dalekie wyprawy

niedziela, 14 października 2018

Zaczęło się dramatycznie. Wysiadaliśmy właśnie, kiedy zatłoczonym autobusem szarpnęło, a chwilę później U leżał ze zwichniętym kolanem na chodniku. Zwiedzanie Wiecznego Miasta zaczęliśmy więc od szpitalnej izby przyjęć. Kolano jako tako nastawiono, przed północą dotarliśmy wreszcie do wynajętego domku, ale jasne było, że razem nie pozwiedzamy.

Cóż, będzie za to pretekst do powrotu, choć tak naprawdę go nie potrzebuję. Pięć dni w Rzymie to żart, pięćdziesięciu by było mało. Ale nawet w tak krótkim czasie udało mi się dotrzeć do kilku miejsc, których nie powinien ominąć żaden miłośnik literatury. Wybrałam dla was pięć z nich, a jeśli znacie inne, chętnie o nich poczytam!

Keats-Shelley House

Pierwsze miejsce będzie najłatwiejsze do odnalezienia, znajduje się bowiem zaraz przy Schodach Hiszpańskich. Dla mnie było jednym z dwóch najważniejszych. To tutaj John Keats spędził ostatnie miesiące życia. Można zajrzeć do pokoju, w którym zmarł, spojrzeć przez okno na zatłoczone schody. Dla mnie było to przejmujące doświadczenie, myślę zresztą, że te ciche, pełne książek i rękopisów pokoje na każdym wywrą wrażenie.

Keats przyjechał do Rzymu w nadziei, że ciepły klimat wpłynie korzystnie na jego zdrowie. Chorował na gruźlicę, musiał więc zdawać sobie sprawę z tego, że całkowity powrót do zdrowia jest niemożliwy - wtedy była to choroba nieuleczalna. Pobyt we Włoszech być może odwlekł na kilka miesięcy to, co nieuniknione.

Oryginalne meble z sypialni Keatsa spalono po jego śmierci. Gruźlica była wtedy prawdziwym postrachem, na wszelki wypadek unikano więc kontaktu z przedmiotami, których dotykali chorzy. Wnętrze zostało jednak dość szybko odtworzone. Inne pokoje zawierają oryginalne meble, a także mnóstwo eksponatów zgromadzonych już w późniejszych latach, takich jak rękopisy i szkice Keatsa i jego przyjaciół.

Muzeum gromadzi też pamiątki po Percym Shelleyu, choć ten nigdy tu nie był. Bardzo chętnie odwiedziłby Keatsa, był bowiem wielbicielem jego poezji. Keats jednak nieufnie podchodził do Shelleya, który po pierwsze nie cieszył się zbyt dobrą reputacją (delikatnie rzecz ujmując), a po drugie był arystokratą, co w młodym poecie budziło niechęć. Dla mnie jednak ta część wystawy była wyjątkowo ciekawa, jako że niedawno skończyłam tłumaczyć biografię Mary Shelley - żony Percy'ego, i Mary Wollstonecraft - jego teściowej. W jednym z ciasnych pokoików znalazłam rękopis listu, który kilka tygodni wcześniej przekładałam na polski - poczułam ciarki na plecach!

Cmentarz protestancki

Przenieśmy się więc od razu w drugie związane z tymi samymi osobami miejsce, które dla mnie będzie chyba stałym celem pielgrzymek. Nawet jeśli nie obdarzacie Keatsa i Shelleya specjalną atencją, podczas pobytu w Rzymie koniecznie wybierzcie się na tak zwany English Cemetery, czyli protestancki cmentarz. To wyjątkowo klimatyczne miejsce, którym trudno się nie zachwycić, powstało z myślą o Anglikach, którzy licznie odwiedzali Wieczne Miasto podczas tzw. Grand Tour, czyli wyjazdów na kontynent celem podziwiania sztuki europejskiej i nabywania ogłady. W XVIII wieku taką wycieczkę (często trwającą kilka lat) odbywał każdy szanujący się dżentelmen. Jeździły też panie, choć nie aż tak licznie. Nie wszyscy wracali z takich wyjazdów cało i zdrowo, zwłaszcza że w Rzymie można było wówczas zachorować na malarię. Katoliccy Włosi nie pozwalali na pochówek protestantów na swoich cmentarzach. Przez wieki ciała niekatolików grzebano za murami miejskimi, aż wreszcie powstał ten cmentarz.

Dzisiaj cmentarz przypomina oazę. Jest tu zielono, cicho i melancholijnie. W słońcu wygrzewają się koty, które znalazły tu dom i są pod dobrą opieką. Każdy nagrobek to oddzielna opowieść.

Podobnie jak większość osób odwiedzających to miejsce, szukałam przede wszystkim dwóch grobów. Pierwszy znalazłam nieco z boku, na trawniku.

To nagrobek Keatsa, który nie chciał, by wyryto na nim jego nazwisko. Poprosił, by umieszczono jedynie napis: "Tutaj spoczywa ten, którego imię zapisano na wodzie".

W centralnej części cmentarza, u stóp kamiennej piramidy, pochowano Percy'ego Shelleya. Mąż Mary Shelley utonął w Morzu Śródziemnym. Jego ciało zostało wyrzucone na brzeg, a pochówkiem zajął się przyjaciel, nieco szemrany typek, który zresztą zarezerwował dla siebie miejsce obok Percy'ego. Mary przyjechała tu dopiero wiele lat później.


Cytat wyryty na płycie nagrobnej pochodzi z "Burzy" Szekspira i w tłumaczeniu Barańczaka brzmi:

Już niestraszne mu cierpienia

W klejnot morza się przemienia.

Nimfy morskie biją w dzwon.

Na tym samym cmentarzu pochowano też trzyletniego syna Mary i Percy'ego, Williama. Jego śmierć była ogromną tragedią i w jakimś sensie zapoczątkowała ciąg zdarzeń, których końcem było wyrzucenie na brzeg ciała Percy'ego.

Mogłabym o nich pisać długo, ale się powstrzymam. Przeczytajcie Buntowniczki Charlotte Gordon, kiedy się już ukażą (w przyszłym roku), jeśli chcecie wiedzieć więcej (przeczytajcie koniecznie, bo zarówno Mary Shelley, jak i Mary Wollstonecraft miały niesamowicie ciekawe życie).

Dom Goethego

Łatwo na niego trafić, znajduje się bowiem w pobliżu najpopularniejszych zabytków, czyli Schodów Hiszpańskich i Fontanny di Trevi. Goethe spędził we Włoszech tylko dwa lata, ale ten pobyt wywarł na nim wielkie wrażenie. Jego rzymskie mieszkanie przy Via del Corso zostało przerobione na muzeum. Niestety, wnętrze nie jest tak atrakcyjne, jak dom Keatsa, ponieważ praktycznie nie ma w nim mebli ani innych elementów wyposażenia. Można za to obejrzeć sporo rękopisów, pierwsze wydania jego książek i obrazy.

Nie jest to może miejsce, do którego warto specjalnie jechać (o ile nie jesteście wielkimi fanami Goethego), ale warto wstąpić przy okazji spaceru po okolicy.

Antico Caffè Greco

Domy to jedno, ale znani pisarze bywali przecież na mieście, jadali, spotykali się ze znajomymi. I chyba każdy zajrzał do tej słynnej kawiarni, oddalonej zaledwie o kilka kroków od Schodów Hiszpańskich. Do regularnych bywalców należeli Byron, Percy i Mary Shelleyowie, Dickens Goethe. Nad kawiarnią mieszkał kiedyś Hans Christian Andersen - niestety jego mieszkania nie można zwiedzać.

Na tej samej ulicy mieszkali William Thackeray i lord Tennyson, a kilka przecznic dalej Henryk Sienkiewicz. Ceny w kawiarni są stosowne do okoliczności, ale przy barze można wypić pyszne espresso za grosze, a na następnej przecznicy można kupić chyba najsłynniejsze rzymskie tiramisu. Mowa o Pompi Tiramisu - lokalu, który od ponad sześćdziesięciu lat prowadzi rodzina Pompich. Powiem tak - było to jedyne miejsce, które podczas tych pięciu dni odwiedziłyśmy dwa razy!


