osiedle reportażu

środa, 24 maja 2017

Cicho się tu zrobiło ostatnio. Im więcej się dzieje w mojej głowie, tym mniej na blogu. Ponieważ założyłam kiedyś, że nie będę tu pisała z poczucia obowiązku, pozwalam sobie na tę ciszę, choć wiem, że możecie się niecierpliwić. W końcu maj, nowości tyle, że nie starcza księgarnianych półek i mojej podłogi na nie. Leżą w stosach – reportaż Kamila o holenderskiej spermie, debiut Horsta, wyszperana w antykwariacie powieść o Namibii. Chcę je czytać, ale nie teraz, nie w tej chwili.

Czytam za to lektury do szkoły reportażu, większość nie po raz pierwszy, ale jednak teraz to czytanie jest trochę inne. Niektórych nie mogę wyrzucić z głowy, zajmują całą przestrzeń. Najpierw przez dwa tygodnie chodziłam z „Panią Stefą”, zapomnianą bohaterką, która po cichu robiła swoje w strasznych czasach. Potem na kilka dni nie mogłam opuścić pewnej pacyficznej wyspy, która jest tak niepodobna do raju, że bardziej chyba już nie można („Jutro przypłynie królowa”). Wreszcie z lekkim ociąganiem sięgnęłam po „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Pamiętałam tę książkę bardzo dobrze. Nie wiem, czy w ogóle da się ją zapomnieć, ale skoro przypominałam sobie wszystkie lektury zadane na ten zjazd, sięgnęłam i po tę. Spędziłam nad nią wiele dni  (nie umiałam przeczytać więcej niż kilkanaście stron dziennie). Czytałam o Ruandzie, o Leo, którego matka wypchnęła wraz z braćmi przez małe okienko, o pięcioletnim Vincencie, który nie uciekł, o Juliette, która ocaliła tylko jedno dziecko. Czytałam i nie było we mnie miejsca na żadne inne lektury.

Przeczytajcie tę książkę, jeśli jej jeszcze nie znacie. Ci ludzie zasługują na to, żebyśmy się o nich dowiedzieli, tym bardziej, że mordercom chodziło właśnie o to, aby wymazać ich z powierzchni ziemi. Nie pozwólmy na to. Nie bójcie się. Będzie bolało, bo jak miałoby nie boleć? Będziecie może płakać, odkładać książkę po kilkunastu stronach, ale potem otworzycie ją znowu. Nie wiem, czy ktoś pisze o ludobójstwie tak, jak Tochman, który składa te swoje słowa tak pięknie i tak przerażająco zarazem.

Nie można po prostu tej książki odłożyć na półkę i sięgnąć po kolejną, dlatego jeszcze trochę sobie tutaj pomilczę. Za dzień czy dwa coś poczytam, napiszę recenzję, obejrzę odcinek serialu. Ale jeszcze nie dzisiaj.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Od książki Artura Domosławskiego zaczęła się moja przygoda z reportażem.

Wcześniej istniały dla mnie tylko dwa nazwiska - Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego. Byli dla mnie mistrzami, stanowiącymi klasę samą w sobie. Sięgając po ich książki, nie myślałam o tym, że czytam reportaże. Czytałam Kapuścińskiego i Krall, nie podejrzewając nawet, że mogliby mnie zainteresować inni autorzy tego gatunku. Oczywiście, zdarzało mi się przeczytać jakiś reportaż, ale robiłam to niejako mimochodem, przeważnie dlatego, że zainteresował mnie konkretny temat. I tak, przygotowując się do wyjazdu do Argentyny, sięgnęłam po "Gorączkę latynoamerykańską".

Nie mogłam się od tej lektury oderwać. Domosławski otworzył mi oczy, odmitologizował kontynent, na który się wybierałam. Czytałam przez kilka dni, jednako zadziwiona tym, jak wygląda świat, i tym, że można tak o nim pisać. "Gorączka latynoamerykańska" jest jak Panorama Racławicka, którą, jako wrocławianka, oglądałam po wielokroć. Zadziwia rozmachem i ambicją, w pierwszej chwili przytłacza, ale przyglądając się kolejnym fragmentom, odkrywamy sceny, grymasy, emocje. Ameryka Domosławskiego przeraża. To przesiąknięty korupcją i krwią kontynent, na którym wciąż dzieją się rzeczy niewyobrażalne, autor zaś porusza się po nim w pełni swobodnie, przybliżając nam zarówno polityczne niuanse, jak i problemy środowiska naturalnego. Fawele, lasy deszczowe, gangi, zamachy, rebelianci - dowiadujemy się o nich dużo więcej, niż byśmy chyba chcieli.

