tereny zielone

środa, 19 kwietnia 2017

Według ornitho.pl – bazy, do której obserwatorzy ptaków wprowadzają swoje obserwacje, w tym roku udało mi się jak dotąd zobaczyć 51 gatunków ptaków. Bardzo słabo w zestawieniu ze statystykami innych osób, nieźle w porównaniu z moimi zeszłorocznymi obserwacjami. A biorąc pod uwagę to, co zrobił Noah Strycker, wypadam gorzej niż dwudziestoletni Golf z rozładowanym akumulatorem obok bolidu Formuły 1.

Noah Strycker pobił bowiem w 2014 roku rekord świata. Słyszeliście o konkursie nazywanym Big Year (Wielki Rok)? Polega on na tym, że ptasiarze starają się zobaczyć jak najwięcej gatunków ptaków w trakcie jednego roku kalendarzowego. Wszystko zaczęło się w latach trzydziestych XX wieku, a konkurs dotyczył tylko terenu Ameryki Północnej. Oparty jest na honorze – dowodem obserwacji jest notatnik, zdjęcia lub inne potwierdzenia nie są wymagane. Nad wszystkim czuwa American Birding Association. Konkurs stał się lepiej znany, kiedy słynna rywalizacja trzech ptasiarzy stała się tematem filmu komediowego „Wielki Rok”.

Ogólnoświatowy Wielki Rok ma nieco krótszą, choć nie mniej pasjonującą historię. Na świecie znanych jest mniej więcej 10400 gatunków ptaków. W 2008 roku para Brytyjczyków zaobserwowała 4341 z nich, ustanawiając tym samym rekord. Na pobicie go porwał się cześć lat później właśnie Noah Strycker. Jego celem było zobaczenie przynajmniej 5000 gatunków, czyli mniej więcej połowy z wszystkich nam znanych. Zaczął od razu po północy 1 stycznia, jako że na Antarktydzie, gdzie wtedy przebywał, panował dzień polarny. Wcześniejszy rekord pobił już 16 września w Indiach. Rok zamknął z imponującym wynikiem – zaobserwował 6042 gatunki ptaków. Wiele z nich uwiecznił na zdjęciach, chętnie też podróżował z innymi ptasiarzami, którzy mogli zaświadczyć o prawdziwości jego obserwacji.

W trakcie swojego Wielkiego Roku Noah odwiedził 41 krajów. Zaczął od Antarktydy, następnie przemierzył obie Ameryki, Afrykę, Azję, następnie Australię, rok zaś zamknął w Indiach. Kilka razy był w niebezpieczeństwie, na przykład wtedy, kiedy w Indonezji natknął się na wojskowych prowadzących obławę na członków Al-Kaidy. Niektóre dni były wyjątkowo udane – w Panamie udało mu się zaobserwować 186 gatunków w ciągu jednej doby. Tylko trzy dni w roku nie przyniosły mu żadnego nowego gatunku.

Co ciekawe, jego niezwykła determinacja pozwoliła mu wprawdzie ustanowić rekord świata z przytupem, jednak już 11 miesięcy później rekord ten został pobity przez Holendra, Arjana Dwarshuisa, który zaobserwował 6833 gatunki. Jak dotąd, nikomu nie udało się tego przebić.

Wiele osób uważa, że takie współzawodnictwo wypacza sens obserwacji ptaków i że nie powinno się „zaliczać” kolejnych gatunków. Ważniejsze jest prowadzenie wnikliwych obserwacji i czynna ochrona ptaków. Jednak książka Stryckera, wydana właśnie w języku polskim, jest dowodem na to, że pobijanie rekordów nie przeszkadza w dogłębnym poznawaniu ptasich zwyczajów, zaś szybki rzut oka na relacje obu rekordzistów pozwala stwierdzić, że są oni bardzo zaangażowani w działania na rzecz ochrony przyrody. Zresztą zwyczajem osób biorących udział w Big Year jest podejmowanie działań równoważących szkodliwy wpływ, jaki mają ich liczne podróże samolotowe na środowisko naturalne. Nie ma się więc co zżymać na tę rywalizację – lepiej podziwiać determinację i rozległą wiedzę osób, które podejmują tak ekstremalne wyzwania.


„Rzecz o ptakach” to lektura absolutnie urocza i intrygująca. Autor opowiada w niej o różnych ptasich zwyczajach, starając się je wyjaśnić lub przynajmniej przekazać wiedzę, którą naukowcy zdołali na ich temat zgromadzić. Opisuje na przykład skomplikowane loty olbrzymich stad szpaków, które można obserwować późnym latem i jesienią, próbując przy tym dociec, jakie jest ich znaczenie i w jaki sposób ptaki dają radę wykonać tak skomplikowany układ choreograficzny, nie rozbijając się o siebie. Skrupulatnie relacjonuje próby sprawdzenia, czy ptaki rozpoznają się w lustrze, z humorem opowiadając o srokach, którym na szyi zawieszono kolorowe znaczki. Niejeden rodzic zadrży ze zgrozy, czytając o tym, jak Noah przytargał do ogrodu truchło jelenia, aby przywabić okoliczne sępy.

Podobnie jak autor niezwykle modnego „Sekretnego życia drzew” i „Duchowego życia zwierząt”, Noah Strycker stara się pokazać najbardziej niezwykłe i zastanawiające zjawiska, próbując przekonać czytelnika, że ptaki potrafią więcej, niż nam się wydaje i mają umiejętności lub zdolności, o jakich nie możemy nawet marzyć. Orzechówki zakopują tysiące nasion, po czym po kilku miesiącach bezbłędnie do nich trafiają – tak doskonałą pamięcią pochwalić się mogą tylko nieliczni ludzie. Gołębie wywiezione na inny kontynent bezbłędnie trafiają do domu. Sępniki mogą jeść mięso zakażone najbardziej zjadliwymi bakteriami, na przykład wąglikiem lub jadem kiełbasianym.

Czasami irytowały mnie porównania między ptakami a ludźmi – nie czuję potrzeby odnoszenia wszystkiego do własnego gatunku, często zresztą takie zestawienia wydają mi się nieco sztuczne. Przypuszczam jednak, że wielu czytelnikom się one spodobają, zwłaszcza że faktycznie pomagają uzmysłowić sobie niezwykłość niektórych cech i zachowań. Zabrakło mi jeszcze jednej rzeczy – zdjęć opisywanych ptaków albo przynajmniej kolorowych ilustracji. Przydałyby się zwłaszcza wtedy, kiedy Strycker pisze o gatunkach, które w Polsce nie występują. A skoro już o uchybieniach mowa, zadziwił mnie brak nazwiska tłumacza na stronie tytułowej. Owszem, znalazło się one na stronie redakcyjnej, ale jednak przyzwyczaiłam się już do tego, że tłumacz jest w książce lepiej widoczny i wielka szkoda, że wydawnictwo Muza postanowiło się z tej tradycji wyłamać. Poza tym jednak lektura „Rzeczy o ptakach” to sama przyjemność. Warto przeczytać, albo chociaż podczytywać co jakiś czas kolejne rozdziały, a następnie częściej podnosić wzrok. Ptaków wokół nas jest co niemiara, a to, jak fascynujące bywają ich zachowania, łatwo zauważyć nawet w wielkim mieście.


