dzielnica fikcji

piątek, 15 czerwca 2018

Zwróciłam na tę książkę uwagę ze względu na okładkę. Rzadko mi się to zdarza, zazwyczaj wybieram lektury bardzo starannie, czytając recenzje, sprawdzając autora. Tym razem wystarczył ptaszek i temat. Zresztą jak miałaby mnie nie zainteresować oparta na faktach opowieść o zapomnianej malarce ptaków z epoki wiktoriańskiej?

Powieść Melissy Ashley jest zresztą też w jakimś stopniu efektem przypadkowej fascynacji. Autorka zainteresowała się ptakami Australii, zaczęła je obserwować, i wreszcie przeczytała biografię wiktoriańskiego ornitologa, twórcy pierwszej monografii ptaków Australii. W niej natrafiła na wzmiankę o Elizabeth Gould - żonie rzeczonego badacza, która nie tylko towarzyszyła mu w wyprawie na Antypody, ale też stworzyła litografie do wszystkich jego dzieł i bardzo wydatnie przyczyniła się do jego sukcesu. Jej ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki, a dorobek zaiste imponujący - w ciągu dziesięciu lat spod jej pędzla wyszło 650 tablic. Okazało się jednak, że o jej życiu prawie nic nie wiadomo, pod jej litografiami podpisywał się także jej mąż, a biografowie Goulda ledwo o niej wspominają.

Melissa Ashley zaczęła więc zgłębiać temat, jeżdżąc do rozrzuconych po świecie archiwów i docierając do potomków Elizabeth. Efektem jest powieść, w której oczywiście sporo zostało przez autorkę dopowiedziane i wyobrażone, jednak zasadnicza historia oparta jest na faktach.

Elizabeth wyłania się z niej jako bardzo interesująca postać, pełna wewnętrznych sprzeczności. Z jednej strony matka licznej gromadki dzieci, najwyraźniej bardzo im oddana, z drugiej - porzuca je na długie dwa lata, by towarzyszyć mężowi podczas wyprawy jego życia. Preparuje z nim zwierzęta, maluje u boku Edwarda Leara, dyskutuje z Karolem Darwinem, hoduje egzotyczne ptaki. Robi to, co robiło wielu wiktoriańskich dżentelmenów.

Czy frustrował ją fakt, że cała chwała spływa na jej męża? Czy dopisanie jego inicjałów do jej ilustracji przyjmowała jako coś oczywistego? Czy rzeczywiście, tak jak sugeruje to autorka powieści, dostrzegała zagrożenie, jakie wiktoriańskie zbieractwo stanowi dla przyrody? Czy sprzeciwiała się zabijaniu zwierząt na użytek kolekcji? Mam wrażenie, że Melissa Ashley trochę za bardzo uwspółcześniła postać Elizabeth. Jej bohaterka ubolewa nad tym, jak wiele ptaków zabija jej mąż, obawia się, że jego chciwość może zagrażać przetrwaniu gatunków. Owszem, Elizabeth komentowała to w listach, ale autorka chyba trochę za dużo do tych komentarzy dopowiada. A może nie? Może to ja nie doceniam pani Gould?

"Malarka ptaków" przywraca pamięć o niezwykłej kobiecie i jej dokonaniach, i za to autorce należą się słowa uznania. Przyznam, że wolałabym przeczytać porządną biografię, a nie powieść, i po zakończeniu lektury zaczęłam szukać czegoś solidniejszego. Niestety, okazało się, że Elizabeth Gould nie doczekała się obszernego opracowania, tym cenniejsza więc wydaje się praca Melissy Ashley. Owszem, mam sporo zastrzeżeń do tej książki. Postaciom brakuje głębi, sama Elizabeth jest trochę zbyt cukierkowa, zbyt pozytywna. Z drugiej strony jednak wiktoriańska obsesja na punkcie gromadzenia okazów przyrodniczych odmalowana jest doskonale, a całość czyta się z przyjemnością. Przeglądam teraz ilustracje Elizabeth Gould (błogosławiony niech będzie internet), i nie wątpię, że będziecie robić to samo po lekturze!

Moja ocena: 4/6

Melissa Ashley "Malarka ptaków"

tłum. Agnieszka Wyszogradzka-Gaik

Wydawnictwo Czarna Owca 2018

piątek, 27 kwietnia 2018

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie przekonanie, że czasem trzeba pozwolić się wypchnąć ze strefy komfortu i zmierzyć z tematem, który zaboli i wstrząśnie. Powiedzieć, że lektura debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta wstrząsa, to nic nie powiedzieć. Ta książka chwyta za gardło i ciska czytelnikiem o ścianę, a potem robi to znowu, po wielokroć. Chcemy ją odłożyć, ale jesteśmy zahipnotyzowani, bo Tallent potrafi utrzymać naszą uwagę. Przeplata sceny straszne lżejszymi, nawet zabawnymi, i od pierwszych stronach odmalowuje swoją bohaterkę w taki sposób, że żal nam jest ją porzucić.

Turtle ma 14 lat. Mieszka w północnej Kalifornii, w starym domu na wzgórzu. Ma tylko ojca, który jest przekonany, że koniec świata się zbliża, należy więc być na niego przygotowanym. Nauczył córkę sztuki przetrwania w lesie, wieczorami czyszczą razem broń. Ojciec próbuje pomagać córce w zadaniach domowych, a nocami ją gwałci.

„Moja Najdroższa” to historia skomplikowanej relacji córki do krzywdzącego ją ojca-socjopaty. Turtle przejawia coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Ojciec jest dla niej całym światem, wydaje jej się, że go kocha, ich wspólne życie wydaje jej się jedynym prawdziwym. Jej więź z przyrodą jest niesamowita. W lesie zachowuje się jak drapieżnik, bezszelestnie porusza się po ciemku, potrafi zdobyć pożywienie i znaleźć schronienie. Czasem znika na dłużej i zastanawia się, co by było, gdyby nie wróciła. Podczas jednej z takich eskapad poznaje dwóch chłopców, w przez znajomość z nimi inne życie.

Martin, ojciec Turtle, jest przerażająco inteligentnym psychopatą. W pewnym momencie mówi do córki:

Otóż nie mamy żadnych dowodów na to, że inni ludzie są świadomi i żywi tak jak my. Wiemy to tylko o samych sobie, bo bezpośrednio poznajemy własne myśli, emocje, to nieopisywalne poczucie, że żyjemy, ale nie potrafimy doświadczać świadomości innych. I dlatego… dlatego nie mamy pewności, czy oni żyją, naprawdę żyją, i doświadczają życia tak jak my.

Wychowana w taki sposób dziewczynka, przeświadczona, że ból jest niezbędnym elementem każdego treningu, że aby przetrwać, trzeba przekroczyć granice (ojciec znęca się nad nią fizycznie i psychicznie, czyniąc z tego element szkolenia), jest jednak zdolna do empatii. Kiedy w jej otoczeniu pojawi się mała dziewczynka, Turtle w pewnym momencie myśli: „nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić”. Jest przekonana, że to tylko myśl, całkowicie nieprawdziwa, ale „podoba jej się. Cieszy się, gdy sobie wyobraża, że mogłaby być osobą zdolną do takich słów”. Ratując dziewczynkę, ocaliłaby niejako samą siebie.

