czwartek, 14 grudnia 2017

Znamy się nie od dziś, wiem, jakie książki lubicie. I to jest właśnie taka książka. „Pachinko” Min Jin Lee was nie rozczaruje. Ma wszystko, czego trzeba – na pierwszym planie rodzinę, którą pokochacie, w tle wielką historię, której w dodatku prawie nie znamy. Kto bowiem wie, jak wyglądała i wygląda sytuacja mniejszości koreańskiej w Japonii?

Jest początek XX wieku, Japonia dokonuje aneksji Korei, a pewnemu koreańskiemu rybakowi rodzi się dziecko. Rodzina straciła już kilkoro dzieci, tego pilnują jak oka w głowie. Nie przeszkadza im, że ma zajęczą wargę, ważne, że żyje. Chłopiec dorasta i ku zaskoczeniu wszystkich żeni się. Jest dobrym mężem, a kiedy na świat przychodzi córeczka, traci dla niej głowę. To ona stanie się główną bohaterką powieści Min Jin Lee.

Sunja dorasta, twardo stąpając po ziemi, ale daje się uwieść starszemu od siebie, bogatemu mężczyźnie. Przejrzy na oczy, kiedy będzie za późno. Inny człowiek stanie się ojcem dla jej dziecka, ceną za to będzie wyjazd do Japonii. Tam jednak Koreańczykom jest jeszcze trudniej. Sunja spędzi w Japonii resztę życia, w międzyczasie Korea podzieli się, my zaś będziemy śledzić losy czterech pokoleń jej rodziny.

Pierwsze zdanie książki brzmi: „Historia przyniosła nam rozczarowanie, ale mniejsza o to”. Trudno o bardziej trafne podsumowanie życia Sunji i jej krewnych. Jako Koreańczycy są w Japonii dyskryminowani. Dzieci i wnuki Sunji urodzą się w Japonii, ale od skończenia czternastego roku życia co trzy lata będą musiały na nowo występować o prawo pobytu. Po wyjeździe z kraju mogą nie zostać do niego ponownie wpuszczeni, w szkole są wyśmiewani, a jeśli dobrze zarabiają, podejrzewa się ich o związki z yakuzą. Mimo to jakoś sobie radzą, często zupełnie dobrze, ignorując rozczarowującą ich historię. Sunja słyszy kiedyś, że "przeznaczeniem kobiety jest cierpienie" i początkowo nie potrafi się z tym pogodzić. Cierpiała wielokrotnie, ale to nie wystarczało, pyta więc "z czego składa się życie", czy na pewno z cierpienia.

„Pachinko” nie jest tylko książką o Koreańczykach w Japonii. To uniwersalna w swojej wymowie opowieść o życiu na imigracji, o braku przynależności i o budowaniu życia w miejscu, w którym zawsze będzie się obcym. Nie wszyscy bohaterowie poradzili sobie z tym. Jeden z nich próbuje ukryć swoją tożsamość, nawet przed własną żoną udaje Japończyka, zrywając wszelkie więzy z rodziną. Inni, tak jak kochanek Sunji i ojciec jej pierwszego dziecka, radzą sobie aż za dobrze, budząc postrach wśród Japończyków. Jest zresztą chyba jedynym bohaterem tej książki, który się nie wstydzi. Wszyscy inni odczuwają wstyd, zaczynając od Sunji, która wstydzi się swojego romansu, czuje się też winna względem męża, który ją bezkrytycznie zaakceptował.

Początkowo to kobiety są w centrum zainteresowania autorki, wraz z upływem lat i kolejnych stron mężczyźni wychodzą na pierwszy plan. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o ludziach samotnych. Związki rozpadają się, rodzice wychowują samotnie dzieci, bracia nie potrafią się przed sobą otworzyć. Imigracja ich rozdziela, chociaż mieszkają obok siebie. Życie w obcym kraju sprawia, że stają się obcy też dla najbliższych, a imigracja wpływa też na kolejne pokolenia.

To książka o ludziach, ale historia jest też pełnoprawną bohaterką. Nic nie jest tu czarne ani białe, żaden bohater nie jest kryształowy. Mają sekrety i grzeszki, pogrążają się w chaosie i z niego wydobywają. Autorka poświęca im wszystkim uwagę, i choć to Sunja jest spajającym wszystkich ogniwem, każda z pomniejszych postaci dostaje swój moment, i każda okazuje się na tyle interesująca, że mogłaby zasłużyć na własną opowieść, własną książkę.

„Pachinko” znalazła się na liście najlepszych książek roku New York Timesa, a także w dziesiątce książek roku według USA Today i w finale prestiżowej National Book Award. Warto wyłuskać ją spośród licznych premier kończącej się właśnie jesieni.

Moja ocena: 6/6

"Pachinko" Min Jin Lee

Tłum. Urszula Gardner

Wydawnictwo Czarna Owca 2017

 

piątek, 24 listopada 2017

W świat Śródziemia wpadłam po uszy jakoś w połowie liceum i nigdy się na dobre nie wynurzyłam. Najpierw był „Władca pierścieni”, potem „Hobbit”, po kilku latach powtórka. Potem inne książki, filmy, powroty. Bałam się tylko „Silmarillionu”. Wydawało mi się, że zawiera plątaninę zawiłych informacji genealogicznych i dane historyczno-geograficzne. Mogłabym dzisiaj stwierdzić, że poniekąd miałam rację – „Silmarillion” stanowi swoiste kompendium wiedzy o historii Śródziemia. Jednocześnie jednak myliłam się, bo to niedokończone opus magnum Tolkiena jest czymś dużo bardziej pojemnym.

Mimo to nie wracałam do niego. Zadowolona, że udało mi się go raz przeczytać, mogłam stwierdzić, że była to satysfakcjonująca lektura, ale bardziej ciągnęło mnie do kolejnej lektury „Władcy pierścieni”. Niedawno skusiło mnie jednak ładne wznowienie i pomyślałam, że czemu nie, mogę zmierzyć się  z tym nie tak długim przecież tekstem ponownie. Czytam więc sobie ten „Silmarillion” niespiesznie, po miesiącu jestem kawałek za połową, i już wiem, że dawniej nie byłam na tę lekturę gotowa. Teraz jestem. Czytam z podziwem, chwilami z zachwytem i cieszę się, że Christopher Tolkien odważył się zebrać nieuporządkowane fragmenty i ułożyć je w całość po śmierci ojca.

