plac zabaw dla dzieci

wtorek, 24 marca 2015

Chyba każdy słyszał o niani, która spadła z nieba. Kto nie czytał książek Pameli L. Travers, mógł widzieć adaptację Disneya albo chociaż film sprzed dwóch lat o tym, jak Disney namówił słynną autorkę na to, żeby pozwoliła przenieść Mary Poppins na ekran (Ratując pana Banksa). Jeśli jednak wasza znajomość z Mary Poppins ogranicza się do mglistych wspomnień z dzieciństwa i ewentualnie obejrzenia któregoś z filmów, możecie się mocno zdziwić, sięgając po książki. Powiem więcej - zdecydowanie powinniście po nie sięgnąć!

Mary Poppins nie jest bowiem żadną bajkową postacią, dobroduszną i wnoszącą promyk magii w szare życie rodziny Banksów. Mary to postać z pogranicza obu światów - realnego i magicznego, i jak to z przybyszami z innych światów bywa, niesie w sobie pierwiastek ciemności. Mówiąc krótko - jest postacią zdecydowanie niejednoznaczną, raczej zimną, oschłą, a nawet przerażającą. Dlaczego więc dzieci i dorośli tak bardzo ją pokochali?

Sięgnęłam po piękny tom zawierający wszystkie książki o Mary Poppins, nawet takie, których wcześniej na polski nie przetłumaczono, aby przypomnieć sobie, dlaczego ją uwielbiałam jako dziecko.Nastawiona byłam na sentymentalną i przyjemną lekturą, idealnie pasującą do wiosennej aury. Ze zdziwieniem przewracałam kolejne strony, coraz bardziej zafascynowana, nie mogąc uwierzyć, jak wybiórcza okazuje się pamięć. O ile bowiem sporo przygód rodzeństwa Banks zapisało się w niej trwale, zupełnie zapomniałam, jak kontrowersyjną postacią jest sama słynna niania. A może po prostu jako dziecko tego nie zauważałam?

Mary zostaje przyniesiona do domu Banksów przez wiatr. Dostaje z miejsca pracę, choć nie ma żadnych referencji. Od początku daje wszystkim do zrozumienia, że to ona robi im łaskę, pracując w ich domu. Dzieci są jednak zafascynowane - widziały, że przywiał ją wiatr, a gdy Mary idzie się rozpakować do ich pokoju, wjeżdża pod górę po poręczy. Maluchy od razu wiedzą, że jest w niej coś niezwykłego. Kiedy zaglądają do jej torby, wydaje im się pusta, po chwili jednak Mary wyciąga z  niej fartuch, mydło, perfumy, siedem flanelowych koszul nocnych i cztery bawełniane, pantofle, składane łóżko, pierzynę i kilka innych drobiazgów.

Screen z filmu

Już sam ten początek zwiastuje coś, co będzie cechą charakterystyczną wszystkich opowieści o Mary Poppins - są one zbudowane wokół paradoksów. Fakt, że niania wjechała pod górę po poręczy rozbudził w dzieciach mnóstwo oczekiwań. Zaglądając do jej torby, spodziewały się, że zobaczą w niej niezwykłe, magiczne przedmioty, tymczasem torba okazała się pusta. Kiedy pogodziły się już z rozczarowaniem, Mary z torby wyjęła łóżko! Wielbiciele Harry'ego Pottera mogą dostrzec analogię między tą zrobioną z dywanika torbą niani, a niewielką torebką Hermiony, w której mieścił się namiot i miecz.

Źródło

W życiu Banksów zawitała więc magia, a dzieci natychmiast przylgnęły do nowej niani. Ta jednak wcale tego sobie nie życzyła. Jest dla nich oschła i nieprzyjemna, często zwraca się do nich w sposób okrutny i niesprawiedliwy. Wokół niej dzieją się rzeczy niezwykłe, kiedy jednak mały Michaś próbuje którąś z nich wspomnieć w rozmowie, zostaje wyśmiany.

Mary jest nie tylko chłodna i zdystansowana - trudno znaleźć bardziej zapatrzoną w siebie osobę. Uważa się za chodzący ideał i często to podkreśla. Nie jest ładna, ale uwielbia wpatrywać się w swoje odbicie w szybie. Kiedy jej czas w domu na Czereśniowej dobiega końca, nie przejawia żadnego żalu. Dzieci płaczą, a ona spokojnie odchodzi.

