dzielnica poezji

wtorek, 25 marca 2014

Dzisiaj obchodzimy Dzień Czytania Tolkiena (Tolkien Reading Day). Z tej okazji napiszę o książce, którą zdążyłam się już nacieszyć i pozachwycać po cichu. Wydawnictwo Prószyński i S-ka rozpieszcza bowiem fanów, wydając kolejne książki w pięknej serii. Ponad rok temu zachwycałam się opasłym tomem zawierających listy Tolkiena. Teraz dostaliśmy kolejny niezwykły prezent – pierwsze polskie wydanie „Upadku króla Artura”, czyli wyprawy Tolkiena do świata arturiańskich legend.


Oczywiście, to książka przeznaczona dla fanów – fanów Tolkiena, albo osób zafascynowanych królem Arturem. Pięknie wydana, zawiera poemat w wersji oryginalnej oraz polski przekład autorstwa Katarzyny Staniewskiej i Agnieszki Sylwanowicz. Wersje polska i angielska umieszczone są na sąsiadujących stronach, łatwo więc czytać jedną i drugą, porównując i smakując język.

Jako że Tolkien poematu nie ukończył, a to, co napisał, zajmuje jedynie kilkadziesiąt stron, wydawnictwo wzbogaciło książkę o znakomite eseje – pierwszy omawia temat poematu w tradycji arturiańskiej, a dwa kolejne są opisami tego, co Tolkien zostawił w swoich notatkach, jak jego wersja „Upadku króla Artura” ewoluowała, jak prawdopodobnie zamierzał ją dokończyć, i jak różni się ona od innych tekstów na ten sam temat. Na samym końcu znajdziemy dodatek – krótki tekst dotyczący specyfiki poezji staro angielskiej. Autorem esejów jest Christopher Tolkien, wykazujący się nie tylko erudycją, ale także lekkim piórem.

Tolkien napisał swój poemat w staroangielskim stylu, wykorzystując aliterację i inne środki stylistyczne typowe dla epoki. Studenci literatury angielskiej znajdą tu wszystko to, o czym uczyli się na przykładzie „Beowulfa” – cezurę, czyli przerwę dzielącą wers na dwie części, kenningi, czyli zestawienia dwóch rzeczowników, tworzące specyficzny opis. Treść jest mniej więcej znana miłośnikom legend arturiańskich i widać wyraźnie inspiracje poematem „Le Morte D’Arthur”. Tolkien zaczął pisać swoją wersję poematu w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Dlaczego przerwał w połowie – nie wiadomo, nie było to jednak niczym niezwykłym. Po lekturze listów pisarza wiem, że większości swoich tekstów nie kończył, pracując nad wieloma projektami jednocześnie.

Niepoukładane w całość fragmenty przeanalizował i połączył w całość Christopher Tolkien, syn pisarza, który po jego śmierci rozpoczął mozolną i niekończącą się pracę polegającą na uporządkowaniu spuścizny po ojcu i przygotowaniu do druku tego, co znajdowało się w siedemdziesięciu pudłach z rękopisami.

„Upadek króla Artura” czyta się bardzo przyjemnie. Akcja skupia się na konsekwencjach romansu Ginewry i Lancelota. Tolkien dość mocno uwypukla wątek wierności i miłości, jakie Lancelot odczuwał w stosunku do króla i wyrzutów sumienia, które odczuwał wskutek zdrady, której się dopuścił. Tematy utraconej tożsamości, zdrady i poświęcenia są niejako echem tego, co znajdujemy w „Władcy Pierścieni”, jednak „Upadek króla Artura” to zupełnie inny tekst. Bliżej mu do „Legendy o Sigurdzie i Gudrun”, czyli tolkienowskiej wersji staroskandynawskich pieśni, również wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka (choć niestety nakład się już wyczerpał).

Tolkien chętnie bawił się aliteracją. Napisał też swoją wersję innego słynnego poematu ocierającego się o tematy arturiańskie – „Sir Gawain and the Green Knight”, wydanego w Polsce pod tytułem „Pan Gawen i Zielony Rycerz”. Tolkien używał metrum aliteracyjnego, jednak pisał we współczesnej angielszczyźnie, i efekt był nadspodziewanie udany.

