zaułek kryminalny

wtorek, 28 lutego 2017

Przytłacza mnie to przedwiośnie. Co roku przypominam sobie, że choć lubię wszystkie pory roku, to w lutym czuję się najgorzej. Nie jestem zmęczona zimą, jestem zmęczona jej brakiem - szarością, mokrym chodnikiem, zachmurzonym niebem. Zamiast sięgać po słoneczne i pełne życia lektury, czytam to, co koresponduje z moim nastrojem. A sam tytuł książki fińskiej autorki Kati Hiekkapelto dowodzi, że to odpowiednia opowieść na ten smętny okres.

Teoretycznie jest to kryminał, choć tak naprawdę wątki kryminalne schodzą w "Bezsilnych" na drugi plan. Na pierwszym są dwie postaci. Anna to policjantka, mieszkająca w Finlandii od dzieciństwa, ale pochodząca z byłej Jugosławii. Jej rodzinie udało się w porę uciec z ogarniętego wojną kraju, a Finlandia przyjęła ich bez zbędnych trudności. Sammy ma mniej szczęścia. Też jest uchodźcą, jako wyznawca religii chrześcijańskiej był prześladowany w Pakistanie. Stracił rodzinę, a jego życie było w niebezpieczeństwie. Udało mu się przedostać do Europy, ale życie wyglądającego na muzułmanina mężczyzny nie jest łatwe, nawet w pozornie bezpiecznej Finlandii.

Losy Anny i Sammy'ego splotą się - ona jest stróżem prawa, on zostanie zamieszany w przestępstwo. Mimo że stoją po dwóch stronach barykady, są w dziwny sposób podobni. Żadne z nich nie czuje się do końca u siebie w zimnym i posępnym kraju. Anna tęskni za mieszkającą na Bałkanach babcią, a konieczność przesłuchania pochodzącej z Węgier dziewczyny budzi wspomnienia i irytację. Ojczyzna jest dla niej właściwie mitem, od tak dawna mieszka już w Finlandii, że to ten kraj powinna nazywać swoim. Mimo to tęskni za radosnym usposobieniem swoich rodaków i nie potrafi czuć się całkiem u siebie w państwie pełnym smutnych, pogubionych ludzi. W Finlandii żyje się dostatnio i spokojnie, ale ludzie zamykają się przed sobą, obserwują zza drzwi, pogrążają w rutynie. Pozornie zamknięta w sobie Anna potrafi okazać Sammy'emu więcej serca i zrozumienia, niż jej urodzony w Finlandii kolega, który nienawidzi imigrantów, boi się ich i nie rozumie, po co właściwie przyjechali. Widzi też Finów z ich wszystkimi słabościami, choć sama chyba nie do końca to sobie uświadamia. Zarówno ona, jak i Sammy, są swego rodzaju lustrem, w którym odbija się fińskie społeczeństwo, i nie jest to obraz przyjemny dla oka.

Wątek kryminalny potęguje uczucie smutku i bezsilności. Starszy mężczyzna ginie niejako przypadkiem, tylko dlatego, że stanął komuś na drodze. Inne przestępstwa wydają się równie bezsensowne. Ludzie znikają, a nawet umierają, ale nikogo to nie dziwi i mało kto się przejmuje. Spokojna Finlandia okazuje się zaskakująco niebezpiecznym krajem. Śledztwo toczy się wolno, choć autorka dba o to, aby czytelnik nie zdążył się znudzić, i w odpowiednich chwilach podsuwa kolejne tropy. Tak naprawdę jednak dużo bardziej interesuje nas, co stanie się z Sammym, z Anną i jej bratem, z innymi przesiedlonymi do Finlandii bohaterami. Rozwiązanie zagadki nie jest istotne, bardziej niż brak sprawcy frustruje bezsilność bohaterów, którzy nie mogą nic zrobić, żeby pomóc sobie i innym.

"Bezsilni" to dobra książka, uświadamiająca nam, w jak skomplikowanej rzeczywistości żyjemy i jak mało czasem zależy od naszych dobrych chęci. Tyle ludzi zagubiło się gdzieś w naszych krajach, na naszym kontynencie, i nie jesteśmy w stanie wiele zrobić, żeby im pomóc. Warto sobie to uświadamiać, jednocześnie analizując własne poczucie przynależności do danego miejsca, kraju i kultury. My też bywamy migrantami, bywają nimi nasi krewni i znajomi. Lektura książki Kati Hiekkapelto przypomina, że nasz świat nie jest prosty, a bycie u siebie jest prawdziwym przywilejem.

Moja ocena: 5/6

Kati Hiekkapelto "Bezsilni"

tłum. Piotr Grzegorzewski

Wyd. Ringier Axel Springer 2017

czwartek, 19 stycznia 2017

Nowy Rok rozpoczął się dla mnie z przytupem - pierwszym w życiu, jeśli nie liczyć urodzenia dziecka, pobytem w szpitalu. Ponieważ musiałam zaplanować sobie taką małą przerwę w życiorysie i ogarnąć wszystko w pracy przez zwolnieniem, czytanie ambitnej literatury nie do końca mi wychodziło. Sięgnęłam więc po to, co odpręża i odgania myśli o stresie, czyli oczywiście kryminały! I jak zwykle, jest w czym wybierać!

Na pierwszy ogień poszła oczywiście najnowsza powieść Jørna Liera Horsta. "Gdy mrok zapada" to kolejna część cyklu o Williamie Wistingu, tym razem przenosząca nas do początków kariery komisarza. I choć wydawnictwo przyzwyczaiło nas już do wydawania tej serii w dość przypadkowej kolejności, tym razem dostajemy najnowszą część, choć chronologicznie to od niej cały cykl mógłby się rozpocząć. Wisting wspomina sprawę, dzięki której dostał pracę w wydziale śledczym, angażując się w dochodzenie niejako po godzinach. Niektóre rzeczy udają mu się niejako przypadkiem - przyjaciel prosi go o pomoc w ustaleniu prawa własności do zabytkowego auta, stojącego od lat w starej stodole, a Wisting podczas oględzin dostrzega ślady po kulach. Inne osiągnięcia są wynikiem jego ambicji i uporu. Intryga kryminalna jest bardzo zgrabna i raczej zawikłana, wiąże ze sobą rzeczony samochód, niewyjaśnione zaginięcie sprzed wielu lat i współczesny napad. Nie jest to jednak klasyczne śledztwo, raczej wiązanie zerwanych nici i dopasowywanie pozornie niepasujących kawałków układanki.

Książka jest nieco krótsza niż poprzedni powieści Horsta, wydawać się też może bardziej błaha. To zdecydowanie rzecz dla miłośników serii, nie polecałabym jej raczej na pierwsze spotkanie z autorem. Wisting jest w niej nieco zbyt idealistyczny, a wszechświat chyba zanadto mu sprzyja. Denerwuje to, jak mało uwagi poświęca dwójce malutkich dzieci. Niby przejmuje się tym, że żona jest przemęczona, niby chciałby spędzać z nimi więcej czasu, ale tak naprawdę w głowie ma tylko swoje dochodzenie i karierę.

Całość czyta się jednak znakomicie, a rozwiązanie zagadki potrafi zaskoczyć nawet wytrawnego czytelnika. Trzeba jednak lubić niespieszne tempo książek Horsta i brak spektakularnych zwrotów akcji. Dla tych, których cieszy spokojna opowieść o śledztwie i rozterkach głównego bohatera, będzie to doskonała lektura na jeden lub dwa wieczory.