„Silmarillion” jest dziwną mieszanką. Po części stanowi tło do „Władcy pierścieni”, niezwykle interesujące dla kogoś, kto zna tę książkę na pamięć. Jednocześnie zawiera bogactwo opowieści, które z historią Froda niewiele łączy. Tyle tu tego! Morderstwa, spiski, miłość, przeznaczenie, bogowie, półbogowie, demony. Trudno ogarnąć, można przepaść na całe lata. Jeśli Peter Jackson kiedykolwiek uzyska zgodę na ekranizację i się jej podejmie, będę mu zazdrościć i współczuć z całego serca.

Dlaczego więc warto czytać „Silmarillion”? Nie potrafię ogarnąć tej książki, spróbuję więc maksymalnie uprościć odpowiedź na to pytanie, sprowadzając ją do kilku punktów.

1. Styl. Pamiętać przy tym należy, że czytając po polsku, zdajemy się na łaskę tłumacza, w tym wypadku Marii Skibniewskiej. I choć jestem gorącą wyznawczynią jej przekładów, czytałam wcześniej „Silmarillion” w oryginale i wiem, z jak trudnym zadaniem przyszło jej się zmierzyć. Tolkien starał się pisać w stylistyce staroangielskiej. Ta zaś miała przede wszystkim specyficzną składnię i wyraźną rytmikę. Wydaje mi się, że w literaturze polskiej nie było utworów, na których tłumaczka mogłaby się wzorować, budując swój własny język. Zresztą nawet gdyby były, Tolkien swobodnie przeskakiwał między konwencjami, nie odtwarzał staroangielskiego, czerpał z niego, tworząc własny styl. Nie jest możliwe oddanie wszystkich jego cech i niuansów w przekładzie, niemniej uważam, że tłumaczenie Marii Skibniewskiej jest piękne i stosunkowo dobre. Niestety, tłumaczka zmarła, nie dokończywszy pracy, nie zdążyła przygotować ostatecznej wersji tekstu. Mimo to „Silmarillion” czyta się doskonale, warto też zwracać uwagę na składnię. Lubię czytać fragmenty na głos, brzmią inaczej niż każda inna proza.

2. „Silmarillion” jest inny niż „Władca pierścieni” i „Hobbit”. Nie ma jednej osi narracyjnej. Może to brzmieć odstraszająco, ale nie znaczy, że w tę książkę nie da się wciągnąć i że nie ma ona żadnej fabuły. Ma, i to w nadmiarze! To coś w rodzaju mitologii, w całości stworzonej przez Tolkiena, spójnej i przykuwającej uwagę.

3. Postaci kobiece. Kocham Tolkiena za Galadrielę, za Melianę (przodkinię Elronda), za Lúthien, za Halethę i kilka innych. „Władca pierścieni” nie obfituje w ciekawe bohaterki (wyjątkiem jest Éowina), w „Silmarillionie” jest ich pod dostatkiem.

4. Rozmach. Nie umiem tego inaczej ująć. No ale sami powiedzcie, ile trzeba mieć fantazji, żeby poświęcić życie stwarzaniu świata i meblowaniu go, doprowadzaniu do stanu niemalże rzeczywistego. Widać to najlepiej właśnie w „Silmarillionie”, w którym epickość doprowadzona jest do doskonałości.

5. Ungolianta. Jak nie kochać książki, w której występuję olbrzymia pajęczyca żywiąca się światłem? Jej córką była Szeloba, dzięki której moja córka oswoiła lęk przed pająkami (na jej półce z książkami mieszka pająk, któremu dała imię Szeloba. Ja miałam swoją Ungoliantę na balkonie, ale niestety zniknęła).

Mogłabym tak jeszcze długo, ale nie ma to chyba sensu. Lektura „Silmarillionu” sprawia, że wszystko wskakuje na swoje miejsce, rozrzucone elementy, z których zbudowany jest „Władca pierścieni”, nagle zaczynają do siebie pasować. Tak, jest skomplikowany. Nie da się zapamiętać wszystkich imion. Ba, nie da się zapamiętać nawet połowy imion! Ciągle trzeba zaglądać do zamieszczonego na końcu książki indeksu. Elfy są wkurzające. Czytanie tej książki jest jak wielogodzinna lektura apendyksów. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeczytać ją w ciągu miesiąca, przypuszczam, że skończę najwcześniej w styczniu. Ale mimo to ciągle do niej wracam, podkreślam kolejne fragmenty. Czasem jakaś część mnie pochłonie, za to potem męczę się przez kilkanaście stron. Myślę, że tak właśnie trzeba czytać tę książkę. Powoli, czasem w bólach, częściej jednak z zachwytem. Tolkien potrafi olśnić, niektóre zdania zostają na dłużej. Potrafi też zmęczyć.

Czytajcie więc, jeśli jesteście już po lekturze „Władcy pierścieni”. Jeśli nie, sięgnijcie raczej najpierw po tamtą książkę i nie dajcie się zniechęcić pierwszej części, która jest chyba najmniej atrakcyjna. A kiedy wpadniecie po uszy, zmierzcie się z „Silmarillionem”.

A może już czytaliście? Podzielcie się wrażeniami!

J. R. R. Tolkien "Silmarillion"

Tłum. Maria Skibniewska

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2017

piątek, 10 listopada 2017

Chciałabym, żeby cała Polska przeczytała tę książkę. Żeby była lekturą obowiązkową w szkołach, żeby czytali ją dorośli, żeby jej znajomość była czymś oczywistym. Ta emocjonalna, miejscami chaotyczna opowieść dwójki szwedzkich dziennikarzy wyjaśniłaby wiele nieporozumień i rozwiała niejeden mit, który narósł wokół tematu uchodźców. Niestety, przeczytają ją przede wszystkim ci, którzy i tak podstawową wiedzę o uchodźcach posiadają.

Annah Björk i Matthias Beijmo nie zajmowali się wcześniej równie ciężkimi tematami. Pisali o muzyce, robili wywiady z gwiazdami. Pojechali do Grecji w charakterze wolontariuszy, a podczas pracy na Lesbos zaczęli zastanawiać się, co dzieje się po drugiej stronie morza, w Turcji. Temat na tyle ich dręczył, że postanowili pojechać i sprawdzić.

Nie była to błaha decyzja, bo Turcja nie wita dziennikarzy z szeroko otwartymi ramionami. W czasie, kiedy Björk i Beijmo tam pojechali, w tureckich więzieniach siedziało kilkunastu dziennikarzy. Nie mogli się więc spodziewać niczego dobrego ze strony władz i żandarmerii. Ludzie, których codzienność chcieli podejrzeć, też nie mogli być do nich dobrze nastawieni. Uchodźcy korzystają z usług przemytników, którzy działają nielegalnie. W grę wchodzą duże pieniądze, ale kary za przemyt ludzi są wysokie. Trudno się spodziewać, że jakikolwiek przemytnik z radością powita na swoim terenie dziennikarzy z Europy.