Nie jest to więc książka dla przeciętnego czytelnika, raczej ciekawostka do smakowania dla prawdziwego fana, a także spora gratka dla osób zainteresowanych literaturą staroangielską. Marzy mi się teraz wydanie w tej samej serii „Pana Gawena i Zielonego Rycerza”, tekstu trudnego do zdobycia po polsku, a doskonałego. The Guardian doniósł też kilka dni temu, że w maju ukaże się tolkienowska wersja „Beowulfa” – kolejna perełka pracowicie wyłuskana z przepastnych archiwów pisarza przez Christophera Tolkiena. Trzymam kciuki, żeby i ten tekst ukazał się po polsku – w końcu najważniejszy epos angielski nie ma jak dotąd polskiego tłumaczenia, więc nawet uwspółcześniona wersja autorstwa Tolkiena byłaby bardzo mile widziana.

poniedziałek, 04 sierpnia 2008

Już rok temu 4 sierpnia chciałam napisać coś specjalnego tutaj, ale nie dałam rady. Dzisiaj jednak specjalnie w tym celu wyruszyłam na wyprawę do metropolii czyli Dusznik Zdrój, i dzięki miejscowej kafejce mogę się Wam powiedzieć, że dzisiaj przypada rocznica, którą co roku pamiętam. 4 sierpnia 1944 roku w Powstaniu Warszaawskim zginął jeden z moich ukochanych poetów, Krzysztof Kamil Baczyński.

Miłością do niego i do poezji w ogóle zaraziła mnie moja Mama, która co roku 4 sierpnia mi o nim opowiadała i która nauczyła mnie jego wierszy. Nie mam czasu na dłuższą notkę więc żeby tylko przypomnieć Wam o tym, jak Wielkiego Poetę mielismy i straciliśmy, wstawiam ostatni wiersz, który mu się udało napisać i wracam do swoich lektur w góry!

* * *

Gdy za powietrza zasłoną dłoń pocznie kształty fałdować

i czuje się wielkie ptaki rosnące za chmur kwiatami,

zmierzch schodzi lekko. A ona świeci u okna głową

jasną jak listek światła i śpiewa piosenkę ciszy.



Długa wijącą się wstęgą głos ciepły w powietrzu stygnie,

aż jego dosięgnie w zmroku i szept przy ustach usłyszy.

"Kochany" - szumi piosenka i głowę owija mu, dzwoni

jak włosów miękkich smugą, lilie z niej pachną tak mocno,

że on, pochylony nad śmiercią, zaciska palce na broni,

wstaje i jeszcze czarny od pyłu bitwy - czuję,

że skrzypce grają w nim cicho, więc idzie ostrożnie powoli,

jakby po nici światła, przez morze szumiące zmroku

i coraz bliższa jest miękkość podobna do białych obłoków,

aż się dopełnia przestrzeń i czuje jej głosik miękki

stojący w ciszy olbrzymiej na wyciągniecie ręki.

"Kochany" - szumi piosenka, więc wtedy obejmą ramiona

więcej, niż objąć można kochając jedno ciało.

Dłoń wielka kształty fałduje za nieba czarną zasłoną

i kreśli na niej zwierzęta linią drżącą i białą.

A potem świt się rozlewa. Broń w kącie ostygła i czeka.

Pnie się wąż biały milczenia, przeciągły wydaje syk.

I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka,

bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi.





Krzysztof Kamil Baczyński

13. VII. 1944 r.

sobota, 22 marca 2008

I niech się święci w świetle

wirowanie pyłu,

i niech się święci ten dzień, co

jest miłość,

ten dzień,co niósł na sobie

przez trumny i ruchy

złożenie w grobie ciałem, a

wstawanie duchem.

K. K.Baczyński

Spokojnych, pełnych miłości Świąt Wam wszystkim życzę!

środa, 06 lutego 2008
Że wiem że czas to zawsze czas
Miejsce to zawsze i jedynie miejsce
A to co rzeczywiste jest rzeczywiste w czasie tylko raz
Miejsce ma tylko jedno
I że raduję się z takiego losu
I twarzy świętej się wyrzekam
Wyrzekam głosu
Że nie mam już nadziei wrócić
Raduję się że w kształt oblekam
Coś co napawa mnie radością

Do Boga modlę się by miał nad nami zmiłowanie
I modlę się bym mógł zapomnieć
O co zbyt długo sam się z sobą kłócę
Tłumaczę wciąż od nowa
Że nie mam już nadziei że powrócę
Niech odpowiedzą te tu słowa
Czemu to co się stało już się nie odstanie
A kara dla nas niech nie będzie zbyt surowa

Że nie są już te skrzydła by się puszczać w loty
Tylko powietrze młócić
Miarkę powietrza wyschłą już i lichą
Wyschłą bardziej niż wola mierniejszej lichoty
Naucz nas smucić się tym i nie smucić
Naucz być cicho.

