poniedziałek, 07 maja 2012

Ostatnio różnie trafiam z lekturami. Zazwyczaj wybieram książki na tyle starannie, że nie rzadko zdarzają się wpadki, czasem jednak sięgam po coś pod wpływem impulsu, albo w celu wyjścia poza swoją strefę komfortu. Najpierw był bardzo dobry kryminał. "Niebo to miejsce na ziemi" Åke Edwardsona to piąty tom cyklu o komisarzu Winterze. I o ile nie ma chyba sensu czytać go, jeśli nie miało się w ręku wcześniejszych, o tyle przy znajomości poprzednich jest po prostu znakomity. Oczywiście, jak to u nas bywa, jest to pierwsza książka Edwardsona wydana w Polsce, i bardzo się cieszę, że nie sięgnęłam po nią od razu. Tyle jest tu odniesień do poprzednich tomów, przewija się masa bohaterów, z których żaden nie jest specjalnie przedstawiany, że zapewne łatwo się pogubić, a i przyjemność żadna, jeśli nie zna się kontekstu wydarzeń. Na szczęście zaczęto wydawać Edwardsona jeszcze raz, tym razem po kolei, i dzięki temu mogłam polubić tego eleganckiego Erica Wintera i jego często ekscentrycznych współpracowników.

W najnowszej części splatają się dwie historie kryminalne, pozornie ze sobą niezwiązane. Córeczka Erica jest już w przedszkolu, i można się spodziewać, że Eric znowu zostanie osobiście wmieszany w historię mężczyzny, który zaprasza przedszkolaki do swojego samochodu. Nie zdradzę, że córeczkę Erica spotka coś złego, ale powiem, że autor nie zdecydował się na żadne tanie chwyty, i chwała mu za to. Intryga jest nie najgorsza, chociaż oczywiście możemy się domyślić rozwiązania sporo przed końcem, za to tło jest jak zwykle znakomite. Oczywiście, tak samo jak w przypadku innych serii kryminalnych, wszystko rozbija się o to, czy polubimy bohaterów, czy też nie. Winter da się lubić, w dodatku oprócz rozmyślania o zbrodni, duma też nad życiem i częstokroć jego refleksje wydają się równie ciekawe, jak dochodzenie.

Kolejna lektura, niestety, okazała się słabsza. Kupiłam "Altanę" Mary Nichols, bo pamiętałam dość zachęcające recenzje na blogach angielskich. Zapowiadała się znakomicie - angielska rezydencja, dziewczyna z wyższych sfer zmuszona do oddania dziecka z nieprawego łoża, rodzinne sekrety i pierwsza wojna światowa w tle. Niestety, z realizacją było nieco gorzej, chociaż może nie powinnam narzekam, bo ubawiłam się przednio. Co dwie - trzy strony przepowiadałam, co będzie dalej, i trafiałam bez pudła za każdym razem. Każdym! Przyznajcie sami, nic tak nie poprawia humoru, jak trafianie w cel za każdym razem;) Oczywiście, gdyby tak było do końca, szybko znudziłaby mi się lektura, na szczęście po kiepskim początku jest już trochę lepiej. Zamiast kolejnych, średnio zaskakujących zwrotów akcji, autorka skupia się na bohaterach, akcja spowalnia, z korzyścią dla całości. I choć żadnych niespodzianek raczej wam fabuła nie sprawi, jeśli lubicie Kate Morton, to i Mary Nichols powinna się sprawdzić w charakterze lekkiego, wciągającego czytadła z klimatem.

Po przewróceniu ostatniej kartki stwierdziłam jednak, że mam ochotę na coś odrobinę lepiej napisanego, i wyjęłam z półki książkę, którą już dawno chciałam przeczytać, ale dopiero ukazanie się polskiego tłumaczenia dało mi impuls. "Jeff w Wenecji, śmierć w Waranasi" Geoffa Dyera ma intrygujący tytuł (angielski brzmi nieco lepiej - "Jeff in Venice, death in Varanasi"), klimatyczną okładkę, dobre recenzje i w dodatku część akcji toczy się w Indiach. Byłam przekonana, że mi się spodoba, a tymczasem - wielkie rozczarowanie. W pewnym momencie byłam wręcz przekonana, że jej nie skończę, i właściwie dobrnęłam do ostatnich stron z poczucia obowiązku.

Na książkę składają się dwie paralelne opowieści. W pierwszej, Jeff, angielski dziennikarz z kryzysem wieku średniego, jedzie na Biennale do Wenecji. Tam poznaje piękną Amerykankę, która z niewyjaśnionych przyczyn idzie z nim do łóżka. Uprawiają dziki seks (opisany z dość niesmacznymi szczegółami, niesmacznymi być może głównie dlatego, że Jeff ani nie wzbudził mojej sympatii, ani mi nie pasował do roli namiętnego kochanka i nie miałam ochoty zagłębiać się w szczegóły jego pożycia intymnego), chodzą na kilka imprez dziennie, wciągają kokainę i od czasu do czasu toczą wyrafinowane dyskusje o sztuce, które są jeszcze najciekawszą częścią całości. I tyle. Potem Biennale się kończy, a my trafiamy do Waranasi, z narratorem, który może być Jeffem, ale nie musi (tym razem narracja toczy się w pierwszej osobie). I właściwie historia się w pewnym stopniu powtarza, znowu zamiast zajmować się pisaniem, bohater wędruje po mieście i poznaje kolejnych imprezowiczów, z tym że ta część zdecydowanie bardziej przypomina przewodnik turystyczny.

Może gdybym była mężczyzną, który właśnie ufarbował swoje pierwsze siwe włosy i jego głównym zmartwieniem jest to, czy jest jeszcze atrakcyjny, znalazłabym w tej książce coś dla siebie, tymczasem jednak nie porwały mnie nawet opisy Waranasi - o dziwo, już Wenecja zaciekawiła mnie bardziej, być może dlatego, że obraz Biennale, które bynajmniej nie jest opisane jako wydarzenie artystyczne, a jako jedna niekończąca się impreza, której uczestnicy dbają tylko o to, aby zaliczyć wszystkie wydarzenia, na których "warto" być, i bynajmniej nie chodzi tu o wernisaże. Całość jednak zdecydowanie rozczarowuje.

