dalekie wyprawy

piątek, 27 stycznia 2017

Zdarza wam się zajrzeć na koniec książki w trakcie lektury, żeby dowiedzieć się, jak się to wszystko skończy? Ja bardzo staram się tego unikać, zwłaszcza podczas lektury kryminałów. Nie wytrzymałam jednak, czytając książkę historyczną o dramatycznych losach pewnej XIX-wiecznej wyprawy polarnej!

Lubię czytać zarówno o ekstremalnych wyprawach, jak i o Arktyce, dlatego książkę Hamptona Sidesa "W królestwie lodu" kupiłam od razu po jej premierze i przeczytałam kilka dni później. Nie napisałam o niej wtedy na blogu, ponieważ zajęły mnie inne recenzje, ale ponieważ pracuję teraz nad tłumaczeniem książki o regionach polarnych, postanowiłam przejrzeć jeszcze raz reportaż Sidesa. Zajrzałam i przepadłam. Przeczytałam całość po raz drugi w dwa wieczory, równie zafascynowana, jak podczas pierwszego czytania.

"W królestwie lodu" nie jest bowiem typową książką historyczną. To raczej reportaż historyczny, a autor zgromadził imponujący materiał i sprawnie z niego korzysta. Żongluje cytatami z listów, artykułów gazetowych, dzienników wypraw, przeplatając nimi pasjonującą opowieść o marzycielach, którzy wyruszyli w nieznane, żeby raz na zawsze rozstrzygnąć nurtującą wówczas społeczeństwo kwestię istnienia ciepłego morza na biegunie północnym.

Oczywiście dzisiaj taki pomysł wywołuje tylko śmiech. Jakim cudem ktokolwiek, kto dotarł do granicy pokrywy lodowej, mógł wierzyć, że wystarczy przebić się kawałek dalej i wypłynie się na ciepłe wody, pełne morskich stworzeń, a może nawet zamieszkane przez nieznany lud. W XIX wieku jednak ta idea rozpalała wyobraźnię wszystkich pasjonatów geografii, włączając w to najpoważniejszych ekspertów. Do ich grona dołączył niejaki George De Long - doświadczony oficer marynarki, który brał udział w wyprawie na wody Grenlandii i zapadł na prawdziwą "gorączkę arktyczną", marząc o powrocie do krainy ciszy i lodu. Ponieważ sprawdził się już na zimnych wodach, a przez społeczeństwo amerykańskie został uznany za prawdziwego bohatera, udało mu się nawiązać znajomość z innym wizjonerem - Jamesem Gordonem Bennettem, amerykańskim milionerem, będącym wydawcą czasopisma "New York Herald". Bennett lubił wysyłać reporterów w nietypowe miejsca - to on był sponsorem wyprawy Stanleya, który przemierzył Afrykę w poszukiwaniu Livingstone'a. Teraz uwierzył, że organizując wyprawę, która dotrze na biegun polarny, zdobędzie materiał, który przewyższy popularnością relacje Stanleya.

Oczywiście od początku lektury wiemy, że De Longowi się nie powiedzie. Nie było takiej możliwości, skoro zakładał, że dotrze na biegun drogą wodną. Nawet kiedy wyruszał, wielu ludzi w to nie wierzyło. Doświadczony marynarz, pływający na kutrach wielorybniczych daleko na północ, powiedział De Longowi przed wyprawą: "Być może się pan przedrze. Ale możliwe także, że trafi pan prosto do piekła. Szanse na to są pół na pół". 

Gdyby De Long ociągał się nieco dłużej, nie wyruszyłby wcale. Wkrótce po tym, jak jego statek wypłynął z portu, przyszły wieści od innej ekspedycji, która stwierdziła, że ciepły prąd, rzekomo wypływający z otaczającego biegun morza, nie istnieje. De Long mógł zmodyfikować swoje plany, zdecydować się na inną trasę, gdyby o tym wiedział. Wiadomość przyszła jednak za późno.

Choć już z opisu okładkowego wiemy, że statek De Longa uwięźnie w lodzie, od lektury trudno się oderwać. De Long jest bohaterem doskonałym. Jest śmiały, uczciwy, zakochany w żonie i córeczce, lojalny względem swoich ludzi. Sides nie pomija też innych uczestników wyprawy. Poznajemy ich wszystkich bardzo dobrze, wiemy, kto z nich zostawił rodzinę, kto ma skłonność do ryzyka, kto najmniej ufa dowódcy wyprawy. Nie sposób nie martwić sie o ich losy i nie przewracać stron coraz szybciej w oczekiwaniu na najgorsze.

"W królestwie lodu" to barwna i poruszająca książka o odwadze i poświęceniu, o ludziach, którym pięćdziesiąt procent szans wystarczało, by zaryzykować życiem. Początkowo opowieść rozwija się wolno, a czytelnik może się początkowo niecierpliwić, chcąc, aby bohaterowie jak najszybciej wyruszyli. Później doceni jednak skrupulatność, z jaką Sides odmalował całe tło i zapoznał nas z życiorysami swoich bohaterów. A kiedy wyprawa się już rozpocznie, nie sposób przestać czytać. Nastawcie się na zarwaną noc i sporo emocji.

A jeśli już czytaliście i macie ochotę na podobną, równie dobrze napisaną książkę, polecam "Poza krawędź świata" Lawrence'a Bergreena, która podobnie zachwyciła mnie przed laty.

Moja ocena: 6/6

Hampton Sides "W królestwie lodu"

Tłum. Tomasz Hornowski

Wydawnictwo Rebis 2016



czwartek, 08 września 2016

Są książki, które pamięta się latami i wspomnienie których przywołuje od razu uśmiech na usta. Nawet jeśli czytaliśmy je dawno temu, pamiętamy wciąż emocje, jakie w nas budziły - pierwsze tomy Jeżycjady, wczesne książki Chmielewskiej, "Nasza rodzina i inne zwierzęta" Durrella. Niektóre z tych książek zajmują szczególne miejsce w sercach wielu czytelników i miło jest odkryć bratnią duszę, która je również czule wspomina, inne nie są tak szeroko znane. Wśród tytułów, do których chętnie wracam i które należą do najbardziej pogodnych i uroczych książek, jakie znam, są powieści weterynarza z Yorkshire, piszącego pod pseudonimem James Herriot.

Znacie przygody chłopaka, który pewnego letniego dnia zapukał do domku nieco ekscentrycznego weterynarza Siegfrieda Farnona, prowadzącego praktykę w miasteczku Darrowby w Yorkshire, by dostać tam pracę asystenta? Jeśli tak, to z pewnością uśmiechacie się teraz, wspominając cielaki przychodzące na świat w lodowatych oborach na wrzosowiskach, szorstkich i nieufnych farmerów, którzy zawsze pakowali weterynarzowi jakiś prowiant do samochodu, rozpieszczonego pieska, którego właścicielka urządzała przyjęcia w jego imieniu... Jeśli nie, to czym prędzej wybierzcie się do biblioteki lub po prostu kupcie pierwszy tom, bo będzie wam przyjemnie mieć go na własność!

