Stare Miasto

środa, 24 lutego 2016

Nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakie sposób znajdzie nas książka, która nas znaleźć musiała.

Od kilku dni byliśmy w Oszu, wielokulturowym mieście na południu Kirgistanu. Przyjechaliśmy z Chin, przekraczając granicę na wysokogórskiej przełęczy, i chcieliśmy dostać się na północny wschód kraju. W tym górzystym kraju przemieszczanie się nie jest jednak proste. Tylko jedna droga łączy północ z południem, transportu publicznego na niej właściwie nie ma, zaś żeby dostać się do położonego na północy Biszkeku, trzeba spędzić w samochodzie przynajmniej dziesięć godzin. Można złapać coś w rodzaju taksówki, którą dzieli się z kilkoma innymi osobami, jednak my przyjechaliśmy do Oszu ściśnięci niczym sardynki między kilkoma rozgadanymi Uzbeczkami i mieliśmy trochę dość.

Nigdzie nam się nie spieszyło, zamiast więc zrywać się wcześnie i łapać jakąś okazję, snuliśmy się po zacienionym ogrodzie naszego hostelu. Upał odbierał ochotę do jakiegokolwiek działania, postanowiłam więc nie robić nic, licząc, że jak to zwykle się w podróży dzieje, coś się po prostu wydarzy.

Nie pomyliłam się. Spędzałam właśnie kolejne popołudnie z czytnikiem i kubkiem lodowatej wody w ręku, godząc się w myślach z wizją szukania transportu następnego dnia, kiedy usłyszałam słowa „Biszkek” i „car”. Jakaś ciemnowłosa dziewczyna próbowała dogadać się z niezbyt dobrze mówiącą po angielsku recepcjonistką. Podeszłam, zagadałam i wiedziałam, że dobrze zrobiłam, nie spiesząc się. Dziewczyna była Australijką, i razem ze swoim towarzyszem podróży znaleźli kierowcę, który zgodził się zawieźć ich do Biszkeku za rozsądną kwotę. Okazało się, że chętnie znajdą w samochodzie miejsce także dla naszej trójki.

Droga przez góry była kręta, a krajobraz zachwycający. Nasza towarzyszka podróży nie podziwiała jednak widoków – siedziała z nosem w książce, z rzadka tylko podnosząc wzrok. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, co czyta. Zanotowałam tytuł, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, było sprawdzenie allegro. I w ten sposób w moje ręce trafiła „Samarkanda” Amina Maaloufa, książka, która trafi na listę książek, które kocham miłością bezwarunkową.

O czym jest ta książka? O leżącej na dnie oceanu księdze, o poecie, który nie bał się odmówić wezyrowi, o świecie, w którym środkowoazjatyckie miasta, takie jak Samarkanda i Buchara, były najważniejszymi metropoliami. O zamęcie i zmianach, o piciu wina wieczorem na tarasie, o tajemniczym zakonie i o miłości. Przede wszystkim o miłości.

XI wiek, Samarkanda. Poeta Omar Chajjam przybywa do miasta, zostaje rozpoznany na ulicy i okrzyknięty bluźniercą – ktoś zapamiętał jego nieprzyzwoite wiersze o kobietach i winie. Prowadzą go przed oblicze sędziego, który może skazać go na powolną śmierć. Sędzia jednak zna reputację Omara i podziwia jego wiedzę. Nie wymierza mu kary, daje mu za to piękną księgę o niezapisanych stronicach i mówi: „Za każdym razem, gdy jakiś wiersz zacznie powstawać w twojej głowie, gdy zbliży się do twoich ust, by wyjść na światło dzienne, masz go stłumić bez litości, zapisz go raczej na tych kartach, które pozostaną w ukryciu”.

Na kartach księgi zapisane zostaną słynne rubajaty Chajjama, wiersze niegdyś lekceważone, później podziwiane. Spotkanie to będzie też początkiem niezwykłych przygód Omara, który z Samarkandy wyruszy do Isfahanu, gdzie osiądzie na dłużej. W tle przewijają się kolejne postaci historyczne, które odcisnęły swoje piętno na historii środkowej Azji, takie jak Nizam ul-Mulk, potężny wezyr, czy też Hasan Sabbah, pierwszy przywódca nizarytów, lepiej znanych jako tajemniczy Asasyni. Jedenastowieczna Persja była fascynującym i niebezpiecznym miejscem, o którym do tej pory nie wiedziałam prawie nic, a Amin Maalouf w „Samarkandzie” opiera się na wiedzy historycznej, wykorzystując prawdziwe postaci i ich życiorysy i zgrabnie splatając je z fikcyjnym wątkiem poszukiwań zaginionego rękopisu Chajjama.

Czytałam tę książkę jak w transie, jakby urok rzuciło na mnie już pierwsze zdanie: „W głębi Atlantyku spoczywa księga”. Nie dziwię się już, że nasza przypadkowa towarzyszka podróży nie zauważała piękna krajobrazu. Maalouf niczym hipnotyzer przenosi czytelnika najpierw w świat bazarów i pałaców, następnie do ogarniętej rewolucją Persji z początków XX wieku, a nawet pozwala nam na moment zajrzeć na pokład Titanica. Pisze zaś o wszystkich tych miejscach tak pięknie, tak sugestywnie, że trudno nie ulec czarowi tej niepozornej książki. Ulegniecie mu i wy, nie będę więc pisać nic więcej. Sami odkryjcie spisaną przez Maaloufa historię.

Moja ocena: 6/6

Amin Maalouf "Samarkanda"

Tłumaczenie: Alicja i Krzysztof Choińscy

Wydawnictwo Amber 1994



niedziela, 03 stycznia 2016

Dzisiaj przypada 124 rocznica urodzin Tolkiena, doskonała to więc okazja, żeby wyjąć z półki najnowszą pozycję ze świetnej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka. Ich tolkienowskie książki są nie tylko piękne, ale też merytorycznie dopracowane, nic więc dziwnego, że znikają z rynku jak świeże bułeczki. Wiem, co mówię - spróbujcie kupić jedną z wcześniejszych pozycji, na przykład "Legendę o Sigurdzie i Gudrun" albo fantastyczne "Listy".

"Beowulf" w tłumaczeniu Tolkiena to książka, której wydania większość wielbicieli Tolkiena się nie spodziewała. Oczywiście, wiadomo było, że Tolkien Beowulfa przetłumaczył, ale sam przyznał, że nie jest z tego przekładu całkiem zadowolony. A skoro on sam go nie wydał, dlaczego mielibyśmy go zobaczyć w księgarniach prawie dziewięćdziesiąt lat później? A jednak książka ukazała się, i jest cudownym prezentem nie tylko dla fanów pisarza z Oksfordu, ale także dla wszystkich studentów anglistyki.

Nawet jeśli nie zdawaliście nigdy egzaminu z historii literatury angielskiej, prawdopodobnie spotkaliście się z postacią Beowulfa, jako że jego historia została kilka razy zekranizowana. Dlaczego jednak Tolkien tłumaczył na angielski coś, co jest przecież angielskim poematem? Odpowiedź jest prosta - angielski nie zawsze był angielskim. W czasach, kiedy powstał "Beowulf" (choć nie do końca wiemy, kiedy to było), na wyspach brytyjskich mieszkali Anglowie i Saksoni, mówiący językiem znanym jako staroangielski, który nie przypomina bynajmniej współczesnej angielszczyzny. Tak wyglądają w oryginale pierwsze linijki "Beowulfa":

Hwæt wē Gār-Dena in geār-dagum

þēod-cyninga þrym gefrūnon,

hū ðā æþelingas ellen fremedon.

Tolkien doskonale znał staroangielski i kochał "Beowulfa". Założył z kolegami klub literacki, którego spotkania często otwierał recytując powyższy fragment poematu. Stał się ekspertem i został zatrudniony na uniwersytecie w Leeds właśnie jako wykładowca staroangielskiego. Potem przez wiele lat prowadził w Oksfordzie zajęcia z pierwszej części "Beowulfa". Używał języka staroangielskiego przez wiele godzin dzienne - być może był on mu bliższy niż współczesna angielszczyzna. Kochał ten język, a miłość ta przebija z każdej strony jego komentarzy do tłumaczenia "Beowulfa".