Open Door Bookshop

Co to by była za wycieczka, gdyby nie można z niej było przywieźć jakiejś książki! Ostatnim miejscem niech będzie więc księgarnia. Open Door Bookshop to prawdziwa instytucja. Od czterdziestu lat można tam kupić książki w języku angielskim (znajdzie się też coś po włosku). Księgarnia położona jest na Zatybrzu, które skradło moje serce, jest malutka, ale książek w niej co niemiara, a i ceny ma całkiem przyzwoite. No i jak wygląda!


Sporo mi jeszcze zostało do zobaczenia, ale myślę, że jak na pięć dni utrudnionego zwiedzania nie było najgorzej. Chętnie spędziłabym więcej czasu na Zatybrzu, pochodziła też po innych dzielnicach i poszukała domów kolejnych pisarzy...

Więcej zdjęć z Rzymu na Instagramie, tu i tu. Dopisalibyście coś do listy? Szukacie takich książkowych miejsc podczas wyjazdów?


 




poniedziałek, 01 października 2018

Podróż „dookoła świata, dookoła siebie”, „żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć”. Te urywki z okładki „Przebłysku” Roberta Rienta niepokojąco przywodzą na myśl książki Coehlo. Ale jest też blurb Pawła Cywińskiego, który raczej nie poleciłby podróżniczego kiczu, a i autor raczej wyrobił sobie już nie najgorszą markę. Postanowiłam przeczytać, tym bardziej, że co by nie mówić, wizja ucieczki w podróż jest mi bliska. Oczywiście wiem, że nie da się rozwiązać problemów, zmieniając po prostu miejsce pobytu, wystarczająco często czytam Thoreau. A jednak to kusząca wizja i tyle.

Robert Rient ją zrealizował. Spakował życie w kartony, rzeczy niezbędne upchnął w plecaku i wsiadł w pociąg na Syberię. Już na pierwszych stronach przyznał, że jednym z powodów wyjazdu jest nawracająca myśl o tym, by umrzeć. Jedziemy więc z nim koleją, a potem dalej, do Azji, Ameryki, na środek oceanu, przyglądając się, sprawdzając, czy mu taka podróż pomoże.

Na szczęście już pierwsze strony przekonują, że nie będzie to podróż w stylu „Alchemika”. Dni w kolei transsyberyjskiej są niczym koszmar na jawie – uciążliwy, jowialny współpasażer wypytuje, polewa, osacza. Oszczędzana na później jagodzianka okazuje się kapuśniaczkiem. Ciasnota pociągu oznacza ciągłe naruszanie przestrzeni osobistej. Autor zdaje się popadać w paranoję – boi się nawet czytać „Gułag” Anne Applebaum.

Im dalej jednak jedzie, tym się robi spokojniejszy. Z Syberii leci do Tajlandii, gdzie całymi dniami leży na plaży i patrzy na kraby. Wycisza się, ale kiedy zaczynam się obawiać, że jednak popadnie w kicz, pisze: „Nie jest mi jednak dane doświadczyć oświecenia. Chmara komarów brutalnie sprowadza mnie na ziemię”.

Jednocześnie im bardziej cieszy się otoczeniem, tym mniej wsłuchuje się w siebie, a jego pisanie staje się po prostu relacją z podróży. Ładnie napisaną pocztówką, na szczęście wyważoną i mądrą. Nie zawsze tak samo ciekawą, ale godną uwagi. Gdzieś po drodze, może w Nowej Zelandii, a może wcześniej, autor chyba nauczył się po prostu być, tu i teraz. Jego rozedrganie zniknęło. Czyli jednak?

Spodziewałam się tekstu olśniewającego, z którego będę wypisywać garściami zgrabne cytaty. Zamiast tego autor wybrał cytaty dla mnie (w przypisach komentuje swoją podróż słowami innych autorów i są to świetnie dobrane, wiele mówiące fragmenty) i po prostu opisał mi swoją podróż. Bez fajerwerków, momentami zbyt sucho, encyklopedycznie. Szkoda, bo chyba można było z takiej podróży wycisnąć więcej. Ale może nie taki był jej cel. Pierwsze rozdziały są lepsze, choć posępne, ale im dalej, tym mniej swady, a więcej krajoznawstwa.

Przeczytać więc można, zwłaszcza jeśli lubicie książki podróżnicze, ale nie sądzę, że to książka, która utkwi na dłużej w pamięci.

Moja ocena: 4/6

Robert Rient "Przebłysk"

Wydawnictwo Wielka Litera 2018



niedziela, 02 lipca 2017

Jak zwykle przed wyjazdem, czytam mnóstwo książek o rejonie, w który się wybieram. Książek o Afryce mam sporo, nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak dużo! Dziesięciu książek o Namibii jednak nie udało mi się zebrać, w każdym razie nie po polsku. Postanowiłam więc polecić wam dziesięć książek, które dotyczą szerzej pojętej Afryki południowo-zachodniej, czyli przede wszystkim Namibii i RPA. Być może przyda wam się do planowania własnych wyjazdów, a może namówię was na czytelniczą wyprawę na dalekie południe Afryki?

Bernard Jaumann "Godzina szakala" (tłum. Alicja Rosenau)

Zacznijmy od czegoś lekkiego. Wiedzieliście, że po polsku ukazały się dwa kryminały, których akcja toczy się w stolicy Namibii, Windhuku? W dodatku są to kryminały naprawdę niezłe - "Godzina szakala" otrzymała w 2011 roku Niemiecką Nagrodę Kryminalną. Bohaterką jest policjantka Clemencia Garises, a w tle prowadzonego przez nią śledztwa jest sporo najnowszej historii Namibii, jako że fabuła inspirowana jest autentycznym morderstwem namibijskiego działacza i polityka, ikony niepodległej Namibii. Druga część serii, "Kamienista ziemia", toczy się w nieco innym otoczeniu, a mianowicie na położonej w okolicy farmie.

Wojciech Albiński "Kalahari"

Południowoafrykański opowiadania autorstwa polskiego pisarza. Momentami nieco nużące, na pewno nie porwą każdego. Niektóre jednak podobały mi się na tyle, że mam zamiar do nich teraz wrócić. Może odkryję w nich coś nowego?

Laurens van der Post "The Lost World of the Kalahari" i "Wyprawa w głąb interioru" (tłum. Dorota Kozińska)

Nie dalej jak wczoraj brałam udział w rozmowie o miejscach, których nazwy brzmią tak niezwykle, że są wystarczającym powodem do podróży. Koleżanka mówiła o Burkina Faso, ja o pustyni Takla Makan. Wszystkie dzieliłyśmy uwielbienie dla słowa Timbuktu. Jednym z miejsc o tak magicznych nazwach jest dla mnie Kalahari. Toteż z wielu książek kontrowersyjnego brytyjskiego pisarza wybrałam jedną, która nie została przełożona na polski, pomijając "Spacer z białym Buszmenem". Polecam jednak wszystkie książki Laurensa van der Posta. Stały się już klasykami literatury podróżniczej i choć są już dość wiekowe, warto poznać Afrykę jego oczami.

Riccardo Orizio "Zaginione białe plemiona" (tłum. Joanna Ugniewska, Mateusz Salwa)

W przypadku tej książki popełniam lekkie nadużycie, jako że tylko jeden jej rozdział jest poświęcony Namibii. Jest to jednak rozdział na tyle dobry, że umieszczenie książki na tej liście wydaje mi się zasadne. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczych Basterach - mniejszości etnicznej, wywodzącej się głównie od Holendrów, którzy wyruszyli niegdyś na Wielki Trek i osiedlili się w Namibii (niektórzy także w Angoli). Dzisiaj starają się o autonomię polityczną, mają nawet własną flagę.

Adam Hochschild "Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku" (tłum. Hanna Jankowska)

Ta książka dopiero przede mną, jednak po lekturze innych książek Hochschilda jestem pewna, że warto sięgnąć i po "Lustro o północy". To opowieść o RPA, w której historia słynnego treku, czyli migracji sporej grupy ludności w XIX wieku, przeplata się z obrazem współczesnego społeczeństwa tego kraju.

Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

W zestawieniu książek o południowej Afryce nie mogło zabraknąć doskonałego reportażu Wojciecha Jagielskiego. Sądzę, że nie trzeba go nikomu specjalnie polecać, ja zabieram się właśnie za powtórną lekturę.