Byłam już kilka razy w Yorkshire, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do miasteczka, w którym mieszkał autor tych cudnych opowieści. Kiedy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Wielkiej Brytanii, postanowiłam, że choćbym miała jechać całkowicie okrężną drogą, odwiedzę miasteczko, w którym mieszkał James Herriot. Chcąc uniknąć oporu rodziny, kupiłam "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" w formie ebooka (pisałam już, że na wyjazdy zabieram tylko jedną papierową książkę) i zaordynowałam, że będzie to nasza pierwsza wspólna lektura podczas tej podróży.


Na wakacjach zawsze czytamy na głos. Czytamy na głos także w domu, ale na wakacjach zawsze jest więcej okazji. Przyjemnie słucha się czytania podczas wspólnych pikników, w trakcie długiej podróży samochodem albo wieczorem w namiocie. Szybko okazało się, że miałam rację - Olę zauroczyły zabawne perypetie weterynarza, a i U, który już je znał, z przyjemnością je sobie odświeżał. Czytaliśmy podczas wycieczek przez wzgórza Yorkshire, a moja propozycja, by w drodze powrotnej ze Szkocji odwiedzić dom Herriota, spotkała się z entuzjazmem.

Oczywiście, w rzeczywistości James Herriot nazywał się zupełnie inaczej, a i miasteczka o nazwie Darrowby na mapie nie znajdziecie. Autor książek musiał ukryć się pod pseudonimem, ponieważ weterynarzom nie wolno było wówczas w żaden sposób reklamować swoich usług, a książka zawierająca opowieści o udanych zabiegach, wydana pod prawdziwym nazwiskiem, mogła zostać odebrana jako autoreklama. James Alfred Wight, powszechnie znany jako Alf Wight, wybrał sobie więc pseudonim. Wybór był dość przypadkowy - Alf oglądał mecz piłki nożnej i był pod wrażeniem doskonałej gry bramkarza Birmingham City, niejakiego Jima Herriota. Nazwisko przypadło mu do gustu i postanowił użyć go w charakterze pseudonimu.

Darrowby to tak naprawdę Thirsk - niewielkie miasteczko leżące prawie dokładnie pośrodku hrabstwa Yorkshire, pomiędzy parkami narodowymi Yorkshire Dales i North York Moors. Książkowe Darrowby nie jest oczywiście dokładnym odwzorowaniem Thirsku, jako że Herriot zlepił swoje miasteczko z kilku okolicznych miejscowości, ale Skeldale House istnieje naprawdę, i co więcej, można je zwiedzać. Wewnątrz mieści się jedno z najbardziej uroczych muzeów, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.

Wewnątrz domu, w którym niegdyś mieściła się praktyka Donalda Sinclaira (książkowego Siegfrieda Farnona), wciąż znajdują się oryginalne meble i inne przedmioty. Wnętrza pieczołowicie odtworzono, dbając o to, żeby wszystkie znane z książek pomieszczenia można było odwiedzić (no, prawie wszystkie, zabrakło gabinetu siejącej postrach panny Harbottle), na piętrze zaś mieści się fascynujące muzeum weterynarii i sala zabaw dla dzieci (i niektórych dorosłych;)). Nie zabrakło nawet garnka na pieniądze, stojącego nad kominkiem!

Figura czytającego gazetę Tristana jest dość kiczowata, ale cała reszta to autentyczne wyposażenie z czasów Herriota.

Z przyjemnością przemierzaliśmy kolejne pokoje, zaglądając do sali zabiegowej, sprawdzając, jakie książki miał w swojej biblioteczce Alf Wight i wyobrażając sobie, jak w środku nocy dzwoni stojący na półeczce w przedpokoju czarny telefon.

W tym pokoju lekarze jedli śniadania, jeśli spóźnili się na wspólne śniadanie, jedzone przeważnie w kuchni. Wszystkie pokoiki są naprawdę mikroskopijne!

Tylko kuchnia jest naprawdę przestronna. Widać, że było to naprawdę istotne pomieszczenie. W kredensie stoją przetwory, które wyglądają, jakby pamiętały lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku!

Mimo że pokoje są maleńkie, dom jest całkiem spory. Można posiedzieć w słońcu w niewielkim ogródku, zajrzeć do ogromnej i ciemnej stodoły, w której Tristan trzymał kiedyś swoje świnie. Wyglądając przez okno jednej z sypialni, wyobrażałam sobie, jak ich stadko pędzi w popłochu ulicą podczas pamiętnej ucieczki.

Na tyłach domu znajduje się telewizyjne studio, w którym kręcono niezwykle niegdyś popularny serial, oparty na książkach Herriota. Można objerzeć nie tylko kostiumy i scenografię, ale także wyposażenie studia z lat siedemdziesiątych. Szalenie podobał nam się słynny austin - kapryśny samochód, którym Alf Wight jeździł po wzgórzach, by dotrzeć do swoich pacjentów. Na najwyższym piętrze zaś spędziliśmy co najmniej godzinę, bawiąc się w dość staroświeckie i niesłychanie urocze gry, takie jak dopasowywanie zdjęcia rentgenowskiego do poszczególnych części ciała różnych zwierząt, rozpoznawanie gatunku po zębach, które trzeba było dokładnie obmacać, jako że były ukryte i nie można było ich zobaczyć, oraz najbardziej nietypowa atrakcja - wyciąganie cielaka z macicy plastikowej krowy (nie było to wcale takie łatwe)!

Wight pisał także dziennik, który nie został nigdy opublikowany - jego fragmenty są wystawione na wystawie na tyłach domu. Popularność własnych powieści zadziwiła go, a jeszcze bardziej zaskoczeni byli farmerzy, którzy korzystali z jego usług. Przecież to, o czym pisał, było całkiem zwyczajne! Ich zdaniem nie było nic ciekawego w takiej kronice życia codziennego. Nawet ironiczne podejście autora nie wydało im się nietypowe - sami tak właśnie chyba podchodzili do życia, z dużym dystansem i dawką humoru. Sam autor cierpiał podobno na depresję, ale potrafił pisać o swojej pracy z powściągliwym humorem, a przede wszystkim potrafił dostrzec piękno krainy, w której przyszło mu zamieszkać. Nie pochodził z Yorkshire, lecz zachwyciły go tutejsze wzgórza, przejrzyste powietrze, zapach wrzosów. W drodze do Thirsku zatrzymaliśmy się pośrodku wrzosowiska i choć wiele razy byłam już na wrzosowiskach, nigdzie jeszcze wrzosy nie pachniały tak intensywnie, jak tam.



