wycieczki bez celu

sobota, 07 stycznia 2017

Zdarzyło wam się kiedyś nie chcieć czegoś czytać przy jednoczesnej niemożności odłożenia tego? Przedziwne to uczucie, kiedy książka jednocześnie przyciąga i odpycha, i to nie tylko na początku lektury, ale tak naprawdę prawie do ostatniej strony. Tak właśnie wyglądała moja przygodą z książką Caitlin Doughty "Dym wciska się do oczu oraz czego jeszcze nauczyłam się w krematorium".

Podeszłam do lektury z optymizmem, jako że lubię nietypowe tematy i chętnie pozwalam książkom zabierać mnie do świata, o którym nie wiem prawie nic. Spodziewałam się zerknięcia za kulisy przemysłu pogrzebowego i nie da się ukryć, że to dostałam. Nie wiem jednak, dlaczego sądziłam, że będę się dobrze bawić podczas lektury. Może zwiodły mnie na manowce inne książki opowiadające o tajnikach pracy w nietypowych miejscach, a może po prostu wydawało mi się, że nie da się opowiadać o pracy w krematorium inaczej niż z humorem.

Nie mogę powiedzieć, żeby Caitlin Doughty nie potrafiła dostrzec i uwypuklić humorystycznych aspektów swojej codzienności. Wręcz przeciwnie, jej styl jest miejscami cierpki i ironiczny, sprawiając, że nie krzywimy się, czytając o naprawdę nieprzyjemnych stronach pracy w krematorium, takich jak poprawianie wyglądu zmarłych, żeby widok ich twarzy nie przeraził pragnących się pożegnać członków rodziny. Przeczytałam kilka pierwszych rozdziałów z ciekawością, po czym dotarło do mnie, że coś mi nie pasuje. Odłożyłam książkę i zamyśliłam się. Może ten styl był jednak zbyt lekki? Może wcale nie chciałam czytać o tym, co dzieje się ze zwłokami? Wydawało mi się, że Caitlin Doughty nie dorosła do tego, żeby opisać swoją pracę, że traktuje ją zbyt lekko, a jednocześnie z jakąś chorobliwą fascynacją, nie potrafiąc przy tym wzbudzić we mnie wybuchów śmiechu. Nie było ani dość zabawnie, ani wystarczająco poważnie. Stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę od lektury i wrócę do niej, kiedy nabiorę na nią ochoty.

Ku własnemu zdziwieniu, wróciłam jeszcze tego samego wieczoru. Nie chciałam dać autorce nieświadomej satysfakcji, że mnie przestraszyła. Nie chciałam przyznać się sama przed sobą, że ten temat mnie jednak uwiera. Zaniosłam książkę do łazienki i czytałam ją podczas wieczornych kąpieli. Tydzień po tygodniu relaksowałam się w wannie, wracając do amerykańskiego krematorium. To chyba nie jest całkiem zdrowe, ale w zadziwiający sposób takie podejście do lektury sprawdzało się. Opowieść Caitlin Doughty w niewielkich dawkach okazała się dużo łatwiejsza do przyswojenia. Miałam czas na refleksję, a kiedy nie byłam w nastroju, po prostu nie brałam książki do ręki. Aż po kilku tygodniach ze zdziwieniem stwierdziłam, że styl przestał zgrzytać, a autorka nie próbuje już mnie przekonać, że o śmierci można opowiadać lekko i przyjemnie. Odniosłam wrażenie, że dojrzała wraz ze swoją książką, a może dopiero po wprowadzeniu czytelnika w swój świat odważyła się zacząć mówić wprost o tym, co myśli i czuje. I te przemyślenia okazały się zastanawiająco mądre i prowokujące.

Caitlin Doughty uważa bowiem, że popełniamy błąd, odgradzając się od śmierci. Kiedy umiera ktoś bliski, przedsiębiorcy pogrzebowi chcą jak najszybciej zabrać zwłoki. Nie zostawia się ich w domu na noc, nie organizuje czuwania przy zmarłym. Obcy ludzie przebierają i myją ciała członków naszych rodzin, nam zaś pozwala się co najwyżej na pospieszne pożegnanie przy trumnie. Zaprzestaliśmy praktykowania rytuałów, które pozwalały śmierć oswoić, a przez to bardziej się jej boimy. Autorka opisuje rodziny, które nie przyjeżdżają nawet po to, żeby pożegnać swoich zmarłych, i swoją własną bezradność w obliczu śmierci babci i zdecydowanego działania firmy pogrzebowej, która nie chciała, żeby członkowie rodziny mieli zbyt długi kontakt ze zwłokami.

Kilka lat pracy w krematorium zmieniło autorkę, sprawiając, że zrozumiała, jak bardzo niewłaściwe są działania przemysłu pogrzebowego. Nauczyła się obcować z martwymi ciałami, ale to, co się z nimi dzieje, przerażało ją coraz bardziej. Balsamowanie, upiększanie, zamykanie w pancernych trumnach - to wszystko wydało jej się sztuczne. Próbując znaleźć alternatywę, zagłębiała się w rytuały pogrzebowe ludzi z innych kręgów kulturowych. Podziwiała tych, którzy traktują śmierć jako coś naturalnego i pozwalają, by ciało rozłożyło się w sposób naturalny.

Kilka lat temu byłam świadkiem tradycyjnego pogrzebu tybetańskiego. W Tybecie ciała zmarłych nie są grzebane w ziemi ani palone. Oddaje się je sępom, obserwując z oddali, jak zjadają doczesne szczątki naszych bliskich. Wzięliśmy udział w takim pogrzebie całą rodziną, i choć miałam pewne obawy, że nie powinnam zabierać dziecka na taką ceremonię, okazała się ona dużo mniej makabryczna, niż się spodziewałam. Ten pogrzeb był straszny, ale też piękny, przesycony melancholią i mistycyzmem. Dużo piękniejszy niż niejeden pogrzeb, w którym uczestniczyłam w Polsce. (Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, tutaj znajdziecie relację z tybetańskiego pogrzebu).

"Dym wciska się do oczu" jest wołaniem o to, by i w naszej kulturze przywrócić pogrzebom ich mistyczny i naturalny charakter. Zdaniem autorki pomogłoby to nam oswoić się z myślą o śmierci. Zamiast bronić się przed tym, co i tak nieuchronnie nastąpi, moglibyśmy sprobować odnaleźć w tym jakiś sens.

Książka Doughty nie jest więc łatwą i przyjemną lekturą, ale bez wątpienia warto po nią sięgnąć. Autorka pisze dość nierówno, zdarzają jej się melodramatyczne fragmenty, a niektóre opowieści z życia krematorium wydają się zbyt lekkie i błahe w zestawieniu z dużo bardziej filozoficzną i refleksyjną drugą połową. Niemniej, lektura uświadamia nam, jak bardzo się oszukujemy i jak skutecznie odpychamy od siebie temat, który powinien być jakoś w naszym życiu obecny. Warto przeczytać i zastanowić się, jak powinny wyglądać nasze ostatnie chwile.

Moja ocena: 4,5/6

Caitlin Doughty "Dym wciska się do oczu", Tłum. Adam Wawrzyński

Wydawnictwo 4A Oficyna (pierwsza książka tego wydawnictwa, bardzo to obiecujący początek!), maj 2016


niedziela, 10 lipca 2016

Gdzieś w Kirgizji. Tylko nad rzeką nie było zbyt gorąco.

 

Pakowanie książek na wakacyjny wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Posiadanie czytnika ułatwia wprawdzie sprawę, ale czy ograniczenie się do ebooków nie jest za dużym ryzykiem? Nawet najlepszy czytnik może się kiedyś zepsuć, zapewne w najgorszym możliwym momencie. Dlatego zawsze zabieram ze sobą przynajmniej jedną papierową książkę. A właściwie, od kilku już lat staram się zabrać dokładnie jedną.

Potrafilibyście zdecydować, jaką książkę zabrać na dłuższy wyjazd, zakładając przy tym, że w podróży będziecie przynajmniej przez trzy tygodnie i raczej nie ma szans, że traficie na jakąś księgarnię? Staję przed tym dylematem niemalże co roku i co roku też stosuję inną strategię.

Dawniej było jeszcze trudniej. Nie miałam Kindla, co oznaczało, że musiałam nie tylko nosić w plecaku lektury, ale także przewodnik w wersji papierowej. Bardzo lubię przewodniki Lonely Planet, ale są dość pokaźne pod względem objętości i czasem mają wkładki z kolorowymi zdjęciami, drukowanymi oczywiście na grubszym i cięższym papierze. Jadąc do krajów nieanglojęzycznych zabieram też rozmówki i słownik. Do tego przynajmniej jedna mapa i ciężar plecaka znacząco wzrasta.