Lawrence Anthony "The Elephant Whisperer"

Szkoda, że nikt nie wydał po polsku książki legendarnego już zaklinacza słoni, czyli człowieka, który przygarnął kiedyś stado wyjątkowo dzikich i niedających się opanować słoni. Tyle razy uciekały z rezerwatu, stanowiąc zagrożenie dla ludzi i dla siebie, że strażnicy wpadali w rozpacz. Anthony, przyrodnik, właściciel rezerwatu przyrody w RPA, zajął się niesubordynowanymi słoniami, poznał je blisko, zdobył ich zaufanie i lojalność. Wierzcie lub nie, ale kiedy zmarł, wiele lat po tym, jak napisał tę książkę, słonie zaczęły gromadzić się pod domem swojego dawnego opiekuna. Skąd wiedziały, że nie żyje?

André Brink "Tamta strona ciszy" (tłum. Anna Kołyszko, Michał Kłobukowski)

Wstrząsająca powieść pochodzącego z RPA pisarza, dość brutalna, ale też naprawdę piękna. Bohaterką jest Hanna, która wyjeżdża z Niemiec do Afryki Południowo-Zachodniej, tak bowiem nazywano dawniej Namibię. To powieść o podboju, ujarzmianiu kobiet i krajów. Przejmująca.

Mark i Delia Owens "Cry of the Kalahari"

Jeszcze jedna książka z Kalahari w tle. Autorzy spędzili wiele lat badając lwy pustynne, żyjące na pograniczu Botswany, Namibii i RPA. To książka nie tyle o lwach, ile o ich podróży przez ten region Afryki, o latach, które tam spędzili, o przyrodzie i o pustyni. Czytam ją powoli od kilku tygodni i podoba mi się coraz bardziej!

Poza dziesiątką, ale warto wspomnieć:

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce" - moja opinia tutaj.

David Olusoga, Gasper Erichsen "Zbrodnia Kajzera" (tłum. Piotr Tarczyński) - książka historyczna dotycząca ludobójstwa dokonanego przez niemieckich kolonizatorów na grupach etnicznych Herero i Nama na początku XX wieku. Doskonała i wstrząsająca.

Henno Martin "The Sheltering Desert" - opowieść o dwóch niemieckich geologach, którzy próbując uniknąć wcielenia do wojska podczas II wojny światowej, spędzili dwa i pół roku na pustyni Namib. Świetna, będę o niej jeszcze pisać.

Dorzucicie swoje propozycje do tej listy? Czytaliście coś o Namibii, RPA i Botswanie?

czwartek, 29 czerwca 2017

Mniej więcej raz w roku przestaję prawie czytać książki.

Nie oznacza to, że nie czytam niczego. Na kilka tygodni staję się współczesnym człowiekiem - zamiast przerzucania stron, otwieram kolejne karty w przeglądarce. Czytam wszystko, co znajdę na temat kraju, który sobie wymyśliłam jako cel letniego wyjazdu. Nie mam wtedy ochoty na książki, co nie znaczy, że nie gromadzę literatury z danym krajem związanej. Zdobywanie wiedzy związanej z organizacją podróży pochłania mnie jednak całkowicie i dopiero, kiedy wyłania mi się sensowny plan, zaczynam wracać do normalności.

Lista przeczytanych w czerwcu książek jest więc żałośnie krótka. W momencie, w którym podjęliśmy decyzję, że w tym roku wreszcie dotkniemy kontynentu, o którym tylko mówiliśmy od lat, mentalnie przeniosłam się do Namibii. Czytam namibijską prasę, wpatruję się w mapy, przeglądam fora internetowe. Próbuję cokolwiek zrozumieć. I wtedy w księgarniach pojawia się książka o Namibii - jedna z niewielu polskich książek o tym odległym kraju!

Wojciech Rogala, wrocławski podróżnik, napisał o białych mieszkańcach Namibii. Nie wiem, czy można powiedzieć, że jest ich tam dużo - stanowią 6% całej populacji. Ich wpływ na kształt kraju jest jednak olbrzymi, chociażby dlatego, że należy do nich większość ziemi. Namibia to była niemiecka kolonia, co widać choćby w niemieckich nazwach ulic. Kiedy powiedziałam córce, dokąd jedziemy, rzuciła się do przeglądania internetu (niedaleko pada jabłko). Zaczęła od spraw najistotniejszych - jakie tam żyją koty i co się je. Z kotami poszło łatwo, przy informacjach o potrawach zadumała się, po czym spytała: Co to jest bratwurst?

Przeczytałam więc "Witamy w białej Afryce" z zaciekawieniem, przeplatając lekturę z wydaną kilka lat temu, doskonałą i wstrząsającą "Zbrodnią Kajzera", opowiadającą o ludobójstwie, którego Niemcy dokonali na ludziach z grup Herero, Nama i kilku innych na początku XX wieku. I choć cieszę się niezmiernie, że ukazała się nowa książka o Namibii, nie mogę ukryć, że jej lektura mnie nie zachwyciła.

Być może zepsuły mnie lektury licznych, świetnie napisanych książek reporterskich, które ostatnio czytam wręcz hurtowo. Skoro jednak je czytam, nie mogę nie zauważyć, że książka Wojciecha Rogali nie jest napisana zgrabnie, lekko i z pomysłem. Składają się na nią liczne rozmowy z białymi mieszkańcami Namibii, obficie uzupełnione informacjami historycznymi i mniej obficie perypetiami autora. Wszystko byłoby fajnie, ale większość dialogów przypomina raczej przemowy. Często brakuje w nich życia i brzmią nieco sztucznie. Szkoda, tym bardziej, że ich treść bywa porażająca. Autor potrafi znaleźć interesujących rozmówców i poświęca im sporo czasu. Lubią go i mówią szczerze, często obnażając przy tym swoje rasistowskie nastawienie. Z ich wypowiedzi wyłania się dość smutny obraz kraju, w którym wszyscy wszystkich nienawidzą, z różnych przyczyn. Niestety, wystarczy przeczytać kawałek dialogu na głos, by stwierdzić, że nie brzmi on naturalnie.

Druga zasadnicza słabość leży chyba już w założeniu. Rozumiem, że zamysłem autora było przedstawienie białych mieszkańców afrykańskiego kraju, ich postaw i problemów, jednak mniej więcej od połowy książki zaczął mi bardzo doskwierać brak czarnoskórych rozmówców. Być może (zapewne) o to chodziło, żeby zostawić ich poza narracją. Jednak tak często i tak krytycznie są wspominani przez bohaterów książki, że wydaje się niesłusznym nieoddanie im głosu. Obroniłoby się to w jednym czy kilku artykułach, jednak przy całej, dość pokaźnej, bo liczącej ponad 400 stron książce, wydało mi się to nieudanym zabiegiem. Zresztą obraz białych Namibijczyków też byłby chyba pełniejszy, gdyby opowiadali o nich ich czarnoskórzy sąsiedzi?

Momentami w książkę wkradał się też chaos. Mam wrażenie, że autor posiadł tak rozległą wiedzę historyczną, że momentami zapominał, iż czytelnik niekoniecznie jest równie dobrze zorientowany. Piszę to zresztą z perspektywy czytelniczki, która ostatnie kilka tygodni spędziła czytając o Namibii. Mimo to kilka razy pogubiłam się i musiałam poszukać dodatkowych informacji w sieci, bo nie byłam pewna, czy dobrze rozumiem, o czym właściwie mowa. Namibia jest bardzo młodym krajem, jednak historię ma dość burzliwą i chyba warto czasem poprowadzić czytelnika za rękę.

Przy wszystkich tych niedociągnięciach nie mogę powiedzieć, że żałuję czasu spędzonego na lekturze. Dowiedziałam się sporo, zdałam sobie też sprawę z tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Zasmucił mnie i zadziwił obraz białych Namibijczyków, jaki wyłania się z tej książki. Mam wrażenie, że żyją w całkowitym oderwaniu od reszty kraju, a ogrom ich uprzedzeń przytłacza. Ciekawa jestem bardzo, czy takie samo wrażenie odniosę, będąc tam, a mój apetyt na Namibię uległ tylko zaostrzeniu.

Wojciech Rogala "Witamy w białej Afryce"

Wydawnictwo Muza 2017

Moja ocena: 3.5/6


piątek, 27 stycznia 2017

Zdarza wam się zajrzeć na koniec książki w trakcie lektury, żeby dowiedzieć się, jak się to wszystko skończy? Ja bardzo staram się tego unikać, zwłaszcza podczas lektury kryminałów. Nie wytrzymałam jednak, czytając książkę historyczną o dramatycznych losach pewnej XIX-wiecznej wyprawy polarnej!