Na szczęście kolejna lektura wynagrodziła mi to z nawiązką, ale o tym w następnym wpisie!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Znikam na cały tydzień - jak przyjemnie to napisać:) Recenzje muszą poczekać, a dodam, iż przeczytałam jeden dobry kryminał i dwie powieści, o których nie do końca wiem, co sądzić - może kilka dni oddechu pomoże mi wyrobić sobie zdanie. Pakuję torbę książek plus Kindle'a - wiedziałam, że Kindle nie przeszkodzi mi w zabieraniu papierowych książek, o ile oczywiście jadę samochodem, i jadę odetchnąć chłodniejszym, górskim powietrzem. Życzę Wam cudownej pogody, mnóstwo czasu na czytanie pod chmurką i udanych lektur!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Jako że śledziłam zapowiedzi wydarzeń na Światowy Dzień Książki w sieci, nie miałam specjalnych oczekiwań, wychodząc dzisiaj z pracy i kierując się w stronę księgarni. Mimo to jednak byłam mocno rozczarowana, a jeszcze bardziej zdziwiona, że można odwiedzić kilka księgarni w centrum miasta i nie zorientować się nawet, że dzisiaj jest jakieś książkowe święto. Tyle się mówi o spadku czytelnictwa w Polsce, organizowane są różne akcje, ale jeśli osoby, które powinny być najbardziej zainteresowane tym, czy Polacy czytają i kupują książki, czyli księgarze, nie korzystają z tak doskonałej okazji, aby sprzedać więcej, to chyba powinniśmy się przestać dziwić. W Wielkiej Brytanii, gdzie książki czyta znacznie większy procent społeczeństwa, w Światową Noc Książki rozdaje się tysiące darmowych egzemplarzy, przy każdej (KAŻDEJ) okazji księgarnie zachęcają ciekawymi promocjami, wystawami tematycznymi, Dzień Książki jest zaś szeroko reklamowany w prasie. U nas zaś promocje owszem, są, ale głównie z księgarniach internetowych. A to chyba chodzi o to, aby przypadkowy przechodzień poczuł się skuszony informacją, że jest święto książki i że można coś kupić po promocyjnej cenie, a w księgarni internetowej o przypadkowego przechodnia raczej trudno.

W każdym razie rozczarowana brakiem jakiejkolwiek informacji o tym, że dzisiaj jest takie święto wróciłam do domu z pustymi rękami, w ramach poprawy humoru zamówiłam sobie kilka książek w księgarniach online (niewiele, bo nie lubię kupować książek na odległość), a na odtrutkę postanowiłam opowiedzieć o moich ulubionych księgarniach świata. Nie będzie to ranking księgarni najlepszych czy też najpiękniejszych, ale moja czysto subiektywna lista miejsc, do których koniecznie trzeba zajrzeć, będąc gdzieś w pobliżu.

1. Barter Books, Alnwick, Anglia

Wiele lat temu, gdy spędzałam wakacje w północnej Anglii i w Szkocji, odkryłam po razu pierwszy urok angielskiego antykwariatu. Wcześniej zdarzyło mi się odwiedzać sklepy z używanymi książkami, ale chyba źle trafiałam, tym razem jednak było inaczej. W Londynie trafiłam do słynnego antykwariatu The Quinto, jeszcze w starej lokalizacji, zaś jadąc na północ przeczytałam w przewodniku o Barter Books, i zapragnęłam tam trafić. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, bo na poprzednim kempingu zostawiłam mapę i jechałam tylko po drogowskazach, których akurat było jak na lekarstwo. Zaczęłam więc wypytywać ludzi w mijanych miasteczkach, ale gdy pytałam o Alnwick, napotykałam na puste spojrzenia. Gdy byłam już bliska rezygnacji, uratował mnie pewien młody chłopak, na tyle błyskotliwy, by zorientować się, w czym leży problem - otóż Alnwick wymawia się bardziej jak "anyk" lub "enyk". Gdy w końcu trafiłam we właściwie miejsce, od razu wiedziałam, że warto było błądzić. Barter Books to magiczne miejsce. Ulokowany w budynku wiktoriańskiego dworca kolejowego antykwariat jest jednym z największych w Anglii i na pewno jednym z najpiękniejszych.

Wnętrze wypełniają książki, sentencje, zaś pod sufitem jeździ mały, zabawkowy pociąg. Jest kafejka, wygodne kanapy i tysiące woluminów.

Zdjęcia z sieci: 

2. The Strand, Nowy Jork

Księgarnia - legenda. Podobno mieści 18 mil półek, gdy więc weszłam do środka i zobaczyłam, jak niewielką zajmuje przestrzeń, byłam nieco zdziwiona i przekonana, że 18 mil jest jednak przesadą. Gdy jednak po godzinie buszowania nie udało mi się przejrzeć dwóch regałów, zdałam sobie sprawę, że ciasno ustawione wysokie regały kryją w sobie nieprzeliczoną ilość książek. Dawkowałyśmy sobie Strand, ponieważ miała świadomość, że gdybym nie narzuciła sobie ostrej dyscypliny, mogłam tam wejść w poniedziałek i wyłonić się w piątek, trochę bledsza i nieco wychudzona, nie obejrzawszy w Nowym Jorku niczego więcej. Zaglądałam więc na godzinkę lub dwie codziennie, czasem co drugi dzień, i przez dwa tygodnie nie udało mi się przejrzeć w całości nawet jednego piętra.

Strand nie jest zbyt tani, ale można wyszukać książki kosztujące 2-3 dolary. Trudno się po nim poruszać - jest tak ciasno, że wszyscy się potrącają, czasem trzeba też stoczyć walkę o drabinę, która jest absolutnie niezbędna, jako że znaczna część książek stoi bardzo wysoko. Ma jednak niesamowitą atmosferę i ma się tam poczucie, że da się tam znaleźć dosłownie wszystko. A w charakterze wisienki na torcie występuje obsługa, znakomicie zorientowana, oczytana i błyskotliwa.

3. Bookarest, Poznań

Nie ma się co oszukiwać, Poznań nie jest mekką dla moli książkowych. Pomimo wspaniałych tradycji targowych, nie mamy targów książki, najbardziej klimatyczne księgarnie zostały zamknięte lub stoją na krawędzi. Mimo to, w samym sercu miasta, którym, o zgrozo, stało się centrum handlowe (przyznaję - wyjątkowo piękne centrum handlowe), prężnie rozwija się ambitna i przyjazna czytelnikowi księgarnia. Bookarest ulokowany jest w Starym Browarze, co z pewnością wpływa niekorzystnie na wysokość czynszu, za to pozytywnie na ilość klientów. Jest przestronny, nowoczesny, jasny - czyli jest przeciwieństwem tego, co w księgarniach lubię. A jednak czuję się tu dobrze, chłodna kolorystyka jest zrównoważona przez wielokolorowe grzbiety książek, obsługa zna się na książkach, a tytuły wystawione na stolikach są bardzo starannie wybrane. Gdy chcę się dowiedzieć, co ciekawego pojawiło się na rynku - idę do Bookarestu. W dodatku jest to miejsce przyjazne, otwarte na czytelnika - możemy mieć wpływ na przykład na to, jakie tytuły będą sprzedawane po cenach promocyjnych w danym miesiącu!