Tallent tworzy rozbudowane opisy przyrody i uczuć Turtle, które są tak napisane, że nie sposób się od nich oderwać. Historia, którą opowiada, jest straszna, a jednocześnie w jakiś sposób odrealniona, przez co łatwiej ją znieść. Chwilami miałam wrażenie, że to tylko jakaś okrutna gra, wszystko było zbyt graficzne i zbyt malownicze. Szarpana sprzecznymi uczuciami Turtle nienawidzi ojca, a jednocześnie cały czas go usprawiedliwia i nie wyobraża sobie życia bez niego. Myśli:

Musisz być dla mnie twardy, bo nie daję sobie z sobą rady, a ty każesz mi robić to, co naprawdę chcę robić, ale sama nie potrafię. No ale... ale czasem nie jesteś dość ostrożny... Jest w tobie jakiś brak (...).

Tallent próbuje uczynić go bardziej zrozumiałym, wspomina o jego rozterkach i przeszłości, ale moim zdaniem nie przynosi to żadnego skutku. Jedyną postacią, która się liczy i którą uczymy się naprawdę rozumieć jest Turtle. Chłopcy, ojciec, dziewczynka – to tylko statyści, którzy popychają Turtle do zmian. Tak naprawdę powieść jest o niej, o jej dojrzewaniu i przemianie.

Pobrzmiewają w „Mojej Najdroższej” echa Cormaca McCarthy’ego, a osoby oczytane w dziełach osiemnastowiecznych filozofów na pewno zauważą odniesienia do traktatów Johna Smitha, a także wpływy Kanta i Hume’a. Pojawia się Miasteczko Middlemarch, a jeden ze szkolnych kolegów Turtle ma na imię Rilke. Forma nawiązuje do osiemnastowiecznej Bildunsroman. To powieść bogata w aluzje i znaczenia.

Warto przeczytać, chociaż teraz chciałabym tę książkę wyrzucić z pamięci możliwie jak najszybciej. Będę jednak czekać na kolejną książkę autora, myślę, że warto będzie go mieć na oku, bo potrafi pisać przewrotnie, sprawnie i kontrowersyjnie.

Moja ocena: 5/6

Gabriel Tallent "Moja Najdroższa"

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018



niedziela, 22 kwietnia 2018

Amerykańska premiera książki Hilary Jordan, nad którą autorka pracowała podobno aż siedem lat, miała miejsce w tygodniu wyborów prezydenckich w USA. Fotel prezydenta objął wówczas Barack Obama. Polskie wydanie ukazuje się w zupełnie innej rzeczywistości. Warto o tym pamiętać, jeśli czytając tę opowiadającą o amerykańskim Południu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku powieść będzie nam się zdawało, że teraz jest już inaczej.

"Błoto" to bardzo dobry przykład tzw. literatury środka, o której dyskutowaliśmy niedawno na Facebooku i Instagramie przy okazji premiery "Między falami". To powieść, która łączy w sobie dość ambitne podejście do tematu (narracja na wiele głosów, metafora błota przewijająca się przez cały tekst, trudny temat) z czymś, co po angielsku nazywa się readability, a po polsku, z braku zgrabnego słowa, określamy przymiotnikiem wciągający.

Laura McAllan wychodzi dość późno za mąż i za mężem wyjeżdża na południe Stanów, by tam spróbować szczęście na własnej farmie. Szczęścia próbuje Henry, ona haruje, toczy nierówną walkę z oblepiającym wszystko błotem i próbuje się odnaleźć w nieoswojonej rzeczywistości. Z wojny wracają kolejni bohaterowie -  młodszy brat Henry'ego, Jamie, i czarnoskóry Ronsel. Ronsel jest bohaterem wojennym, ale na Południu wciąż rządzonym przez prawa Jima Crowa liczy się kolor skóry, a nie bohaterstwo. Obaj mężczyźni zawierają przyjaźń, której inni nie będą w stanie zaakceptować.

Jordan prowadzi narrację wielogłosowo, każdego z bohaterów obdarzając inną melodią języka. Z tej poszatkowanej opowieści rodzi się wiele pytań. Laura, najważniejsza z postaci, mówi tak:

"Początki to momenty trudne do uchwycenia. Czasami myślimy, że udało nam się do nich dotrzeć, ale wtedy wystarczy spojrzeć wstecz i widzi się jeszcze wcześniejszy początek".

Częste powroty do przeszłości , zmiany głosu narratora umożliwiają skondensowanie skomplikowanej i trudnej historii do stosunkowo niewielkiej objętościowo książki. Tytułowe błoto oblepia w niej buty i wbija się pod paznokcie bohaterów, ale jest też metaforą brudu, w którym wszyscy grzęzną. Zresztą jest to metafora niepokojąco aktualna.

"Błoto" nie jest jednak tylko opowieścią o razismie i uprzedzeniach. To także historia miłości, dramatycznych wyborów lub inercji, konsekwencji naszych działań i zaniechań. Nie jest to historia oczywista. Jamie mówi zresztą w pewnym momencie: "Czasami wyrządzanie zła jest konieczne. Czasami jest to jedyny sposób, żeby przywrócić dobro". Jordan zgrabnie prowadzi narrację, a jej bohaterowie zmierzają ku nieuniknionej tragedii. Mniej więcej od połowy książki trudno się oderwać od lektury. Trochę szkoda, że zapomina przy tym o wielowymiarowości niektórych postaci. Bywają zbyt jednoznaczne, anielskie lub nienawistne. Jest to jednak drobna słabość, "Błoto" bowiem czyta się znakomicie, a emocje towarzyszące podczas lektury prędko nie opadają.

Polecam gorąco, a sama mam zamiar obejrzeć wkrótce ekranizację, podobno znakomitą. Oglądaliście albo czytaliście? Podzielcie się opiniami!

Moja ocena: 5/6

Hillary Jordan "Błoto"

Tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko

Wydawnictwo Otwarte 2018



czwartek, 11 stycznia 2018

Siódma trzydzieści, za oknem ciemno, na podłodze kałuże. Ludzie wpatrują się tępo w przestrzeń, o tej porze mało kto ma siłę wyjąć telefon. W tramwaju coraz większy tłok, mimo to jest raczej cicho. Nagle - parsknięcie. Potem chichot. I jeszcze raz, tym razem głośniejszy. Wyrwani z letargu pasażerowie zerkają podejrzliwie na odmieńca. Ten jednak tego nie zauważa. Pogrążony w lekturze, stara się stłumić śmiech, ale nic z tego.

Kto z nas nie był kiedyś takim odmieńcem? Komu nie zdarzyło się parsknąć śmiechem nad książką w tramwaju, autobusie lub pociągu? Mnie nie raz, a że pod koniec stycznia wyjdzie trzecia "Arystokratka", znowu będę rechotać w drodze do pracy. Chociaż nie, obawiam się, że połknę ją w ciągu kilku godzin wieczornych.

