skwer fantastyki

wtorek, 08 grudnia 2015

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdybym kierowała się tylko okładką. Na szczęście zerknęłam na opinie na stronach anglojęzycznych i postanowiłam zaryzykować. Cieszę się, bo mało brakowało, a przegapiłabym naprawdę niezłą i niesamowicie wciągającą powieść dla młodzieży.

Rzecz dzieje się w świecie, w którym kasta wojowników (Wojanie) zapanowała nad innymi grupami społecznymi, bezwzględnie je sobie podporządkowując. Główna bohaterka, Laia, należy do szczególnie prześladowanej kasty Scholarów. Kiedy jej brat zostaje aresztowany, ta żyjąca dotychczas pod kloszem dziewczynka będzie musiała poszukać pomocy wśród ludzi, którzy są wyjęci spod prawa - członków ruchu oporu. Laia nie jest odważna, ale za namową przywódcy rebeliantów zdecyduje się na coś niemalże samobójczego - pozwoli się sprzedać jako niewolnica do domu niejakiej Komendantki, kierującej akademią szkolącą wojańskich żołnierzy.

Opowieść Lai przeplata się z historią Eliasa, który właśnie kończy naukę w akademii i lada moment zostanie pełnoprawnym wojownikiem. Do jego twarzy powoli przyrasta maska, która stanie się jego drugą skórą. Chyba że Eliasowi uda się coś, co planuje od dawna, czyli ucieczka. A ponieważ jest synem samej Komendantki, jego kroki są szczególnie pilnie śledzone.

Sabaa Tahir starannie buduje świat, w którym nikt nie jest zwycięzcą, wszyscy są w jakiś sposób zniewoleni. Nie ma w nim szczęścia, bo nawet ci, którzy panują, podlegają surowym zasadom. Chłopcy szkolący się na żołnierzy muszą czasem patrzeć na śmierć własnych braci, którzy okazali się zbyt słabi. Kasty, które cieszą się względną swobodą też bywają prześladowane. Nawet ci, którzy dostaną szansę zostania kolejnym Imperatorem tak naprawdę walczą nie tyle o zwycięstwo, ile o przetrwanie.

Laia i Elias to bardzo intrygująca para. Oboje przechodzą przemianę i choć na początku każde z nich znajduje się na zupełnie innej pozycji, ostatecznie będą musieli zmierzyć się z podobnymi wyzwaniami. Będą walczyć ze strachem, bojąc się nie tylko o siebie, ale też o swoich bliskich. Będą musieli przekonać się, że czerń i biel mogą być tylko złudzeniem.

Może nie ma w tej książce nic szczególnie orygnalnego - ile już takich światów poznaliśmy? Sabaa Tahir jednak wyjątkowo zgrabnie buduje napięcie, a także sprawia, że lubimy bohaterów, których stworzyła, i to nie tylko tych pierwszoplanowych. Zresztą czarne charaktery są tu także bardzo interesujące, i muszę przyznać, że czekam niecierpliwie na dalsze części, które być może rzucą nieco światła na postać Komendantki, która jest jedną z najbardziej enigmatycznych bohaterek.

Warto więc zwrócić uwagę na "Ember in the Ashes. Imperium ognia", zwłaszcza jeśli lubicie młodzieżowe dystopie lub szukacie właśnie prezentu dla czytającej nastolatki. Czyta się tę powieść tak dobrze, że lepiej nie zaczynać jej przed weekendem, a lektura jest nie tylko wciągająca, ale też potrafi zaskoczyć. Brutalne sceny pełne przemocy przeplatają się tu z niemal lirycznymi fragmentami, sojuszników można zaś znaleźć w zaskakujących miejscach.

Szkoda, że okładka raczej odstrasza, przyznam też, że nie rozumiem zabiegu wydawcy, który zostawił oryginalny tytuł, dodając polski podtytuł. Autorka zaplanowała już kolejną część, która będzie miała niezależny tytuł, nawiązujący formą gramatyczną do "Ember in the ashes" - polskie tytuły będą więc zupełnie oderwane od oryginalnych.

Pomijając jednak to, co na okładce, "Ember in the ashes" to naprawdę wciągająca i mądra powieść, która powinna spodobać się czytelnikom w różnym wieku.

Moja ocena: 4.5/6

Sabaa Tahir "Ember in the Ashes. Imperium ognia"

tłum. Marcin Wawrzyńczak, Jerzy Malinowski

Wydawnictwo Akurat, str. 509

piątek, 10 lipca 2015

Niech nie zmyli was brokat na okładce - książka, o której chcę dzisiaj opowiedzieć, nie jest romansem dla egzaltowanych nastolatek. "Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta" to porządna powieść science fiction, w której możecie z łatwością przepaść.

Pomysł przypomina nieco "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson - Harry August, nieślubny syn arystokraty, wychowany w domku ogrodnika, przeżywa całkiem satysfakcjonujące życie, umiera i rodzi się raz jeszcze. Rodzi się w tym samym czasie i miejscu, ale pamięta swoje poprzednie życie. W dodatku już po przeczytaniu tytułu można się domyślić, że spotka go to jeszcze przynajmniej piętnaście razy.

W odróżnieniu od bohaterki powieści Kate Atkinson, Harry pamięta wszystko ze swoich poprzednich żyć bardzo dokładnie. W jego przypadku nie ma mowy o niejasnych przeczuciach. Wie, że już żył, a mniej więcej po trzecich narodzinach zaczyna zdawać sobie sprawę, że będzie żył ponownie, znowu w tym samym czasie i miejscu.

Chcielibyście żyć wiecznie? Harry nie wydaje się zachwycony tą wizją, ale przyjmuje ją z rezygnacją. Po kilku życiach zaczyna się zastanawiać, czy na pewno jest jedynym przypadkiem osoby uwięzionej w czasie, i powoli dociera do Bractwa Kronosa - stowarzyszenia, którego członkowie również rodzą się po wielokroć, zawsze w tym samym miejscu i czasie. Potrafią przekazywać sobie wiadomości, a gdy dowiedzą się o nowej osobie, którą spotkał ten los, pomagają jej w każdym kolejnym życiu.