Yorkshire ma wiele atrakcji związanych z literaturą. Tłumy turystów odwiedzają plebanię w Haworth, która była domem dla sióstr Brontë. Whitby przyciąga miłośników Drakuli, Scarborough zaś było tłem dla powieści Anne Brontë. Pisałam o tych miejscach tutaj. Wszedzie tam jest mnóstwo ludzi, przynajmniej w wakacje. W domu Herriota było oprócz nas zaledwie kilka osób. Jest tu spokojnie i przyjemnie, można spędzić kilka godzin, snując się po kolejnych pomieszczeniach, oglądając film o Herriocie w malutkiej sali kinowej, albo spacerując po miasteczku i szukając innych miejsc związanych z pisarzem. Thirsk leży nieco na uboczu, jadąc do najbardziej znanych atrakcji Yorkshire raczej się go omija, ale jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie. A potem pojedźcie na okoliczne wzgórza, usiądźcie wśród wrzosów i przeczytajcie choć jeden rozdział przygód tego najsłynniejszego weterynarza.

 

Więcej zdjęć z domu Herriota pokażę na instagramowym profilu Miasta Książek, a inne zdjęcia z Yorkshire i ze Szkocji znajdziecie na instagramowym profilu Innych Stron. Relacja z całego wyjazdu już wkrótce na Innych stronach. Zapraszam :)

poniedziałek, 01 lutego 2016

Spędziliśmy właśnie cały tydzień w górach, jeżdżąc na nartach (w Zieleńcu śnieg jest zawsze, serio!), czytając książki, grając w planszówki i wędrując po polach i lasach. Dzisiaj w pracy koleżanka spytała mnie, czy nie baliśmy się złej pogody i tego, że nasza córka będzie się nudzić. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

Jeździmy z Olą po świecie od zawsze. Kiedy miała kilka lat, wchodziła z nami na górskie szczyty w Norwegii i wstawała w środku nocy, żeby zobaczyć wschód słońca nad indonezyjskim wulkanem. Bez mrugnięcia spędza 12 godzin w samochodzie albo dwa dni w pociągu. Je rzeczy, ktorych nie potrafi nazwać, nie boi się spróbować czegoś nowego, zjada potrawy tak ostre, że wiele osób nie potrafiłoby ich przełknąć. Potrafi wymienić dziesiątki stolic, rzek, wie, jak pachnie dżungla i umie siedzieć bez ruchu, by zobaczyć szczekuszkę lub sóweczkę.

Myślicie, że mamy szczęście? Że trafiło nam się cierpliwe i zainteresowane światem dziecko? Tak uważa wiele moich koleżanek, które powtarzają, że ich dzieci nigdy by tego nie wytrzymały, zanudziłyby się, a cały wyjazd byłby męczarnią. Nie umiem stwierdzić, czy tak rzeczywiście by było, wiem jednak, że nasza córka nie urodziła się z umiejętnością jedzenia curry i spędzania wielu godzin w niewygodnym pojeździe. Nauczyliśmy ją tego.

I także ta nauka zaczęła się od książek. Książek, zabawek, map, kolorowanek - wszystkiego, co pomaga rozbudzić w dziecku zainteresowanie światem. Nawet długa podróż nie będzie nudna, jeśli dziecko będzie wiedziało, przez jakie okolice jedzie, co ciekawego czeka na nie u celu i co można zobaczyć po drodze.

Książki o podróżach

My zaczęliśmy od książek dość prostych i kolorowych. Seria o Neli, małej podróżniczce, to taka literatura podróżnicza w wersji pop. Nela jeździ po świecie i opowiada o egzotycznych miejscach. Nic szczególnego, ale dla kilkuletniej dziewczynki odkrycie, że inna dziewczynka w jej wieku może mieć takie przygody, było czymś niezwykłym. Na drugi ogień poszedł Bear Grylls w wersji dla dzieci - seria "Misja: przetrwanie" rozbudza wyobraźnię i pomaga przekształcić męczące przeżycia w ekscytujące przygody. Cudowne książki Łukasza Wierzbickiego poszerzały horyzonty, zwłaszcza kiedy przekonałyśmy się, że ten autor prowadzi niesamowicie inspirujące spotkania z czytelnikami.


Oprócz książek o podróżach, w biblioteczce mojej córki pojawiało się też wiele encyklopedii przyrodniczych i atlasów. Czytaliśmy je razem i rozmawialiśmy o tym, dokąd trzeba pojechać, żeby je zobaczyć, jak trudno się tam dostać i co zrobimy, żeby sobie z tymi trudami poradzić.

Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale książki to jeszcze nie wszystko. Tu mnie macie - mam w domu coś oprócz książek!

Puzzle, gry, kolorowanki

Rzadko widuję mój stół kuchenny w całej okazałości. Przeważnie leżą na nim setki puzzli, co zresztą spostrzegawczy czytelnicy mogli zauważyć na niektórych zdjęciach na tym blogu. Układamy całą rodziną, często angażując znajomych. Te puzzle mamy od niedawna, ale już wiemy, że będziemy je układać często, bo dawno żadna układanka nie sprawiła nam tyle radości!


Mapa świata podzielona na 1500 elementów? Okazało się, że to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska różnym krajom, jeziorom i wysepkom. Nie dopasowujemy na ślepo, tylko analizujemy nazwy widoczne na każdym kawałku. Przy okazji jest to niezłe ćwiczenie lingwistyczne - trzeba zastanawiać się, czy dana nazwa brzmi po hiszpańsku czy raczej po rosyjsku? Wcześniej układaliśmy nieco prostsze układanki, które są świetne do nauki geografii - kto potrafi bezbłednie umiejscowić wszystkie europejskie kraje? A jeśli Europa nie stanowi wyzwania, to może Azja? Poszczególne elementy mają kształt danych państw.


Kiedy puzzle się znudzą, można sięgnąć po grę planszową. Graliście kiedyś w Faunę? Najlepsze jest w niej to, że dorośli wcale nie mają większych szans na wygraną! Moja córka lubi także kolorować, wpisuje się zresztą doskonale w panującą właśnie modę. Mam nadzieję, że dzięki tej kolorowance zapamięta wreszcie, gdzie leży Sandomierz, a gdzie Zamość.


Planując podróż, zawsze włączaliśmy Olę w przygotowania. Studiowała ze mną mapy, zaznaczając miejscowości o śmiesznych nazwach. Przeglądałyśmy zdjęcia miejscowych dań, zastanawiając się, jak będą smakować. Przed każdym wyjazdem zakładałam nam obu dzienniki podróży. Na pierwszej stronie zamieszczałyśmy listę rzeczy do spakowania, a potem ja zapełniałam swój zapiskami z drogi, a Ola rysunkami. Czy jechałyśmy nad Biebrzę, czy do Toskanii, czy do Chin - Ola zawsze wiedziała, co tam warto zobaczyć i podobnie jak my, miała swoją listę rzeczy, które chce zrobić i zobaczyć. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dziennikowi i dobremu przygotowaniu dawała sobie radę nawet podczas długich i męczących tras. Oczywiście, miewała kryzysy - opowieść o jej pierwszym trekkingu w dżungli, kiedy przewróciła się na glinie i upadła na kolczasty krzew, a potem chlipała przez godzinę, pomrukując pod nosem: A mogłam jechać z dziadkami nad morze, by w sekundę zapomnieć o swoim zmęczeniu, kiedy zobaczyła wśród gęstwiny tapira, zyskała już w rodzinie status legendy. Wiadomo, że wyjazdy są męczące, dla dzieci i dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że nie warto?