Akcja książki Ruth Ware dla odmiany pędzi na łeb, na szyję. Fabuła jej debiutanckiej książki "W ciemnym mrocznym lesie" osnuta jest wokół motywu "zamkniętego pokoju", z tym że zamiast pokoju mamy tutaj zasypany śniegiem dom w lesie. Nora, główna bohaterka, jedzie na wieczór panieński swojej dawnej przyjaciółki. Znajomość obu dziewczyn została zerwana w dramatycznych okolicznościach, a zaproszenie na weekend było zdecydowaną niespodzianką dla Nory. Przez sentyment, a może z ciekawości, zgadza się jednak na przyjazd. Na miejscu okazuje się, że nie był to najlepszy pomysł. Atmosfera jest gęsta, w imprezie uczestniczy tylko kilka osób, w większości sobie obcych, a ponieważ czytamy kryminał, nikt nie zdziwi się na wieść o tym, że w pewnym momencie jedna z obecnych w domu osób zakończy żywot.

Dom nie jest całkowicie odcięty od świata, nie jest więc wykluczone, że morderstwa dokonał ktoś z zewnątrz. Jednak każda ze znajdujących się w środku osób coś ukrywa i każda może być sprawcą. Od początku wiemy, że coś się wydarzyło - Nora leży w szpitalu i próbuje sobie przypomnieć, co się stało. Wiemy, że ktoś zginął, ale nie wiemy kto, czytamy więc coraz bardziej niecierpliwie, pragnąc jak najszybciej dowiedzieć się najgorszego. Autorka bardzo sprawnie kreuje duszną atmosferę weekendowej imprezy, a domek, w którym wszystko się odbywa, staje się przerażającym miejscem. Akcja jest jednak trochę zbyt przewidywalna, choć lektura bez wątpienia trzyma w napięciu. Postaci są nieco przerysowane, a całość niespecjalnie oryginalna.

Książka przyciągnęła sporą uwagę recenzentów anglojęzycznych, co na pewno zawyżyło moje oczekiwania przed lekturą. Nie jestem przekonana, czy było o co robić tyle szumu. Być może jednak tak już jest z thrillerami psychologicznymi. Każdy wydawca i agent chciałby powtórzyć sukces "Dziewczyny z pociągu", a przecież akurat w tym gatunku trudno jest chyba napisać coś naprawdę odkrywczego. Nie nastawiajmy się więc na żadne olśnienie, ale też nie zniechęcajmy przedwcześnie. Lektura "W ciemnym mrocznym lesie" jest doskonałą rozrywką i tyle. A przecież tego chyba właśnie oczekujemy po książkach tego typu?

I wreszcie lektura zdecydowanie odmienna, choć pod pewnymi względami zaskakująco podobna do poprzedniej. "Zagadka w bieli" J. Jeffersona Farjeona to powieść, która swoją angielską premierą miała równo osiemdziesiąt lat temu, a jej autor należał wówczas do najpoczyniejszych pisarzy brytyjskich. Po latach powieść przypomniała British Library, wznawiając ją w swojej uroczej serii Bristish Library Crime Classics, a ponieważ wznowienie powieści Farjeona sprzedało się wyjątkowo dobrze, wydawnictwo Zysk i S-ka podjęło ryzyko wydania tej mocno niedzisiejszej lektury w polskim tłumaczeniu. Cześć im za to i chwała, bo "Zagadka w bieli", mimo że nieco trąci myszką, to naprawdę przyjemna lektura, która może spodobać się wielu czytelnikom.

Wszystko zaczyna się w pociągu, na dzień przed Bożym Narodzeniem. Kilka nieznających się osób zawiera znajomość w przedziale, wiedząc, że spędzą w swoim towarzystwie kilka godzin. Wyjątkowo silne opady śniegu unieruchamiają jednak pociąg, a grupka podróżnych decyduje się na ryzykowny krok i wyrusza pieszo w stronę położonej w pobliżu stacji, licząc na złapanie innego środka transportu. Szybko tracą orientację i z ulgą pukają do drzwi domu, który nagle wyłonił się ze śnieżnej zadymki. Nikt nie odpowiada, drzwi jednak nie są zamknięte. Nasi bohaterowie wchodzą do środka i ze zdziwieniem stwierdzają, że na kominku płonie ogień, wstawiono nawet wodę na herbatę, ale dom jest najwyraźniej pusty. Nie mają wyboru, na zewnątrz zginęliby marnie. Decydują się rozgościć i zostawić tajemniczemu gospodarzowi pieniądze za wszystko, co zjedzą i zużyją.

Dość szybko orientują się, że w domu musiało zajść coś strasznego, niewykluczone też, że złoczyńca, może nawet morderca, czai się nadal gdzieś w pobliżu. Jest wśród nich niejaki Edward Maltby, starszy pan interesujący się parapsychologią o wyjątkowo przenikliwym umyśle, który we wszystkim dopatruje się działania sił nadprzyrodzonych, ale też potrafi sprawnie kojarzyć fakty. Niczym rasowy spadkobierca Sherlocka, snuje przed swoimi towarzyszami wizje możliwych wariantów zdarzeń, oni zaś odważnie mierzą się z wyzwaniami. Atmosfera jest od początku gęsta, całkiem jak we wspomnianej wyżej książce Ruth Ware, pojawiają się kolejne wątki, zaś w centrum wydarzeń jest cały czas grupka nieszczęsnych podróżnych. Zaczynamy ich lubić, przynajmniej niektórych, choć nie da się ukryć, że wszechwiedza Maltby'ego i jego potrzeba rysowania tła do wszystkich hipotez bywają denerwujące. Mocno przestarzałe wydaje się nie tylko to, w jaki sposób akcja toczy się wokół tłumaczącego wszystko starszego pana, ale także obecność elementów nadprzyrodzonych, z których tylko część daje się wyjaśnić w sposób racjonalny. Czytelnicy z pierwszej połowy XX wieku zapewne lubili takie zabiegi, dzisiaj wydają się one nieco nietypowe.

Całość jednak czyta się bardzo dobrze, zwłaszcza że akcja przyspiesza, a niektóre jej zwroty potrafią zaskoczyć. Do samego końca nie wiemy, co dokładnie zaszło w domostwie, choć oczywiście wielu rzeczy możemy się domyślić. Nie sądzę, że jest to lektura dla każdego czytelnika kryminałów, jeśli jednak lubicie klimaty retro, z pewnością przypadnie wam do gustu.

Co ciekawe, wydawnictwo zdecydowało się opublikować książkę w dwóch wersjach. Jedna ma okładkę w stylu retro, będącą kopią okładki oryginalnej, druga jest bardziej współczesna. Obok siebie obie wersje wyglądają tak:

Naszukałam się wersji w okładce retro, ponieważ zdecydowanie bardziej mi się podoba. Byłoby miło, gdyby w podobnej szacie graficznej ukazało się więcej książek z serii British Library (zajrzyjcie tutaj, jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądają pozostałe).

"Gdy mrok zapada" Jørn Lier Horst
Tłum. Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Smak Słowa 2016 (11 tom serii o Williamie Wistingu)
Moja ocena: 4/6

"W ciemnym mrocznym lesie" Ruth Ware
Tłum. Ewa Kleszcz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2017
Moja ocena: 4/6
 
"Zagadka w bieli" J. Jefferson Farjeon
Tłum. Zbigniew Królicki
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016
Moja ocena: 4.5/6
piątek, 04 listopada 2016

Wykorzystując formułę zagadki zamkniętego pokoju, Anna Fryczkowska stworzyła udaną powieść psychologiczną z wątkiem kryminalnym. Kilka kobiet umawia się na babski wieczór w domu jednej z nich - mieszkającej na uboczu Zuzi. Pogoda nie zachęca do wyjścia z domu, więc na miejscu zjawia się tylko kilka z zaproszonych osób. Atmosfera jest raczej gęsta. Dwie z koleżanek to rywalizujące ze sobą pisarki, autorki powieści kryminalnych, niezbyt zręcznie się ostatnio czujące w swoim towarzystwie. Wieczór zaczyna się więc raczej nieciekawie, panie trochę się rozchodzą po kątach, a impreza nie ma szansy się rozkręcić, ponieważ nagle okazuje się, że jedna z nich została zamordowana. Dom jest zasypany śniegiem, dookoła domu nie widać żadnych śladów, wszystko więc wskazuje na to, że morderczynią jest jedna z nich.