Tymczasem zaś trzy podróżnicze książki, nad którymi ostatnio parskałam śmiechem. W sam raz na nadchodzący za kilka dni Blue Monday (rzekomo najbardziej przygnębiający dzień roku, w 2018 przypada 15 stycznia). Wszystkie trzy są urocze i zabawne, a do tego naprawdę niegłupie!

Alec Le Sueur "Hotel na dachu świata. Pięć lat w Tybecie", tłum. Agnieszka Bihl

Początkowo nie byłam przekonana do tej książki. Jej autor pracował w pięciogwiazdkowym hotelu w Paryżu, a kiedy postanowił przenieść się do Azji, szukał pracy w kolejnym luksusowym przybytku. Zaproponowano mu jednak coś, czego się nie spodziewał - prowadzenie działu promocji sieciowego hotelu w Lhasie. Nie miał pojęcia ani o Chinach, ani o Tybecie, jego pierwsze wrażenia są więc typowymi przemyśleniami człowieka z Zachodu, którego dziwi wszystko i wszyscy. Bałam się, że lektura, na którą dość długo polowałam, okaże się zbiorem rozczarowujących banałów i czytałam z irytacją. Po kilku stronach jednak roześmiałam się, a po kilkunastu stwierdziłam, że nie będzie źle.

Wyzwania, z jakimi będzie się mierzył nasz narrator, wydają się kompletnie absurdalne. Przykładowo, na początku decyduje się na mało oryginalną formę promocji, a mianowicie wysyłkę materiałów reklamowych. Tylko jak to zrobić, kiedy drukarnia nie potrafi składać prostych linijek i nie dysponuje literą "s", nowoczesna maszyna do pisania, którą hotel jakiś czas temu zakupił, nie ma litery "a", zaś z czterech kserokopiarek działa jedna, która brudzi kartki na szaro.

Z podobnymi problemami mierzą się pracownicy wszystkich działów. Do kuchni zamiast steków dostarczone zostają żywe jaki, do przystawienia jednej pieczątki potrzebna bywa dwudziestoosobowa delegacja, zimą z sufitu zwisały sople, ale ogrzewania nie można było włączyć, dopóki nie zajęto ponad 20% pokoi, co się w zimie prawie nie zdarzało. Le Sueur sporo miejsca poświęca hotelowej codzienności, z której trudno się nie śmiać.

Książka byłaby jednak tylko płaskim zbiorem anegdot, gdyby nie fakt, że dotyczy miejsca tak mało znanego, jak Tybet pod chińską okupacją. W dodatku jest to Tybet, którego już nie ma, bo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Lhasa zmieniła się bezpowrotnie. Między zabawnymi historyjkami autor przemyca trochę cennych informacji, które pozwalają sobie wyobrazić, jak było w Lhasie pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Choćby tego powodu warto tę książkę przeczytać, przy okazji zaś dostarczając sobie sporą dawkę rozrywki.

Moja ocena: 4/6

Peter Allison "Ucieka tylko jedzenie", tłum. Ernest Kacperski

Czytałam opowieści z życia przewodnika safari na kilka tygodni przed wyjazdem na safari może nie być najlepszym pomysłem. Allison pracował przez kilka lat na kempingu w Botswanie, sąsiadującej z Namibią, do której się wybierałam. Zdarzyło mu się zostawić turystów w rzece pełnej krokodyli i hipopotamów, ponieważ ścigając stado lwów zapędził się za daleko do wody i utopił samochód, musiał więc pobiec po pomoc. Na szczęście jednak wizja wyjazdu zawsze napełnia mnie spokojem i nic nie jest w stanie wzbudzić we mnie paniki.

Książka Allisona powinna spodobać się zarówno osobom, które lubią podróże, jak i miłośnikom zwierząt, może przede wszystkim tym drugim. Mnóstwo w niej uroczych historii o miodożerach, gepardach, małpach i innych afrykańskich stworzeniach. Jako młody człowiek, Allison wyruszył w podróż po świecie, a kiedy skończyła mu się kasa, znalazł sobie pracę na kempingu w Afryce. Podobnie robią setki ludzi, którzy pracują w hostelach, barach, klubach nurkowych i podobnych miejscach. Kemping w afrykańskim buszu jest jednak wyjątkowo malowniczy, choćby dlatego, że dzikie zwierzęta mogą swobodnie wchodzić na jego teren. Allison nauczył się o nich wiele, a dzisiaj jest znanym przewodnikiem safari. "Ucieka tylko jedzenie" to przyjemna lektura, wybuchy śmiechu są w pakiecie.

Moja ocena: 4/5

"Życie seksualne kanibali. Dwa lata na Pacyfiku" J. Maarten Troost, tłum. Małgorzata Glasenapp

Para młodych ludzi chce ułożyć sobie życie nieszablonowo. Skończyli stosunki międzynarodowe, ale praca w biurze gdzieś w Stanach wydała im się mało atrakcyjna. Rozsyłali więc CV po całym świecie, aż wreszcie Sylvia dostała posadę w Kiribati. Trzy tygodnie później oboje siedzieli już w samolocie.

Po lekturze zaczęłam googlowanie i mogę wam zdradzić, że jeśli w tym momencie pozazdrościliście autorowi książki, możecie pójść w jego ślady. A raczej w ślady jego żony, bo to ona dostała pracę na pacyficznym atolu. Ofert jest całkiem sporo! Poczekajcie jednak z wysyłaniem maili do końca lektury, istnieje duża szansa, że się rozmyślicie.

Maarten i Sylvia trafiają na główną wyspę Kiribati, Tarawę, i szybko przekonują się, że choć na pierwszy rzut oka wygląda sielsko, przy bliższym poznaniu traci sporo ze swego uroku. Bo wskakiwanie prosto z domu do ciepłej, lazurowej wody oceanu brzmi świetnie, to przebywanie w tej wodzie, kiedy kolejne osoby kucają przy brzegu i zaczynają się wypróżniać, fale zaś niosą ich odchody w waszą stronę, do przyjemności raczej nie należy.

Tarawa ma problem ze fekaliami. Nie ma ich gdzie gromadzić, nie ma się ich jak pozbyć. Zatruwają wodę pitną, której zasoby są i tak niewielkie. Wypróżnianie się do oceanu jest więc najpopularniejszą metodą. Jeszcze większy problem stwarzają wszelkie śmieci, zwłaszcza pampersy. Na niewielkich atolach nie ma wysypisk, nikt też śmieci nie wywozi.

Nieciekawie wygląda też jedzenie. Są ryby. Są owoce morza. Czasami trujące. I tyle. Nie ma warzyw, niczego się nie uprawia, owoców jest sporo, ale na innych wyspach. Tarawa jest przeludniona i brakuje wszystkiego. Próba zamówienia prenumeraty New Yorkera kończy się fiaskiem, nie ma więc dostępu do wiadomości ze świata (radio australijskie nadaje wiadomości raz dziennie, ale skupia się na sprawach lokalnych).