Dlaczego więc tak ją uwielbiają? Czasem kary, które stosują, bywają naprawdę surowe - tak jak wtedy, gdy Janeczka zostawiona bez opieki w domu wchodzi w obraz namalowany na porcelanowym talerzu i ze zgrozą odkrywa, że być może nie będzie mogła wrócić. Z drugiej strony jednak w towarzystwie Mary nie sposób się nudzić - można niespodziewanie pojechać w podróż dookoła świata, znaleźć się w głębinach oceanu lub zjeść piknik pod sufitem, unosząc się w powietrzu. Można też zastanowić się nad naturą świata i tym, co sami o sobie wiemy. Przecież zajmuje się ona także malutkimi dziećmi, które pamiętają, gdzie były, zanim przyszły na świat! Nie wierzą, że kiedyś zdołają zapomnieć to, co wydaje im się najcenniejszym i najpiękniejszym wspomnieniem. A jednak - zaraz po pierwszych urodzinach wspomnienia znikają, a one stają się po prostu zwykłymi dziećmi.

Mary nie zapomniała. Jest kimś wyjątkowym, a sama Travers przyznała, że przy tworzeniu tej postaci inspirowała się mitologią indyjską, a zwłaszcza Upaniszadami. Znała je zresztą dzięki swojej przyjaźni z W. B. Yeatsem, który przełożył Upaniszady na język angielski.

Przyniesiona przez wiatr niania jest jak siddhi, duchowa moc, jak jogin, który staje się jednością z wiatrem i chmurą. Nie jest już zwykłym człowiekiem, zna tajemnice przed ludźmi ukryte.

Czyż można się więc dziwić temu, jak dziwnie i z dystansem potrafi się zachowywać Mary? Nie wiemy, ile dzieci już wychowała, wiemy jednak, że z tych bywa naprawdę dumna. Czasem przez jej twarz przemknie uśmiech, który zaraz zostaje stłumiony, czasem w jej oczach pojawia się iskierka dumy. Jednak Mary woli się nie spoufalać - wie, że jest z nimi tylko na chwilę. Nie jest jedną z nich. Musi być bardzo samotna w swojej wyjątkowości.

Opowieści Pameli L. Travers są popisem dzikiej wyobraźni autorki. Każda historia to nowa przygoda, zaś czytając je z perspektywy dorosłego trudno nie zauważać kolejnych aluzji do mitologii indyjskiej i greckiej, a także sytuacji, które mogą być pretekstem do wielu rozważań. Tak jak w ostatnim rozdziale "Mary Poppins w parku", kiedy to z okazji Halloween dzieci zauważają, że ich cienie postanowiły zrobić sobie spacer bez swoich właścicieli. Oczywiście, jedyny cień, który nie opuścił swojej właścicielki, to cień Mary, która następnego dnia zauważa z samouwielbieniem, że przecież jej cień nie miałby po co od niej uciekać. Dlaczego by nie zinterpretować tej opowiastki jako historii o tym, że każdy ma swoją cienistą stronę i że może ona czasem wędrować gdzieś bez naszego udziału? A może cień to po prostu cząstka nas, której nigdy wcześniej nie poświęciliśmy żadnej uwagi?

Wydawnictwo Jaguar przygotowało niezwykłe wydanie wszystkich książek o Mary Poppins. Umieszczone zostały w jednym, naprawdę imponujących rozmiarów tomie (902 strony). Wśród nich znalazły się dwie części wcześniej w Polsce nie wydane - "Mary Poppins w kuchni" i urocza "Mary Poppins od A do Z", którą warto jednak przeczytać w oryginale, choć i tłumaczenie jest naprawdę dobre - każda litera alfabetu dostaje swój rozdział, w którym większość słów zaczyna się na tę właśnie literę.

Lubię trzymać przy łóżku jakąś antologię, tomik poezji lub zbiór listów. Sięgam po nią wieczorami, czytając kilka stron przed snem. Przez ostatnie miesiące czytałam wieczorami Mary Poppins, ciesząc się każdym kolejnym rozdziałem. Liczyłam na magiczne przygody we śnie, niestety, na wizytę niani trzeba widocznie zasłużyć. Chyba nie byłam wystarczająco grzeczna? A może właśnie nie dość niegrzeczna?


Źródło

Znacie Mary Poppins? Zaczytywaliście się w książkach Travers w dzieciństwie, marząc o takiej niani? Nie zapomnijcie o niej - o dziwo jej przygody nie zestarzały się! Jeśli zaś nie zawarliście dotąd tej znajomości, nie ma na co czekać, w końcu kto wie, czy któregoś dnia nie zobaczycie na niebie gwiazdy, której wcześniej tam nie było, albo do waszego ogródka nagle zawita bardzo pewna siebie i arogancka niania z parasolką?