Bo przecież rodząc się z wiedzą o tym, co się stanie, łatwo sobie uprościć życie. Wystarczy zapamiętać wyniki konnych wyścigów, postawić na właściwego konia lub zainwestować pieniądze w firmę, o której sukcesie pamiętamy z poprzedniego życia. Ouroborianie, tak bowiem nazywają się członkowie Bractwa Kronosa, potrafią zapewnić sobie wygodny żywot. Pewnego dnia jednak dociera do nich wiadomość przesłana z przyszłości, przekazana umierającemu Harry'emu przez małą dziewczynkę - świat się kończy szybciej niż powinien. Nauczeni doświadczeniem członkowie Bractwa zdają sobie sprawę, że ktoś z nich jest prawdopodobnie za to odpowiedzialny.

Powieść Claire North to fascynująca wizja świata, w którym wszystko dzieje się po wielokroć. Jak walczyć z przeciwnikiem, który, podobnie jak my, narodzi się jeszcze wiele razy? Jak szukać się w kolejnych żywotach? Wreszcie, jak odnaleźć jakikolwiek sens, wiedząc, że wszystko może zdarzyć się jeszcze raz? Od lektury trudno się oderwać, choć North pisze w sposób dość suchy i chłodny. Jednak jej opowieść jest tak dopracowana i tak niepokojąca, że mocno oddziałuje na wyobraźnię.

Co ciekawe, nie ma w tej książce prawie wątku romansowego. Zamiast łatwego i wręcz narzucającego się motywu miłości, która nie gaśnie nawet po śmierci, autorka zdecydowała się skupić na trudnych relacjach Harry'ego z jego przybraną i biologiczną rodziną, a także na relacjach między ouroborianami. Najciekawsza zaś jest opowieść o przyjaźni z wrogiem - o tym, jak można lubić człowieka, którego jednocześnie chcemy zniszczyć.

Claire North to pseudonim, za którym ukryła się Catherine Webb, pisarka ze sporym dorobkiem. Nie wiem, czy taki zabieg był potrzeby - "Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta" to powieść, która broni się sama i z której każdy autor mógłby być dumny. Pod fantastycznym przebraniem kryje się w niej rozbudowana metafora i warto nie tylko dać się porwać dość wartkiej i dramatycznej opowieści, ale także zadumać nad istotą czasu i wartością życia, które przecież w jakimś sensie jest powtarzalne, nawet jeśli nie pamiętamy, byśmy żyli już wcześniej.

Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nie wiem, czy pamiętacie, że rok temu, po wizycie na Pyrkonie, postanowiłam, że będę czytać więcej fantastyki, a zwłaszcza fantasy. Nie mogę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowana swoimi postępami w tej dziedzinie, choć jakieś kroki poczyniłam i kilka zaległych lektur nadrobiłam. Zaczęłam też uzupełnianie biblioteczki, co okazało się wcale nie takie proste - nakład niektórych książek, które mi wtedy polecaliście, dawno się już wyczerpał. Jednak poluję wytrwale, kilka pozycji mi na półkach przybyło (no dobrze, powiedzmy szczerze, że nie na półkach, tylko na podłodze, na półki już od dawna nie wcisnę nawet "Małego księcia", a co dopiero mówić o opasłych tomiszczach, jakie lubią produkować pisarze parający się fantastyką). Mam też listę pisarzy, z którymi mam zamiar zawrzeć znajomość. A jedno z nazwisk na niej widniejących to Joe Abercrombie.

Ucieszyłam się więc, widząc w zapowiedziach "Pół króla". Wprawdzie szybko doczytałam, że to powieść przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, ale w końcu stara nie jestem... Niech więc będzie "Pół króla" na początek znajomości z autorem, który, nota bene, w sierpniu przyjedzie do Poznania, będzie więc szansa poznać go bardziej bezpośrednio!

"Pół króla" okazało się takim fantasy nowej generacji. Przynajmniej ja to tak określam - prawdopodobnie już wcześniej pisano książki, w których magii właściwie nie ma, ale cała otoczka jest typowa dla świata fantasy, ale mam wrażenie, że prawdziwą modę wykreował George R. R. Martin. Nie ma więc w książce Abercrombiego czarodziei, magicznych istot, zaklęć i przepowiedni. Jest tylko połowa króla, który w dodatku szybko zostaje pozbawiony tronu. Nie ma nawet smoków, co akurat może sprawić, że trudniej będzie mi namówić Olę na lekturę. Namawiać jednak będę, bo jest coś, co jej się z pewnością spodoba.

Jest przesympatyczny, budzący w czytelniku ciepłe uczucia, dowcipny i zaskakujący bohater.

Oczywiście zaskakiwać będzie młodszego czytelnika. Ja nie byłam zdziwiona, że potomek królewskiego rodu, Yarvi, który urodził się ze zdeformowaną ręką i nigdy nie miał zostać królem, pod wpływem okoliczności zaczyna zmieniać się, nabierać siły, odwagi i determinacji. Schemat to znany z innych powieści typu bildungsroman, które opowiadają o dojrzewaniu nastoletniego bohatera. Jestem przekonana jednak, że nastoletni czytelnik będzie śledzić jego przemianę z zapartym tchem. Zresztą ja również z przyjemnością śledziłam liczne przygody Yarviego, który, jak się łatwo domyślić, będzie musiał się mocno natrudzić, by zasłużyć sobie na tron, który niespodziewanie najpierw przypadł mu w udziale, a następnie został odebrany.