Nie ma szansy na szybki przyjazd policji, a panie nie wiedzą, co ze sobą począć. Alkohol robi swoje - zaczynają rozmawiać i szybko się okazuje, że nie znały się aż tak dobrze, jak im się wydawało. Zamiast policyjnego śledztwa mamy więc swoistą sesję terapeutyczną, podczas której wychodzą na jaw głęboko skrywane żale, niezaspokojone ambicje i lęki.

Autorka korzysta z ogranych motywów, splatając je jednak w sposób zgrabny i świeży. Widać w tej książce inspiracje zarówno Agathą Christie, jak i Joanną Chmielewską. Fryczkowska pisze lekko i ironicznie, sprawnie prowadzi czytelnika na manowce i wykorzystuje różne rodzaje narracji. Pojawiają się fragmenty powieści pisanej przez jedną z bohaterek, a także wewnętrzne monologi chorującej na autyzm siostry gospodyni domu. Przede wszystkim jednak są rozmowy, z których wyłania się smutny, ale też intrygujący świat kobiet, które żyją jakby na marginesie prawdziwego świata, mimo iż pozornie nic im nie brakuje. Każda z nich dąży do czegoś innego, a cel wydaje się wciąż umykać. Zapatrzone w siebie, dopiero teraz zaczynają dostrzegać, że działając w dobrej wierze, często robiły krzywdę sobie i innym.

Powieści Fryczkowskiej wpisują się w nurt zwany "domestic noir", czyli powieści z wątkiem kryminalnym, w których nie występują policjanci i detektywi. Wszystko rozgrywa się w gronie rodziny i przyjaciół, zbrodnie popełniane są przez najbliższych i to oni też prowadzą amatorskie dochodzenie. Ważniejszy jest aspekt psychologiczny, niż samo śledztwo. Mroczna, gęsta atmosfera z rzadka tylko jest rozwiewana przez cierpki humor. Czyta się to doskonale.

Moja ocena: 5/6

Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"

Wydawnictwo Burda Książki 2016

Polecam także inne powieści Anny Fryczkowskiej (recenzje otworzą się po kliknięciu na okładkę):

poniedziałek, 17 października 2016

 

Tegoroczny październik, deszczowy i posępny, okazał się dla mnie bardzo intensywnym miesiącem. Zmęczona i skołowana, sięgałam więc wieczorami po kryminały. Okazało się, że przez niektóre z nich poważnie zarwałam parę nocy, co chyba nie było najlepszym pomysłem. Nie sądźcie jednak, że żałuję!

Chociaż więc niedawno pisałam o trzech kryminałach, które polecam na jesienne wieczory, nic nie stoi na przeszkodzie, bym napisała o kolejnych trzech!

„Ściana sekretów” Tany French była typowym, impulsywnym zakupem. Zobaczyłam reklamę na Facebooku, przeczytałam zarys fabuły, przypomniałam sobie, że od dawna chciałam zawrzeć znajomość z tą autorką, a kilka minut później czytałam już pierwsze strony. Są tematy, które działają na mnie jak magnes. Jednym z nich jest przestępstwo popełnione w zamkniętej społeczności, której każdy członek może okazać się mordercą.

U Tany French jest tym ciekawiej, że zamkniętą społeczność tworzy grupka nastolatek uczęszczających do elitarnej szkoły z internatem. Rzecz dzieje się w Irlandii, podejrzanych jest osiem, zaś przestępstwo zostało popełnione kilka miesięcy temu. W szkolnym parku znaleziono wtedy zwłoki Chrisa – przystojnego i lubianego podrywacza z sąsiedniej szkoły dla chłopców. Policji nie udało się znaleźć winnego, i choć sprawa nie została jeszcze zamknięta, wszystkim wydawało się, że pozostanie nierozwiązana. Teraz jednak ktoś przypiął na szkolnej „ścianie sekretów”, czyli tablicy, na której uczennice mogą anonimowo zamieścić dowolne wyzwanie, kartkę ze zdjęciem Chrisa i z podpisem: „Wiem, kto go zabił”. Rezolutna Holly, zaprzyjaźniona z trzema innymi dziewczynami szesnastolatka, idzie po kryjomu do znajomego policjanta i zanosi mu zdjęte z tablicy zdjęcie.

Policjantem tym jest niejaki Stephen, który pracuje w wydziale spraw niewyjaśnionych i marzy o przeniesieniu do wydziału zabójstw. Holly daje mu doskonały pretekst do tego, żeby spróbować włączyć się w śledztwo. Stephen jest zdeterminowany, nie przeszkadza mu nawet fakt, że będzie musiał współpracować z detektyw Conway, która nie cieszy się sympatią swoich kolegów. Ta nietypowa i niezbyt dobrana para będzie miała w zasadzie tylko jeden dzień, by spróbować rozwikłać zagadkę. Kolejnego dnia Stephen będzie musiał wrócić do swojej codzienności.

Osiem dziewczyn miało dostęp do tablicy w kluczowym momencie. Któraś z nich twierdzi, że wie, kto zabił Chrisa. Ale czy na pewno? Czy można ufać szesnastoletnim dziewczynom? Wśród tej ósemki są intrygantki, są tchórzliwe marionetki, są też prawdziwe królowe, które zrobiłyby wszystko, żeby tylko upokorzyć rywalkę. Tana French w przerażająco realistyczny sposób opisała ich świat, sprawiając, że kilka razy podczas lektury odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że nie jestem już i nigdy nie będę nastolatką. Częściej jednak myślałam o swojej córce i udawałam sama przed sobą, że jej codzienność na pewno tak nie wygląda.

Prawda jest jednak taka, że nastoletnie dziewczęta potrafią być niesamowicie okrutne. Jednocześnie bywają jednak naiwne, romantyczne, wierne i oddane, a czasem po prostu bezmyślne. Osiem dziewcząt, z których jedna jest prawdopodobnie morderczynią – która? Czytelnik nie przestaje zgadywać, ale autorka dobrze wie, jak sprowadzić nas na manowce. Wiele razy będzie nam się zdawało, że rozwikłaliśmy zagadkę, ale równie często zrozumiemy, że się myliliśmy.

Szkoła, w której toczy się akcja, jest dość mrocznym, a mimo to fascynującym miejscem. Otaczający ją park wydaje się równie magiczny jak góry Caatskill, w których Rip van Winkle przespał dwadzieścia lat. Także tutaj można przepaść wśród wysokich drzew, zwłaszcza jeśli uda nam się wymknąć ze szkoły nocą. Poznajemy nasze osiem bohaterek na dwóch planach – słuchamy tego, co zeznają dwojgu detektywów i śledzimy ich przeszłość. Poznajemy też samego Chrisa, któremu zostało najpierw kilka miesięcy, potem kilka tygodni, a wreszcie tylko kilka dni życia. Przenosząc się w czasie, próbujemy powiązać różne wątki, zrozumieć, co naprawdę się stało, a przede wszystkim, dlaczego.

Zauroczyła mnie ta powieść. Ostrzegam – jest naprawdę długa, a akcja nie zawsze toczy się wartko. Mimo to nie mogłam się od niej oderwać, a szkolny świat Holly i jej przyjaciółek wydawał mi się bardziej rzeczywisty niż pogrążone w ciszy mieszkanie. Czytałam przez większą część nocy, ciesząc się, że następnego dnia jest niedziela. Kiedy wszystkie zagadki zostały wyjaśnione, poczułam żal, i to podwójny – że to koniec, i że właśnie tak musiało być. Polubiłam te wszystkie nieznośne, oderwane od rzeczywistości smarkule. I nie macie pojęcia, jak się cieszę, że czeka na mnie jeszcze sporo książek tej autorki!