Moja ocena: 6/6

czwartek, 05 lutego 2015

Pamiętacie pierwszą książkę, którą udało wam się samodzielnie przeczytać? Takie pytanie zadano niedawno na Twitterze (#booksamillion). Nie muszę się długo zastanawiać - wiem, jaką lekturę pamiętam, choć nie jestem pewna, czy była faktycznie pierwsza. Mrożące krew w żyłach przygody, dramatyczne zwroty akcji, nawet kilka razy na każdej stronie, napięcie, podróż i szczypta liryzmu w postaci poezji. Domyślacie się?

Tak, tak, "Przygody Koziołka Matołka" sprawiły, że schowałam się z latarką pod kołdrą, żeby tylko dowiedzieć się, czy dzielny podróżnik dotrze cało i zdrowo do Pacanowa. To były prawdziwe emocje. Zwłaszcza, że zostałam nakryta przez mamę. Zapewne dzięki temu tak dobrze zapamiętałam tę chwilę.

Zanim usiadłam dzisiaj do pisania, spytałam Olę, czy pamięta swoją pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. W końcu nie było to tak dawno, powinno jej to sprawić mniej kłopotu niż mnie! Nic z tego - długo się zastanawiała i przyznała, że pamięta tylko pierwszą, którą czytała do późna w nocy (późno w nocy to dla mojej córki mogła być 20.30) - były to "Pięciopsiaczki", lektura szkolna w klasie drugiej. Na szczęście ja wiem, jaką książkę przeczytała samodzielnie dużo wcześniej. Pamiętam to, ponieważ ją podstępem do tej lektury nakłoniłam. Była to dramatyczna historia kradzieży diamentów i dwoje nieletnich detektywów, czyli oczywiście pierwsza część z cyklu "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai". Ola chętnie słuchała wtedy książek, domagała się, żebyśmy czytali jej godzinami, ale samodzielnie czytać raczej nie chciała, choć szło jej to już całkiem dobrze. Przeczytałam jej dosłownie kilka pierwszych zdań "Tajemnicy diamentów", po czym przyznałam, że przeczytałam już całość i wiem, kto jest złodziejem. A skoro wiem, to nie mogę czytać na głos, bo się zdradzę niechcący i zepsuję jej przyjemność. Podziałało - wzięła książkę nieco niechętnie, by chwilę później nie móc się oderwać!

Pamiętam też poważniejsze książki - książki, nazwijmy to, pełnowymiarowe. Pierwszą dużą powieścią, którą sama przeczytałam, był, o zgrozo, "Faraon" Prusa. Byłam wtedy zafascynowana starożytnym Egiptem, a w księgarniach nie było przecież pełnych kolorowych obrazków "Egiptologii", "Tajemnic mumii" czy encyklopedii dla dzieci. Nie miałam wyboru - jedyną książką o Egipcie, jaką mieliśmy w domu, był właśnie "Faraon". Czytałam go na plaży w Dziwnówku, gdzie wzbudzałam spore zainteresowanie - nasze wydanie było naprawdę pokaźnych rozmiarów, a ja zawsze wyglądałam na młodszą, niż byłam. Musiałam wyglądać nieco dziwnie - kilkuletnia dziewczynka na leżaku z ogromną książką w twardej oprawie...

Pamiętam też, że kiedy wróciliśmy z tych wakacji, mama stwierdziła, że skoro dałam radę Prusowi, to mogę już zacząć czytać Chmielewską i wyciągnęła z półki "Wielkie zasługi". Po latach zrobiłam to samo - podczas wakacji podsunęłam tę książkę mojej córce. Przeczytała ją z takim samym zachwytem jak ja jakieś 25 lat wcześniej - Janeczka i Pawełek w ogóle się nie zestarzeli.

Zanim jednak Ola zawarła znajomość z rodzeństwem Chabrowiczów, przeczytała już kilka "dużych" książek. Pierwsze były młodzieżowe książki Beara Gryllsa. Seria "Misja: Przetrwanie" zachwyciła ją, choć wcale się tego nie spodziewałam. Każdy z czterech tomów przeczytała całkiem sama w kilka zaledwie dni, by przez wiele miesięcy marzyć o wyprawach do dżungli lub na pustynię. Mogłabym w tym momencie wspomnieć, że gdy ją do prawdziwej, tropikalnej dżungli zabraliśmy, pijawki, kolczaste pnącza i wilgotność powietrza wzbudziły w niej reakcję, z której Bear Gryll nie byłby dumny, ale nie będę zdradzać takich tajemnic!