Lubię czytać zarówno o ekstremalnych wyprawach, jak i o Arktyce, dlatego książkę Hamptona Sidesa "W królestwie lodu" kupiłam od razu po jej premierze i przeczytałam kilka dni później. Nie napisałam o niej wtedy na blogu, ponieważ zajęły mnie inne recenzje, ale ponieważ pracuję teraz nad tłumaczeniem książki o regionach polarnych, postanowiłam przejrzeć jeszcze raz reportaż Sidesa. Zajrzałam i przepadłam. Przeczytałam całość po raz drugi w dwa wieczory, równie zafascynowana, jak podczas pierwszego czytania.

"W królestwie lodu" nie jest bowiem typową książką historyczną. To raczej reportaż historyczny, a autor zgromadził imponujący materiał i sprawnie z niego korzysta. Żongluje cytatami z listów, artykułów gazetowych, dzienników wypraw, przeplatając nimi pasjonującą opowieść o marzycielach, którzy wyruszyli w nieznane, żeby raz na zawsze rozstrzygnąć nurtującą wówczas społeczeństwo kwestię istnienia ciepłego morza na biegunie północnym.

Oczywiście dzisiaj taki pomysł wywołuje tylko śmiech. Jakim cudem ktokolwiek, kto dotarł do granicy pokrywy lodowej, mógł wierzyć, że wystarczy przebić się kawałek dalej i wypłynie się na ciepłe wody, pełne morskich stworzeń, a może nawet zamieszkane przez nieznany lud. W XIX wieku jednak ta idea rozpalała wyobraźnię wszystkich pasjonatów geografii, włączając w to najpoważniejszych ekspertów. Do ich grona dołączył niejaki George De Long - doświadczony oficer marynarki, który brał udział w wyprawie na wody Grenlandii i zapadł na prawdziwą "gorączkę arktyczną", marząc o powrocie do krainy ciszy i lodu. Ponieważ sprawdził się już na zimnych wodach, a przez społeczeństwo amerykańskie został uznany za prawdziwego bohatera, udało mu się nawiązać znajomość z innym wizjonerem - Jamesem Gordonem Bennettem, amerykańskim milionerem, będącym wydawcą czasopisma "New York Herald". Bennett lubił wysyłać reporterów w nietypowe miejsca - to on był sponsorem wyprawy Stanleya, który przemierzył Afrykę w poszukiwaniu Livingstone'a. Teraz uwierzył, że organizując wyprawę, która dotrze na biegun polarny, zdobędzie materiał, który przewyższy popularnością relacje Stanleya.

Oczywiście od początku lektury wiemy, że De Longowi się nie powiedzie. Nie było takiej możliwości, skoro zakładał, że dotrze na biegun drogą wodną. Nawet kiedy wyruszał, wielu ludzi w to nie wierzyło. Doświadczony marynarz, pływający na kutrach wielorybniczych daleko na północ, powiedział De Longowi przed wyprawą: "Być może się pan przedrze. Ale możliwe także, że trafi pan prosto do piekła. Szanse na to są pół na pół". 

Gdyby De Long ociągał się nieco dłużej, nie wyruszyłby wcale. Wkrótce po tym, jak jego statek wypłynął z portu, przyszły wieści od innej ekspedycji, która stwierdziła, że ciepły prąd, rzekomo wypływający z otaczającego biegun morza, nie istnieje. De Long mógł zmodyfikować swoje plany, zdecydować się na inną trasę, gdyby o tym wiedział. Wiadomość przyszła jednak za późno.

Choć już z opisu okładkowego wiemy, że statek De Longa uwięźnie w lodzie, od lektury trudno się oderwać. De Long jest bohaterem doskonałym. Jest śmiały, uczciwy, zakochany w żonie i córeczce, lojalny względem swoich ludzi. Sides nie pomija też innych uczestników wyprawy. Poznajemy ich wszystkich bardzo dobrze, wiemy, kto z nich zostawił rodzinę, kto ma skłonność do ryzyka, kto najmniej ufa dowódcy wyprawy. Nie sposób nie martwić sie o ich losy i nie przewracać stron coraz szybciej w oczekiwaniu na najgorsze.

"W królestwie lodu" to barwna i poruszająca książka o odwadze i poświęceniu, o ludziach, którym pięćdziesiąt procent szans wystarczało, by zaryzykować życiem. Początkowo opowieść rozwija się wolno, a czytelnik może się początkowo niecierpliwić, chcąc, aby bohaterowie jak najszybciej wyruszyli. Później doceni jednak skrupulatność, z jaką Sides odmalował całe tło i zapoznał nas z życiorysami swoich bohaterów. A kiedy wyprawa się już rozpocznie, nie sposób przestać czytać. Nastawcie się na zarwaną noc i sporo emocji.

A jeśli już czytaliście i macie ochotę na podobną, równie dobrze napisaną książkę, polecam "Poza krawędź świata" Lawrence'a Bergreena, która podobnie zachwyciła mnie przed laty.

Moja ocena: 6/6

Hampton Sides "W królestwie lodu"

Tłum. Tomasz Hornowski

Wydawnictwo Rebis 2016



czwartek, 08 września 2016

Są książki, które pamięta się latami i wspomnienie których przywołuje od razu uśmiech na usta. Nawet jeśli czytaliśmy je dawno temu, pamiętamy wciąż emocje, jakie w nas budziły - pierwsze tomy Jeżycjady, wczesne książki Chmielewskiej, "Nasza rodzina i inne zwierzęta" Durrella. Niektóre z tych książek zajmują szczególne miejsce w sercach wielu czytelników i miło jest odkryć bratnią duszę, która je również czule wspomina, inne nie są tak szeroko znane. Wśród tytułów, do których chętnie wracam i które należą do najbardziej pogodnych i uroczych książek, jakie znam, są powieści weterynarza z Yorkshire, piszącego pod pseudonimem James Herriot.

Znacie przygody chłopaka, który pewnego letniego dnia zapukał do domku nieco ekscentrycznego weterynarza Siegfrieda Farnona, prowadzącego praktykę w miasteczku Darrowby w Yorkshire, by dostać tam pracę asystenta? Jeśli tak, to z pewnością uśmiechacie się teraz, wspominając cielaki przychodzące na świat w lodowatych oborach na wrzosowiskach, szorstkich i nieufnych farmerów, którzy zawsze pakowali weterynarzowi jakiś prowiant do samochodu, rozpieszczonego pieska, którego właścicielka urządzała przyjęcia w jego imieniu... Jeśli nie, to czym prędzej wybierzcie się do biblioteki lub po prostu kupcie pierwszy tom, bo będzie wam przyjemnie mieć go na własność!

Byłam już kilka razy w Yorkshire, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do miasteczka, w którym mieszkał autor tych cudnych opowieści. Kiedy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Wielkiej Brytanii, postanowiłam, że choćbym miała jechać całkowicie okrężną drogą, odwiedzę miasteczko, w którym mieszkał James Herriot. Chcąc uniknąć oporu rodziny, kupiłam "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" w formie ebooka (pisałam już, że na wyjazdy zabieram tylko jedną papierową książkę) i zaordynowałam, że będzie to nasza pierwsza wspólna lektura podczas tej podróży.


Na wakacjach zawsze czytamy na głos. Czytamy na głos także w domu, ale na wakacjach zawsze jest więcej okazji. Przyjemnie słucha się czytania podczas wspólnych pikników, w trakcie długiej podróży samochodem albo wieczorem w namiocie. Szybko okazało się, że miałam rację - Olę zauroczyły zabawne perypetie weterynarza, a i U, który już je znał, z przyjemnością je sobie odświeżał. Czytaliśmy podczas wycieczek przez wzgórza Yorkshire, a moja propozycja, by w drodze powrotnej ze Szkocji odwiedzić dom Herriota, spotkała się z entuzjazmem.

