończyć - niektóre pierwsze, a zwłaszcza ostatnie zdania to prawdziwe majstersztyki

Zdarzają się w "Plaży za szafą" teksty słabsze, bardzie błahe, na szczęście jednak giną między mocnymi, wywierającymi duże wrażenie reportażami. Łączą się w fascynującą i nieco przerażającą całość, będącą opowieścią o dziwnym kraju, w którym dzieją się dziwne i smutne rzeczy.

Moja ocena: 5/6

Marcin Kącki "Plaża za szafą"

Wydawnictwo Agora 2017



niedziela, 05 lutego 2017

Grupka bohaterów powieści Elif Shafak to przedziwna zbieranina. Omar pochodzi z Turcji, studiuje nauki polityczne, ale bardziej interesują go dziewczyny. Jego dwaj współlokatorzy to Amed, pobożny Marokańczyk i pochodzący z Hiszpanii Piyu. Są też dziewczyny – fantastycznie gotująca bulimiczka Alegre oraz uzależniona od czekolady Gail. Dzieli ich niemalże wszystko – temperament, pochodzenie, obsesje i fobie, łączy zaś poczucie wyobcowania.

Elif Shafak dobrze wie, jak to jest być obcym. Choć z pochodzenia jest Turczynką, urodziła się we Francji. Mieszkała w Turcji i w Hiszpanii, tak jak jej bohaterowie studiowała na amerykańskim uniwersytecie i obecnie mieszka w Stanach. Pisze o ludziach, którzy starają się zrozumieć samych siebie, konfrontując się ze światem, który zawsze wydaje się obcy. Rzuceni w obce środowisko boją się tego, jak są postrzegani. Chcą stać się kimś innym, a jednocześnie nie potrafią tego zrobić. W jednej ze scen Abed siedzi w kawiarni i obserwuje dziewczyny w chustach na głowach. Nie potrafi oderwać od nich wzroku, wpatrując się w nie dużo intensywniej, niż inni klienci. Boi się, że się czymś skompromitują, ocenia je niejako w imieniu Amerykanów, którzy wcale nie są nimi zainteresowani, ale też taksuje wzrokiem tych, którzy mogliby je zbyt surowo osądzić.

Najciekawszym i zarazem najbardziej przerażającym symbolem obcości jest język. „Araf” to pierwsza książka, którą Shafak napisała w języku angielskim i widać w niej fascynację autorki wpływem, jaki wywiera na nas komunikacja w obcym języku. Fascynacją tą obdarza także swoich bohaterów. Omar ubolewa, że wyrzekając się swojej ojczyzny, musiał wyrzec się zarazem znaków diaktrycznych w swoim imieniu. W Turcji był Ömerem Özsipahioğlu, w Ameryce stał się Omarem. „To, co dzieje się z imieniem na obcym terytorium, podobne jest do tego, co się dzieje z pokaźną porcją szpinaku w czasie gotowania – do głównego składnika można dodawać nowe smaki, ale jego objętość wyraźnie się kurczy. Takiej właśnie redukcji podlega cudzoziemiec w pierwszej kolejności” – pisze Shafak.

Nie trzeba być jednak cudzoziemcem, żeby zmagać się z własnym imieniem. Gail porzuca swoje prawdziwe imię, z którym nie czuje się dobrze. Zanim wymyśli imię, pod którym ją poznajemy, próbuje innych kombinacji, pożyczając sobie na przykład imię kogoś innego. Wierzy, że nazywając się inaczej, zmienia swój los, chciałaby mieć „możliwość przemianowania wszystkiego dookoła, łącznie z nami samymi”.

Wszyscy bohaterowie „Arafu” zresztą chcieliby być kimś innym, choć nie wszyscy uświadamiają to sobie tak dobrze, jak Omar, który już w samolocie do Stanów przeobrazić się i wypracować w sobie całkiem nowe cechy charakteru. Rozumie, że „będąc cudzoziemcem, nie można już być skromnym sobą” – jest się przedstawicielem swojego narodu, a to zupełnie co innego.

„Araf” to powieść napisana w 2004 roku, a jednak wydaje się dzisiaj wyjątkowo aktualna. Shafak udowadnia, że poczucie wyalienowania ze społeczeństwa nie musi dotyczyć tylko emigrantów. Jeszcze trudniej jest czuć się obcym w swoim własnym kraju. Wstrząsająco aktualne wydają się rozważania Omara:

„Kto jest prawdziwie obcy – ten, kto mieszka za granicą i wie, że jego prawdziwy dom znajduje się gdzie indziej, czy ten, kto wiedzie żywot obcego we własnym kraju i nie ma swojego miejsca na ziemi?”

Być może właśnie teraz, w czasach, w których nacjonalizm zaczyna dominować w tak wielu krajach, także w Ameryce, warto czytać powieść Shafak? Nie jest to jej najlepsza książka. Za dużo w niej wątków pobocznych, niektóre sceny wydają się zbędne, część rozważań ociera się o pretensjonalność. Jednocześnie nie sposób od czasu do czasu nie zatrzymać się na dłużej, kiedy wyjątkowo poruszająca scena lub trafne sformułowanie wytrącą nas na chwilę z równowagi i każą zastanowić się nad tym, na ile sami potrafimy być sobą w miejscu, w którym przyszło nam żyć.

Moja ocena: 4.5/6

Elif Shafak "Araf"

Tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak 2017

Inne książki Shafak w Mieście Książek:

"Uczeń architekta" (klik) - 6/6

"Bękart ze Stambułu" (klik) - 6/6


| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...