Moja ocena: 5/6

Noah Strycker "Rzecz o ptakach"

tłum. Michał Radziszewski

Wydawnictwo Muza 2017

poniedziałek, 20 marca 2017

Widziałam kiedyś wykończonego całonocnym ryczeniem jelenia. Stał w wysokiej trawie na Hali Kondratowej, 200, może 300 metrów od schroniska, tuż obok szlaku prowadzącego na Czerwone Wierchy. Z poroża zwisał mu smętnie kłąb suchej trawy, a on wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń. Był wspaniały - potężny, z rozłożystym porożem. Rykowisko jednak wykończyło go tak, że sprawiał wrażenie nieobecnego.

Szlakiem maszerowało sporo turystów. Był słoneczny, wrześniowy dzień, idealny na górską wycieczkę. Ktoś z przejęciem wyjął aparat, zrobił zdjęcie jelenia z Czerwonymi Wierchami w tle. Ktoś inny podszedł o krok bliżej, potem o kolejny. Po kilkunastu minutach rozbawione i hałaśliwe grupki ustawiały się obok jelenia i strzelały sobie selfie. Ten odsunął się kawałek, potem położył w trawie, ludzie jednak nie odpuszczali. Taka okazja nie trafia się często, nikt ze znajomych na pewno nie ma profilowego z jeleniem...

Na szczęście turyści się znudzili i poszli dalej, zostawiając mnie i moich znajomych w stanie lekkiego stuporu. Owszem, też robiliśmy zdjęcia, ale z oddali, starając się nie zakłócić spokoju wycieńczonego zwierzęcia. Po lekturze "Wilka zwanego Romeo" z łatwością umiem sobie wyobrazić, że na miejscu jelenia mógłby się znaleźć nawet niedźwiedź. Wystarczyłoby, żeby zachowywał się spokojnie i przyjaźnie przez dłuższą chwilę, a z pewnością znalazłby się ktoś, kto zapragnąłby zmieścić się w jednym kadrze z pociesznym misiem. A co, jeśli wtedy miś przestałby być tak pocieszny i przyjaźnie nastawiony?

W miasteczku Juneau na Alasce pojawił się pewnego dnia przyjaźnie nastawiony wilk. Początkowo trzymał się na uboczu, potem coraz śmielej zbliżał się do ludzi, a zwłaszcza do psów. Pozbawiony swojej watahy, szukał towarzystwa, zaczepiając o połowę od siebie mniejsze psiaki. Ich właściciele nie wiedzieli, jak się w tej sytuacji zachować. Na Alasce wilków nie brakuje, zazwyczaj jednak schodzą one człowiekowi z drogi. Ten wilk wyraźni szukał kontaktu, jednocześnie jednak był ostrożny i raczej spolegliwy. Uciekał, jeśli podeszło się zbyt blisko, ale wkrótce wracał. Zaczął nawiązywać relacje z niektórymi psami i z niektórymi ludźmi, rozpoznawał ich, a nawet reagował na komendy.

I choć to Alaska, a nie Hala Kondratowa, znalazło się sporo osób, które zaczęły przekraczać granice. Przyprowadzały do wilka dzieci, robiły mnóstwo zamieszania, czasem tłocząc się w jego pobliżu i wprowadzając nerwową atmosferę. Niektórzy próbowali wabić wilka przysmakami. W prasie pojawiają się artykuły o przyjaznym wilku, a do Juneau zaczynają zaglądać turyści. Nie brakuje też takich, którzy chętnie by wilka odstrzelili albo przynajmniej przetransportowali go w bardziej odludne rejony kraju.

Nick Jans od dawna interesuje się wilkami. Dawno temu zamienił broń palną na aparat fotograficzny, przeprowadził się wraz z żoną i psami na Alaskę i marzy o tym, żeby zrobić dobre zdjęcie wilka. Spotykał wilki już wcześniej, wie o nich naprawdę dużo, jednak obecność niezwykłego wilka na obrzeżach miasteczka stawia jego życie na głowie. Jego żona jest równie podekscytowana. Rezygnują z wakacji w tropikach, żeby być bliżej stworzenia, któremu Sherrie nadaje imię Romeo. Oboje próbują poznać wilka bliżej, a Nick spędza mnóstwo czasu tropiąc go, obserwując i martwiąc się o jego los.

"Wilk zwany Romeo" to kronika kilku lat, podczas których Romeo zmienił życie całego miasteczka, a zaraz smutna i przejmująca opowieść o ludziach i wilkach. Mimo tego, że w baśniach i filmach wilk jest zwykle czarnym charakterem, nikt, kto zagłębił się w ten temat, nie będzie miał wątpliwości, że tak naprawdę to nie wilk jest zły. Nick Jans skrupulatnie analizuje wszystkie udokumentowane przypadki ataków wilków na człowieka w Ameryce Północnej, udowadniając tym samym, jak fałszywe są nasze wyobrażenia o tym, że wilki są dla nas groźne. Opisuje wilcze zwyczaje, opowiada o ludziach, którzy z wilkami mieli do czynienia, a nade wszystko stara się odmitologizować to piękne i krzywdzone przez nas zwierzę.

Romeo ujmuje i trudno oprzeć się jego urokowi. Jans snuje swoją opowieść ze swadą i lekkością, jednocześnie jednak nie ucieka przed pewną nostalgią. Trudno podczas lektury oprzeć się złym przeczuciom. Tyle zła wyrządziliśmy już przyrodzie, że kiedy dzikie zwierzę, będące przedstawicielem budzącego tyle emocji gatunku, ufnie przychodzi do nas i staje się częścią naszych żyć, nie umiemy się w tej sytuacji odnaleźć. Piękna to książka, którą warto przeczytać. W sieci znajdziecie sporo zdjęć Romea - obejrzyjcie koniecznie. Są urocze i zadziwiające. A potem pamiętajcie o nich, kiedy ktoś zacznie wam wmawiać, że wilki w naszych lasach stanowią śmiertelne zagrożenie.

Moja ocena: 5/6

"Wilk zwany Romeo" Nick Jans

Tłum. Adam Pluszka

Wydawnictwo Marginesy 2016

środa, 24 sierpnia 2016

Siedzimy na wzgórzu i chłoniemy niesamowity widok. Przed nami, aż po horyzont, ciągną się łagodne, pocięte kamiennymi murkami wzgórza. Na soczyście zielonych pastwiskach (trudno, żeby nie były zielone, skoro codziennie pada) pasą się niewielkie grupki owiec. Jest cicho, powietrze drga. Leniwie płynie czas.

Nie dla wszystkich jednak ten krajobraz to przedmiot estetycznych uniesień. Murki kiedyś ktoś pracowicie ułożył, dopasowując kolejne kamienie. Owce niedawno ostrzyżono, za to brama się lekko zwiesza i czeka na zreperowanie. Wśród tych zielonych wzgórz żyją ludzie, którzy zajmują się hodowlą owiec, od pokoleń reperując kamienne murki, gromadząc siano na zimę, doglądając owiec. Krajobraz, który ja jako turystka zawłaszczam na chwilę dla siebie, jest ich miejscem. Nie patrzą na niego przez pryzmat poezji, a ciągły deszcz oznacza dla nich gnijące siano, a nie błoto na szlaku.