Od pierwszego wyjazdu założyłam więc, że zabieram ze sobą tylko jedną książkę, nie licząc oczywiście przewodnika i rozmówek. Łatwo nie było – w pierwszą podróż wybrałam się do Indii, zaraz po maturze, i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zabrałam ze sobą tylko jeden kryminał. Wydawało mi się, że nie będę miała czasu na czytanie, i tak właśnie było, niemniej, przeczytałam swoją książkę dość szybko i zostałam na kilka tygodni bez żadnej lektury. Ponieważ mieliśmy wtedy naprawdę mało pieniędzy, podróżowaliśmy tanio i spaliśmy w bardzo dziwnych miejscach – w aśramach, w małych chatkach u ludzi, którzy je podnajmowali za niewielkie pieniądze, i w najtańszych hotelach. Nie trafiliśmy do żadnego typowego hostelu, w którym byłaby półka z książkami na wymianę, za to w aśramach można było znaleźć książki religijne. Czytałam więc to, co było, i nawet nie narzekałam.

Na kolejny wyjazd jednak pojechałam lepiej przygotowana. Spakowałam aż trzy książki, tanie wydania kieszonkowe, które chciałam zostawić gdzieś po przeczytaniu. Tym razem okazało się, że w każdym miejscu, w którym śpimy, można wymienić książki, dlatego szybko zostawiłam dwie ze swoich lektur, zastanawiając się, jak długo będą czekały na jakiegoś czytelnika z Polski.

Potem bywało różnie. Raz spakowałam zbiór esejów, licząc, że będę je czytać wolno i starczą na dłużej. Przy innej okazji zdecydowałam się na jedną ze swoich ulubionych lektur, zakładając, że z przyjemnością przeczytam ją dwa lub nawet trzy razy podczas jednego wyjazdu. Jadąc pociągiem do Kirgizji zabrałam więcej lektur, których ostatecznie nie przeczytałam, bo wolałam gapić się w okno na niekończącą się tajgę i kazachski step… Odkąd mam Kindla, papierowa książka jest tylko zabezpieczeniem, co nie znaczy, że łatwiej jest zdecydować, jaki tytuł zabrać.

Na kilkudniowy trekking zabieram tylko czytnik. Oby tylko się nie rozładował!

Teoretycznie powinno być łatwiej, odkąd podróżujemy całą rodziną. Wszyscy zabieramy po jednej książce, trzeba więc tylko wybrać takie tytuły, którymi będziemy mogli się wymienić. Niestety, każde z nas czyta w innym tempie, wymiana nie jest więc prosta. Znacznie ważniejsze jest więc wybranie książki, którą będziemy czytać wspólnie, na głos. Zabieramy ją w wersji elektronicznej, żeby móc ją czytać po ciemku w namiocie. Najtrudniej przekonać do ograniczenia się do ebooków Olę, która większość książek ma w wersjach papierowych. Przyznam, że wykorzystuję tę sytuację, żeby podsunąć jej książki, po które sama by nie sięgnęła. Pilnuję, żeby na czytniku były różne starocie, od książek Hanny Ożogowskiej zaczynając, na serii o Tomku kończąc.

Koncert jazzowy w Shangri La w Syczuanie. My słuchamy, a Ola próbuje czytać :)

W tym roku jeszcze nie zdecydowałam, jaką książkę spakuję do plecaka. Tym razem będzie mi nieco łatwiej, jako że nie jedziemy daleko i z dostępem do angielskich książek nie będzie raczej problemu. Mimo to na pewno spędzę sporo czasu, zastanawiając się, czy zabrać jakiś reportaż, esej, czy po prostu wciągającą powieść. A może wreszcie się odważę i zrezygnuję całkiem z zabierania papierowej książki?

Macie podobne dylematy? Ile książek zabieracie ze sobą na wakacje? A może potraficie ograniczyć się do czytnika? Podzielcie się swoimi strategiami!

 

wtorek, 22 grudnia 2015

Zima powitała nas trzaskającym mrozem i i skrzącym się w słońcu śniegiem. Przyjemnie było maszerować przez ten bielutki świat, wejść do ciepłej piekarni i rozcierając ręce kupić pachnący bochenek chleba. Samochodów było niewiele, bo jezdnia jeszcze nie odświeżona, ale mieszkańcy mojego osiedla z przyjemnością robili ostatnie przedświąteczne zakupy na zasypanym śniegiem ryneczku. Cieszyłam się na myśl o wieczorze, kiedy za oknem będzie sypało, a ja będę sobie spokojnie czytała.

Zastanawiacie się, czy nic wam nie mówiąc przeniosłam się ostatnio na Islandię? A może po prostu zjadłam za dużo pryskanych mandarynek i zaczynam majaczyć? No cóż, prawda jest taka, że pierwszy dzień zimy wyglądał nieco inaczej - wszyscy wiemy, jak. Ja jednak nie mam zamiaru się poddawać! Poznaniacy podpisywali ostatnio petycję, domagając się śniegu w zimie, a ja wierzę, że śnieg w tym roku zobaczę, choćbym miała wyruszyć na poszukiwania - w zeszłym roku się udało. Tymczasem spędzam wieczór, planując różne książkowe zajęcia, które kojarzą mi się z zimnymi i ciemnymi miesiącami. Pół roku temu dużą popularnością cieszyła się lista 20 książkowych rzeczy, które można zrobić latem, postanowiłam więc przygotować dla was listę zimowych pomysłów! Oto 15 rzeczy, które każdy mól książkowy z przyjemnością zrobiłby tej zimy:

1. Przeczytaj naprawdę grubą książkę

Wprawdzie od dzisiaj dzień zaczyna się wydłużać, ale minie jeszcze parę miesięcy, zanim będziemy mogli cieszyć się późnopopołudniowym słońcem. Nie ma się jednak co smucić - długie wieczory to idealna pora na długie lektury! Podobno od kilku lat średnia grubość książek, które czytamy, wzrasta, zresztą jestem pewna, że wszyscy mamy kilka książek, których objętość nas przeraża. Jeśli szukacie inspiracji, jesienią polecałam wam dziesięć naprawdę grubych książek - podejrzewam, że mogliście się jeszcze z nimi nie uporać...

2. Przeczytaj książkę zaliczaną do klasyki, której jeszcze nie znasz

Skoro znajdziecie czas na grubą książkę, dlaczego nie pójść na całość i nie sięgnąć po coś z klasyki? Przyznajcie się - kto obiecuje sobie od lat, że wreszcie przeczyta "Annę Kareninę", "Czarodziejską górę" albo choćby "Noce i dnie"? Świetnie pasują do zimowego klimatu powieści Dickensa, długie, wciągające i uroczo staroświeckie. Akcję czytania Dickensa w trakcie Świąt organizuje Olga z Wielkiego Buka - polecam!

3. Weź sobie dzień wolnego i czytaj

Kto powiedział, że urlop bierze się tylko w lecie? Albo że bierze się go po to, żeby wyjechać? Oczywiście, jako wielbicielka jazdy na nartach i górskich wędrówek nie omieszkam się spędzić przynajmniej tygodnia gdzieś w górach, ale czasem mam ochotę po prostu zaszyć się na jeden dzień w domu z książkami. Zresztą, nie musi to być jeden dzień - zaszalejmy i zorganizujmy sobie książkowy weekend! Wyłączamy telefon, wyciągamy kabel sieciowy lub odłączamy router i udajemy, że nas nie ma, czytając, oglądając filmy i leniuchując!

4. Cóż, że zima - poczytaj na dworze

Latem chętnie wychodzimy z książkami do parku, ogrodu lub choćby na balkon, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zrobić to także zimą. Warunkiem niezbędnym jest jednak przyjemna, słoneczna pogoda. Próbowaliście kiedyś czytać na śniegu? Ja w zeszłym roku spędziłam tak kilka godzin i było naprawdę przyjemnie - rześko, niezbyt zimno i pięknie.


5. Poczytaj przy kominku

Może czytanie przy kominku trąci banałem - kominek, mróz za oknem, wino i książka to dość stereotypowa wizja, ale jakże przyjemna! Banał czy nie, czytanie przy kominku to jest to! Jeśli nie dysponujecie kominkiem, poszukajcie - może wybierzecie się do koleżanki, która ma kominek i umówicie na wspólne czytanie? W ostateczności porozstawiajcie wokół siebie świeczki i użyjcie wyobraźni!

6. Zrób porządki na półkach

Świąteczne lub noworoczne porządki to doskonała okazja, żeby sprawdzić, jakie w ogóle posiadamy książki i czy aby na pewno chcemy je wszystkie mieć. Myślę, że większość zagorzałych czytelników dochodzi w pewnym momencie do punktu, w którym po prostu mamy za mało półek (bo jak wszyscy dobrze wiemy, zawsze jest za mało półek, nigdy za dużo książek). Zima to chyba dobry okres, żeby popracować nad tym problemem. Ja nauczyłam się oddawać książki, choć przyznaję, że nie było to łatwe.

7. Skataloguj swoje książki

Skoro już i tak masz sprzątać, może skorzystaj z okazji i skataloguj swoje zbiory? W moim przypadku to marzenie ściętej głowy - musiałabym chyba wziąć tydzień wolnego. Nie znaczy to jednak, że myśl o spisaniu książek, które mam, nie jest kusząca...