Autorzy "Łodzi 370" wiedzą, że podejmują duże ryzyko. Oboje mają dzieci, są więc przerażeni tym, na co się porwali. Ważą każdy krok, zmieniają codziennie hotele, jednocześnie bojąc się, że tym też zwracają na siebie uwagę. Ich rozedrganie przełoży się na wzajemne relacje. A kiedy zaczną dokonywać odkryć, zrobi się jeszcze trudniej. Ciężar tego, o co się otarli, przytłoczy ich, nie na tyle jednak, żeby ich zniechęcić.

Dopiero po jakimś czasie zrozumieją, czym powinni się zająć. W nocy z 4 na 5 stycznia 2016, właśnie wtedy, kiedy przebywali w Turcji, tonie łódź z uchodźcami. Björk i Beijmo postanowią, że dowiedzą się, co stało się z ludźmi, którzy tą łodzią podróżowali. To, co odkryją w międzyczasie, i to, w jaki sposób będą tych odkryć dokonywać, jest tematem ich książki.

Wszyscy wiemy, że w morzu Śródziemnym toną ludzie. Zobojętnieliśmy już trochę na kolejne wiadomości o łodziach, które poszły pod wodę. To też strategia obronna, tak jest nam po prostu łatwiej. Szwedzcy dziennikarze wyrywają nas z bezpiecznego kokonu, zmuszają do pochylenia się nad losem pojedynczych osób, które zginęły, próbując przedostać się na nasz kontynent. Myślę, że ważne jest przeczytanie o nich i zapamiętanie, także uniemożliwić sobie obojętność. Lektura "Łodzi 370" uświadomiła mi też, że ci ludzie nie toną przypadkiem. To nie jest tak, że płynie łódź, nikt o niej nie wie, zaczyna się sztorm i nic się nie da zrobić. Niejednokrotnie straż przybrzeżna doskonale wie, gdzie znajdują się tonący ludzie i ma trochę czasu, żeby do nich dotrzeć. Kiedy ponton nabiera wody, jego pasażerowie dzwonią po straż, wysyłają smsy z lokalizacją, błagają o pomoc. Ta wiedza mną wstrząsnęła.

Jednocześnie "Łódź 370" to książka o powstawaniu reportażu i o cenie, jaką się płaci za zajęcie się tak trudnym tematem. Autorzy muszą się uporać nie tylko z realnymi zagrożeniami, ale także, a może przede wszystkim, ze swoimi emocjami. W czasie pracy nad tematem nie potrafią zająć się niczym innym, obsesyjnie wracają do tematu łodzi w rozmowach. Redakcje nie są jednak zainteresowane. To już było, nikt nie będzie chciał czytać kolejnego artykułu o uchodźcach - słyszą.

Nie da się ukryć, ta książka mocno działa na emocje czytelnika. Mam jednak nadzieję, że przeczytacie, też dlatego, że to ciekawy przykład książki, która jest napisana w bardzo zwyczajny, nawet przeciętny sposób, a jednak ma wielką siłę rażenia.

Moja ocena: 5.5/6

Annah Björk, Matthias Beijmo "Łódź 370. Śmierć na morzu Śródziemnym"

Tłum. Irena Kowadło-Przedmojska

Wydawnictwo Agora 2017


środa, 18 października 2017

Sobota, dochodzi północ. Wychodzę z dworca, po czterogodzinnej podróży, którą w całości poświęciłam na czytanie. Myślicie, że tak mnie wciągnęła jakaś nowość? Niestety, nie tym razem.

Wtorek, dwudziesta. Wieczór Bookera, który od dziesięciu lat spędzam przy komputerze, oglądając relację na żywo. Tym razem zasypiam właśnie w wannie, budzę się nieprzytomna w chłodnej wodzie i idę prosto do łóżka. Nie interesował mnie tegoroczny Booker? Wręcz przeciwnie.

Jak żyć, kiedy nie mam siły na Bookera? Mogłabym dodać hasztag #problemypierwszegoświata.

Tym przydługim wstępem chciałam zasygnalizować, że dopadło mnie zmęczenie, i to takie, jakiego dawno nie odczuwałam.

Nie dziwi mnie to, rzecz jasna. Po szalonych wakacjach pojechałam na kolejne, z kilkutygodniową tylko przerwą na nadgonienie zaległości w pracy, po czym pojechałam znowu, tym razem na targi książki. Wyjazdy fajna rzecz, nie przeczę, ale nie da się ukryć, że trzy wyjazdy przeplatane krótszymi wypadami potrafią dać w kość. Przy ich okazji zaobserwowałam jednak coś ciekawego. Przez kilka tygodni nie przeczytałam prawie żadnej nowej książki.

Jednocześnie czytałam bardzo dużo. Długie godziny na lotniskach i wczesne wieczory w Norwegii sprzyjały pochłanianiu kolejnych stron, w ciągu trzech tygodni przeczytałam mnóstwo książek. Czytanie zapełniało mi czas, ale nie miałam siły i ochoty na nic, co wymagałoby skupienia. Przypuszczam, że dobrze to znacie. Czasem potrzebujemy po prostu czegoś, co nas oderwie od rzeczywistości, a zamiast książki stawiamy na serial lub film.

Ja seriali nie miałam wtedy jak oglądać, wybrałam więc książki dobrze mi już znane. Przeczytałam pierwszy tom sagi Anne B. Ragde, czytany już przez laty. Potem, w chwili desperacji, sięgnęłam po wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza. Czytałam ulubione reportaże Szczygła i wiersze, które znam niemalże na pamięć. Moim ratunkiem był Kindle i zasoby na nim zgromadzone. Zamiast iść spać, pochłaniałam książki, które czytałam już po wielokroć. W końcu przeczytałam wciągający (i całkiem nowy) thriller i poczułam, że mogę wrócić do normalności. Kupiłam "Poznań" Kąckiego i planuję kolejne nowe lektury.

Po co o tym piszę? Nic nowego przecież nie odkrywam, sięganie po książki znane i lubiane  jest szeroko stosowaną metodą na czytelniczą blokadę. Niemniej, wiele osób pyta mnie, co robić, kiedy nie mają ochoty na czytanie, a chciałyby tę niechęć przełamać. U mnie sprawdza się właśnie to. Dlatego chcę mieć na własność książki, które lubię, choćby w wersji elektronicznej. Wiem, że uratują mnie w trudnej chwili i pomogą wrócić do normalności.