Książka, którą dostaliśmy, zawiera bowiem dużo więcej niż tylko tekst poematu. Prawie 200 stron stanowią komentarze, a ich lektura jest fascynująca. Tolkien analizuje w nich sam poemat, wyjaśniając poszczególne motywy, nazwy, sytuacje, umieszczając całość w szerszym kontekście, który był mu przecież doskonale znany. Sporo z tych komentarzy mnie zaskoczyło, jak choćby fragment dotyczący chełpliwości głównego bohatera. Tolkien wyjaśnia, że przekonanie o tym, że Beowulf przechwalał się swymi czynami wynika z niezrozumienia słów, których użył poeta. Słowa oznaczające chełpienie się nie były nacechowane negatywnie w języku staroangielskim. Kiedy Beowulf opowiadał o swoich czynach, nie chciał się chwalić – raczej przedstawiał swoje referencje. Cóż – przez wiele lat prowadziłam zajęcia dotyczące cech charakteru Beowulfa, podczas których analizowaliśmy chełpliwość jako jego jedyną wadę. Będę je chyba musiała przerobić.

Komentarze Tolkiena będą jednak ciekawe nie tylko dla osób analizujących sam poemat, ale także dla wszystkich, których interesują tajniki pracy tłumacza. Tolkien miał olbrzymią wiedzę na temat tekstu, nad którym pracował, a mimo to niejednokrotnie miewał dylematy. W swoich komentarzach wyjaśnia, z jakimi problemami się zetknął, dlaczego użył tego, a nie innego słowa, co należało wziąć pod uwagę.

Zauważyliście zapewne, że skupiam się na komentarzach, a nie na samym poemacie. "Beowulfa" jednak oczywiście trzeba przeczytać. To krwawa i wciągająca historia o wojowniku, który stawił czoła trzem potworom. Wielbiciele twórczości Tolkiena z pewnością zauważą podobieństwa między ostatnim z nich, a Smaugiem. Smok, z którym walczy Beowulf, jest tak jak Smaug przerażający i piękny, zionie ogniem, strzeże skarbu i jest tak samo urażony tym, że ktoś próbuje mu go ukraść. Zresztą więcej jest w Beowulfie motywów, które w jakiś sposób pojawiają się w "Hobbicie" i "Władcy pierścieni", warto więc czytać uważnie.

Należy też wspomnieć, że Tolkien przełożył poemat na prozę. Był to świadomy wybór – wiedział, że nie będzie w stanie oddać precyzyjnie znaczenia poszczególnych zdań, jeśli będzie jednocześnie próbował zachować skomplikowaną formę poetycką. Jego tekst jest jednak dość formalny i napisany nieco archaicznym językiem, niewątpliwie jest też znaczeniowo bardzo bliski oryginału. Jeśli jednak znacie dobrze angielski i chcielibyście przeczytać Beowulfa w wierszowanej wersji, sięgnijcie po przekład irlandzkiego noblisty, Seamusa Heaneya – dzieło geniusza, którym trudno się nie zachwycić.

Polskie wydanie to już oczywiście przekład przekładu – wszak tłumaczki przekładały tekst Tolkiena, który jest tłumaczeniem ze staroangielskiego. Wydawnictwo Prószyński i S-ka jednak zgrabnie wybrnęło z tej sytuacji, umieszczając w książce zarówno polski przekład, jak i oryginalny tekst angielski. Warto dodać, że istnieje polska wersja tłumaczona bezpośrednio ze staroangielskiego oryginału - takiego przekładu dokonał Robert Stiller.

Tolkien nie był ze swojego przekładu zadowolony, jednak mimo to książka, którą otrzymaliśmy, warta jest uwagi. Jego tłumaczenie jest bardzo solidne, czyta się je doskonale (choć przekład Heaneya brzmi dużo lepiej), a przede wszystkim jest uzupełnione fantastycznymi notatkami, które objaśniają tekst i pracę tłumacza. Jakby tego było mało, na końcu książki zamieszczone jest opowiadanie "Sellic Spell", które Tolkien napisał na motywach "Beowulfa", i dwie wersje wiersza opowiadającego o walce Beowulfa z Grendelem. Całość składa się na prawdziwą perłę.

Moja ocena: 5.5/6

J. R. R. Tolkien "Beowulf: przekład i komentarz"

Tłum. Katarzyna Staniewska "Elring" i Agnieszka Sylwanowicz "Evermind"

Wydawnictwo Prószyński i S-ka


wtorek, 29 grudnia 2015

Zastanawiacie się czasem, jakie to niezwykłe, że wiemy to, co wiemy? Książki pełne są informacji, które ktoś kiedyś zdobył, a my traktujemy tę wiedzę jako coś oczywistego, coś, co po prostu jest. A przecież za każdym wycinkiem stoi ktoś, jakiś dociekliwy człowiek, który znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie.

Książka Philippe'a Charliera daje wgląd w pracę ludzi, którzy odkrywają zagadki przeszłości. Paleopatolodzy robią mniej więcej to, co lekarze medycyny sądowej, z tą niewielką różnicą, że pacjenci tych pierwszych zmarli często tysiące lat temu. Celowo użyłam słowa "pacjenci", Charlier też go używa. On sam bywa nazywany "najsłynniejszym sądowym szpiegiem Francji", i to określenie zdaje się doskonale pasować do człowieka, który próbuje dowiedzieć się, na co chorował Robespierre i czy próbował targnąć się na swoje życie.

"Czego uczą nas umarli" to zbiór króciutkich esejów, które zawierają mnóstwo ciekawych informacji, a jednak pozostawiają pewien niedosyt. Charlier porusza wiele tematów, od zagadki flakonika w czaszce pewnej mało znanej świętej zaczynając, przez opowieść o boskim osiedlu pełnym darów wotywnych, a na zaburzeniach hormonalnych w czasach Bizancjum kończąc. Stawia ciekawe pytania i uczciwie na nie odpowiada, pokazując, jak wiele można wyczytać z ludzkich szczątków. Jednak mnogość poruszanych przez niego tematów sprawia, że wciąż przeskakujemy między krajami i epokami, nie wnikając w tło i w znaczenie odkryć paleopatologów.

Choć brakowało mi takiego szerszego kontekstu każdej z opowieści, lektura książki Charliera sprawiła mi sporo przyjemności. Czytałam ją powoli, przez kilka tygodni, sięgając po nią od czasu do czasu, nie brakowało mi więc ciągłości narracji. Zachwyciła mnie wnikliwość, z jaką Charlier i jego koledzy po fachu badają to, co uda im się znaleźć. Na podstawie kości są w stanie dowiedzieć się nieprawdopodobnie dużo o tym, co nasi przodkowie jedli, w co wierzyli, jak spędzali czas, na co chorowali. W dodatku autor stawia kłopotliwe pytania o etyczne granice badań prowadzonych w oparciu o ludzkie szczątki, dzięki czemu książka nie jest tylko zbiorem ciekawostek. To raczej przegląd możliwości, które mamy, ze zwróceniem uwagi na związane z nimi niebezpieczeństwa.

Intrygująca lektura, może niespecjalnie świąteczna, ale z pewnością warta poświęcenia jej kilkunastu godzin. Kto zresztą nie chciałby wiedzieć, na co chorowali i jak się leczyli starożytni Rzymianie, średniowieczni władcy i ludzie z czasów prehistorycznych?