Relacja Troosta odczarowuje Kiribati, a jednocześnie sprawia, że ten wyspiarski kraj zaczyna nas interesować. Nigdy wcześniej nie ciekawiły mnie wyspy na Pacyfiku, ale po lekturze miałabym ochotę wybrać się w podróż do Mikronezji. Przemawia do mnie cyniczny styl autora i jego specyficzne poczucie humoru, dowiedziałam się też nadspodziewanie dużo o kraju, o którym większość z nas nie wie prawie niczego. To klasyczna opowieść o zetknięciu dwóch kultur, o odkrywaniu dziwnego i obcego świata, który w powszechnym wyobrażeniu jest rajem, zaś w rzeczywistości okazuje się może nie piekłem, ale w najlepszym razie czyśćcem. Ale Troost trafi także do takich zakątków Kiribati, które można określić mianem rajskich, a czytając o nich, byłam szczerze zdziwiona i jeszcze bardziej zaintrygowana.

Moja ocena: 5/5

*************************************************************************

Dziękuję za wszystkie głosy w rankingu na najbardziej wpływowy blog o książkach! Głosowanie trwa do niedzieli, Miasto Książek trzyma się na ósmej pozycji. Cieszę się, widząc, jak różnorodne strony znalazły się w pierwszej dziesiątce - są w niej youtuberzy, instagramiści, ale też całkiem klasyczni blogerzy :) Będzie mi miło, jeśli jeszcze trochę poklikacie :)

http://www.influencer.pl/blogi-o-ksiazkach-ranking

niedziela, 07 stycznia 2018

Moja córka czyta właśnie „Grę o tron” i uczy się godzić z tym, że autor książki może wystrychnąć czytelnika na dudka. W księgarniach pojawiają się coraz to kolejne thrillery psychologiczne, a czytelnicy, którzy po nie sięgają, czekają na to, że autor ich zaskoczy, a nawet zszokuje. Polubiliśmy chyba to uczucie i chętnie dajemy się wodzić za nos. Zdarza się jednak, że wstrząsający zwrot akcji pojawia się w książce, której byśmy o takie niespodzianki nie podejrzewali. Odrywamy wtedy wzrok od tekstu i wpatrujemy się przez dłuższą chwilę w przestrzeń, próbując pogodzić z tym, co się właśnie wydarzyło.

Dawno nie było niedzielnej dziesiątki, a dzięki Waszym komentarzom stwierdziłam, że nie mogę zarzucić blogowania (dziękuję Wam bardzo!), dlaczego więc miałabym zarzucać cykl, który lubię i ja, i wy! Wybrałam więc dla was dziesięć książek, które mnie w jakiś sposób zaskoczyły. W przypadku niektórych szokujący zwrot akcji zdarza się gdzieś w środku powieści, innym razem to zakończenie okazuje się całkowicie nieoczekiwane. Nie piszę, jak jest w przypadku poniższych tytułów, żeby za wiele nie zdradzać. Postaram się w ogóle zdradzić jak najmniej, a wszystkie wymienione książki szczerze polecam. Żeby nie iść na łatwiznę, nie umieściłam na liście żadnego thrillera psychologicznego.


Agatha Christie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, tłum. Jan Zakrzewski

Zacznijmy od klasyki. Niejedna książka damy kryminału potrafi zaskoczyć czytelnika, żadna chyba jednak nie sprawiła mi takiej niespodzianki jak „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. Jeśli jej nie znacie, nie zaglądajcie do żadnej recenzji, myślę, że łatwo natknąć się na spoiler!

W czołówce najbardziej szokujących zwrotów akcji w książkach Agathy Christie powinny się też znaleźć „I nie było już nikogo” (dawny tytuł to „Dziesięciu murzynków”) i „Morderstwo w Orient Ekspresie”.

Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”, tłum. Jan Rybicki

Poruszająca powieść o Afganistanie, o braterstwie i zdradzie, która wyciśnie wam pewnie kilka łez i co najmniej raz zaskoczy. Momentami ociera się o melodramatyzm, ale na tyle rzadko, że można jej to wybaczyć.

Sarah Waters „Złodziejka”, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska

Wiktoriański Londyn, majętna panna i wychowana przez złodzieja pokojówka, sugestywny nastrój i tak poprowadzona akcja, że trudno się powstrzymać, żeby komuś nie opowiedzieć o tym, jak autorka wystrychnęła czytelnika na dudka.

Lionel Shriver „Musimy porozmawiać o Kevinie”, tłum. Krzysztof Uliszewski

Narratorką tej wstrząsającej powieści jest matka chłopca, który zastrzelił w szkole grupę swoich kolegów i nauczycieli. Kevin siedzi w więzieniu dla nieletnich, a jego matka pisze listy do męża, analizując całe ich życie i błędy, które mogli popełnić. Mamy więc całkowicie nieobiektywną narratorkę, tragiczną historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami i niejednoznacznych bohaterów. No i moment, w którym rzucamy brzydkim słowem, odkładamy książkę i patrzymy długo w przestrzeń.

Daphne du Maurier „Rebeka”, tłum. Eleonora Romanowicz–Podoska

Klasyka też potrafi zaskoczyć. „Rebeka” to powieść grozy, spodziewamy się więc zagadkowych rozwiązań. Mimo to pierwsza lektura tej książki bywa olśnieniem, ale znowu – warto nie zaglądać do żadnych recenzji i artykułów.

Lew Tołstoj „Anna Karenina”, tłum. Jan Wołowski

Przez lata „Anna Karenina” była moim wyrzutem sumienia. Nie wiem, dlaczego tak późno się za nią zabrałam. Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że jakimś cudem nie wiedziałam o tej powieści nic, tym samym przeżyłam prawdziwy szok podczas lektury.

David Vann „Legenda o samobójstwie”, tłum. Dobromiła Jankowska

Brak Davida Vanna na naszym rynku książki to zaskakująca luka, którą szczęśliwie uzupełnia właśnie nowopowstałe wydawnictwo Pauza. Czytałam „Legendę o samobójstwie” lata temu, planuję teraz powtórkę, bo to doskonała, oszczędna i mocna powieść. W jej przypadku znowu łatwo o spoiler, nie czytajcie więc recenzji, kupcie od razu książkę, nie pożałujecie.

Jodi Picoult „Bez mojej zgody”, tłum. Michał Juszkiewicz

Brak na zdjęciu, książka stoi bowiem na półce u rodziców. Picoult to znana autorka, która napisała mnóstwo podobnych do siebie bestsellerów. „Bez mojej zgody” to jej najlepsza powieść i warto ją przeczytać. Bohaterkami są dwie siostry: Kate, która od dzieciństwa choruje na białaczkę, i Annie, którą poczęto po to, żeby była dawczynią tkanek dla swojej siostry. W pewnym momencie Annie nie chce poddać się kolejnej operacji. Nic w tej książce nie jest jednak czarno-białe i nie wszystko potoczy się tak, jak się spodziewamy.

Yann Martel „Życie Pi”, tłum. Magdalena Słysz

Film mnie nie zachwycił, ale książkowa wersja opowieści o szesnastolatku, który dryfuje po oceanie w towarzystwie tygrysa, ponieważ statek, którym podróżowali, przewoził zwierzęta z zoo, jest naprawdę dobra i całkiem zaskakująca.