Kilka dni później znowu się nie wyspałam, tym razem jednak z powodu całkiem innej książki. W Raz na zawsze" Andreasa Pflügera zamiast kameralnego dochodzenia i wąskiego grona podejrzanych mamy tu bohaterkę będącą doskonale wyszkoloną agentką, pracującą do specjalnej jednostki niemieckiej policji. Jenny Aaron jest piękna i niesamowicie skuteczna. Uroda pomaga uśpić czujność jej przeciwników, a ona sama umie sobie radzić w najtrudniejszych sytuacjach. Nie poradziła sobie tylko raz, podczas otwierającej książkę akcji. Ona i jej partnerzy zostali wtedy przechytrzeni, kilka osób zginęło, a Jenny, kochająca strzelać, nie wyobrażająca sobie życia bez pracy w policji Jenny, straciła wzrok.

Czy można być nadal policjantką, kiedy się nie widzi? Jenny już raz nauczyła się więcej, niż przeciętny człowiek. Po stracie wzroku zaczęli z nią pracować najlepsi trenerzy. Nauczyli ją, jak orientować się w przestrzeni za pomocą dźwięków. Stuk obcasów, kląskanie językiem, uderzanie garnkiem o pokrywkę – to wszystko są informacje, a Jenny umie je odczytywać. Ma tak wyćwiczony słuch, że potrafi się zorientować, że w pokoju jest ktoś, kto się nie rusza i nie odzywa. Ale czy to wystarczy, kiedy okaże się, że na Jenny poluje zawodowy morderca?

Powieść niemieckiego pisarza to doskonała mieszanka sensacji, powieści psychologicznej i thrillera. Jeśli wydaje wam się, że autor przesadził, tworząc postać Jenny, zajrzyjcie do posłowia, w którym wymienione są organizacje i eksperci, z którymi autor się konsultował. Jenny jest fascynującą bohaterką, a akcja „Raz a zawsze” toczy się na tyle wartko, że zarwana noc jest nie tylko potencjalnym zagrożeniem – jest po prostu pewna, jeśli zagłębicie się w lekturze późnym popołudniem.

Koledzy Jenny to ludzie niezwykle honorowi. Potrafią docenić zasługi swoich kolegów i gotowi są do wielu poświęceń. W tej książce trafią na godnego przeciwnika, który będzie umiał wykorzystać ich mocne strony i sprawić, że staną się słabymi punktami. Niektóre sceny są może nieco przerysowane, niemniej od powieści trudno się oderwać. Kolejne zwroty akcji przeplatane są nowymi tajemnicami, które wychodzą na jaw, a w środku wszystkiego jest Jenny – bohaterka, której nie sposób nie kibicować. Przy okazji tej naprawdę doskonałej lektury można się sporo dowiedzieć o tym, jak wygląda życie ludzi niewidomych i jak mogą oni postrzegać świat. Autor solidnie się do napisania tej książki przygotował, i na szczęście zapowiedział już, że to nie koniec jego przygody z postacią Jenny. Chętnie przeczytam kolejne części.

Najdłużej i najmniej intensywnie czytałam „Dziewiąty grób” Stefana Ahnhema. I tym razem, podobnie jak w przypadku Tany French, zawarłam znajomość z autorem nieco przypadkowo. Przeczytałam kilka pochlebnych opinii o pierwszej jego książce, czyli „Ofierze bez twarzy”, zanotowałam tytuł, a kiedy zobaczyłam, że ukazała się kolejna książka, która opowiada o wcześniejszych losach policjanta będące bohaterem „Ofiary bez twarzy”, postanowiłam, że to dobra okazja do sprawdzenia, czy ten pisarz faktycznie wart jest uwagi.

Początki były całkiem obiecujące. Mnogość postaci nie robiła na mnie wrażenie, po lekturze książek Arnego Dahla niełatwo mnie pod tym względem zaskoczyć. Intryga wydawała się dość zagmatwana. Znikały kolejne osoby, a ktoś robił im paskudne rzeczy. Policja błądziła we mgle, nie umiała powiązać ze sobą różnych przypadków, tym bardziej, że sprawca nic sobie nie robił z granic państwowych i działał na terenie Szwecji i Danii. A może to nie był jeden człowiek? Nic nie wiemy, niczego nie jesteśmy się w stanie domyślić.

Jednak mimo to, że sami czujemy się bezradni, irytuje nas nieudolność policji. Są tak zajęci personalnymi rozgrywkami w swoich komendach, tak bardzo skupieni na sobie, że śledztwo wydaje się im całkowicie umykać. Fabian Risk jest szczególnie irytujący – rozmemłany, niezdecydowany i depresyjny. Jego koleżanka radzi sobie dużo lepiej, ale jest w zaawansowanej ciąży i niewiele może zdziałać. Pozostali w ogóle nie interesują się śledztwem, najchętniej by je jak najszybciej zamknęli.

Fabian mnie irytował, przyznaję, jednak to nie on jest najsłabszym ogniwem tej książki. Można znieść rozedrganego bohatera, jeśli zostaje on uwikłany w wir intrygujących wydarzeń. Akcja może i jest wciągająca, ale autor idzie drogą, która niespecjalnie mi się podoba. Chcąc się czymś odróżnić od licznych konkurentów, wymyśla zbrodnie naprawdę brutalne, po czym opisuje je nad wyraz obrazowo. Nie lubię takich dosadnych opisów, nie wydaje mi się, że wnoszą cokolwiek do fabuły. Mam wrażenie, że epatując przemocą, autor często próbuje ukryć niedostatki warsztatu albo brak pomysłu na intrygę. Stefan Ahnhem nie musiał tego robić. Jego intryga jest całkiem zgrabnie wymyślona i poprowadzona, a samodzielne rozwikłanie zagadki nie jest łatwe. Bohaterowie nie budzą specjalnej sympatii, ale całość jest dobrze pomyślana i napisana. Brutalne sceny przestępstw nie mają, moim zdaniem, żadnego uzasadnienia.

Czytałam tę książkę prawie przez tydzień, nie czując potrzeby do tego, by czytać do późnej nocy. Wierzę, że „Ofiara bez twarzy” to dobra książka i nie wykluczam, że kiedyś po nią sięgnę, jednak „Dziewiąty grób” mojego zachwytu nie wzbudził.

Tana French „Ściana sekretów”

Tłum. Łukasz Praski

Wydawnictwo Albatros 2016

Moja ocena: 5.5/6

 

Andreas Pflüger „Raz na zawsze"

Tłum. Sława Lisiecka

Wydawnictwo Otwarte 2016

Moja ocena: 5/6

 

Stefan Ahnhem Dziewiąty grób"

Tłum. Ewa Wojciechowska

Wydawnictwo Marginesy 2016

Moja ocena: 3.5/6

 


 

czwartek, 22 września 2016

Wrzesień z kryminałem trwa nadal, choć mój czas na lekturę skurczył się niemalże do zera. Na szczęście zdążyłam się naczytać latem, a że wojaże skutecznie utrudniły pisanie, mogę teraz z czystym sumieniem opowiedzieć o kilku kryminałach w lipcu i sierpniu przeczytanych. Co więcej, odstąpienie o pisania o książce zaraz po zakończeniu lektury jest swego rodzaju testem jakości. Jeśli bowiem nie pamiętam, jak właściwie z tym Forstem w ostatniej części trylogii było, to chyba znaczy, że dużego wrażenia na mnie „Trawers” nie wywarł? Ale może wcale tego od niego nie oczekiwałam?