Czytając doskonałą książkę Jamesa Rebanksa podczas przemierzania północnej Anglii, nie sposób o tym nie myśleć. Rebanks to pasterz z dziada pradziada - jego rodzina mieszka w Lake District od pokoleń, a tajników hodowli owiec uczył się od dziadka zanim jeszcze poznał alfabet. Czuje, że jest we właściwym miejscu, że przynależy do otaczającego go krajobrazu. Nie wybrał tego życia, zostało mu dane, a jednak on sam nie chciałby żadnego innego.

Kto może powiedzieć o sobie to samo? Większość z nas żyje zupełnie inaczej, dokonujemy wyborów, czasem przemyślanych, czasem przypadkowych, kreujemy siebie nawet po kilkakroć, zmieniamy miejsce zamieszkania, wybieramy spośród setek możliwych opcji. Cenimy sobie te możliwości, i słusznie, jednak czytając "The Shepherd's Life" trudno nie zwątpić choćby przez chwilę, zazdroszcząc autorowi tej pewności, że jest tam, gdzie powinien.

James Rebanks zresztą swój los nie tylko odziedziczył, ale także wybrał. Życie w pasterskiej rodzinie to nie sielanka, praca jest ciężka i bezustanna, a źródeł konfliktów jest wiele. James od zawsze kłócił się ze swoim ojcem, a jako zbuntowany nastolatek, niespodziewanie dla siebie, swoich przyjaciół i sąsiadów, uciekł do świata, którego jego ojciec i dziadek nie cenili - zaczął nałogowo czytać. Zdobyta poprzez lekturę wiedza umożliwiła mu ukończenie edukacji (wcześniej przerwał naukę, nie widząc sensu w chodzeniu do szkoły). Ostatecznie trafił na studia, i to nie byle gdzie - przyjęto go na uniwersytet w Oksfordzie. Świat stał przed nim otworem. On jednak studiował z zapałem, ale kiedy tylko mógł, wracał na rodzinną farmę. Po studiach zaś osiedlił się z powrotem na wzgórzach i poszedł w ślady ojca i dziadka.

O swoich owcach pisze ze swoistą czułością. Zna każdą z nich, wie, gdzie przyszła na świat, ile wydała potomstwa. Wie, które są doświadczone i poradzą sobie z opieką nad młodymi, a którym trzeba pomóc. Zagląda do nich każdego dnia, często przemierzając całe kilometry. Owce, które hoduje, żyją bowiem na swobodzie, wędrując po pastwiskach, które stanowią wspólną własność mieszkańców doliny.Na tych terenach wciąż obowiązują stare prawa, wszyscy wiedzą, komu ile owiec przysługuje, rozpoznają swoje stada, pomagają sobie w kłopotach. W tym surowym obszarze inaczej nie da się przetrwać.

Lake District, podobnie jak inne północne rejony kraju, jest słonecznym i przyjemnym miejscem tylko przez kilkanaście tygodni w roku. Przez większość czasu panuje tu zima, wieją silne wiatry, ciągle pada. Nawet lato potrafi być naprawdę deszczowe, czego doświadczyliśmy w tym roku na własnej skórze. Praca na farmie to nie sielanka - kiedy nawarstwiają się problemy, trzeba wykazać się niesamowitym opanowaniem i zdolnościami logistycznymi. Owce wymagają opieki, doglądania, dokarmiania, reagowania na różne problemy. Zimą, kiedy jasno jest tylko przez kilka godzin, zwyczajnie nie starcza czasu na wszystko. "The Shepherd's Life" to przede wszystkim opowieść o ciężkiej, niekończącej się pracy.

Nie na darmo jednak autor przeczytał tyle książek. Potrafi wskazać kontekst, rozumie kulturową wartość tego, czym się zajmuje. Farma nie jest dla niego obowiązkiem - to symbol ciągłości, jedyny sposób na zachowanie krajobrazu kształtowanego przez pokolenia. Jest w nim też poeta, który zgrabnym zdaniem oddaje piękno świata, w którym przyszło mu żyć.

Nie sądziłam, że książka o owcach okaże się tak doskonałą, olśniewającą miejscami lekturą. Przeczytałam, obserwując codziennie kolejne stada na kolejnych wzgórzach, i przyznam, że nieco zazdroszczę autorowi - tej pewności, że jest tam, gdzie powinien, że robi coś, co ma głęboki sens.

Przeczytajcie, a jeśli nie czujecie się na siłach (choć zaręczam, że książka jest napisana dość prostym językiem, tylko kilka słów dotyczących owiec i farmy może sprawić problemy), polubcie autora na Twitterze (https://twitter.com/herdyshepherd1) - jego profil jest często aktualizowany i cieszy się zasłużoną popularnością.


Moja ocena: 6/6

 

PS. Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki przywiozłam z wakacji, zajrzyjcie na Instagrama: https://www.instagram.com/miasto_ksiazek/ :)

niedziela, 08 maja 2016

Chyba nie pamiętam, jak to się zaczęło. Jestem dziewczyną z miasta, wychowałam się na wrocławskim blokowisku, przyrodę znałam raczej z książek. Może pierwszy był Durrell i znoszone przez niego do domu zwierzaki? A może zaczęło się znacznie poważniej - od "Wirungi" i poczucia, że jestem coś winna Dian Fossey, choć jej nigdy nie widziałam?

Nie wiem, podobnie jak nie mam pojęcia, jak to się stało, że pewnego dnia zapisałam się na listę dyskusyjną Foto-przyroda, pojechałam na pierwszy w życiu plener fotografii przyrodniczej, a nawet dostałam na zaoczną biologię. Choć jednak nie pamiętam szczegółów, nie mam wątpliwości, że za tym wszystkim stoją książki.

Tak czy inaczej, nadal chętnie czytam o przyrodzie, a przyrodnicze lektury zajmują sporą część mojej biblioteczki. Z radością obserwuję także, że moda na czytanie o zwierzętach i roślinach dociera także do nas. W Wielkiej Brytanii jest mnóstwo książek o łąkach, lasach, o ptakach w mieście i poza nim, o motylach, rzekach i górach. Oczywiście - łatwiej wydaje się takie książki w kraju, w którym obserwowanie ptaków jest niemalże narodowym hobby, a porady dotyczące przyciągnięcia zwierząt do domowych ogródków pojawiają się regularnie w prasie. Na szczęście i nasi wydawcy coraz śmielej sięgają po książki typowo przyrodnicze. Marginesy mają świetną serię Eko, Czarne zaś Menażerię, a pojedyncze książki pojawiają się także w innych wydawnictwach. Ja zaś to wszystko kupuję, czytam i się napawam, tylko miejsce na półkach już dawno mi się skończyło.

Dzisiejsze słońce, kwiaty na balkonie i głosy jerzyków polujących między blokami sprawiły, że zaczęłam wyciągać kolejne przyrodnicze lektury, aby ostatecznie wybrać dziesięć książek o zwierzętach, które moim zdaniem warto znać!