Iain Pears „Którędy droga”, tłum. Katarzyna Petecka-Jurek

Siedemnastowieczny Oksford, zbrodnia i cztery relacje osób zamieszanych w to, co się stało. Misternie poprowadzona intryga, którą trzeba czytać niezwykle uważnie. W tej książce każdy bowiem chce coś ukryć, żadnemu narratorowi nie możemy zaufać, a wszystko, co mówią, jest wskazówką, która może prowadzić na manowce. I chociaż jesteśmy od początku nieufni i ostrożni, autor i tak zrobi nas w balona. Świetny, mało znany, wymagający kryminał.

Zabrakło mi w dziesiątce miejsca dla „Gniewu” Zygmunta Miłoszewskiego, którego zakończenie podzieliło czytelników. Oprócz „Rebeki” mogłabym wstawić „Jane Eyre”, wydaje mi się jednak, że skrywana przez jednego z bohaterów tajemnica jest jednak zbyt dobrze znana, żeby kogokolwiek mogła jeszcze zdziwić. Umieściłabym też chętnie zapomnianą już trochę, kiedyś niezwykle popularną „Trzynastą opowieść”. Niejedna książka Young Adult mogłaby się znaleźć na liście, z „Czerwoną królową” na czele. A co wy byście dopisali? Jakie książki sprawiły, że na chwilę zabrakło wam tchu?

***

Przy okazji - Miasto Książek znalazło się wśród dwudziestu najlepszych blogów o książkach portalu Influencer. Do 14 stycznia trwa głosowanie, wystarczy kliknąć, bez żadnej rejestracji. Głosować można codziennie, raz dziennie. Będzie mi miło, jeśli oddacie głos na Miasto Książek!

http://www.influencer.pl/blogi-o-ksiazkach-ranking

Przy okazji przejrzyjcie pozostałe strony - znam je wszystkie, niektórych jestem wierną czytelniczką. Może odkryjecie coś dla siebie?

 



środa, 03 stycznia 2018

Siedem lat przerwy między pierwszym a drugim tomem - to nie powinno dobrze świadczyć o serii. Prawda jest jednak taka, że "Sadze rodziny Neshov" nic nie brakuje, a wieloletnia przerwa w lekturze jest tylko dowodem na moje czytelnicze rozedrganie, bo zachwyciłam się "Ziemią kłamstw", a potem przegapiłam kolejne dwie części. Kiedy jednak po latach ukazał się czwarty (i najprawdopodobniej ostatni) tom, postanowiłam odnowić znajomość z panią Ragde. Zaczęłam od przypomnienia sobie części pierwszej, a dwa dni później zamykałam już czwartą. Norweską serię czyta się bowiem na jednym oddechu, i tylko szkoda, że koniec następuje tak prędko.

O "Ziemi kłamstw" pisałam szerzej tutaj. "Ziemia kłamstw" zaczyna się mało oryginalnie, bo poważną chorobą nestorki rodu Neshov, Anny. Oczywiście oznacza to, że z różnych zakątków kraju, a nawet z zagranicy do rodzinnego domu ściągną członkowie rodziny. Oczywiście z szafy wypadnie przy okazji kilka trupów. Reszta jednak wcale taka oczywista nie jest.

Przede wszystkim, nikt przy pogrążonej w śpiączce kobiecie nie chce siedzieć. Tylko jeden z trzech synów Anny jest jej prawdziwie oddany. Tor, który został na gospodarstwie, nie dopuszcza do siebie myśli o tym, że matka może umrzeć. Nie wyobraża sobie świata, w którym nie będzie na niego czekało przygotowane przez nią śniadanie, w którym nie przedyskutuje z nią problemów ze świniami. Drugi z braci, Margido, mieszka wprawdzie w okolicy, ale do domu nie przyjeżdża. To samotnik, prowadzi zakład pogrzebowy i jest całkowicie oddany pracy. Najmłodszy Erlend uciekł najdalej. Rodzina nie zaakceptowała tego, że jest gejem, wyjechał więc do Danii, zarabia krocie i prowadzi wystawny tryb życia ze swoim ukochanym Krumme, z którym tworzy naprawdę uroczą parę. Jest jeszcze mąż Anny, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Żyje na peryferiach ich myśli, milczący i pasywny.

W ten zdominowany przez mężczyzn świat wkracza Torrun - nieślubna córka Tora, która wychowała się z dala od rodziny Neshov. Przyjeżdża na wezwanie ojca i ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że krew jest gęstsza niż woda i choć nigdy nie widziała swoich wujów i dziadka, czuje się z nimi związana.

Anne B. Ragde jest mistrzynią szczegółów. Prowadzi nas przez pokrętne tajemnice braci tak sprawnie, że czujemy się, jakbyśmy stali tuż za ich plecami. Oczami Torrun z obrzydzeniem odkrywamy zapuszczone, podupadłe gospodarstwo, marzniemy na pogrzebach z Margido, wyprawiamy przyjęcia z Erlendem. I niby nic się nie dzieje, ale jakoś trudno jest odłożyć książkę. Duszna atmosfera Neshov zaczyna nas oblepiać. Zaczynamy rozumieć Torrun, która w trzeciej części sagi "poczuła, jak całe gospodarstwo zaciska się wokół niej, sześć pokoleń, jak klei się jej do skóry".

Pierwsza część kończy się szokująco i zostawia czytelnika bez tchu. Chciałoby się odetchnąć trochę świeższym, cieplejszym powietrzem i zostawić na jakiś czas Neshov, ale nic z tego. Drugi tom leży pod ręką i nie sposób go nie otworzyć i nie sprawdzić, jak potoczyły się dalsze losy tych dziwnych ludzi, których nie wiadomo kiedy i dlaczego polubiliśmy. A potem tak samo wygląda sprawa z tomem drugim i trzecim. Ragde doprowadza swoich bohaterów do ostateczności, a potem zostawia ich na pastwę losu i samych siebie, czytelników trzymając w niepewności. Nie zastanawiajcie się, czy na pewno warto zainwestować od razu w cztery części. Gwarantuję, że i tak je kupicie, jeśli przeczytacie tom pierwszy.

Tom czwarty jest trochę inny. Część druga i trzecia zaczynały się dokładnie tam, gdzie kończyły się poprzednie tomy, potem jednak autorka porzuciła swoich bohaterów. Tom trzeci miał być ostatni, ale czytelnicy nie potrafili się pogodzić z jego zakończeniem, a Anne B. Ragde ugięła się pod naporem ich próśb i po wielu latach przerwy napisała część czwartą. Bohaterowie są w niej o cztery lata starsi, zmienili się. Wracamy do nich jak do starych znajomych, a autorka wreszcie trochę im odpuszcza. Ten tom, zgodnie zresztą ze swoim tytułem, jest ostatecznym domknięciem. Wydaje się słabszy, w porównaniu z poprzednimi zbyt cukierkowy, ale kiedy po niego sięgamy, czujemy się już na tyle zżyci z bohaterami, że nie przeszkadza nam to zbytnio. Chcemy po prostu wiedzieć, co u nich słychać, i mamy nadzieję, że wreszcie udało im się poskromić niektóre demony.