O thrillerze opowiem niedługo, co do Bookera zaś warto wiedzieć, że "Lincoln in the Bardo" Saundersa ukaże się u nas za rok w wydawnictwie Znak, a że miałam okazję zawrzeć znajomość z tą książką, zdradzę wam, że jest na co czekać. Zresztą może pamiętacie, jaki zachwyt wzbudziły we mnie opowiadania Saundersa (klik).

Macie swoje metody na czytanie, kiedy jesteście zmęczeni, znużeni albo po prostu żadna książka nie wzbudza waszego entuzjazmu?

poniedziałek, 11 września 2017

Długo przyszło nam czekać na trzecią część cyklu piastowskiego. W międzyczasie Elżbieta Cherezińska napisała "Turniej cieni" (który podoba mi się najbardziej ze wszystkich jej książek) i dwutomowy cykl "Harda" i "Królowa", opowiadający o córce Bolesława Chrobrego. Miłośnicy jej książek czekali jednak na Władka, na to, żeby ten niski książę, który sam kazał nazywać się Łokietkiem, sięgnął wreszcie po koronę.

Cierpliwość, tak srodze wystawiana przez autorkę na próby, została nagrodzona. Książka jest gruba i spełnia wszystkie oczekiwania. Jest w niej Władek, równie niezmordowany i nieco dojrzalszy niż w poprzednich tomach. Jest Rikissa, piękna i zrównoważona, jest Michał - "złoty smok", są Kalina i Jemioła, rycerski Henryk z Lipy i ambitna Eliška. Są też nowi bohaterowie - intrygujący rycerze zakonni (krzyżowcy, szpitalnicy i templariusze), jest przeurocza postać Borutki i wielu innych. Jak zwykle podczas lektury książek Cherezińskiej bywa, trudno się początkowo połapać, zwłaszcza jeśli poprzednią część cyklu czytało się zaraz po tym, jak się ukazała, czyli ładnych kilka lat temu.

Pamiętać należy, że cały cykl piastowski to próba wypełnienia luk w naszej historii. O wielu postaciach nie wiemy nic ponad to, że żyły, a nawet to nie zawsze jest pewne. "Płomienna korona", podobnie jak poprzednie książki w serii, nie jest reporterskim zapisem drogi Władysława Łokietka do korony. To raczej wizja autorki, w miarę prawdopodobna. Nie jestem w stanie ocenić, na ile jest wierna faktom, a opinie znajomych historyków są podzielone. Ufam jednak autorce, która wertuje stare dokumenty i wydobywa na światło dzienne wszystko, co się da, dopowiadając swoją wersję wydarzeń tylko tam, gdzie wersja prawdziwa nie jest znana.

Nietrudno zresztą pamiętać o tym, że mamy do czynienia z fikcją. Nie brak w "Płomiennej koronie" elementów fantastycznych. Prasłowiańskie bóstwa ożywają, a walczący z poganami Krzyżacy nie raz nie będą mogli uwierzyć własnym oczom. Niektórym czytelnikom te motywy przeszkadzają, ja jednak nie mam nic przeciwko nim.

Wierzcie lub nie, ale przeczytanie "Płomiennej korony" zajęło mi dwa dni. Byłam na siebie zła - chciałam czytać nieco wolniej, przez kilka dni wracać do ulubionych bohaterów. Lektura tej książki nie jest może literacką ucztą, a do warstwy językowej mogłabym mieć kilka zastrzeżeń, ale cóż z tego? Dla mnie cykl piastowski to przede wszystkim pożywka dla wyobraźni. Czytając go, uświadamiam sobie, jak mało wiem o naszej historii i jak wiele się w niej kryje fascynujących opowieści. Trzy tomy to 2600 stron, czyli kilka, a nawet, jeśli jesteście bardziej ode mnie rozsądni lub akurat nie macie urlopu, kilkanaście wieczorów czystej rozrywki. A pod koniec i tak będzie wam mało. Czekam na kolejne opowieści, w międzyczasie znowu wertując książki historyczne i przeglądając Wikipedię w poszukiwaniu informacji o dzieciach, mężach, kuzynkach i innych krewnych bohaterów, których nie poznałam na lekcjach historii, a teraz chciałabym o nich wiedzieć więcej i więcej.

Moja ocena: 5/6

Poprzednie części cyklu:

czwartek, 24 sierpnia 2017

Mam nadzieję, że nie dziwi was moje długie milczenie w środku lata? Jak co roku, kiedy wyjeżdżam, nie piszę, a nawet za dużo nie czytam! W lipcu myślami byłam na Antarktydzie, tłumacząc mroźny reportaż, po czym bez żadnej aklimatyzacji przeniosłam się zarówno myślami, jak i ciałem na pustynię i przez trzy tygodnie odkrywałam piękno i skomplikowaną sytuację Namibii. Czytałam nocami, głównie reportaże i książki historyczne o kolonializmie, kiedy więc dotarło do mnie, że zmęczyły mnie te ciężkie tematycznie lektury, a w dodatku smutno mi z powodu końca ekscytującej podróży, postanowiłam sięgnąć po coś przyjemnego. A ponieważ przykry dla wielu koniec wakacji się zbliża, podzielę się dobrem, które odkryłam - może wam też przyda się coś podnoszącego na duchu w tych ostatnich dniach sierpnia?

Na pierwszy ogień książka, na której polskie wydanie czekałam z niecierpliwością. Bardzo rzadko bowiem zdarza się, że powieść dla dzieci zdobywa główną nagrodę Costa, czyli tytuł Costa Book of the Year. Poprzednio ta sztuka udała się Philipowi Pullmanowi, który dostał Costę za "Złoty kompas" w 2001 roku, zaś Frances Hardinge powtórzyła ten wyczyn w 2015, choć prawie nikt na nią nie stawiał, bo wśród konkurentów do tytułu była Kate Atkinson (za "Boga pośród ruin") i Andrea Wulf (za doskonałego "Człowieka, który zrozumiał naturę"). Wyróżniono jednak "Drzewo kłamstw" i choć nadal uważam, że biografia Humboldta autorstwa Wulf to dzieło wybitne, po lekturze książki Hardinge ze współczuciem pomyślałam o jurorach, którzy mogli wybrać tylko jeden tytuł.