Zacznijmy więc od „Trawersu” Remigiusza Mroza właśnie – książki, która zamyka serię o komisarzu Forście. Seria ta wywołała we mnie uczucia mocno mieszane, ponieważ pierwszy tom mnie zirytował, drugi nad wyraz wciągnął, choć nie zachwycił, za to trzeci uważam za nadspodziewanie udany, z naciskiem na „nadspodziewanie”. Dlaczego w ogóle sięgnęłam po kolejne części, skoro niespecjalnie przypadła mi do gustu pierwsza? Cóż, to pytanie zada tylko ktoś, kto nie przeczytał „Ekspozycji”. Remigiusz Mróz jest bowiem mistrzem manipulacji – może nie do końca radzi sobie z psychologicznymi i socjologicznymi niuansami, za to doskonale wie, jak przykuć uwagę czytelnika, który czyta kolejne tomy z przemożnej chęci dowiedzenia się, co było dalej.

Z tego też powodu nie wiem, czy uzasadnione jest pisanie o „Trawersie”. Czytelnicy, którzy sięgnęli po „Ekspozycję”, zapewne zdecydują się na lekturę „Przewieszenia”, a potem „Trawersu”. Zarówno pierwszy, jak i drugi tom kończą się w sposób, który wywołuje pełen niedowierzania niecenzuralny okrzyk, a następnie zmusza do wycieczki do księgarni. Na szczęście ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najlepiej napisany. Forst ukazuje ludzkie oblicze i traci część swoich supermocy, które pozwalały mu wydostać się z każdej opresji. Wątek kryminalny jest nie najgorzej poprowadzony, zachowanie bohaterów wydaje się całkiem uzasadnione. Pojawia się temat uchodźców, doklejony nieco niezgrabnie, momentami za bardzo przypominający wykład. Dobrze, że autor próbuje wplatać bieżące problemy społeczne, jednak tym razem nie do końca mu to wyszło.

Cała trylogia to literatura czysto rozrywkowa, będąca doskonałym remedium na wieczorne zmęczenie. Kiedy przychodzę do domu wykończona dniem, mogę czytać Mroza. Kartki same się przewracają, co jakiś czas autor serwuje nam kolejną niespodziankę, a na koniec udowadnia, że wystrychnął nas wszystkich na dudka. Zmęczenie jest czynnikiem istotnym, pozwala bowiem przymknąć oko na nadludzkie moce Forsta i sztuczność niektórych fragmentów.

Także „Wioskę morderców” Elizabeth Herrmann przeczytałam już dość dawno temu, w przypadku tej książki nie mam jednak żadnych problemów z przypomnieniem sobie szczegółów. Niemiecka pisarka zaczyna od mocnego uderzenia – prolog jest tajemniczy, ale niespecjalnie oryginalny, ale scena znalezienia fragmentów ludzkich zwłok w ogrodzie zoologicznym jest bardzo sugestywna. Od początku widać więc, co będzie najmocniejszą chyba stroną tej powieści. Nastrój grozy i aura tajemniczości będą nam towarzyszyć do ostatniej strony.

Sprawa mężczyzny zjedzonego przez pekari wydaje się prosta. Domniemana sprawczyni przyznała się do winy i choć motywu brak, nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Jedynie niedoświadczona policjantka z drogówki, o oryginalnym imieniu Sanela, wątpi w oficjalną wersję. Prowadzi śledztwo na własną rękę, przy lekkiej dezaprobacie zdającego sobie sprawę z jej poczynań szefa. Jest sympatyczną bohaterką i choć w prawdziwym życiu nie mogłaby chyba liczyć na taką pobłażliwość przełożonych, trudno nie kibicować jej poczynaniom.

Drugi z próbujących zrozumieć sprawę bohaterów jest zdecydowanie mniej sympatyczny. Jeremy Saaler, początkujący psycholog, jest nieznośny, przemądrzały i tępy, w dodatku przypada mu w udziale rola romansowa, bardzo kiepsko napisana. Denerwowały mnie wszystkie sceny z jego udziałem, choć z drugiej strony przydała się taka przeciwwaga dla idealistycznej Saneli. Najciekawsza zaś z całej powieści jest tytułowa wioska. Nie chcemy sobie nawet wyobrażać, że takie miejsca istnieją, choć bez wątpienia tak właśnie jest. Od czasu do czasu słyszymy w mediach koszmarne historie o przemocy, o której musieli wiedzieć sąsiedzi ofiar i sprawców, a jednak woleli udawać, że niczego nie zauważają. Wiemy, że są miejsca, w których dzieje się zło, któremu nikt się nie przeciwstawia, i od początku przeczuwamy, że wioska z powieści Herrmann może mieć z takimi miejscami coś wspólnego.

Nie oznacza to, że uda nam się przewidzieć, jak potoczy się intryga kryminalna i co doprowadziło do śmierci człowieka w ogrodzie zoologicznym. Autorka zaplanowała wszystko pieczołowicie i do ostatniej chwili udaje jej się trzymać nas w niepewności. Mimo niechęci do Jeremy’ego i zniesmaczenia wątkiem romansowym, powieść oceniam jako bardzo dobrą i będę czekać na kolejny kryminał tej autorki.

Ostatni kryminał jest lekturą świeżą, już wrześniową, jednak nie znaczy to, że będę miała na jego temat najwięcej do powiedzenia. „Szumowiny” Jørna Liera Horsta to szósty tom cyklu o Williamie Wistingu i jego córce Line. Pisałam już o tym, że wydawnictwo zdecydowało się na wydawanie tego cyklu w dość dziwnej kolejności, zaczynając od tomu dziewiątego, potem zaś kolejno publikując ósmy, siódmy, następnie dziesiąty, a teraz znowu szósty. Niemniej, czytelnicy, którzy chcą w tej chwili zacząć przygodę z książkami Horsta, są w całkiem komfortowej sytuacji, „Szumowiny” to najwcześniejszy pod względem chronologii wydarzeń tom i warto lekturę cyklu zacząć właśnie teraz.

Morze wyrzuca na brzeg odciętą lewą stopę. Policjanci dopiero zaczynają się głowić nad jej pochodzeniem, gdy zostają znalezione kolejne, wszystkie w podobnych butach. Wisting zaczyna podejrzewać, że mogą należeć do czterech zaginionych osób, których zniknięcia nie zdołano wyjaśnić. Zaczyna się żmudne, policyjne śledztwo, czyli coś, w opisywaniu czego Jørn Lier Horst jest najlepszy.

Wistingowi daleko do porywczego i szybko działającego komisarza Forsta. Niespiesznie dedukuje, zbiera starannie ślady, woli zrobić wszystko samodzielnie (to akurat go z podtatrzańskim komisarzem łączy).  Często czuje zmęczenie, przygnębia go ogrom czekającej pracy. Jego córka Line jest jego przeciwieństwem. Z zapałem przygotowuje reportaż o ludziach, którzy wyszli niedawno na wolność po odsiedzeniu wielu lat. Nie wzdraga się przez przeprowadzaniem wywiadów z mordercami, fascynuje ją wpływ, który wywarł na nich pobyt w więzieniu i zastanawia się, czy po odsiadce stali się lepszymi ludźmi, czy wręcz przeciwnie. Takie rozważania są zawsze obecne w książkach Horsta, który tak snuje swoje intrygi, żeby przy ich okazji opowiedzieć o ważnych problemach społecznych.

Lubię książki Horsta – to takie klasycznie napisane kryminały, w których liczy się staranność śledczego i umiejętność kojarzenia faktów. Podoba mi się kontrast między rzutką Line i znużonym Wistingiem. Nie przeszkadza mi nawet poznawanie ich życia prywatnego w mocno chaotycznej kolejności, choć poznawanie początków związku Line i Tommy’ego nie wywoływało we mnie żadnych emocji, a nawet nieco irytowało. Melancholia przesycająca wszystkie części tego cyklu czyni z niego idealną, jesienną lekturę.