Moja ocena: 4/6

Philippe Charlier "Czego uczą nas umarli"

tłum. Anna Kocot

Wydawnictwo Esprit

środa, 16 grudnia 2015

Jest prawdą powszechnie znaną, że moją ulubioną pisarką jest Jane Austen. I w przeciwieństwie do zdania, które otwiera „Dumę i uprzedzenie”, moje stwierdzenie nie kryje w sobie ani krzty sarkazmu. Moje uwielbienie dla Jane nie jest związane z tym, że skrycie podkochuję w panu Darcym, albo że kapitan Wentworth jest moim ideałem mężczyzny (zauważcie, że to zdanie tego nie potwierdza, ale też nie wyklucza!), słowem – nie czytam powieści Jane Austen ze względu na wątki romansowe. Oczywiście, są to urocze książki, które zawsze kończą się szczęśliwie i które przyjemnie się czyta, ale to nie o to chodzi.

Czy klasyka jest nudna?

Zdarza się, że ktoś mówi: „Nie rozumiem, o co chodzi z tą Jane Austen. Przeczytałem jedną książkę i strasznie się wynudziłem”. Albo: „Nudzi mnie klasyka. Te książki nie są w niczym lepsze od współczesnych powieści”. Zawsze mi trochę smutno, kiedy to czytam.

Bo przecież bez tych klasyków współczesna literatura nie wyglądałaby tak samo. Ktoś kiedyś jako pierwszy napisał zdanie na jakimś materiale. Potem ktoś inny wpadł na pomysł, by z tych zdań ułożyć opowieść, wierszem, a potem prozą. Kolejni autorzy dokładali swoje cegiełki, próbując nowych środków – wprowadzając dialog, narrację trzecioosobową, dramatyczny monolog. Czasem na tym właśnie polegała ich wielkość, a przynajmniej także na tym, i trudno o nich mówić, nie uwzględniając tego, co było przed nimi i po nich.

Wielcy pisarze jednak nie tylko potrafili wprowadzić do tego ogromnego zbioru technik literackich coś nowego. Tworzyli teksty, które są tak subtelne, tak wielowymiarowe, że nie sposób odkryć ich piękno i znaczenie po jednokrotnym czytaniu, chyba że sami także jesteśmy genialni. Przy pierwszym czytaniu poznajemy warstwę fabularną, która zresztą może zachwycić sama w sobie. Przy kolejnych możemy zorientować się, że pisarz prowadzi z nami jakąś grę, że dobiera słowa w szczególny sposób, że to, co próbuje przekazać, może być odczytane na wiele różnych sposobów.

Dla większości czytelników jest to dość oczywiste – w końcu takiego odkrywania tekstów uczymy się już w szkole. A jednak jako osoba czytająca regularnie różne blogi książkowe jestem przekonana, że trzeba o tym przypominać. A dzisiaj, w dniu, w którym obchodzę 240 rocznicę urodzin Jane Austen, chciałabym napisać, dlaczego Jane wielką pisarką była i co kryją jej powieści pod warstwą romansu.

Oczywiście, to zdanie kryje w sobie nutę sarkazmu. Nie jestem w stanie napisać czegoś takiego w ograniczonej formie notki blogowej. Zwłaszcza że część czytelników pewnie już zaczyna się nudzić i za chwilę porzucą lekturę.

Ograniczę się więc do jednej powieści Jane Austen i zamiast cokolwiek wyjaśniać, pokażę wam, jak można ją czytać i czego w niej można szukać. Przewrotnie wybiorę powieść, która wielu czytelników irytuje i bohaterkę, która budzi chyba najwięcej negatywnych emocji spośród wszystkich głównych postaci powieści Jane. Kogo bowiem nie irytował snobizm Emmy i kto choć raz nie miał ochoty mocno nią potrząsnąć?

Czy Jane była zadowolona z siebie?

Jane Austen napisała „Emmę” niejako u szczytu swojej kariery. W 1813 roku ukazała się powieść, której pierwsza wersja powstała wiele lat wcześniej, czyli „Duma i uprzedzenie”. Rok później Jane wydała „Mansfield Park”. Była już wtedy znana, miała liczne grono prawdziwych fanów, wśród których był nawet znienawidzony przez pisarkę następca tronu, Książę Regent. Jane miała już własny styl, dobrze wiedziała o czym chce pisać i w jaki sposób. Nie opuszczała jej też wena – nie dostała jeszcze nawet egzemplarza „Mansfield Park”, a już zaczęła pisać „Emmę”. Niestety, ten najbardziej twórczy okres nie będzie trwał długo. Dwa lata później Jane umrze, nie dokończywszy pracy nad kilkoma zaczętymi tekstami.

Ważne jest jednak to, że pisząc „Emmę” miała już świetnie opanowany warsztat i wystarczająco dużo pewności siebie, by zabawić się ze swoimi czytelnikami. Prawdopodobnie miała też ochotę na przygodę z wyrazistą bohaterką, trudno bowiem znaleźć kogoś mniej podobnego do Fanny Price, bohaterki „Mansfield Park”, niż Emma, która jest tak przebojowa, że jest jedyną bohaterką Jane, której imię stanie się zarazem tytułem powieści.

Jane wiedziała zresztą, że napisała coś wyjątkowo dobrego i dojrzałego. „Mansfield Park” został wydrukowany przez Thomasa Egertona, ale pisarka postanowiła poszukać innego wydawcy dla „Emmy”. Pokazała rękopis Johnowi Murrayowi, który był bardzo znanym i cenionym wydawcą, a ten od razu przyjął tekst i opublikował go wkrótce potem, nie wprowadzając prawdopodobnie zbyt wielu poprawek. Prawdopodobnie, nie zachował się bowiem rękopis „Emmy”, nie możemy go więc porównać z wersją drukowaną.

Mamy więc do czynienia z dziełem dojrzałym, które zdaniem niektórych krytyków kryje w sobie zapowiedź modernizmu. Tym samym Jane Austen można uznać za prekursorkę Joyce’a i Virginii Woolf, która zresztą nie kryła się ze swoim uwielbieniem dla tej pisarki. Jak to możliwe, że ta stara panna z Hampshire napisała coś, co ma jakiekolwiek punkty wspólne z mistrzami znacznie późniejszej epoki?

Dlaczego "Emma" wielką powieścią jest?

Odpowiedź kryje się w stylu pisania, który jest tak subtelny, że czytelnik nie orientuje się nawet, jak bardzo jest manipulowany. Niestety, część tej manipulacji przepada w tłumaczeniu, jednak nie wszystko. Weźmy na przykład taki fragment, w którym występują Emma i dziewczę, które Emma postanowiła uczynić swoją przyjaciółką – niejaka Harriet. Przychodzą wieści, które są złe dla Emmy i jej planów, jest też ona przekonana, że Harriet będzie nimi tak samo wstrząśnięta i zasmucona. I mówi tak:

„Harriet zachowywała się przy tej sposobności bez zarzutu, z największym opanowaniem. (…) Emma była uszczęśliwiona, widząc w tym dowód okrzepnięcia charakteru…” Brzmi prosto? Tylko że Harriet wcale nie czuła smutku i nie musiała w związku z tym starać się wyglądać na opanowaną. To Emma przerzuca swoje emocje na Harriet, a ponieważ zdanie napisane jest w trzeciej osobie, czytelnik ma wrażenie, że czyta obiektywną relację.

Takie właśnie łączenie narracji trzecioosobowej z subiektywizmem typowym dla narratora pierwszoosobowego jest w rękach Jane narzędziem manipulacji. Co więcej, była ona pierwszą pisarką, która kiedykolwiek z tego narzędzia skorzystała. My traktujemy je jako coś oczywistego – współcześni powieściopisarze potrafią sprawnie mieszać ze sobą narracje, mistrzami zaś byli właśnie twórcy modernistyczni. Ale to Jane była pierwszą, która nie tylko tego spróbowała, ale potrafiła to wręcz stosować w sposób doskonały.