Oczywiście, w rzeczywistości James Herriot nazywał się zupełnie inaczej, a i miasteczka o nazwie Darrowby na mapie nie znajdziecie. Autor książek musiał ukryć się pod pseudonimem, ponieważ weterynarzom nie wolno było wówczas w żaden sposób reklamować swoich usług, a książka zawierająca opowieści o udanych zabiegach, wydana pod prawdziwym nazwiskiem, mogła zostać odebrana jako autoreklama. James Alfred Wight, powszechnie znany jako Alf Wight, wybrał sobie więc pseudonim. Wybór był dość przypadkowy - Alf oglądał mecz piłki nożnej i był pod wrażeniem doskonałej gry bramkarza Birmingham City, niejakiego Jima Herriota. Nazwisko przypadło mu do gustu i postanowił użyć go w charakterze pseudonimu.

Darrowby to tak naprawdę Thirsk - niewielkie miasteczko leżące prawie dokładnie pośrodku hrabstwa Yorkshire, pomiędzy parkami narodowymi Yorkshire Dales i North York Moors. Książkowe Darrowby nie jest oczywiście dokładnym odwzorowaniem Thirsku, jako że Herriot zlepił swoje miasteczko z kilku okolicznych miejscowości, ale Skeldale House istnieje naprawdę, i co więcej, można je zwiedzać. Wewnątrz mieści się jedno z najbardziej uroczych muzeów, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.

Wewnątrz domu, w którym niegdyś mieściła się praktyka Donalda Sinclaira (książkowego Siegfrieda Farnona), wciąż znajdują się oryginalne meble i inne przedmioty. Wnętrza pieczołowicie odtworzono, dbając o to, żeby wszystkie znane z książek pomieszczenia można było odwiedzić (no, prawie wszystkie, zabrakło gabinetu siejącej postrach panny Harbottle), na piętrze zaś mieści się fascynujące muzeum weterynarii i sala zabaw dla dzieci (i niektórych dorosłych;)). Nie zabrakło nawet garnka na pieniądze, stojącego nad kominkiem!

Figura czytającego gazetę Tristana jest dość kiczowata, ale cała reszta to autentyczne wyposażenie z czasów Herriota.

Z przyjemnością przemierzaliśmy kolejne pokoje, zaglądając do sali zabiegowej, sprawdzając, jakie książki miał w swojej biblioteczce Alf Wight i wyobrażając sobie, jak w środku nocy dzwoni stojący na półeczce w przedpokoju czarny telefon.

W tym pokoju lekarze jedli śniadania, jeśli spóźnili się na wspólne śniadanie, jedzone przeważnie w kuchni. Wszystkie pokoiki są naprawdę mikroskopijne!

Tylko kuchnia jest naprawdę przestronna. Widać, że było to naprawdę istotne pomieszczenie. W kredensie stoją przetwory, które wyglądają, jakby pamiętały lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku!

Mimo że pokoje są maleńkie, dom jest całkiem spory. Można posiedzieć w słońcu w niewielkim ogródku, zajrzeć do ogromnej i ciemnej stodoły, w której Tristan trzymał kiedyś swoje świnie. Wyglądając przez okno jednej z sypialni, wyobrażałam sobie, jak ich stadko pędzi w popłochu ulicą podczas pamiętnej ucieczki.

Na tyłach domu znajduje się telewizyjne studio, w którym kręcono niezwykle niegdyś popularny serial, oparty na książkach Herriota. Można objerzeć nie tylko kostiumy i scenografię, ale także wyposażenie studia z lat siedemdziesiątych. Szalenie podobał nam się słynny austin - kapryśny samochód, którym Alf Wight jeździł po wzgórzach, by dotrzeć do swoich pacjentów. Na najwyższym piętrze zaś spędziliśmy co najmniej godzinę, bawiąc się w dość staroświeckie i niesłychanie urocze gry, takie jak dopasowywanie zdjęcia rentgenowskiego do poszczególnych części ciała różnych zwierząt, rozpoznawanie gatunku po zębach, które trzeba było dokładnie obmacać, jako że były ukryte i nie można było ich zobaczyć, oraz najbardziej nietypowa atrakcja - wyciąganie cielaka z macicy plastikowej krowy (nie było to wcale takie łatwe)!

Wight pisał także dziennik, który nie został nigdy opublikowany - jego fragmenty są wystawione na wystawie na tyłach domu. Popularność własnych powieści zadziwiła go, a jeszcze bardziej zaskoczeni byli farmerzy, którzy korzystali z jego usług. Przecież to, o czym pisał, było całkiem zwyczajne! Ich zdaniem nie było nic ciekawego w takiej kronice życia codziennego. Nawet ironiczne podejście autora nie wydało im się nietypowe - sami tak właśnie chyba podchodzili do życia, z dużym dystansem i dawką humoru. Sam autor cierpiał podobno na depresję, ale potrafił pisać o swojej pracy z powściągliwym humorem, a przede wszystkim potrafił dostrzec piękno krainy, w której przyszło mu zamieszkać. Nie pochodził z Yorkshire, lecz zachwyciły go tutejsze wzgórza, przejrzyste powietrze, zapach wrzosów. W drodze do Thirsku zatrzymaliśmy się pośrodku wrzosowiska i choć wiele razy byłam już na wrzosowiskach, nigdzie jeszcze wrzosy nie pachniały tak intensywnie, jak tam.



Yorkshire ma wiele atrakcji związanych z literaturą. Tłumy turystów odwiedzają plebanię w Haworth, która była domem dla sióstr Brontë. Whitby przyciąga miłośników Drakuli, Scarborough zaś było tłem dla powieści Anne Brontë. Pisałam o tych miejscach tutaj. Wszedzie tam jest mnóstwo ludzi, przynajmniej w wakacje. W domu Herriota było oprócz nas zaledwie kilka osób. Jest tu spokojnie i przyjemnie, można spędzić kilka godzin, snując się po kolejnych pomieszczeniach, oglądając film o Herriocie w malutkiej sali kinowej, albo spacerując po miasteczku i szukając innych miejsc związanych z pisarzem. Thirsk leży nieco na uboczu, jadąc do najbardziej znanych atrakcji Yorkshire raczej się go omija, ale jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie. A potem pojedźcie na okoliczne wzgórza, usiądźcie wśród wrzosów i przeczytajcie choć jeden rozdział przygód tego najsłynniejszego weterynarza.

 

Więcej zdjęć z domu Herriota pokażę na instagramowym profilu Miasta Książek, a inne zdjęcia z Yorkshire i ze Szkocji znajdziecie na instagramowym profilu Innych Stron. Relacja z całego wyjazdu już wkrótce na Innych stronach. Zapraszam :)

poniedziałek, 01 lutego 2016

Spędziliśmy właśnie cały tydzień w górach, jeżdżąc na nartach (w Zieleńcu śnieg jest zawsze, serio!), czytając książki, grając w planszówki i wędrując po polach i lasach. Dzisiaj w pracy koleżanka spytała mnie, czy nie baliśmy się złej pogody i tego, że nasza córka będzie się nudzić. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

Jeździmy z Olą po świecie od zawsze. Kiedy miała kilka lat, wchodziła z nami na górskie szczyty w Norwegii i wstawała w środku nocy, żeby zobaczyć wschód słońca nad indonezyjskim wulkanem. Bez mrugnięcia spędza 12 godzin w samochodzie albo dwa dni w pociągu. Je rzeczy, ktorych nie potrafi nazwać, nie boi się spróbować czegoś nowego, zjada potrawy tak ostre, że wiele osób nie potrafiłoby ich przełknąć. Potrafi wymienić dziesiątki stolic, rzek, wie, jak pachnie dżungla i umie siedzieć bez ruchu, by zobaczyć szczekuszkę lub sóweczkę.

Myślicie, że mamy szczęście? Że trafiło nam się cierpliwe i zainteresowane światem dziecko? Tak uważa wiele moich koleżanek, które powtarzają, że ich dzieci nigdy by tego nie wytrzymały, zanudziłyby się, a cały wyjazd byłby męczarnią. Nie umiem stwierdzić, czy tak rzeczywiście by było, wiem jednak, że nasza córka nie urodziła się z umiejętnością jedzenia curry i spędzania wielu godzin w niewygodnym pojeździe. Nauczyliśmy ją tego.

I także ta nauka zaczęła się od książek. Książek, zabawek, map, kolorowanek - wszystkiego, co pomaga rozbudzić w dziecku zainteresowanie światem. Nawet długa podróż nie będzie nudna, jeśli dziecko będzie wiedziało, przez jakie okolice jedzie, co ciekawego czeka na nie u celu i co można zobaczyć po drodze.