Zdjęcie: www.bookarest.pl

4.The Bookshop, Wigtown, Szkocja

Wigtown to szkockie miasto książek. Mniej znane niż walijskie Hay-on-Wye, ma przewagę w postaci dużo niższych cen. Jest tu około dwudziestu księgarni, najbardziej znana ma najprostszą nazwę - The Bookshop. Trafiłam tu zupełnie przypadkiem, i oczarowana spędziłam długie godziny. To tutaj po raz pierwszy widziałam antykwariat całkowicie samoobsługowy - był to po prostu otwarty na oścież dom, pełen książek. Nie było w nim nikogo - można było wejść, pobłądzić po wąskich korytarzykach, wejść na piętro, do piwnicy, wszędzie zaś były dziesiątki regałów z książkami. Wychodząc, zostawiało się należność na talerzyku postawionym przy drzwiach. Ciekawa jestem, czy wciąż tak samo to funkcjonuje - byłam tam ponad 10 lat temu...


5. Londyn

Londyn jest dla mnie jedną wielką księgarnią - nie potrafię wybrać konkretnego miejsca. Gdy tam jestem, nie mogę nie odwiedzić ulubionych antykwariatów w Bloomsbury - The Scoob i Judd Books. Przy okazji zaglądam też do Oxfamu mieszczącego się naprzeciwko British Museum, często też wypuszczam się gdzieś dalej w poszukiwaniu ciekawych książek - do Notting Hill, Greenwich, czy nawet Stoke Newington, niewielkiej dzielnicy, w której mieści się aż kilka uroczych sklepików z książkami. Nie można zapomnieć też o Daunt Books, pięknego edwardiańskiego budynku mieszczącego książki poukładane geograficznie.

Gdy o tym teraz myślę, okazuje się, że sporo fantastycznych księgarni odwiedziłam przez laty - byłam w bardzo klimatycznym, zakurzonym antykwariacie na Bali, gdzie można było kupić takie książki o Indonezji, których w Anglii próżno szukać, byłam w słynnym walijskim mieście książek, w dziesiątkach malutkich antykwariatów w Anglii. Moje ulubione polskie księgarnie często już nie istnieją, jak choćby poznańska Kapitałka czy wrocławska księgarnia przy ul. Jedności... Ale za to wciąż jest mnóstwo miejsc, których jeszcze nie odwiedziłam, jak choćby słynne Shakespeare and Company w Paryżu, czy antykwariat w starym młynie w Nowej Anglii, reklamujący się uroczym hasłem "Sprzedajemy książki, których nie potrzebujesz, w miejscu, do którego nie uda ci się trafić".

Z okazji dnia książki życzę Wam zatem, abyście trafiali bezbłędnie w takie magiczne miejsca, w których można znaleźć książki, o których nawet nie wiecie, że istnieją, ale które raz kupione, staną się Waszymi najlepszymi przyjaciółmi!

środa, 18 kwietnia 2012

Zastanawiałam się, czy pisanie recenzji tej książki w ogóle ma sens. Myślę, że większość czytelników, którzy czytali poprzednie tomy tzw. kwartetu olandzkiego, nie tylko na pewno sięgną po "Smugę krwi", ale wręcz już to zrobili. Johan Theorin nie rozpieszcza nas bowiem ilością książek, a i wydawnictwo Czarne kazało nam czekać wyjątkowo długo, przekładając termin wydania polskiego przekładu z jesieni na wiosnę. Gdy więc niecierpliwie wyczekiwana "Smuga krwi" pojawiła się wreszcie w księgarniach, wszyscy fani Theorina zapewne rzucili się na nią jak na kiełbasę w czasach mojego dzieciństwa. Moja cierpliwość została jednak wystawiona na jeszcze trudniejszą próbę, bowiem dokładnie w dniu wydania wyjechałam, a gdy wróciłam, książka, ponownie odwołując się do języka PRLu, "wyszła". Żadna księgarnia w centrum Poznania nie miała jej na stanie, a ja nie chciałam czekać na wysyłkę. Gdy w końcu udało mi się ją nabyć, czułam się jak po zwycięstwie w podchodach na obozie harcerskim (zebrało mi się dzisiaj na wspominki).

Gdy czeka się na książkę tak niecierpliwie i ma się względem niej bardzo wysokie oczekiwania, łatwo się rozczarować. Nie miałam jednak zbyt wielu obaw, i słusznie - Theorin jest wciąż w wielkiej pisarskiej formie, a jego opowieści mają w sobie magię. Coraz mniej w nich kryminału, coraz więcej za to elementów opowieści grozy oraz po prostu porządnych wątków obyczajowych. I muszę powiedzieć, że marzy mi się, aby kiedyś całkiem od kryminału odszedł, bo choć kryminały lubię, to tutaj kryminał jest najmniej istotnym elementem.

Najważniejsza jest Olandia. Początek wiosny nie odbiera krajobrazowi melancholii - plaże są nadal puste, alvaret mglisty, nadmorskie osiedla domków letniskowych wyludnione. Theorin kreuje Olandię na miejsce równie przesycone magię, co góry Caatskill w opowiadaniach Washingtona Irvinga. Niby wszystko jest takie, jak gdzie indziej, ale jeśli ktoś wsłucha się w szept wiatru, usłyszy ciche głosy, na skałach widać smugi krwi trolli, choć sceptycy twierdzą, że to tylko tlenek żelaza. Jak jednak wyjaśnić, że w zamian za pozostawione przy pewnym szczególnym kamieniu drogocenne przedmioty, elfy spełniają pragnienia? I czym wytłumaczyć obecność dziwnego, płochliwego dziecka, który wydaje się pochodzić z innego świata?