"Drzewo kłamstw" jest bowiem czymś więcej, niż tylko zwykłą powieścią o nastolatce, która próbuje rozwikłać tajemnicę śmierci własnego ojca. Ta książka kryje w sobie wiele warstw i wiele znaczeń. Bohaterką jest czternastoletnia Faith, która marzy o tym, żeby zostać przyrodniczką. Pechowo dla niej, urodziła się w epoce wiktoriańskiej, jej przeznaczeniem nie jest więc kariera naukowa, ale los żony i matki. Kiedy ojciec Faith, badacz skamielin, ginie w tajemniczych okolicznościach, dziewczyna postanawia dowiedzieć się, czym się naprawdę zajmował. Przy okazji dążąc do wyjaśnienia zagadki jego śmierci, znajduje przedmiot badań i obsesji, który ją również opęta swoim urokiem.

Faith to stojące na progu dorosłości dziecko - chciałaby nosić dłuższe sukienki, chciałaby być traktowana poważnie. Czasami jest dopuszczana do świata dorosłych, czasem zaś z niego brutalnie wypychana, tym bardziej, że jest dziewczyną. Odkrywając naturę prowadzonych przez ojca badań, staje na progu świata ponadnaturalnego. Jej rozdarcie pogłębi się - rzeczywistość i świat dorosłych będą co i rusz odciskać swoje piętno, jednak nie dająca się wytłumaczyć w racjonalny sposób tajemnica zatrzyma ją niejako (symbolicznie) na progu dzieciństwa. Dopiero, kiedy w toku prowadzonego przez siebie śledztwa zapędzi się za daleko i zrozumie, jakie mogą być konsekwencje, przekroczy niewidzialną granicę.

To nie tylko książka o dorastaniu, to także opowieść o podążaniu za swoimi marzeniami i cenie, którą się za to płaci, o byciu kobietą w zdominowanym przez mężczyzn świecie, o geologii i dinozaurach. Przeczytajcie i podzielcie się swoją opinią!

Mowa o:

Frances Hardinge "Drzewo kłamstw"

Tłum. Krzysztof Mazurek

Wydawnictwo Czarna Owca 2017

Moja ocena: 6/6

Katherine Webb zauroczyła mnie swoją pierwszą powieścią, pisałam o niej tutaj. Mam wrażenie, że w międzyczasie przegapiłam jakąś kolejną powieść, kiedy jednak zobaczyłam w zapowiedziach "Angielkę", wiedziałam, że to będzie dobra lektura na lato. Niestety, zaczęłam ją czytać przed samym wyjazdem i choć planowałam, że zabiorę ją do samolotu, na lotnisku zorientowałam się, że zostawiłam książkę na kanapie... Musiałam więc czekać aż trzy tygodnie na to, żeby poznać zakończenie historii dwóch kochających przygody i podróże kobiet.

Oman fascynuje mnie od dawna, odkąd zobaczyłam zdjęcia w jakimś brytyjskim czasopiśmie, w czasach, kiedy wyjechać za granicę nie było łatwo, a angielską prasę można było wziąć w ręce tylko w czytelni British Council. Bohaterka powieści Webb, Jean Seabrook, również marzyła o wizycie w Arabii. Są lata pięćdziesiąte, a ona przyjeżdża do Maskatu z głową pełną wizji przygód i niebezpieczeństw. W Omanie udaje jej się poznać swoją idolkę - leciwą już podróżniczkę Maude, która jako jedna z pierwszych kobiet z Zachodu przemierzała arabskie pustynie. Spotkanie nie idzie jednak po myśli Jean. Maude jest zgorzkniała i cyniczna, a Jean jest zdruzgotana. Wkrótce jednak okazuje się, że spotkanie przynosi owoce, a Jean zostaje wplątana w coś, czego nie rozumie.

Podobnie jak debiutancka powieść Webb, akcja "Angielki" toczy się na dwóch planach czasowych - w latach pięćdziesiątych XX wieku i na przełomie wieku XIX i XX. Kolejne rozdziały przeplatają się, a my poznajemy kolejne elementy układanki. Całość oczywiście zazębi się na końcu, kiedy to wyjaśnione zostaną wszystkie tajemnice.

Nie ma w tej książce może nic szczególnie oryginalnego, a jednak to właśnie taka powieść, którą doskonale czyta się latem. Jest w niej tajemnica i napięcie, jest baśniowy klimat, jest powiew przygody. Oman jest tu miejscem egzotycznym i baśniowym, zaś obie bohaterki są pełne życia, choć całkowicie różne. Jean jest bardziej denerwująca - jest chaotyczna i niezbyt pozbierana, w przeciwieństwie do doskonale wiedzącej, czego chce Maude, która z kolei bywa mało sympatyczna. Pierwowzorem dla postaci Maude była Gertrude Bell - brytyjska podróżniczka, aczkolwiek cała historia jest oczywiście fikcyjna.

Całość czyta się doskonale, a choć niektórych zwrotów akcji łatwo się domyśleć, autorka potrafi uciec od sztampy. Przyjemna i bardzo odprężająca lektura!

Mowa o:

Katherine Webb "Angielka"

Tłum. Olga Siara

Wydawnictwo Insignis 2017

Moja ocena: 4.5/6

I na koniec powieść kompletnie zwariowana i na pewno nie dla każdego! "Moja Lady Jane" to alternatywna wersja historii lady Jane Grey, która na dziewięć dni została królową Anglii, po śmierci jedynego syna Henryka VIII, Edwarda. Jej panowanie zakończyło się tragicznie, jako że została wraz ze świeżo poślubionym małżonkiem ścięta w Tower.

Trzy autorki powieści dla młodzieży postanowiły, że napiszą bardziej optymistyczną wersję tej historii. Skoro i tak zmieniały bieg wydarzeń, postanowiły pójść na całość. W ich wizji Anglia Tudorów podzielona jest nie z powodu religii, ale dlatego, że część społeczeństwa potrafi zmieniać się w zwierzęta. Ci, którzy tej zdolności nie posiedli, nazwali się Nieskalanymi. Nieskalani boją się tych, którzy nie są całkiem zwyczajni, potrafią więc ich dyskryminować, a nawet mordować. Najbardziej zagorzałą Nieskalaną jest najstarsza córka Henryka VIII, Maria, która będzie chciała wymordować ich tak wielu, że zasłuży na miano Krwawej Mary.

Lady Jane nie ma nic przeciwko zmienianiu się w zwierzęta. Najbardziej interesują ją książki, nie ma ochoty ani na zostanie królową, ani (tym bardziej) na zamążpójście. Nie wie też, że los obdarzy ją znienacka małżonkiem, który całe dnie spędza pod postacią zwierzęcia.