Tom Michell "Lekcje z pingwinem"

O zwierzętach czyta się przyjemnie, bo bywają zabawne i urocze. Jeśli rozczulają was filmiki o kotach, papugach, sówkach i innych zwierzakach, zakochacie się w książce o młodym Brytyjczyku, który pod wpływem impulsu uratował oblepionego ropą pingwina. A kiedy okazało się, że ptak nie ma zamiaru odpłynąć w siną dal, zabrał go na kampus i zakwaterował w wannie. Książka jest przezabawna, ale też wzruszająca - ostrzegam!

Dave Goulson "A Sting in the Tale"

Książkę można napisać dosłownie o wszystkim - najlepszym dowodem jest zaskakujący bestseller o drewnie. Dave Goulson napisał porywającą książkę o trzmielach, którą czyta się jak najlepszą powieść, choć zawiera mnóstwo konkretnych informacji. Jest to zarazem relacja z tego, w jakim stanie jest nasze środowisko naturalne i jak bardzo wszystko jest ze sobą w przyrodzie powiązane.

Peter Matthiessen "Śnieżna pantera"

Nie po raz pierwszy umieszczam tę książkę na niedzielnej liście, i nie po raz pierwszy przyznaję, że gdybym miała do końca życia czytać w kółko jedną książkę, "Śnieżna pantera" miałaby duże szanse na to, że ją wybiorę. Piękna i mądra opowieść o tym, jak wyprawa w poszukiwaniu nieuchwytnego drapieżnika pomogła autorowi poradzić sobie z żałobą i odnaleźć sens.

William Fiennes "The Snow Geese"

Fascynują mnie wędrówki ptaków. Autor tej książki najwyraźniej tę fascynację podziela, ponieważ pewnego razu postanowił odbyć wędrówkę wraz ze stadem gęsi, konkretnie śnieżyc dużych. Książka nie jest po prostu relacją z tej wędrówki. To raczej zbiór różnych impresji, wiadomości o ptakach, wspomnień autora. Nic wielkiego, a jednak lubię do tej książki wracać.

Gerald Durrell "Moja rodzina i inne zwierzęta"

Sądzę, że nie muszę tej książki reklamować, jeśli jednak jakimś cudem jej nie znacie, koniecznie po nią sięgnijcie. To jedna z najbardziej uroczych, ciepłych i podnoszących na duchu książek, jakie kiedykolwiek napisano! Durrell napisał zresztą wiele innych książek, których bohaterami, przynajmniej po części, są zwierzęta, i powiem wprost - kocham je wszystkie!

Alan Rabonowitz "Jaguar"

Żałuję, że wydawnictwo Prószyński i S-ka nie wydaje już serii Obieżyświat. Ukazało się w niej sporo świetnych i nieoczywistych książek podróżniczych, a kilka tytułów dotyczy przyrody. "Jaguar" to opowieść o samotnej walce pewnego zoologa o ustanowienie pierwszego na świecie rezerwatu, którego celem jest ochrona jaguarów. Czyta się to niczym thriller, choć historia jest jak najbardziej prawdziwa!

Farley Mowat "Wirunga"

Nie jestem nawet pewna, czy najpierw przeczytałam książkę, czy obejrzałam film, pamiętam za to, że efektem tej lektury było po pierwsze bezkrytyczne uwielbienie dla Farleya Mowata (przeczytałam potem wszystko, co kiedykolwiek napisał), a po drugie wyjazd do centrum rehabilitacji orangutanów na Borneo. "Wirunga" to wprawdzie książka o gorylach górskich, a przede wszystkim o niesamowitej kobiecie, która dla tych goryli poświęciła wszystko, ale budzi obawę o los wszystkich małp człekokształtnych. Spotkanie z gorylami górskimi jest jednym z moich największych marzeń, przede wszystkim zaś chciałabym, żeby ich los był mniej niepewny. Po przeczytaniu "Wirungi" będzie śledzić wszystkie kampanie, których celem jest ochrona dzikich zwierząt, podpisywać petycje i wspierać organizacje ochrony przyrody drobnymi datkami. Inaczej się nie da, kiedy miało się do czynienia z Dian Fossey, choćby było to tylko spotkanie na kartach książki.

Stanisław Łubieński "Dwanaście srok za ogon"

Pisałam o tej książce całkiem niedawno tutaj - to świetnie napisany zbiór, nie ma szans, żebyście się zawiedli na tej lekturze!

Helen Macdonald "H is for Hawk"

Kolejna książka, o której niedawno pisałam (klik). Niebawem ukaże się w polskim tłumaczeniu, w serii Menażeria Wydawnictwa Czarne. Nie przegapcie, jeśli doceniacie piękny język i mądrą, niebanalną literaturę faktu. To nie tylko opowieść o oswajaniu jastrzębia. Przede wszystkim to książka o radzeniu sobie ze stratą, a także o szukaniu samej siebie.

Mikołaj Golachowski "Czochrałem antarktycznego słonia"

Jedna z moich najnowszych lektur, która od razu wdarła się na listę ulubionych. Jeszcze o tej książce napiszę, tymczasem powiem tylko, że podczas lektury śmiałam się, wzruszałam i wiem, że będę do niej wracać!

Nie zmieściły się książki Jamesa Herriota o przygodach pewnego weterynarza, które bawią mnie niezmiennie od bardzo wielu już lat (pozwólcie, że nie zdradzę, od ilu, żeby samej siebie nie dołować liczeniem). Nie zmieściła się książka ważna, której jednak nie mam i chyba mieć nie będę. Mowa o "Wydrach pana Gavina" Gavina Maxwella - jednej z pierwszych książek, jakie przeczytałam w oryginale. To urocza opowieść o wydrze, po lekturze której będziecie marzyć o posiadaniu takiego niesfornego zwierzaka. Zakończenie jednak złamało mi kiedyś serce i choć teraz byłabym pewne bardziej odporna, boję się po nią sięgnąć ponownie i sprawdzić. Powinnam też umieścić na kupce "Nie taki wilk straszny" Mowata - krótką i zabawną książeczkę o życiu ze stadem wilków, którą pominęłam, bo "Wirungi" tego samego autora pominąć nie mogłam.

Dopisalibyście do tej listy coś jeszcze? Jeśli lubicie czytać o zwierzętach, podzielcie się tytułami, jeśli zaś do tej pory omijaliście takie książki szerokim łukiem, może tym razem poczujecie się zachęceni?


poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Siedzę na balkonie. Na tle nieba tak błękitnego, że wyglądałoby kiczowato na fotografii, odcina się wyraźnie jasny brąz pustułki. Jedna siedzi w budce, druga kołuje, płosząc stadko ruchliwych szpaków. Metalicznie połyskujące pióra sroki migają między gałęziami. Trwają ostatnie poprawki przy gnieździe, a sroki wydają się bardzo zaaferowane, co chwilę skrzeczą przeraźliwie, przepychają się, przynoszą kolejne patyki. Jedna z nich zostawiła mi wczoraj w doniczce orzech włoski - często traktują mój balkon jako prywatną spiżarnię, kiedyś znalazłam kawałek parówki skrzętnie ukryty między pelargoniami. Co jakiś czas zaglądają też modraszki, które przez całą zimę były regularnymi gośćmi. Słychać stukanie dzięcioła.