Co ciekawe, powieść, w której nie ma zbyt wiele miejsca na powolne budowanie postaci, w pewnym momencie okazuje się czymś więcej, niż tylko pełną przygód opowieścią o nieszczęsnym młodzieńcu. Autor okazał się szczwanym lisem - rekomendacja Martina, która widnieje na okładce, nie jest chyba całkiem przypadkowym zabiegiem marketingowym. Abercrombie potrafi zaskoczyć, zaś jego postaci okazują się dużo bardziej wieloznaczne, niż się to wydawało na początku lektury.

Nie powiem nic więcej - odkryjcie wszystkie tajemnice Yarviego i jego towarzyszy na własną rękę. Myślę, że warto - "Pół króla" to naprawdę dobrze napisana powieść, która trafi wysoko na moją listę książek o najbardziej zaskakujących zakończeniach. Wprawdzie bohaterem jest człowiek, który sam siebie nazywa połową króla, jednak satysfakcja z lektury jest jak najbardziej pełna.

Moja ocena: 5/6

środa, 22 kwietnia 2015

Moja córka zakochała się w literaturze fantasy i jest jej dość wierna już od wielu miesięcy. W ramach delikatnych prób poszerzania jej czytelniczych horyzontów podsunęłam jej kiedyś "Igrzyska śmierci" i od tego czasu dystopie zostały dopisane do listy akceptowanych przez nią gatunków. "Nieludzie" Kat Falls mogą się przyczynić do rozszerzenia jej o powieści postapokaliptyczne, książka ta jest bowiem bardzo lekkim i przyjemnym wprowadzeniem do tego, było nie było, niezbyt łatwego gatunku.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości w Ameryce. Kilkanaście lat temu firma biotechnologiczna podjęła próbę stworzenia chimer, które uatrakcyjniłyby parki rozrywki. W efekcie udało im się stworzyć wirusa, który zabił setki tysięcy ludzi, zaś teraz, po latach mutacji, stracił wprawdzie swoje śmiercionośne właściwości, za to powoduje, że ludzie nim zarażeni powoli zmieniają się w zwierzęta. Ci, którzy ocaleli, zamknęli się w miastach otoczonych wysokimi murami. Są w nich bezpieczni, pod warunkiem, że nikt i nic nie przedostaje się przez tę barierę. Nie wiedzą, jak wygląda życie poza murami, i nawet gdyby chcieli się dowiedzieć, nie mają na to szans. Uzbrojeni strażnicy strzegą muru w dzień i w nocy, a wszelkie próby przekroczenia go karane są śmiercią.

Nastoletnia Lane żyje bezpiecznie w Davenport, nie wiedząc, czy opowieści o dziwnych stworzeniach będących krzyżówkami różnych gatunków są prawdą, czy też opowiadający jej takie historie tato ma wyjątkowo bujną wyobraźnię. Jednak pewnego dnia ojciec znika, zaś Lane będzie zmuszona wydostać się poza mur, by ocalić mu życie. Szybko przekona się, że jej ojciec wie więcej o życiu w dziczy, niż ona kiedykolwiek przypuszczała, a żeby go uratować, sama będzie musiała się wiele nauczyć.

"Nieludzie" Kat Falls to powieść pełna niespodzianek i nie ma sensu zdradzanie zbyt wielu z nich. Łatwo się domyślić, że Lane będzie musiała się zmienić i wydorośleć, by przetrwać w dziczy, a skoro powieść przeznaczona jest dla nastoletniego czytelnika, musi pojawić się też choć cień wątku miłosnego. Tutaj mamy aż dwóch kawalerów - poważnego i zdeterminowanego strażnika i nieliczącego się z nikim dzikusa. Obaj poczują coś do Lane, a że różnią się od siebie tak, jak moje oba koty - ruda i nieprzewidywalna Daisy i srebrzysta i stateczna Lucy - między całą trójką będzie często iskrzyć.

Najciekawsza jest jednak sama Lane i przemiana, jaką przechodzi - z przestraszonej dziewczynki, która obsesyjnie odkaża skórę po każdym kontakcie z brudem do zdecydowanej pannicy stającej w obronie "dzikich", czyli ludzi zarażonych wirusem i przemienionych. Nie sposób jej nie lubić, a przy okazji może być nie najgorszym wzorcem do naśladowania, gdy odważnie staje w obronie tych, którzy wyglądają inaczej.

Niestety, znajdzie się też łyżka dziegciu - muszę zdecydowanie ukryć tę książkę przed U, który jest genetykiem i który z pewnością nie mógłby jej czytać, nie pomstując w głos na różne bzdury dotyczące realiów świata przedstawionego. Cała idea zamykania się w gettach po to, by nie zachorować na coś, co złapać można tylko, kiedy się zostanie ugryzionym, wydaje się pozbawiona sensu. Jeśli jednak przymkniemy oko na takie niedociągnięcia, lektura sprawi nam sporo przyjemności, zaś młodego czytelnika może wciągnąć bez reszty. Przetestuję ją na pewno na Oli.

Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 30 marca 2015

Jakiś czas temu przez amerykańskie i angielskie portale książkowe przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy dorośli powinni się wstydzić tego, że czytają książki dla młodzieży. Literatura młodzieżowa, po angielsku nazywana Young Adult fiction, święci prawdziwe triumfy za oceanem, i to bynajmniej nie tylko wśród czytelników mających naście lat. Niektórzy czytelnicy i krytycy uważają, że dorośli sięgający po książki z tego gatunku są żałośni, nie mają wyrobionego gustu i generalnie powinni się za siebie wstydzić.

Na szczęście po publikacji pierwszego artykułu, który głosił tę tezę, zewsząd zaczęły rozbrzmiewać głosy obronne. Ludzie oczytani i dobrze wykształceni przyznawali się do tego, że lubią czytać także książki z kategorii Young Adult, co więcej - uważają, że to literatura jak każda inna.

Zapewne wiecie, lub przynajmniej się domyślacie, że identyfikuję się z tą drugą grupą.