Postacią łączącą wszystkie części cyklu jest Gerlof, staruszek, który na własną prośbę wyprowadza się z domu starców i wraca do starego domu przy kamieniołomie. W okolicy powstają nowe, eleganckie wille, a wśród nowych mieszkańców jest nerwowa, nieszczęśliwa Vendela, której mąż jest autorem popularnych książek kucharskich, choć sam ledwie umie zagotować wodę, oraz Per, którego córka leży w szpitalu i czeka na ryzykowną operację, a on zamiast być przy niej, wplątuje się w dziwną aferę, której złym duchem wydaje się być jego równie schorowany, co znienawidzony ojciec. Afera jest najsłabszym ogniwem tej książki i równie dobrze mogłoby jej nie być. Początkowo nawet zastanawiałam się, czy w ogóle jakiś wątek kryminalny się pojawi i czy jego brak nie wpłynie niekorzystnie na książkę, teraz jednak podejrzewam, że Theorin mógłby napisać choćby i poradnik ogrodniczy, a przeczytałabym go z zapartym tchem.Siła jego pisania leży bowiem w umiejętności budowania atmosfery i takiego konstruowania postaci, że każda staje się nam bliska, każda intryguje i wzrusza.

Niczego więcej na temat fabuły nie powiem, sama nie czytałam nawet opisu z okładki, żeby nie zepsuć sobie przypadkiem lektury - na szczęście jest dość zwięzły i nie wyjawia żadnych istotnych szczegółów. Cóż zresztą mogłoby popsuć lekturę książki, która przenosi nas w świat półcieni, gdzieś między jawą a snem, w krainę, która choć geograficznie jest całkiem bliska, wydaje się nie z tego świata, a przy tym zamieszkują ją ludzie zwykli, często zmęczeni życiem, podobni do nas samych w poniedziałkowy poranek gdzieś pod koniec długiej zimy. Ludzie, którym kibicujemy w ich oczekiwaniu na olandzką wiosnę.

"Nocna zamieć" jest nadal moją ulubioną książką Theorina, ale "Smuga krwi" podobała mi się niewiele mniej. Trzeba się jednak uzbroić w cierpliwość w oczekiwaniu na kolejny tom - poważnie zastanawiam się, czy nie zdążyłabym się wcześniej nauczyć szwedzkiego;)

Moja ocena: 5.5/6



niedziela, 15 kwietnia 2012

Nie umiem wstawić na bloga obrazka z generatorem numerów (jak ktoś wie jak to zrobić, bardzo proszę o podpowiedź), ale losowanie przeprowadziłam w asyście świadków i ogłaszam, że książka powędruje do:

zaczytanej studentki

Gratuluję i proszę mail z adresem do wysyłki, zaś wszystkim bardzo dziękuję za udział - Wasze odpowiedzi były niesamowicie zróżnicowane i ciekawe!

piątek, 13 kwietnia 2012

W samym centrum Nowego Jorku, tuż obok ruchliwej Piątej Alei i zatłoczonego dworca Grand Central Terminal, rzadko kto patrzy pod nogi. Wzrok przyciągają witryny eleganckich sklepów, poza tym trzeba dobrze się rozglądać na boki, żeby znaleźć miejsce wśród tłumu spieszących się ludzi. Tych nielicznych, którzy zwolnią i spojrzą w dół, czeka jednak nagroda - nie darmo mówi się, że w Nowym Jorku pomysły i idee leżą na ziemi. Chodnik po obu stronach Czterdziestej Pierwszej Ulicy jest ozdobiony pięknymi tabliczkami, na których znajdują się cytaty dotyczące książek i bibliotek, takie jak ta:

Zatrzymałam się w zachwycie już przed pierwszą. Oprócz mnie nikt nie zwracał na nie uwagi, przechodnie wymijali mnie nie zwalniając ani odrobinę, gdy co kilka kroków zatrzymywałam się, by przeczytać kolejną sentencję.

Pomysł zrodził się na początku lat dziewięćdziesiątych. Cytaty wybierali między innymi nowojorscy bibliotekarze. Łącznie jest ich aż 96, ta część ulicy została zaś nazwana Library Walk.

Każda tabliczka jest inna, starannie zaprojektowana przez nowojorskiego rzeźbiarza, Gregga LeFevre.

Aż szkoda, że prawie nikt nie zwraca na nie uwagi, ale nowojorczycy zanadto się spieszą, żeby zatrzymywać się co kilka kroków, a turyści wolą wygrzewać się w słońcu w pobliskim Bryant Parku lub buszować po Piątej Alei...

Czterdziesta Pierwsza Ulica jest dość ciemna, jak większość ulic na Manhattanie - wysokie budynki rzucają cień przez większość dnia. Na końcu widać jednak prawdziwą oazę, cel wędrówki - skąpany w słońcu budynek kryje w sobie skarby literatury, w dodatku dostępne dla każdego i za darmo - New York Public Library. Tak wygląda całość uliczki.

Jeśli ktoś chciały zobaczyć wszystkie tabliczki, znajdziecie je tutaj.

środa, 11 kwietnia 2012

   Rok 1914. Szalupa numer 14, 39 osób, w tym 31 kobiet, 21 dni. Debiutancka powieść Charotte Rogan rzuca nas od razu in medias res, bez zbędnych wstępów trafiamy na środek Atlantyku i ze zgrozą obserwujemy, jak nasz statek, luksusowy wycieczkowiec, tonie. Narratorką jest Grace, która opowiada swoją historię w trzech odsłonach - spisując dziennik, w którym próbuje poukładać sobie to, co się stało, opowiadając o tym psychiatrze sądowemu, wreszcie przygotowując się do procesu, w którym stanie jako oskarżona. Wszystkie wątki nieprawdopodobnie wciągają, a jednocześnie żadna z narracji nie jest w najmniejszym stopniu wiarygodna, a początkowe pytania o to, co się właściwie stało i kto przeżyje, zamieniają się w dużo ciekawsze - jak wybiórczo działa pamięć, czego nie wiemy o samych sobie i czego nie chcielibyśmy się nigdy dowiedzieć.

Grace sama mówi o sobie, że przez 6 tygodni była mężatką, a przez kolejnych 10 wdową. Gdy statek, którym wracali z Londynu, tonie, mąż organizuje dla Grace miejsce w szalupie, choć ta jest już przeładowana, jemu nie udaje się uratować. Łodzią zarządza jedyny obecny marynarz, pan Hardie, któremu z trudem udaje się zapanować nad rozhisteryzowaną grupą. Większa część akcji rozgrywa się na tej malutkiej scenie, zatonięcie statku oglądamy z oddali, ocalenie przez mgłę, zaś o tym, co było przedtem i potem, dowiadujemy się niewiele. Szalupa jest całym światem. Grace mówi: "Nie sądzę, by ktokolwiek wybiegał myślą poza szalupę. Wreszcie pogodziliśmy się ze swoim losem. To tutaj było nasze życie."