Nie mieszkam na wsi. Mój balkon znajduje się w samym sercu poznańskiego blokowiska, na gwarnym osiedlu. Wydawałoby się, że nie jest to dobre miejsce do obserwacji ptaków. A jednak! Ptaków w mieście jest naprawdę wiele, i nie są to tylko gołębie. David Lindo, brytyjski ornitolog, radzi: "Po prostu zadzieraj głowę". To wystarczy, by odkryć, że nasze miasta są dużo bardziej dzikie, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Davida Lindo cytuje w swojej książce Stanisław Łubieński. Cytuje też wielu innych pisarzy, opowiada o malarzach, tropi zapomniane postaci historyczne. "Dwanaście srok za ogon" to nie tylko książka o ptakach. To książka o tym, jak można dać się owładnąć pasji, o tym, że życie nie musi polegać tylko na chodzeniu do pracy i zajmowaniu się domem.

Łubieński pisze więc o ptakach i o swojej fascynacji nimi, ale jednocześnie wspomina o Chełmońskim, o Jamesie Bondzie, o Jonathanie Franzenie. Snuje swoje erudycyjne opowieści w gawędziarskim stylu, bez wysiłku przechodząc od wspomnień z włóczęg po górach do opowieści o życiu brytyjskiego pisarza hodującego ptaki drapieżne.

Na wyobraźnię mocno działają fragmenty dotyczące obozów obrączkarskich i ptasich migracji. Łubieński pozwala nam zajrzeć do świata najbardziej zapalonych ptasiarzy, którzy całe tygodnie spędzają w namiotach, w regularnych odstępach czasu przeglądając sieci. Pomaga nam zrozumieć ekscytację młodego człowieka, który po raz pierwszy trzyma w dłoni rudzika lub mysikrólika. Przeplata to informacjami o trudach ptasich wędrówek i niebezpieczeństwach, jakie czekają na nasze ptaki podczas drogi na południe. I choć to nie powieść, trudno się od lektury oderwać.


Już jakiś czas temu zdiagnozowałam u siebie Compulsive Birding Disorder. Nie jestem w tym osamotniona - amerykański pisarz Jonathan Franzen przyznał w eseju zatytułowanym "My Bird Problem", że jest uzależniony od obserwacji ptaków. Czekając na autobus, liczę kwiczoły na trawniku, przechodząc koło Collegium Maius zawsze wypatruję pustułek - ich gniazdo, ulokowane bardzo dogodnie w załomie dachu, obserwowaliśmy przez okno z sali, w której odbywały się ćwiczenia z zoologii kręgowców (prawdopodobnie nie wiecie, że studiowałam także biologię). Nie wiem, czy wciąż tam gniazdują, ale słyszę je czasem, wysiadając z tramwaju na Fredry. Ptaki mnie uspokajają.

Nie jestem więc obiektywna w swojej ocenie książki Łubieńskiego, jednak sądzę, że nie trzeba interesować się ptakami, by znaleźć przyjemność w lekturze tej mądrej i pieknie napisanej książeczki. Pokuszę się nawet o taką konkluzję - jeśli mielibyście przeczytać tej wiosny tylko jedną książkę, złapcie "Dwanaście srok za ogon". A potem podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach.

Moja ocena: 6/6

Stanisław Łubieński "Dwanaście srok za ogon"

Wydawnictwo Czarne 2016

wtorek, 01 marca 2016

Napiszę to od razu - mało rzeczy denerwuje mnie bardziej, niż okreslanie, że coś jest przeznaczone tylko dla mężczyzn albo tylko dla kobiet. Dlatego książka, która już na okładce informuje, że zawiera wszystko, co powienien wiedzieć mężczyzna, działa na mnie jak płachta na byka. Myślę, że wiem więcej o drewnie niż niejeden mężczyzna, mając za sobą sporo zimowych wyjazdów do ogrzewanej wyłącznie kominkiem drewnianej chaty. Ponieważ jednak lubię książki o życiu blisko przyrody, zdecydowałam, że przełknę tę pigułkę i sprawdzę, czy książka Larsa Myttinga warta jest całego zamieszania, które wokół niej powstało.

Jakim cudem bowiem książka o rąbaniu, układaniu i palenia drewna stała się światowym bestsellerem? W samej Norwegii sprzedano ponad 300 tysięcy egzemplarzy, w Wielkiej Brytanii w ciągu miesiąca wydawca musiał zainwestować w cztery dodruki. Ten sukces dobitnie świadczy o tym, że rynek książki wciąż potrafi być nieprzewidywalny.

Przeczytałam i muszę stwierdzić, że nie jest to do końca książka, jakiej się spodziewałam. Nastawiłam się na refleksyjną lekturę o związkach człowieka z lasem, tymczasem "Porąb i spal" to przede wszystkim poradnik. W poszczególnych rozdziałach autor dzieli się wiedzą na temat sprzętu do cięcia i rąbania drewna, sposobów układania szczap w stosy, gatunków drewna i rodzajów pieców. Porady te przeplatane są krótkimi historiami o ludziach, którzy przez całe życie zajmowali się drewnem, i te historie właśnie podobały mi się najbardziej. Ich bohaterowie są dla mnie postaciami niemalże egzotycznymi, zaś ich bliska więź z lasem budzi we mnie zazdrość.

Nie mogę jednak powiedzieć, że reszta książki okazała się nudna. Mytting pisze z werwą i zaangażowaniem, widać, że temat jest mu bliski i że chciałby, aby wszyscy podzielali jego miłość do drewna. Siedzący w bloku w środku miasta czytelnik wbrew sobie zaczyna podzielać tę fascynację i chętnie ogląda piękne stosy i piramidy, czyta o pieńkach i suszeniu wilgotnego drewna.

Przyznam, że nadal nie rozumiem, dlaczego to właśnie ta książka wzbudziła aż takie zainteresowanie, ale nie żałuję spędzonego nad nią czasu. Będzie świetnym prezentem dla każdego, kto ma w domu kominek i komu zdarza się rąbać drewno na opał. A także dla takiego jak ja mieszczucha, który marzy o domu w lesie i stosie drewna pod oknem...

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 14 lutego 2016

Albumy z reprodukcjami są duże, ciężkie i drogie. Zajmują dużo miejsca na półkach i bywają dość nieporęczne. Dlaczego więc kilka półek w moim domu ugina się pod znaczącym ciężarem albumów z obrazami i fotografiami?

Książki to zaiste niezwykłe przedmioty. Nie tylko mają moc przenoszenia czytelnika w całkiem inny świat, mogą mu ten świat w sposób całkiem dosłowny pokazać. Kocham je za ich różnorodność i nie żal mi miejsca i pieniędzy na te, które zachwycają pięknem i pokazują dzieła sztuki. Od lat zbieram albumy przyrodnicze, głównie zawierające zdjęcia. Większość kupiłam lub zamówiłam za granicą, jako że nasz rynek jest jeszcze pod tym względem dość ubogi, choć należy zauważyć, że od jakiegoś czasu sytuacja się zmienia. Dlatego dzisiaj napiszę o wyjątkowo pięknym albumie, który ukazał się niedawno w naszym kraju.