(fragment)
T.S.Eliot
tłumaczenie Adam Pomorski
wtorek, 15 stycznia 2008

O ile po nowe, współczesne powieści sięgam bardzo chętnie, jak zresztą dobrze wiecie, to jeśli chodzi o poezję, czytam wciąż i wciąż tych samych poetów, zwykle nieżyjących już od dość dawna. Zdarza mi się sięgnąć po nowy, polski tomik, ale już jeśli chodzi o literaturę angielską, to nie mam bladego pojęcia, co się w tej kategorii dzieje. Kiedy jednak jeden poeta zdobywa trzy razy jedną z bardziej prestiżowych nagród the Forward Prize for Best Collection, a następnie, w tym samym roku, w którym dostał trzecią z nich, zostaje nagrodzony równie prestiżową the TS Eliot Prize, moje zainteresowanie zostało pobudzone. Niewiele wierszy Seana O'Brien, bo o nim mowa, udało mi się znaleźć w sieci, jednak to, co znalazłam, jest godne uwagi. O'Brien jest zafascynowany północą i często o północnoangielskich krajobrazach pisze. Nie są to jednak po prostu opisy przyrody, ale melancholijne rozważania o celu, znaczeniu, poezji i rozpadzie. W dodatku O'Brien od młodości zafascynowany jest T.S.Eliotem i Wallacem Stevensem. Więcej mi nie trzeba. Poniżej jeden z wierszy, które przypadły mi do gustu - o Północy, o poezji, o inspiracji. I zdjęcie z dalekiej północy Norwegii.

"Blue Night" Sean O'Brien

Blue night. Enormous Arctic air. Orion's belt.
A geostationary satellite.
The birds all sheltering or flown.

The world is North, and turns its North Face
Pitilessly everywhere,
As deep as Neptune, local as the moon.

First came the fall and then the metaphor
No other island, then. No gift of grace.
For this alone is 'seriously there'.

Therefore. Therefore. Do not be weak.
They have no time for pity or belief,
The heavens, in their triumph of technique.

poniedziałek, 10 grudnia 2007

                                     

Mieszkam w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć -

Dzisiaj urodziny Emily Dickinson, niezwykłej, tajemniczej poetki, której wierszy kiedyś nie rozumiałam, a teraz przypominają mi się w różnych chwilach aby znienancka ujawnić swoje znaczenie. Zagadkowe wiersze, zagadkowa autorka - to pobudza moją wyobraźnię i sprawia, że sięgam po wiersze chyba Dickinson częściej niż po jakiekolwiek inne, może za wyjątkiem romantyków angielskich.

Choć śmiało można by ją nazwać największą poetką amerykańską, to wiemy o niej zaskakująco mało. Za jej życia nikt nie zbierał o niej żadnych informacji, ponieważ nawet jej najbliższa rodzina nie miała pojęcia o jej twórczości. Przed jej śmiercią drukiem ukazało się tylko siedem wierszy, prawdopodobnie opublikowanych bez jej zgody. Być może z tego powodu nie pokazywała swoich utworów nikomu i dopiero podczas porządkowania pokoju Emily po jej śmierci jej młodsza siostra Lavinia odkryła zamknięte w kuferku wiersze. W dodatku nie była to jakaś skromna garstka utworów, ale aż 1775 wierszy - takiej ilości nie spodziewał się chyba nikt. Rodzina postanowiła je opublikować, zadanie przygotowania ich do druku powierzono przyjaciółce Emily, żonie miejscowego pastora. Na pewno miała ona dobre chęci, jednak zadanie ją przerosło, ponieważ chcąc wygładzić to, co wydawało jej się zbyt awangardowe lub po prostu dziwne, pozmieniała wiersze tak dalece, że zatraciły cały swój nowatorski, odkrywczy charakter, i z filozoficznych przemyśleń i prawd stały się ładnymi, sentymentalnymi wierszykami. Dopiero wiele lat później, w 1955 roku, opublikowane zostało pełne wydanie wierszy Dickinson w ich oryginalnej postaci, zaś ich autorka znalazła swoje miejsce wśród najważniejszych poetów amerykańskich.