Łódź staje się mikrokosmosem. Każdy chce przetrwać, i każdy przyjmuje inne strategie, na niewielkiej przestrzeni działają zwykłe mechanizmy społeczne - zaplatane są sieci intryg, jedni manipulują drugimi, w końcu rozpoczyna się bezwzględna walka o władzę. Obdarci z jakichkolwiek pozorów, rozbitkowie robią rzeczy, o jakie nigdy siebie nie podejrzewali - już w pierwszych minutach po zwodowaniu szalupy odpychają unoszących się na wodzie ludzi, pan Hardie nie pozwala zawrócić po tonące dziecko, tym samym ustalając podstawową zasadę ich nowego świata - aby ktoś mógł przeżyć, ktoś inny musi zginąć.

Grace, pozornie słaba i niepewna, wyznaje zasadę brzmiącą dużo bardziej niewinnie: "Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie". Gdy jednak obserwujemy ją stojącą przed sądem, oskarżoną o straszliwą zbrodnię, zaczynamy zastanawiać się, co naprawdę kryje w sobie ta zasada. Czy Grace, która po nagłym bankructwie rodziny wyrwała się z biedy, wychodząc za mąż za bogatego bankiera, którego wprawdzie pokochała, najpierw jednak z premedytacją uwiodła, nie przejmując się bynajmniej tym, że był już zaręczony, byłaby w stanie "pomóc sobie" w znacznie bardziej wyrachowany i bezwzględny sposób? Czy jest manipulatorką, czy została zmanipulowana? Ile z tego, co w swojej relacji pomija, faktycznie zapomniała, dręczona przez wielodniowe pragnienie i głód, wystawiona na palące słońce, dręczona widokiem umierających współtowarzyszy, a ile postanowiła świadomie opuścić, celowo i bezwzględnie wymazać z pamięci? Ile pamiętają inni ocaleni, i dlaczego każda osoba przedstawia inną wersję zdarzeń?

Odpowiedzi na te pytania nie padają, lektura jest jednak tym bardziej fascynująca. Opowieść wciąga bezlitośnie od pierwszej strony, a przykuty do książki czytelnik zostaje perfidnie zmanipulowany, obdarzając bohaterów swoją sympatią bądź nieufnością tylko po to, żeby po jakimś czasie zacząć wątpić we własny osąd. Tak działa dobra literatura - zostawia nas z intrygującymi pytaniami, w lekkim oszołomieniu i bez tchu. Świetny debiut - ponoć autorka pisała i poprawiała tę książkę przez 20 lat, i to widać - wszystko jest przemyślane, niezbędne. Lektura obowiązkowa, wydana w całkiem stosownym momencie - równo 100 lat po zatonięciu Titanica (rocznica będzie w nocy z piątku na sobotę).

Moja ocena: 5,5/6

Losowanie: Ponieważ dostałam od wydawnictwa dwa egzemplarze książki, jeden rozlosuję wśród czytelników Miasta Książek. Jeśli masz ochotę wziąć udział w losowaniu, napisz w komentarzu, dlaczego, Twoim zdaniem, wciąż fascynuje nas katastrofa Titanica. Losowanie odbędzie się w niedzielę, 15 kwietnia, wieczorem. Losowanie otwarte dla wszystkich, niezależnie od kraju zamieszkania, zapraszam:)

wtorek, 10 kwietnia 2012

Dawno nie znosiłam tak kiepsko zmiany czasu, jak po powrocie z Nowego Jorku. Powrót był dość drastyczny, bo prosto do pracy, popołudniami zasypiałam na stojąco, budziłam się za to o 2 lub 3 w nocy całkowicie wyspana, albo odwrotnie, nie mogłam zasnąć do białego rana, i tak właściwie przez tydzień. Którejś nocy, znudzona bezsennością, zaczęłam buszować po półkach w poszukiwaniu czegoś prostego do czytania, lekkiego i na tyle nie wciągającego, żebym mogła bez żalu przerwać lekturę, gdy wreszcie zachce mi się spać. Zaletą posiadania stert nieprzeczytanych książek jest to, że prawie zawsze można znaleźć lekturę odpowiednią do nastroju, tak więc i tym razem wyciągnęłam gdzieś z tylnego rzędu książeczkę, którą kupiłam kiedyś pod wpływem kilku pozytywnych recenzji, by po przyniesieniu jej do domu upchnąć ją na półce, stukając się w głowę, bo przecież ja takich książek prawie nie czytam. Takich - czyli o świeżo upieczonych rozwódkach, które wyjeżdżają leczyć złamane serce gdzieś w wiejskiej chacie na Mazurach, w Toskanii lub Prowansji, przy okazji zakładając pensjonat, plantację oliwek czy też winnicę. "Uroczysko" Magdaleny Kordel nie wyłamuje się ze schematu - jest porzucona przez męża Maja, jest stary dom z ogrodem i pasieką, w którym bohaterka otwiera pensjonat. Tym, co mnie zachęciło, oprócz zachęcających recenzji blogowych, było miejsce akcje - małe miasteczko w Sudetach, a że Sudety kocham miłością bezwarunkową, przymknęłam oko na rozwód, złamane serce i paskudną okładkę, nabyłam książkę i przeczytałam w bezsenną noc wiele miesięcy później.

I przyznać muszę, że nie było źle. Wiadomo, fabuła przewidywalna do bólu, ale napisana ładnie, bez dłużyzn i ze sporą dawką humoru. Maja jest bohaterką przyjemną i zupełnie nie irytującą, o zdrowym podejściu do życia, bez dawki głupoty, która jakże często towarzyszy bohaterkom podobnych książek. Miasteczko, do którego trafia, aby leczyć złamane serce, jest oczywiście pełne życzliwych i mądrych ludzi, tak idealnych, że aż zęby bolą, ale przy tym na tyle zróżnicowanych, że da się o nich czytać. Dawka romansowa ograniczona jest do minimum i całość okazuje się całkiem uroczą opowiastką o miłym miasteczku i jego mieszkańcach. Całość trochę przypomina serię Ian Karon o Mitford, a to całkiem poważna rekomendacja. Gdyby jeszcze nazwa miasteczka była mniej pretensjonalna - Malownicze brzmi naprawdę za słodko. Przeczytałam jednak i o dziwo poszłam spać, przed kolejną nocą nabyłam więc profilaktycznie dwie kolejne części.