Nie sięgnęłam po tę książkę po raz drugi, trochę obawiając się, że nie olśni mnie już sposób, w jaki została napisana. Teraz jednak to zrobię, ponieważ wydawnictwo Wielka Litera wydaje najważniejsze książki Domosławskiego w nowej, spójnej szacie graficznej. W pięknych i poręcznych wydaniach ukażą się w tym tygodniu zarówno "Gorączka latynoamerykańska", jak i trzy inne tytuły: "Kapuściński non-fiction", "Śmierć w Amazonii" i "Wykluczeni".

"Kapuściński non-fiction" to książka, której nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jej losy były wyjątkowo malownicze. Wydawnictwo wypłacające wysoką zaliczkę autorowi, a następnie wycofujące się z wydania, wdowa po Kapuścińskim wytaczająca proces, mający wstrzymać publikację biografii męża, konkurencyjna biografia powstająca mniej więcej w tym samym czasie. Piotr Bratkowski, którego obszerny tekst o całej tej historii został zamieszczony w nowym wydaniu "Kapuścińskiego non-fiction", słusznie zauważył, że dzieje tej książki nadawałyby się na scenariusz hollywoodzkiego filmu. Siedem lat później wiemy już, że w sporze prawnym wygrał autor. Nowe wydanie jest nie tylko pełne, ale nawet rozszerzone. Wzbogacają je liczne materiały na temat kontrowersji, jakie wokół tej biografii narosły.

Wzbogacone o posłowie zostało także nowe wydanie "Śmierci w Amazonii". Przez moment zastanawiałam się, czy to nie najsmutniejsza z czterech książek, wydaje mi się jednak, że sporządzanie podobnego rankingu nie byłoby uczciwe. To historia ludzi, którzy żyją i chcieliby nadal żyć w amazońskiej dżungli, tych, którym to przeszkadza, a także, a może przede wszystkim, tych, którzy próbują stawać w obronie tych pierwszych. To bardzo odległy od naszego świat, ale w opowieści Domosławskiego staje się zadziwiająco bliski. Nie ma tu prostej historii o zagrożonej dżungli i ludziach, którzy ją wycinają. Jest skomplikowany i groźny świat pełen subtelnych zależności i powiązań.

"Wykluczeni" to jedyna książka, której jeszcze nie czytałam, choć fragmenty pochłonęłam zaraz po premierze pierwszego wydania. Tym razem Domosławski przemierza bardzo oddalone od siebie miejsca, oddając głos ludziom z różnych powodów wykluczonym. Czytam powoli, dawkując sobie, nie chcąc zbytnio się spieszyć z lekturą. Nie dlatego, że to, o czym pisze Domosławski, jest trudne do zaakceptowania, choć faktycznie niełatwo czytać o krzywdach, jakie ludzie sobie wyrządzają. Przede wszystkim dlatego, że po każdej historii, każdym temacie, czuję potrzebę ponoszenia go w sobie. Czasem gorączkowo przeszukuję internet w poszukiwaniu petycji do podpisania. Mam poczucie, że powinnam coś zrobić, wyjść z kręgu tych, którzy milczą i nie podejmują żadnego działania.

Czytajcie Domosławskiego, jeśli chcecie zrozumieć to, co dzieje się wokół nas. Jeśli boicie się imigrantów, czytajcie Domosławskiego. Jeśli nie rozumiecie, dlaczego "ekoterroryści" protestują przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskiej, czytajcie Domosławskiego. Nie poczujecie się lepiej, ale zyskacie wiedzę, zrozumiecie coś, może zmienicie zdanie na jakiś temat, a może utwierdzicie się w swoich przekonaniach. Pewne jest przede wszystkim to, że będziecie odczuwać satysfakcję, jaką przynosi obcowanie z mądrym, ważnym, a do tego doskonale napisanym tekstem.


piątek, 30 września 2016

Moi dziadkowie są z Wołynia.

Można powiedzieć, że wyrosłam na historiach o rzezi wołyńskiej, choć do niedawna nikt jej tak nie nazywał. Babcia była małą dziewczynką, dziadek nastolatkiem, mieszkali w dwóch różnych powiatach wołyńskich, kiedy uzbrojeni w widły i kosy sąsiedzi dali sobie prawo do czegoś niewyobrażalnego. Babci i dziadkowi udało się to, co nie udało się być może nawet stu tysiącom Polaków z Wołynia. Uciekli, wywieziono ich do Niemiec, a potem trafili na Dolny Śląsk, gdzie zamieszkali w tej samej, podwrocławskiej wiosce.