Pamiętacie swoje pierwsze samodzielnie przeczytane książki? Podzielcie się tymi wspomnieniami!

A jeśli macie dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z literaturą, zapisujcie wszystko! Za kilka lat nie będziecie wszystkiego pamiętać, a takie zapiski z tytułami przeczytanych książek na pewno okażą się cudowną pamiątką.

czwartek, 05 lipca 2012

Kiedy chodziłam do podstawówki, miałam pewien rytuał, którym zawsze rozpoczynałam wakacje. Świadectwo przyniesione i schowane troskliwie do szuflady, zeszyty wepchnięte na dno szafy, a ja brałam torbę i wędrowałam na sąsiednie osiedle, na tzw. zielone bloki. Jedna z dziesiątek identycznych klatek schodowych kryła w sobie miejsce magiczne, choć na pozór mało imponujące - bibliotekę osiedlową. Obawiam się, że dzisiejsze dzieciaki przeżyły lekki szok, wchodząc do niej. Żadnych zabawek tam nie było, nie było poduszek, stolika i kredek. Stały tylko rzędy regałów, a na nich przykurzone książki oprawione w identyczny, brązowy papier. Nawet po zdjęciu papieru niewiele można się było dowiedzieć - większość nie miała żadnych opisów na okładkach. Pytałam więc panią bibliotekarkę o radę lub wybierałam w ciemno, kierując się jakimś impulsem. Jakieś ja tam znajdowałam skarby! I kiedyś, może po drugiej, może po trzeciej klasie, pierwszego dnia wakacji właśnie, wyciągnęłam z półki mała książeczkę z wakacjami w tytule. Były to "Wakacje w Borkach" Jadwigi Korczakowskiej.

Jakimże małym cudem była dla mnie ta książka! Wychowana na wrocławskim blokowisku marzyłam o wakacjach na wsi, zazdroszcząc tym, którzy wyjeżdżali za miasto do dziadków. Szczytem marzeń była malutka wioska, a najlepiej leśniczówka, w której spędzałabym wakacje z paczką przyjaciół - coś w klimacie "Dzieci z Bullerbyn". Ale cóż, że nie mogłam mieć tego w rzeczywistości, skoro "Wakacje w Borkach" przeniosły mnie dokładnie do świata moich marzeń. Pamiętam do dziś ten zachwyt, pamiętam, jak skrzętnie wypisywałam ciekawostki z tej książki, takie jak słowa określające zwierzynę i jak wyobrażałam sobie, że jestem Renią, dziewczynką, dla której życie w leśniczówce to codzienność tak oczywista, że wręcz nudna.

Bardzo żałowałam, że nie mam tej książki na własność - wypożyczałam ją kilka razy, ale w końcu, wiele lat później, całkiem o niej zapomniałam. Pamiętałam swój zachwyt, pamiętałam zarys fabuły, ale nic więcej. Dopóki nie napisała o niej Agnes, przypominając mi tytuł i autorkę, i umożliwiając natychmiastowy zakup na allegro!

A że moja córka jest teraz w tym samym wieku, w którym ja byłam, gdy zakochałam się w świecie wykreowanym przez Korczakowską, mam nadzieję, że i ona da się zauroczyć. W końcu tak jak ja wychowuje się w mieście, i tak samo ciągnie ją do lasów i łąk.

Powiecie - dzisiejsze dzieci takich książek nie czytają. Ale właściwie dlaczego nie? Skoro Ola zachwyciła się Janeczką i Pawełkiem, to dlaczego inne książki z mojego dzieciństwa nie miałyby jej przypaść do gustu? Cudowne, zabawne, świetnie napisane, typowo wakacyjne powieści dla dzieci i młodzieży, których już często nikt nie wznawia, a które nadal potrafiłyby zachwycić i wzruszyć. Postanowiłam więc, że wygrzebię kilka takich staroci ze swoich szaf, a te, które gdzieś przepadły, dokupię na allegro. Wspólnym mianownikiem niech będzie motyw wakacji. Do wspólnej lektury niektórych namówię Olę, a sama będę odstresowywać się przy pozostałych - jestem pewna, że zadziałają lepiej niż najbardziej wciągający kryminał!

Póki co przejrzałam półki i wygrzebałam kilka wakacyjnych tytułów. Dałam je Oli do przejrzenia, żeby sama wybrała, od czego chce zacząć. Nie potrafiła zdecydować - każdy ją zaciekawił!