Książki o podróżach

My zaczęliśmy od książek dość prostych i kolorowych. Seria o Neli, małej podróżniczce, to taka literatura podróżnicza w wersji pop. Nela jeździ po świecie i opowiada o egzotycznych miejscach. Nic szczególnego, ale dla kilkuletniej dziewczynki odkrycie, że inna dziewczynka w jej wieku może mieć takie przygody, było czymś niezwykłym. Na drugi ogień poszedł Bear Grylls w wersji dla dzieci - seria "Misja: przetrwanie" rozbudza wyobraźnię i pomaga przekształcić męczące przeżycia w ekscytujące przygody. Cudowne książki Łukasza Wierzbickiego poszerzały horyzonty, zwłaszcza kiedy przekonałyśmy się, że ten autor prowadzi niesamowicie inspirujące spotkania z czytelnikami.


Oprócz książek o podróżach, w biblioteczce mojej córki pojawiało się też wiele encyklopedii przyrodniczych i atlasów. Czytaliśmy je razem i rozmawialiśmy o tym, dokąd trzeba pojechać, żeby je zobaczyć, jak trudno się tam dostać i co zrobimy, żeby sobie z tymi trudami poradzić.

Może to zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale książki to jeszcze nie wszystko. Tu mnie macie - mam w domu coś oprócz książek!

Puzzle, gry, kolorowanki

Rzadko widuję mój stół kuchenny w całej okazałości. Przeważnie leżą na nim setki puzzli, co zresztą spostrzegawczy czytelnicy mogli zauważyć na niektórych zdjęciach na tym blogu. Układamy całą rodziną, często angażując znajomych. Te puzzle mamy od niedawna, ale już wiemy, że będziemy je układać często, bo dawno żadna układanka nie sprawiła nam tyle radości!


Mapa świata podzielona na 1500 elementów? Okazało się, że to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska różnym krajom, jeziorom i wysepkom. Nie dopasowujemy na ślepo, tylko analizujemy nazwy widoczne na każdym kawałku. Przy okazji jest to niezłe ćwiczenie lingwistyczne - trzeba zastanawiać się, czy dana nazwa brzmi po hiszpańsku czy raczej po rosyjsku? Wcześniej układaliśmy nieco prostsze układanki, które są świetne do nauki geografii - kto potrafi bezbłednie umiejscowić wszystkie europejskie kraje? A jeśli Europa nie stanowi wyzwania, to może Azja? Poszczególne elementy mają kształt danych państw.


Kiedy puzzle się znudzą, można sięgnąć po grę planszową. Graliście kiedyś w Faunę? Najlepsze jest w niej to, że dorośli wcale nie mają większych szans na wygraną! Moja córka lubi także kolorować, wpisuje się zresztą doskonale w panującą właśnie modę. Mam nadzieję, że dzięki tej kolorowance zapamięta wreszcie, gdzie leży Sandomierz, a gdzie Zamość.


Planując podróż, zawsze włączaliśmy Olę w przygotowania. Studiowała ze mną mapy, zaznaczając miejscowości o śmiesznych nazwach. Przeglądałyśmy zdjęcia miejscowych dań, zastanawiając się, jak będą smakować. Przed każdym wyjazdem zakładałam nam obu dzienniki podróży. Na pierwszej stronie zamieszczałyśmy listę rzeczy do spakowania, a potem ja zapełniałam swój zapiskami z drogi, a Ola rysunkami. Czy jechałyśmy nad Biebrzę, czy do Toskanii, czy do Chin - Ola zawsze wiedziała, co tam warto zobaczyć i podobnie jak my, miała swoją listę rzeczy, które chce zrobić i zobaczyć. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dziennikowi i dobremu przygotowaniu dawała sobie radę nawet podczas długich i męczących tras. Oczywiście, miewała kryzysy - opowieść o jej pierwszym trekkingu w dżungli, kiedy przewróciła się na glinie i upadła na kolczasty krzew, a potem chlipała przez godzinę, pomrukując pod nosem: A mogłam jechać z dziadkami nad morze, by w sekundę zapomnieć o swoim zmęczeniu, kiedy zobaczyła wśród gęstwiny tapira, zyskała już w rodzinie status legendy. Wiadomo, że wyjazdy są męczące, dla dzieci i dla dorosłych. Ale czy to znaczy, że nie warto?

Kiedy byłam mała, o podróżach mogłam tylko pomarzyć. Godzinami obracałam globus, wyobrażając sobie, że pływam żaglówką między wyspami Mikronezji albo że wspinam się na himalajskie szczyty. Teraz świat jest inny, podróżowanie jest proste. Może warto przełamać swoje lęki i zainteresować dziecko światem? Wiadomo, nie każdy chce jechać na koniec świata, jeśli jednak wizja wyjazdu nad morze przeraża was i nie wiecie, jak zająć dziecko w trakcie kilkugodzinnej podróży, może spróbujcie przygotować je już wcześniej? Zaraźcie je miłością do świata i przyrody, a każde wakacje staną się prostsze. Trzeba tylko uwierzyć we własne dzieci i w to, że dadzą radę! Zjedzą niedobre jedzenie, jeśli będą głodne i zadowolone z siebie, wejdą na górę, jeśli będą wiedziały, po co to robią, prześpią się po namiotem równie chętnie, jak w ładnym hotelu - dajmy im tylko szansę się na to przygotować.


Wpis powstał we współpracy z księgarnią ArtTravel.pl, w której się po prostu zakochałam!  Rzadko polecam tu konkretne księgarnie, ale ta wypełnia pewną lukę i będę do niej często zaglądać, choćby w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych :)

* * *

Polecam też wpisy o podróżach z dzieckiem na Innych stronach:

Projekt - parki narodowe

Z dzieckiem do galerii sztuki

* * *

A może polecicie jakieś inne książki podróżnicze dla dzieci, albo zabawki, które pomogą zainteresować dziecko podróżami i światem? Przypuszczam, że pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, których nie znam, bo moja córka jest na nie za duża!

środa, 09 września 2015

Za oknem widzę szare bloki, ale sercem wciąż jeszcze jestem w górach. Kilka tygodni temu siedziałam przed namiotem, z zapartym tchem czekając, aż chmury przesuną się, a ostatnie promienie słońca padną na szczyt Piku Lenina. Patrzyłam i zazdrościłam tym, którzy niewątpliwie w ten wyjątkowy pogodny dzień zdobywali szczyt. Słuchałam chaotycznych relacji grupki Polaków, którym się udało i którzy właśnie wrócili do bazy, i myślałam sobie, że może kiedyś...?

Pemba Gyalje, jeden z autorów dramatycznej opowieści o K2 mówi o gorączce szczytowej.

...Ger mówił, że jeśli zobaczymy szczyt, dopadnie nas gorączka szczytowa. Ostrzegał, żebyśmy nie zmierzali do punktu, z którego widać wierzchołek, jeśli bierzemy pod uwagę odwrót.

Przypomniałam sobie, jak silne pragnienie opanowało mnie pod Pikiem Lenina - nierealne, a jednak trudne do strząśnięcia. Może w innym życiu się wspinałam, nie wiem. Wydaje mi się, że rozumiem ludzi, którzy ryzykują wszystkim, żeby na chwilę stanąć na górze.

Wiem też, co będę czytała w charakterze odtrutki, jeśli zaczną mnie ogarniać te nierealne mrzonki. "Mordercza góra" sprawdzi się doskonale. Dawno nie czytałam tak przerażającej relacji z wysokich gór, a przecież w ostatnich miesiącach powtórzyłam sobie obie książki o Broad Peaku.

Irlandczyk Pat Falvey i Szerpa Pemba Gyalje napisali o tym, jak w pewien piękny, pogodny dzień ponad dwadzieścia osób wyruszyło na szczyt K2. Osiemnaście weszło na szczyt K2, a jedenastu zginęło w ciągu 48 godzin. Opowieść irlandzkiego wspinacza i doświadczonego Szerpy najpierw czyta się z pewną dozą sceptycyzmu, zwłaszcza że relacja wydaje się początkowo dość sucha, ale nie wiadomo kiedy historia nas pochłania całkowicie i nie sposób się od niej oderwać.