8. Zamontuj nowe półki lub kup regał

Jeśli po porządkach książki nadal nie mieszczą się na półkach, nie ma rady - trzeba znaleźć na nie więcej miejsca. Remonty zwykle robi się latem, ale moim zdaniem zamontowanie nowych półek to nie remont, a zimowe wieczory to chyba całkiem odpowiedni na to czas. Ja już się cieszę na nowe półki, które U obiecał mi zamontować jeszcze przed Nowym Rokiem!

9. Idź na wymianę książkową

A jeśli w twoim mieście nie odbywają się wymiany, zorganizuj ją. To świetna okazja, żeby pozbyć się książek, które nie zmieściły się na półkach po ostatnich porządkach, a przy okazji można zdobyć kilka nowych tytułów. Nie nastawiaj się na gorące nowości - jako stała bywalczyni poznańskich wymian wiem coś o tym. Wymiany to jednak doskonała okazja, żeby wyszperać jakieś zapomniane perełki, warto więc wytrwale przeglądać zakurzone stosy. Jeśli myślisz o zorganizowaniu wymiany, skorzystaj z doświadczeń innych albo zacznij od kameralnej akcji dla najbliższych znajomych.

10. Podaruj komuś książkę

Jeszcze nie jest za późno, żeby pod choinkę włożyć choć jedną książkę. I nie oszukujcie - niech to nie będzie prezent od was dla was! Podarujcie książkę komuś bliskiemu, nawet jeśli wydaje wam się, że to nie jest odpowiedni prezent. Włóżcie w to serce: wybierzcie starannie odpowiedni tytuł, napiszcie dedykację z wyjaśnieniem, dlaczego wydaje wam się, że ta książka do tej osoby pasuje. Kto wie? Może zachęcicie kogoś do czytania?

11. Pójdź na spotkanie autorskie

Latem czyha wiele pokus - przyjemniej się spaceruje po lesie lub wyleguje na jeziorem. Zimą jednak możecie poświęcić jedno popołudnie na spotkanie z pisarką lub pisarzem. Wydaje wam się, że w waszej okolicy nic ciekawego się nie dzieje? Sprawdźcie w najbliższej bibliotece! A może wybierzecie się na spotkanie specjalnie do innego miasta? Wpadnijcie do Poznania, mamy tu świetny cykl Zamek Reporterów (programu na przyszły rok jeszcze nie ma, ale na pewno niebawem się pojawi). Wydaje wam się, że jechanie gdzieś daleko po to, żeby spotkać ulubionego autora, to przesada? Cóż, poleciałam kiedyś do Londynu specjalnie na spotkanie z Paulem Theroux, domyślacie się więc, że popieram takie szaleństwa!

Od lewej: Chihiro, Paul Theroux, ja i moja przyjaciółka Agata

12. Przeczytaj książkę w obcym języku

I niech to będzie prawdziwe wyzwanie! Czyli w moim przypadku książka po angielsku odpada, ale może uda mi się wreszcie przeczytać coś po włosku? Albo chociaż jakąś uproszczoną książkę po chińsku? Zima to dobry moment na takie próby, zwłaszcza jeśli robicie noworoczne postanowienia i jesteście przez jakiś czas pełni zapału!

13. Popracuj nad swoją polszczyzną

Miałam zamiar napisać, że ten punkt odnosi się przede wszystkim do blogerów, ale zmieniłam zdanie. Jestem przekonana, że wszyscy czasem czujemy, że nie wiemy o języku ojczystym tyle, ile byśmy chcieli. Ja od dłuższego już czas ciężko pracuję nad tym, żeby lepiej pisać i mówić po polsku. Polecam świetne książki z serii Poradni Językowej PWN, na przykład "Piszemy poprawnie", warto także czytać blogi poświęcone poprawnej polszczyźnie - ja lubię na przykład blog Uli Łupińskiej. Jeśli chcecie nauczyć się pisać lepsze teksty na blogu, sięgnijcie po "Piekny styl" Pinkera (recenzja wkrótce).

14. Zorganizuj książkową imprezę w karnawale

Ten punkt znalazł się też na liście rzeczy do zrobienia w lecie, ale po namyśle stwierdzam, że to zdecydowanie pomysł na zimę. Impreza karnawałowa w stylu "Gry o tron"? A może "Rywalek"? A jeśli nie lubicie się przebierać, to może po prostu impreza luźno z książkami związana? Można zorganizować kameralną wymianę książek albo obejrzeć ekranizację jakiejś powieści?

15. Podsumuj swój czytelniczy rok (i jeśli lubisz, zaplanuj kolejny)

Wraz ze wzrostem popularności wyzwań typu "Przeczytam 52 książki w roku...", coraz więcej osób liczy przeczytane książki. Nigdy tego nie robiliście? Spróbujcie, nie po to, żeby rywalizować, ale choćby dlatego, że jest to po prostu przyjemne. Jeśli dodawaliście przeczytane książki do biblioteczki na Lubimy czytać lub Goodreads, spróbujcie je teraz spisać i przeanalizujcie tę listę. Może dostrzeżecie coś, z czego nie zdawaliście sobie sprawy? Ja zaczęłam podsumowywać swoje czytelnictwo dopiero kiedy założyłam bloga, i ze zdziwieniem zauważyłam, jak mało polskich książek czytam. Od kilku lat próbuję to zmienić i w niektórych latach nawet mi się to udało. Jeśli nie jesteście w stanie policzyć, ile książek przeczytaliście w 2015, może przynajmniej przypomnijcie sobie, która z nich podobała się wam najbardziej? Jeśli macie swoją "książkę roku", koniecznie podzielcie się jej tytułem w komentarzu!

Ja lubię wszelkie podsumowania i plany, choć te drugie traktuję raczej z przymrużeniem oka, bo wiem, że zwykle niewiele z nich wychodzi - przynajmniej w moim przypadku. Chętnie jednak przeglądam listy zapowiedzi książkowych i zastanawiam się, co koniecznie chciałabym przeczytać w kolejnym roku.

* * *

Mogłabym tę listę jeszcze wydłużyć, ale wolę posłuchać waszych pomysłów! Jakie książkowe aktywności kojarzą wam się z zimowymi miesiącami? Które z moich podpowiedzi podobają wam się?

A ponieważ w domu pachnie mi ciastem i choinką (no dobrze, choinka pachnie wyjątkowo słabo w tym roku, ale od czego ma się wyobraźnię), czuję już nadchodzące Święta. I z tej okazji chciałabym wam wszystkim życzyć Świąt pełnych radości i miłości. Życzę wam, żebyście znaleźli czas zarówno na rozmowę z bliskimi, jak i na dobrą lekturę, a w paczkach znalezionych pod choinką kilka książek, o których marzyliście!

sobota, 24 października 2015

W zamierzchłych czasach, kiedy w każdym domu była książka telefoniczna, w ramach nieco głupiej rozrywki dzieciaki dzwoniły do ludzi mających nietypowe nazwiska i mówiły coś głupiego, co do tego nazwiska pasowało. Mnie to nigdy nie bawiło, ale moje koleżanki dzwoniły do kogoś o nazwisku Marchewka, przestawiały się jako pani Pietruszka i pytały, czy mogą zaproponować rosół. Pomysłów miały wiele, a najbardziej bawiło je wykręcanie czysto przypadkowych numerów i wygłaszanie absurdalnych kwestii.

Gdybyśmy istniała wtedy książka Randalla Munroe "What if? A co, gdyby?", być może dzwoniłyby i mówiły „na zdrowie". Dlaczego? Bo w swojej książce Munroe odpowiada na pytanie, jakie są szanse na to, że jeśli zadzwonimy pod przypadkowy numer telefonu i powiemy „na zdrowie", trafimy na osobę, która przed chwilą kichnęła.

"What if" to zbiór odpowiedzi na takie właśnie - czasami absurdalne, czasami naprawdę zabawne i zastanawiające pytania. Munroe to twórca jednego z najpopularniejszych komiksów internetowych, a także bloger, który z zaangażowaniem poszukuje odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Na pewno przydaje mu się wiedza wyniesiona ze studiów i z pracy - Munroe ma dyplom z fizyki, a pracował przez lata w NASA. Rzucił tę pracę, żeby pisać i rysować, i wydaje mi się, że powinniśmy być mu za to wdzięczni. Jego książka jest bowiem cudownym przykładem na to, że na każde pytanie da się znaleźć odpowiedź, a jej poszukiwanie może być fantastyczną przygodą.

"What if" to doskonała książka do wspólnego, rodzinnego czytania na głos. Po pierwsze - pytania, na które Munroe na jej łamach odpowiada, są naprawdę interesujące i mogą sprowokować ciekawe dyskusje w gronie rodzinnym. Kto bowiem nie chciałby wiedzieć, co by się stało, gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi zgromadzili się w jednym miejscu i jednocześnie podskoczyli? Co ciekawe, autor nie poprzestaje na opisaniu tego, co stałoby się z planetą, ale rozważa los ludzkości po tym, jak wszyscy jej przedstawiciele zgromadziliby się w jednym miejscu.