Dobry album nie jest łatwo wydać. Żeby oglądanie go miało sens, druk musi być naprawdę wysokiej jakości, szczególnie jeśli chodzi o odwzorowanie kolorów. Liczy się wszystko - papier, format, ułożenie zdjęć lub obrazów na stronach. Muszą ze sobą współgrać, przenosząc czytelnika, czy właściwie oglądającego, z jednej strony na drugą, uwodząc go i wciągając w swoistą opowieść bez słów.

W mojej biblioteczce pojawiła się ostatnio pozycja, która uwiodła mnie bez reszty. Album "Sztuki piękne pod Tatrami", przygotowany przez Teresę Jabłońską, która przez dwadzieścia jeden lat pracowała jako dyrektor Muzeum Tatrzańskiego, to opowieść o tym, jak najwyższe polskie góry inspirowały artystów. To nie tylko zestawienie obrazów, rysunków, grafik, fotografii i innych form sztuki, które łączy wspólny temat. Raczej jest to wizualna historia tego, co się w tatrzańskiej sztuce przez ostatnie dwieście lat zmieniało i jak różnorodne dzieła powstawały w cieniu Giewontu.

Zakopane zawsze działało jak magnes na wszelkiej maści artystów. W XIX wieku w góry jeździło się albo dla podreperowania zdrowia, albo w celu uprawiania wedrówek. Pod Tatrami zbierały się polskie elity, a że malowanie i szkicowanie należało wtedy do pożądanych umiejętności, nic dziwnego, że wielu odwiedzających próbowało swoich sił, malując pejzaże i portrety górali. Malarze zjeżdżali się do Zakopanego, by ćwiczyć swoje umiejętności i czerpać inspirację z dzikiego piękna tych niezwykłych gór.

Nam Tatry często kojarzą się z tłumem na szlakach - ja sama unikam jeżdżenia tam w lecie, a nawet w jesienne weekendy trudno odłuższe chwile samotności. Oglądając te pejzaże, malowane na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, odnajduję takie Tatry, o jakich marzę - spokojne i majestatyczne. Odkrywam dzieła dobrze znane, ale przede wszystkim z ciekawością zapamiętuję nowe nazwiska, nazwiska twórców, o których nigdy wcześniej nie słyszałam.

Wydawca albumu niczego nie zaniedbał. "Sztuki piękne pod Tatrami" to książka piękna pod każdym względem. Zachwyca jej zawartość, której bogactwo oszałamia, ale docenić należy także formę. Zadbano o wszystko: o papier, o druk, o układ reprodukcji. Jedyną wadą tej książki jest jej waga, nie jest łatwo ją przeglądać i niewygodnie się ją trzyma na kolanach, jest to jednak cena, którą trzeba zapłacić za wysokiej jakości papier. Poza tym nic nie zakłóca przyjemności oglądania, a godziny łatwo mijają.

Album ułożony jest chronologicznie, zaczynając od nastarszych rysunków, będących często ilustracjami do książek. W dalszych rozdziałach omawiane są kolejne okresy w sztuce tatrzańskiej, bez podziału na formę. Im bliżej współczesności, tym większa różnorodność panuje, a my możemy poznać nie tylko obrazy i rysunki, ale także inspirowane Tatrami plakaty, rzeźby, zdjęcia, a nawet koronki. Nie jestem aż taką koneserką i niespecjalnie interesuję się rzeźbą, ale warto było spojrzeć na inspirowaną górami sztukę całościowo.

Spędziłam nad tym albumem już sporo czasu, przeglądając go sama lub z córką. Niektóre obrazy i rysunki nas tak zachwyciły, że planujemy już wycieczkę do Muzeum Tatrzańskiego, żeby zobaczyć oryginały. Myślę, że będziemy do tej publikacji wracać, kiedy najdzie nas tęsknota za górami.


"Sztuki piękne pod Tatrami"

Teresa Jabłońska

Wydawca: Tatrzański Park Narodowy i Muzeum Tatrzańskie 2015

czwartek, 26 lutego 2015

Kto z nas nie zaczął swojej znajomości z najwyższymi polskimi górami od Morskiego Oka? To jezioro, nazwane przez Władysława Tarnowskiego, pianistę i poetę, "Tatrów duszą zwierciadlaną", przyciąga nad magnes zarówno alpinistów, jak i ceprów, wędrujących nad jego brzeg w tenisówkach lub szpilkach. Aż 30% całego ruchu turystycznego w Tatrach odbywa się właśnie na szlaku prowadzącym nad Morskie Oko.

Rzadko można kontemplować piękno jeziora w ciszy i samotności. Trzeba zostać na noc w schronisku, w terminie dalekim od wszelkich ferii i wakacji. Wtedy, wstając o świcie, możemy cieszyć się widokiem bez towarzystwa głośnych grupek jedzących gofry.

Mimo tej oszałamiającej popularności, to właśnie nad Morskim Okiem można spotkać wspinaczy, którzy opowiadają wieczorami o swoich górskich przygodach - spędziłam tu kiedyś kilka magicznych wieczorów, słuchając takich opowieści. Na okolicznych skałach szlify zdobywają liczni alpiniści, co roku też zdarzają się tu wypadki (średnio kilkanaście interwencji TOPR rocznie). Stąd też wyrusza się na najwyższą polską górę.

Jeśli Tatry są wam bliskie, nie przegapcie pięknej książki, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Tatrzańskiego Parku Narodowego. "Morskie Oko - przyroda i człowiek", pod redakcją Adama Choińskiego i Joanny Pociask-Karteczki to prawdziwe kompendium wiedzy o Morskim Oku, książka nie tylko zawierająca niesamowitą ilość wiedzy, ale także pięknie wydana.

Zainteresowałam się nią w ramach realizowanego przez naszą rodzinę projektu "Polskie Parki Narodowe" - postanowiliśmy odwiedzić wraz z Olą wszystkie polskie parki narodowe, pokazując jej, jak piękną i dziką przyrodę można znaleźć w naszym kraju. Przypadkowo na rękę poszło nam Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody Salamandra, wybierając w tym roku parki narodowe jako temat konkursu wiedzy przyrodniczej dla szkół podstawowych i gimnazjalnych. Ola zgłosiła się chętnie, w pierwszych etapach poszło jej nieźle, wygrzebujemy więc co chwilę z półek wszystkie książki na temat polskiej przyrody, jakie mamy.

Na tę książkę zwróciłabym jednak uwagę tak czy inaczej, choć nie wiem, czy tak szybko. Szkoda byłoby ją przegapić, jest bowiem doskonałym dodatkiem do każdej górskiej biblioteczki. Szczerze mówiąc, bogactwo informacji początkowo mnie przytłoczyło. Spodziewałam się jakiejś przeglądowej monografii, z podstawowymi danymi na temat przyrody i geografii, a dostałam prawdziwą encyklopedię - zbyt szczegółową dla mojej córki, za to doskonałą dla mnie.