Kiedy byłam mała, o podróżach mogłam tylko pomarzyć. Godzinami obracałam globus, wyobrażając sobie, że pływam żaglówką między wyspami Mikronezji albo że wspinam się na himalajskie szczyty. Teraz świat jest inny, podróżowanie jest proste. Może warto przełamać swoje lęki i zainteresować dziecko światem? Wiadomo, nie każdy chce jechać na koniec świata, jeśli jednak wizja wyjazdu nad morze przeraża was i nie wiecie, jak zająć dziecko w trakcie kilkugodzinnej podróży, może spróbujcie przygotować je już wcześniej? Zaraźcie je miłością do świata i przyrody, a każde wakacje staną się prostsze. Trzeba tylko uwierzyć we własne dzieci i w to, że dadzą radę! Zjedzą niedobre jedzenie, jeśli będą głodne i zadowolone z siebie, wejdą na górę, jeśli będą wiedziały, po co to robią, prześpią się po namiotem równie chętnie, jak w ładnym hotelu - dajmy im tylko szansę się na to przygotować.


Wpis powstał we współpracy z księgarnią ArtTravel.pl, w której się po prostu zakochałam!  Rzadko polecam tu konkretne księgarnie, ale ta wypełnia pewną lukę i będę do niej często zaglądać, choćby w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych :)

* * *

Polecam też wpisy o podróżach z dzieckiem na Innych stronach:

Projekt - parki narodowe

Z dzieckiem do galerii sztuki

* * *

A może polecicie jakieś inne książki podróżnicze dla dzieci, albo zabawki, które pomogą zainteresować dziecko podróżami i światem? Przypuszczam, że pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, których nie znam, bo moja córka jest na nie za duża!

środa, 09 września 2015

Za oknem widzę szare bloki, ale sercem wciąż jeszcze jestem w górach. Kilka tygodni temu siedziałam przed namiotem, z zapartym tchem czekając, aż chmury przesuną się, a ostatnie promienie słońca padną na szczyt Piku Lenina. Patrzyłam i zazdrościłam tym, którzy niewątpliwie w ten wyjątkowy pogodny dzień zdobywali szczyt. Słuchałam chaotycznych relacji grupki Polaków, którym się udało i którzy właśnie wrócili do bazy, i myślałam sobie, że może kiedyś...?

Pemba Gyalje, jeden z autorów dramatycznej opowieści o K2 mówi o gorączce szczytowej.

...Ger mówił, że jeśli zobaczymy szczyt, dopadnie nas gorączka szczytowa. Ostrzegał, żebyśmy nie zmierzali do punktu, z którego widać wierzchołek, jeśli bierzemy pod uwagę odwrót.

Przypomniałam sobie, jak silne pragnienie opanowało mnie pod Pikiem Lenina - nierealne, a jednak trudne do strząśnięcia. Może w innym życiu się wspinałam, nie wiem. Wydaje mi się, że rozumiem ludzi, którzy ryzykują wszystkim, żeby na chwilę stanąć na górze.

Wiem też, co będę czytała w charakterze odtrutki, jeśli zaczną mnie ogarniać te nierealne mrzonki. "Mordercza góra" sprawdzi się doskonale. Dawno nie czytałam tak przerażającej relacji z wysokich gór, a przecież w ostatnich miesiącach powtórzyłam sobie obie książki o Broad Peaku.

Irlandczyk Pat Falvey i Szerpa Pemba Gyalje napisali o tym, jak w pewien piękny, pogodny dzień ponad dwadzieścia osób wyruszyło na szczyt K2. Osiemnaście weszło na szczyt K2, a jedenastu zginęło w ciągu 48 godzin. Opowieść irlandzkiego wspinacza i doświadczonego Szerpy najpierw czyta się z pewną dozą sceptycyzmu, zwłaszcza że relacja wydaje się początkowo dość sucha, ale nie wiadomo kiedy historia nas pochłania całkowicie i nie sposób się od niej oderwać.

Jak to w ogóle możliwe, że w tak krótkim czasie może zginąć tyle osób? Odpowiedź na to pytanie jest jednocześnie gorzką diagnozą środowiska wspinaczy, a że udziela jej doświadczony Szerpa, który jako jeden z nielicznych nie tylko dał radę zejść w tym felernym dniu ze szczytu, ale potrafił też pomóc kilku osobom, jest to diagnoza, z którą warto się zapoznać. Zresztą, wspinacze to przecież tylko ludzie, i opowieść o tym, dlaczego w tym dniu niektórzy nie dali sobie rady, jest w istocie opowieścią o naszych słabościach.

Wszystko bowiem poszło nie tak, a mimo to prawie nikt tego nie zauważył. Łańcuch błędów, popełnianych przez kolejne, doświadczone przecież osoby, z perspektywy czytelnika wydaje się wręcz niewiarygodny. A jednak! Mimo że wiedzieli o tej górze wiele, i znali jej reputację jako jednej z najbardziej niebezpiecznych, zaryzykowali. Może nie do końca świadomie, bo po wielogodzinnym przebywaniu w tzw. strefie śmierci, czyli obszarze położonym powyżej 8000 m n.p.m. nie myśli się jasno i nie podejmuje racjonalnych decyzji, ale jednak tak podstawowa sprawa, jak wejście o zbyt późnej godzinie umknęła większości wspinaczy. I nawet ich rozumiem - siedzieli w obozie bazowym od tygodni, tak znudzeni i zniechęceni, że gdy wreszcie przyszła wymarzona pogoda, naprawdę chcieli wejść.

Zaczynamy lekturę ze świadomością, że jedenastu jej bohaterów nie wróci do domów. Tylko jeden z nich jest wymieniony na samym początku. Ger McDonnell był przyjacielem obu autorów i między innymi dla niego powstała ta książka. Jego śmierć pozostaje owiana tajemnicą, ale Falvey i Gyalje próbują rozproszyć choć część wątpliwości. Tożsamość pozostałych ofiar poznajemy dopiero wtedy, gdy z zaciśniętym gardłem czytamy najbardziej dramatyczną część książki.

Nie wiem, czy na każdym ta lektura zrobi tak wielkie wrażenie, ale ja nie mogłam się po niej otrząsnąć. To wszystko zdawało się tak głupie, przypadkowe, niepotrzebne! A przecież ci, którzy przeżyli, choć część z nich odniosła naprawdę poważne obrażenia, wspinają się nadal. Pemba Gyalje powiedział po tym wszystkim:

K2 to piękna góra. Przez tych, któzy nazywają ją górą mordercą, przemawia brak przygotowania, doświaczenia i zaplecza. Kiedy coś idzie nie tak, mówią, że to góra zabija, że jest dzika itp. Wcale tak nie jest. To wspaniała góra.