Cóż - mam dobry powód, żeby czytać książki dla młodzieży. Moja córka jest już nastolatką, a od wielu lat przecież czytam książki przeznaczone dla niej - dawniej po to, żeby wybrać coś, co jej się spodoba, teraz często na jej prośbę, żeby móc podyskutować i zrozumieć jej fascynację jakimś tytułem.

Czytałabym jednak książki dla młodzieży, nawet gdybym nastolatki w domu nie miała.

Przede wszystkim dlatego, że tym, za co najbardziej kocham literaturę, jest poszerzanie horyzontów. Może to wyświechtana fraza, ale dokładnie to robią książki - otwierają oczy na innych, uczą empatii, prowokują do spojrzenia na świat cudzymi oczami. Książki młodzieżowe, których bohaterami najczęściej są nastolatki właśnie, przypominają, jak cudownie i zarazem okropnie kategoryczny i pełen pasji jest ten okres życia. Nastoletni bohaterowie nie uznają półśrodków. Zakochują się na zabój, wydają zdecydowane sądy, śmiało przechodzą do działania. Nie wszyscy, z pewnością, jednak ta determinacja i zapał są bardzo charakterystyczne. Czytając, przypominam sobie, jak to było, postrzegać świat w tak intensywny sposób.

Jest jeszcze jedna cecha, za którą wszyscy powinniśmy kochać książki dla młodzieży. Są one doskonałym lekarstwem na brak chęci na czytanie. Nie masz ochoty na żadną książkę? Zmuszasz się, by sięgać po kolejne lektury, ale każdą rzucasz w kąt po kilkunastu minutach? Zajrzyj do jakiejś książki dla młodzieży - jest duża szansa, że nie zauważysz, że minęło kilka godzin!

Do sięgnięcia po książki Maggie Stiefvater nie skłoniła mnie jednak czytelnicza niemoc. Pisarka ta zainteresowała moją córkę, jako że napisała drugi tom uwielbianej przez nią serii (każdy tom ma innego autora). "Król kruków" i "Złodzieje snów" to nowy cykl tej autorki, a opisy brzmiały zachęcająco. Przeczytałam obie części w dwa wieczory, co z pewnością źle o nich nie świadczy.

Kot musi być. Ten młodszy, skoro książki młodzieżowe.

Prawdę powiedziawszy,"Król kruków" zaczyna się dość chaotycznie, a wrażenie lekkiego chaosu pozostaje do końca lektury. Poznajemy Blue, córkę wróżki, jedyną zresztą osobę w rodzinie, która nie posiada daru jasnowidzenia. Mieszkając z kilkoma obdarzonymi takim darem ciotkami, Blue jest zdecydowanie zbyt często informowana o tym, że nad jej przyszłością ciąży cień - kiedy pocałuje chłopaka, sprowadzi na niego śmierć. Ona sama, jako niezbyt zainteresowana płcią przeciwną nastolatka, jest raczej tą przepowiednią zirytowana, niż przejęta, przynajmniej do momentu, kiedy sama nie dozna wizji i nie zobaczy chłopaka, na którego ma wywrzeć taki dramatyczny wpływ.

Chłopców zresztą jest w tej opowieści pod dostatkiem. Gansey, Ronan, Adam i Noah początkowo wydają się do siebie podobni - nieco mroczni, lojalni, ale skryci, połączeni wspólną obsesją. Blue zostaje nieco przypadkiem wciągnięta do ich grupy, i choć próbuje się mieć na baczności, od początku wiadomo, że ulegnie urokowi któregoś z nich. Daje się wciągnąć w poszukiwania, które opętały zwłaszcza Ganseya - marzy on o znalezieniu ciała walijskiego króla sprzed wieków, wierząc, że nie jest on tak naprawdę martwy.

"Złodzieje snów" to ciąg dalszy ich przygód, o dziwo, zdecydowanie lepszy niż tom pierwszy. Poszukiwania tajemniczego władcy wciąż trwają, nie jest też rozstrzygnięta kwestia pocałunku. Wychodzą też na jaw niecodzienne umiejętności mało jak dotąd wyeksponowanego członka grupy - Ronana. Potrafi on przynosić przedmioty ze swoich snów, a przy okazji skrywa też kilka innych tajemnic.

Ronan, Gansey, Adam - wszyscy trzej okazują się nieco inni, niż się to na początku wydawało. Autorka powoli buduje swoje postaci, unikając prostych rozwiązań. Adam, którego najbardziej lubiliśmy w części pierwszej, po wydarzeniach z "Króla kruków" zmienia się. Z całej grupy jest najuboższy i nie potrafi poradzić sobie z poczuciem niższości. Zmaga się ze złością - na siebie, na Blue, na swoich przyjaciół. Blue zresztą niczego mu nie ułatwia, nie jest z nim szczera i sama nie wie, czego od niego chce. Gansey, który początkowo irytował mnie najbardziej, zmienia się na lepsze. To taki złoty chłopiec, który nie wie, czym jest prawdziwe życie, za to potrafi z niezwykłą wytrwałością dążyć do celu, choćby ten wydawał się całkiem nieprawdopodobny. Najciekawszy zaś jest Ronan - ale o nim przeczytajcie sami! Byle nie przed snem, bo fragmenty o jego koszmarach są całkiem sugestywne!

Jeśli sądzicie, że fantastyka dla młodzieży oznacza książki o wampirach i upadłych aniołach, Maggie Stiefvater może was pozytywnie zaskoczyć. W jej książkach magia po prostu jest, splatają się też wątki, które mogą prowadzić czytelnika w wielu kierunkach - na przykład w stronę tajemniczych linii na płaskowyżu Nazca w Peru. Jednak tym, co w "Królu kruków" i "Złodziejach snów" jest najciekawsze, jest po prostu portret grupy nastolatków, szukających swojego miejsca w życiu. Bohaterowie są może trochę pogubieni, ale ich wzajemne relacje są opisane pieczołowicie i wiarygodnie. Trudno nie ulec ich urokowi, tym bardziej, że autorka nie faworyzuje nikogo, poświęcając każdemu wiele uwagi.