"Sezon na cuda" to bezpośrednia kontynuacja "Uroczyska". Pensjonat już działa, aczkolwiek gości wciąż jest niewielu. Z obawy przed bankructwem, Maja przyjmuje propozycję zorganizowania w Uroczysku wigilii dla samotnych staruszków z okolicy, co wkrótce okaże się nie najlepszym pomysłem - łatwiej byłoby zapanować nad cała klasą gimnazjalistów. Ludzi mieszkających w Uroczysku na stałe jest już cała gromadka, a pojawiają się kolejni, i znowu dzięki temu więcej tu komedii niż romansu. Pojawia się czarny charakter - dyrektorka szkoły, postać całkiem zręcznie odmalowana, pełna uprzedzeń i jadu, całkiem wiarygodna. W dodatku coraz więcej tu sudeckich klimatów, a opowieść o pierwszych opadach śniegu, które odcinają cała chałupę od świata wydała mi się jakby z własnego życia wyjęta. Książka jest równie cukierkowo słodka, jak pierwszy tom, ale czyta się ją równie dobrze i bezboleśnie.

Niestety, o tomie trzecim nie mogę już tego samego powiedzieć. Okładka wprawdzie jest o niebo lepsza, co jest zapewne zasługą nowego wydawcy, ale zawartość już słabsza. Autorka chciała chyba odejść od wytartego schematu fabularnego i zamiast opowieści o odnajdywaniu swojego miejsca i mężczyzny w wieku średnim, chciała napisać powieść obyczajową z wątkiem sensacyjnym, i nie do końca jej to, moim zdaniem, wyszło. Malownicze jest równie urocze jak w poprzednich częściach, nowi bohaterowie są równie zabawni i interesujący, jednak nowy czarny charakter jest dużo mniej barwny i wiarygodny niż dyrektorka szkoły, a w pewnym momencie robi się po prostu niewiarygodny. Także sam wątek sensacyjny ani nie wciąga, ani nie zaskakuje, raczej śmieszy naiwnym rozwiązaniem. Do głównej historii kawałka ziemi nabytego przez pazernego inwestora na siłę doklejony zostaje wątek kradzionych ikon, bez którego spokojnie można się było obejść. Część romansowa także mało wciągająca, a już jej zakończenie po prostu żenujące.

Dwie pierwsze części polecam bez zastrzeżeń, trzecią można sobie jednak odpuścić. Kolejną powieść autorki jednak na pewno kupię, z czystej ciekawości, jak jej pisanie się rozwinie. I trzymam kciuki, żeby albo odpuściła sobie wątki sensacyjne, albo mocniej nad nimi popracowała, bo chętnie przeczytam kolejną zabawną i niegłupią opowieść o Malowniczym.

piątek, 06 kwietnia 2012

Pewnie już macie powoli dość moich nowojorskich wpisów, ale nic z tego, jeszcze kilka się tutaj pojawi. Obiecuję jednak jakieś recenzje w międzyczasie! Tymczasem, skoro nadal w nocy spać nie mogę, dochowam wierności tradycji blogowej i pokażę, jakie książki udało mi się upolować w amerykańskich księgarniach - amerykańskich, bo nie wszystkie pochodzą z Nowego Jorku! Muszę jednak zaznaczyć, że choć oczywiście stosik mały nie jest, to jednak zdecydowanie więcej książek przywożę zwykle z Anglii, gdzie są one zdecydowanie tańsze, więcej jest też naprawdę niedrogich antykwariatów. Miałam jednak listę książek, które zostały wydane za oceanem i część z nich udało mi się wyszperać, z czego się bardzo cieszę - zamawianie ich przez internet byłoby dużo droższe i na pewno znacznie mniej przyjemne!

Od góry:

Larry Watson "Montana 1948" - właściwie żałuję, że nie kupiłam od razu więcej książek tego autora, chociaż bowiem nie czytałam dotąd jego książek, to czuję przez skórę, że będą mi się podobały. Na "Montanę 1948" polowałam od czasu przeczytania tej recenzji. Jak się łatwo domyślić, akcja osadzona jest w małym miasteczku w Montanie w roku 1948, bohaterami są dwaj bracia, szeryf i szanowany lekarz i skandal, w który jeden z nich jest zamieszany, a drugi nie jest pewien, czy powinien go wydać. Właściwie nie znalazłam negatywnej recenzji, książka określana jest często jako arcydzieło, więc mam wysokie oczekiwania.

Colson Whitehead "The Colossus of New York" - wypatrzona wśród komentarzy do notki o wyjeździe (dziękuję!), z trudem wyszukana w Strandzie niewielka książeczka towarzyszyła mi przez całe dwa tygodnie. Rewelacyjny obraz miasta w formie poetyckich impresji, krótkich i bardzo celnych.

Amy Waldman "The Submission" - po recenzji Chihiro, która twierdzi, że może to być jej książka roku, wiedziałam, że muszę tę powieść mieć, i że chciałabym ją przeczytać w Nowym Jorku. Prawie się udało, choć skończę ją już w Polsce. Obsypana nagrodami powieść o Ameryce po 9/11, subtelna i porażająca.

"The Best Things to Do in New York" - zwykle tego typu kompilacje mnie odrzucają, ale ta książka ujęła mnie kilkoma uroczymi pomysłami, a że natrafiłam na nią na początku pobytu w Nowym Jorku, postanowiłam dać jej szansę. Jest całkiem fajna, z mnóstwem oryginalnych podpowiedzi, na przykład gdzie znaleźć najwęższy dom w Nowym Jorku, które uliczki widziały najwięcej pisarzy, do których znanych hoteli można wślizgnąć się niepostrzeżenie czy też gdzie były kręcone znane sceny filmowe. 

Laura Ingalls Wilder "Little town on the praire" i trochę niżej "On the banks of Plum Creek" i "On the way home" - nadal czytam serię o małym domku na prerii i jestem zauroczona coraz bardziej - kolejne tomy są jeszcze lepsze. Liczyłam że uda mi się znaleźć jakieś ładne, stare wydania, ale niestety. Te, które kupiłam, kosztowały za to grosze, a najbardziej cieszę się z "On the way home", który jest dziennikiem autorki z jej własnej podróży przez prerię.

Caleb Carr "The Alienist" - książka wydana też po polsku, ale dotąd nie wpadła mi w ręce. Podobno znakomity kryminał z dziewiętnastowiecznym Nowym Jorkiem w tle.

Lillian Schissel "Women's diaries of the Westward Journey" - mój nowy konik, czyli życie kobiet podczas epoki wielkich podróży na zachód Stanów. Ta książka to zbiór relacji z podróży wozami przez wielkie równiny, która niesamowicie wciąga od pierwszej strony. Kupiona w cudownym antykwariacie w Filadelfii, do którego zabrała nas White-Sycamore.

Sarah Waters "The Night Watch" - prezent od White-Sycamore właśnie (bardzo dziękuję!) Oczywiście, czytałam już tę książkę, ale ten egzemplarz jest z autografem autorki, a nie od dziś wiadomo, że uwielbiam książki z podpisami!