Rola Szerpów podczas całej akcji była nie do przecenienia. To oni wykazali się największą odpornością na niszczący wpływ wysokości, co więcej, potrafili nie tylko zachować rozsądek, ale umieli z wielkim poświęceniem ratować innych. Historia dwóch z nich i ich zupełnie nieprawdopodobnego zejścia stanowi zresztą temat innej książki, która natychmiast wskoczyła na moją listę lektur.

Nie jest to więc tylko opowieść o największej tragedii na zboczach K2. To także historia tego, do czego ludzie są zdolni w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a także refleksja na temat naszej słabości. Wygląda na to, że łatwo było ulec pokusie i iść naprzód, w kierunku lśniącego w słońcu szczytu.

Piękna to i porywająca lektura - warto po nią sięgnąć, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami literatury górskiej. Więcej w "Morderczej górze" namiętności, napięcia i dramatyzmu, niż w niejednym thrillerze.

Moja ocena: 6/6

Oprócz książki powstał także film - obejrzyjcie jego trailer!




piątek, 04 września 2015

Przez kilka lat myślałam, że będę studiować archeologię. Zaczytywałam się w książkach o starożytnym Egipcie, o Inkach i Aztekach, chodziłam między tajemniczymi rzeźbami stojącymi na zboczach góry Ślęży i marzyłam o tym, co kiedyś sama wykopię z ziemi. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku nie zawiozłam jednak papierów do Instytutu Archeologii, czego czasami trochę żałuję. Nadal kocham wszystkie historie związane z poszukiwaniem skarbów z dawnych epok, a dzięki wyjazdowi do chińskiego Turkiestanu odkryłam, że istnieje cała masa fascynujących opowieści o archeologach, przygodach i olśniewających odkryciach, o których nie wiem kompletnie nic!

Źródło: Kmusser (wikipedia.org)

Zastanawialiście się kiedyś, jakie skarby mogą skrywać piaski pustyni Takla Makan? Karawany wędrujące przez setki lat wzdłuż Jedwabnego Szlaku musiały ją przebyć - leży ona na drodze zarówno do Europy, jak i do Indii i Iranu. Pustynia ta zawsze była prawdziwym postrachem dla podróżnych. To druga największa piaszczysta pustynia na świecie, słynna z powodu straszliwych burz piaskowych, które zrywają się bez żadnego ostrzeżenia. Niebo nagle ciemnieje, zaś ludzie i zwierzęta muszą szybko szukać schronienia lub chociaż przykryć się ciężkimi kocami, by ochronić się przed bezlitosnym wiatrem i pyłem. Łatwo stracić wtedy orientację - nikt nie wie, ile karawan zostało na pustyni na zawsze.

Dzisiaj przez środek Takla Makan biegnie asfaltowa szosa. Podobno nadal zdarzają się burze piaskowe, a jadące nią rejsowe autobusy muszą niekiedy zatrzymywać się na wiele godzin. Jednak przekroczenie pustyni stało się łatwe. Dawniej tylko szaleńcy udawali się w głąb pustyni. Wiozące cenne towary karawany wędrowały północnym lub południowym skrajem pustyni, tworząc dwie odnogi Jedwabnego Szlaku. Wędrowano od oazy do oazy, zaś niewielkie osady zaczęły się rozrastać, gdy ich mieszkańcy zorientowali się, że na podróżnych mogą nieźle zarobić. Powstawały miejsca noclegowe, w Azji Środkowej i Zachodniej zwane karawanserajami, tworzyły się też bazary, na których handlowano przewożonymi przez podróżnych towarami. Część cennego ładunku zostawała więc tutaj, a początkowo niewielkie siedliska rozrastały się, tworząc gwarne i piękne miasta, przyciągające artystów zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu.

Oczywiście, mieszkanie choćby na obrzeżach Takla Makan wiązało się z wieloma niebezpieczeństwami. Studnie mogły wyschnąć, zaś burze piaskowe zasypać część miasta. Niektóre z kwitnących osad pustoszały - czasem znienacka, czasem stopniowo. Zdobione domy, biblioteki pełne manuskryptów, pokryte freskami świątynie buddyjskie - wszystko to zasypywał piasek. Miasta znikały pod wydmami.

Kiedy w dziewiętnastym wieku świat opanowała gorączka poznawania, odkrywania i gromadzenia skarbów, znaleźli się śmiałkowie, którzy uwierzyli w krążące czasem po Sinkiangu pogłoski o niezwykłych skarbach, jakie można wykopać na pustyni. Poszukiwacze przygód, szpiedzy i naukowcy z Europy i Japonii zaczęli nieśmiało wyprawiać się na zachód Chin. Pierwsze odkrycia wprawiły ich w zachwyt. Zaczął się prawdziwy wyścig po skarby Jedwabnego Szlaku.

Brzmi sensacyjnie? Tak właśnie było, a opowieść o tych czasach spisana przez Petera Hopkirka w fascynującej książce "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku. W poszukiwaniu zaginionych miast i skarbów w chińskiej części Azji Środkowej" to historia pełna dramatycznych przygód i niebezpieczeństw. Czytałam ją z wypiekami, siedząc na tarasie w Kaszgarze - mieście, z którego wyruszały wszystkie chyba ekspedycje zmierzające w stronę Takla Makan.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Peter Hopkirk to brytyjski pisarz, który sam zresztą mógłby zostać bohaterem książki przygodowej - był wojskowym i podróżnikiem, został kiedyś aresztowany pod zarzutem szpiegostwa, był też na pokładzie samolotu porwanego przez terrorystów. Dobrze wie, o czym pisze w swoich książkach - przeszukuje archiwa, jeździ do miejsc, o których pisze. "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku" to pierwsza z jego książek i jedna z dwóch wydanych po polsku (drugą czytam w tej chwili i z trudem się odrywam od lektury!), wszystkie zaś dotyczą Azji Środkowej i tego, w jak wielu ludziach ten rejon budził różne żądze.

Historia śmiałków, szukających skarbów na Takla Makan, budzi wiele emocji także ze względu na wiążące się z nią dylematy moralne. Europejczycy i Japończycy wywozili bowiem z Chin całe skrzynie pełne rzeźb, manuskryptów, bezcennych tkanin. Ze ścian świątyń zdejmowano całe freski, skuwano zdobienia domów. Współczesny podróżnik musi mieć bogatą wyobraźnię, bowiem ruiny starożytnych miast są praktycznie puste. O ile zresztą zostanie w ogóle w pobliże jakichkolwiek ruin wpuszczony, Chińczycy bowiem wyciągnęli wnioski z bolesnej lekcji i niechętnie dopuszczają obcokrajowców do tego, co pozostało po skarbach Jedwabnego Szlaku. Wiele ruin dostępnych jest tylko po wykupieniu bardzo drogich zezwoleń, zaś wycieczka musi odbywać się pod bezustanną opieką chińskiego przewodnika.