Remigiusz Mróz "Trawers" (cykl o Forście, tom 3)

Wydawnictwo Filia 2016

Moja ocena: 3,5/6

 

Elizabeth Herrmann "Wioska morderców" (cykl o Saneli, tom 1)

Tłum. Wojciech Łygaś

Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2016

Moja ocena: 4/6


Jørn Lier Horst "Szumowiny" (cykl o Wistingu, tom 6)

Tłum. Milena Skoczko

Wydawnictwo Smak Słowa 2016

Moja ocena: 4/6



środa, 07 września 2016

Myśląc o kryminałach, często przychodzą nam na myśl książki w stylu skandynawskim, mroczne i dość przygnębiające, a przecież kryminał może mieć także bardziej pogodne oblicze. Klasyczne kryminały Agathy Christie nie zawierają zbyt wielu scen przemocy, a ich urok polega na śledzeniu błyskotliwego dochodzenia prowadzonego przez ekscentrycznego Poirot lub przez staroświecką pannę Marple. Od czasów wielkiej damy kryminału gatunek ten się zdecydowanie rozwinął i zmienił, jednak wciąż są czytelnicy, którzy od czasu do czasu lubią poczytać o tradycyjnym śledztwie prowadzonym staroświeckimi metodami. Przy lekturze kryminału można się czasem pośmiać, a książkę zamknąć z uśmiechem na twarzy.

W literaturze angielskiej takie kryminały mają nawet swoją nazwę - mówi się na nie "cosy mysteries" ("cosy" znaczy "przytulny"). Do popularnych autorów należy chociażby Alexander McCall Smith, autor uroczej serii o Mmie Ramotswe. Niedawno zaś ukazał się pierwszy tom bardzo popularnego cyklu o Sidneyu Chambersie, pastorze, który rozwiązuje zagadki kryminalne.

Książki te mają wszystko, co lubię w "przytulnych" kryminałach. Panuje w nich nieco staroświecki klimat, nie bez powodu zreszta, ponieważ akcja toczy się w latach pięćdziesiątych w małym, angielskim miasteczku, a wśród bohaterów są przeróżni ekscentrycy. Pierwsza część rozpoczyna się w roku koronacji królowej Elżbiety II (1953), a główny bohater, Sidney Chambers, ma 32 lata. Choć jest tak młody, niedawno objął parafię Grantchester niedaleko Cambridge - ten szybki awans zawdzięcza swojej błyskotliwości i wykształceniu, ale także temu, że po prostu zna odpowiednich ludzi. Sidney jest niezwykle ujmujący i ma przyjaciół wszędzie, także wśród arystokracji. Nie zawsze okazuje się to błogosławieństwem, bowiem kiedy wśród wysoko postawionych przyjaciół pastora zostanie popełnione jakieś przestępstwo, to właśnie młody duchowny proszony jest o interwencję i pomoc w znalezieniu sprawcy.

Szybko okaże się, że ludzie chętniej zwierzają się pastorowi niż policji, Sidney jest więc proszony o pomoc nie tylko przez znajomych, ale także przez lokalnego inspektora policji. Obaj panowie zresztą też się przyjaźnią, regularnie spotykając się w lokalnym pubie. Sidney nie jest zachwycony swoim udziałem w śledztwach. Wolałby poświęcić więcej czasu na przygotowywanie kazań i wykonywanie innych obowiązków. Nie potrafi jednak odmówić, kiedy ktoś prosi go o pomoc, zwłaszcza gdy jest to ktoś z członków jego rodziny lub młoda panna, którą niegdyś chciał poślubić.

"Sidney Chambers. Cień śmierci" to tak naprawdę zbiór opowiadań, z których każde traktuje o innej zagadce kryminalnej. Ponieważ są ułożone chronologicznie i bardzo ściśle ze sobą powiązane, można całość uznać za powieść złożoną z kilku rozdziałów. Sprawy, nad którymi pracuje Sidney, są bardzo różnorodne, od tak poważnych, jak morderstwo, do raczej błahych, acz intrygujących, takich jak kradzież pierścionka zaręczynowego. W tle przewija się mnóstwo interesujących i uroczych bohaterów, którzy dodają książce sporo kolorytu.

Najciekawszy jest oczywiście sam pastor. Jest nie tylko inteligentny i uroczy - czasem wydaje się bezradny, ludzie trochę nim manipulują, dzięki czemu czytelnik jest całym sercem po jego stronie. Jest też przystojny, co bez wątpienia pomaga mu w zjednywaniu sobie kobiet. Nie ma jednak szczęścia w miłości, i choć zainteresowany jest aż dwoma kobietami, nie ma wielkich nadziei na związek z którąkolwiek z nich.

James Runcie, autor serii o Sidneyu Chambersie, jest synem arcybiskupa Canterbury, dobrze zna więc życie na plebanii i problemy, z którymi styka się angielski pastor. Potrafi oddać rozterki Sidneya, który jest autentyczny nawet wtedy, kiedy zajmuje się czymś zupełnie dla większości czytelników abstrakcyjnym, czyli układaniem kazań. Same intrygi nie są jednak zbyt skomplikowane i czytelnik, który zjadł zęby na kryminałach, nie będzie miał problemów z odgadnięciem, kto jest sprawcą każdego przestępstwa. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, a książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, wyobrażam sobie jednak, że niektórym czytelnikom może wydać się nieco mdła.

Na podstawie książek o Sidneyu Chambersie powstaje serial - w głównego bohatera wcielił się James Norton. Na razie wyemitowano dwa sezony, trzeci zaplanowano na przyszły rok. Po przeczytaniu książki już wiem, że na pewno go obejrzę. Żałuję jednak, że wydawnictwo Marginesy zdecydowało się na filmową okładkę - znacznie bardziej podobają mi się nieco staroświeckie, rysunkowe okładki angielskich wydań.

To na pewno nie są książki dla każdego, jednak miłośnicy angielskich wsi i kryminałów nie powinni być zawiedzeni. Sidney jest na tyle inteligentny, by sprostać roli dedukującego detektywa, a jego zawód i otoczenie sprawiają, że wydaje się dość nietuzinkowy. Ja jestem zauroczona i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Moja ocena: 4.5/6

James Runcie "Sidney Chambers. Cień śmierci"

Cykl Zagadki Grantchester, tom 1

Tłum. Ewa Penksyk-Kluczkowska

Wydawnictwo Marginesy 2016



niedziela, 04 września 2016

Może się narażę, ale napiszę wprost - "Ciuciubabka" Arnego Dahla to jeden z najlepszych kryminałów, jakie przeczytałam w tym roku, może nawet najlepszy.

Dlaczego narażę? Bo przejrzawszy (nieliczne) recenzje stwierdzam, że jestem chyba dość odosobniona w swoim uwielbieniu dla tego autora. Arne Dahl nie oszczędza bowiem czytelników. Mnoży wątki, nie ogranicza się do jednego lub kilku głównych bohaterów, nie przypomina też w kolejnych tomach, kto jest kim. Sięgając po "Ciuciubabkę" bez znajomości dwóch wcześniejszych tomów raczej się zniechęcicie.

Jednocześnie jednak cykle powieści Arnego Dahla są ucieleśnieniem tego, co w cyklach kryminalnych najlepsze. Powoli poznaje się bohaterów, którzy początkowo wydają się obcy i podobni do siebie, jednak z książki na książkę zdradzają coraz więcej na swój temat. Piętrowe intrygi są wysmakowane, realistyczne i bardzo zręcznie prowadzone. Zagadka kryminalna, zawsze ciekawa, jest pretekstem do opowiedzenia o świecie, w którym żyjemy i o problemach, które w jakiś sposób dotyczą zawsze także nas, czytelników z Polski.