Po drugie - książka ta cudownie pokazuje, jaką przygodą może być nauka. Dzieci potrafią zadawać intrygujące pytania, które dorośli czasem ignorują, często dlatego, że nie chcą się przyznać, że nie znają odpowiedzi. Potem ta ciekawość zanika, a nasze spojrzenie na świat staje się dużo bardziej schematyczne. A przecież warto pytać i warto na te pytania szukać odpowiedzi. A te powinny nas doprowadzić do kolejnych pytań, i tak dalej, bez końca.

Zresztą lektura "What if" jest przede wszystkim świetną zabawą. Pytania intrygują, odpowiedzi często zaskakują, zaś całość przerywana jest kompletnie absurdalnymi pytaniami, na które Randall Munroe nie chciał odpowiadać, ale które okrasił dowcipnymi komentarzami. Czytam ją po kawałku i nie mam ochoty kończyć, zamęczam też przy tym rodzinę, czytając im co chwilę kolejny fragment. Ale kto nie chciałby się podzielić wiedzą na temat tego, jak wysoko można czymś rzucić, albo czy gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi przestali się ze sobą kontaktować na kilka tygodni, to czy przestalibyśmy się przeziębiać?

Uwielbiam sposób, w jaki Munroe prowadzi swoje rozważania. Nie szuka po prostu odpowiedzi - zastanawia się nad tym, do czego jeszcze taki eksperyment mógłby doprowadzić i jakie mogłyby być jego skutki. Ma niesamowite poczucie humoru, nie sposób więc nie śmiać się co chwilę podczas lektury.

Jeśli więc zabraknie wam pomysłów na prezent gwiazdkowy, mikołajkowy, czy jakikolwiek inny - dla dowolnej osoby! - książka Randalla Munroe na pewno się sprawdzi. W końcu kto nie chciałby wiedzieć, jak długo paliłoby się ostatnie sztuczne światło, gdyby cała ludzkość po prostu zniknęła z powierzchni Ziemi?


środa, 30 września 2015

By Alborzagros (www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC-BY-SA-3.0 via Wikimedia Commons

Nie pamiętam, kiedy się zorientowałam, że książki miewają więcej niż jednego autora. Być może dopiero wtedy, kiedy jako osiemnastolatka
sięgnęłam po „Władcę Pierścieni” w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego i wstrząsnęły mną opisy Sępnej Puszczy i zamiana Shire na jakieś nieznane mi miejsce. Prawdopodobnie stało się to jednak wcześniej, kiedy ze zdziwieniem odkrywałam, że Kubuś Puchatek może być Fredzią, albo kiedy ktoś powiedział mi, jak naprawdę miała na imię pani Małgorzata Linde. Wiem tyle, że zaczynając studia na filologii angielskiej byłam zafascynowana dziwnym i tajemniczym światem przekładu literackiego.

O tym, że tłumacz jest drugim autorem tekstu, mówił wybitny tłumacz Jerzy Jarniewicz. Nie da się jednak ukryć, że zdarza nam się zapominać o tym, jak wielką rolę odgrywają tłumacze. Być może na tym zresztą polega dobre tłumaczenie – jest na tyle przezroczyste, że nie zwracamy uwagi na to, że
czytamy tekst przełożony z innego języka. Dopiero kiedy natkniemy się na jakąś chropowatość języka, przypominamy sobie, że między nami, a autorem tekstu stoi jeszcze jedna osoba.

Przyznajcie szczerze, jak wielu tłumaczy potrafilibyście wymienić w tej chwili z imienia i nazwiska? Zakładam, że w najlepszym razie kilkunastu. W naszej czytelniczej świadomości utrwalają się nazwiska osób wybitnych lub kontrowersyjnych – kojarzymy Stanisława Barańczaka, Macieja Słomczyńskiego, Andrzeja Polkowskiego, który dzięki słowniczkowi zamieszczonemu na końcu swoich tłumaczeń książek z cyklu o Harrym Potterze uświadomił wielu młodym czytelnikom, przed jak trudnym zadaniem staje tłumacz. Znamy Zofię Chądzyńską, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, może kilku innych. A przecież, przynajmniej według danych sprzed czterech lat, prawie 50% tytułów na naszym rynku to tłumaczenia (Raport o sytuacji tłumaczy literackich, Instytut Książki, 2011). Jest więc na naszym rynku naprawdę dużo przekładów – w USA mniej więcej w tym samym czasie tłumaczenia stanowiły jedynie 3% wszystkich książek.

Rola tłumacza bywa trudna i niewdzięczna. Zazwyczaj pracuje pod presją czasu, nie zarabia wiele, w dodatku musi wykazać się wiedzą i umiejętnościami wykraczającymi poza proste kompetencje językowe. Powinien orientować się w kulturze i historii, mieć zdolności aktorskie, być w stanie naśladować cudze głosy, oczywiście na piśmie. Znajomość języka oryginału to dopiero połowa sukcesu. Tłumacz jest zresztą też najlepszym, najbardziej wnikliwym czytelnikiem, który czasem zna tekst lepiej niż sam autor.

Warto więc tę ciężką pracę doceniać – sprawdzać nazwiska tłumaczy i zapamiętywać, szukać książek przetłumaczonych przez ludzi, których tłumaczenia przypadły nam już wcześniej do gustu. Macie ulubionych autorów? Czemu nie mielibyście mieć ulubionych tłumaczy i kupować książki tylko dlatego, że oni je przetłumaczyli? Ja jestem bliska takiego bałwochwalczego uwielbienia dla Jędrzeja Polaka, którego tłumaczenia wyjątkowo przypadają mi do gustu.

Co ciekawe, nie zawsze da się jednoznacznie ocenić jakość tłumaczenia. To przecież kwestia równie subiektywna, jak ocena samej książki. Wracając choćby do wspomnianej na początku tego tekstu trylogii Tolkiena, czuję się przywiązana do tłumaczenia Skibniewskiej. Jednak nie da się ukryć, że jest ono dość sztywne i miejscami brakuje mu czegoś, co z kolei można znaleźć w kontrowersyjnym przekładzie Łozińskiego. „Władca Pierścieni” w wersji Skibniewskiej zmęczył moją córkę, która zniechęciła się do lektury. Być może powinnam jednak kupić jej nowszy przekład?

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Tłumacza, co jest dobrą okazją do tego, by przyjrzeć się książkom na swoich półkach i sprawdzić, czy na pewno pamiętamy, kto je przetłumaczył. Macie swoich ulubionych tłumaczy? Opowiedzcie o nich w komentarzach! A ja wszystkim tłumaczom życzę pięknych książek do tłumaczenia, wiernych czytelników i dobrych wydawców!

poniedziałek, 18 maja 2015

Udało mi się dzisiaj zażartować.

I cóż z tego? - powiecie. Każdy czasem żartuje, to nie powód, żeby od razu o tym pisać na blogu. Poprzewracało się tej Padmie w głowie, lepiej by recenzję napisała.

Pozwólcie jednak, że uściślę! Udało mi się dzisiaj zażartować po chińsku.

Dwa lata nauki, rysowania przeklętych znaczków, wpatrywania w teksty, które równie dobrze mogłyby być napisane przez kosmitów, przegrzewanie zwojów mózgowych przy próbach sformułowania zdania złożonego. I wreszcie ten moment dzisiaj, kilka sekund dosłownie, kiedy coś mnie rozśmiesza i bez namysłu mówię to swoją nieporadną chińszczyzną, a nauczycielka się śmieje. Udało mi się przekazać to, o co mi chodziło!

Miłość do czytania jest dla mnie nierozerwalnie związana z miłością do języków. Polski alfabet zawiera trzydzieści dwie litery. Angielski dwadzieścia sześć. Miłość, nienawiść, złość, wątpliwość - wszystko to można wyrazić za ich pomocą. Dzieła Szekspira to kombinacja dwudziestu sześciu znaków. Poskładane w słowa stanowią miecz, ale też koc, którym otulamy siebie i innych w chwilach smutku.

Kiedy byłam mała, marzyłam o kilku rzeczach. Wyjawię wam dwa z tych marzeń - chciałam podróżować po świecie i znać wiele języków. Umieć nazwać rzeczy różnymi imionami, zrozumieć ludzi żyjących po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Nie znałam wtedy tego cytatu, ale instynktownie rozumiałam słowa Wittgensteina - że granice moje języka są granicami mojego świata.

Nie zostałam poliglotką, ale też nie poprzestałam na marzeniach. Mam drugą duszę - według Karola Wielkiego jest nią drugi język. Po angielsku jestem tak samo sobą, jak po polsku - dziwne, prawda? Czy można być tą samą osobą w innym języku? Przecież w każdym myśli się nieco inaczej.

Angielski jest cudownym językiem i wyznam, że kocham go używać, ale nigdy nie zamierzałam na nim poprzestać. Dwie dusze to już coś, ale czemu by nie postarać się o kolejne? Okazuje się, że można kochać także włoski, hiszpański, rosyjski i zapewne wiele innych języków. Tylko z niemieckim się jakoś nie polubiliśmy, choć trochę tego żałuję.

Tak naprawdę jednak zrozumiałam, czym jest to poszerzanie granic, kiedy zaczęłam odważne wycieczki w stronę języków azjatyckich. Języki europejskie, przynajmniej niektóre, wydają się zbyt bliskie. Mają słowa, które intuicyjnie rozumiemy, gramatykę, którą potrafimy pojąć. Z językami orientalnymi jest zupełnie inaczej.