Trudno im się dziwić - bezcenne skarby leżą dzisiaj w magazynach muzeów na całym świecie i tylko niewielka ich część należy do Chińczyków. Co gorsza, większość przedmiotów wywiezionych z Takla Makan leży w magazynach, niedostępna dla zwiedzających, nie badana i nie katalogowana. Część uległa zniszczeniu, kiedy pod koniec II wojny światowej zbombardowane zostało Muzeum Etnograficzne w Berlinie.

Z drugiej strony, to, czego Europejczycy nie wywieźli, także częściowo uległo zniszczeniu. Żołnierze zakwaterowani w grotach pełnych buddyjskich fresków z nudów niszczyli malowidła. W czasie rewolucji kulturalnej zachęcano miejscowych do rozbierania starożytnych budowli i wykorzystywania kamieni jako materiałów budulcowych. Dzieła sztuki zostawione w wielu miastach w Afganistanie i Syrii dzisiaj nie istnieją, a świat bezradnie patrzy, jak są niszczone. Kto wie, ile ze skarbów Jedwabnego Szlaku przetrwałoby do dziś w niezbyt przecież spokojnym Sinkiangu?

To wszystko pytania bez odpowiedzi, które z pewnością czynią opowieść Hopkirka jeszcze ciekawszą. A przecież to i tak sensacyjna książka, opowiadająca o ludziach szaleńczo odważnych. W pogoni za marzeniami przemierzali pustynię, umierając niemalże z pragnienia. Wędrowali przez tereny, których mapy nie istniały. Spędzali na Takla Makan długie, zimowe miesiące, kiedy temperatury spadają tam mocno poniżej zera, zaś jedynym źródłem wody są przewożone na wielbłądach bryły lodu. By znaleźć ruiny, wkradali się w łaski miejscowych - kłamali, czarowali, przekonywali. Kierowała nimi pasja, ale także chęć posiadania, której nic nie mogło stłumić.

Hopkirk pisze dość sucho, jednak historie, które opowiada, są tak niesamowite, że jego styl nie przeszkadza w lekturze. Skupia się na przygodach sześciu podróżników: Szweda, Brytyjczyka, Francuza, Niemca, Amerykanina i Japończyka, pokazując, jak gorączka Jedwabnego Szlaku stopniowo ogarniała cały świat. Po lekturze jego książki mam ochotę natychmiast wyruszyć w podróż - tym razem nie na Takla Makan, ale do rozsianych po całym świecie muzeów, w których można zobaczyć przynajmniej część przywiezionych z pustynnych miast skarbów.

Zachęcam do lektury, a jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądało moje (niestety krótkie) spotkanie z tą środkowoazjatycką pustynią, zapraszam tutaj.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kiedy przychodzi wiosna, chciałabym być w Nowym Jorku. Idąc za radą bohaterów "Mam wiadomość", spędziłam tam dwa cudowne, wiosenne tygodnie trzy lata temu i od tego czasu co roku, kiedy zaczynają kwitnąć forsycje, tęsknię za tym niepodobnym do żadnego innego miastem. Skoro jednak w tym roku nie uda mi się tam wrócić, może chociaż o nim poczytam? Oto bardzo subiektywnie wybrana dziesiątka książek o mieście, które nigdy nie śpi:

1. Kamila Sławińska "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny"

Zacznę od książki, którą czytałam na krótko przed wyjazdem, tak że całe fragmenty książki Sławińskiej tkwiły mi żywo w pamięci, kiedy przemierzałam opisywane przez nią miejsca. Bardzo emocjonalny i doskonale napisany przewodnik, który jest właściwie zbiorem opowieści o wybranych miejscach.

2. Colson Whitehead "The Colossus of New York"

Ta niewielka książeczka towarzyszyła była pierwszą pozycją, jaką kupiłam w legendarnym Strandzie (oczywiście nie ostatnią). Towarzyszyła mi codziennie w pociągu, którym dojeżdżałam na Manhattan z Newark, i miałam wrażenie, że czuję, jak idealnie rytm tej prozy pasuje do tętna nowojorskich dworców. Recenzję znajdziecie tutaj.

3. Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o Nowym Jorku, niech to będzie właśnie ta. Jeśli przeczytaliście ich już dziesiątki, Magdalena Rittenhouse i tak was zaskoczy.

4. Rem Koolhaas "Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu"

Tę książkę czytam od jakiegoś czasu - powoli, bo jej lektura oszałamia. Właściwie można się tego było spodziewać już po zapoznaniu się z tytułem.

5. Amy Waldman "The Submission"

Prowokująca i ważna powieść, która pyta o to, kim stali się nowojorczycy po 11 września. W konkursie na projekt pomnika dla ofiar ataku na WTC zwycięża projekt, którego autorem jest muzułmanin. Pomysł na fabułę genialny w swojej prostocie.

6. Claire Messud "Dzieci cesarza"

Losy grupki młodych nowojorczyków jako pretekst do rozważań o amerykańskim społeczeństwie. Recenzja tutaj.

7. Sam Wasson "Piąta aleja, piąta rano"

Numerem siedem miało być "Śniadanie u Tiffany'ego", które wielbię bezgranicznie. Może jednak lepiej będzie polecić książkę, która opowiada o powstaniu filmu z Audrey Hepburn w roli głównej - warto przeczytać, żeby zrozumieć, z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się filmowcy i jak skomplikowany był świat ówczesnego Nowego Jorku.

8. Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Cofnijmy się teraz jeszcze bardziej w czasie - chyba nigdy Nowy Jork nie był bardziej fascynujący, niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy jego potęga dopiero się rodziła. Książka Winnickiej może nie jest specjalnie odkrywcza, ale można sobie wiedzę odświeżyć w sposób wyjątkowo przyjemny - Winnicka pisze zgrabnie, a książka ma piękne ilustracje.

9. Caleb Carr "Alienista"

Z epoki jazzu przenieśmy się kilka lat wstecz. Jest końcówka XIX wieku, a w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca. Policji pomaga tytułowy alienista - ktoś, kto dzisiaj zostałby nazwany psychopatologiem, wtedy zaś był tajemniczym dziwakiem. Świetny, bardzo nastrojowy kryminał!

10. Emily Barton "Brookland"

Skoro już przemieszczamy się w czasie, dziesiąta książka opowie o osiemnastowiecznym Nowym Jorku. Cudowna historia o niezwykłej kobiecie i moście, który połączył Brooklyn z Manhattanem. Muszę ją koniecznie przeczytać raz jeszcze i napisać na jej temat długą i pełną zachwytów notkę.

Macie swoje ulubione nowojorskie lektury? Przyznam, że z trudem ograniczyłam się do dziesięciu - obszerną listę znajdziecie w komentarzach pod tym tekstem - korzystam z niej od trzech lat :) Jeśli zaś marzy Wam się wiosenny Nowy Jork, pod tagiem New York znajdziecie relacje ze spacerów po poszczególnych dzielnicach. Ach, jak bardzo chciałabym się znowu znaleźć na Brooklynie, patrząc na zapalające się powoli światła Manhattanu, lub przespacerować po Central Parku w słoneczne, kwietniowe popołudnie...

piątek, 06 marca 2015

Marzena Filipczak odważną kobietą jest. Po odwiedzeniu Dalekiego Wschodu zamarzyła o tym bliższym. Nie szukała towarzyszy, nie pisała ogłoszeń na forach podróżniczych, po prostu wsiadła w samolot i poleciała. Najpierw do Gruzji, a stamtąd różnymi środkami lokomocji dalej, do Armenii, Górskiego Karabachu, do Iraku, Iranu. I oczywiście okazało się, że bycie samotną kobietą w podróży niczego nie utrudnia, wręcz przeciwnie - ludzie napotkani po drodze dokładają wszelkich starań, żeby się tą zbłąkaną dziewczyną zaopiekować, zadbać o to, by się jej nic nie stało.