Na pierwszy ogień pójdą więc właśnie "Wakacje w Borkach", które sama przeczytałam w jedno upalne popołudnie na balkonie. Książka jest tak urocza, jak ją zapamiętałam - są tu przygody, piękny las pełen zwierząt, jagód i grzybów, lekko rozrabiająca grupka dzieciaków i całkiem poważny, ładnie poprowadzony wątek pokonywania uprzedzeń, przełamywania wewnętrznych barier i zdobywania prawdziwych przyjaciół.

Na kupce czekają "Wielkie zasługi" Chmielewskiej - najbardziej wakacyjny tom przygód Janeczki i Pawełka. Dzieciaki wyjeżdżają nad morze, gdzie będą czaić się na dziki, a przy okazji rozpracują szajkę złodziei bursztynu. Niżej jest "Długi deszczowy tydzień" Broszkiewicza - wprawdzie akcja toczy się w pierwszym tygodniu lipca, ale aura jakoś nas nie skłoniła do sięgnięcia po tę książkę już teraz. Ponieważ jednak w tym roku sporą część wakacji spędzimy w Polsce, na pewno uda nam się trafić z lekturą w odpowiednią pogodę... Najniżej leży "Rodzina Penderwicków" Jeanne Bridsall - trochę oszukana, bo przeczytałyśmy ją rok temu, ale Ola stwierdziła, że mało pamięta i chętnie do niej wróci. Podtytuł, "Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu", mówi prawie wszystko - dodam tylko, że akcja toczy się w pięknym, starym, angielskim domostwie.

Stosik urośnie, gdy wybierzemy się do moich rodziców - przywiozę od nich kolejne  - "Głowa na tranzystorach", "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek", "Czarne stopy", "Pan Samochodzik" - na pewno starczy nam jeszcze na kolejne wakacje.

A Wy jakie wakacyjne książki pamiętacie z dzieciństwa? Co jeszcze powinno się koniecznie odkopać na półce lub upolować na allegro?

piątek, 27 stycznia 2012

Kiedyś, w innej epoce, gdy nudziłam, że nie mam co czytać, mama wyjęła z półki małą, ale grubą, niebieską książeczkę, zważyła ją w ręku, po czym podała mi ją z komentarzem: "Chyba już do tego dorosłaś." Poczułam się wyróżniona i rzuciłam na książkę z entuzjazmem, nie przypuszczając jednak, że stanie się tak ukochaną lekturą, że będę wielokrotnie wymieniać taśmę klejącą niezbędną do utrzymania jej w jednym kawałku. Były to "Wielkie zasługi" Chmielewskiej, drugi akurat tom przygód genialnego rodzeństwa, Janeczki i Pawełka.

Gdy moja ośmioletnia teraz córka zaczęła zaczytywać się w przygodach Lassego i Mai, dzieci prowadzących biuro detektywistyczne w szwedzkim miasteczku Valleby, ucieszyłam się, że jest na dobrej drodze do podzielenia naszej pasji do kryminałów. Ola przeczytała wszystkie dotąd wydane części i zaczęła domagać się czegoś podobnego. Zaczęłam przeglądać katalogi wydawnictw, gdy nagle przypomniałam sobie o Janeczce i Pawełku. Tak jak niegdyś moja mama, nie byłam pewna, czy moja córka nie jest na nie za mała, czy się nie znudzi, zwłaszcza, że peerelowskie tło jej lektury nie ułatwi. Postanowiłam jednak spróbować, i był to strzał w dziesiątkę - Ola pokochała rodzeństwo Chabrowiczów, a zwłaszcza ich wyjątkowego psa, Chabra, miłością równie gorącą jak jej mama i babcia.

Cykl zaczyna się od "Nawiedzonego domu". Pan Chabrowicz dostaje niespodziewany spadek - stary, ogromny dom, w którym ma zamieszkać z całą rodziną. Trzeba jednak skłonić do wyprowadzki poprzednich lokatorów, a nie wszyscy są skłonni do współpracy. Być może ma to jakiś związek z tajemniczym strychem, zamkniętym od ponad pięćdziesięciu lat. Możliwe też, że niemiła starsza pani, która często otrzymuje dziwne przesyłki, ma coś wspólnego z ubranym na czarno człowiekiem, przemykającym pewnej nocy po dachu domu. Wszystko to intryguje Janeczkę i Pawełka, przeraźliwie przedsiębiorcze i ciekawe świata dzieci. Z pomocą przychodzi im znaleziony w przeddzień przeprowadzki pies - wytresowany do polowań, nadludzko inteligentny Chaber.