Charlotte Smith "The Old Manor House" - trochę perwersyjne jest kupowanie klasycznej angielskiej powieści osiemnastowiecznej w USA, ale w Wielkiej Brytanii nigdy na nią nie natrafiłam. Poza tym to seria, której nie mogę się oprzeć (Mothers of the novel), a bardzo trudno na nią natrafić w antykwariatach.

Emily Barton "Brookland - autorka polecana w komentarzach przez ammbrozyjkę - dałam się skusić bardzo skutecznie. "Brookland" to opowieść o osiemnastowiecznej Ameryce, niezwykłej kobiecie, produkcji ginu i budowie mostu Brooklyńskiego. Recenzje ma znakomite, epoka jak najbardziej "moja":)

Emily Barton "The Testament of Yves Gundron"  - debiut autorki, akcja toczy się na niewielkiej wysepce należącej do szkockiego archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Słowem, kolejna pozycja na mojej wyspiarskiej półce:)

Joanna Stratton "Pioneer Women: Voices from the Kansas Frontier" - bez tej książki miałam zamiar nie wracać:) Od tej recenzji zaczęła się moja fascynacja życiem kobiet na prerii.

Niektóre z tych książek udało mi się już przeczytać, inne niecierpliwie pozaczynałam w metrze, i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła spokojnie się w nich zagłębić!

A ponieważ mam szczęście do wspaniałych towarzyszek książkowych zakupów, i tym razem odwiedzałam księgarnie z koleżanką, która tak samo chętnie grzebała godzinami na półkach i kupowała książki jeszcze chętniej niż ja. Dlatego dla ciekawych zamieszczam jeszcze zdjęcie jej stosika, tym razem bez opisów. Książki leżą na wadze, bo oczywiście kwestia spakowania ich była nieco drażliwa. Na szczęście udało nam się zmieścić w limicie kilogramów:)



Mała uwaga - dobrze widzicie, trzecia od góry książeczka jest po polsku i właściwie powinna się znaleźć także na moim stosiku. Jest to tłumaczenie książki profesora, który nas gościł na NY University:) Zaś "The Outlaw Trail" teoretycznie nie powinien się tu znaleźć, bo to lektura przywieziona z Polski, ale najwyraźniej sama się wepchnęła:)



środa, 04 kwietnia 2012

Wróciłam. Śpię w dziwnych porach, wciąż jeszcze nastawiona na czas nowojorski - zwariowany, trochę przyspieszony. To miasto łatwo nie wypuszcza z objęć, czuję pulsowanie Manhattanu pod skórą, gdy zamykam oczy, jestem na Washington Square, idę Broadwayem, czekam na brudne i przegrzane metro.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że tak się w Nowym Jorku zakocham. Numerem jeden od dawna jest dla mnie Londyn - wiedziałam, że Nowy Jork mnie zafascynuje, że nie będę się nudzić nawet przez chwilę, ale nie sądziłam, że mnie urzeknie, że stanie się w takim stopniu "moim miastem". Ale właściwie, jak o tym pomyślę, to wcale nie jest dziwne - w Nowym Jorku jest po prostu wszystko, trudno więc nie znaleźć miejsca dla siebie. Są ciche, urokliwe dzielnice pełne zieleni, rozległe parki, stare kamienice, gwarne ulice pełne sklepów, lśniące drapacze chmur. Oferta kulturalna po prostu powala, nawet w trakcie tych krótkich dwóch tygodni mogłam przebierać w spektaklach, spotkaniach autorskich, otwartych wykładach, koncertach. Jako że lubię odwiedzać mniej znane zakątki, nie zajrzałam do wielu popularnych miejsc, za to odwiedziłam sporo takich, których próżno szukać na listach głównych nowojorskich atrakcji. Ostatniego wieczoru jednak się złamałam i wjechałam na 86-te piętro Empire State Building, żeby z setkami innych turystów podziwiać widok na Manhattan.

Widok na środkowy Manhattan z Empire State Building

Właściwie nie wiem, co o Manhattanie napisać, tak różnorodna jest to dzielnica. Nie zdawałam sobie sprawy wcześniej, jaki jest olbrzymi. Manhattan to nie tylko dzielnica finansowa z drapaczami chmur, wyrwą w ziemi boleśnie wskazującą miejsce po wieżach WTC i bankierami z Wall Street przemierzającymi ulice z komórkami i aktówkami w rękach. To także Greenwich Village - tętniąca studenckim życiem uniwersytecka dzielnica, nieco industrialne Chelsea z artystycznym zacięciem, pełne małych, włoskich knajpek i uroczych butików Soho i Noho, dostojna i elegancka Upper West Side i wiele innych zakątków, każdy inny, każdy stanowiący mikroświat sam w sobie.

Uliczka na Upper West Side, w tej okolicy mieszkała bohaterka "Masz wiadomość"

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło. Na przykład to, jak wiele osób ma psy, i to nie byle jakie! Przeważnie długowłose, zawsze rasowe, świeżo po fryzjerze, z wyczesanym, lśniącym futrem. Podobno wyprowadzanie psów jest jednym z najpopularniejszych zajęć dla osób, które dopiero co przyjechały do Nowego Jorku - sądząc po liczbie osób spacerujących z kilkoma psiakami na smyczy, może być to prawda.

Zadziwili mnie ludzie - choć ciągle w biegu, z nieodłącznym papierowym kubkiem z kawą w ręku, zawsze mają czas, aby się zatrzymać i zaproponować pomoc osobie, które wygląda cna zagubioną. Wystarczyło na chwilę zatrzymać się na skraju chodnika z mapą w ręku, aby ktoś podszedł i spytał, dokąd chcemy dojść - złośliwi twierdzą, że to dlatego, abyśmy jak najkrócej blokowały cenny kawałek chodnika;) W Nowym Jorku wszyscy się bowiem spieszą. Nikt nie zwraca uwagi na czerwone światło, nawet policja. Przechodzenie przez ulicę jest zresztą o tyle łatwe, że większość dróg jest jednokierunkowa. Początkowo ten pośpiech onieśmiela, zwłaszcza że wychodząc z metra trudno zorientować się w kratownicy ulic, łatwo pomylić drogę, idąc w odwrotnym od zamierzonego kierunku. Po kilku dniach jednak podchwytuje się rytm Manhattanu, równie szybko i pewnie jak nowojorczycy lawiruje się między samochodami, a zamiast tracić czas na analizowanie mapy idzie się po prostu przed siebie, do najbliższej przecznicy - lepiej przecież pójść kawałek w niewłaściwym kierunku niż zatrzymać się na kilka minut.