Duch wierszy Dickinson nierozerwalnie łączy się z jej stylem życia, myślę, że można by śmiało powiedzieć, że tych utowrów nie mogłaby napisać osoba żyjąca w bardziej konwencjonalny sposób. Emily pisała:

Dusza dobiera sobie Towarzystwo -
I - zatrzaskuje Drzwi -
Jak Bóg - ma w sobie prawie Wszystko -
A z Reszty sobie drwi -

Sama również zatrzasnęła drzwi do swojego świata, w przenośni i dosłownie. Całe dorosłe życie spędziła w domu, zaś przez ostatnie dwadzieścia lat praktycznie nie opuszczała swojego pokoju. Gości przyjmowała, rozmawiając z nimi przez uchylone drzwi. Ze swoją najlepszą przyjaciółką nigdy się nie spotkały, utrzymywały znajomość korespondencyjną, i to pomimo, iż była ona prawdopodobnie kochanką brata Emily. Nie wzięła nawet udziału w pogrzebie swojego ojca, przysłuchując mu się jedynie z okna swojego pokoju. Nawet gdy umierała, nie pozwoliła się zbadać lekarzowi, jedyne ustępstwo polegało na tym, że pokazała mu się na chwilę z daleka, biedny człowiek zaś musiał na podstawie takich oględzin postawić diagnozę i zalecić leczenie...

Oczywiście, biografowie głowią się nad przyczynami takiego zachowania, zwłaszcza że dzieciństwo i młodość Emily prawdopodobnie przebiegały dość normalnie. Coś musiało się zdarzyć, co wpłynęło na jej psychikę i być może wywołało jakieś zaburzenia, nie wiemy jednak, co to mogło być. Może zawód miłosny, wyjątkowo dotkliwy? Może scysja z ojcem, surowym i rygorystycznym człowiekiem? Może Emily ulokowała swoje uczucia tak nieszczęśliwie, że nie mogła poradzic sobie z brzemieniem winy? Biografowie snują teorie o miłości do brata lub nawet do siostry, o przerwaniu ciąży i różnych innych katastrofach. Prawdy nie poznamy zapewne nigdy, ale czy jest ona istotna? Czy nie wystarczy to, co Emily sama nam o sobie i swoim wyborze powiedziała?

Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego -
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.

Stanisław Barańczak we wstępie do swojego przekładu wierszy Dickinson tak interpretuje ten fragment:

Te dwie początkowe linijki wiersza nr 985 są takim właśnie świadomie stworzonym znakiem, próbą nadania znaczenia życiu i własnemu zachowaniu wobec życia. Wycofanie się podstawowy gest tego życia - zostaje interpretowane jako logiczna konsekwencja przesłanki, jaką podsuwa doświadczenie. Tą podstawową przesłanką jest paradoksalny fakt, iż nasza egzystencja na ziemi, z pozoru rzucając nas w objęcia Wszystkiego, jednocześnie nas z tych objęć wydziera: Wszystkiego bez wyjątku tak naprawdę posiąść nie można, a zatem doświadczenie istnienia okazuje się jednym pasmem strat; nieprzerwanym procesem odzierania i ogołacania nas z tego, co nam rzekomo było dane czy choćby tylko obiecane. W potocznym rozumieniu egzystencji dopiero moment śmierci odbiera nam Wszystko. Emily Dickinson przesuwa ten moment wstecz - tak daleko wstecz, że w gruncie rzeczy pokrywa się on z momentem narodzin. To dlatego kilkanaście spośród jej najbardziej poruszających wierszy operuje niezwykłą perspektywą śmierci za życia, punktem widzenia kogoś, kto umarł, ale zachowuje świadomość - i resztkami tej świadomości łowi ostatnie okruchy Wszystkiego, ostatnie "mniejsze Rzeczy" tego świata.

Dickinson wycofała się ze świata, w którym żyła, ale świat, w którym się zakmnęła, świat poezji, "pałac Możliwości", jest otwarty dla nas. W skrajnie ascetycznym otoczeniu stworzyła skrajnie ascetyczne w formie wiersze, które jednak zawierają nieprzeliczone bogactwo treści -  "obfite Raju naręcze".