Kto czytał dawne książki Chmielewskiej, wie, czego się spodziewać. "Nawiedzony dom" jest równie dobry jak "Lesio", "Wszystko czerwone" czy "Całe zdanie nieboszczyka". W dodatku jest napisany tak, że wciągnie i dzieci, i dorosłych. Przyznam, że chociaż pamiętałam całość dość dobrze, momentami tak się śmiałam, że nie byłam w stanie czytać!

Moją ukochaną książką z tej serii jest tom trzeci, czyli "Skarby". Janeczka i Pawełek  w stercie makulatury znajdują skrawek listu, z którego wynika, że ktoś ukrył bliżej niezidentyfikowany skarb w Algierii. No cóż - może to i jest intrygujące, ale jednak raczej daleko, informacje mocno niekonkretne, a w dodatku ustrój nie ułatwiał zagranicznych podróży. Dla tych dzieci to jednak żadna przeszkoda - skoro wpadła im w ręce taka informacja, trzeba po prostu tak wszystko zorganizować, żeby do tej Algierii dotrzeć. Cichaczem więc piszą swojemu ojcu mocno podkolorowane CV, tłumaczą jego dyplom na francuski i wysyłają to wszystko do algierskiej firmy. A potem jadą do niego na wakacje i prawie od niechcenia produkują dynamit, wysadzają w powietrze kamieniołom i rozbijają szajkę przestępców. Wszystko to z humorem, szczyptą egzotyki i dwoma szczyptami przaśnego peerelowskiego życia oraz w nieodłącznym towarzystwie wiernego psa.

Ola zaczyna właśnie drugą część, ja w międzyczasie pochłonęłam wszystkie, które mieliśmy w domu, i stwierdzam, że nie ma lepszego lekarstwa na totalne zmęczenie i przepracowanie charakterystyczne dla ostatnich tygodni semestru. Jeśli więc macie w domy dzieci, które zaczytują się przygodami Lassego i Mai, spróbujcie podsunąć im Janeczkę i Pawełka. Przy okazji dowiedzą się, że kiedyś przestępców łapała milicja, do kieszonkowego dorabiało się, stojąc za kogoś w kolejkach, zaś popularnym hobby była filatelistyka:)


wtorek, 29 listopada 2011

   Opowieść o rezerwacie, w którym żyją magiczne stworzenia, zauroczyła mnie już prawie rok temu. Pierwszą część przeczytałam w ciągu jednej nocy, i wciągnęła mnie na tyle, że rozglądałam się za kolejnymi tomami w oryginale podczas pobytu w Anglii. Niestety, okazało się, że wydano je tylko za oceanem, postanowiłam więc poczekać na polskie tłumaczenie. I wreszcie jest, z przyjemnością więc donoszę, iż opowieść to równie baśniowa, wciągająca i urocza, jak część pierwsza.

Tym razem element zaskoczenia nie występuje. Od początku wiemy, że Kendra i jej młodszy brat Seth mają dziadków, którzy bynajmniej nie nudzą się na emeryturze. Prowadzenie rezerwatu magicznych stworzeń to zajęcie tyleż zajmujące, co ryzykowne, tym bardziej, iż aktywizuje się organizacja, która bardzo chętnie przejęłaby rezerwat, a zwłaszcza ukryty w nim magiczny przedmiot. Ponieważ zaś Kendra została w pierwszej części obdarzona przez wróżki i widzi magiczne stworzenia, które zwykłym ludziom wydają się przeciętnymi obywatelami, natychmiast dostrzega goblina, który pojawia się w jej klasie jako nowy uczeń. Gdy okazuje się, że jego obecność nie jest przypadkowa, dzieci zostają zabrane z powrotem do rezerwatu. Tam mają być bezpieczne, zwłaszcza że Baśniobór ma trzech nowych mieszkańców, których zadaniem jest obrona tego miejsca przed niepożądanymi gośćmi. Czy jednak można im wszystkim ufać?

Seth i Kendra są już nieco dojrzalsi, odważniejsi i pewni siebie. Nadal jednak pakują się w kłopoty, uczą na błędach i ponoszą przykre konsekwencje. Ratują z opresji nie tylko siebie, ale i swoich bliskich, którzy zaczynają obdarzać ich coraz większym zaufaniem. Akcja toczy się równie wartko, jak w tomie pierwszym, a całość czyta się błyskawicznie.