Jak to w ogóle możliwe, że w tak krótkim czasie może zginąć tyle osób? Odpowiedź na to pytanie jest jednocześnie gorzką diagnozą środowiska wspinaczy, a że udziela jej doświadczony Szerpa, który jako jeden z nielicznych nie tylko dał radę zejść w tym felernym dniu ze szczytu, ale potrafił też pomóc kilku osobom, jest to diagnoza, z którą warto się zapoznać. Zresztą, wspinacze to przecież tylko ludzie, i opowieść o tym, dlaczego w tym dniu niektórzy nie dali sobie rady, jest w istocie opowieścią o naszych słabościach.

Wszystko bowiem poszło nie tak, a mimo to prawie nikt tego nie zauważył. Łańcuch błędów, popełnianych przez kolejne, doświadczone przecież osoby, z perspektywy czytelnika wydaje się wręcz niewiarygodny. A jednak! Mimo że wiedzieli o tej górze wiele, i znali jej reputację jako jednej z najbardziej niebezpiecznych, zaryzykowali. Może nie do końca świadomie, bo po wielogodzinnym przebywaniu w tzw. strefie śmierci, czyli obszarze położonym powyżej 8000 m n.p.m. nie myśli się jasno i nie podejmuje racjonalnych decyzji, ale jednak tak podstawowa sprawa, jak wejście o zbyt późnej godzinie umknęła większości wspinaczy. I nawet ich rozumiem - siedzieli w obozie bazowym od tygodni, tak znudzeni i zniechęceni, że gdy wreszcie przyszła wymarzona pogoda, naprawdę chcieli wejść.

Zaczynamy lekturę ze świadomością, że jedenastu jej bohaterów nie wróci do domów. Tylko jeden z nich jest wymieniony na samym początku. Ger McDonnell był przyjacielem obu autorów i między innymi dla niego powstała ta książka. Jego śmierć pozostaje owiana tajemnicą, ale Falvey i Gyalje próbują rozproszyć choć część wątpliwości. Tożsamość pozostałych ofiar poznajemy dopiero wtedy, gdy z zaciśniętym gardłem czytamy najbardziej dramatyczną część książki.

Nie wiem, czy na każdym ta lektura zrobi tak wielkie wrażenie, ale ja nie mogłam się po niej otrząsnąć. To wszystko zdawało się tak głupie, przypadkowe, niepotrzebne! A przecież ci, którzy przeżyli, choć część z nich odniosła naprawdę poważne obrażenia, wspinają się nadal. Pemba Gyalje powiedział po tym wszystkim:

K2 to piękna góra. Przez tych, któzy nazywają ją górą mordercą, przemawia brak przygotowania, doświaczenia i zaplecza. Kiedy coś idzie nie tak, mówią, że to góra zabija, że jest dzika itp. Wcale tak nie jest. To wspaniała góra.

Rola Szerpów podczas całej akcji była nie do przecenienia. To oni wykazali się największą odpornością na niszczący wpływ wysokości, co więcej, potrafili nie tylko zachować rozsądek, ale umieli z wielkim poświęceniem ratować innych. Historia dwóch z nich i ich zupełnie nieprawdopodobnego zejścia stanowi zresztą temat innej książki, która natychmiast wskoczyła na moją listę lektur.

Nie jest to więc tylko opowieść o największej tragedii na zboczach K2. To także historia tego, do czego ludzie są zdolni w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a także refleksja na temat naszej słabości. Wygląda na to, że łatwo było ulec pokusie i iść naprzód, w kierunku lśniącego w słońcu szczytu.

Piękna to i porywająca lektura - warto po nią sięgnąć, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami literatury górskiej. Więcej w "Morderczej górze" namiętności, napięcia i dramatyzmu, niż w niejednym thrillerze.

Moja ocena: 6/6

Oprócz książki powstał także film - obejrzyjcie jego trailer!




piątek, 04 września 2015

Przez kilka lat myślałam, że będę studiować archeologię. Zaczytywałam się w książkach o starożytnym Egipcie, o Inkach i Aztekach, chodziłam między tajemniczymi rzeźbami stojącymi na zboczach góry Ślęży i marzyłam o tym, co kiedyś sama wykopię z ziemi. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku nie zawiozłam jednak papierów do Instytutu Archeologii, czego czasami trochę żałuję. Nadal kocham wszystkie historie związane z poszukiwaniem skarbów z dawnych epok, a dzięki wyjazdowi do chińskiego Turkiestanu odkryłam, że istnieje cała masa fascynujących opowieści o archeologach, przygodach i olśniewających odkryciach, o których nie wiem kompletnie nic!

Źródło: Kmusser (wikipedia.org)

Zastanawialiście się kiedyś, jakie skarby mogą skrywać piaski pustyni Takla Makan? Karawany wędrujące przez setki lat wzdłuż Jedwabnego Szlaku musiały ją przebyć - leży ona na drodze zarówno do Europy, jak i do Indii i Iranu. Pustynia ta zawsze była prawdziwym postrachem dla podróżnych. To druga największa piaszczysta pustynia na świecie, słynna z powodu straszliwych burz piaskowych, które zrywają się bez żadnego ostrzeżenia. Niebo nagle ciemnieje, zaś ludzie i zwierzęta muszą szybko szukać schronienia lub chociaż przykryć się ciężkimi kocami, by ochronić się przed bezlitosnym wiatrem i pyłem. Łatwo stracić wtedy orientację - nikt nie wie, ile karawan zostało na pustyni na zawsze.

Dzisiaj przez środek Takla Makan biegnie asfaltowa szosa. Podobno nadal zdarzają się burze piaskowe, a jadące nią rejsowe autobusy muszą niekiedy zatrzymywać się na wiele godzin. Jednak przekroczenie pustyni stało się łatwe. Dawniej tylko szaleńcy udawali się w głąb pustyni. Wiozące cenne towary karawany wędrowały północnym lub południowym skrajem pustyni, tworząc dwie odnogi Jedwabnego Szlaku. Wędrowano od oazy do oazy, zaś niewielkie osady zaczęły się rozrastać, gdy ich mieszkańcy zorientowali się, że na podróżnych mogą nieźle zarobić. Powstawały miejsca noclegowe, w Azji Środkowej i Zachodniej zwane karawanserajami, tworzyły się też bazary, na których handlowano przewożonymi przez podróżnych towarami. Część cennego ładunku zostawała więc tutaj, a początkowo niewielkie siedliska rozrastały się, tworząc gwarne i piękne miasta, przyciągające artystów zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu.

Oczywiście, mieszkanie choćby na obrzeżach Takla Makan wiązało się z wieloma niebezpieczeństwami. Studnie mogły wyschnąć, zaś burze piaskowe zasypać część miasta. Niektóre z kwitnących osad pustoszały - czasem znienacka, czasem stopniowo. Zdobione domy, biblioteki pełne manuskryptów, pokryte freskami świątynie buddyjskie - wszystko to zasypywał piasek. Miasta znikały pod wydmami.

Kiedy w dziewiętnastym wieku świat opanowała gorączka poznawania, odkrywania i gromadzenia skarbów, znaleźli się śmiałkowie, którzy uwierzyli w krążące czasem po Sinkiangu pogłoski o niezwykłych skarbach, jakie można wykopać na pustyni. Poszukiwacze przygód, szpiedzy i naukowcy z Europy i Japonii zaczęli nieśmiało wyprawiać się na zachód Chin. Pierwsze odkrycia wprawiły ich w zachwyt. Zaczął się prawdziwy wyścig po skarby Jedwabnego Szlaku.

Brzmi sensacyjnie? Tak właśnie było, a opowieść o tych czasach spisana przez Petera Hopkirka w fascynującej książce "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku. W poszukiwaniu zaginionych miast i skarbów w chińskiej części Azji Środkowej" to historia pełna dramatycznych przygód i niebezpieczeństw. Czytałam ją z wypiekami, siedząc na tarasie w Kaszgarze - mieście, z którego wyruszały wszystkie chyba ekspedycje zmierzające w stronę Takla Makan.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Peter Hopkirk to brytyjski pisarz, który sam zresztą mógłby zostać bohaterem książki przygodowej - był wojskowym i podróżnikiem, został kiedyś aresztowany pod zarzutem szpiegostwa, był też na pokładzie samolotu porwanego przez terrorystów. Dobrze wie, o czym pisze w swoich książkach - przeszukuje archiwa, jeździ do miejsc, o których pisze. "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku" to pierwsza z jego książek i jedna z dwóch wydanych po polsku (drugą czytam w tej chwili i z trudem się odrywam od lektury!), wszystkie zaś dotyczą Azji Środkowej i tego, w jak wielu ludziach ten rejon budził różne żądze.