Całość podzielona jest na trzy części - pierwsza dotyczy samego jeziora, charakterystyki jego wód i zamieszkujących je zwierząt. Druga skupia się na otoczeniu i klimacie - opisane są okoliczne jaskinie, szata roślinna, zwierzęta okolicznych gór, a także warunki pogodowe. Trzecia, napisana w najbardziej wciągający sposób, opowiada o ludziach związanych z jeziorem - pierwszy badaczach, założycielach słynnego schroniska, o poetach i malarzach odkrywających jego uroki, a także o słynnych wypadkach i akcjach ratowniczych.

Ten niewielki w sumie kawałek świata ma arcyciekawą historię. Niewiele zresztą brakowało, a w ogóle nie znalazłby się w granicach naszego kraju. Spór o te tereny zaczął się już w XVI wieku, zaś pod koniec XIX wieku powołano specjalną komisję, która obradowała w schronisku nad Morskim Okiem i próbowała rozstrzygnąć, czy ziemie te powinny być polskie, czy węgierskie! Na początku wieku XX sprawa trafiła do sądu, superarbitrem był Szwajcar, a w procesie brali udział prawnicy i rzeczoznawcy wielu narodowości. Jaki był wynik procesu - dobrze wiemy, cała historia jest jednak naprawdę pasjonująca i oczywiście szczegółowo zreferowana w książce.

Wydawało mi się początkowo, że nie dam rady przeczytać całości, że będę raczej zaglądać do niektórych rozdziałów w miarę potrzeby, ale okazało się, że przeczytałam całość z prawdziwą przyjemnością. No, może kilka rozdziałów przekartkowałam (te o budowie geologicznej, składzie chemicznym wody i jej biooptycznych właściwościach itp) - wciąż na widok czegokolwiek mającego związek z fizyką i chemią czuję, jak mój umysł się wyłącza! Całą trzecią część pochłonęłam jednak w jeden wieczór - historia Morskiego Oka jest fascynująca i świetnie napisana.

Całość kończy rozdział o mistyce tego miejsca - szkoda, że nie został on umieszczony jako ostatni (po nim jest tylko krótki rozdzialik o nurkowaniu w jeziorze, który mógł się pojawić wcześniej), jest bowiem doskonałym podsumowaniem tego, jak niezwykłą, niewytłumaczalną magią emanuje Morskie Oko. Nie bez powodu Tetmajer nazwał jej zwierciadłem Karpat, a Asnyk wielkim poematem natury.

Jeśli będziecie się wybierać kiedyś na wycieczkę w to słynne miejsce, sięgnijcie wcześniej po tę monografię - spojrzycie inaczej zarówno na schronisko, jak i na otaczające je szczyty.

Moja ocena: 6/6


sobota, 26 stycznia 2013

Czytanie to niebezpieczne zajęcie. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi nas kolejna lektura. Każda kolejna książka może być tą, która zmieni nasze życie. Skłoni nas do wyjścia z próg i pójścia w nieznanym kierunku.

Ucząc literatury, spotykam się często z obojętnością, znudzeniem i brakiem zrozumienia ze strony studentów. To zresztą zrozumiałe - czytanie jest nie tylko niebezpieczne, ale i wymagające. Zabiera czas, wymusza samotność i skupienie. Prowokuje. Prowadzi w niebezpieczne zakątki. Od czasu do czasu jednak zdarzają się studenci, w których oczach znajduję zrozumienie. Których przeszywa ten sam dreszcz, jaki ja odczuwam, czytając Wielką Literaturę. Zastanawiam się czasem, jak książki, które czytamy, wpłyną na nich. W tym roku, po zajęciach o transcendentalistach amerykańskich, po czytaniu Thoreau i Emersona i wspólnym oglądaniu filmu "Stowarzyszenie umarłych poetów", który wciela w życie filozofię transcendentalistów, grupa studentów założyła swoje stowarzyszenie. Ich własne "Dead Poets Society", w ramach którego dzielą się wierszami, piosenkami, przemyśleniami. Jestem z nich dumna, a jednocześnie trochę się boję, że jak Thoreau któregoś dnia znikną w lesie. Bo czytanie jest niebezpieczne, zasiewa niepokój, rodzi idee. 

Po lekturze "Źdźbeł trawy" Walta Whitmana (kolejny wiersz, którym mieszam w głowach moich studentów), Sylvain Tesson, francuski pisarz i podróżnik, zapragnął zaszyć się na dłuższy czas w jakiejś samotni. Pięć lat później wyjechał nad Bajkał, by spędzić sześć miesięcy w drewnianej chacie, oddalonej o 500 km od najbliższego miasta, o 15 km od najbliższych sąsiadów. Wodę czerpał z przerębla, który musiał mozolnie wykuwać w lodzie codziennie od nowa. Zamiast prądu miał świece, zamiast łazienki banię, zamiast telewizora - okno na Bajkał. Na dworze minus trzydzieści, a on nago biegał po śniegu. Gdy zatęsknił za towarzystwem, zapakował na sanie śpiwór, jedzenie, łyżwy i "Marzenia" Rousseau i powędrował po zamarzniętym jeziorze, dając sobie trzy dni na dojście do chaty znajomego. A wszystko zaczęło się do książki. Sam pisze: "Tamtego październikowego dnia pięć lat temu, kiedy odkryłem Źdźbła trawy, nie wiedziałem, że ta lektura zaprowadzi mnie do syberyjskiej chaty. Niebezpiecznie jest otwierać książki."

Książka, którą napisał nad Bajkałem, jest równie niebezpieczna. Rodzi dziwną tęsknotę za ciszą, samotnością i prostotą. W końcu kto nie chce czuć się naprawdę wolny? A Tesson pisze tak:

Aby osiągnąć uczucie wewnętrznej wolności, potrzeba wielkiej przestrzeni i samotności. Do tego dodać panowanie nad czasem, kompletną ciszę, surowość egzystencji i wspaniały pejzaż wokół. Suma tych zdobyczy równa się życiu w chacie.

Jego życie nad Bajkałem jest, wbrew pozorom, proste. Godziny upływają na lekturze, pisaniu, obserwacji świata wokół siebie. Łatwo zaspokoić zwykłe potrzeby - las dostarcza drewna na opał, trzeba je tylko ściąć i porąbać, w jeziorze zaś jest pod dostatkiem ryb, trzeba je tylko złowić. Początkowo nie jest to proste, Tesson szybko jednak nabiera wprawy. O potrzeby wewnętrzne nie musi się martwić - ma książki i piękno świata wokół siebie. Książki odgrywają zresztą niebagatelną rolę w jego samotnym życiu. Ma ich około sześćdziesięciu, starannie wybranych. Podaje nam zresztą cały spis. Są tu książki innych pustelników, powieści, kryminały, eseje. Jest Robinson Crusoe i zainspirowany nim Piętaszek Tourniera. Są Marzenia samotnego wędrowca Rousseau, Walden Thoreau, Ludzie z ostatniej granicy Grey Owla. Jest trochę klasyki: Tajfun Conrada, Pożegnanie z Afryką, Obietnica poranka, Kochanek Lady Chatterley. Jest kilka sztuk Szekspira, Baśnie z tysiąca i jednej nocy i Opowieści Okrągłego Stołu. I oczywiście Źdźbła trawy. Tesson dzieli się z nami wrażeniami z lektury, komentuje to, co czyta. Równie dużo uwagi poświęca jednak światu wokół niego - sikorkom, przylatującym codziennie na okno, niedźwiedziowi, który krąży wokół chaty. Pisze wiersze na śniegu, rozmawia z brzozami. Czasem także z ludźmi, którzy zjawiają się niespodziewanie w jego samotni - zabłąkani turyści, rosyjscy biznesmeni, urządzający sobie przejażdżki po zamarzniętym jeziorze, rybacy. Pije z nimi wódkę, snuje rozważania o życiu, i choć czasem wolałby, żeby nikt nie zakłócał jego samotności, staje się coraz bardziej tolerancyjny i otwarty na innych. W pewnym momencie dostaje niespodziewany prezent - dwa szczeniaki, które mają odganiać niedźwiedzie - psy stają się jego najbliższymi towarzyszami, a gdy przyjdzie niespodziewany kryzys, to one pomogą mu przetrwać najgorsze chwile.