Jeśli szukacie książki pod choinkę dla trochę starszych dzieci, cykl Brandona Mulla będzie dobrym wyborem. Wprawdzie jeszcze nie przetestowałam go na własnej córce, ale jestem przekonana, że jej przypadnie do gustu. Jest w tej serii magia, przygody, tajemnice, jest przyjaźń, lojalność i zdrada. Całość można czytać jako przypowieść z ekologicznym przesłaniem. W końcu wiele jest na świecie rezerwatów, w których żyją dziwne, czasem straszne stworzenia, a które zagrożone są przez ludzi, którzy gotowi są je zniszczyć aby tylko wydobyć ukryte pod powierzchnią ziemi skarby - złoża ropy, gazu, diamentów. Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej, gotowe niszczyć dzikość i piękno w imię władzy nad światem, działają w każdym zakątku globu, ukryte pod różnymi poważnie brzmiącymi nazwami. Obrona terenów nieskażonych panowaniem człowieka powinna być bliska każdemu, i być może właśnie dzięki wspólnej lekturze "Baśnioboru" uda nam się wpoić część z tych ideałów własnym dzieciom.

moja ocena: 4,5/6

wtorek, 26 kwietnia 2011

Nigdy nie jesteśmy za starzy na baśnie, może jedynie nieco za sztywni. Wydaje nam się, że jesteśmy tacy dorośli, że czytamy poważne książki, a z wróżek, czarownic i nimf dawno już wyrośliśmy. Jeśli jednak zdejmiemy tę dorosłą maskę, może okazać się, że świat magii ma nam wciąż coś do zaoferowania.

Ja stałam się na powrót dzieckiem na kilka świątecznych godzin. Pakując się do samochodu w piątek, wyjęłam ze skrzynki małą paczuszkę z książką dla dzieci przeznaczoną, i chociaż miałam inne plany czytelnicze na te dni, z ciekawości zajrzałam na pierwszą stronę. I przepadłam. Moje wewnętrzne dziecko zaczęło się głośno domagać dalszego ciągu baśni, i dałam mu się przekonać. Siedząc na tarasie w kwietniowym słońcu, przeniosłam się do innego słonecznego ogrodu, pełnego stworzeń dużo bardziej niezwykłych niż pszczoły brzęczące przy czereśni. Dajcie się i wy zaprosić do Baśnioboru.

Baśniobór to rezerwat magicznych stworzeń. Wróżki, driady, najady, elfy, diabliki i wiele innych małych i dużych stworzonek zagrożonych wyginięciem znalazło tam schronienie. Nie łatwo jest opiekować się takim miejscem. Istoty magiczne są często nieobliczalne, a rezerwat kryje także najstraszliwsze potwory. Rodzeństwo Kendra i Seth nie mają pojęcia, w jakie miejsce trafili, gdy przyjeżdżają na prawie trzy tygodnie do dziadka, który jest strażnikiem tego niezwykłego rezerwatu. Dziadek początkowo nie wprowadza dzieci w tajniki swojego zajęcia, ale dociekliwe dzieciaki szybko odkrywają istnienie magicznych istot wokół siebie. Gdy zaś niesforny Seth pozwala sobie na zbyt wiele psot, wywołana zostanie prawdziwa lawina zdarzeń, mogących doprowadzić nawet do zagłady rezerwatu.

"Baśniobór" Brandona Mulla to prawdziwie ekologiczna opowieść o tym, dlaczego należy chronić bioróżnorodność, ubrana w płaszczyk baśni. Jest w niej stary dom i ogromny ogród, jest głęboko skrywana rodzinna tajemnica, są rezolutni bohaterowie, którzy w Baśnioborze nie tylko dowiadują się sporo o magicznym świecie, ale przede wszystkim odkrywają w sobie odwagę i determinację, uczą się, czym jest lojalność i wierność sprawie. A dodatkowo odkrywają zalety picia mleka:)

Urocza historia, która sprawiła, że zmęczenie ostatnich tygodni gdzieś się ulotniło. Czuć w niej inspiracje Tolkienem, Lewisem, a nawet Rowling, ale książce wychodzi to na dobre. "Baśniobór" to pierwsza część pięciotomowego cyklu (oryginalny tytuł to "Fablehaven"), mam nadzieję, że szybko doczekamy kolejnych części, bo bardzo jestem ciekawa dalszych losów Kendry i Setha. Książka nominalnie przeznaczona dla dzieci w wieku 9 do 12 lat, ale jak widać i dorosły może przeczytać ją z prawdziwą przyjemnością. W księgarniach od 18 maja.