Fabuła bywa nieco naciągana i czasem irytowały mnie niektóre wydarzenia. Podobała mi się jednak tajemniczość i to, że zarówno przyszłość, jak i przeszłość bohaterów nie jest czytelnikowi jeszcze znana. Jestem przekonana, że moją córkę ta lektura zachwyci. Na pewno będzie bardzo przejęta klątwą ciążącą nad Blue i smutnym losem niektórych z chłopców. Ja też nie żałuję czasu, który nad tą serią spędziłam, i ciekawa jestem ciągu dalszego.

Moja ocena: 4/6

wtorek, 30 września 2014

Zdarza mi się sięgnąć po książkę z czystej ciekawości. Nie mam odruchu unikania bestsellerów, który zdaje się towarzyszy wielu czytelnikom - może dlatego, że lubię wiedzieć, co w trawie (w właściwie na księgarnianych półkach) piszczy. Kiedy więc usłyszałam, że książkę debiutującej angielskiej pisarki przetłumaczono na 47 języków jeszcze przed premierą, poczułam się zaintrygowana. Na tyle, że nawet nie sprawdziłam opinii czytelników, tylko postanowiłam się jej przyjrzeć.

Tak naprawdę odpowiedź na pytanie, dlaczego wydawcy na całym świecie zdecydowali się zainwestować w tę książkę, można poznać już po przeczytaniu kilku zdań o treści. Świat, w którym jednocześnie żyją osoby obdarzone zdolnościami magicznymi i takie, które nie wierzą w istnienie czarodziejów? Zwaśnione rody czarnych i białych magów? Ceremonia picia krwi w dniu osiągnięcia dojrzałości? Mieszanka motywów z Harry'ego Pottera i "Zmierzchu" mogła skusić wydawców, tym bardziej, że już po pierwszych rozdziałach można się przekonać, że akcja toczy się wartko. Jednak po przeczytaniu całości muszę stwierdzić, że "Zła krew" Sally Green nie jest warta aż takiego zamieszania.

Z całą pewnością nie jestem odpowiednim czytelnikiem, ale też jakoś nie do końca potrafię stwierdzić, kto nim jest. Właściwie jest to książka dla młodzieży (choć w księgarniach widziałam ją raczej na półkach z książkami dla dorosłych). Jest w niej jednak tyle brutalności i przemocy, że nie podsunęłabym jej jeszcze swojej córce, choć za parę lat zapewne mogłaby ją z przyjemnością przeczytać. Głównym bohaterem jest nastoletni Natan, który urodził się jako swego rodzaju mieszaniec - jego matka pochodzi z rodu parającego się białą magią, lecz ojciec jest słynnym i poszukiwanych czarnoksiężnikiem. Natan nie zna rodziców - matka nie żyje, a ojciec się ukrywa. Wychowuje go babcia, ma też czułego i lekko zniewieściałego brata i okrutną, nienawidzącą go siostrę.

Świat, w którym żyje Natan, jest wyjątkowo nieprzyjemny. Niby władzę dzierżą czarodzieje opowiadający się po jasnej stronie mocy, jednak darzą czarnoksiężników i czarownice taką nienawiścią, że ścigają ich po całym świecie, mordując bez litości. W imię jakiejś mocno niejasnej sprawiedliwości torturują i prześladują nawet niewinne osoby. Natan zdaje sobie sprawę, że pozwalają mu żyć tylko dlatego, że chcą go wykorzystać do pojmania jego ojca.

Pomysł może i jest nie najgorszy, ale wykonanie zdecydowanie szwankuje. Dziwne, zwłaszcza w książce dla młodzieży, wydaje się przedstawienie białej i czarnej magii - czarnoksiężnicy nie wydają się złowrodzy, przeciwnie - są prześladowanymi ofiarami. Biali za to są odpychający, a ich zachowanie kompletnie niewytłumaczalne. Fabule brak spójności - co jakiś czas dzieje się coś nagłego, co zazwyczaj kończy się kompletnym sponiewieraniem Natana, który na szczęście obdarzony jest darem samouzdrawiania. Autorka może się więc na nim dowolnie wyżywać, łamiąc mu żebra, oblewając kwasem i wbijając igły w kości, bo wiadomo, że chłopak jakoś się z tego wykaraska. Jest oczywiście obowiązkowy wątek miłosny, ale niczym nie uzasadniony - pochodząca z najbielszej rodziny dziewczyna po prostu zaczyna pałać sympatią do ponurego Natana, nie wiadomo dlaczego, i pomimo że spędzili razem dosłownie kilka chwil, ryzykuje dla niego życie. Nie wiemy o niej nic, autorka nie stara się wyjawić nam jej myśli - ot, jest dziewczyna i Natan ma o kim marzyć.

Przypuszczam, że "Zła krew" spodoba się nastoletnim czytelniczkom, choćby ze względu na podobieństwo do innych książkowych światów, a także przez to, że trudno nie współczuć wiecznie prześladowanemu bohaterowi. Ja jednak raczej nie sięgnę po kolejne części, chyba że ktoś mnie przekona, że autorka nieco uwiarygodniła swoje postaci i popracowała nad płynnością akcji.

Moja ocena: 3/6

wtorek, 27 maja 2014

   Stali czytelnicy Miasta Książek z pewnością wiedzą już, że są takie miesiące, kiedy wpisy nie pojawiają się tu zbyt często. Maj i czerwiec, a do pewnego stopnia także wrzesień, to czas, w którym czytuję głównie prace licencjackie i zaliczeniowe, a wolne chwile dzielę między sprawdzanie testów i ich układanie. Nie mogę obyć się wtedy całkiem bez czytania, ale najchętniej sięgam po książki, które nie wymagają od czytelnika zbyt wiele, a za to szczodrze obdarowują. Tempem akcji, łatwością lektury, sprawnie zawiązaną intrygą.