Trzeba jednak podejść do tego pisarza ze spokojem, czytać po kolei, zapamiętywać nazwiska, rysować w wyobraźni potrety bohaterów. Okaże się wtedy, że po dwóch książkach pamiętacie wszystkikch, są wam bliscy, a kolejne tomy możecie czytać nawet na stojąco w tramwaju i nie poczujecie się ani na chwilę zgubieni.

"Ciuciubabka" to trzeci tom serii o Opcopie - tajnej jednostce europejskiej policji, będącej swego rodzaju odpowiednikiem FBI. Nie chcę napisać za wiele, żebyście sami odkryli, czego będzie dotyczyło kilkuwątkowe śledztwo prowadzone tym razem przez Paula Hjelma i jego zespół, jednak temat główny pojawia się już w pierwszej scenie - przyszłość samochodów na benzynę i na prąd. Jak zwykle Dahl sięga po temat, który może kiedyś obudzić sporo kontrowersji i przedstawia swój scenariusz zdarzeń, jak zwykle dość przerażający. Jednocześnie Opcop obserwuje ludzi, którzy mogą być powiązani z mafią rozstawiającą żebraków na ulicach europejskich miast, a Paul nawiązuje znajomość z panią komisarz Unii Europejskiej, która staje sie obiektem szantażu.

Wszystkie te wątki oczywiście połączą się w bardzo zgrabną całość, jak to zwykle u tego autora bywa. Bardzo odświeżająca jest jego wizja policyjnej pracy. Ponieważ jego bohaterowie należą do elitarnej grupy, która nie narzeka na brak dofinansowania, mają do dyspozycji technologie i rozwiązania, o których zwykli policjanci nie śmieliby nawet pomarzyć. Mają dostęp chyba do wszystkich kamer zamontowanych gdzieś w Europie, wynajmują mieszkania w centrach europejskich miast, śledzą ludzi w niesamowicie wyrafinowany sposób. Nie znaczy to jednak, że śledztwa idą im jak z płatka. Nie tylko oni korzystają z cudów techniki - przestępcy także mają do nich dostęp, a Opcop styka się z wyrafinowanymi kryminalistami, dla których nie istnieją problemy finansowe. Tym samym nie ma tutaj narzekania na niski budżet i brak sprzętu, jest za to błyskotliwa policyjna robota, walka, w której i tak policja jest zawsze o krok do tyłu, ale jednak nie jest bez szans.

Przeczytałam więc "Ciuciubabkę" w dwa wieczory, a następnie zamknęłam książkę z lekkim niedowierzaniem i czym prędzej otworzyłam stronę internetową wydawnictwa Czarna Owca, żeby sprawdzić, czy jest w zapowiedziach kolejny tom cyklu. Arne Dahl zafundował nam bowiem takie zakończenie, że chyba każdy, kto przeczytał "Ciuciubabkę", będzie z wielką niecierpliwością czekał na następną książkę!

Moja ocena: 5.5/6

Arne Dahl "Ciuciubabka"

Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Wydawnictwo Czarna Owca 2016


PS. Po raz drugi już we wrześniu zapraszam na Wrzesień z kryminałem! Przeczytajcie w tym miesiącu jakiś kryminał i napiszcie o nim parę słów. Na Facebooku jest specjalne wydarzenie (tutaj), zapraszam do przyłączenia się. Możecie też pisać o przeczytanych przez siebie kryminałach tutaj, w komentarzach, albo u siebie na blogu! Ja mam w planach kilka powieści kryminalnych w tym miesiącu :)

środa, 18 maja 2016

Dlaczego na jedną noc? Bo "Obce dziecko" to jeden z thrillerów, od których nie jest łatwo się oderwać.

Miałam zamiar sięgnąć po tę książkę już kilkanaście dni temu, cieszę się jednak, że tego nie zrobiłam. Wiem już, że zawsze dobrze mieć lekki i wciągający kryminał na podorędziu. Przydaje się, kiedy z różnych przyczyn na inne lektury nie ma się siły lub ochoty. Toteż kiedy przedwczoraj obudziłam się z gorączką i ogólnie kiepskim samopoczuciem, najpierw spanikowałam (w końcu za momencik targi książki), potem poszłam do pracy (to był błąd), aż wreszcie położyłam się po prostu do łóżka i sięgnęłam po książkę Rachel Abbott. Byłam pewna, że po piętnastu minutach ją odłożę, bo niedobrze się czyta z bólem głowy, ale po kilku godzinach zorientowałam się, że udało mi się na moment zapomnieć, jak kiepsko się czuję.

"Obce dziecko" jest bowiem typowym page-turnerem - bardzo brakuje mi ładnego, polskiego odpowiednika tego słowa, które oznacza książkę, od której trudno się oderwać. Powieść Rachel Abbott ma sporo wad, ale mimo to czyta się ją doskonale.

Zaczyna się od mocnego uderzenia - kobieta wraca nocą z rodzinnej kolacji, na tylnym siedzeniu śpi jej sześcioletnia córeczka. Jest dość ślisko, a kobieta nie czuje się zbyt pewnie za kierownicą. Nagle dzwoni jej telefon, a głos, którego w pierwszej chwili nie rozpoznała, informuje ją, że ma się pod żadnym pozorem nie zatrzymywać. W tej samej chwili na drodze pojawia się przeszkoda - stojący w poprzek drogi samochód. Kobieta panikuje, dociska gaz do dechy, żeby ominąć przeszkoda, wpada w poślizg i dachuje. Kiedy po kilku minutach na miejsce dociera wezwana przez przypadkowego rowerzystę policja, kobieta już nie żyje, a na tylnym siedzeniu leży tylko pusty fotelik dziecięcy. Dziewczynka zniknęła bez śladu.

Sześć lat później ojciec dziewczynki ma już nową rodzinę - żonę i małego synka. Policja nie potrafi powiedzieć, co stało się z jego córką. Jednak pewnego dnia dziewczynka po prostu zjawia się w rodzinnym domu. Prawie się nie odzywa, do ojca odnosi się z wrogością, nie chce powiedzieć, co się z nią działo przez te wszystkie lata. Druga żona mężczyzny, Emma, nie chce odtrącać małej, ale zachowanie dziewczynki ją niepokoi.

"Obce dziecko" wpisuje się więc doskonale w najmodniejszy obecnie trend. Jest to thriller, którego akcja toczy się w rodzinie, i to członkowie tej rodziny mogą stanowić dla siebie zagrożenie. Nie wiadomo, kto skrywa jakieś tajemnice, wiadomo jednak, że nie można się czuć bezpiecznym we własnym domu. Powieść Rachel Abbott jest na szczęście na tyle zaskakująca, że nie łatwo domyślić się, co tak naprawdę wydarzyło się sześć lat temu. Co kilka stron pojawiają się nowe elementy układanki, a zaangażowany w sprawę policjant z zaskoczeniem odkryje, że w sprawie pojawi się wątek, które dotyczy go osobiście.

Powieść jest dość uproszczona pod względem psychologicznym, a zachowanie bohaterów potrafi irytować, zwłaszcza na początku. Na szczęście im dalej, tym jest lepiej: bohaterowie stają się bardziej wiarygodni, fabuła się zgrabnie rozwija, a zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Uznaję więc spotkanie z książką Rachel Abbott za bardzo udane, tym bardziej, że pomogła mi zapomnieć na kilka godzin o marnym samopoczuciu.