Historia śmiałków, szukających skarbów na Takla Makan, budzi wiele emocji także ze względu na wiążące się z nią dylematy moralne. Europejczycy i Japończycy wywozili bowiem z Chin całe skrzynie pełne rzeźb, manuskryptów, bezcennych tkanin. Ze ścian świątyń zdejmowano całe freski, skuwano zdobienia domów. Współczesny podróżnik musi mieć bogatą wyobraźnię, bowiem ruiny starożytnych miast są praktycznie puste. O ile zresztą zostanie w ogóle w pobliże jakichkolwiek ruin wpuszczony, Chińczycy bowiem wyciągnęli wnioski z bolesnej lekcji i niechętnie dopuszczają obcokrajowców do tego, co pozostało po skarbach Jedwabnego Szlaku. Wiele ruin dostępnych jest tylko po wykupieniu bardzo drogich zezwoleń, zaś wycieczka musi odbywać się pod bezustanną opieką chińskiego przewodnika.

Trudno im się dziwić - bezcenne skarby leżą dzisiaj w magazynach muzeów na całym świecie i tylko niewielka ich część należy do Chińczyków. Co gorsza, większość przedmiotów wywiezionych z Takla Makan leży w magazynach, niedostępna dla zwiedzających, nie badana i nie katalogowana. Część uległa zniszczeniu, kiedy pod koniec II wojny światowej zbombardowane zostało Muzeum Etnograficzne w Berlinie.

Z drugiej strony, to, czego Europejczycy nie wywieźli, także częściowo uległo zniszczeniu. Żołnierze zakwaterowani w grotach pełnych buddyjskich fresków z nudów niszczyli malowidła. W czasie rewolucji kulturalnej zachęcano miejscowych do rozbierania starożytnych budowli i wykorzystywania kamieni jako materiałów budulcowych. Dzieła sztuki zostawione w wielu miastach w Afganistanie i Syrii dzisiaj nie istnieją, a świat bezradnie patrzy, jak są niszczone. Kto wie, ile ze skarbów Jedwabnego Szlaku przetrwałoby do dziś w niezbyt przecież spokojnym Sinkiangu?

To wszystko pytania bez odpowiedzi, które z pewnością czynią opowieść Hopkirka jeszcze ciekawszą. A przecież to i tak sensacyjna książka, opowiadająca o ludziach szaleńczo odważnych. W pogoni za marzeniami przemierzali pustynię, umierając niemalże z pragnienia. Wędrowali przez tereny, których mapy nie istniały. Spędzali na Takla Makan długie, zimowe miesiące, kiedy temperatury spadają tam mocno poniżej zera, zaś jedynym źródłem wody są przewożone na wielbłądach bryły lodu. By znaleźć ruiny, wkradali się w łaski miejscowych - kłamali, czarowali, przekonywali. Kierowała nimi pasja, ale także chęć posiadania, której nic nie mogło stłumić.

Hopkirk pisze dość sucho, jednak historie, które opowiada, są tak niesamowite, że jego styl nie przeszkadza w lekturze. Skupia się na przygodach sześciu podróżników: Szweda, Brytyjczyka, Francuza, Niemca, Amerykanina i Japończyka, pokazując, jak gorączka Jedwabnego Szlaku stopniowo ogarniała cały świat. Po lekturze jego książki mam ochotę natychmiast wyruszyć w podróż - tym razem nie na Takla Makan, ale do rozsianych po całym świecie muzeów, w których można zobaczyć przynajmniej część przywiezionych z pustynnych miast skarbów.

Zachęcam do lektury, a jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądało moje (niestety krótkie) spotkanie z tą środkowoazjatycką pustynią, zapraszam tutaj.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kiedy przychodzi wiosna, chciałabym być w Nowym Jorku. Idąc za radą bohaterów "Mam wiadomość", spędziłam tam dwa cudowne, wiosenne tygodnie trzy lata temu i od tego czasu co roku, kiedy zaczynają kwitnąć forsycje, tęsknię za tym niepodobnym do żadnego innego miastem. Skoro jednak w tym roku nie uda mi się tam wrócić, może chociaż o nim poczytam? Oto bardzo subiektywnie wybrana dziesiątka książek o mieście, które nigdy nie śpi:

1. Kamila Sławińska "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny"

Zacznę od książki, którą czytałam na krótko przed wyjazdem, tak że całe fragmenty książki Sławińskiej tkwiły mi żywo w pamięci, kiedy przemierzałam opisywane przez nią miejsca. Bardzo emocjonalny i doskonale napisany przewodnik, który jest właściwie zbiorem opowieści o wybranych miejscach.

2. Colson Whitehead "The Colossus of New York"

Ta niewielka książeczka towarzyszyła była pierwszą pozycją, jaką kupiłam w legendarnym Strandzie (oczywiście nie ostatnią). Towarzyszyła mi codziennie w pociągu, którym dojeżdżałam na Manhattan z Newark, i miałam wrażenie, że czuję, jak idealnie rytm tej prozy pasuje do tętna nowojorskich dworców. Recenzję znajdziecie tutaj.

3. Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Jeśli mielibyście przeczytać tylko jedną książkę o Nowym Jorku, niech to będzie właśnie ta. Jeśli przeczytaliście ich już dziesiątki, Magdalena Rittenhouse i tak was zaskoczy.

4. Rem Koolhaas "Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu"

Tę książkę czytam od jakiegoś czasu - powoli, bo jej lektura oszałamia. Właściwie można się tego było spodziewać już po zapoznaniu się z tytułem.

5. Amy Waldman "The Submission"

Prowokująca i ważna powieść, która pyta o to, kim stali się nowojorczycy po 11 września. W konkursie na projekt pomnika dla ofiar ataku na WTC zwycięża projekt, którego autorem jest muzułmanin. Pomysł na fabułę genialny w swojej prostocie.

6. Claire Messud "Dzieci cesarza"

Losy grupki młodych nowojorczyków jako pretekst do rozważań o amerykańskim społeczeństwie. Recenzja tutaj.

7. Sam Wasson "Piąta aleja, piąta rano"

Numerem siedem miało być "Śniadanie u Tiffany'ego", które wielbię bezgranicznie. Może jednak lepiej będzie polecić książkę, która opowiada o powstaniu filmu z Audrey Hepburn w roli głównej - warto przeczytać, żeby zrozumieć, z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się filmowcy i jak skomplikowany był świat ówczesnego Nowego Jorku.

8. Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Cofnijmy się teraz jeszcze bardziej w czasie - chyba nigdy Nowy Jork nie był bardziej fascynujący, niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy jego potęga dopiero się rodziła. Książka Winnickiej może nie jest specjalnie odkrywcza, ale można sobie wiedzę odświeżyć w sposób wyjątkowo przyjemny - Winnicka pisze zgrabnie, a książka ma piękne ilustracje.

9. Caleb Carr "Alienista"

Z epoki jazzu przenieśmy się kilka lat wstecz. Jest końcówka XIX wieku, a w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca. Policji pomaga tytułowy alienista - ktoś, kto dzisiaj zostałby nazwany psychopatologiem, wtedy zaś był tajemniczym dziwakiem. Świetny, bardzo nastrojowy kryminał!

10. Emily Barton "Brookland"

Skoro już przemieszczamy się w czasie, dziesiąta książka opowie o osiemnastowiecznym Nowym Jorku. Cudowna historia o niezwykłej kobiecie i moście, który połączył Brooklyn z Manhattanem. Muszę ją koniecznie przeczytać raz jeszcze i napisać na jej temat długą i pełną zachwytów notkę.

Macie swoje ulubione nowojorskie lektury? Przyznam, że z trudem ograniczyłam się do dziesięciu - obszerną listę znajdziecie w komentarzach pod tym tekstem - korzystam z niej od trzech lat :) Jeśli zaś marzy Wam się wiosenny Nowy Jork, pod tagiem New York znajdziecie relacje ze spacerów po poszczególnych dzielnicach. Ach, jak bardzo chciałabym się znowu znaleźć na Brooklynie, patrząc na zapalające się powoli światła Manhattanu, lub przespacerować po Central Parku w słoneczne, kwietniowe popołudnie...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...