"Saga rodziny Neshov" jest pięknie napisana, z czułością, ale bez czułostkowości. Ciekawe jest to, że podoba się chyba każdemu - zarówno bardziej wymagającym czytelnikom, jak i tym, którzy w literaturze szukają przede wszystkim rozrywki. Rzadkie to zjawisko.

Moja ocena: 5.5/6

Anne B. Ragde "Saga rodziny Neshov"

tom 1 - "Ziemia kłamstw" tłum. Ewa M. Bilińska

tom 2 - "Raki pustelniki" tłum. Ewa M. Bilińska

tom 3 - "Na zielone pastwiska" tłum. Ewa M. Bilińska, Witold Biliński

tom 4 - Zawsze jest przebaczenie" tłum. Ewa M. Bilińska, Karolina Drozdowska

Wydawnictwo Smak Słowa 2017


czwartek, 14 grudnia 2017

Znamy się nie od dziś, wiem, jakie książki lubicie. I to jest właśnie taka książka. „Pachinko” Min Jin Lee was nie rozczaruje. Ma wszystko, czego trzeba – na pierwszym planie rodzinę, którą pokochacie, w tle wielką historię, której w dodatku prawie nie znamy. Kto bowiem wie, jak wyglądała i wygląda sytuacja mniejszości koreańskiej w Japonii?

Jest początek XX wieku, Japonia dokonuje aneksji Korei, a pewnemu koreańskiemu rybakowi rodzi się dziecko. Rodzina straciła już kilkoro dzieci, tego pilnują jak oka w głowie. Nie przeszkadza im, że ma zajęczą wargę, ważne, że żyje. Chłopiec dorasta i ku zaskoczeniu wszystkich żeni się. Jest dobrym mężem, a kiedy na świat przychodzi córeczka, traci dla niej głowę. To ona stanie się główną bohaterką powieści Min Jin Lee.

Sunja dorasta, twardo stąpając po ziemi, ale daje się uwieść starszemu od siebie, bogatemu mężczyźnie. Przejrzy na oczy, kiedy będzie za późno. Inny człowiek stanie się ojcem dla jej dziecka, ceną za to będzie wyjazd do Japonii. Tam jednak Koreańczykom jest jeszcze trudniej. Sunja spędzi w Japonii resztę życia, w międzyczasie Korea podzieli się, my zaś będziemy śledzić losy czterech pokoleń jej rodziny.

Pierwsze zdanie książki brzmi: „Historia przyniosła nam rozczarowanie, ale mniejsza o to”. Trudno o bardziej trafne podsumowanie życia Sunji i jej krewnych. Jako Koreańczycy są w Japonii dyskryminowani. Dzieci i wnuki Sunji urodzą się w Japonii, ale od skończenia czternastego roku życia co trzy lata będą musiały na nowo występować o prawo pobytu. Po wyjeździe z kraju mogą nie zostać do niego ponownie wpuszczeni, w szkole są wyśmiewani, a jeśli dobrze zarabiają, podejrzewa się ich o związki z yakuzą. Mimo to jakoś sobie radzą, często zupełnie dobrze, ignorując rozczarowującą ich historię. Sunja słyszy kiedyś, że "przeznaczeniem kobiety jest cierpienie" i początkowo nie potrafi się z tym pogodzić. Cierpiała wielokrotnie, ale to nie wystarczało, pyta więc "z czego składa się życie", czy na pewno z cierpienia.

„Pachinko” nie jest tylko książką o Koreańczykach w Japonii. To uniwersalna w swojej wymowie opowieść o życiu na imigracji, o braku przynależności i o budowaniu życia w miejscu, w którym zawsze będzie się obcym. Nie wszyscy bohaterowie poradzili sobie z tym. Jeden z nich próbuje ukryć swoją tożsamość, nawet przed własną żoną udaje Japończyka, zrywając wszelkie więzy z rodziną. Inni, tak jak kochanek Sunji i ojciec jej pierwszego dziecka, radzą sobie aż za dobrze, budząc postrach wśród Japończyków. Jest zresztą chyba jedynym bohaterem tej książki, który się nie wstydzi. Wszyscy inni odczuwają wstyd, zaczynając od Sunji, która wstydzi się swojego romansu, czuje się też winna względem męża, który ją bezkrytycznie zaakceptował.

Początkowo to kobiety są w centrum zainteresowania autorki, wraz z upływem lat i kolejnych stron mężczyźni wychodzą na pierwszy plan. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o ludziach samotnych. Związki rozpadają się, rodzice wychowują samotnie dzieci, bracia nie potrafią się przed sobą otworzyć. Imigracja ich rozdziela, chociaż mieszkają obok siebie. Życie w obcym kraju sprawia, że stają się obcy też dla najbliższych, a imigracja wpływa też na kolejne pokolenia.

To książka o ludziach, ale historia jest też pełnoprawną bohaterką. Nic nie jest tu czarne ani białe, żaden bohater nie jest kryształowy. Mają sekrety i grzeszki, pogrążają się w chaosie i z niego wydobywają. Autorka poświęca im wszystkim uwagę, i choć to Sunja jest spajającym wszystkich ogniwem, każda z pomniejszych postaci dostaje swój moment, i każda okazuje się na tyle interesująca, że mogłaby zasłużyć na własną opowieść, własną książkę.

„Pachinko” znalazła się na liście najlepszych książek roku New York Timesa, a także w dziesiątce książek roku według USA Today i w finale prestiżowej National Book Award. Warto wyłuskać ją spośród licznych premier kończącej się właśnie jesieni.

Moja ocena: 6/6

"Pachinko" Min Jin Lee

Tłum. Urszula Gardner

Wydawnictwo Czarna Owca 2017

 

piątek, 24 listopada 2017

W świat Śródziemia wpadłam po uszy jakoś w połowie liceum i nigdy się na dobre nie wynurzyłam. Najpierw był „Władca pierścieni”, potem „Hobbit”, po kilku latach powtórka. Potem inne książki, filmy, powroty. Bałam się tylko „Silmarillionu”. Wydawało mi się, że zawiera plątaninę zawiłych informacji genealogicznych i dane historyczno-geograficzne. Mogłabym dzisiaj stwierdzić, że poniekąd miałam rację – „Silmarillion” stanowi swoiste kompendium wiedzy o historii Śródziemia. Jednocześnie jednak myliłam się, bo to niedokończone opus magnum Tolkiena jest czymś dużo bardziej pojemnym.

Mimo to nie wracałam do niego. Zadowolona, że udało mi się go raz przeczytać, mogłam stwierdzić, że była to satysfakcjonująca lektura, ale bardziej ciągnęło mnie do kolejnej lektury „Władcy pierścieni”. Niedawno skusiło mnie jednak ładne wznowienie i pomyślałam, że czemu nie, mogę zmierzyć się  z tym nie tak długim przecież tekstem ponownie. Czytam więc sobie ten „Silmarillion” niespiesznie, po miesiącu jestem kawałek za połową, i już wiem, że dawniej nie byłam na tę lekturę gotowa. Teraz jestem. Czytam z podziwem, chwilami z zachwytem i cieszę się, że Christopher Tolkien odważył się zebrać nieuporządkowane fragmenty i ułożyć je w całość po śmierci ojca.