 

Moja ocena: 6/6

czwartek, 14 kwietnia 2011

   "Czarny młyn" Marcina Szczygielskiego określany jest mianem horroru dla dzieci, zasiadłam więc do lektury z pewnymi obawami, jako że było już dość późno, wszyscy spali, a ja się nie lubię za bardzo bać. Okazało się, że jedyne obawy, jakie powinnam mieć, to ryzyko zaspania do pracy, książka bowiem wciągnęła mnie tak, że nie mogłam jej odłożyć nie skończonej.

Młyny to takie nieco przewrotne Bullerbyn. Zapomniana wioska na uboczu, a w niej sześcioro dzieci niezwykle ze sobą zaprzyjaźnionych - "bo my z Młynów trzymamy się razem". Tylko sceneria jakaś taka zdecydowanie mało sielankowa. Młyny leżą w czymś w rodzaju trójkąta bermudzkiego. Z jednej strony odgrodzona płotem autostrada, z drugiej pole pełne słupów wysokiego napięcia, z trzeciej bagna, a na wierzchołku trójkąta stary, spalony kombinat z ogromnym, nieczynnym młynem, którego po pożarze nikomu nie chciało się rozebrać. W Młynach nic nie rośnie, zwierzęta dawno pozdychały, nie rodzą się dzieci, a większość mieszkańców wyemigrowała. Zostali tylko ci, którzy musieli. W prostych, mocnych obrazach odmalowuje Szczygielski rzeczywistość popegeerowej wsi.

Wkrótce okazuje się, że może być jeszcze gorzej. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy - w lipcu spada śnieg, znikają wszystkie urządzenia na prąd, wybucha pompownia i zaczyna brakować wody. Dorośli zdają się całkiem bezradni, nie zauważają, że źródełem problemów wydaje się być coraz bardziej złowrogi młyn. Pozostawiona sobie budowla zaczyna żyć własnym życiem i rosnąć w siłę, i tylko dzieci, w tym niepełnosprawna Mela, potrafią oprzeć się jej straszliwemu wpływowi. I to one właśnie będą musiały stoczyć walkę o ocalenie ich małego świata.

"Czarny młyn" to znakomicie napisana książka przygodowa, z elementami fantastycznymi, ze świetnymi, wyrazistymi postaciami (zwłaszcza postać Babki, oschłej i szorstkiej, radzącej sobie jedynie w kuchni, ale w chwili próby dzielnej jak lwica), i z mądrym przesłaniem. Porusza kwestie ekologiczne - bardzo ciekawa jest scena, w której dzieciaki zdają sobie sprawę, jak ogromną ilość urządzeń elektrycznych zgromadzili mieszkańcy ich malutkiej wioski; oraz problem tolerancji i zrozumienia ludzi, którzy są od nas nieco inni. Byłby to świetny materiał na film, ciekawe, czy ktoś się nim kiedyś zainteresuje? Ja nie mogę się doczekać, aż przeczytam "Czarny młyn" Oli, jestem pewna, że będziemy miały o czym rozmawiać po lekturze. Chętnie porozmawiałabym z kimś o zakończeniu, które jest moim zdaniem dość kontrowersyjne, i to zdecydowanie z kimś dorosłym, nie będę go jednak tutaj zdradzać. Książka została nagrodzona Grand Prix II Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren, i mam nadzieję, że dzięki temu nie przemknie niezauważona.

Moja ocena: 5.5/6

wtorek, 28 września 2010

Zgodziłam się niebacznie wziąć udział w Dniu Głośnego Czytania w szkole Oli. Oznacza to, że muszę przygotować tekst, którego przeczytanie zajmie około 8 minut i którym nie zanudzę dzici w klasach 1-3. Pomocy!;) Nie mam kompletnie pomysłów, myślałam o "Pettsonie na biwaku", ale boję się, czy to nie za dziecinne dla trzecioklasistów na przykład. Podpowiedzcie coś, proszę, najlepiej takiego, żebym mogła to znaleźć w księgarni bez problemu, ewentualnie w bibliotece.

Update: Dziękuję za wszystkie pomysły. Ostatecznie zdecydowałam się na "Kubę i Bubę", bo miałam to w domu i faktycznie znakomicie się nadaje. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo dzieciaki się naprawdę zainteresowały i żywo reagowały. Słuchałam trochę, co inni wybrali, i wiele całkiem fajnych tekstów niestety nie sprawdziło się w tych warunkach - za mało dialogów, za mało dowcipu i dzieci się rozpraszały błyskawicznie. Ogólnie było to ciekawe doświadczenie, i fajna akcja - książki czytali też uczniowie starszych klas, siostra zakonna, a nawet dwóch panów ze straży miejskiej! A przy okazji dzięki Wam przybyło nam książek do wspólnego czytania!

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...