W efekcie autorka przebyła znaczną część drogi prywatnymi samochodami. Przekazywano ją sobie z rąk do rąk, karmiono, zapewniano nocleg i obwożono po miejscowych atrakcjach. Zetknęła się z niesamowitą ilością życzliwych i przyjaznych ludzi, dla których gościnność jest oczywistością i sięga dużo dalej niż gościnność wielu narodów europejskich.

Książka, która po tej podróży powstała, inspiruje do pójścia w ślady autorki, a przede wszystkim odczarowuje kilka mitów. Autorka powtarza zapewnienia osób napotkanych po drodze, że w ich kraju jest bezpiecznie. Mieszkańcy Kurdystanu albo Górskiego Karabachu - regionów nie uznawanych za oddzielne państwa, chętnie witają nielicznych turystów. Filipczak trafiła jednak też w miejsca, w których turysta jest taką rzadkością, że staje się podejrzany. W Osetii Północnej, kiedy chce odwiedzić Alański Park Narodowy, zostaje zatrzymana przez policję i przesłuchana - jej obecność w tym miejscu jest tak dziwna, że zostaje posądzona o szpiegostwo. Policjanci nie rozumieją, skąd w ogóle dowiedziała się o istnieniu takiego Parku Narodowego. Ostatecznie nie spotyka jej jednak nic niemiłego - zostaje obdarowana czekoladą i doprowadzona do pociągu.

"Między światami" opowiada o dwóch podróżach, które autorka odbyła w ciągu jednego roku. W trakcie pierwszej przemierzyła Gruzję, Armenię, Górski Karabach, Osetię Północną, Kałamucję, Uzbekistan i Kirgistan. Jeszcze w tym samym roku wróciła w tamte rejony, tym razem zaczynając podróż w Turcji i odwiedzając Kurdystan (położony w granicach Iraku), Iran, Turkmenistan i fragment Kazachstanu. O swoich podróżach opowiada w sposób dość zorganizowany, każdemu miejscu poświęcając kolejny rozdział. Podaje informacje historyczne i kulturowe, ale przede wszystkim opisuje ludzi, których spotkała i absurdy, z którymi musiała się zmierzyć.

Jako kobieta miała dostęp do świata, który pozostaje zamknięty przed większością turystów - świata muzułmańskich kobiet. Jednocześnie, ponieważ była sama, mężczyźni traktowali ją czasem jako kogoś pozbawionego płci - samotna kobieta w ich kulturze nie istnieje, a w dodatku tej turystce trzeba było czasem pomóc. Miała więc wgląd w oba te światy, co podkreśliła w tytule.

To bardzo przyjemna w lekturze książka, którą aż chce się z kimś dzielić - częstokroć czytałam rodzinie fragmenty na głos. Sporo wiem o tym rejonie świata, ale niejedna informacja mnie zaskoczyła. Autorka da się lubić i chętnie towarzyszyłam jej w tej podróży.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 01 marca 2015

Skoro już w tym tygodniu o pieszej wędrówce i książce na jej temat wpisałam, pomyślałam, że spróbuję zrobić listę dziesięciu ciekawych książek, w których motyw pieszej wędrówki jest istotnym elementem fabuły. Zbliża się ta pora roku, w której niecierpliwie przeglądam mapy, przewodniki i strony linii lotniczych, zaczynając planowanie wakacyjnego wyjazdu, a wędrówka przez jakieś dzikie tereny jest dla mnie koniecznym składnikiem urlopu. Tym razem wybranie dziesięciu książek poszło szybko, głównie dlatego, że większości moich ukochanych książek o pieszych wyprawach nie znajdziecie w języku polskim. Oto moje ulubione literackie wędrówki:

1. J. R. R. Tolkien "Władca pierścieni"

Niewątpliwie jest to moja ulubiona książka o wędrowaniu. Nie tylko imponuje rozmachem i opisem świata, ale także zawiera mnóstwo pięknych, prostych myśli o podróżowaniu. Co powiecie na ten fragment?

Kto wie, co zakręt bliski kryje,
Drzwi tajemnicy, dziwną ścieżkę.
Tylem ją razy w życiu mijał,
Aż przyjdzie chwila, gdy nareszcie
Otworzy mi się droga nowa
Tam, dokąd księżyc nam się chowa,
I zaprowadzi mnie jak najdalej,
Tam, gdzie nad ziemią słońce wstaje.

I oczywiście złota myśl, prosta, ale w moim przypadku bardzo trafna - "Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd cię poniosą". 

2. C. S. Lewis "Srebrne krzesło"

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu klasyki fantasy. Moja ulubiona książka z cyklu "Opowieści z Narnii" to wyjątkowo mądra opowieść o pieszej wyprawie. Julia i Eustachy trafiają do Narnii, by odnaleźć dawno zaginionego królewicza Riliana. Aslan daje Julii zestaw wskazówek, tzw. znaków, które ta ma powtarzać każdego dnia. Jednak gdy znużenie podróżą staje się nie do zniesienia, Julia zaniedbuje ten najważniejszy obowiązek, tym samym pakując siebie i swoich towarzyszy w poważne kłopoty. Mądra i prosta to lekcja o tym, jak ważne jest pokonywanie zmęczenia i pamiętanie o tym, po co się wędruje. Dodajmy, że książka nie byłaby aż tak urocza, gdyby nie cudna postać Błotosmętka, którego czasami można zobaczyć w każdym towarzyszu podróży, a nawet w sobie. Ten wiecznie narzekający czarnowidz jest jednak wiernym przyjacielem, w dodatku wprowadza mnóstwo humoru do dość mrocznej opowieści.

3. Richard Adams "Wodnikowe wzgórze"

Zadziwiająca książka o królikach, które wędrują w poszukiwaniu lepszego świata. Brzmi dziwnie? Jeśli nie znacie jeszcze arcydzieła Adamsa, koniecznie go poszukajcie - to jedna z najmądrzejszych książek, jakie napisano. Nie jest to bynajmniej opowiastka dla dzieci, raczej alegoryczna opowieść o świecie, który jest odbiciem naszego, z mrożącymi krew w żyłach przygodami i uroczymi bohaterami do kompletu.