Cała akcja „Emmy” opiera się właśnie na wykorzystaniu tego zabiegu. Nie chcąc niczego wyjawiać, nie napiszę nic ponad to, że w tej książce nic nie jest takie, jakie się wydaje. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale jednocześnie przedstawia subiektywny punkt widzenia Emmy, która sama jest zaślepiona i nie widzi rzeczy takimi, jakie są. My zaś patrzymy na nie razem z nią i początkowo wierzymy w jej wizję. Przecież przedstawia nam ją wszechwiedzący narrator!

Wszystko wychodzi na jaw, a czytając książkę po raz drugi możemy już świadomie przyglądać się temu, jak Jane Austen zgrabnie skłania nas do tego, żebyśmy wierzyli w to, co ona chce nam wmówić. Tym samym nasz osąd samej Emmy powinien ulec zmianie. Możemy przecież jednocześnie jej współczuć i ją osądzać, kiedy widzimy, że razem z nią ulegliśmy złudzeniom.

Co więcej, kiedy zdamy sobie sprawę, że nie możemy brać samej Emmy na poważnie, możemy odkryć, że cała powieść napisana jest z przymrużeniem oka. A stąd już tylko krok do tego, żeby się zorientować, że podobnie ma się sprawa z innymi książkami Jane.

Dlaczego Emma nie mdleje?

Jane świadomie wybrała dość statyczną fabułę, w której brak różnego rodzaju fajerwerków przyciągających czytelników. Pisała w epoce, w której takie fajerwerki były na porządku dziennym. Kiedy byłam na miesięcznym stypendium w bibliotece w Chawton, spędzałam całe dnie czytają osiemnastowieczne powieści kobiece. Oprócz mnie były tam jeszcze trzy stypendystki, same Amerykanki, siedziałyśmy więc razem w przytulnym pokoju bibliotecznym, pochylone nad kruszącymi się woluminami. Wyglądało to na pewno bardzo poważnie, jeśli jednak ktoś spędziłby z nami choćby kilkanaście minut, zapewne zdziwiłoby go, że co chwilę któraś z nas wybucha gromkim śmiechem. Po kilku dniach zaczęłyśmy się dzielić tym, co nas tak rozśmieszało:

– Moja bohaterka właśnie zemdlała. O! Znowu zemdlała, trzy strony dalej.

– Co ty mówisz, moja zemdlała stronę temu.

– O, a moja właśnie mdleje!

Bohaterki powieści osiemnastowiecznych mdleją, kiedy tylko akcja się za bardzo zapętla – to zawsze dobre zakończenie trudnej sytuacji. Trafiają do tajemniczych zamków, przebierają się za mężczyzn, mdleją ze strachu, z podekscytowania, odkrywają tajemnice własnego pochodzenia (niemalże wszystkie). A wszystko to dzieje się wśród kruszących się zamczysk, pełnych tajemnych przejść. Katastrofa goni katastrofę, choć oczywiście w ostatniej chwili wszystko się w cudowny sposób układa.

Jane postanowiła pójść inną drogą. W liście do bratanicy napisała: „Kilka rodzin zebranych gdzieś, na wsi, to właściwy materiał do pracy”. Tylko tyle? Kilka rodzin  na wsi? Żadnych zamczysk, tajemnic, wraków i klasztorów? Jane natrząsała się z tych, którym te elementy były potrzebne do szczęścia. Jej wystarczało to, co pozornie może wydawać się nudne. Wśród tych kilku rodzin znajdowała tematy wszelakie – miłość, nienawiść, uprzedzenie, zazdrość, lekkomyślność, snobizm, beztroska. Nie pisała o życiu wiejskim, bo nie znała innego. Pisała o życiu wiejskim, bo w nim było wszystko.

To subtelna pisarka. Postaci, które podczas pierwszej lektury wydadzą nam się karykaturalne, mogą okazać się całkiem smutne przy drugim czytaniu, a zabawne i ciepłe przy kolejnym. Nie jest łatwo kogokolwiek osądzić, nawet samą Emmę – irytującą snobkę, która snobką nie przestaje być nawet na chwilę, a jednak właśnie taką ją kochamy.

Mogłabym tak pisać o Jane przez noc całą. Dlatego przerwę, bo wolę, żebyście zdążyli jeszcze dzisiaj przeczytać choć kilka rozdziałów „Emmy”. Nie spieszcie się. Czytajcie powoli, śmiejcie się razem z autorką, bo nie wątpię, że gdy pisała swoje powieści, po jej ustach błądził cały czas uśmiech. Dajcie się uwieść jej ciętemu językowi i jej subtelnemu pióru.

* * *

Ten tekst powstał w ramach mojego Miesiąca z Jane, ale także przy okazji Festiwalu Emmy - biorą w nim udział fantastyczni blogerzy i gorąco was zachęcam do śledzenia kolejnych tekstów, które będą się ukazywać przez cały tydzień na ich blogach! A ja z kolei chętnie poznam wasze zdanie na temat "Emmy"!

 

* Fragment listu Jane Austen w tłumaczeniu Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, fragment "Emmy" w tłumaczeniu Jadwigi Dmochowskiej.

czwartek, 08 października 2015

Jeśli przez ponad tydzień noszę w torebce książkę w twardej okładce, liczącą sobie ponad 800 stron, to chyba coś znaczy.

Zwłaszcza, że staram się dbać o swój kręgosłup.

Nie chciałam jednak rozstawać się z bohaterami najnowszej książki Elżbiety Cherezińskiej na cały dzień. Zabierałam ich ze sobą, nawet kiedy wiedziałam, że nie będę miała jak przeczytać choćby kilku stron, bo jechałam do pracy w godzinach szczytu, a o ile jestem w stanie trzymać w jednej ręce Kindla, o tyle czytanie na stojąco w tramwaju "Turnieju cieni" podpadałoby już pod sport ekstremalny. Jestem zakochana w cyklu o Piastach, ale uczestnicy Wielkiej Gry, zarówno ci, którzy odgrywali w niej pierwsze skrzypce, jak i mimowolnie w nią zaplątani zwykli ludzie, skradli moje serce.

Wycieczka po Europie i Azji

Elżbieta Cherezińska zabiera nas bowiem tym razem na wycieczkę po Europie i Azji, i to w czasach, które podczas lekcji historii jawiły się jako dość smętne i posępne. Zaczynamy naszą podróż od powstania listopadowego, a nie oszukujmy się - kto naprawdę lubił się uczyć o dziewiętnastowiecznych powstańcach? Kocham poezję romantyczną, ale opowieści o wielkich poetach płaczących za krajem na emigracji są raczej ponure. 

Jednak w tej samej epoce, w której polskich patriotów zsyłano na Syberię i skazywano na katorgę, kawałek dalej na południe, na środkowoazjatyckich stepach, toczyła się emocjonująca rozgrywka. Strach przed carską Rosją sprawiał, że dobrze już zadomowieni w Indiach Brytyjczycy woleli jakoś zabezpieczyć się przed ewentualną rosyjską inwazją. Choć bowiem Imperium Brytyjskie rozkwitało, wiedza o geografii Azji była znikoma. Nikt z Europejczyków nie wiedział, jak dokładnie wygląda świat między Indiami a Rosją, a co za tym idzie, czy realne jest przebycie Azji Środkowej przez rosyjską armię.

Kluczowymi terenami były tajemnicze emiraty i chanaty Azji Środkowej, do których z Rosji było blisko, a także (a właściwie przede wszystkim) Afganistan i dzisiejszy Iran. Jak jednak zapewnić sobie przychylność często kapryśnych, a przede wszystkim zagadkowych władców tych regionów? Próby ich podporządkowania sobie określa się właśnie jako Wielką Grę.

Historie ludzi uwikłanych w tę rozgrywkę między mocarstwami mogłyby zapewnić materiał dziesiątkom powieściopisarzy i scenarzystów. Wydana u nas "Wielka gra" Petera Hopkirka to zbiór takich właśnie potencjalnych scenariuszy, nieprawdopodobnych i dramatycznych. Z tego właśnie materiału Elżbieta Cherezińska stworzyła monumentalną powieść, w losy wielkich polityków wplatając także historie Polaków, którzy odegrali swoje role w Wielkiej Grze.