"Wayward Pines. Szum" Blake'a Croucha to na taki okres lektura idealna. Napisałabym, że jest idealna na sesję, kiedy trudno jest się odprężyć, ale lepiej się powstrzymam, żeby nie ryzykować, że ktoś sięgnie po nią zaraz przed ważnym egzaminem. Warto bowiem wiedzieć, że tej książki nie da się odłożyć w połowie.

Szczerze mówiąc, nie jest to jakaś wyjątkowo dobra powieść. Szybko się zaczyna, szybko kończy, postaci nie są jakoś szczególnie rozbudowane. Jest jednak tak napisana, że nie sposób się nie wciągnąć, i nie pozwala czytelnikowi odetchnąć aż do samego końca.

Blake Crouch przyznaje, że napisał "Wayward Pines" jako hołd dla serialu "Miasteczko Twin Peaks", a także innych filmów, które klimatem do niego nawiązywały, jak choćby "Zagubieni". Przeżyłam swego czasu fascynację "Miasteczkiem Twin Peaks" i faktycznie - "Wayward Pines" znakomicie oddaje mroczny i niepokojący klimat tego serialu. Bohater - Ethan Burke, agent specjalny, jedzie do miasteczka Wayward Pines, aby odszukać dwóch agentów, którzy tam zaginęli kilka miesięcy wcześniej. Na granicy miasteczka ma wypadek - budzi się na skraju rzeki i nie pamięta, kim jest. Gdy ostatecznie trafia do szpitala, pamięć mu wraca, jednak jego sytuacja wcale nie wygląda przez to lepiej. Jego dokumenty i telefon zaginęły, ludzi zachowują się dziwnie, nie może skontaktować się ani z rodziną, ani z szefem. I nic więcej nie mogę napisać...

To powieść, która zaskakuje czytelnika niemalże co stronę, nie ma więc sensu opowiadanie o fabule. Może nam się zacząć wydawać, że coś już rozumiemy, i dokładnie wtedy autor daje nam prztyczka w nos i serwuje kolejny zwrot akcji. Przyznaję, że dałam się wciągnąć i jedyne, czego żałuję, to że książka jest raczej cienka i zapewnia rozrywki na jedno zaledwie popołudnie. Chociaż w kontekście sesji to raczej zaleta.

Wydawnictwo Otwarte podarowało jeden egzemplarz dla kogoś z Was. Jeśli chcecie go otrzymać, polećcie jakąś książkę, którą uważacie za idealną do czytania w sesji czy innym stresującym okresie - odprężającą i wciągającą! Na propozycje czekam do końca tygodnia. Spośród wszystkich komentujących wylosuję osobę, do której powędruje książka :)

------------------------------------------------------------------------------------------

Update(03.06): Dziękuję wszystkim za Wasze propozycje, na pewno nie tylko ja chętnie z nich skorzystam! Losowania dokonałam za pomocą Random.org, które zdecydowało, że książkę dostanie meme7 :)

Gratuluję i proszę o mail z adresem do wysyłki!



czwartek, 06 marca 2014

Pakując się przed wyjazdem do Warszawy na galę konkursu Blog Roku wiedziałam, że muszę zadbać o odpowiednią lekturę. Jakoś tak przeczuwałam, że przyda się coś rozweselającego, choćby dlatego, że po całonocnej imprezie jazda porannym pociągiem prosto do pracy, z wizją czterech egzaminów do przeprowadzenia, będzie wymagała naprawdę dobrze dobranej lektury. Nie mogę powiedzieć jednak, że miałam problem z wyborem książki - wiedziałam, że to musi być "Nomen omen" Marty Kisiel.

Miałam to szczęście, że z pierwszą powieścią autorki - "Dożywociem", zaznajomiłam się całkiem niedawno. Szczęście, bowiem ci, którzy sięgnęli po nią od razu po premierze musieli potem odczekać aż cztery lata na kolejną książkę - ja czekałam tylko miesiąc! I w sumie okrutne wydaje się to, że efekt czteroletniej pracy przeczytałam w cztery dni, ale wierzcie mi - bardzo się starałam, ale nie byłam w stanie bardziej spowalniać lektury. Chciałam, żeby starczyła na dłużej, ale nic z tego.

"Nomen omen" wzbudził we mnie bowiem to, czego "Dożywocie" było tylko blisko - dziki zachwyt i uwielbienie do grobowej deski!

Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że akcja toczy się w moim Wrocławiu (czy wy w ogóle wiecie, że we mnie wrocławska płynie krew? Poznań jest mój z wyboru, kocham to miasto, ale jestem chyba jednak wciąż bardziej wrocławianką). Wrocław jest tu miastem magicznym, zasiedlonym przez duchy przeszłości (i to nie tylko w przenośni). Salka - niezbyt zgrabna i mocno nieporadna bohaterka pracuje w bibliotece mojego byłego wydziału, kąpie się (nie całkiem dobrowolnie) w Odrze w okolicach Wyspy Piaskowej, gdzie sama skąpałam się kiedyś, choć bez udziału osób trzecich, a ważkich odkryć dokonuje w przepięknej czytelni Biblioteki Ossolineum.

Jednak nawet bez Wrocławia nie sposób byłoby tej książki nie pokochać. Począwszy od miejsca akcji - starej, nieco zagraconej willi skrywającej kilka tajemnic, poprzez jej absolutnie fascynujące mieszkanki, aż po to, co było najmocniejszą stroną "Dożywocia" - język, jakim jest to wszystko opowiedziane. O ile "Dożywocie" czytałam z po prostu z przyjemnością, tutaj wpadłam po uszy. Czytając w tramwaju, zaczęłam się w pewnym momencie tak dziko śmiać, że wzbudziłam spore zainteresowanie współpasażerów. Gdy zaś próbowałam stłumić śmiech, pociekły mi łzy rzęsiste i wyglądałam chyba, jakby mi brakowało piątej klepki. Dziwiłam się, że się ludzie nie zaczęli przesiadać dalej ode mnie.