Brzmi dziwnie? Być może, na szczęście "Moja Lady Jane" to książka napisana tak lekko i z tak uroczym przymrużeniem oka, że wszystko można jej wybaczyć. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron przyjmujemy z uśmiechem wszystkie szalone pomysły autorek i po prostu doskonale się bawimy. Ja przynajmniej ubawiłam się pierwszorzędnie i chętnie przeczytałabym więcej równie zabawnych książek. To idealna lektura na wczesnojesienną chandrę, kiedy dotrze do was, że letnie wieczory ustępują miejsca wrześniowym ciemnościom, i znowu co rano trzeba wstawać do szkoły (lub budzić dzieci).

Mowa o:

Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows "Moja Lady Jane"

Tłum. Maciej Pawlak

Wydawnictwo SQN 2017

Moja ocena: 4.5/6

A jako że sama przeczytałam już wszystkie powyższe tytuły, nie obrażę się, jeśli polecicie mi coś lekkiego i wciągającego, czym sama będę się ratowała w chwilach słabości!


niedziela, 02 lipca 2017

Jak zwykle przed wyjazdem, czytam mnóstwo książek o rejonie, w który się wybieram. Książek o Afryce mam sporo, nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak dużo! Dziesięciu książek o Namibii jednak nie udało mi się zebrać, w każdym razie nie po polsku. Postanowiłam więc polecić wam dziesięć książek, które dotyczą szerzej pojętej Afryki południowo-zachodniej, czyli przede wszystkim Namibii i RPA. Być może przyda wam się do planowania własnych wyjazdów, a może namówię was na czytelniczą wyprawę na dalekie południe Afryki?

Bernard Jaumann "Godzina szakala" (tłum. Alicja Rosenau)

Zacznijmy od czegoś lekkiego. Wiedzieliście, że po polsku ukazały się dwa kryminały, których akcja toczy się w stolicy Namibii, Windhuku? W dodatku są to kryminały naprawdę niezłe - "Godzina szakala" otrzymała w 2011 roku Niemiecką Nagrodę Kryminalną. Bohaterką jest policjantka Clemencia Garises, a w tle prowadzonego przez nią śledztwa jest sporo najnowszej historii Namibii, jako że fabuła inspirowana jest autentycznym morderstwem namibijskiego działacza i polityka, ikony niepodległej Namibii. Druga część serii, "Kamienista ziemia", toczy się w nieco innym otoczeniu, a mianowicie na położonej w okolicy farmie.

Wojciech Albiński "Kalahari"

Południowoafrykański opowiadania autorstwa polskiego pisarza. Momentami nieco nużące, na pewno nie porwą każdego. Niektóre jednak podobały mi się na tyle, że mam zamiar do nich teraz wrócić. Może odkryję w nich coś nowego?

Laurens van der Post "The Lost World of the Kalahari" i "Wyprawa w głąb interioru" (tłum. Dorota Kozińska)

Nie dalej jak wczoraj brałam udział w rozmowie o miejscach, których nazwy brzmią tak niezwykle, że są wystarczającym powodem do podróży. Koleżanka mówiła o Burkina Faso, ja o pustyni Takla Makan. Wszystkie dzieliłyśmy uwielbienie dla słowa Timbuktu. Jednym z miejsc o tak magicznych nazwach jest dla mnie Kalahari. Toteż z wielu książek kontrowersyjnego brytyjskiego pisarza wybrałam jedną, która nie została przełożona na polski, pomijając "Spacer z białym Buszmenem". Polecam jednak wszystkie książki Laurensa van der Posta. Stały się już klasykami literatury podróżniczej i choć są już dość wiekowe, warto poznać Afrykę jego oczami.

Riccardo Orizio "Zaginione białe plemiona" (tłum. Joanna Ugniewska, Mateusz Salwa)

W przypadku tej książki popełniam lekkie nadużycie, jako że tylko jeden jej rozdział jest poświęcony Namibii. Jest to jednak rozdział na tyle dobry, że umieszczenie książki na tej liście wydaje mi się zasadne. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczych Basterach - mniejszości etnicznej, wywodzącej się głównie od Holendrów, którzy wyruszyli niegdyś na Wielki Trek i osiedlili się w Namibii (niektórzy także w Angoli). Dzisiaj starają się o autonomię polityczną, mają nawet własną flagę.

Adam Hochschild "Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku" (tłum. Hanna Jankowska)

Ta książka dopiero przede mną, jednak po lekturze innych książek Hochschilda jestem pewna, że warto sięgnąć i po "Lustro o północy". To opowieść o RPA, w której historia słynnego treku, czyli migracji sporej grupy ludności w XIX wieku, przeplata się z obrazem współczesnego społeczeństwa tego kraju.

Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

W zestawieniu książek o południowej Afryce nie mogło zabraknąć doskonałego reportażu Wojciecha Jagielskiego. Sądzę, że nie trzeba go nikomu specjalnie polecać, ja zabieram się właśnie za powtórną lekturę.

Lawrence Anthony "The Elephant Whisperer"

Szkoda, że nikt nie wydał po polsku książki legendarnego już zaklinacza słoni, czyli człowieka, który przygarnął kiedyś stado wyjątkowo dzikich i niedających się opanować słoni. Tyle razy uciekały z rezerwatu, stanowiąc zagrożenie dla ludzi i dla siebie, że strażnicy wpadali w rozpacz. Anthony, przyrodnik, właściciel rezerwatu przyrody w RPA, zajął się niesubordynowanymi słoniami, poznał je blisko, zdobył ich zaufanie i lojalność. Wierzcie lub nie, ale kiedy zmarł, wiele lat po tym, jak napisał tę książkę, słonie zaczęły gromadzić się pod domem swojego dawnego opiekuna. Skąd wiedziały, że nie żyje?

André Brink "Tamta strona ciszy" (tłum. Anna Kołyszko, Michał Kłobukowski)

Wstrząsająca powieść pochodzącego z RPA pisarza, dość brutalna, ale też naprawdę piękna. Bohaterką jest Hanna, która wyjeżdża z Niemiec do Afryki Południowo-Zachodniej, tak bowiem nazywano dawniej Namibię. To powieść o podboju, ujarzmianiu kobiet i krajów. Przejmująca.

Mark i Delia Owens "Cry of the Kalahari"

Jeszcze jedna książka z Kalahari w tle. Autorzy spędzili wiele lat badając lwy pustynne, żyjące na pograniczu Botswany, Namibii i RPA. To książka nie tyle o lwach, ile o ich podróży przez ten region Afryki, o latach, które tam spędzili, o przyrodzie i o pustyni. Czytam ją powoli od kilku tygodni i podoba mi się coraz bardziej!

Poza dziesiątką, ale warto wspomnieć:

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce" - moja opinia tutaj.