Opowieści o ich losach są niesamowicie ciekawe i tak fantastyczne, że trudno uwierzyć, iż oparte są na prawdziwych wydarzeniach. A jednak tak było. Autorce znowu udało się wyłuskać z archiwów i książek historycznych bohaterów, o których nie wiedzieliśmy prawie nic, i uwieść nas ich historiami. Oczywiście, w "Turnieju cieni" rzeczywistość przeplata się z fikcją - w końcu mamy do czynienia z powieścią, a nie z książką historyczną. Zresztą, kto może wiedzieć, jak naprawdę było, skoro całej prawdy nie znali nawet najlepsi szpiedzy i dyplomaci?

Jan, Rufin i Adam

W "Turnieju cieni" nie ma prawie postaci kobiecych. To opowieść o świecie mężczyzn, których skazywano na zesłania, manipulowano nimi, i którzy próbowali odegrać jakąś rolę. Wśród wielu postaci, które przewijają się przez "Turniej cieni", na pierwszy plan wysuwa się trzech Polaków. Jan Witkiewicz - młodzieniec zesłany dożywotnio na Syberię za udział szkolnym spisku. Gdy okazało się, że potrafi z łatwością nauczyć się języków środkowej Azji, rosyjscy wojskowi i politycy zaczęli korzystać z jego talentów. Tym samym ten mało znany Polak odegrał olbrzymią rolę w rosyjsko-brytyjskiej rozgrywce, a jego ujmujący sposób bycia, otwartość i błyskotliwość zjednały mu przychylność nie tylko azjatyckich władców, ale także czytelników śledzących jego losy.

Pozornie zupełnie kim innym jest Rufin Piotrowski, nieco naiwny i irytujący patriota, który nie może sobie znaleźć w Paryżu miejsca, idealizuje Polaków i gotów jest na wszystko, byle tylko wrócić do kraju. Rufin wydaje się bardzo prostodusznym i niezbyt rozgarniętym chłopcem, a jednak, gdy los wystawi go na próbę, sprosta jej tak, że zadziwi wielce swoich rosyjskich prześladowców. Jego spektakularne losy stanowią najlepiej chyba napisaną część książki.

Tym młodym idealistom przydaje się antybohater. Adam Gurowski, przedstawiony przez autorkę jako postać mocno tragiczna, to zdrajca, który zdaniem rodaków sprzedał się carowi. Siłą rzeczy ta postać budzi najmniej sympatii lub choćby współczucia, a jednak stanowi doskonałą przeciwwagę dla pozostałych.

Anglicy, Afgańczycy, Hindusi, Rosjanie...

Lawiruję, jak mogę, żeby tylko nie zdradzić niczego z treści książki, choć wierzcie mi - znajomość losów bohaterów w niczym nie psuje przyjemności z lektury! Mówię to z pełnym przekonaniem, ponieważ jestem świeżo po lekturze "Wielkiej gry" Hopkirka, wiedziałam więc, jaki koniec czeka niektóre postaci. To, jak sprawnie porusza się wśród nich autorka, jak świetnie wydaje się ich znać, budzi podziw. Anglicy, Afgańczycy, szpiedzy, służący, wielcy politycy i ambitni dziennikarze - powoli zaczynamy rozumieć ich wszystkich. Poznajemy ich marzenia, pobudki, które nimi kierują, widzimy ich jako ludzi z krwi i kości. Są wśród nich zimni dranie, są wytrawni szpiedzy, którzy potrafią zwieść nawet własnych współpracowników, są też niepoprawni kobieciarze (Alexander Burnes może i był bufonem, ale nie sposób go nie lubić). Ich losy toczą się w bajecznej scenerii afgańskich pałaców, ale także w londyńskich salonach i rosyjskich więzieniach.

Nie da się oczywiście ukryć, że taka liczba bohaterów stanowi poważne wyzwanie nie tylko dla pisarza, ale także dla czytelnika. Cherezińska nie do końca nam lekturę ułatwia. Owszem, powtarza dość często, kto jest kim, przypominając, kim jest Leoncjusz Dubelt, a kim Harry McGonagall. Jednak początki są trudne, tym bardziej, że autorka niby zaczyna akcję od dość dramatycznej sceny, jednak ponieważ jest to scena bitwy, nie jest wcale łatwo się w niej połapać. Czytelnicy poprzednich książek Cherezińskiej z pewnością są jednak do tego przyzwyczajeni i wiedzą, że trzeba dać sobie i autorce czas, i że po kilkudziesięciu stronach będziemy doskonale wiedzieli, kto jest kim.

Brak postaci kobiecych oznacza, że cieszyć się mogą ci czytelnicy, którym nie podobały się sceny erotyczne we wcześniejszych książkach. Mnie one nie przeszkadzały, jednak, o dziwo, nie przeszkadza mi brak kobiet w "Turnieju cieni". Ale może to dlatego, że z Rufina na początku taka trochę baba jest ;) Oczywiście przysłowiowa ;)

Czytać czy nie czytać?

Skoro już podzieliłam ten tekst na mniejsze fragmenty, warto pokusić się o jakieś podsumowanie. Powiem więc krótko coś, czym prawdopodobnie wielu z was zadziwię. Kocham Piastowskie książki Cherezińskiej, ale od teraz moją ulubioną książką tej autorki jest "Turniej cieni". To powieść dojrzała, mądra i dobrze napisana. Nie jest tylko pełną niezwykłych przygód opowieścią o polskich dziejach. Dziwne i straszne losy naszych przodków rzucają sporo światła na nas samych. Spory emigrantów, brak umiejętności porozumienia się, niezwykła łatwość, z jaką się unosili, obrażali, ale także zapalali do nowych pomysłów, w dziwny sposób pasuje do tego, jacy jesteśmy i dzisiaj. A jednocześnie pokazuje, że przy całej tej kłótliwości i zapalczywości nie mamy się czego wstydzić, i choć Polski na mapach świata przez tak wiele lat nie było, to jej wpływ na losy całego kontynentu, a nawet dwóch, był znaczący.

Autorka sprawiła mi cudowny prezent, wydając taką książkę krótko po tym, jak wróciłam ze środkowej Azji i wciąż jeszcze tęsknię za gorącym powietrzem tamtych gór. Też dajcie się zachwycić!

Moja ocena: 6/6


wtorek, 25 sierpnia 2015

Przetrwałam miesiąc bez papierowych książek! Kocham swojego Kindla i naprawdę lubię na nim czytać, ale jednak czegoś mi brakowało. Niewykluczone, że wyboru - w domu mam znacznie więcej nieprzeczytanych książek, niż na czytniku!

O tym, co czytałam przez miesiąc włóczęgi po środkowej Azji, opowiem wkrótce. O samej włóczędze możecie oczywiście przeczytać na Innych stronach, do czego zachęcam, zwłaszcza że pojawiło się tam już sporo wpisów. Tymczasem zaś chciałam opowiedzieć o książce, którą przeczytałam przed samym wyjazdem, ale w natłoku zdarzeń umknęła mi jej recenzja. Zresztą takich pominiętych lektur mam więcej i po kolei postaram się o nich napisać. Aby zaś wynagrodzić wam miesiąc bez Miasta Książek, dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak mam dla was dwa egzemplarze "Zapomnianego legionu" - o tym, jak je zdobyć, napiszę na końcu!

Cóż to za książka w ogóle?

Lubicie czytać powieści historyczne, z mnóstwem przygód, wartką akcją i jakąś malowniczą epoką w tle? Ja tak, a kiedy byłam nastolatką, po prostu uwielbiałam książki, których akcja osadzona była w starożytności. Powieści takich autorów jak Robert Graves, Mika Waltari i wielu innych - wyszukiwałam je w bibliotece i czytałam po wielokroć. Teraz rzadziej po nie sięgam, ale miewam od czasu do czasu ochotę na przypomnienie sobie, dlaczego fascynowali mnie gladiatorzy, patrycjusze, niewolnicy - cały ten barwny, dziwny świat, pełen skrajnych emocji i niebezpieczeństw.