Nie powiem wam nic więcej. Nie będę opowiadać, o czym to wszystko jest, nie chcę bowiem zdradzić niczego z bardzo spójnej tym razem i wciągającej akcji. Kupcie sami i przeczytajcie, zwłaszcza jeśli kochaliście starą Chmielewską, a ostatnio chichotaliście nad przygodami pięciu Natalii. Marta Kisiel ma własny styl, coraz bardziej wyrazisty, jednak wielbiciele Lesia z pewnością dobrze się w nim odnajdą.

A jeśli nie zachęciłam was jeszcze, to dodam, że zarówno "Dożywocie", jak i "Nomen omen" kupiłam w formie ebooka, ale po przeczytaniu wiem, że chcę je mieć na półce i zakupię obie (o ile ktoś litościwie wznowi pierwszą) także w wersji papierowej. Polecam, na spóźniającą się wiosnę, na zły humor, na pierwsze wiosenne słońce, na oblaną sesję, na urodziny, na weekendowy wyjazd, i całkiem bez okazji!

Moja ocena: 6/6

niedziela, 16 lutego 2014

Samantha Shannon, 21-letnia pisarka angielska, przebojem wdarła się na listy bestsellerów. Ledwie ukończyła studia na Uniwersytecie Oksfordzkim, a już jej debiutancka powieść zajęła siódme miejsce na liście bestsellerów New York Timesa. "Czas żniw" dostał znakomitą promocję także w Polsce - wydawnictwo zadbało o recenzje na dziesiątkach blogów i portali. Odnoszę się dość nieufnie do tak intensywnie promowanych tytułów, ale wśród autorów pozytywnych recenzji byli tacy, których opinie sobie cenię. Zakupiłam więc książkę, ciesząc się, że będę miała wciągającą lekturę na jakiś ciężki okres.

"Czas żniw" przenosi nas do Londynu roku 2059. Londyn jest twierdzą - zamiast Wielkiej Brytanii istnieje Sajon - represyjne państwo kontrolujące obywateli i prześladujące zwłaszcza jedną grupę - jasnowidzów. 19-letnia Paige Mahoney jest jedną z nich, posiada jednak zdolności, które są udziałem niewielu. Jasnowidze dzielą się na różne grupy, a Paige jest sennym wędrowcem - może opuszczać ciało i wędrować, wnikając w podświadomość - tzw. senny krajobraz innych ludzi. Sennych wędrowców jest bardzo niewielu, Paige zostaje więc zwerbowana przez gang jasnowidzów i w zamian za dobrą pensję wykonuje dla nich pracę niemalże wywiadowczą. Jej szefem jest niejaki Jaxon - bezwzględny przywódca, traktujący Paige jak swoją maskotkę.

Jasnowidzenie jest jednak nielegalne, i któregoś dnia Paige ma pecha - wpada podczas rutynowej kontroli w metrze. Jeśli zostanie schwytana, czekają ją tortury i śmierć, Sajon bowiem nie patyczkuje się w ludźmi o wyjątkowych zdolnościach. W samoobronie zabija człowieka, używając do tego tylko swojej siły psychicznej. Ucieka, ale jej wyjątkowy czyn nie zostaje niezauważony, i wkrótce zostaje schwytana przez tajemniczo wyglądających strażników.

Budzi się w dziwnym miejscu. Nie jest to twierdza, w której zwykle przesłuchuje się i morduje jasnowidzów. Została przetransportowana do Szeolu - kolonii karnej założonej w Oksfordzie, mieście, które zniknęło z sajońskich map dwieście lat wcześniej. Kolonię prowadzą dziwne istoty, które okazują się nie być ludźmi. Refaici, tak bowiem się zwą, mają jakiś układ z władzami Sajonu i raz na dwadzieścia lat otrzymują transport ludzi o nienaturalnych zdolnościach, których potem szkolą według swoich potrzeb.Ten okres nazywany jest właśnie czasem żniw.

Brzmi skomplikowanie? I takie właśnie jest. "Czas żniw" to pierwsza część z zaplanowanego na siedem tomów cyklu i Samantha Shannon skupia się na skrupulatnym przedstawieniu świata, który wymyśliła. Reguły rządzące Szeolem są skomplikowane i, szczerze mówiąc, nie zawsze logiczne. Schwytani jasnowidze trafiają do poszczególnych Refaitów, którzy tresują ich w bardzo brutalny sposób. Oczywiście Paige ma wyjątkowe szczęście - jej szczególne uzdolnienia zostają zauważone przez Arcturusa, wysoko postawionego Refaitę, partnera ich władczyni. Szybko okazuje się, że ma on nie tylko mocno niekonwencjonalne metody, ale też prawdopodobnie jakieś ukryte zamiary, których nie chce ujawnić nikomu, nawet innym Refaitom. Pomiędzy nim a Paige rodzi się dziwne porozumienie.

Każdy, kto czytał "Jane Eyre", rozpozna ten wątek i będzie wiedział, czego się spodziewać. Arcturus jest niejako panem Rochesterem, posępnym i skrywającym mroczny sekret. Sporo zresztą w książce odniesień do "Jane Eyre", poczynając od motta, a kończąc na dialogach zainspirowanych rozmowami Jane i pana Rochestera. Zresztą "Czas żniw" pełen jest różnych aluzji i nawiązań do innych dzieł literackich. W każdym razie, nie jest niespodzianką to, że Paige będzie zmuszona zmienić zdanie na temat swojego opiekuna.