4. Patrick Leigh Fermor "Mani. Wędrówki po Peloponezie"

Szkoda, że nie została po polsku wydana najbardziej znana książka tego autora - "A Time of gifts", która jest pierwszą częścią trylogii opisującej szaloną wyprawę autora - z Holandii do Stambułu, pieszo, w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Czekam niecierpliwie na polskie tłumaczenie, licząc że choć tyle czasu minęło, ktoś taką klasykę jednak wyda, tymczasem zaś cieszę się niezmiernie inną książką tego autora.

"Mani. Wędrówki po Peloponezie" to, jak z pewnością się nie domyślacie, relacja z pieszych wycieczek po Grecji. Choć książka ukazuje się u nas 55 lat po wydaniu oryginalnym, warto po nią sięgnąć - Patrick Fermor nie tylko był interesującym człowiekiem (pracował dla wywiadu), ale przede wszystkim potrafił doskonale pisać. Jego Peloponez staje się miejscem tak bliskim czytelnikowi, jak sąsiednia dzielnica. Opisy przyrody, w których nie ma zbędnego słowa, zachwycają, a w dodatku towarzyszą im ciekawe opowieści o historii i kulturze Grecji.

5. Tomas Espedal "Idź"

Wyjątkowa na naszym rynku pozycja - książka właśnie o chodzeniu! Narrator pewnego dnia postanawia zerwać ze swoją partnerką, wybiera jednak dość niekonwencjonalny sposób. Po prostu wychodzi z domu i zaczyna iść przed siebie. Idzie, aż wreszcie przestaje myśleć o sobie, a zaczyna medytować o wędrowaniu. Rozmyśla o filozofach piszących o chodzeniu, wspomina Jana Jakuba Rousseau i Williama Wordswortha. Wspomina swoje dawne wędrówki i medytuje nad obecną.

"Idź" to zbiór luźnych myśli, bliższy długiemu esejowi osobistemu niż jakiemukolwiek innemu gatunkowi, do czytania powoli, najlepiej podczas własnej wędrówki.

6. Gao Xingjian "Góra duszy"

Pierwszy chiński laureat literackiej nagrody Nobla nie był w swoim kraju mile widziany. Kiedy dowiedział się, że grozi mu aresztowanie, wyruszył po prostu przed siebie - nie na Zachód, ale przez Chiny, szukając tradycyjnych obrzędów, dzikiej przyrody i marząc o tym, że odnajdzie coś pierwotnego. Książka, która powstała w wyniku tej podróży (autor przebył pieszo 15 tysięcy kilometrów!), nie jest łatwą lekturą. To typowa powieść postmodernistyczna, ze zmieniającym się narratorem, poszatkowanym stylem, przeplatającymi się gatunkami. Ja podczytuję ją od czasu do czasu, kiedy mam ochotę na tekst, który skłoni mnie do przemyśleń.

7. Bill Bryson "Piknik z niedźwiedziami "

Przejdźmy może do lżejszych tekstów o wędrowaniu. Kolejna luka na polskim rynku zostanie wkrótce zapełniona - doskonała książka amerykańskiego pisarza ukazuje się u nas z siedemnastoletnim opóźnieniem. Bryson wybrał się wtedy na pieszą wędrówkę jednym z najbardziej znanych amerykańskich szlaków pieszych - nie tym samym, które wybrała Cheryl Strayed w "Dzikiej drodze", ale szlakiem prowadzącym wzdłuż Appallachów. To ponad trzy tysiące kilometrów drogi przez dzikie ostępy, Bryson zaś relacjonuje swoją przygodę z właściwym dla siebie dystansem do rzeczywistości i humorem.

Polska premiera dopiero 30 czerwca.

8. Liv Arnesen "Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun"

Nie wykluczam, że książka ta znajdzie się jeszcze w niejednej Niedzielnej Dziesiątce, należy bowiem do moich ulubionych. To inspirująca opowieść Norweżki, która poszła sobie na biegun południowy. Tak po prostu, sama, wydając mniej pieniędzy, niż jakikolwiek inny zdobywca bieguna. Prosta, zwyczajnie napisana opowieść o bynajmniej nie tak zwyczajnej kobiecie.

9. Cheryl Strayed "Dzika droga"

Oczywiście w zestawieniu nie mogło zabraknąć książki, która je zainspirowała. Doskonała opowieść dziewczyny, która kupiła buty, plecak i przeszła Pacific Crest Trail, sama. Więcej o tej książce pisałam kilka dni temu.

 10. A. B. Guthrie "Droga na Zachód"

I inne książki opowiadające o wędrówce na zachód Ameryki. Wymieniłabym po raz kolejny serie Laury Ingalls Wilder o małym domku na prerii, ale jej bohaterowie na zachód raczej jechali. Natomiast osadnicy zmierzający do Oregonu, którzy są bohaterami nagrodzonej Pulitzerem powieści Guthriego, większość drogi pokonali pieszo, idąc obok swoich wozów. Te wędrówki przez prerię, góry i rzeki nie przestają mnie fascynować.

 

Zabrakło miejsca dla jakiejkolwiek opowieści o pielgrzymce do Santiago de Compostela, przede wszystkim dlatego, że czytałam chyba tylko jedną taką książkę, a jest ich na rynku już co najmniej kilka. Zabrakło "Długiego marszu" Sławomira Rawicza, nie potrafię bowiem przekonać się do książki, która może i jest dobrze napisana, ale jednak oparta na oszustwie. Zabrakło też książek o wędrówkach po górach, bo zasługują chyba na własną dziesiątkę.

Czego jeszcze, waszym zdaniem, brakuje? Lubicie czytać o pieszych wyprawach? Macie ochotę pójść w ślady bohaterów i po prostu ruszyć przed siebie, czy raczej cieszycie się tym, że nie musicie marznąć, moknąć i walczyć z pęcherzami?



piątek, 22 sierpnia 2014

Stali czytelnicy Miasta Książek zapewne przyzwyczaili się, że w sierpniu znikam na krócej lub dłużej. I w tym roku spędziliśmy ostatnie tygodnie snując się po dzikich ostępach.

Było egzotycznie - mieszanka kultur i języków.

Było dziko - puszcze, rozlewiska, podglądanie dzikich zwierząt z bliska i daleka.

Było smacznie - nieznane wcześniej potrawy, prawdziwe, świeże jedzenie często prosto z lasu.

I nie było daleko.

Zakochałam się w Podlasiu i sama nie wiem, gdzie podobało mi się najbardziej - czy w Puszczy Białowieskiej, czy na cichych biebrzańskich łąkach, czy też nad lśniącymi w słońcu suwalskimi jeziorami...

Mam też oczywiście stosik przeczytanych książek, będę więc wykorzystywać ostatnie spokojne dni na pisanie, zaglądajcie więc często! Zaś szczegóły wyjazdu, zarówno praktyczne, jak i bardziej ulotne, już za moment zaczną się pojawiać na Innych stronach. I choć było pięknie, to dobrze być w domu.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Niespokojni się już zrobiliśmy - za długo siedzieliśmy na miejscu. Wiosna przypomniała nam o Toskanii i zatęskniliśmy za zielonymi wzgórzami. Chwilowo zapraszam więc na Inne strony.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...