"Zapomniany legion" Bena Kane'a przykuł moją uwagę czymś jeszcze. Autor wykorzystał motyw rzymskiego legionu, który po przegranej przez Rzymian bitwie pod Carrhae powędrował gdzieś na wschód i zaginął. Być może wzięli udział w potyczkach między Chińczykami, a Hunami, a ich potomkowie do dzisiaj mieszkają gdzieś w Azji Środkowej lub w Chinach. Te regiony świata działają na mnie jak magnes, dlatego z tym większą ciekawością sięgnęłam po będącą pierwszym tomem trylogii książkę.

Od razu przyznam - sięgnęłam i przepadłam. "Zapomniany legion" czyta się świetnie, zaś czwórka bohaterów zdobywa naszą sympatię błyskawicznie. Bliżnięta - Fabiola i Romulus, poczęte w dramatycznych okolicznościach, gladiator Brennus i etruski wojownik Tarkwiniusz nie mają łatwego życia. Znajdują się niemalże na dnie drabiny społecznej, co oczywiście mocno komplikuje ich losy. Pragną się zemścić, wyzwolić, odnaleźć bliskich. Każdy, kto zna konwencję powieści historyczno-przygodowej wie, że będą musieli pokonać wiele przeszkód. Tym lepiej dla czytelnika - będzie mógł z zapartym tchem śledzić ich perypetie.

Wspomnieć należy, iż sporo w tej książce nieścisłości i klisz, jednak jeśli się przymknie na to oko i potraktuje całość czysto rozrywkowo, okaże się, że "Zapomniany legion" jest naprawdę doskonałą lekturą. Tło jest soczyste, malownicze i fascynujące, akcja toczy się wartko. Przeczytałam w dwa wieczory i będę niecierpliwie czekać na kolejne części!


Jeśli macie ochotę zapoznać się z losami czwórki bohaterów i dowiedzieć, dokąd być może powędrował zapomniany legion, mam dla was dwa egzemplarze. Żeby je otrzymać, napiszcie w komentarzu tutaj lub na Facebooku dlaczego lubicie czytać książki historyczne. Bo lubicie, prawda? Na odpowiedzi czekam do soboty, w niedzielę wylosuję dwie osoby, które otrzymają "Zapomniany legion"!

piątek, 16 stycznia 2015

Dzisiaj po południu przeprowadzam kolejny egzamin z historii literatury amerykańskiej. Kolejny w tym wypadku oznacza kolejny termin warunkowy. Czyli egzaminować będę ludzi, którzy oblali już ten przedmiot przynajmniej trzy razy.

Myślicie, że jestem zołzą i zadaję zbyt trudne pytania? Może mi się to nawet zdarza (komu się nie zdarza?) ale nie tym razem. Nie znoszę tych egzaminów i zawsze czuję się podłamana idąc na nie, toteż staram się pytać o sprawy podstawowe i o lektury najprzyjemniejsze. Jeśli mam do wyboru "Wielkiego Gatsby'ego" i "Wściekłość i wrzask", wybiorę Fitzgeralda, choć osobiście większą miłością darzę Faulknera. A jednak egzamin ten dla wielu studentów jest jakąś przerażającą próbą. Dlaczego? Może dlatego, że przeczytanie książki, całej książki, która ma więcej niż 10 lat, wydaje im się zadaniem ponad siły? Albo zwyczajnie jest ich zdaniem tak nudne, że szkoda im poświęcić kilka godzin swojego życia na to?

Nie wiem sama, wiem jednak, że nawet wśród ludzi, którzy czytają dużo i z przyjemnością, czytanie klasyki bywa bardzo niepopularne. Na grupach czytelniczych na Facebooku padają prośby o polecenie ciekawej książki, ale nie starszej niż pięć lat. Blogerzy książkowi przyznają się bez cienia zażenowania, że nie czytali Dostojewskiego, Dickensa, Bułhakowa albo nawet Sienkiewicza i że wcale tego nie żałują.

Szkoda.

Szkoda, bo sam fakt, że książka została napisana 50, 100 albo, o zgrozo, 200 lat temu nie oznacza, że jej lektura będzie zadaniem trudnym i nieprzyjemnym. Szkoda, bo wypowiadając się o książkach nowych, a nie znając ich poprzedników, nie mamy pełnego obrazu. Szkoda, bo czytanie dobrych książek to zajęcie wyjątkowo satysfakcjonujące, czasem nawet kształtujące, a nie bez powodu jakaś książka jest wciąż wydawana, czytana i dyskutowana 100 lat po jej premierze. Często tym powodem jest właśnie fakt, że jest po prostu, najzwyczajniej w świecie, bardzo dobra.

Na szczęście równie często widuję nieco inne sytuacje. Postanowienia ogłaszane na blogu i na grupach dyskusyjnych o czytaniu tzw. klasyki, o sięganiu po książki, których okładki nie połyskują z półek z bestsellerami. Często zresztą wznowienie jakiejś książki (i akcja promocyjna wydawnictwa) sprawia, że nagle sięgają po nią osoby, które jeszcze pół roku wcześniej o niej nawet nie myślały. To dobrze, oby jak najwięcej takich wznowień się pojawiało! Jak najwięcej nowych, dobrych tłumaczeń, jak najwięcej promocji.

Jeśli skłaniacie się ku tej drugiej grupie i chcielibyście przeczytać coś, co uchodzi za klasykę, mam dla was jedną podstawową radę.

Nie wstydźcie się!

Nie ma osoby, która przeczytała wszystko. Każdy z nas nie przeczytał czegoś, co teoretycznie "powinien". Komu nie zdarzyło się uniknąć jakiejś lektury obowiązkowej? Ja nie przeczytałam "Chłopów" (mam nadzieję, że moja polonistka tego nie czyta). Nie przeczytałam "Miasteczka Middlemarch", mimo podjętych rok temu prób! Nie czytałam "Braci Karamazow", Stendhala, "Pani Bovary", "Iliady" i "Odysei". Uczę o Szekspirze, a nie czytałam wszystkich komedii.

No, zrzuciłam to z siebie!

Italo Calvino (też klasyk) w książeczce o tym, dlaczego warto czytać klasyków, nieprzetłumaczonej niestety na polski, napisał, że często wstydząc, że czegoś nie czytaliśmy, udajemy, że sięgamy po to po raz drugi, by sobie "przypomnieć". Nie ma sensu tego robić! Tak naprawdę powinniśmy się cieszyć, że możemy sięgnąć po coś po raz pierwszy. To cudowne, móc przeczytać najwspanialsze dzieła literatury światowej jako człowiek dorosły, dojrzały, więcej rozumiejący.

Dlaczego by nie zacząć w 2015 przekonywać się na własnej skórze, że ani Stendhal, ani Dostojewski, ani Jane Austen nie gryzą? No dobrze, co do Stendhala pewności nie mam, jako że nie poznaliśmy się osobiście. Za Jane też nie ręczę, potrafi być kąśliwa.

Ja w tym roku mam zamiar (ponownie) poznać mieszkańców miasteczka Middlemarch. Zachęcona przez Marlowa, chcę bliżej poznać Homera. A poza tym mam ochotę na ponowne przeczytanie jednej z lektur, której chyba nie doceniłam jako licealistka.

Tak, ponowne czytanie klasyków też ma sens. Tak naprawdę sięgając po latach po szkolne lektury mam wrażenie, że czytam je po raz pierwszy.

Temat powraca na moim blogu jak bumerang. Pytałam kiedyś, czy lepiej jest czytać więcej czy mniej, a także o to, czy czujecie się oczytani. Wraca, bo wciąż mnie uwiera.

Żeby nie był to marudny tekst o niczym, kilka rad na koniec.