Szkoda tylko, że znowu poznajemy książki w nieodpowiedniej kolejności. Dopiero po lekturze sprawdziłam, że "Obce dziecko" to czwarta część cyklu o detektywie z Manchesteru. Na szczeście brak znajomości wcześniejszych tomów nie przeszkadzał mi w ogóle podczas lektury, ale i tak wolałabym czytać wszystko po kolei. Miejmy nadzieję, że wcześniejsze tomy też zostaną u nas wydane.

Moja ocena: 4.5/6


środa, 20 kwietnia 2016

Jørn Lier Horst należy do moich ulubionych autorów kryminałów, ale po przeczytaniu "Ślepego tropu" muszę przyznać, że nie jest to pisarz dla każdego. Niejeden czytelnik poczuje się rozczarowany po tej lekturze, zwłaszcza jeżeli "Ślepy trop" będzie pierwszą książką Horsta, po którą sięgnie. Postanowiłam więc zamiast tradycyjnej recenzji wypunktować wady i zalety tej książki, oczywiście w nadziei, że jeśli będziecie wiedzieli, czego się spodziewać, polubicie tego autora tak samo jak ja.

Za co lubię Horsta?

  • Jego książki to bardzo wiarygodne i rzetelnie napisane opisy policyjnych procedur. Nie ma w nich żadnych udziwnień, a wszystko, o czym pisze Horst, mogłoby się naprawdę zdarzyć. Oczywiście, zagadki są dość złożone, ale nie ma tu takich dziwnych przypadków, które sprawiają, że książka robi się ciekawsza, ale niekoniecznie realistyczna.
  • William Wisting jest zwykłym człowiekiem. Nie wyróżnia się niczym, może poza swoją skrupulatnością. Jest bystry, ale nieprzesadnie, jest samotny, ale nie popada w depresję. Zamiast topienia smutków w alkoholu wybiera tapetowanie mieszkania swojej ukochanej córki. Jest dobrym ojcem, a wkrótce będzie zapewne dobrym dziadkiem. Mógłby być naszym sąsiadem, oczywiście o ile mieszkalibyśmy w niewielkim miasteczku w Norwegii.
  • Na pierwszy plan wysuwają się problemy, z jakimi muszą borykać się policjanci. Jørn Lier Horst coś o nich wie - przez lata pracował jako szef wydziału śledczego. Interesuje go etyka policjanta i to, jak łatwo ulec pokusie i w dobrej wierze wejść na drogę bezprawia. Uwrażliwia czytelników na dylematy, które są udziałem prokuratorów i śledczych, wzbudza w nas empatię i zrozumienie. Zakończenie, które może zaskoczyć, a nawet zirytować, jest tak naprawdę kropką nad i w temacie wyborów, których musi dokonywać każdy śledczy i ich konsekwencji.
  • Doceniam intrygi, które wymyśla ten pisarz. Zagadka zniknięcia taksówkarza, która stanowi główną oś fabuły "Ślepego tropu", okazuje się tak wielopoziomowa, że nie sposób ją samodzielnie rozgryźć. Każda mała podpowiedź się liczy, trzeba więc być czujnym i cały czas główkować.

Co mnie irytuje?

  • Warstwa psychologiczna pozostawia sporo do życzenia. Zwłaszcza Line, córka Wistinga, została w "Ślepym tropie" potraktowana po macoszemu. Ile razy można czytać, że boi się porodu? Dlaczego nie ma żadnych dylematów wiążących się z byciem samotną matką? We wcześniejszych tomach Line odkrywała sporą rolę w prowadzonych śledztwach, tutaj jest tylko ciężarną kobietą, która nagle straciła swoją dociekliwość.
  • Nie znajdziecie tu zbyt bogatego tła obyczajowego. Horst nie skupia się na problemach społecznych. Interesuje go praca policji i na niej się skupia. Mnie to odpowiada - sięgając po "Ślepy trop" dokładnie tego oczekiwałam, jednak czytelnik przyzwyczajony do niego innych kryminałów skandynawskich może poczuć się rozczarowany.

Istotnym utrudnieniem jest kolejność wydawanych tomów. Wydawnictwo Smak Słowa utrudniło trochę życie czytelnikom, zaczynając przygodę z książkami Horsta od dziewiątego tomu, który był wówczas najnowszy. Potem wydano tom ósmy i siódmy, a teraz dostaliśmy tom dziesiąty. Wprawdzie życie prywatne Williama i Line stanowi niezbyt istotne tło wydarzeń, jednak mimo wszystko lepiej czytać książki w takiej kolejności, w jakiej zostały napisane. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar zacząć przygodę z Horstem, podaję kolejność wydanych w Polsce tomów (kliknięcie na tytuł przeniesie was do recenzji poszczególnych części):

1. "Poza sezonem"

2. "Psy gończe"

3. "Jaskiniowiec"

4. "Ślepy trop"

Ja oczywiście polecam, bardzo lubię spokojny i wyważony klimat tych powieści. A wy lubicie Horsta czy wolicie bardziej ekscytujące i bogatsze kryminały?

Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 05 kwietnia 2016

Dziecko, które znika bez śladu, to popularny motyw thrillerów psychologicznych, a jednocześnie koszmar każdego chyba rodzica. Nie ma znaczenia, że dziecko, jak w przypadku Courtlandów, będących bohaterami książki Tima Johnstona, jest już prawie dorosłe.

Caitlin wkrótce zacznie studia. Jest zapaloną biegaczką, namówiła więc rodziców na wspólne wakacje w Górach Skalistych - chce solidnie potrenować, wie, że na uczelni konkurencja będzie spora, a ona chce zwyciężać w wyścigach. Pewnego ranka zabiera młodszego brata i wyrusza na trening. Chłopiec towarzyszy jej na rowerze, ale nie ma takiej kondycji, jak jego siostra i poruszanie się po górskich ścieżkach nie przychodzi mu łatwo. Trudno więc powiedzieć, kto kogo miał pilnować - brat siostry, czy odwrotnie.

Ostatecznie nie będzie to miało znaczenia. Chłopiec zostaje potrącony przez samochód, a dziewczyna znika bez śladu.

"W dół" Tima Johnstona to nie tylko wciągający thriller, w którym napięcie ani na moment nie opada, zaś zgrabnie poprowadzona intryga zadowoli najbardziej wybrednego czytelnika. To przede wszystkim pięknie napisana analiza tego, co dzieje się z rodziną dotkniętą w tak straszliwy sposób. Czy można się podnieść, nie wiedząc, co stało się z zagnioną córką i siostrą? A raczej, bardziej adekwatnie, czy z góry, na której ostatnio widziano Caitlin, da się kiedykolwiek zejść w dół?

Akcja obejmuje kolejne trzy lata, w którym to czasie rodzina Courtlandów praktycznie się rozpada. Każdy musi sam podjąć decyzję, czy jest w stanie zejść z góry, czy jest w stanie stworzyć sobie choćby namiastkę normalnego życia. Opowieść o tym, jak sobie radzą (a raczej, jak sobie nie radzą), przeplata się z prawdą o zaginięciu Caitlin, skąpo dawkowaną przez autora.

Dramatyczny finał sprawia, że zapominamy o rozterkach, ale po zamknięciu książki pytania powracają. Czy można kiedykolwiek przestać szukać? Czy zniknięcie jednego dziecka musi oznaczać faktyczną utratę drugiego, które tak samo przeżywa zaginięcie siostry? Johnston maluje portret rodziny, która nie jest w stanie podnieść się spod ciężaru, jakim jest nieobecność córki i siostry. Nawet kiedy wrócą do miasta, emocjonalnie będą wciąż tkwić na tej górze, czekając na rozwiązanie, które pozwoli im zejść. Ale czy to kiedykolwiek nastąpi?

Moja ocena: 5/6

Tim Johnston "W dół"

Tłum. Karolina Iwaszkiewicz

Wydawnictwo Marginesy 2016

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...