środa, 31 października 2007

Jako dziecko lubiłam bardzo Święto Zmarłych. Chodziliśmy z bratem po cmentarzu, zapalaliśmy świeczki, które zgasły i czytaliśmy epitafia. Wiele lat później, gdy zaczęłam studia na filologii i wybrałam się w pierwszą podróż do Anglii, zaliczając wszystkie ważne miejsca trafiłam do Westminsteru i Poet's Corner, i przepadłam. Poeci, których czytałam, zapamiętywałam, studiowałam i uwielbiałam, z nierzeczywistych cieni zamienili się w realne istoty, których ślad nagle odnalazłam. Ich nagrobki i epitafia były jak listy pisane bezpośrednio do osoby, która odwiedza ich grób - do mnie. Od tamtej pierwszej wizyty nie tylko kilka razy byłam w Poet's Corner, ale także, kiedykolwiek mam okazję, odwiedzam groby pisarzy i poetów. Wiele epitafiów znam niestety tylko z reprodukcji, ale mam nadzieję, że kiedyś zobaczę je na własne oczy. Epitafia poetów bywają piękne, zabawne, patetyczne, wzruszające, ironiczne. Czasem ich autorami są przyjaciele lub krewni zmarłego, często jednak to sam poeta decyduje, jaki napis ma znaleźć się na jego grobie.

W Poet's Corner spoczywa sporo poetów, wielu jednak jest pochowanych gdzie indziej, a w Westminsterze znaleźć można jedynie tablice pamiątkowe. Tak było z jednym z ważniejszych dla mnie poetów, T.S. Eliotem, z którego grobem wiąże się dla mnie pewna historia. Bardzo byłam rozczarowana, gdy nie znalazłam go w Westminsterze, więc zaczęłam szukać w biografiach. Eliot urodził się wprawdzie w Ameryce, ale jego przedkowie pochodzili z Anglii, z miejscowości East Cocker, którą Eliot upamiętnił w wierszu o takim właśnie tytule. Gdy wyczytałam, że tam właśnie znajduje się jego grób, postanowiłam tam pojechać. Odnalezienie tej miejscowości nie było proste. Było to ładnych parę lat temu, dostępu do internetu wtedy w Londynie nie miałam, zostało mi więc przeglądanie map i książek. Udało się - odnalazłam East Cocker i wyruszyłam w podróż.

East Cocker okazało się typową angielską wioską, z mnóstwem starych domów otoczonych ogrodami i murami, całkiem wyludnioną w niedzielne popołudnie. Odnalezienie cmentarza trwało dobrą godzinę, bo wzgórza i wysokie mury nie ułatwiają orientacji. Gdy wreszcie trafiłam na cmentarz, zdałam sobie sprawę, że zadanie nie będzie łatwe, ponieważ na co najmniej połowie nagrobków widniało nazwisko Eliot, w różnych wersjach pisowni. Podzieliłam cmentarz na kwadraty i zaczęłam metodycznie szukać. Niestety, po godzinie sprawa wyglądała równie źle jak na początku - Thomasa Stearnsa po prostu tam nie było... Gdy już miałam się poddać, na cmentarzu pojawiła się pierwsza mieszkanka East Cocker, jaką spotkałam tego dnia w tym kompletnie opustoszałym miejscu.

Podeszłam i spytałam o sławnego poetę pochowanego w tej miejscowości. Staruszka zrobiła wielkie oczy, po czym stwierdziła, że pójdzie po męża. Niestety, mąż nie wiedział nic więcej. Oboje jednak przejęli się tak bardzo historią studentki z Polski (zdawało im się chyba, że ja specjalnie z Polski na ten grób przyjechałam), że zaciągnęli mnie do swojego znajomego, podobno najstarszego człowieka w wiosce. Znajomy podumał chwilę i stwierdził: "Tak, był pogrzeb wielki, ze 40 lat temu! Ale gdzie to było, to ja nie pamiętam..."

Odnalezienie grobu zaczęło się robić sprawą honorową, w związku z czym zostałam zaprowadzona na plebanię - kto, jak kto, ale duchowny powinien chyba wiedzieć, gdzie jest kto pochowany. I wreszcie sukces! Pastor zdziwiony był niewiedzą swoich parafian. Oczywiście, że T.S.Eliot jest tu pochowany! Ale nie na cmentarzu przecież, tylko w kościele! Na co starsza pani stwierdziła z zadumą: A ja zawsze chciałam przeczytać, co tam w tej kaplicy jest napisane, ale jakoś nigdy nie miałam czasu...

Kościół, należy dodać, był na przeciwległym krańcu wioski...

W ścianie kaplicy znajduje się tablica pamiątkowa. Czyż to epitafium nie jest piękne?