1. Przyznaj się, choćby przed sobą, że czegoś nie czytałeś.

2. Traktuj lekturę jak przygodę.

3. Nie żałuj czasu na to, by wrócić do książek kiedyś przeczytanych - czytanie ich w wieku dorosłym jest zupełnie innym doświadczeniem.

4. Poznaj kontekst. Przed lekturą lub po niej, jak wolisz, spróbuj dowiedzieć się czegoś więcej o danej książce i jej autorze. Często ten kontekst pozwoli ci bardziej docenić książkę, choć oczywiście powinna ona się bronić sama w sobie.

5. Bądź krytyczny, nie musisz padać na kolana przed czymś tylko dlatego, że ma więcej niż 50 lat. Bądź jednak też otwarty i nie uprzedzaj się za wcześnie - w innych epokach pisało się często inaczej.

6. Nie bój się. Wielkie książki mają to do siebie, że potrafią przemówić do czytelnika o kilka pokoleń młodszego. Musisz ich tylko posłuchać. Calvino powiedział, że klasyk to taka książka, która nigdy nie przestała mówić tego, co ma do powiedzenia.

7. Smakuj piękno języka. Ci ludzie potrafili pisać. Zwróć na to uwagę, nie pędź do przodu, by jak najszybciej dowiedzieć się, jak to się wszystko skończy.

8. Rozmawiaj o książce. Zrozumiesz ją lepiej, wymieniając z kimś opinie.


Dorzucicie coś od siebie?


sobota, 19 lipca 2014

Kocham historię Anglii. Całym sercem. Te zdrady, spiski, namiętności, romanse, wszystko tętniące życiem, odległe w czasie, a przecież wciąż żywe, wciąż działające na wyobraźnię. Czy to dlatego, że historia wysp brytyjskich wyjątkowo obfituje w ciekawe wydarzenia? A może przede wszystkim dlatego, że Anglicy o swojej historii potrafią opowiadać, lubią pisać i robią to wyjątkowo dobrze?

Sięgając po książki Hilary Mantel czy choćby Philippy Gregory myślałam o tym, że chciałabym czytać takie książki o historii innych narodów - Francji, Niemiec, o Polsce wręcz nie śmiałam marzyć. Czytałam w dzieciństwie cykl Karola Bunscha, sięgałam po różne książki historyczne, jakie się ukazywały w ostatnich latach, ale nic mnie nie olśniewało, niczym nie zachwyciłam się tak, jak zachwyciła mnie Mantel. Do czasu, kiedy przeczytałam "Koronę śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że książka ta zdobyła tytuł Książki Roku Miasta Książek w 2012. Mam też nadzieję, że nie omieszkaliście się po nią sięgnąć, a jeśli tak, to nie wątpię, że macie już kolejną część historii, czyli "Niewidzialną koronę". Jeśli jednak nie jesteście wciąż przekonani, albo wręcz nie słyszeliście wcześniej o tej książce, zaufajcie mi i kupcie ją bez wahania.


"Korona śniegu i krwii" była bardzo dobra - pełnokrwista, wciągająca, a przy okazji dokształcająca nas w temacie naszej własnej historii. "Niewidzialna korona" jest jednak jeszcze lepsza. Dawno nie zakochałam się tak w żadnej książce.

Jej bohaterem jest książę Władysław, zwany później Łokietkiem - niewielkiego wzrostu książę kujawski, który trochę zrządzeniem losu, a trochę przypadkiem został wybrany na następcę Przemysła II, króla zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym Polski. Władek, jak go autorka nazywa, jest bohaterem doskonałym. Jest tak nieporadny i denerwujący, jak tylko to możliwe, ale jednocześnie wzbudza w czytelniku całą gamę ciepłych uczuć. Kibicujemy mu, tym bardziej, że skoro z lekcji historii znamy jego imię, to wiemy, że uda mu się zasiąść na polskim tronie. Nie znaczy to jednak, że nas nie denerwuje i że nie mamy ochoty czasami mocno nim potrząsnąć!

Jego żona, Jadwiga, która nie znosi, kiedy mąż nazywa ją Jadwinią, może tylko cierpliwie czekać i liczyć na to, że jej w gorącej wodzie kąpany małżonek da radę nie stracić życia. Zresztą nie ona jedna robi dobre wrażenie na czytelniku. "Niewidzialna korona" to książka o kobietach - Piastównach, które w podręcznikach do historii są w najlepszym razie wspomniane, często zaś nikt o nich nie mówi i nie pisze. A one też odegrały swoją rolę w tym bardzo męskim świecie średniowiecznej Polski. Rikissa, córka Przemysła, jest z pewności ulubienicą wszystkich czytelników. Równie ujmujące są jednak niezamężne lub owdowiałe Piastówny, które trafiły do klasztoru klarysek wrocławskich - urocze plotkary, inteligentnie komentujące wydarzenia ze świata za murami.

Są w "Niewidzialnej koronie" momenty magiczne. Władek w Rzymie, u papieża, lub w węgierskiej puszczy. Jakub Świnka, spoglądający z wieży katedry gnieźnieńskiej na wielkopolskie ziemie, z niewidzialną koroną na skroniach. Rikissa śmiało wychodząca naprzeciw swojemu losowi, który przeraziłby każdą inną dziewczynkę w jej wieku. Są sceny przezabawne, które sprawiają, że inaczej się będzie patrzyło na niektóre postaci, choćby czeskiego króla Vaclava II. Są i wzruszenia. A wszystko to spisane żywym, pięknym językiem, tak, że nie chce się książki odkładać choćby na chwilę. Nie chce się też jej kończyć.

"Korona śniegu i krwi" początkowo onieśmielała. Nadmiar Bolesławów i Henryków (nasi przodkowie nie mieli bujnej fantazji w kwestii nadawania dzieciom imion), Elżbiet i Jadwig, sprawiał, że ciężko było się początkowo zorientować, kto jest kim. Trzeba było wracać czasem do poprzednich rozdziałów, żeby sprawdzić, o którym Henryku jest właśnie mowa. "Niewidzialna korona" jest pod tym względem łatwiejsza w lekturze. W dodatku można ją czytać bez znajomości pierwszego tomu, jako że właściwie stanowi odrębną historię, choć oczywiście sporo postaci pojawia się w obu częściach. Jeśli jednak stwierdzicie teraz, że w takim razie zaczniecie od "Niewidzialnej korony", przemyślcie to jeszcze raz! Będziecie mieli dokładnie o połowę przyjemności mniej!

Nie jest też istotne, czy lubicie historię. Jeśli nie należała do przedmiotów, których się z chęcią uczyliście w szkole, to nic nie szkodzi - jestem pewna (!), że to się zmieni po lekturze "Niewidzialnej korony". Po prostu nie można nie zachłysnąć się bogactwem opowieści, które skrywa w sobie nasza przeszłość. Nie sposób nie chcieć wiedzieć, co było dalej. Ciąg dalszy nastąpi - autorka zresztą sama to obiecuje, pisząc: "Co mogę obiecać? Że to nie koniec. Odrodzone Królestwo powróci". Nie mogłam jednak sobie odmówić sięgnięcia po "Polskę Piastów" po to, żeby sprawdzić, jak potoczą się losy niektórych postaci. Losy innych sprawdzałam w necie, gnana niepokojem i ciekawością. A i tak będę czekać z utęsknieniem na kolejną część. I liczyć na to, że autorka będzie pisała o kolejnych królach książkę po książce!

Szkoda było mi rozstawać się bohaterami - ostatnie kilkadziesiąt stron przeciągałam w nieskończoność, cofałam się do wcześniejszych rozdziałów, odkładałam książkę, żeby jak najdłużej pozostać w świecie Władka, Rikissy, Vaclava... Stali się dla mnie postaciami równie realnymi, jak osoby żyjące, czuję ich obecność gdzieś tutaj, w pobliżu poznańskiej katedry, w wielkopolskich lasach. I wdzięczna jestem Elżbiecie Cherezińskiej, że ich dla mnie ożywiła. Że mogę powiedzieć, że kocham także historię Polski, i że to zasługa książek!