„Silmarillion” jest dziwną mieszanką. Po części stanowi tło do „Władcy pierścieni”, niezwykle interesujące dla kogoś, kto zna tę książkę na pamięć. Jednocześnie zawiera bogactwo opowieści, które z historią Froda niewiele łączy. Tyle tu tego! Morderstwa, spiski, miłość, przeznaczenie, bogowie, półbogowie, demony. Trudno ogarnąć, można przepaść na całe lata. Jeśli Peter Jackson kiedykolwiek uzyska zgodę na ekranizację i się jej podejmie, będę mu zazdrościć i współczuć z całego serca.

Dlaczego więc warto czytać „Silmarillion”? Nie potrafię ogarnąć tej książki, spróbuję więc maksymalnie uprościć odpowiedź na to pytanie, sprowadzając ją do kilku punktów.

1. Styl. Pamiętać przy tym należy, że czytając po polsku, zdajemy się na łaskę tłumacza, w tym wypadku Marii Skibniewskiej. I choć jestem gorącą wyznawczynią jej przekładów, czytałam wcześniej „Silmarillion” w oryginale i wiem, z jak trudnym zadaniem przyszło jej się zmierzyć. Tolkien starał się pisać w stylistyce staroangielskiej. Ta zaś miała przede wszystkim specyficzną składnię i wyraźną rytmikę. Wydaje mi się, że w literaturze polskiej nie było utworów, na których tłumaczka mogłaby się wzorować, budując swój własny język. Zresztą nawet gdyby były, Tolkien swobodnie przeskakiwał między konwencjami, nie odtwarzał staroangielskiego, czerpał z niego, tworząc własny styl. Nie jest możliwe oddanie wszystkich jego cech i niuansów w przekładzie, niemniej uważam, że tłumaczenie Marii Skibniewskiej jest piękne i stosunkowo dobre. Niestety, tłumaczka zmarła, nie dokończywszy pracy, nie zdążyła przygotować ostatecznej wersji tekstu. Mimo to „Silmarillion” czyta się doskonale, warto też zwracać uwagę na składnię. Lubię czytać fragmenty na głos, brzmią inaczej niż każda inna proza.

2. „Silmarillion” jest inny niż „Władca pierścieni” i „Hobbit”. Nie ma jednej osi narracyjnej. Może to brzmieć odstraszająco, ale nie znaczy, że w tę książkę nie da się wciągnąć i że nie ma ona żadnej fabuły. Ma, i to w nadmiarze! To coś w rodzaju mitologii, w całości stworzonej przez Tolkiena, spójnej i przykuwającej uwagę.

3. Postaci kobiece. Kocham Tolkiena za Galadrielę, za Melianę (przodkinię Elronda), za Lúthien, za Halethę i kilka innych. „Władca pierścieni” nie obfituje w ciekawe bohaterki (wyjątkiem jest Éowina), w „Silmarillionie” jest ich pod dostatkiem.

4. Rozmach. Nie umiem tego inaczej ująć. No ale sami powiedzcie, ile trzeba mieć fantazji, żeby poświęcić życie stwarzaniu świata i meblowaniu go, doprowadzaniu do stanu niemalże rzeczywistego. Widać to najlepiej właśnie w „Silmarillionie”, w którym epickość doprowadzona jest do doskonałości.

5. Ungolianta. Jak nie kochać książki, w której występuję olbrzymia pajęczyca żywiąca się światłem? Jej córką była Szeloba, dzięki której moja córka oswoiła lęk przed pająkami (na jej półce z książkami mieszka pająk, któremu dała imię Szeloba. Ja miałam swoją Ungoliantę na balkonie, ale niestety zniknęła).

Mogłabym tak jeszcze długo, ale nie ma to chyba sensu. Lektura „Silmarillionu” sprawia, że wszystko wskakuje na swoje miejsce, rozrzucone elementy, z których zbudowany jest „Władca pierścieni”, nagle zaczynają do siebie pasować. Tak, jest skomplikowany. Nie da się zapamiętać wszystkich imion. Ba, nie da się zapamiętać nawet połowy imion! Ciągle trzeba zaglądać do zamieszczonego na końcu książki indeksu. Elfy są wkurzające. Czytanie tej książki jest jak wielogodzinna lektura apendyksów. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeczytać ją w ciągu miesiąca, przypuszczam, że skończę najwcześniej w styczniu. Ale mimo to ciągle do niej wracam, podkreślam kolejne fragmenty. Czasem jakaś część mnie pochłonie, za to potem męczę się przez kilkanaście stron. Myślę, że tak właśnie trzeba czytać tę książkę. Powoli, czasem w bólach, częściej jednak z zachwytem. Tolkien potrafi olśnić, niektóre zdania zostają na dłużej. Potrafi też zmęczyć.

Czytajcie więc, jeśli jesteście już po lekturze „Władcy pierścieni”. Jeśli nie, sięgnijcie raczej najpierw po tamtą książkę i nie dajcie się zniechęcić pierwszej części, która jest chyba najmniej atrakcyjna. A kiedy wpadniecie po uszy, zmierzcie się z „Silmarillionem”.

A może już czytaliście? Podzielcie się wrażeniami!

J. R. R. Tolkien "Silmarillion"

Tłum. Maria Skibniewska

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2017

piątek, 10 listopada 2017

Chciałabym, żeby cała Polska przeczytała tę książkę. Żeby była lekturą obowiązkową w szkołach, żeby czytali ją dorośli, żeby jej znajomość była czymś oczywistym. Ta emocjonalna, miejscami chaotyczna opowieść dwójki szwedzkich dziennikarzy wyjaśniłaby wiele nieporozumień i rozwiała niejeden mit, który narósł wokół tematu uchodźców. Niestety, przeczytają ją przede wszystkim ci, którzy i tak podstawową wiedzę o uchodźcach posiadają.

Annah Björk i Matthias Beijmo nie zajmowali się wcześniej równie ciężkimi tematami. Pisali o muzyce, robili wywiady z gwiazdami. Pojechali do Grecji w charakterze wolontariuszy, a podczas pracy na Lesbos zaczęli zastanawiać się, co dzieje się po drugiej stronie morza, w Turcji. Temat na tyle ich dręczył, że postanowili pojechać i sprawdzić.

Nie była to błaha decyzja, bo Turcja nie wita dziennikarzy z szeroko otwartymi ramionami. W czasie, kiedy Björk i Beijmo tam pojechali, w tureckich więzieniach siedziało kilkunastu dziennikarzy. Nie mogli się więc spodziewać niczego dobrego ze strony władz i żandarmerii. Ludzie, których codzienność chcieli podejrzeć, też nie mogli być do nich dobrze nastawieni. Uchodźcy korzystają z usług przemytników, którzy działają nielegalnie. W grę wchodzą duże pieniądze, ale kary za przemyt ludzi są wysokie. Trudno się spodziewać, że jakikolwiek przemytnik z radością powita na swoim terenie dziennikarzy z Europy.