Poszukiwanie grobów poetów i pisarzy jest dobrym sposobem na zwiedzanie. Szukając cmentarzy i spacerując między nagrobkami poznajemy daną miejscowość z całkiem innej strony. Na mojej liście marzeń znajduje się sporo cmentarzy - tak, wiem, jak to zabrzmiało!

Wśród nich jest Cmentarz Protestancki w Rzymie. Jest tam pochowany John Keats, mój ukochany poeta romantyczny, który zmarł w Rzymie w wieku dwudziestu pięciu lat. Na jego nagrobku, zgodnie z jego życzeniem, został umieszczony napis:

 

'Here Lies One Whose Name Was Writ in Water'

Jego przyjaciele dodali od siebie drugi tekst:

This Grave contains all that was mortal, of a YOUNG ENGLISH POET, who on his Death Bed, in the Bitterness of his heart, at the Malicious Power of his enemies, desired these words to be Engraven on his Tomb Stone.

Natomiast na tablicy pamiątkowej nieopodal umieścili kolejne epitafium:

K-eats! if thy cherished name be "writ in water"

E-ach drop has fallen from some mourner's cheek;

A-sacred tribute; such as heroes seek,

T-hough oft in vain - for dazzling deeds of slaughter

S-leep on! Not honoured less for Epitaph so meek!

Na tym samym cmentarzu leży kolejny z wielkich romantyków, Samuel Taylor Coleridge, który utonął podczas rejsu po Morzu Środziemnym, zaś gdy kilka dni później jego ciało zostało wyrzucone na brzeg, w jego kieszeni znaleziono tomik poezji Keatsa... Shelley był zresztą wielbicielem Keatsa i napisał ku jego pamięci piękną elegią Adonais. Serce Shelleya zostało przekazane jego żonie, która przechowywała je aż do śmierci. Znaleziono je wśród jej rzeczy osobistych, owinięte w papier z treścią Adonaisa...

Na nagrobku Shelleya znajduje sie takie epitafium:

Nothing of him that doth fade
But doth suffer a sea-change
Into something rich and strange

Inny poeta uhonorowany pośmiertnym wierszem przez swojego kolegę po fachu to W.B.Yeats, dla którego piękny wiersz napisał W.H. Auden. Oto fragment: 

Zniknął w martwocie zimy:
Potoki zamarzły, lotniska niemal opustoszały,
I śnieg zniekształcił publiczne pomniki;
Rtęć zapadła w ustach umierającego dnia.
Na jakie narzędzia zgodziliśmy się –
Dzień jego śmierci był ciemnym, chłodnym dniem.

Na grobie Yeatsa są jego własne słowa: 

Cast a cold Eye
On Life, on Death.
Horseman, pass by!

W tłumaczeniu Ludmiły Marjańskiej: 

Tak samo chłodno spójrz
Na życie i na śmierć.
Nie wstrzymuj konia, jedź!

Epitafium dla siebie napisał także kolejny poeta romantyczny, tym razem należący do pierwszej generacji romantyków, inaczej zwanych poetami jezior - S. T. Coleridge, pochowany w Londynie, w kościele St. Michael's Church.

Stop, Christian Passer-by! - Stop, child of God,
And read with gentle breast. Beneath this sod
A poet lies, or that which once seem'd he. -
O, lift one thought in prayer for S.T.C.;
That he who many a year with toil of breath
Found death in life, may here find life in death!
Mercy for praise - to be forgiven for fame
He ask'd for praise - to be forgiven for fame
He ask'd, and hoped, through Christ.
Do thou the same!

Niektórzy poeci wykazywali się sporym poczuciem humoru. Najsłynniejsze jest bodaj epitafium Johna Donne, których chciał, żeby na jego grobie znalazło się tylko krótkie:

John Donne. Undonne.

Robert Frost podsumował swoje życie jednym zdaniem: 

I had a lover's quarrel with the world.

Piękne epitafium wybrał dla siebie Tolkien - na jego grobie znajduje się tylko jedno słowo: Beren. Beren to śmiertelnik, dla którego nieśmiertelność porzuciła kobieta-elf, Luthien. Jej imię jest wyryte na nagrobku żony Tolkiena, Edith.

I wreszcie jedno z moich ulubionych, epitafium Benjamina Franklina, które sam napisał mając zaledwie 28 lat.

The Body of B. Franklin
Printer;
Like the Cover of an old Book,
Its Contents torn out,
And stript of its Lettering and Gilding,
Lies here, Food for Worms.
But the Work shall not be wholly lost:
For it will, as he believ'd, appear once more,
In a new & more perfect Edition,
Corrected and Amended
By the Author.