Zaczęło się od indonezyjskiego, który jest językiem stosunkowo prostym i niezbyt trudnym do opanowania przez Europejczyka. Alfabet ma łaciński, gramatykę niesamowicie uproszczoną, jedynym wysiłkiem (za to poważnym) jest próba zapamiętania niezliczonych słów, które nie wydają się do niczego podobne. Po indonezyjsku świat wydaje się miejscem przyjaznym, pełnym krewnych i przyjaciół. To świat swobody - słowa często funkcjonują w dwóch wersjach, a to, której użyjesz, zależy tylko od ciebie.

Inaczej sprawa wygląda z chińskim. Kiedy w momencie jakiejś bezrozumnej brawury postanowiłam, że przed wyjazdem do Chin zapiszę się na krótki i intensywny kurs tego języka, byłam przekonana, że po miesiącu będę w stanie przynajmniej się potargować, zapytać o wolne pokoje w hotelu. W końcu z indonezyjskim udało się to nie tylko mnie, ale także mojej kilkuletniej wtedy córce, która po miesiącu nauki z samouczka potrafiła się przedstawić, spytać o cenę i zrozumieć odpowiedź. Szybko przekonałam się, że tak jak Chin nie da się zrozumieć podczas miesięcznego wyjazdu, tak samo język nie odkryje tak łatwo swoich tajemnic.

Chiny to prawdziwa zagadka. Kraj ogromny, skomplikowany i trudny, zamieszkany przez ludzi, którzy w pierwszej chwili wydają się mało przyjaźni, za to jest ich tak dużo, że trudno nie poczuć się przytłoczonym. Dokładnie tak samo wygląda sprawa z językiem chińskim. Po pierwsze - w Chinach jest wiele języków. Oficjalny mandaryński bywa za trudny dla mieszkańców Syczuanu, którzy mówią po tybetański, i zapewne tak samo wygląda to w wielu innych regionach. Pismo onieśmiela - znaków w pierwszej części podręcznika jest tyle, ilu Chińczyków w pekińskim metrze, a wierzcie mi - ilość ludzi wsiadających tam na każdej stacji jest po prostu niewiarygodna.

Jeśli jednak pokonamy strach, okaże się, że to fascynujący język, który kryje w sobie świat, o jakim nam się nie śniło. Pismo to prawdziwe rebusy. Kiedy poznamy znaczenie niektórych części znaków (tak zwanych kluczy), będziemy mogli rozszyfrować ich pochodzenie, a nawet znaczenie. Na przykład znak oznaczający spokój składa się z dwóch części - kobiety i dziecka. Kobieta i dziecko oznacza widocznie spokój dla Chińczyka, który dąży do tego, by mieć rodzinę. Mnóstwo znaków kryje w sobie opowieści o cesarzach, sztyletach, górach - trzeba tylko je odszyfrować. Niektóre znaki przypominają rzecz, którą oznaczają - drzewo to pień i gałęzie, o ile oczywiście ma się dość wyobraźni, by to dostrzec.

Do czytania książek po chińsku droga długa - na razie wyzwaniem jest menu w restauracji.

Jak całkowicie innym doświadczeniem musi być czytanie książki po chińsku! Nie potrafię sobie jeszcze tego wyobrazić - przeczytanie krótkiego tekstu z podręcznika to dla mnie droga przez mękę. Widzę już jednak, że jest to zupełnie inne doświadczenie, niż składanie w całość tych trzydziestu dwóch liter. Czytanie staje się dużo bardziej wizualne, zresztą powoli zaczynam widzieć oczyma wyobraźni znak, kiedy mówię słowo - mowa i pismo stają się w dziwny sposób jednym.

Chiński jest też bardzo poetycki. Pogoda to "tian qi" - dosłownie "oddech nieba". Czy to nie jest piękne? Z drugiej strony, to język dużo bardziej zwięzły, niż na przykład angielski. Wydaje się pozbawiony wielu elementów, które w naszych językach tworzą gramatykę, która tam okazała się zbędna. Wiele słów to jednocześnie przymiotniki, rzeczowniki i czasowniki, ich znaczenie określa kontekst.

Zresztą taką samą radość, jak obce języki, sprawia mi język ojczysty. Lubię słowa, które dobrze układają się na języku, zaskakują, przypominają coś, o czym zapomniałam. Tyle jest pięknych słów, których używamy coraz rzadziej - podlotek, absztyfikant, safanduła. Uwielbiam gwarę poznańską, cieszę się nią tak, jak rogalami świętomarcińskimi - zapamiętuję słówka, a niektóre nawet przyswoiłam tak dobrze, że stały się dla mnie naturalne: mówię bimba, wuchta, laczki, bluzka na naramkach, ostrzytko.

Po co o tym piszę? Ot tak, z czystej radości, że udało mi się dzisiaj oswoić troszkę bardziej kolejny język, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak długa droga przede mną, zanim będę w stanie przeczytać po chińsku książkę. Przy okazji zaś chciałam was zachęcić, żebyście - jeśli nigdy nie próbowaliście - zaczęli czytać w obcym języku. Albo językach, bo każdy kolejny przychodzi nieco łatwiej. Smakujcie słowa, obce i rodzime, bo książka to przecież także forma, choć często nie zwracamy na to uwagi, pochłonięci losami bohaterów powieści. Jeśli wasza ukochana książka została pierwotnie napisana w innym języku, spróbujcie ją w tym języku przeczytać. Może odkryjecie w niej coś nowego? Pewne jest, że granice waszego świata się przesuną.

niedziela, 07 grudnia 2014

Londyn to moje miasto. Uważam, że mogę to powiedzieć, chociaż tam nie mieszkam. Może właśnie dlatego Londyn to dla mnie miejsce wyjątkowe - niezepsute przez codzienną rutynę, męczące dojazdy do pracy, cieknący kran w łazience, tęsknotę za rodziną. Moje londyńskie wspomnienia są zawsze przyjemne, bo też jeżdżę tam dla przyjemności. Zarazem znam to miasto na tyle dobrze, żeby czuć się tam u siebie. Znam parki, sklepy, targi, muzea. Wiem, gdzie wypić wietnamską kawę i gdzie kupić książkę za pół funta. Znam od środka biblioteki i puby. Mój Londyn to miasto wielu twarzy, w którym żywi obcują z umarłymi. Wszędzie wypatruję ulubionych niebieskich tabliczek i dzięki temu wiem, gdzie mieszkali pisarze, odkrywcy, zubożali arystokraci i znani architekci. To miasto tak różnorodne, że właściwie niemożliwe jest wybranie dziesięciu książek na jego temat... Ale jako że już zdecydowanie zbyt dawno nie spacerowałam po brzegu Tamizy, dzisiejsza dziesiątka będzie dotyczyć właśnie Londynu.

1. Wojciech Karpiński "Obrazy Londynu"

Książka, którą podczytuję od kilku tygodni, zabijając tęsknotę za Londynem. Wydana w serii "Podróże" Zeszytów Literackich relacja z dziesięciu wizyt autora w Londynie, niespieszna i gęsta. Londyn Karpińskiego to miasto sztuki, a jego opowieść to przede wszystkim dowód na to, że jest to sztuka wciąż żywa, mająca znaczenie. Mnóstwo interesujących osób przewija się przez kartki tej książki, zaś lektura grozi niepohamowanym pragnieniem natychmiastowego przeniesienia się na schody National Gallery.

2. Ben Aaronovitch "Rzeki Londynu"

Dla równowagi coś lekkiego i tajemniczego - pierwsza część cyklu, który pokochałam miłością bezwarunkową. Bohater, niejaki Peter Grant, jest policjantem, a zarazem adeptem sztuki magii. O swoich zdolnościach, a nawet o tym, że magia w ogóle istnieje, dowiedział się, gdy pełniąc dyżur na miejscu zbrodni dostrzegł ducha. Od tego czasu trafił do specjalnego wydziału londyńskiej policji, nauczył się kilku przydatnych zaklęć, wdał w romans z boginką jednej z londyńskich rzek i zyskał szacunek kilku innych tajemniczych postaci, nie należących bynajmniej do rasy ludzkiej. W tle Londyn, tajemniczy i intrygujący.

3. Charles Dickens "Samotnia"

Bez Dickensa lista londyńskich książek nie byłaby pełna. Londyn jest wszędzie w jego powieściach, ale chyba najbardziej sugestywny obraz Londynu znajdziemy w "Samotni". Lektura tej książki może być wyzwaniem - ma ponad tysiąc stron, a czcionka do największych nie należy. Londyn w niej przedstawiony to straszne miejsce - spowijająca go mgła jest metaforą mglistej moralności jego mieszkańców. Dickens trochę chyba przesadził z długością opisów, choć zważywszy, że płacono mu od ilości wierszy, nie powinno to dziwić. Niemniej jednak czyta się to dobrze, a sugestywny opis londyńskich sądów znajdziemy już na samym początku - możecie więc do niego zajrzeć i sprawdzić, czy wam się spodoba.

4. Zadie Smith "Białe zęby"

Słynna książka, od której rozpoczęła się kariera literacka Zadie Smith. To opowieść o wielokulturowym Londynie, której bohaterami są trzy rodziny - małżeństwo brytyjsko-haitańskie i ich córka, rodzina imigrantów z Bangladeszu oraz angielscy intelektualiści pochodzenia żydowskiego. Książka Zadie Smith to lektura obowiązkowa, momentami irytująca, ale dająca do myślenia, a momentami przezabawna.

5. Naomi Alderman "Nieposłuszeństwo"

Skoro na liście pojawiają się "Białe zęby", należy wspomnieć jeszcze o dwóch książkach przedstawiających Londyn jako tygiel kultur. Naomi Alderman pisze o zamieszkujących jedną z dzielnic ortodoksyjnych Żydach i dziewczynie, która nie do końca do swojej społeczności pasuje. Bardzo wciągająca lektura, która przedstawia nieco inne, mniej znane oblicze miasta. Osobom, którym ta książka przypadnie do gustu, polecam także "When we were bad" autorstwa Charlotte Mendelson, kolejną książkę o żydowskiej rodzinie z Londynu, niestety nie wydaną po polsku.

6. Monica Ali "Brick Lane"

Kolejna książka o  londyńskich imigrantach, tym razem opowiadająca o życiu na Brick Lane - ulicy zamieszkanej przez przybyszów z krajów muzułmańskich. Nazneen przyjechała z Bangladeszu, a Brick Lane staje się jej całym światem. To okryta niesławą ulica - tutaj grasował w XIX wieku Kuba Rozpruwacz, a i dzisiaj jest dość obskurna. Monica Ali rozsławiła ją swoją książką, którą trzeba przeczytać, jeśli się chce wiedzieć trochę więcej o życiu kobiet, które do Europy przyjeżdżają niekoniecznie z własnej woli.

7. Gillian Tindall "The House by the River Thames"

Książka niewydana niestety po polsku, a szkoda, bo autorka pomysł miała znakomity. Wybrała sobie jeden londyński dom - pozornie zwyczajny dom stojący nad brzegiem Tamizy, i opisała 450 lat jego historii. Jego mieszkańcy mogli widzieć ze swoich okien Szekspira zmierzającego do pobliskiego teatru The Globe, oglądali też budowę katedry św. Pawła na przeciwległym brzegu. Dom przetrwał wielki pożar Londynu. Być może to właśnie w jednej z jego sypialni pierwszą noc w Londynie spędziła Katarzyna Aragońska, jedna z żon Henryka VIII. Mieszkańcy domu nie należeli jednak do arystokracji. To nie jest i nie była modna dzielnica - mieszkali tu drobni kupcy, mniej zamożni dżentelmeni. Tindall opowiada historię wielkiego miasta przez pryzmat zwykłej budowli, i to naprawdę fascynująca opowieść.

8. Virginia Woolf "Pani Dalloway"

Londynu jest tu może nie tak wiele, ale za to opisany jest w niezapomniany sposób. Pani Dalloway mieszka w Westminster, a gdy pewnego ranka wychodzi po kwiaty, w tle słychać Big Ben. Przeczytajcie, nie tylko dla opisu tego spaceru!

9. Neil Gaiman "Nigdziebądź"

Londyn alternatywny, istniejący pod siecią ulic i placów. Ten Londyn Pod oparty jest na planie londyńskiego metra. Zamieszkują go najdziwniejsze postaci, zaś bohater Gaimana, który trafi tam przypadkiem, będzie musiał pokonać wiele przeszkód, by wydostać się na powierzchnię.

10. Peter Ackroyd "Londyn. Biografia"

Najlepsza chyba na polskim rynku książka o Londynie. Wielkie dzieło Ackroyda opisuje wszelkie aspekty londyńskiej historii. Książka podzielona jest na wiele rozdziałów, z których każdy opisuje jakiś wycinek historii miasta. Opowieść nie jest snuta

chronologicznie, czytamy więc na zmianę o londyńskich sklepach, o wiktoriańskich rzezimieszkach, o teatrach i parkach, o publicznych egzekucjach. Mimo tej różnorodności nie ma tu chaosu, jest raczej mozaikowy obraz miasta, którego nie da się ująć w żadne ramy.

Na zdjęciu widać także trzy książki z kieszonkowej serii, w której znajdziecie najlepsze, moim zdaniem, przewodniki po Londynie. "London's Hidden Walks" (wydano już trzy tomy) to propozycje spacerów po różnych częściach Londynu - spacerów nieoczywistych, zabierających czytelnika w okolice niekoniecznie odwiedzane przez turystów. Relację z jednego ze spacerów opisanych w tej książce znajdziecie tutaj. W tej samej serii wydano także "London's Houses" - opisy dziesiątek interesujących domów, które można zwiedzić w Londynie, "London's City Churches", "London's Parks & Gardens", "London's Monuments" i "London's Cemeteries". Polecam gorąco, jeśli lubicie zboczyć z popularnych, turystycznych ścieżek.

środa, 01 października 2014

Często słyszę, że jestem oczytana. Ludzie nie pytają nawet, czy coś czytałam, z góry zakładając, że na pewno tak, boją się polecać mi lektury, i w jakiś niewytłumaczalny sposób wierzą, że czytałam całą klasykę. Tymczasem prawda jest taka, że wcale się oczytana nie czuję. Natomiast przyznaję, że chciałabym oczytaną być. I zastanawiam się, jak to zrobić, i co to w ogóle w dzisiejszych czasach znaczy.

Czytuję często, a właściwie wręcz podglądam, zapiski z życia codziennego kobiet osiemnastowiecznych. Wtedy ludzie byli naprawdę oczytani! W listach dotyczących zwykłych spraw codziennych - pogody, zakupów, przemeblowania - cytują Rousseau, Woltera, Johna Locke'a. Czytają wiele godzin dziennie i są świetnie zorientowane we wszystkim, co się ukazuje - czytają poezje, eseje, a ukradkiem powieści. Nie mają wiele innych rozrywek, to prawda, ale są też ambitne - chcą czytać po francusku, znają łacinę i grekę, same piszą poezje, ciężko pracują nad kompozycją swoich listów.

Z drugiej strony, ich wiedza o świecie i literaturze jest znacznie bardziej ograniczona niż nasza. Nie mają dostępu do książek wydawanych za granicą, czytają niby dużo, ale mniej różnorodnie niż my teraz możemy.

W naszych czasach jest teoretycznie łatwiej. Podstawy oczytania zdobywamy, a przynajmniej powinniśmy, w szkole. Moje pokolenie miało naprawdę obszerną listę lektur obowiązkowych - czytaliśmy po kolei dzieła ze wszystkich epok, napisane przez pisarzy z różnych krajów. Mamy dostęp do wszystkich książek, o jakich możemy zamarzyć. A jednak w porównaniu z tymi dziewczętami sprzed dwustu pięćdziesięciu lat możemy czuć się mniej obyci literacko. Zwłaszcza jeśli po zdaniu matury lub skończeniu studiów naszą aktywność czytelniczą ograniczyliśmy do gazet i okazjonalnego kryminału. Mniej nam zależy na tym, żeby ludzie mieli nas za oczytanych. Często wolimy wręcz ukrywać to, że czytać lubimy, bojąc się, że zostaniemy wyśmiani i opatrzeni łatką dziwaka.

Czy więc w ogóle wypada jeszcze chcieć być oczytanym? I co to znaczy? Czy oczytany jest ktoś, kto zna tzw. klasykę literatury? Czytał Homera, wie, kim był król Lir i kto umiera w "Nędznikach"? A może trzeba się raczej orientować w tym, co się teraz wydaje, znać nazwiska popularnych pisarzy, czytać co roku książki kolejnych Noblistów?

Przyznaję, że staram się robić jedno i drugie. Uwiera mi nieznajomość niektórych dzieł, stąd na przykład wciąż nieukończona (niestety!) akcja czytania "Miasteczka Middlemarch". Uważam jednak, że powinnam orientować się w tym, co się w literaturze dzieje współcześnie. I to nie tylko na naszym rynku, ale także za granicą, zwłaszcza na największym rynku anglosaskim. Czy to w ogóle ma sens? Czy nie wychodzę tym samym na jakąś literacką snobkę, która zamiast czytać to, co lekkie i przyjemne, chciałabym dokonać niemożliwego i orientować się ogólnie w literaturze?

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł o blogerach książkowych, w którym wymieniona jest cała grupa ludzi, którzy, tak mi się przynajmniej wydaje, są, a przynajmniej próbują być, oczytani. Niektórzy z nich są z pewnością bardziej oczytani niż ja, zamknięta trochę za bardzo w świecie literatury angielskojęzycznej. Ela czytająca naprawdę różnorodnie i wnikliwie, Piotr, który zawsze potrafi podać dobry przykład pisarza pasującego do kontekstu, Agnieszka, która do niedawna jeszcze czytała chyba ze sto książek rocznie, Jarek, wiedzący co we współczesnej polskiej literaturze piszczy, i dwie Kasie, które czytają masę polskich pisarzy, o których ja nie wiem kompletnie nic. Wszyscy oni, i wielu innych blogerów książkowych, których blogi znajdziecie w zakładkach obok tego postu, są żywym dowodem na to, że oczytanie nie jest całkiem przebrzmiałą wartością. Nie wiem, czy uświadamiają to sobie, ale jestem przekonana, że gdzieś w głębi duszy chcieliby być jeszcze bardziej oczytani, dla samych siebie (a teraz możecie w komentarzach uświadomić mi, jak bardzo się mylę!)

Czy więc oczytanie może jeszcze być wartością? Czy też jestem naiwna i powinnam się cieszyć, że ludzie w ogóle sięgają po książki, a nie płakać, że mało kto myśli o tym, żeby czytać w sposób poszerzający wiedzę i horyzonty? Gandhi powiedział kiedyś, że powinniśmy żyć tak, jakbyśmy mieli umrzeć jutro, ale zdobywać wiedzę tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie. Wydaje mi się to bardzo cenną myślą.

Takie życie nie jest popularne. Widzę to choćby na przykładzie swojej córki, której jakimś cudem udało nam się zaszczepić to przekonanie, że zdobywanie wiedzy jest fajne. No cóż, może i mam chętnie czytające i lubiące się uczyć dziecko, ale na pewno jej życie towarzyskie na tym cierpi. Ale przecież ma koleżanki, które tak jak ona mogą godzinami rozprawiać o minerałach, kosmosie i książkach fantasy.

Jak sądzicie - czy oczytanie może być w dzisiejszych czasach cenioną wartością? I czy w ogóle warto zawracać sobie głowę literackim dokształcaniem się? I kto to właściwie jest człowiek oczytany? Ten, kto czyta wszystko? Ten, kto zna klasykę literatury? A może po prostu ten, kto chce świadomie rozszerzać swoje literackie horyzonty, wychodząc poza strefę komfortu?

poniedziałek, 01 września 2014

Pierwszy września budzi w wielu z nas sprzeczne emocje. Z jednej strony oddychamy z ulgą na myśl, że nie musimy już uczyć się do klasówek, siedzieć na nudnych lekcjach jak na szpilkach, a słusznie lub niesłusznie zarobione kiepskie oceny ukrywać przed rodzicami. Z drugiej – życie po szkole bywa równie uciążliwe, służbowe spotkania męczą, a stresu co najmniej tyle samo. Poza tym często bywa tak, że dopiero jako dorośli doceniamy możliwość uczenia się różnych ciekawych rzeczy o świecie, rzeczy, które kiedyś nas niestety niezbyt ciekawiły. Dobrowolnie sięgamy po lektury, które kiedyś wywoływały w nas dreszcze – Nad Niemnem, Lalka, Chłopi… Obraz szkoły we wspomnieniach jakoś się dziwnie wygładza i nabiera pastelowych barw.

Myślę, że niemały wpływ na to mają lektury, w których miejscem akcji jest szkoła idealna – szkoła, w której kwitnie życie towarzyskie, nauczyciele mają powołanie i są jacyś tacy ludzcy, a wszystko spowite jest atmosferą magii. Kto z nas nie chciał choć na chwilę wrócić do czasów szkolnych, czytając o nauce w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Oczywiście, sięgnęłam tutaj po najbardziej spektakularny przykład. Hogwart jest po prostu idealny – zamiast lekcji wychowania fizycznego jest latanie na miotle, zajęcia pozalekcyjne to na przykład gra w quidditcha, zaś wśród przedmiotów obowiązkowych są zaklęcia i obrona przed czarną magią. Nie bez znaczenia są klimatyczne sypialnie, ogromne sale wspólne z kominkami, uczty wyprawiane z wielu różnych okazji i sowy przynoszące listy od rodziców. Moja córka, która kończy wkrótce 11 lat, z pewnością po cichu marzy o tym, że list z Hogwartu wkrótce do niej przyjdzie, i szczerze mówiąc, żałuję, że nie mam 11 lat i nie mogę się już łudzić.

Źródło: harrypotter.wikia.com

Nie jest to jednak jedyna szkoła magii, do której chętnie bym uczęszczała. Nie jestem pewna, czy szkoła czarnoksiężników na wyspie Roke, opisana przez Ursulę Le Guin w Ziemiomorzu, nie jest równie kuszącą opcją. Roke to Wyspa Mędrców, na której spotkać można mistrzów różnych dziedzin. Mają indywidualne podejście do ucznia, każdy może zostać tam kimś wyjątkowym. No i mają wspaniałą bibliotekę.

Szkoła nie musi być magiczna, żeby kusić mola książkowego. Staroświecka pensja dla panien, taka, jak w Tajemniczym opiekunie, była moim marzeniem przez wiele lat. Wspaniały, ambitny program nauczania, wspólnota uczęszczających do niej dziewcząt, i możliwości otwierające się przed każdą pensjonariuszką. Oczywiście, podobnie elitarna była szkoła, do której uczęszczała Sara Crew, czyli Mała księżniczka, ale jednak wiele zależy od przełożonej oraz od innych dziewcząt – akurat ta szkoła nie była obiektem moich marzeń, czemu się chyba nie dziwicie.

Oczywiście dla czytelnika taka surowa pensja z wymaganiami to bardzo atrakcyjne miejsce akcji. Weźmy na przykład Tajemnicę Abigel. Oczywiście, nie chciałabym sama poddać się takiemu rygorowi, nie życzyłabym też tego mojej córce, choć czasem wydaje mi się, że nie byłoby to całkiem złym pomysłem. Szkoła surowa, z tradycjami, taka jak w Jane Eyre, może i bywa strasznym miejscem, ale z pewnością można tam nauczyć się przetrwania, a także zawiązać niezwykłe przyjaźnie.

Miejscem zupełnie innym są niewielkie, wiejskie szkoły, w których uczniowie w różnym wieku uczą się razem w jednej sali, nauczycielka jest zawsze młoda, wesoła i przyjazna, zaś uczniowie mało może ambitni, ale za to skorzy do psot. Do takiej szkoły uczęszczały Dzieci z Bullerbyn, o ile nie przeszkodziła im w tym burza śnieżna. W takiej najpierw uczennicą, a następnie nauczycielką była rudowłosa Ania Shirley. Nie mieściło mi się w głowie, jak to możliwe, że dzieci z różnych klas uczą się razem, ale taka opcja wydawała mi się niezwykle kusząca. A już spędzanie przerw na dworze, gdzieś na łące albo pod lasem, to po prostu marzenie.

I wreszcie nieco przaśna, dobrze mi znana szkoła rodem z PRLu, w której nauczycielki zawsze były surowe i patrzyły z góry na uczniów przez okulary w rogowych oprawkach, dyro był przeważnie dość poczciwy, choć na wszelki wypadek lepiej go było unikać, zaś uczniowie tworzyli zgraną paczkę, zwartą i gotową do wszelkich psot. Tak jak w Głowie na tranzystorach, Sposobie na Alcybiadesa i niezliczonych innych powieściach dla młodzieży, którymi zaczytywałam się w dzieciństwie.

Zastanawiam się, czy we współczesnych powieściach dla młodzieży ten wyidealizowany obraz szkoły jeszcze się pojawia. Nastoletnie czytelniczki chętnie sięgają teraz po bardzo modne antyutopie, a te często przedstawiają szkołę jako miejsce indoktrynacji, pełne zagrożeń i fałszu. Może lepsze skojarzenia budzą elitarne szkoły dla wampirów, upadłych aniołów i tym podobnych, ale nie jestem przekonana. W literaturze polskiej mamy jednak cykl, który dzieje się w szkole, i choć ta występuje raczej w tle, jest miejscem całkiem ciekawym, takim, w którym zawiera się przyjaźnie, rozwiązuje zagadki i snuje plany. Cykl ten to Feliks, Net i Nika, zaś trójka głównych bohaterów to bardzo pomysłowi gimnazjaliści, wierni przyjaciele, dobrze wykorzystujący zdobycze nauki, choć swoją wiedzę niekoniecznie nabyli w szkole.

Nie jestem wprawdzie całkiem przekonana, że naprawdę chciałabym znowu chodzić do szkoły. Pracując na uczelni, atmosfery studiowania mam pod dostatkiem, w dodatku sama wciąż się czegoś uczę. Chciałabym, żeby do jakiejś wyjątkowej szkoły trafiła kiedyś moja córka, ale jeśli się tak nie zdarzy, to trudno – będziemy od czasu do czasu przenosić się w lekturze do fikcyjnych szkół marzeń.

A wy do jakich szkół z książek chcieliście kiedyś chodzić? A może wręcz przeciwnie, woleliście myśleć o tym, jak to dobrze, że nie musieliście do jakiejś fikcyjnej szkoły uczęszczać?

wtorek, 01 lipca 2014

Pierwszy lipca - data, która zawsze wywoływała przyjemny dreszczyk emocji. Zaczęły się wakacje, uroczy okres nicnierobienia. Kiedy moja córka wróciła do domu ze świadectwem i z poczuciem, że ciężko zapracowała na te dwa miesiące beztroski, pozazdrościłam jej z całego serca. Nawet kiedy zaczynam urlop, nie czuję się tak, jak czuje się dziecko w pierwszym dniu wakacji.

Ale właściwie dlaczego nie? Lato to cudowny czas - czas słońca, pachnącego wiatru, słodkich owoców, wycieczek i wyjazdów. Może być radosny nawet kiedy nie mam dwóch miesięcy wolnego. A dla mola książkowego jest tym przyjemniejszy - pracy latem jest zwykle nieco mniej, nie trzeba pilnować odrabiania zadań domowych, budzić wczesnym rankiem do szkoły, nie trzeba martwić się, że za moment zrobi się ciemno, zimno i nieprzyjemnie. Można czytać popołudniami na trawie, chodzić na wycieczki i na plażę. Przygotowałam więc dla was listę dwudziestu pomysłów na ciekawe rzeczy, które warto zrobić latem. Oczywiście, wszystkie są powiązane z książkami! Dodajcie swoje w komentarzach i napiszcie, które z nich spodobały wam się na tyle, że pokusicie się o ich realizację!

 

1. Odwiedź jakieś miejsce związane z literaturą

Może w twojej okolicy mieszkał kiedyś jakiś znany pisarz? Spróbuj odnaleźć jego dom! A jeśli był naprawdę znany, być może jest tam teraz muzeum? Tym lepiej! Możesz wybrać się w dalszą podróż w tym samym celu – polecam na przykład leśniczówkę Pranie, położoną w pięknej okolicy. Możesz też odwiedzić miejsca znane z książek. Zawsze marzyłeś o przechadzce po Jeżycach śladami bohaterów Musierowicz? Dlaczego by się więc nie wybrać do Poznania tego lata?

2. Zorganizuj imprezę czytelniczą

Zaproś znajomych z książkami lub bez, jeśli jesteś gotowy pożyczyć im coś ze swojej biblioteczki. Przygotuj wygodne siedzenia – fotele, pufy, poduszki na podłodze. Wino, herbata, coś do przegryzania i cały wieczór czytania w gronie przyjaciół. Ewentualnie możecie umówić się na czytanie tej samej książki i dyskusję co 2-3 rozdziały.

3. Zorganizuj imprezę w stylu ulubionej książki

Jeśli wolisz bardziej towarzyskie spotkania, podczas których się rozmawia, może zaproś znajomych na imprezę w stylu ulubionej książki? Przebierzcie się za postaci z „Igrzysk śmierci”, „Harry’ego Pottera”, albo „Ani z Zielonego Wzgórza”. Przyrządźcie do jedzenia coś książkowego (możecie skorzystać z pomysłów z fictitiousdishes.com lub z przepisów Pauliny Wnuk, prowadzącej blog From movie to the kitchen (wbrew nazwie, znajdziecie u niej także przepisy z książek). Udekorujcie odpowiednio mieszkanie. W końcu kto powiedział, że przebierać się można tylko w karnawale?

4. Przeczytaj książkę, o której nic nie wiesz

Przejrzyj swoje półki, zajrzyj w zakurzone zakamarki biblioteki albo przeszukaj antykwariat. Wybierz książkę, o której nic nie wiesz, ale która w jakiś sposób do ciebie przemawia – okładką, tytułem, oryginalnym imieniem autora, czymkolwiek. Przeczytaj ją bez żadnych oczekiwań. Podziel się wrażeniami na blogu, facebooku, forum książkowym. Może dzięki tobie jakaś dawno zapomniana historia trafi do swojego czytelnika?

5. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w kraju, o którym nie wiesz prawie nic

Wybierz się w podróż literacką. Tańsza i prostsza w organizacji niż rzeczywista, może przybliżyć ci kawałek świata. Przeczytaj książkę, której akcja toczy się w Wietnamie, Nigerii, Kiribati, lub gdziekolwiek indziej!

6. Poczytaj komuś na głos

Jeśli masz dzieci, to zapewne dla ciebie chleb powszedni. Ale możesz komuś poczytać, nawet jeśli nie posiadasz dzieci w pobliżu. Zaproponuj wspólną lekturę partnerowi, rodzicom, przyjaciółce, starszej sąsiadce…

7. Zrób sobie ekslibris

Przeznacz jakieś deszczowe popołudnie na zaprojektowanie swojego ekslibrisu. Wydrukuj go samodzielnie albo zamów pieczątkę.

8. Uporządkuj swoją biblioteczkę

Wydaje ci się, że książki przemieszczają się po twoim mieszkaniu samodzielnie? Ciągle nie możesz znaleźć jakiś tytułów? Na początku układałeś książki według systemu, ale już dawno nie ma po nim śladu? Może czas na generalne porządki? Zdziwisz się, ile znajdziesz książek, o których zapomniałeś!

9. Pójdź na spotkanie autorskie

Ciągle brakuje ci czasu, żeby pójść na spotkanie z interesującym autorem? Może właśnie latem się uda?

10. Czytaj wiersze

Często brakuje nam czasu na wszystko. Czytamy najnowsze bestsellery, bo kuszą, czytamy klasykę, bo chcemy ją znać. Na poezję przeważnie nie mamy już czasu. Zresztą boimy się jej, nie rozumiemy, nudzi nas. A może ciepły lipcowy wieczór to odpowiedni moment, żeby dać jej szansę? Wyjmijmy jakiś zapomniany tomik z półki lub przynieś z biblioteki, i po prostu zacznij czytać. Jeden – dwa wiersze co kilka wieczorów, nie za dużo. Trzeba dać poezji czas.

11. Przeczytaj książkę w obcym języku

Zapewne obiecujesz to sobie od dawna. Czemu więc nie zacząć właśnie teraz?

12. Urządź sobie książkowy piknik

Weź koc, jedzenie i picie, książkę, i wybierz się do parku / nad jezioro / na łąkę. Połóż się na trawie i czytaj przez wiele godzin.

13. Wybierz się z książką do kawiarni

Jest coś dekadenckiego w spędzeniu całego poranka w kawiarni nad książką. Idź się w jakiś słoneczny ranek do miasta, zamów kawę i zatop się w lekturze!

14. Zrób sobie książkową koszulkę albo torbę

Jeśli masz zdolności plastyczne, możesz namalować coś lub napisać – ilustrację do ulubionej książki, ciekawy cytat. Jeśli, tak jak ja, masz dwie lewe ręce, zawsze możesz zamówić profesjonalny nadruk z tekstem, który wybierzesz.

15. Wybierz się na długi spacer z audiobookiem

Zwłaszcza, jeśli nie jesteś jeszcze przekonany do książek w tej formie. Połączysz przyjemne z pożytecznym, sprawdzisz, czy książki w formie audio naprawdę nie są dla ciebie. Wybierz starannie – książka na płycie powinna być dość wciągająca, ponieważ podczas słuchania łatwo się rozpraszamy.

16. Zrób sobie zdjęcie z książką

Albo wiele zdjęć. Możesz robić jedno książkowe zdjęcie dziennie. Będziesz się dobrze bawić, ćwiczyć kreatywność, a jeśli zamieścisz gdzieś te zdjęcia, przy okazji będziesz promować czytanie!

17. Przeczytaj książkę od początku do końca w jeden dzień

Kiedy pisałam ostatnio o tym, że udało się mi się przeczytać książkę praktycznie bez przerywania, wiele osób pisało w komentarzach, że mi tego zazdrości. Spróbujcie więc to zrobić tego lata! Zaplanujcie to wcześniej, żeby nie odrywała was potem konieczność zrobienia zakupów, albo pójdźcie na żywioł i po prostu zamówcie pizzę, gdy poczujecie głód. To naprawdę proste!

18. Napisz do swoich ulubionych autorów maile lub listy z podziękowaniami

Właściwie nie wiem, dlaczego tego nigdy dotąd nie zrobiłam. Są ludzie, którym jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że napisali swoje książki. Znalezienie odpowiedniego adresu nie jest teraz żadnym problemem, zawsze można przecież napisać na adres wydawnictwa. Mam zamiar zacząć to robić tego lata.

19. Przeczytaj ponownie swoje ulubione książki z dzieciństwa

Kup sobie duże lody albo watę cukrową, zrób kanapkę z cukrem albo szyszki z prażonego ryżu, lub cokolwiek innego, co kojarzy ci się z dzieciństwem. A potem wygrzeb z pudła albo z tylnego rzędu na półce książki, na których widok uśmiechasz się bezwiednie – Muminki, Niziurskiego, Makuszyńskiego, Ożogowską, Szklarskiego. Poczuj się znowu, jakby zaczynały się prawdziwe wakacje.

20. Zrób sobie weekend z książką

Rodzinę wyślij gdzieś na cały weekend. Albo wręcz przeciwnie – zostaw ich w domu i wyjedź gdzieś. Nie planuj niczego – żadnego zwiedzania, zakupów, spotkań. Po prostu ty i książki, przez dwa pełne dni. Wyłącz telefon, wyciągnij wtyczkę komputera, i czytaj. W przerwach spaceruj, wystawiaj twarz do słońca i ciesz się ciszą.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...