David Olusoga, Gasper Erichsen "Zbrodnia Kajzera" (tłum. Piotr Tarczyński) - książka historyczna dotycząca ludobójstwa dokonanego przez niemieckich kolonizatorów na grupach etnicznych Herero i Nama na początku XX wieku. Doskonała i wstrząsająca.

Henno Martin "The Sheltering Desert" - opowieść o dwóch niemieckich geologach, którzy próbując uniknąć wcielenia do wojska podczas II wojny światowej, spędzili dwa i pół roku na pustyni Namib. Świetna, będę o niej jeszcze pisać.

Dorzucicie swoje propozycje do tej listy? Czytaliście coś o Namibii, RPA i Botswanie?

czwartek, 29 czerwca 2017

Mniej więcej raz w roku przestaję prawie czytać książki.

Nie oznacza to, że nie czytam niczego. Na kilka tygodni staję się współczesnym człowiekiem - zamiast przerzucania stron, otwieram kolejne karty w przeglądarce. Czytam wszystko, co znajdę na temat kraju, który sobie wymyśliłam jako cel letniego wyjazdu. Nie mam wtedy ochoty na książki, co nie znaczy, że nie gromadzę literatury z danym krajem związanej. Zdobywanie wiedzy związanej z organizacją podróży pochłania mnie jednak całkowicie i dopiero, kiedy wyłania mi się sensowny plan, zaczynam wracać do normalności.

Lista przeczytanych w czerwcu książek jest więc żałośnie krótka. W momencie, w którym podjęliśmy decyzję, że w tym roku wreszcie dotkniemy kontynentu, o którym tylko mówiliśmy od lat, mentalnie przeniosłam się do Namibii. Czytam namibijską prasę, wpatruję się w mapy, przeglądam fora internetowe. Próbuję cokolwiek zrozumieć. I wtedy w księgarniach pojawia się książka o Namibii - jedna z niewielu polskich książek o tym odległym kraju!

Wojciech Rogala, wrocławski podróżnik, napisał o białych mieszkańcach Namibii. Nie wiem, czy można powiedzieć, że jest ich tam dużo - stanowią 6% całej populacji. Ich wpływ na kształt kraju jest jednak olbrzymi, chociażby dlatego, że należy do nich większość ziemi. Namibia to była niemiecka kolonia, co widać choćby w niemieckich nazwach ulic. Kiedy powiedziałam córce, dokąd jedziemy, rzuciła się do przeglądania internetu (niedaleko pada jabłko). Zaczęła od spraw najistotniejszych - jakie tam żyją koty i co się je. Z kotami poszło łatwo, przy informacjach o potrawach zadumała się, po czym spytała: Co to jest bratwurst?

Przeczytałam więc "Witamy w białej Afryce" z zaciekawieniem, przeplatając lekturę z wydaną kilka lat temu, doskonałą i wstrząsającą "Zbrodnią Kajzera", opowiadającą o ludobójstwie, którego Niemcy dokonali na ludziach z grup Herero, Nama i kilku innych na początku XX wieku. I choć cieszę się niezmiernie, że ukazała się nowa książka o Namibii, nie mogę ukryć, że jej lektura mnie nie zachwyciła.

Być może zepsuły mnie lektury licznych, świetnie napisanych książek reporterskich, które ostatnio czytam wręcz hurtowo. Skoro jednak je czytam, nie mogę nie zauważyć, że książka Wojciecha Rogali nie jest napisana zgrabnie, lekko i z pomysłem. Składają się na nią liczne rozmowy z białymi mieszkańcami Namibii, obficie uzupełnione informacjami historycznymi i mniej obficie perypetiami autora. Wszystko byłoby fajnie, ale większość dialogów przypomina raczej przemowy. Często brakuje w nich życia i brzmią nieco sztucznie. Szkoda, tym bardziej, że ich treść bywa porażająca. Autor potrafi znaleźć interesujących rozmówców i poświęca im sporo czasu. Lubią go i mówią szczerze, często obnażając przy tym swoje rasistowskie nastawienie. Z ich wypowiedzi wyłania się dość smutny obraz kraju, w którym wszyscy wszystkich nienawidzą, z różnych przyczyn. Niestety, wystarczy przeczytać kawałek dialogu na głos, by stwierdzić, że nie brzmi on naturalnie.

Druga zasadnicza słabość leży chyba już w założeniu. Rozumiem, że zamysłem autora było przedstawienie białych mieszkańców afrykańskiego kraju, ich postaw i problemów, jednak mniej więcej od połowy książki zaczął mi bardzo doskwierać brak czarnoskórych rozmówców. Być może (zapewne) o to chodziło, żeby zostawić ich poza narracją. Jednak tak często i tak krytycznie są wspominani przez bohaterów książki, że wydaje się niesłusznym nieoddanie im głosu. Obroniłoby się to w jednym czy kilku artykułach, jednak przy całej, dość pokaźnej, bo liczącej ponad 400 stron książce, wydało mi się to nieudanym zabiegiem. Zresztą obraz białych Namibijczyków też byłby chyba pełniejszy, gdyby opowiadali o nich ich czarnoskórzy sąsiedzi?

Momentami w książkę wkradał się też chaos. Mam wrażenie, że autor posiadł tak rozległą wiedzę historyczną, że momentami zapominał, iż czytelnik niekoniecznie jest równie dobrze zorientowany. Piszę to zresztą z perspektywy czytelniczki, która ostatnie kilka tygodni spędziła czytając o Namibii. Mimo to kilka razy pogubiłam się i musiałam poszukać dodatkowych informacji w sieci, bo nie byłam pewna, czy dobrze rozumiem, o czym właściwie mowa. Namibia jest bardzo młodym krajem, jednak historię ma dość burzliwą i chyba warto czasem poprowadzić czytelnika za rękę.

Przy wszystkich tych niedociągnięciach nie mogę powiedzieć, że żałuję czasu spędzonego na lekturze. Dowiedziałam się sporo, zdałam sobie też sprawę z tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Zasmucił mnie i zadziwił obraz białych Namibijczyków, jaki wyłania się z tej książki. Mam wrażenie, że żyją w całkowitym oderwaniu od reszty kraju, a ogrom ich uprzedzeń przytłacza. Ciekawa jestem bardzo, czy takie samo wrażenie odniosę, będąc tam, a mój apetyt na Namibię uległ tylko zaostrzeniu.