Franklin ostatecznie zmienił zdanie i zrezygnował z umieszczenia tego napisu na swoim grobie. Szkoda...

I na koniec krótkie jak jej poezja epitafium Emily Dickinson:

Called back

I jej wiersz:

Gdybym nie miała już być żywa,
Gdy Drozdów przyfrunie stadko,
Darujcie Okruch na Pamiątkę
Temu z Czerwoną Krawatką.

Gdybym dziękować wam nie była
W stanie - przez sen zbyt twardy -
Wiedzcie, że staram się - chcę zmusić
Do drgnienia Granit wargi!

(tłum. S. Barańczak)

wtorek, 09 października 2007

Dokładnie 158 lat temu, 9 października 1849 roku, dwa dni po śmierci autora, ukazał się ostatni wiersz Edgara Allana Poe. Śmierć to zresztą była tajemnicza wielce - pisarza znaleziono nieprzytomnego na ulicy w Baltimore. Nie wiadomo, jak tak trafił ani co robił w tym mieście. Na sobie miał najprawdopodobniej cudze ubranie - było za duże, a Poe słynął z elegancji. Nie wiadomo, dlaczego był nieprzytomny - czy był chory? Pijany? Zabrano go do szpitala, gdzie zmarł trzy dni później nie odzyskawszy praktycznie przytomności. Zagadka tej śmierci nie została nigdy rozwikłana. Nawiasem mówiąc, książka Matthew Pearla "Cień Poe'go", która właśnie o tej tajemnicy traktuje, znudziła mnie do tego stopnia, że nie doczytałam jej do końca. Jeśli komuś z Was się udało, to chętnie się dowiem, jak Pearl wyjaśnia zagadkę śmierci Poe'go. Dwa dni po jego śmierci The New York Daily Tribune opublikował napisaną kilka miesięcy wcześniej Annabel Lee. Mroczne i sugestywne wiersze i opowiadania Poe'go doskonale pasują zresztą do jesiennego nastroju, chociaż opowiadań na samotne i ciemne wieczory nie polecę. Annabel Lee jest jednak melodyjnym i lekkim wierszem, mimo mrocznego dość tematu śmierci ukochanej. Motyw ten zresztą powraca w poezji Poe'go nieustannie, a on sam uważał, że śmierć pięknej kobiety jest najbardziej odpowiednim tematem wiersza. Przeczytajcie sami:

Annabel Lee

It was many and many a year ago,  
    In a kingdom by the sea,  
That a maiden there lived whom you may know  
    By the name of Annabel Lee;  
And this maiden she lived with no other thought          
    Than to love and be loved by me.  
  
I was a child and she was a child,  
    In this kingdom by the sea,  
But we loved with a love that was more than love,  
    I and my Annabel Lee;   
With a love that the wingèd seraphs of heaven  
    Coveted her and me.  
  
And this was the reason that, long ago,  
    In this kingdom by the sea,  
A wind blew out of a cloud, chilling   
    My beautiful Annabel Lee;  
So that her highborn kinsmen came  
    And bore her away from me,  
To shut her up in a sepulchre  
    In this kingdom by the sea.   
  
The angels, not half so happy in heaven,  
    Went envying her and me;  
Yes! that was the reason (as all men know,  
    In this kingdom by the sea)  
That the wind came out of the cloud by night,   
    Chilling and killing my Annabel Lee.  
  
But our love it was stronger by far than the love  
    Of those who were older than we,  
    Of many far wiser than we;  
And neither the angels in heaven above,   
    Nor the demons down under the sea,  
Can ever dissever my soul from the soul  
    Of the beautiful Annabel Lee:  
  
For the moon never beams, without bringing me dreams  
    Of the beautiful Annabel Lee;   
And the stars never rise, but I feel the bright eyes  
    Of the beautiful Annabel Lee;  
And so, all the night-tide, I lie down by the side  
Of my darling—my darling—my life and my bride,  
    In her sepulchre there by the sea,   

    In her tomb by the sounding sea.