Autorzy "Łodzi 370" wiedzą, że podejmują duże ryzyko. Oboje mają dzieci, są więc przerażeni tym, na co się porwali. Ważą każdy krok, zmieniają codziennie hotele, jednocześnie bojąc się, że tym też zwracają na siebie uwagę. Ich rozedrganie przełoży się na wzajemne relacje. A kiedy zaczną dokonywać odkryć, zrobi się jeszcze trudniej. Ciężar tego, o co się otarli, przytłoczy ich, nie na tyle jednak, żeby ich zniechęcić.

Dopiero po jakimś czasie zrozumieją, czym powinni się zająć. W nocy z 4 na 5 stycznia 2016, właśnie wtedy, kiedy przebywali w Turcji, tonie łódź z uchodźcami. Björk i Beijmo postanowią, że dowiedzą się, co stało się z ludźmi, którzy tą łodzią podróżowali. To, co odkryją w międzyczasie, i to, w jaki sposób będą tych odkryć dokonywać, jest tematem ich książki.

Wszyscy wiemy, że w morzu Śródziemnym toną ludzie. Zobojętnieliśmy już trochę na kolejne wiadomości o łodziach, które poszły pod wodę. To też strategia obronna, tak jest nam po prostu łatwiej. Szwedzcy dziennikarze wyrywają nas z bezpiecznego kokonu, zmuszają do pochylenia się nad losem pojedynczych osób, które zginęły, próbując przedostać się na nasz kontynent. Myślę, że ważne jest przeczytanie o nich i zapamiętanie, także uniemożliwić sobie obojętność. Lektura "Łodzi 370" uświadomiła mi też, że ci ludzie nie toną przypadkiem. To nie jest tak, że płynie łódź, nikt o niej nie wie, zaczyna się sztorm i nic się nie da zrobić. Niejednokrotnie straż przybrzeżna doskonale wie, gdzie znajdują się tonący ludzie i ma trochę czasu, żeby do nich dotrzeć. Kiedy ponton nabiera wody, jego pasażerowie dzwonią po straż, wysyłają smsy z lokalizacją, błagają o pomoc. Ta wiedza mną wstrząsnęła.

Jednocześnie "Łódź 370" to książka o powstawaniu reportażu i o cenie, jaką się płaci za zajęcie się tak trudnym tematem. Autorzy muszą się uporać nie tylko z realnymi zagrożeniami, ale także, a może przede wszystkim, ze swoimi emocjami. W czasie pracy nad tematem nie potrafią zająć się niczym innym, obsesyjnie wracają do tematu łodzi w rozmowach. Redakcje nie są jednak zainteresowane. To już było, nikt nie będzie chciał czytać kolejnego artykułu o uchodźcach - słyszą.

Nie da się ukryć, ta książka mocno działa na emocje czytelnika. Mam jednak nadzieję, że przeczytacie, też dlatego, że to ciekawy przykład książki, która jest napisana w bardzo zwyczajny, nawet przeciętny sposób, a jednak ma wielką siłę rażenia.

Moja ocena: 5.5/6

Annah Björk, Matthias Beijmo "Łódź 370. Śmierć na morzu Śródziemnym"

Tłum. Irena Kowadło-Przedmojska

Wydawnictwo Agora 2017


poniedziałek, 11 września 2017

Długo przyszło nam czekać na trzecią część cyklu piastowskiego. W międzyczasie Elżbieta Cherezińska napisała "Turniej cieni" (który podoba mi się najbardziej ze wszystkich jej książek) i dwutomowy cykl "Harda" i "Królowa", opowiadający o córce Bolesława Chrobrego. Miłośnicy jej książek czekali jednak na Władka, na to, żeby ten niski książę, który sam kazał nazywać się Łokietkiem, sięgnął wreszcie po koronę.

Cierpliwość, tak srodze wystawiana przez autorkę na próby, została nagrodzona. Książka jest gruba i spełnia wszystkie oczekiwania. Jest w niej Władek, równie niezmordowany i nieco dojrzalszy niż w poprzednich tomach. Jest Rikissa, piękna i zrównoważona, jest Michał - "złoty smok", są Kalina i Jemioła, rycerski Henryk z Lipy i ambitna Eliška. Są też nowi bohaterowie - intrygujący rycerze zakonni (krzyżowcy, szpitalnicy i templariusze), jest przeurocza postać Borutki i wielu innych. Jak zwykle podczas lektury książek Cherezińskiej bywa, trudno się początkowo połapać, zwłaszcza jeśli poprzednią część cyklu czytało się zaraz po tym, jak się ukazała, czyli ładnych kilka lat temu.

Pamiętać należy, że cały cykl piastowski to próba wypełnienia luk w naszej historii. O wielu postaciach nie wiemy nic ponad to, że żyły, a nawet to nie zawsze jest pewne. "Płomienna korona", podobnie jak poprzednie książki w serii, nie jest reporterskim zapisem drogi Władysława Łokietka do korony. To raczej wizja autorki, w miarę prawdopodobna. Nie jestem w stanie ocenić, na ile jest wierna faktom, a opinie znajomych historyków są podzielone. Ufam jednak autorce, która wertuje stare dokumenty i wydobywa na światło dzienne wszystko, co się da, dopowiadając swoją wersję wydarzeń tylko tam, gdzie wersja prawdziwa nie jest znana.

Nietrudno zresztą pamiętać o tym, że mamy do czynienia z fikcją. Nie brak w "Płomiennej koronie" elementów fantastycznych. Prasłowiańskie bóstwa ożywają, a walczący z poganami Krzyżacy nie raz nie będą mogli uwierzyć własnym oczom. Niektórym czytelnikom te motywy przeszkadzają, ja jednak nie mam nic przeciwko nim.

Wierzcie lub nie, ale przeczytanie "Płomiennej korony" zajęło mi dwa dni. Byłam na siebie zła - chciałam czytać nieco wolniej, przez kilka dni wracać do ulubionych bohaterów. Lektura tej książki nie jest może literacką ucztą, a do warstwy językowej mogłabym mieć kilka zastrzeżeń, ale cóż z tego? Dla mnie cykl piastowski to przede wszystkim pożywka dla wyobraźni. Czytając go, uświadamiam sobie, jak mało wiem o naszej historii i jak wiele się w niej kryje fascynujących opowieści. Trzy tomy to 2600 stron, czyli kilka, a nawet, jeśli jesteście bardziej ode mnie rozsądni lub akurat nie macie urlopu, kilkanaście wieczorów czystej rozrywki. A pod koniec i tak będzie wam mało. Czekam na kolejne opowieści, w międzyczasie znowu wertując książki historyczne i przeglądając Wikipedię w poszukiwaniu informacji o dzieciach, mężach, kuzynkach i innych krewnych bohaterów, których nie poznałam na lekcjach historii, a teraz chciałabym o nich wiedzieć więcej i więcej.

Moja ocena: 5/6

Poprzednie części cyklu:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...