Nie da się ukryć, że powieść Shannon czyta się bardzo dobrze, a świat, który stworzyła, imponuje rozmachem i dbałością o detale. Zarazem fakt, że jest to dopiero pierwsza z siedmiu części nie wychodzi książce na dobre - za dużo wątków jest zaledwie pootwieranych, tajemnice nie zostają wyjaśnione, mnożą się postaci, a leksykon terminów fantastycznych umieszczony na końcu książki jest naprawdę pokaźnej długości. Nie wychodzi to książce na dobre - dużo jest dłużyzn, zaś autorka tak skupiła się na budowaniu tła, że zapomniała chyba o stworzeniu ciekawych i wiarygodnych postaci. Jedyną dobrze zbudowaną bohaterką jest Paige, reszta jest mocno papierowa. Paige zresztą też nie jest do końca wiarygodna - jej oddanie dla Jaxona i reszty gangu jest co najmniej dziwne, zważywszy, że jest przez nich wykorzystywana, a nie jest na tyle głupia, żeby sobie z tego sprawy nie zdawać. Jest jedna ciekawą, wzbudzającą sympatię postacią. Oczywiście, podobać się może Arcturus - która czytelniczka nie darzy sympatią pana Rochestera, albo Wielkiego Mistrza Akkarina z cyklu "Trylogia Czarnego Maga" Trudi Canavan - Arcturus przypomina go nieco. Pozostałe postaci są jednak dość papierowe.

Trudno przewidzieć, czy kolejne tomy cyklu będą lepsze, ale można na to liczyć. "Czas żniw" jest intrygujący i z pewnością może się podobać miłośnikom powieści dystopijnych. Porównania do Harry'ego Pottera są zdecydowanie nietrafione - jedyne podobieństwo to zaplanowane siedem tomów, i może podział społeczeństwa na tych obdarzonych niezwykłymi mocami i resztę. Bliżej tej książce do "Igrzysk śmierci", a i bohaterki wydają się podobne.

Nie żałuję, że przeczytałam, i bardzo jestem ciekawa, jak młodziutka autorka poradzi sobie z tak ambitnie zakrojonym projektem.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 02 lutego 2014

Skoro trójka bywa uważana za cyfrę doskonałą, to dziewiątka, która jest trójką pomnożoną przez trzy, musi być najdoskonalsza. Znaczeń ma mnóstwo - od dziewięciu chórów anielskich, po dziewięć muz. Koty mają podobno dziewięć żyć - nie wiem tylko, dlaczego mój kot stara się za wszelką cenę jedno stracić, wspinając się po półkach, zrzucając na siebie doniczki i zrywając karnisze...

Literackie skojarzenia mam dwa. Przede wszystkim Dante - bohater "Boskiej Komedii" w pierwszej części poematu wędruje przez dziewięć kręgów piekła. Świetne przedstawienie kręgów piekła zbudował z Lego rumuński artysta, Mihai Marius Mihu. Budował przez siedem miesięcy i zużył 40 000 klocków. Zobaczcie niektóre fragmenty piekła w jego wykonaniu.

Krąg pierwszy - Limbo. Trafiają tu ludzie, którzy nie zostali ochrzczeni. To miejsce monotonii.

Krąg drugi - dla ludzi, którzy nie panują nad zmysłami, są pożądliwi. Trzeci dla tych, którzy nie znali umiarkowania w jedzeniu i piciu. Czwarty dla skąpców i rozrzutników - razem.

W kręgu piątym ludzi leniwi, zazdrośnicy i pesymiści! Wersja Lego przedstawia ich jako wpół zatopionych w bagnie, tak że nie mogą się ruszyć, by dać ujście swojej frustracji.

Krąg szósty jest dla heretyków, siódmy dla ludzi popełniających gwałty na innych, ale także na sztuce i religii. Ósmy podzielony jest aż na dziesięć czeluści. Strzeże go potwór - Gerion. Cierpią tu męki oszuści i złodzieje wszelkiego rodzaju - fałszerze, stręczyciele, uwodziciele i im podobni.


Źródło zdjęć: telegraph.co.uk

Ostatni, dziewiąty krąg jest studnią przeznaczoną dla zdrajców.

Moje drugie skojarzenie z dziewiątką to trylogia Tolkiena. Dziewięć jest tu ważną liczbą. Dziewięć pierścieni dostali ludzie, śmiertelnicy. Łącznie pierścieni było dwadzieścia - dziewięć dla ludzi, siedem dla krasnoludów, trzy dla elfów i Jeden Pierścień, najważniejszy, który wszystkimi rządził. Drużyna Pierścienia, która wyrusza do Mordoru, by zniszczyć Jedyny Pierścień, składa się z dziewięciu członków. Dziewięć palców będzie miał Frodo po zakończeniu misji, gdy wreszcie uda się zniszczyć Pierścień. Dlaczego dziewięć? Nie znalazłam nigdzie konkretnej odpowiedzi. Sądzę, że nie jest to liczba przypadkowa, ale Tolkien wiele spraw pozostawił bez wyjaśnienia. Chciałabym kiedyś mieć okazję zadać to pytanie Christopherowi Tolkienowi...

Dziewięć to też bardzo ważna cyfra w mitologii nordyckiej i pamiętam, że pojawia się w "Eddzie poetyckiej". Jest to jednak poemat, który czytałam ostatni raz będą w liceum, nie pamiętam więc nic. Kiedyś sobie go z pewnością odświeżę, może wtedy przypomni mi się coś więcej o dziewiątce.

A skoro przy cyfrach jesteśmy, to chciałam dać znać, że Miasto Książek od początku etapu głosowania w konkursie Blog Roku 2013 trzyma się w pierwszej dziesiątce - dziękuję!!!

Ale że tendencja jest raczej spadkowa i z szóstej pozycji zrobiła się dziewiąta, zachęcam tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, do oddania głosu. Oczywiście, jeśli uważacie, że Miasto Książek powinno znaleźć się w finale :)

 


A teraz mam dylemat, o jakiej jeszcze liczbie napisać... :)

 
1 , 2
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...