Nowy Jork to zresztą miasto stworzone dla pieszych. Chodniki są szerokie, wygodne, mnóstwo jest ławek, co kilka przecznic można znaleźć mały park albo chociaż skwer, przy którym można chwilę odpocząć. Wszyscy jedzą na dworze - jeśli nie przy kawiarnianych stolikach, których wszędzie tu pełno, to na ławce w parku lub po prostu na trawniku.

Nie można powiedzieć jednak, aby kwitło życie towarzyskie, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Wiele osób jedzących lunch w parku siedzi samotnie, wszędzie widzi się ludzi wpatrzonych w ekran laptopa lub smartphone'a.

W kafejce w Midtown.

Boczna uliczka w dzielnicy finansowej, Dolny Manhattan.

Wall Street

Nigdzie też nie widziałam tylu pięknych ludzi, co w Nowym Jorku właśnie. Widać, że wygląd jest tutaj sprawą istotną. W metrze zauważyłam zresztą plakat reklamowy o treści: "Nowojorczycy nie są lepsi od innych ludzi. My tylko ubieramy się tak, jakby tak tak było." I muszę przyznać, że chociaż zdecydowanie więcej pieniędzy wydaję na książki, niż na ciuchy, i jestem raczej abnegatką w kwestiach mody, przyjemnie jest pomieszkać trochę wśród ludzi, którzy wszyscy dbają o swój wygląd. Nie ma właściwie ludzi źle, czy choćby niestarannie ubranych, z nieświeżą fryzurą czy w brudnych butach, których niestety pełno w naszych autobusach miejskich... Co ciekawe, ta wszechobecna obsesja na punkcie wyglądu bynajmniej nie onieśmiela. Wręcz przeciwnie - w tym mieście wszystko wydaje się możliwe, i łatwo uwierzyć, że samemu też można wyglądać tak powalająco dobrze. Zresztą tysiące butików i domów handlowych z pięknymi ubraniami dosłownie na każdą kieszeń zdecydowanie taką wiarę umacniają.

Czekając na taksówkę po zakupach na Piątej Alei.

Nawet w Nowym Jorku po całym dniu biegania na wysokich obcasach nogi mogą boleć.

Za dbałością o modny wygląd idzie też moda na fitness i zdrowe jedzenie. Zdecydowanie łatwiej tu znaleźć sklep z żywnością organiczną niż zwykły supermarket - nowojorczycy nigdy nie przekonali się do dużych sklepów, królują malutkie delikatesy. Wszędzie też można spotkać ludzi uprawiających jogging i jeżdżących na rowerach. Oczywiście pełno ich w Central Parku, ale biegacze są także w najbardziej zatłoczonych miejscach.

Jogging pod Grand Central Station

Nowy Jork to też miasto oryginalnych pomysłów. Gdzie indziej ktoś wpadłby na pomysł, aby stary wiadukt kolejowy przerobić na park? Szpecący miasto obiekt został obsadzony roślinami ozdobnymi, dodano sporą ilość ławek i leżaków, chodnik i schody, i w ten sposób w mało popularnej niegdyś dzielnicy Chelsea powstał modny High Line Park, bardzo oryginalny i klimatyczny.

Spaceruje się tutaj wzdłuż starych torów kolejowych, które zostały celowo zostawione.


Cudownym miejscem jest oczywiście Central Park, zadziwiająca enklawa zieleni w samym centrum wielkiego miasta. Central Park jest olbrzymi i mimo że wszędzie widać otaczające go budynki, łatwo się zgubić na krętych ścieżkach. Dopiero tutaj, w ciszy, można poczuć, jak hałaśliwe i męczące są ulice Nowego Jorku. Ludzi oczywiście jest mnóstwo, da się jednak znaleźć ustronne zakątki. Przyjemnie tu czytać na ławce, a mając czytnik można nawet czytać spacerując - okazało się, że Kindle świetnie nadaje się do czytania w marszu. Tym sposobem przeczytałam tu pół książki, jednocześnie w prawdziwie nowojorskim stylu przemierzając całe kilometry dziarskim krokiem.

Oczywiście, Nowy Jork bywa męczący. Jest głośno, często ciasno, wszędzie są tłumy, dojazdy zajmują całe godziny. Metro jest fatalne - bardzo rozległe, dość kiepsko oznakowane - na wielu stacjach nie ma żadnej mapki, linie się ze sobą rzadko krzyżują, tak że przesiadać się nie jest łatwo, nie wszystkie pociągi zatrzymują się na wszystkich stacjach i nie zawsze jest łatwo poznać, w który należy wsiąść. Za to każda stacja jest inna, wiele jest ozdobionych całkiem ciekawymi rzeźbami i obrazami, i wszędzie w metrze można fotografować. Dla kogoś przyzwyczajonego do metra londyńskiego zaskoczeniem jest też obecność koszy na śmieci, których na stacjach londyńskiego The Tube od czasu zamachów w metrze nie ma.

Urzekła mnie stacja przy Czternastej ulicy, zamieszkana przez takie małe ludziki.


To miasto pulsuje energią. Większość mieszkańców się tu nie urodziła, dlatego każdy może czuć się tutaj u siebie. Ludzie przyjeżdżają tu ze swoimi marzeniami, bo wierzą, że właśnie tu ich spełnienie jest na wyciągnięcie ręki. I ta wiara wypełnia miasto pozytywnymi wibracjami, udzielając się nawet takiemu chwilowemu przybyszowi, jak ja. Nowym Jorkiem trudno się też znudzić. I choć dwa tygodnie to nie tak krótko i sporo w tym czasie udało mi się zobaczyć, to wciąż są dziesiątki miejsc, do których nie dotarłam. Wiem, że kiedyś tu wrócę, a tymczasem będę tęsknić do tych ukwieconych skwerów, cienistych uliczek, do tego, żeby znowu przespacerować się ruchliwym Broadwayem, zapatrzeć się na neony na Times Square i zaszyć z książką w jakiejś kafejce.

Plac Waszyngtona, w jednym z takich domów mieszkał Henry James.

Trochę inny Broadway.

Charakterystyczne schody gdzieś w Nolicie.


Typowa nowojorska aleja, szeroka i ruchliwa.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
O mnie
Teraz czytam
Najpopularniejsze notki
Top 5 najnowszych lektur
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Bliskie mi adresy
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Blogi o książkach i nie tylko - polskie
Blogi o książkach i nie tylko - angielskie
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Polskie strony o książkach
Wydawnictwa
Dla studentów
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook