dzielnica fikcji

niedziela, 04 czerwca 2017

Na drugą książkę autorki "Dziewczyny z pociągu" wielu czytelników czekało z niecierpliwością. Debiutancki thriller Pauli Hawkins niewiele osób zostawił obojętnymi - jedni się nim zachwycili, inni przeżyli głębokie rozczarowanie. Należałam do osób, którym "Dziewczyna z pociągu" podobała się w stopniu umiarkowanym, nie żałowałam jednak czasu poświęconego na lekturę (moje wrażenia znajdziecie tutaj). Niewątpliwie napisanie kolejnej książki było sporym wyzwaniem. Jak usiąść do pracy, kiedy pierwsza książka została tak wielkim bestsellerem?

Paula Hawkins nie poszła na łatwiznę. Podobnie jak J. K. Rowling, która po zakończeniu cyklu o Harrym Potterze postanowiła udowodnić sobie i innym, że potrafi napisać coś całkowicie odmiennego, autorka "Dziewczyny z pociągu" zmierzyła się z nowym wyzwaniem. "Zapisane w wodzie" to właściwie powieść obyczajowa z elementami thrillera, całkiem inna niż historia jeżdżącej pociągami Rachel. Niestety, trzeba od razu powiedzieć, że efekt nie jest całkiem udany.

Rzecz dzieje się w niewielkim miasteczku gdzieś na północy Anglii. W płynącej nieopodal rzece życie straciło już kilka kobiet. Pierwsza została tu utopiona kilkaset lat temu, ponieważ oskarżono ją o czary. Kolejne rzucały się w toń dobrowolnie, a przynajmniej nie znaleziono śladów przestępstwa. Ostatnią z nich była Nel Abbott, matka nastoletniej Leny, ogarnięta obsesją na punkcie kobiet skaczących do Topieliska. Policja prowadzi niemrawe śledztwo, a prywatne dochodzenie rozpoczyna siostra Nel. Sprawa jest tym bardziej zagmatwana, że niedługo przed tym tragicznym wydarzeniem w tym samym miejscu utopiła się najlepsza przyjaciółka Leny. Czy naprawdę obie popełniły samobójstwo?

O ile pomysł na książkę wydaje się niezły, a samo miasteczko odmalowane jest bardzo sugestywnie, o tyle wykonaniu można sporo zarzucić. Największą słabością powieści jest to, że jest po prostu nudna. Ani Jules, ani Lena, ani żaden inny bohater nie budził we mnie emocji. Nie współczułam ich, nie przejmowałam się ich losem, nie umiałam ich polubić. Wszyscy snują się po miasteczku, wspominają, ale brak w ich poczynaniach zaangażowania. A może to ja, czytelniczka, nie umiałam się zaangażować?

Nie pomaga też nadmiar narratorów i fakt, że trudno ich rozróżnić. Gdyby nie informacja na górze strony, kogo dotyczy dany rozdział, musiałabym co chwilę cofać się i sprawdzać, o kim czytam. Wszyscy mówią takim samym głosem, monotonnym i lakonicznym. Być może warto od początku lektury notować, kto jest kim, niemniej wydaje mi się, że w powieści o tak dużej liczbie bohaterów i narratorów autorka powinna pokusić się o nadanie każdemu bardziej wyrazistych cech, także językowych.

Całość w pewnym stopniu ratuje zakończenie. Ostatnie sto stron czyta się już nieźle, a rozwiązanie zagadki nie jest zbyt oczywiste. Nie wiem jednak, czy to wystarczy, żeby zatrzeć wcześniejsze złe wrażenie. Zamysł był ambitny, za co autorce należą się słowa uznania, szkoda jednak, że nie udało jej się sprostać zadaniu.

Niewykluczone, że podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z pociągu", znajdą się czytelnicy, którym książka się spodoba. Ja się trochę wynudziłam, cieszę się więc, że chociaż końcówka była nie najgorsza. Sprawdźcie sami i dajcie znać, co sądzicie!

Moja ocena: 3/6

Paula Hawkins "Zapisane w wodzie"

Tłum. Jan Kraśko

Wydawnictwo Świat Książki 2017

czwartek, 09 marca 2017

Macie czasem tak, że czytając książkę po raz drugi, przenosicie się myślami do chwili, w której czytaliście ją po raz pierwszy? A może nawet bardziej do miejsca, niż do chwili?

Ja ratuję się przed przesileniem wiosennym, czytając "Życie pasterza", którym delektowałam się latem na wzgórzach i polach północnej Anglii, a które wkrótce ukaże się po polsku! Pisałam o tej książce tutaj (KLIK) i przyznam, że nie do końca wierzyłam, że ktoś ją wyda po polsku. Życie faceta, który jest pasterzem z dziada pradziada i martwi się o to, czy przetrwa konkretna rasa i konkretna linia owiec, a także o to, czy deszcz nie spadnie w niefortunnym momencie, powodując, że siana nie uda się wysuszyć, jest przecież bardzo odległe od tego, do czego my, polscy czytelnicy przywykliśmy. Niewielu z nas chyba rozumie niesamowite poczucie przynależności do konkretnego kawałka świata, które towarzyszy Jamesowi Rebanksowi od zawsze.

Ale przecież nie powinnam się dziwić! Na tym polega magia - czytając, możemy na chwilę stać się pasterzem owiec z Lake District. Do tego stopnia, że wiele miesięcy po lekturze będziemy śledzić Twittera, drżąc o losy owiec w zimie. Sprawdziłam to na sobie! (Twitterowe okienko, przez które można zajrzeć na farmę autora, znajdziecie tutaj).

Jeśli chcecie przekonać się, na czym polega urok tej książki, a posiadacie konto na Instagramie, możecie wygrać egzemplarz w konkursie. Zajrzyjcie tutaj po szczegóły. Zwycięzców będzie całkiem sporo, warto spróbować. Ale ostrzegam, te owce coś w sobie mają i nie dają o sobie zapomnieć :)


poniedziałek, 20 lutego 2017

 

Nie każda migocząca i efektowna okładka skrywa wartościowe wnętrze, jednak w przypadku debiutanckiej powieści Lily Brooks-Dalton "Dzień dobry, północy" nie ma się czego obawiać. To książka pięknie napisana i zaskakująco mądra.

Dwoje bohaterów dzielą niewyobrażalne tysiące kilometrów. Augustine przebywa na arktycznej stacji badawczej, Sully jest na statku kosmicznym wracającym z Jowisza, po odbyciu najdalszej podróży, na jaką ludzkość się jak do tej pory porwała. Możliwe, że jest to też ostatnia daleka podróż przedstawiciela ludzkości, ponieważ na Ziemię spada nieoczekiwany kataklizm. Nie wiemy nic na jego temat, wiemy jedynie, że pewnego dnia na stację arktyczną przyleciał samolot, a wszyscy badacze otrzymali rozkaz ewakuacji i powrotu do swoich rodzin. Augustine odmówił wyjazdu, po części dlatego, że nie miał do czego i do kogo wracać. Sully i jej towarzysze zaskoczyło milknące znienacka radio. Podejrzewali awarię, jednak przekonawszy się, że bez problemy odbierają sygnały z rozmieszczonych przez siebie sond, zrozumieli, że to na Ziemi coś się musiało stać. I tak Augustine zostanie zdany sam na siebie w Arktyce, oni zaś muszą przetrwać wiele miesięcy ciszy w eterze, zanim dotrą w pobliże Ziemi i będą się mogli dowiedzieć, czy stało się coś strasznego i czy ich rodziny żyją.

Nie jest to dystopia, mimo że czasami tak właśnie jest ta książka reklamowana. To liryczna i melancholijna opowieść o samotności dwojga ludzi, którzy nie wiedzą, dlaczego świat nagle zamilkł. W dzwoniącej w uszach ciszy zarówno Augustine jak i Sully poczują się zmuszeni do spojrzenia wstecz. Choć do tej pory zdawało im się, że najważniejszą siłą napędową jest dla nich ambicja i pęd do wiedzy, w obliczu potencjalnego końca świata zdają sobie sprawę, że nie wiedzieli o sobie wszystkiego i że popełnili wiele błędów. Oboje regularnie przeszukują kolejne częstotliwości w poszukiwaniu jakiegokolwiek głosu, czytelnik zaś śledzi ich losy w napięciu, czekając na to, żeby udało im się ze sobą porozumieć.

Choć część bohaterów przebywa na statku kosmicznym, "Dzień dobry, północy" nie zawiera zbyt wielu elementów powieści science-fiction. Autorka nie roztrząsa technicznych szczegółów związanych z lotem, nie wyjaśnia też, jak daleko posunęła się ludzkość w swoich badaniach kosmicznych. Podróż na Jowisza jest tylko pretekstem do umieszczenia Sully w środowisku równie odizolowanym od świata, jak stacja badawcza w Arktyce. Nic też nie wiadomo o apokalipsie, i choć czytelnik chciałby zapewne wiedzieć coś więcej, autorka konsekwentnie trzyma się swojego tematu. Pisze o porażkach, o rodzicielstwie, o odpowiedzialności za drugiego człowieka i żalu za czymś, z czego się zrezygnowało.

Nie sądźcie jednak, że cała książka składa się z rozważań i wspomnień. Augustine ma towarzyszkę, której obecności się nie spodziewał - kiedy samolot z jego towarzyszami odlatuje, mężczyzna odnajduje w jednym z pomieszczeń dziewczynkę. Nie jest tym zachwycony, ale nie może się jej pozbyć, ponieważ radio milczy i nikt po małą nie wraca. Obserwuje ją i wraz z nią zaczyna odkrywać piękno świata, który go otacza, a którego do tej pory nie dostrzegał, ciągle wpatrując się w swój teleskop. Nietzsche napisał, że jeśli patrzy się zbyt długo w otchłań, otchłań zacznie patrzeć w nas. Augustine za długo patrzył w gwiazdy, ale teraz odrywa od nich wzrok, żeby patrzeć na bawiące się na śniegu dziecko. Sully również będzie musiała zmierzyć się z praktycznymi i emocjonalnymi wyzwaniami. Pozornie nie dzieje się wiele, jednak od lektury trudno się oderwać, a bohaterowie stają się zaskakująco realni.

Lily Brooks-Dalton wykorzystała w tytule fragment wiersza Emily Dickinson (z tego samego tytuły skorzystała Jean Rhys, której doskonała, mroczna książka Good Morning, Midnight nie została nigdy wydana po polsku). Wydaje mi się, że wiersz Emily też nie ma polskiego tłumaczenia, przeczytajcie więc w oryginale:

Good morning, Midnight!
I'm coming home,
Day got tired of me –
How could I of him?

Sunshine was a sweet place,
I liked to stay –
But Morn didn't want me – now –
So good night, Day!

Ta książka też jest takim spokojnym pożegnaniem ze światem, który był, a którego bohaterowie na własne życzenie się w jakimś stopniu wyrzekli. Kryje w sobie kilka niespodzianek, które czytelnika urzekną i na moment wytrącą z równowagi, odwracając ostatnią stronę będziemy jednak czuli przede wszystkim spokój. Kojąca, piękna powieść, nie do przegapienia.

Moja ocena: 6/6

"Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

Tłum. Magdalena Słysz

Wydawnictwo Czarna Owca 2017




wtorek, 07 lutego 2017

"Proszę napisać o mnie prawdę" - poprosił Marcina Kąckiego jeden z bohaterów jego reportaży, okryty niesławą arcybiskup Paetz. I Kącki napisał. Nie sądzę, że o to chodziło arcybiskupowi, czytelnik jednak nie może narzekać.

Kącki bowiem niczego nie owija w bawełnę. Jeśli jakieś pytanie może zostać uznane za niewygodne, można mieć stuprocentową pewność, że zostanie ono zadane. Tak, jak podczas rozmowy z Mikloszem, romskim skrzypkiem, i jego partnerką Anną Markowską, prowadzącą fundację Szczęśliwi Cyganie. Anna nie chce wypowiedzieć słowa ginekolog, żeby nie wspominać o lekarzach, którymi Cyganie pogardzają. Oczywiście Kącki wypowiada je przy pierwszej okazji, obserwując reakcję Miklosza. Bezlitośnie wytyka swoim rozmówcom nieścisłości, przypominając o sprawach, o których wolą nie pamiętać. Jeśli przez telefon ktoś odmawia rozmowy z nim, staje po prostu pod drzwiami tej osoby niezapowiedziany. Pyta, drąży, sprawdza. A potem spisuje to wszystko bez ozdobników, zwięźle, a jednak intrygująco.

Obraz zaś, który z tych jego opowieści się wyłania, zdecydowanie nie podnosi na duchu. Trudno się zresztą temu dziwić, zważywszy, że motywem przewodnim tego zbioru tekstów są przestępstwa. Bohaterami Kąckiego są oszuści i oszukani, ludzie skrzywdzeni przez innych i ci, którzy mniej lub bardziej świadomie krzywdzili. Mam wrażenie, że łączy ich to, jak bardzo są w tej swojej tragedii zwyczajni. Oszustka, która naciągnęła wiele osób na bajeczne kwoty, to zwyczajna dziewczyna z małego miasteczka, która już jako nastolatka próbowała naciągać innych. Fałszywy komornik, próbujący zdobyć wielkie pieniądze, to całkiem przeciętny przedstawiciel handlowy. Bezcenny obraz Moneta został z poznańskiego muzeum wyniesiony przez człowieka, który nie ma pojęcia o sztuce. I tak dalej, i tak dalej, zwykli ludzie, których nikt by nie podejrzewał o działalność kryminalną.

Najsmutniej w tym wszystkim wypadają opowieści o ludziach, którzy równie zwyczajnie zostali ofiarami. Dzieci leczone, a właściwie nieleczone przez niezrównoważoną lekarkę w poznańskim Centrum Stomatologii, kobieta przyjmująca lek, na którego ulotce nie umieszczono informacji o wszystkich możliwych efektach ubocznych, nastolatki molestowane przez trenera siatkówki. Jak niewiele czasem trzeba, żeby życie zmieniło się całkowicie.

Reportaże Kąckiego mogłyby dostarczyć inspiracji wielu autorom kryminałów. Sprawy przez niego opisane bywają bardziej zagmatwane i zaskakujące niż wiele fikcyjnych przestępstw. Kącki pisze dość zwięźle, jednak na tyle zręcznie dawkuje informacje, że często trudno się oderwać od lektury. Czasami tylko ta zwięzłość irytuje, zwłaszcza kiedy dana historia kończy się znienacka i chciałoby się wiedzieć coś więcej. Żałuję, że autor nie zdecydował się na dopisanie do niektórych rozdziałów post scriptum. Reportaże z "Plaży za szafą" były wcześniej publikowane w prasie, przygotowując książkowe wydanie można było pokusić się o sprawdzenie dalszych losów niektórych bohaterów. Choć nie przeczę, że te zawieszone ostatnie zdania bywają bardzo intrygujące i mocno działają na wyobraźnię. Kącki zresztą potrafi zgrabnie zacząć i skończyć - niektóre pierwsze, a zwłaszcza ostatnie zdania to prawdziwe majstersztyki

Zdarzają się w "Plaży za szafą" teksty słabsze, bardzie błahe, na szczęście jednak giną między mocnymi, wywierającymi duże wrażenie reportażami. Łączą się w fascynującą i nieco przerażającą całość, będącą opowieścią o dziwnym kraju, w którym dzieją się dziwne i smutne rzeczy.

Moja ocena: 5/6

Marcin Kącki "Plaża za szafą"

Wydawnictwo Agora 2017



niedziela, 05 lutego 2017

Grupka bohaterów powieści Elif Shafak to przedziwna zbieranina. Omar pochodzi z Turcji, studiuje nauki polityczne, ale bardziej interesują go dziewczyny. Jego dwaj współlokatorzy to Amed, pobożny Marokańczyk i pochodzący z Hiszpanii Piyu. Są też dziewczyny – fantastycznie gotująca bulimiczka Alegre oraz uzależniona od czekolady Gail. Dzieli ich niemalże wszystko – temperament, pochodzenie, obsesje i fobie, łączy zaś poczucie wyobcowania.

Elif Shafak dobrze wie, jak to jest być obcym. Choć z pochodzenia jest Turczynką, urodziła się we Francji. Mieszkała w Turcji i w Hiszpanii, tak jak jej bohaterowie studiowała na amerykańskim uniwersytecie i obecnie mieszka w Stanach. Pisze o ludziach, którzy starają się zrozumieć samych siebie, konfrontując się ze światem, który zawsze wydaje się obcy. Rzuceni w obce środowisko boją się tego, jak są postrzegani. Chcą stać się kimś innym, a jednocześnie nie potrafią tego zrobić. W jednej ze scen Abed siedzi w kawiarni i obserwuje dziewczyny w chustach na głowach. Nie potrafi oderwać od nich wzroku, wpatrując się w nie dużo intensywniej, niż inni klienci. Boi się, że się czymś skompromitują, ocenia je niejako w imieniu Amerykanów, którzy wcale nie są nimi zainteresowani, ale też taksuje wzrokiem tych, którzy mogliby je zbyt surowo osądzić.

Najciekawszym i zarazem najbardziej przerażającym symbolem obcości jest język. „Araf” to pierwsza książka, którą Shafak napisała w języku angielskim i widać w niej fascynację autorki wpływem, jaki wywiera na nas komunikacja w obcym języku. Fascynacją tą obdarza także swoich bohaterów. Omar ubolewa, że wyrzekając się swojej ojczyzny, musiał wyrzec się zarazem znaków diakrytycznych w swoim imieniu. W Turcji był Ömerem Özsipahioğlu, w Ameryce stał się Omarem. „To, co dzieje się z imieniem na obcym terytorium, podobne jest do tego, co się dzieje z pokaźną porcją szpinaku w czasie gotowania – do głównego składnika można dodawać nowe smaki, ale jego objętość wyraźnie się kurczy. Takiej właśnie redukcji podlega cudzoziemiec w pierwszej kolejności” – pisze Shafak.

Nie trzeba być jednak cudzoziemcem, żeby zmagać się z własnym imieniem. Gail porzuca swoje prawdziwe imię, z którym nie czuje się dobrze. Zanim wymyśli imię, pod którym ją poznajemy, próbuje innych kombinacji, pożyczając sobie na przykład imię kogoś innego. Wierzy, że nazywając się inaczej, zmienia swój los, chciałaby mieć „możliwość przemianowania wszystkiego dookoła, łącznie z nami samymi”.

Wszyscy bohaterowie „Arafu” zresztą chcieliby być kimś innym, choć nie wszyscy uświadamiają to sobie tak dobrze, jak Omar, który już w samolocie do Stanów przeobrazić się i wypracować w sobie całkiem nowe cechy charakteru. Rozumie, że „będąc cudzoziemcem, nie można już być skromnym sobą” – jest się przedstawicielem swojego narodu, a to zupełnie co innego.

„Araf” to powieść napisana w 2004 roku, a jednak wydaje się dzisiaj wyjątkowo aktualna. Shafak udowadnia, że poczucie wyalienowania ze społeczeństwa nie musi dotyczyć tylko emigrantów. Jeszcze trudniej jest czuć się obcym w swoim własnym kraju. Wstrząsająco aktualne wydają się rozważania Omara:

„Kto jest prawdziwie obcy – ten, kto mieszka za granicą i wie, że jego prawdziwy dom znajduje się gdzie indziej, czy ten, kto wiedzie żywot obcego we własnym kraju i nie ma swojego miejsca na ziemi?”

Być może właśnie teraz, w czasach, w których nacjonalizm zaczyna dominować w tak wielu krajach, także w Ameryce, warto czytać powieść Shafak? Nie jest to jej najlepsza książka. Za dużo w niej wątków pobocznych, niektóre sceny wydają się zbędne, część rozważań ociera się o pretensjonalność. Jednocześnie nie sposób od czasu do czasu nie zatrzymać się na dłużej, kiedy wyjątkowo poruszająca scena lub trafne sformułowanie wytrącą nas na chwilę z równowagi i każą zastanowić się nad tym, na ile sami potrafimy być sobą w miejscu, w którym przyszło nam żyć.

Moja ocena: 4.5/6

Elif Shafak "Araf"

Tłum. Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo Znak 2017

Inne książki Shafak w Mieście Książek:

"Uczeń architekta" (klik) - 6/6

"Bękart ze Stambułu" (klik) - 6/6


wtorek, 20 grudnia 2016

 



Seria Amy Ewing kusi pięknymi okładkami, które jednak zdecydowanie nie pasują do zawartości. I dobrze.

Czasem tak bywa, że książka jest napisana średnio, a mimo to jej lektura jest przyjemnością i warto ją polecać. Mam dziwne wrażenie, że tak właśnie jest z serią Klejnot. Pierwszy tom powstał jako praca magisterska. Siłą rzeczy, sporo w nim ogranych motywów - być może autorka chciała właśnie wykazać się ich znajomością. Jednak w przypadku książek young adult nie musi to być wadą. Z pełnym przekonaniem kupiłabym tę serię nastoletnim córkom znajomych, między innymi dlatego, że sprawnie korzystając ze sprawdzonych rozwiązań, Amy Ewing stworzyła serię, od której trudno się oderwać. Głównym powodem byłoby jednak to, że przy okazji tej przyjemnej lektury można zacząć się zastanawiać nad rzeczami bardzo istotnymi.

Klejnot to najbardziej ekskluzywna część miasta położonego na wyspie. Poza wyspą być może istnieje jakiś inny świat, ale mieszkańcy Miasta go nie znają. Co więcej, nie wiedzą nawet, czym jest morze. Żyją wewnątrz potężnych murów, w społeczeństwie podzielonym na kasty i precyzyjnie zarządzanym.

Najlepiej oczywiście żyje się mieszkańcom Klejnotu. Nie zbywa im na niczym - mają piękne domy, stroje, doskonałe jedzenie i władzę. No, może jednej rzeczy mogliby pragnąć. Kobiety z Klejnotu nie mogą mieć dzieci.

Nie znaczy to, że arystokracja skazana jest na wymarcie! O nie, mieszkańcy Klejnotu są na to za sprytni. Zorientowawszy się, że dziewczęta z najniższego i najuboższego kręgu Miasta posiadają pewną tajemniczą zdolność. Są w stanie urodzić dziecko innych kobiet. Wiąże się to z posiadaną przez nie mocą, której nie są oczywiście świadome. Wyszukuje się je, szkoli na surogatki, a następnie sprzedaje mieszkankom Klejnotu na aukcjach.

Lekturę pierwszego tomu rozpoczynamy od zawarcia znajomości z Violet, która ma zostać surogatką. Zostaje kupiona przez bardzo wpływową i bogatą damę, która nie grzeszy jednak dobrym sercem. Zresztą nawet los tych surogatek, które trafiają do bardziej czułych pań, nie jest godny pozazdroszczenia. Violet, która bez wątpienia nosi w sobie szczyptę Katniss Everdeen, zacznie docierać do prawdy.

Tyle tytułem wstępu, dalej zaś postaram się bez spojlerów, jednak kilka drobiazgów będę musiała zdradzić, jeśli więc planujecie lekturę tej serii, może wróćcie do tego tekstu, kiedy już przeczytacie przynajmniej dwa pierwsze tomy.

Dlaczego uważam, że to średnio napisana książka? Czyta się ją doskonale, co więcej, pierwszy i drugi tom kończą się w zaskakujący sposób i trudno nie sięgać po kolejne części. Bohaterka da się lubić, akcja toczy wartko. Niestety, jeśli chodzi o logikę, nie jest już aż tak dobrze. Violet i jej przyjaciele, którzy obiorą sobie za cel obalenie represyjnego systemu, zdecydują się na sposób prosty, ale raczej niezbyt skuteczny. Ich zdaniem wystarczy obalić mur, a reszta sama przyjdzie. Po obaleniu muru cudownie zapanują pokój i demokracja.

Obawiam się, że w prawdziwym życiu obalenie muru nic by nie dało. Zaczęłaby się brutalna walka o władzę, mieszkańcy niższych kręgów Miasta byliby przerażeni niespodziewaną wolnością i zapanowałby chaos. W świecie Amy Ewing wszystko jest jednak prostsze. Zlikwidujmy bariery, a problemy same znikną.

Arystokraci są wyjątkowo naiwni, nie zauważają spiskowców na własnym łonie, nie przejmują się szerzącym się w niższych kręgach zamętem. Aż dziw bierze, że udało im się tak długo rządzić Miastem. Violet jest impulsywna i często postępuje nierozważnie (jak wiele innych bohaterek powieści young adult), ale jest przynajmniej wiarygodna i łatwo ją zrozumieć. Nie można powiedzieć tego samego o części pozostałych bohaterów, którzy są ledwie naszkicowani.

Mimo tych zastrzeżeń uważam, że "Klejnot", "Biała róża" i "Czarny klucz" to seria, którą warto polecać nastoletnim czytelniczkom. Dlaczego? Osią przewodnią całej serii jest prawo dziewcząt do samostanowienia, prawo wszystkich mieszkańców do samostanowienia. Wątek surogatek to doskonały pretekst do rozważań o tym, czym jest nasze ciało i kto może mieć do niego dostęp. A nastolatki nie zawsze zdają sobie sprawę, że mogą i powinny stawiać wyraźne granice.

Violet i inne surogatki odkrywają w sobie moc. Momentami seria Ewing zmienia się w coś zbliżonego do "Biegnącej z wilkami" w wersji dla nastolatek, naiwnej i okraszonej elementami fantastycznymi. Może jednak czasem czegoś takiego właśnie dziewczynkom potrzeba?

Przeczytałam "Czarny klucz" w ciągu jednej nocy. Kilka razy zgrzytnęłam zębami, ale oderwać się od lektury nie mogłam. Chętnie porozmawiam o niej z córką za jakiś czas, mam wrażenie, że to może być ciekawa dyskusja. Polecam więc, chociaż jeśli wyrośliście już z wieku, w którym ufanie intuicji wydaje się najbardziej odkrywczą myślą roku, musicie lekko przymrużyć oko. Jako prezent dla nastoletniej kuzynki lub bratanicy sprawdzi się to jednak jak najbardziej, a czytelniczki, które po prostu lubią ten świat powieści dla tzw. młodych dorosłych powinny się doskonale bawić.

Moja ocena: 4/6

Amy Ewing "Czarny klucz"

Tłum. Iwona Wasilewska

Wydawnictwo Jaguar 2016

czwartek, 08 grudnia 2016

Od dawna trudno było zdobyć "Opowieść o dwóch miastach" Dickensa, ucieszyłam się więc niezmiernie na wieść o nader pożądanym wznowieniu. Cieszę się tym bardziej, że to jedna z mniej typowych powieści Dickensa, którą w dodatku czyta się naprawdę doskonale. Wciągająca fabuła, a także długie i ciemne wieczory, która jakoś tajemniczo sprzyjają lekturze opasłych tworów epoki wiktoriańskiej, powinny wystarczyć, żeby was zachęcić do sięgnięcia po tę książkę. Jeśli jednak nie jesteście przekonani, czy taka staroświecka przecież powieść to coś dla was, przeczytajcie, dlaczego jeszcze warto się przełamać! 

1. Pierwsze i ostatnie zdanie to jedne z najbardziej znanych początków i zakończeń w historii literatury.

Pierwsze zdanie „Opowieści o dwóch miastach” jest tak dobrze znane i tak często cytowane, że mogliście na nie trafić, nie wiedząc nawet, że otwiera ono powieść Dickensa. Trochę szkoda, że Tadeusz Jan Dehnel, tłumacz, zdecydował się z jednego długiego zdania zrobić kilka krótszych. Bez wątpienia po polsku brzmi to lepiej, ale jednak w analizie znaczenia tego wyjątkowo rozbudowanego, pierwszego zdania, nieco to przeszkadza. Obie wersje są jednak intrygujące:

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców owej ery widzą w niej dobro i zło takie samo jak dzisiaj, tylko w nieporównanie wyższym stopniu.

W oryginale:

It was the best of times, it was the worst of times, it was the age of wisdom, it was the age of foolishness, it was the epoch of belief, it was the epoch of incredulity, it was the season of Light, it was the season of Darkness, it was the spring of hope, it was the winter of despair, we had everything before us, we had nothing before us, we were all going direct to Heaven, we were all going direct the other way – in short, the period was so far like the present period, that some of its noisiest authorities insisted on its being received, for good or for evil, in the superlative degree of comparison only. 

Nie jest to tylko przypadkowe nagromadzenie hiperboli. Cała powieść zbudowana jest wokół takich zestawień i kontrastów. Akcja toczy się w dwóch metropoliach, w Londynie i w Paryżu, będących swoim przeciwieństwem. W obu miastach toczy się historia, jednak to w Paryżu wybucha Rewolucja. Bohaterowie Dickensa to, jak zwykle zresztą, przedstawiciele różnych klas społecznych, reprezentujący skrajnie różne postawy. Ich poglądy bywają całkowicie odmienne, podobnie jak temperament. Spotykają ich rzeczy straszne i piękne, a lektura powieści to także swoista huśtawka, nawet (a może zwłaszcza) obecnie. Momentami akcja wciąga nas bezlitośnie, ale chwilę potem natrafiamy na trzy strony rozważań odautorskich i zastanawiamy się, czy na pewno damy radę przeczytać całość (dacie, rozważania można szybko przeskoczyć, a akcja toczy się wartko). To rozwlekłe, a zarazem wyjątkowo wpadające w ucho pierwsze zdanie jest doskonałym wprowadzeniem w powieść.

2. Jak na Dickensa, jest to dość nietypowa powieść.

Może to być zarówno plusem, jak i minusem. Z jednej strony, chcąc zawrzeć znajomość z tym najważniejszym chyba angielskim pisarzem wiktoriańskim, powinniśmy przeczytać coś typowego. Z drugiej, czytelnik, który zna już przykładowo Olivera Twista i może Davida Copperfielda, może sięgnąć po „Opowieść o dwóch miastach” bez obaw, że się znudzi. Nie jest to też zła książka na początek, przede wszystkim dlatego, że jest, jak na Dickensa oczywiście, wyjątkowo zwięzła! Wiem, patrząc na ten całkiem pokaźny tom, możecie się zdziwić, ale ma on niecałe 600 stron. Akcja toczy się dość wartko, a liczba postaci jest rozsądna. Nie ma też wielu wątków pobocznych, to po prostu zwarta, wciągająca opowieść o kilku konkretnych bohaterach. Oczywiście, napisano ją dość dawno temu, w stylu tamtej epoki, zdarzają się więc fragmenty będące z naszego punktu widzenia dłużyznami. Nie ma ich jednak aż tak wiele i mają także sporo uroku.

Pewnym minusem może być brak humoru, który ożywia większość powieści Dickensa. „Opowieść o dwóch miastach” utrzymana jest w poważnym tonie, jest to jednak powieść tak nasycona dramatycznymi wydarzeniami, że chyba nie da się odczuć braku scen humorystycznych. Tylko zestawiając ją z innymi książkami autora zauważamy, że nieco się od większości z nich różni. Trudno też za to autora nie podziwiać – wypracował już sobie przecież styl, który doskonale się sprawdzał. Mógł ulec pokusie i wyprodukować kolejną, podobną do poprzednich powieść. Oparł się i spróbował czegoś innego, z sukcesem!

3. Obraz Wielkiej Rewolucji Francuskiej jest nad wyraz malowniczy.

Sądzę, że wielu Brytyjczyków właśnie na „Opowieści o dwóch miastach” opiera swoją wizję Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Rewolucja wydaje się tu czymś, czego nie dało się powstrzymać, rzeką, która porywa całą Francję i naszych bohaterów przy okazji. Jest krwawa i brutalna, ale bez wątpienia fascynująca. W dodatku akcja powieści zaczyna się na długo przed wybuchem Rewolucji, tym samym więc czytelnik ma okazję prześledzić wydarzenia, która go niej prowadziły i z tym większą grozą czekać na to, co nieuchronnie nadejdzie.

4. Dwaj bohaterowie płci męskiej intrygująco się uzupełniają.

Główną bohaterką jest niejaka Lucie, istota śliczna, dobra i niewinna, a przy tym oczywiście raczej nudna. Na szczęście w komplecie z Lucie występują dwaj zakochani w niej panowie, Anglik i Francuz. Karol Darnay i Sidney Carton są jak dwie strony monety. Jeden z nich jest dobry i nudny, drugi ma charakterek, ale zboczył na manowce. Literaturoznawcy dopatrują się w nich dwóch stron charakteru samego autora, zwłaszcza że pierwsze litery ich nazwisk tworzą inicjały Dickensa.

Lucie także ma swoje odbicie w krzywym zwierciadle. Niejaka pani Defarge jest dużo ciekawszą bohaterką, nie będę jednak zdradzać na jej temat zbyt wiele. Jestem jednak przekonana, że wywrze na was wrażenie.

5. Zakończenie.

Musicie mi uwierzyć na słowo albo dać sobie zepsuć lekturę moimi wyjaśnieniami. Nie zacytuję więc nawet słynnego ostatniego zdania – i tak zwrócicie na nie uwagę. Być może wyda się wam zbyt egzaltowane. Ale jeśli dacie się uwieść „Opowieści o dwóch miastach”, kupicie całość wraz z zakończeniem i ostatnim zdaniem!

Dickens się zestarzał z wdziękiem, a zimowe wieczory ten wdzięk potęgują. Warto wybrać się z nim w podróż do osiemnastowiecznego Londynu i Paryża, albo przeczytać jakąś inną jego książkę. Jego książki są jak ciepły koc i kubek z herbatą, kiedy wracacie do wyziębionego domu.

Charles Dickens "Opowieść o dwóch miastach"

Tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

wtorek, 29 listopada 2016

Zaczęło się od ziarnistych, czarno-białych fotografii. Oglądałam wysmukłe kormorany, wtedy równie dla mnie egzotyczne, jak lwy z programów przyrodniczych. Wsiadałam w autobus i jechałam do pętli, stamtąd półgodzinny spacer przenosił mnie na poligon, po którym przechadzały się sarny, a z trawy wzlatywały nagle bażanty. Zapełniałam kolejne klisze kiepskimi zdjęciami podświetlonych słońcem gałęzi, trzcin na rozlewisku, brzózek na wietrze. Na szczęście nastał internet - pokazałam swoje zdjęcia na fotograficznej grupie dyskusyjnej, a oglądając zdjęcia innych członków grupy, zdałam sobie sprawę, co robię źle. Pojechałam na pierwszy plener. Nie znałam nikogo, ale czułam się jak wśród starych znajomych. Z wieloma poznanymi wtedy osobami wciąż się przyjaźnię. Z jedną nawet dzielę życie.

Wciąż chodzę w teren, z aparatem lub bez. Pasja do fotografii przyrodniczej zmieniła się w coś więcej. A może zawsze było to coś więcej? W lesie, na łące, w górach czuję, że żyję - pełniej i świadomiej. Mieszkam w blokowisku i tęsknię za drzewami i ciszą. Robię, co mogę - latem mój balkon jest co do centymetra zarośnięty zielskiem, zimą stanowi stołówkę dla ptaków z całego osiedla. Przede wszystkim zaś czytam. O roślinach, zwierzętach, o ludziach żyjących wśród zwierząt, o górach i łąkach. A ostatnio, dzięki temu, że wydawnictwa coraz śmielej wkraczają na teren literatury przyrodniczej, także o lesie. W ostatnim kwartale roku ukazały się bowiem aż dwie doskonałe książki dotyczące drzew.

"Nasz las i jego mieszkańcy" Bohdana Dyakowskiego to dla mnie swoisty powrót do korzeni. Nie czytałam Dyakowskiego w dzieciństwie, ale jego gawędziarski styl przypomina opowieści o zwierzętach Jana Żabińskiego, którymi zaczytywałam się, zamiast robić lekcje. Dyakowski był jednym z pionierów ochrony przyrody w Polsce, współzałożycielem Ligi Ochrony Przyrody. Jego książka o lesie, choć liczy sobie już ponad sto lat, nie zestarzała się specjalnie. Jej lektura jest wciąż przyjemnością, Dyakowski opowiada bowiem o leśnych zwierzętach ze swadą i werwą, właściwymi dla rasowego gawędziarza. Chętnie cytuje poezję, a szczególnie upodobał sobie Mickiewicza. Każdy rozdział to opowieść o innym aspekcie leśnego ekosystemu, a często o innym mieszkańcu lasu. Opowieści te pełne są ciekawostek, ale także informacji związanych z ochroną przyrody. I tak z rozdziału o kukułce dowiemy się, dlaczego podrzuca ona swoje jajka innym ptakom, zamiast je samodzielnie wysiedzieć (nie dałaby rady, ponieważ w przeciwieństwie do większości ptaków, składa jaja przez wiele tygodni, nie mogłaby więc karmić piskląt, ponieważ wciąż wysiadywałaby następne jajka), i do jakich forteli się ucieka, żeby podrzucić jajka nawet do niedostępnych gniazd (znosi jajko na ziemię, przenosi w dziobie na brzeg gniazda lub dziupli i ostrożnie wpycha do środka). Dyakowski nie zapomina jednak o podkreśleniu, że choć kukułka wysługuje się innymi gatunkami, jest niezbędna w leśnym ekosystemie, ponieważ zjada kosmate gąsienice, których nie jedzą inne ptaki. Gdyby zabrakło kukułek, gąsienice rozmnożą się ponad miarę i zniszczą las.

"Nasz las i jego mieszkańcy" wygląda na poważne dzieło, tak naprawdę będzie jednak doskonałą lekturą dla starszych dzieci. Dyakowski opowiada bardzo przystępnie, rozdziały są dość krótkie, styl bardzo żywy, całość więc doskonale sprawdza się w czytaniu na głos. Dorosły czytelnik też nie będzie rozczarowany, bo Dyakowski nie pisze infantylnie. Przeczytałam z zaciekawieniem i przyznam, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy.

O ile książka Dyakowskiego dotyczy tylko polskiej przyrody, o tyle Peter Wohlleben opowiada o drzewach z całego świata. Jak sam tytuł wskazuje, "Sekretne życie drzew" to książka o drzewach właśnie. Nie znajdziemy w niej zbyt wiele wiadomości o lisach, chrząszczach i dzięciołach, których pełno w książce Dyakowskiego, nie znaczy to jednak, że Wohlleben nie ma wielu ciekawostek w zanadrzu. Okazuje się, że drzewa potrafią być równie fascynującym tematem, a ich życie skrywa sporo tajemnic.

"Sekretne życie drzew" Petera Wohllebena odniosło zadziwiający sukces na międzynarodowym rynku wydawniczym, a po lekturze wcale się temu nie dziwię. Drzewa w opowieści Wohllebena to fascynujące istoty. Nie tylko potrafią doskonale wykorzystać warunki, w których przyszło im rosnąć, ale także potrafią się wzajemnie wspierać. Za pośrednictwem systemu korzeniowego dzielą się nadmiarem składników pokarmowych, ratując słabsze osobniki. Wymieniają się także informacjami - za przykład mogą posłużyć akacje, ostrzegające się nawzajem przed skubiącą ich liście żyrafą. Drzewa te nasączają liście toksyczną substancją, która odpędza żyrafy, jeśli zostaną ostrzeżone, mogą zrobić to nawet zanim zwierzę zacznie się pożywiać ich liśćmi.

Wohlleben na potrzeby swojej książki nieco antropomorfizuje drzewa, opowiadając o tym, jak się wspierają, informują i bronią. Taki zabieg nie jest jednak nadużyciem, ponieważ autor nie sprowadza czytelnika na manowce. Rzetelnie zapełnia kolejne rozdziały zadziwiającymi informacjami, i choć czasem jego opowieści wydają się niepokojące (drzewa stają się nieco zbyt podobne do ludzi), każda stawiana przez niego teza jest poparta wieloma przykładami i dowodami. Kiedy pisze, że drzewa mają charakter, niektóre są bardziej bojaźliwe niż inne, możemy się żachnąć. Kiedy jednak przeczytamy, że chodzi o to, iż niektóre drzewa szybciej zrzucają liście jesienią, chcąc uniknąć ryzyka, jakim jest nagły mróz i wiatr (liście w zimie są nie tylko zbędne, narażają drzewo na większe ryzyko), a inne trzymają kilka liści do ostatniej niemalże chwili, magazynując zapasy. Oczywiście, żadna z tych strategii nie jest wynikiem długotrwałych rozważań, ale na potrzeby opowieści można je opisać jako różnice w charakterze poszczególnych osobników.

Po co w ogóle czytać o lasach i drzewach? Czy takie książki, a także inne, o ptakach, pszczołach, wilkach i innych żywych stworzeniach nie są nudne? Może właśnie po to, żeby się przekonać, że nie są. Najzwyczajniej w świecie fajnie jest wiedzieć coś więcej o tym, co nas otacza. Popatrzeć na najbliższe drzewo i umieć je nazwać - rzecz prosta, a przecież bardzo już rzadka! Umieć odpowiedzieć na pytanie dziecka o powód zrzucania przez drzewa liści na zimę. Pójść na spacer do lasu i popatrzeć na zieloną ścianę liści jak na tajemniczy labirynt skrywający w swoich zaułkach niejedną tajemnicę.

"Sekretne życie drzew" ukazało się właśnie w nowej, ilustrowanej wersji, z pięknymi zdjęciami moich dwóch kolegów - jednym z nich jest Adam, z którym znamy się właśnie od czasu tego pamiętnego, pierwszego pleneru. "Nasz las i jego mieszkańcy" także ma ilustracje. Są nimi czarno-białe fotografie Włodzimierza Puchalskiego, te właśnie, które z wypiekami na twarzy oglądałam w dzieciństwie, kiedy internet i piękne, zagraniczne albumy nawet mi się nie śniły.

Moja ocena obu tytułów: 5/6

Tutaj zaś znajdziecie dziesięć nietypowych książek o lesie :)

środa, 23 listopada 2016

Nie przepadam za opowiadaniami. Nie umiem ich czytać, denerwuję się, kiedy nagle opowieść się kończy, a ja dopiero zaczęłam wnikać w świat w niej przedstawiony. A jednak opowiadania George'a Saundersa przeczytałam na jednym oddechu. Zajrzałam do "10 grudnia" z czystej ciekawości, tyle się bowiem naczytałam o tym zbiorku w amerykańskiej prasie. Zajrzałam, przeczytałam pierwsze opowiadanie i zaparło mi dech. Dosłownie! Po przeczytaniu zaś wszystkich dziesięciu mówię z pełnym przekonaniem - nic lepiej napisanego już w tym roku nie przeczytacie.

George Saunders przywraca wiarę w to, że w literaturze jeszcze nie wszystko zostało powiedziane (wiarę, której ja nigdy nie straciłam, ale niektórzy chyba tak). Kocham wielkie, realistyczne powieści i wierzę w to, że wciąż można w tradycyjny sposób opowiadać nowe rzeczy. Wciąż jednak zdarzają się pisarze, którzy potrafią napisać tak, jak nikt przed nimi nie pisał.

Na czym polega fenomen opowiadań Saundersa? Nie potrafię go ubrać w słowa po jednym przeczytaniu (będę czytać ponownie, tym razem w oryginale), powiem tylko, że lektura tej książki przypomina jazdę kolejką górską. Nieoczekiwanie zaczynamy spadać, potem tętno nam się wyrównuje, wiemy jednak, że za chwilę znowu nastąpi ostry zakręt i świat wokół nas zawiruje. Tak pisze Saunders.

W zbiorze znajdziemy dziesięć opowiadań, a wszystkie opowiadają o ludziach, którym życie w jakiś sposób dało w kość. Są zagubieni, nie do końca zdają sobie sprawę, że za daleko wybiegają w marzeniach, że nigdy nie uda im się żyć takim życiem, jakie sobie wyobrazili. American dream nigdy się w ich wypadku nie ziści, oni jednak tego nie wiedzą. Co gorsza, przez moment wydaje się, że to, do czego aspirują, jest w zasięgu ręki. Zakompleksiony mężczyzna wygrywa na loterii, ale przepuszcza wygraną na bezsensowny symbol statusu, nie chcąc, by jego córka czuła się gorsza od dzieci sąsiadów. Ciężko pracujący woźny dostaje awans, ale zaprzepaszcza go, zdradzając w momencie przesadnej szczerości, co ma na sumieniu jego szef. Bohaterowie Saundersa zazdroszczą innym i nie potrafią tej zazdrości opanować, gubią się w natłoku własnych emocji.

Jednocześnie jednak Saunders nie pozbawia nikogo, a zwłaszcza czytelnika, resztek nadziei. Mimo małostkowości, zawiści i przerostu ego, jego bohaterowie wskutek nieoczekiwanych porywów czynią też dobro. Nic nie jest przewidywalne, nie ma żadnych reguł. Użalający się nad sobą przegrany potrafi kogoś ocalić albo zostaje ocalony, tak po prostu. Świat jest okrutny dla wielu, ale promyki nadziei pojawiają się znienacka.

Największe wrażenie zrobiło na mnie chyba ostatnie, tytułowe opowiadanie, w którym na zamarzniętym jeziorze przecinają się losy nadwrażliwego, obdarzonego bujną wyobraźnią chłopca i nieuleczalnie chorego mężczyzny, który planuje popełnić samobójstwo. Kilkanaście stron zaledwie, a na nich dwie pełne, żywe osoby. Jak Saunders to zrobił, że w tym krótkim tekście zdołał przekazać nam tyle prawdy na ich temat? I jakim cudem ta opowieść nie ociera się o sentymentalizm?

Tak naprawdę jednak wrażenie robi każde z dziesięciu opowiadań. Świetna jest "Ucieczka z Pajęczej Głowy", porażająca wizja futurystycznego społeczeństwa, prowadzącego eksperymenty na skazańcach. Doskonałe są też "Patyki", w których na dosłownie 3-4 stronach opowiedziane są całe losy jednej rodziny. Każdy rozdział niesie kolejne olśnienie.

Nie sposób pisać o polskim wydaniu tej książki, długo oczekiwanym, nie wspominając o tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego, miejscami ocierającym się o doskonałość, miejscami zaś przekombinowanym. Analizy tego tłumaczenia znajdziecie w Dwutygodniku i w Nameste, ja zaś czuję potrzebę przeczytania teraz Saundersa w oryginale. A potem może jeszcze raz po polsku, porównując obie wersje i ucząc się. Niektóre decyzje tłumacza były  mało trafione i coś w trakcie lektury zgrzyta, jednak większa część tekstu przetumaczona jest z prawdziwą wirtuozerią, błyskotliwie wręcz. Ciekawy to przypadek, myślę, że studenci translatoryki będą go w przyszłości zgłębiać.

Moja ocena: 6/6

"10 grudnia" George Saunders

tłum. Michał Kłobukowski

Wydawnictwo W.A.B. 2016

niedziela, 23 października 2016

Nigdy nie przepadałam za westernami.

Kiedyś wybrałam się nawet na westernowy maraton. Oglądaliśmy trzy filmy jednej nocy. Zasnęłam w połowie drugiego, trzeci pamiętam jak przez mgłę. Owszem, kochałam Winnetou miłością bezkrytyczną, fascynowali mnie Indianie i czytałam o nich sporo, ale cała reszta westernowego świata mnie raczej nudziła. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Jeśli bowiem faktycznie świat Dzikiego Zachodu wydawał mi się niezbyt pociągający, to dlaczego zaczytywałam się nie tylko w książkach Karola Maya, ale także w serii Curwooda? Kochałam wszystkie opowieści o traperach, o życiu w ciągłym starciu z dziką przyrodą Ameryki Północnej. Mit amerykańskiego Zachodu działał, choć nie potrafiłam go jeszcze nazwać lub opisać.

Do dzisiaj nie jestem wielbicielką westernowej estetyki, choć od tej reguły są wyjątki - filmy, które mogę oglądać po wielokroć, na przykłąd "W samo południe". Jednak sama idea amerykańskiego Zachodu (wolę to określenie niż Dziki Zachód, który się zbyt westernowo kojarzy) nadal silnie działa na moją wyobraźnię. Zachód to dla mnie przede wszystkim miejsce, w którym szukający czegoś ludzie musieli zmierzyć się z krajobrazem tak rozległym i wrogim, że trudno nam to sobie nawet wyobrazić. Zetknięcie człowieka z dziką przyrodą to jeden z moich ulubionych tematów. Lubię czytać o samotnych wędrówkach, o wspinaczce wysokogórskiej, o życiu blisko przyrody. W narracji o amerykańskim Zachodzie ludzie podążający w stronę ziemi, którą chcieli uczynić swoim domem, zderzają się z dzikim krajobrazem i jego wcześniejszymi mieszkańcami w sposób porażająco bezwzględny. Na ekstremalne wyprawy wyruszają zazwyczaj ludzie świadomi tego, co ich czeka i względnie dobrze przygotowani. Osadnikami byli zaś zwyczajni ludzie, czasem odważni, a czasem po prostu zdesperowani. Kobiety, które nie miały pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć, szły, bo taką decyzję podjął ich mąż lub ojciec. Mężczyźni szli, bo coś słyszeli, niezbyt dokładnie, ale uznali, że zaryzykują. Po dotarciu na miejsce zaś tworzyli swój świat na nowo, często w sposób bezwzględny i z użyciem przemocy, nie zawsze też skutecznie. Ich kruchość w obliczu przestrzeni zachodniej Ameryki wydaje się wręcz absurdalna.

Ostatnio pojawiają się na naszym rynku kolejne doskonałe książki dotyczące amerykańskiego Zachodu właśnie, dlatego zachęcam, żebyście spróbowali zmierzyć się z tym tematem. Może nie interesują was pojedynki kowbojów i szeryfów, ale to, jak zachowuje się człowiek w warunkach najbardziej skrajnych, jest chyba zawsze warte zgłębienia. Wybrałam dziesięć książek o amerykańskim Zachodzie, które z różnych przyczyn wywarły na nie wrażenie, ale z pewnością nie jest to dziesiątka najlepszych książek o Zachodzie. Takiego wyboru nie potrafiłabym dokonać, a i zbyt dużo książek jeszcze przede mną.


Od dołu:

Joanna L. Stratton "Pioneer Women. Voices from the Kansas Frontier"

Książka, dzięki której ponownie zainteresowałam się amerykańskim Zachodem, wiele, wiele lat po tym, jak po raz ostatni odstawiłam na półkę "Winnetou". Przeczytałam o niej na jakimś amerykańskim blogu, a że czytałam wtedy dużo o życiu kobiet w dziewiętnastowiecznej Anglii, postanowiłam, że dowiem się czegoś też o tym, co działo się po drugiej stronie oceanu. Joanna Stratton odnalazła zbiór relacji spisanych przez kobiety, które żyły na amerykańskim Zachodzie, zebrała je w całość i opracowała. To absolutnie fascynujący obraz kobiet Zachodu - Indianek, osadniczek, matek, żon, nauczycielek i uczennic. Ich celem nie było przetrwanie, one chciały stworzyć wokół siebie cywilizowany świat, często walczyły o swoje prawa i mierzyły się z niewyobrażalnymi trudnościami. To solidna książka historyczna, którą czyta się jak powieść.

S. C. Gwynne "Imperium Księżyca w Pełni. Wzlot i upadek Komanczów", tłum. Bartosz Hlebowicz

W swojej świetnej serii amerykańskiej, wydawnictwo Czarne umieściło już dwa tytuły dotyczące Dzikiego Zachodu. "Imperium Księżyca w Pełni" to historia plemienia, które najbardziej zaciekle walczyło z najeźdżcami. Z książki wyłania się dość przerażający obraz świata, w którym przemoc była na porządku dziennym. Nic nie jest jednak proste i jednoznaczne - porywane białe dzieci nie chcą wracać do swoich rodzin, białe kobiety zakochują się w swoich porywaczach, a ci bywają nie tylko genialnymi i okrutnymi wojownikami, ale także zręcznymi politykami.

Hampton Sides "Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu", tłum. Tomasz Ulanowski

Kolejna pozycja w tej samej serii to klasyczna, westernowa opowieść. Jej bohaterem jest niejaki Kit Carson, traper-legenda, który walczył z Indianami, ale też bywał ich sojusznikiem. Przez pryzmat jego niejednoznacznej biografii autor opowiada historię podboju Zachodu. Losy Carsona są zaś tak barwne, że trudno uwierzyć, iż to wszystko naprawdę się zdarzyło.

Philipp Meyer "Syn", tłum. Jędrzej Polak

Wiele lat zajęła Meyerowi praca nad książką, która miała za zadanie odmitologizować historię amerykańskiego Zachodu. Powstała

saga rodzinna osadzona w Teksasie, który jest swego rodzaju soczewką skupiającą to, czym naprawdę jest Ameryka. Ja nie potrzebowałam pozbywać się złudzeń, ale i tak lektura mnie zachwyciła. Losy trojga bohaterów, którzy są niesamowicie żywi, są pretekstem do opowiedzenia o tym, kim właściwie są dzisiejsi Amerykanie.

Larry McMurty "Na południe od Brazos", tłum. Michał Kłobukowski

To nie jest książka, o której można napisać w kilku zdaniach. To powieść absolutna, zawierająca chyba wszystko, o czym możecie w kontekście amerykańskiego Zachodu pomyśleć. Doskonale zbudowane postaci, motyw drogi, a w tle westernowy, przytłaczający krajobraz. Przeczytam jeszcze przynajmniej raz, zanim pokuszę się o jakiś dłuższy tekst. Za swoją powieść McMurty dostał Pulitzera, Michał Kłobukowski zaś nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich.

A. B. Guthrie „Droga na Zachód”, tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Pisałam już o tej książce szerzej tutaj. Grupa bardzo różnych ludzi wyrusza do Oregonu, by tam zacząć nowe życie. Kilkumiesięczna podróż w niewielkiej grupie to nie tylko fizyczne wyzwanie. Przede wszystkim to czas, w którym wyjdą na jaw ich słabości, a opowieść o życiu na szlaku jest tak naprawdę opowieścią o tym, kim byli ludzie, którzy ten szlak przemierzali. Powieść można czytać jako samodzielne dzieło, jest jednak częścią sześciotomowego cyklu i stanowi drugi z kolei tom. Pozostałe nigdy nie ukazały się po polsku – czytałam niedawno pierwszy w kolejności, czyli „The Big Sky” i również jestem pod wrażeniem.

Cormac McCarthy „Przeprawa”, tłum. Jędrzej Polak

Właściwie mogłabym umieścić w tej dziesiątce dowolną powieść Cormaca McCarthy'ego, może za wyjątkiem "Drogi". Dlaczego właśnie "Przeprawa", będąca drugim tomem Trylogii Pogranicza? Może dlatego, że jednym z bohaterów jest wilczyca, a lubię wilki? Dla mnie to kolejna powieść doskonała, zawierająca wszystko, za co kocham opowieści o amerykańskim Zachodzie. Jest tu człowiek i dziki zwierz, jest wędrówka w nieznane, jest mierzenie się ze sobą i z otoczeniem. Nie wiem, jak McCarthy to robi, ale dla każdej jego książki zarywałam noc.

Thomas Berger "Mały wielki człowiek", tłum. Lech Jęczmyk

Dopiero teraz do mnie dociera, że o większości z tych książek dotąd nie pisałam. Nie jestem pewna, dlaczego, być może przez to, że po lekturze każdej z tych książek wiedziałam, że będę je chciała przeczytać jeszcze raz. Nie inaczej było z "Małym wielkim człowiekiem", z którym znajomość zawarłam stosunkowo niedawno. To rasowa powieść łotrzykowska osadzona w realiach Dzikiego Zachodu, kolejna, która przez pryzmat losów konkretnej postaci opowiada historię Ameryki. Przezabawna, smutna i wciągająca.

John Williams "Butcher's Crossing"

Książki Williamsa ukazały się ponad pięćdziesiąt lat temu, po czym zostały na ponad pięćdziesiąt zapomniane. W 2013 roku pewien brytyjski księgarz odkrył dla świata "Profesora Stonera", ale moim zdaniem "Butcher's Crossing" jest jeszcze lepszą powieścią. Williams bezlitośnie rozprawia się z mitem Dzikiego Zachodu, wysyłając na prerię idealistycznego i kompletnie nieprzystosowanego młodego człowieka. To czysta, skondensowana opowieść o konfrontacji człowieka z naturą, nie ma w niej zbędnego słowa. Nie ma też Indian i kowbojów, jest jednak sporo brutalnej prawdy o życiu w dziczy i o tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać.

Laura Ingalls Wilder "Little House on the Prairie"

Tej książki nie mogło zabraknąć, choć to grubo polukrowana i ugrzeczniona opowieść dla dzieci. Laura Ingalls Wilder pisze jednak w oparciu o własne wspomnienia, a jej wizja rodziny budującej dom na prerii (a także w gęstym lesie i nad potokiem w innych cześciach cyklu) naprawdę działa na wyobraźnię. Wiemy, że to przesłodzona wersja, przy odrobinie wyobraźni można sobie sporo dopowiedzieć, a najlepiej sięgnąć po jedną z biografii autorki i dowiedzieć się, jak było naprawdę. Cały cykl zaś, składający się z dziewięciu części, to naprawdę urocza i bardzo relaksująca lektura.

Interesuje was tematyka amerykańskiego Zachodu? Czytaliście w dzieciństwie Maya, Wernica albo Curwooda? Kogo umieścilibyście w waszej dziesiątce?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...