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce"

Wydawnictwo Muza 2017

Moja ocena: 3.5/6


niedziela, 04 czerwca 2017

Na drugą książkę autorki "Dziewczyny z pociągu" wielu czytelników czekało z niecierpliwością. Debiutancki thriller Pauli Hawkins niewiele osób zostawił obojętnymi - jedni się nim zachwycili, inni przeżyli głębokie rozczarowanie. Należałam do osób, którym "Dziewczyna z pociągu" podobała się w stopniu umiarkowanym, nie żałowałam jednak czasu poświęconego na lekturę (moje wrażenia znajdziecie tutaj). Niewątpliwie napisanie kolejnej książki było sporym wyzwaniem. Jak usiąść do pracy, kiedy pierwsza książka została tak wielkim bestsellerem?

Paula Hawkins nie poszła na łatwiznę. Podobnie jak J. K. Rowling, która po zakończeniu cyklu o Harrym Potterze postanowiła udowodnić sobie i innym, że potrafi napisać coś całkowicie odmiennego, autorka "Dziewczyny z pociągu" zmierzyła się z nowym wyzwaniem. "Zapisane w wodzie" to właściwie powieść obyczajowa z elementami thrillera, całkiem inna niż historia jeżdżącej pociągami Rachel. Niestety, trzeba od razu powiedzieć, że efekt nie jest całkiem udany.

Rzecz dzieje się w niewielkim miasteczku gdzieś na północy Anglii. W płynącej nieopodal rzece życie straciło już kilka kobiet. Pierwsza została tu utopiona kilkaset lat temu, ponieważ oskarżono ją o czary. Kolejne rzucały się w toń dobrowolnie, a przynajmniej nie znaleziono śladów przestępstwa. Ostatnią z nich była Nel Abbott, matka nastoletniej Leny, ogarnięta obsesją na punkcie kobiet skaczących do Topieliska. Policja prowadzi niemrawe śledztwo, a prywatne dochodzenie rozpoczyna siostra Nel. Sprawa jest tym bardziej zagmatwana, że niedługo przed tym tragicznym wydarzeniem w tym samym miejscu utopiła się najlepsza przyjaciółka Leny. Czy naprawdę obie popełniły samobójstwo?

O ile pomysł na książkę wydaje się niezły, a samo miasteczko odmalowane jest bardzo sugestywnie, o tyle wykonaniu można sporo zarzucić. Największą słabością powieści jest to, że jest po prostu nudna. Ani Jules, ani Lena, ani żaden inny bohater nie budził we mnie emocji. Nie współczułam ich, nie przejmowałam się ich losem, nie umiałam ich polubić. Wszyscy snują się po miasteczku, wspominają, ale brak w ich poczynaniach zaangażowania. A może to ja, czytelniczka, nie umiałam się zaangażować?

Nie pomaga też nadmiar narratorów i fakt, że trudno ich rozróżnić. Gdyby nie informacja na górze strony, kogo dotyczy dany rozdział, musiałabym co chwilę cofać się i sprawdzać, o kim czytam. Wszyscy mówią takim samym głosem, monotonnym i lakonicznym. Być może warto od początku lektury notować, kto jest kim, niemniej wydaje mi się, że w powieści o tak dużej liczbie bohaterów i narratorów autorka powinna pokusić się o nadanie każdemu bardziej wyrazistych cech, także językowych.

Całość w pewnym stopniu ratuje zakończenie. Ostatnie sto stron czyta się już nieźle, a rozwiązanie zagadki nie jest zbyt oczywiste. Nie wiem jednak, czy to wystarczy, żeby zatrzeć wcześniejsze złe wrażenie. Zamysł był ambitny, za co autorce należą się słowa uznania, szkoda jednak, że nie udało jej się sprostać zadaniu.

Niewykluczone, że podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z pociągu", znajdą się czytelnicy, którym książka się spodoba. Ja się trochę wynudziłam, cieszę się więc, że chociaż końcówka była nie najgorsza. Sprawdźcie sami i dajcie znać, co sądzicie!

Moja ocena: 3/6

Paula Hawkins "Zapisane w wodzie"

Tłum. Jan Kraśko

Wydawnictwo Świat Książki 2017

środa, 24 maja 2017

Cicho się tu zrobiło ostatnio. Im więcej się dzieje w mojej głowie, tym mniej na blogu. Ponieważ założyłam kiedyś, że nie będę tu pisała z poczucia obowiązku, pozwalam sobie na tę ciszę, choć wiem, że możecie się niecierpliwić. W końcu maj, nowości tyle, że nie starcza księgarnianych półek i mojej podłogi na nie. Leżą w stosach – reportaż Kamila o holenderskiej spermie, debiut Horsta, wyszperana w antykwariacie powieść o Namibii. Chcę je czytać, ale nie teraz, nie w tej chwili.

Czytam za to lektury do szkoły reportażu, większość nie po raz pierwszy, ale jednak teraz to czytanie jest trochę inne. Niektórych nie mogę wyrzucić z głowy, zajmują całą przestrzeń. Najpierw przez dwa tygodnie chodziłam z „Panią Stefą”, zapomnianą bohaterką, która po cichu robiła swoje w strasznych czasach. Potem na kilka dni nie mogłam opuścić pewnej pacyficznej wyspy, która jest tak niepodobna do raju, że bardziej chyba już nie można („Jutro przypłynie królowa”). Wreszcie z lekkim ociąganiem sięgnęłam po „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Pamiętałam tę książkę bardzo dobrze. Nie wiem, czy w ogóle da się ją zapomnieć, ale skoro przypominałam sobie wszystkie lektury zadane na ten zjazd, sięgnęłam i po tę. Spędziłam nad nią wiele dni  (nie umiałam przeczytać więcej niż kilkanaście stron dziennie). Czytałam o Ruandzie, o Leo, którego matka wypchnęła wraz z braćmi przez małe okienko, o pięcioletnim Vincencie, który nie uciekł, o Juliette, która ocaliła tylko jedno dziecko. Czytałam i nie było we mnie miejsca na żadne inne lektury.

Przeczytajcie tę książkę, jeśli jej jeszcze nie znacie. Ci ludzie zasługują na to, żebyśmy się o nich dowiedzieli, tym bardziej, że mordercom chodziło właśnie o to, aby wymazać ich z powierzchni ziemi. Nie pozwólmy na to. Nie bójcie się. Będzie bolało, bo jak miałoby nie boleć? Będziecie może płakać, odkładać książkę po kilkunastu stronach, ale potem otworzycie ją znowu. Nie wiem, czy ktoś pisze o ludobójstwie tak, jak Tochman, który składa te swoje słowa tak pięknie i tak przerażająco zarazem.

Nie można po prostu tej książki odłożyć na półkę i sięgnąć po kolejną, dlatego jeszcze trochę sobie tutaj pomilczę. Za dzień czy dwa coś poczytam, napiszę recenzję, obejrzę odcinek serialu. Ale jeszcze nie dzisiaj.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...