 

 

Wersja polska tutaj, aczkolwiek mnie to tłumaczenie nie przekonuje, ani też żadne inne, które znalazłam... Czyż ten wiersz nie jest uroczy? Lekko kiczowaty, melodyjny i wdzięczny, ale pełen dziecinnego wręcz uroku. Dziecinność nie jest raczej przypadkowa, jako że postać Annabel oraz wszystkie inne piękne, nieżyjące dziewczęta z wierszy Poe'go, są prawdopodobnie zainspirowane postacią żony poety, jego bliskiej kuzynki zresztą, Virginii. Ożenił się z nią, gdy miała lat 13, i było to małżeństwo z miłości. Zmarła niecałe 10 lat później na gruźlicę, a Poe po jej śmierci rzucił się w wir podróży i romansów, zakończony tragicznie i tajemniczo w Baltimore.

Być może dla niektórych imię Annabel Lee może brzmieć dość znajomo. I słusznie, ponieważ takie właśnie imię, nieco inaczej zapisane, nadał Nabokov pierwszej miłości Humberta Humberta, narratora "Lolity." Annabel Leigh zainteresowała młodego Humberta podczas wakacji nad morzem. Mieli wtedy oboje po trzynaście lat, a cztery miesiące później ona zmarła na tyfus. Nabokov pierwotnie zamierzał zresztą zatytułować swoją powieść "Kingdom by the Sea."

Po przypomnieniu sobie Annabel Lee nabrałam ochoty na coś poważniejszego, chyba więc resztę wieczoru spędzę nad opowiadaniami Poe'go. Muszę tylko przynieść sobie wszystko, czego potrzebuję, do łóżka, bo potem na pewno będę się bała choćby nogę wystawić spod kołdry...

sobota, 06 października 2007

Jadę szukać jesieni... Koło mnie jej prawie nie ma, trzeba więc wyruszy na poszukiwania. Mam nadzieję, że gdy jutro wrócę, Myśliwski albo Szczygieł będą już mieli Nike, a ja dla Was wrażenia ze świetnych "Dzieci cesarza", których nie mam kiedy skończyć, ale dzisiaj przy kominku powinno się udać:)

I jeszcze mój ulubiony jesienny wiersz:

John Keats

 

 

 

„Oda do jesieni”

 

 

 

 

Pora mgieł i dojrzałych plonów

Bliska krewna słońca w porze popołudnia

Razem z nim jest karmicielką ludzkich domów

Pod strzechą pnie się wzwyż jak soczyste winogrona

W sadach zgina urodzajem gałęzie jabłoni

I napełnia każdy owoc dojrzałością aż do rdzenia

By nabrzmiały dynie, śliwki i orzechy w łupinach

Ze słodkim jądrem; przyszłe pąki przyszłych kwiatów zawiązuje do kwitnienia,

By wciąż dużo było kwiatów dla pszczół już następnej wiosny,

Choć wciąż jeszcze wszyscy wierzą, że to lato się nie skończy,

Bo ono kwitnie przepychem w płodnych, wilgotnych godzinach.

 

 

 

Kto jeszcze ciebie nie dostrzegł wśród tego dobrodziejstwa?

Czasami kto szuka daleko, może cię odnaleźć

Siedzącą beztrosko na podłodze spichlerza,

W powiewach wiatru, gdy miękko będzie ci włosy targać,

Albo na polu w porze żniw  pogrążoną we śnie,

Uśpioną zapachami maków, kiedy twoja ostra kosa

Oszczędza wielkodusznie zboże i wszystkie w nim kwiaty:

I czasem, tak jak żniwiarz trzymasz ospale

I leniwe ciężką głowę patrząc w strumienia fale

Lub jak cydrem upojona, cierpliwie wpatrzona

Obserwujesz jak płyną ostatnie letnie godziny.

 

 

 

Gdzież się podziały świeże pieśni wiosny? Ach, gdzież one są?

Daj już spokój, nie myśl o nich. Wsłuchaj się w swój własny rytm,

Kiedy chmury przepływają nad gasnącym dniem w słońcu kwitnąc.

A zielone równiny przesłania różowy wieczór jak dym.

Wtedy w zawodzącym chórze płaczą rzewliwie komary

Nad rzeka spokojną, wysoko wzlatując

Lub znoszone w toń lekkim wiaterkiem żyją, albo umierają;

Jagnięta beczą już ze wzgórz chcąc wrócić na noc do zagrody;

Cykają świerszcze; a teraz miękkim dyszkantem śpiewając

Rudzik brzmi przy domu, gdzieś się w ogrodzie chowając;

I jaskółki  piszczą i ćwierkają, gdy  nisko w pogoni za owadami latają.

 

 

 

Przekład: Tomasz Krzykała

 

 

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...