"W syberyjskich lasach" Tessona to niebezpieczna książka. W moim umyśle, a może bardziej w sercu, już od dawna kiełkuje pragnienie, żeby kiedyś zrobić coś podobnego. Zaszyć się gdzieś w głuszy, za towarzystwo mając jedynie las. Życie w mieście, wygodne i łatwe, staje się w pewnym momencie nudne. Tesson pisze:

Pokusę pustelnictwa poprzedza zawsze ten sam etap. Najpierw trzeba zaznać niestrawności życia w centrum nowoczesnych miast, aby marzyć o chacie ze smugą dymu z komina na leśnej polanie. Dopiero kiedy obrośnie się tłuszczem konformizmu, jest się gotowym na apel lasu.

Ja nie uważam swojego życia za niestrawne. Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze czuję się w swojej skórze, w swoim świecie. A jednak nie da się ukryć, że żyję bardzo konformistycznie. Czasem uciekam, na kilka, kilkanaście dni. Ale chciałabym się odważyć na więcej.

O tym, dlaczego warto, pięknie pisze autor w ostatnich dniach swojego pobytu nad Bajkałem.

Przybyłem tu, nie wiedząc, czy starczy mi sił, żeby zostać, odjeżdżam z pewnością, że wrócę. Odkryłem, że zamieszkanie w ciszy jest radością. Dowiedziałem się paru rzeczy, które są wiadome znacznej liczbie ludzi bez zamykania się w pustelni. Dziewiczość czasu to skarb. Obserwowanie mijających godzin jest bardziej podniecające niż pokonywanie kilometrów. Oko nigdy nie nuży się widokiem piękna. Im lepiej znamy rzeczy, tym stają się piękniejsze. (...) Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic. Kontemplowałem poemat gór, piłem herbatę, patrząc na różowiejące jezioro. Zabiłem w sobie pragnienie przyszłości. Oddychałem tchnieniem lasu i śledziłem łuk księżyca. Trudziłem się, chodząc po śniegu, i zapominałem o zmęczeniu na szczytach gór. Podziwiałem wiek drzew, oswoiłem sikorki, zrozumiałem próżność wszystkiego, co nie jest ukłonem w stronę piękna. (...) Nauczyłem się siadać przy oknie. Roztopiłem się w swoim królestwie, czułem zapach porostów, jadłem dziki czosnek i spotykałem niedźwiedzie. Urosła mi broda. Opuściłem grobowiec miast i żyłem przez sześć miesięcy w kościele tajgi. Sześć miesięcy jak całe życie.

Nie znajduję właściwych słów, żeby opisać wrażenie, jakie na mnie wywarła ta lektura. Dość powiedzieć, że dziś w nocy śniłam o zamarzniętym Bajkale. A gdy książka się śni, to znak, że stała się częścią ciebie. Wiem, że będę do niej wracać i że będzie jedną z ważniejszych książek na moich półkach. I kto wie, dokąd mnie kiedyś zaprowadzi?

Moja ocena: 6/6

Autor nakręcił też film, dokumentujący jego życie w chacie. Nosi tytuł "Sześć miesięcy nad Bajkałem" i był emitowany przez telewizję Planete, można go też bez problemu znaleźć w sieci. Obejrzałam po lekturze i uważam, że jest wspaniałym uzupełnieniem, co ciekawe, Tesson pisze tak dobrze, że wszystko, co opisywał, w mojej wyobraźni wyglądało identycznie, jak na filmie.

sobota, 01 maja 2010

ø

Nie wiem, dlaczego, ale ostatnio miasto napawa mnie straszną niechęcią. Może zbyt długo nie byłam na żadnym plenerze, nie wyjeżdżaliśmy za miasto od tygodniu i się duszę. Śniły mi się w tym tygodniu puste równiny Syberii, strumień w kirgiskiej dolinie i widok z wysokiej przełęczy. Rzadkie powietrze, którym oddycha się głęboko i lekko, przestrzeń nade mną i pode mną.

Czytam więc "Śnieżną panterę" Petera Matthiessena. Zastanawiam się, czy mogłabym ją nazwać książką życia? Pewnie nie, bo chyba żadnej książki nie umiałabym tak nazwać, ale na liście dziesięciu najważniejszych ma z pewnością swoje miejsce. Matthiessen, najpiękniej piszący o przyrodzie żyjący pisarz, wyrusza w Himalaje, aby towarzyszyć swojemu przyjacielowi - zoologowi w obserwacjach owiec błękitnych. Skrycie marzy jednak o innym, bardziej mistycznym zwierzęciu. Pantera śnieżna, nieuchwytna, choć jej ślady są w wielu miejscach, staje się symbolem tajemnicy, którą kryją w sobie najwyższe góry świata i zamieszkujący je ludzie. Matthiessen wędrując przez Himalaje nie tylko zachwyca się ich pięknem i w wyjątkowy sposób je opisuje - przede wszystkim próbuje znaleźć sens w niedawnej śmierci ukochanej żony i, jakkolwiek banalnie i głupio to brzmi, odnaleźć na nowo siebie. Chyli się z pokorą przed mądrością buddyjskich mnichów, przyjmuje ich nauki i dzieli się z nami w zadumie i ciszy. Nie znam drugiej książki, która wywoływałaby taki spokój i taką tęsknotę - tęsknotę za prostym życiem, w którym wędrówka jest celem samym w sobie, przyroda jest blisko, zaś ludzie życzliwi i zagadkowi.

Nie miałam właściwie zamiaru pisać o "Śnieżnej panterze", a o tym, jak się cieszę, że jutro uciekam od rozgrzanego miasta w ciszę górskich łąk. Nie obchodzi mnie marna prognoza pogody, co tam deszcz, ważne że będzie cicho, a przed oknem zamiast sąsiedniego bloku będzie widok na rozległą dolinę. Zabieram worek skandynawskich kryminałów, w których ostatnio się zaczytuję w przerwach od "Śnieżnej pantery", którą sobie dawkuję. I Wam życzę równie interesujących lektur w ten weekend!

 
1 , 2
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...