Moja ocena: 6/6, poważna kandydatka do Książki Roku 2014 (choć trzeba przyznać, że ma silną konkurencję!)

środa, 02 kwietnia 2014

J.B. Handelsman - The New Yorker, 1994

Tym razem nie poszło mi tak szybko, jak planowałam - nie dlatego, że "Miasteczko Middlemarch" ciężko się czyta. Wręcz przeciwnie, jestem cały czas pozytywnie zaskoczona, jak przyjemna okazuje się ta lektura. Bardzo odpowiada mi czytanie w odcinkach, jako że po przeczytaniu mniej więcej 100 stron mam ochotę na małą przerwę. Za opóźnienie odpowiedzialne są inne lektury, które mnie pochłonęły na tyle, że nie mogłam się od nich oderwać (o jednej z nich już pisałam, o kolejnej napiszę wkrótce) i konieczność ponownego przeczytania kilku książek (o tym także niebawem). Wreszcie jednak udało mi się przeczytać drugą księgę, i zaczynam powoli robić notatki. O ile bowiem pierwsza księga skupiała się na kilku zaledwie postaciach, to od księgi drugiej bohaterów pojawia się coraz więcej. Na razie każdy dostał sporo własnego miejsca i nie wydaje mi się, że istnieje ryzyko pogubienia się, jednak nauczona doświadczeniem wolę sobie zapisywać najważniejsze fakty.

Najciekawszą z nowych postaci wydaje się na razie doktor Tertius Lydgate. Jest intrygujący, ponieważ przyjmuje rolę obserwatora. Obserwujemy mieszkańców Middlemarch jego oczami, a on sam wydaje się być samotnym wilkiem (co oczywiście nie przeszkadza mu się zakochać). Obawiam się, że George Eliot szykuje mu ciężkie przejścia!

Dorothea, która w pierwszym kilku rozdziałach zdecydowanie nie budziła sympatii czytelnika, jest już mężatką. A ponieważ, co łatwo było przewidzieć, jej małżeństwo okaże się pomyłką, zaczynamy jej współczuć, a tym samym nasza niechęć do niej maleje. W końcu to tylko naiwne dziewczę, które pomyliło fantazje z rzeczywistością i odrobinę za późno odkryła, że narzeczony i mąż to nie do końca ta sama osoba. Oczywiście, jak na powieść wiktoriańską przystało, w odpowiednim (lub właśnie całkowicie niewłaściwym) momencie pojawia się młody, przystojny artysta.

Drugą księgę czytało się nieco trudniej niż pierwszą. Każda nowa postać wymaga zdwojonej uwagi - zdążyliśmy już zainteresować się losem Dorothei i Causabona, gdy nagle zniknęli nam z oczu. Nużące bywają dyskusje o polityce, na szczęście jednak George Eliot wie, jak nie zamęczyć czytelnika. Jej poczucie humoru nie zawodzi, zaś językiem naprawdę można się delektować.

Jak wam się podobała druga księga? Która z nowych postaci wzbudza wasze zainteresowanie? Zaczynacie bardziej lubić Dorotheę?

Nie wiem, jak mi pójdzie z księgą trzecią, ale postaram się nie spędzić nad nią więcej niż dwa tygodnie. Kolejny odcinek Misji: Miasteczko powinien więc pojawić się 16 kwietnia.

środa, 12 marca 2014

   Sequeli, prequeli i przeróbek zainspirowanych powieściami Jane Austen jest naprawdę sporo i z zasady po nie nie sięgam - spróbowałam raz czy dwa i rzadko mam ochotę na więcej. "Longbourn" Jo Baker jednak wywoła sporo ekscytacji zarówno wśród fanów Jane Austen, jak i recenzentów piszących dla brytyjskich gazet. Książkę reklamowano jako połączenie "Dumy i uprzedzenia" z "Downton Abbey", a opinie czytelników były raczej pozytywne. Kiedy więc brakowało mi czegoś za niecałe 3 funty do darmowej przesyłki z Amazona, dorzuciłam właśnie tę książkę, żeby przekonać się na własnej skórze, czy warta jest całego zamieszania.

I, szczerze mówiąc, po przeczytaniu nadal nie wiem.

"Longbourn" to opowieść o służbie pracującej w domu państwa Bennet. Składają się na nią zarówno osoby wymienione przez Jane Austen z imienia, jak na przykład pani Hill - gospodyni, jak też postaci, które w "Dumie i uprzedzenie" pojawiają się tylko przelotnie i nie zostają nazwane - pokojówki i jeden służący płci męskiej, pełniący funkcję stajennego, stangreta, a nawet lokaja. Jo Baker nadała im imiona i osobowość, dorzuciła kilka dość intrygujących historii i sporą garść informacji o życiu codziennym ludzi mniej uprzywilejowanych na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Główną bohaterką jest Sarah, sierota zabrana z przytułki i wyszkolona na pokojówkę. Jej dość bezpieczny, choć wypełniony naprawdę ciężką pracą świat zmienia się, gdy pan Bennet przyjmuje nowego służącego - Jamesa. James jest dość tajemniczą postacią - wyraźnie unika żołnierzy stacjonujących w Meryton, jest bardzo skryty, zaś jego pojawienie się w Longbourn mocno wpływa na resztę domowników. Jest jeszcze Polly, młodziutka i bardzo niedoświadczona, i schorowany pan Hill, starszy stangret. W domu, w którym wychowuje się pięć młodych panien, mają naprawdę sporo pracy, a ich codzienne obowiązki nie są godne pozazdroszczenia. Szczerze mówiąc, Jo Baker lekko przesadziła, chcąc pokazać ciężki żywot służby, ponieważ Bennetów z całą pewnością stać było na większą ilość służby, która nie byłaby aż tak przeciążona pracą. Jednak z pewnością byłoby to mniej interesujące dla czytelnika, stąd zapewne taka decyzja.

Miłośnicy "Dumy i uprzedzenia" mogą być nieco rozczarowani. Choć historia toczy się równolegle do wydarzeń opisanych w powieści Jane Austen, mało znajdziemy tu wzmianek o panu Darcym. Ważne wydarzenia z życia Bennetów są przedstawione w tle, jest to nawet zabawne, jak niewiele uwagi służba poświęca panu Bingleyowi i panu Darcy. Większym wydarzeniem jest przyjazd pana Collinsa, który jako przyszły właściciel Longbourn będzie miał realny wpływ na życie służby. Chcąc zachować posady, wszyscy starają się mu dogadzać, i - w przeciwieństwie do Elizabeth i Jane, są raczej mile zaskoczeni jego charakterem. Sarah jedzie wraz z Lizzy w odwiedziny do państwa Collins, wyjeżdża z nią też do Pemeberley, jednak życie Lizzy nie jest w najmniejszym stopniu ważne dla historii Sary i Jamesa. Co więcej, siostry Bennet są tu przedstawione w niezbyt korzystnym świetle - są raczej samolubne. Lizzy nie zastanawia się, ile godzin pracy dokłada Sarze i Polly, brudząc swoje stroje i buty błotem. Nie przejmuje się też specjalnie prośbami Sary, dotyczącymi ważnych dla niej spraw. Jane jest jest bardziej troskliwa, ale też w ograniczonym zakresie. Życie nad i pod schodami Longbourn toczy się zupełnie niezależnie, mimo iż oba światy wciąż się spotykają.

Przeczytałam z przyjemnością, parę razy nawet autorka naprawdę mnie zaskoczyła nagłymi zwrotami akcji. Czy jednak "Longbourn" warte jest całego zamieszania, które się wokół tej książki wytworzyło? Raczej nie, jednak jest to sprawnie napisane czytadło, osadzone w lubianej przez wielu czytelników epoce. Ciekawie jest spojrzeć na dobrze znane wydarzenia z innej perspektywy i zastanowić się, jak od strony służby wyglądałby inne powieści Jane Austen.

Moja ocena: 4/6

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...