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam wsłuchiwać się w ich opowieści, niepełne zresztą i często urywane. Świadomość tego, co właściwie stało się na Wołyniu, rosła we mnie stopniowo. W domu dziadków zaczęli pojawiać się historycy, a także dalecy krewni rekonstruujący dzieje naszej rodziny. Ja też zaczęłam wypytywać, jednocześnie bojąc się usłyszeć za dużo. Zaczęliśmy kupować książki o Wołyniu, które kartkowałam raczej, niż czytałam, szukając wzmianek o pradziadkach i dalszych krewnych. Nie sposób jednak było nie przeczytać jednej czy drugiej relacji – wystarczyło, że oko prześlizgnęło się po stronie, a już wpadało się w sam środek jakiejś strasznej, smutnej opowieści.

To wszystko sprawiło, że do książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy” podeszłam bez niewinności czytelnika, który o Wołyniu słyszał co nieco, ale raczej bez szczegółów. Wiem, co się działo w 1943, wiem, że gdzieś w wołyńskiej ziemi pochowani są moi krewni, którym uciec się nie udało. Wiem, że kiedyś tam pojadę, ale nie czuję się jeszcze gotowa. Może nigdy gotowa nie będę.

Wiedziałam więc, czego się spodziewać, i bałam się szczegółowych opisów popełnianych zbrodni, bałam się, że choć nie jestem przesadnie wrażliwa, na tę książkę zareaguję emocjonalnie. Nastawiłam się rozdrapywanie ran. Tymczasem okazało się, że Szabłowski starannie unika krwawych detali, za cel obierając sobie nie tyle opowiedzenie o zbrodniach, ile pokazanie, że świat, także świat Wołynia, nie jest czarno-biały.

Jak sam tytuł wskazuje, Szabłowski szuka sprawiedliwych. Szuka Ukraińców, którzy zamiast mordować, pomagali, narażając przy tym życie swoje i swoich rodzin. Wielu z nich zginęło. Dzięki nim ocalały zapewne tysiące Polaków. Dzięki nim ocalała też moja babcia, jej rodzeństwo i rodzice.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron poczułam niezadowolenie. Jak to? Zamiast wołania o sprawiedliwość dla ofiar, o przeprosiny ze strony Ukrainy, o publiczne kajanie się, dostaliśmy opowieść o sprawiedliwych Ukraińcach? Przecież to oczywiste, że po każdej stronie byli źli i dobrzy, wszyscy wiedzą, że podczas gdy jedni ukraińscy sąsiedzi zbroili się w karabiny i motyki, inni biegli ostrzegać Polaków. Tak sobie przez moment pomyślałam. A potem się zreflektowałam.

To, co jest oczywiste dla mnie, słuchającej opowieści o Ukrainkach, które moją dziesięcioletnią babcię i jej starszą siostrę wyprowadziły z wioski, które ukryły moich pradziadków, narażając życie ocaliły moją rodzinę, nie jest wcale oczywiste dla wielu. W czasach rosnącej nienawiści do każdego, kto jest w jakimkolwiek stopniu obcy, trzeba głośno mówić, przypominać, wołać, że świat nie jest czarno-biały. Że nie każdy Ukrainiec to banderowiec, i że nie każdy Polak był niewinną ofiarą. Szabłowski pisze, że „nie morduje nacja ani religia. Mordować może człowiek, i to człowieka należy winić”.


„Sprawiedliwi zdrajcy” to reportaż doskonały, napisany tak, że nie sposób się od lektury oderwać. Szabłowski splata swoją opowieść z wielu nitek. Wprowadza bohaterów, a następnie ich porzuca, zostawiając nas w niepewności co do ich losów. Całość spina jak klamrą historią pani Hani, Polki, która jako mała dziewczynka została znaleziona przez Ukraińców, a następnie wychowana przez ukraińską rodzinę. Wzięcie do siebie polskiego dziecka było wtedy wydaniem na siebie wyroku śmierci, a jednak o małej Hani wiedziała cała ukraińska wioska. Nikt nie zdradził, dziecko i jego przybrani rodzice przeżyli, a Hania dopiero jako osoba dorosła dowiedziała się  prawdy o swoim pochodzeniu. Nie całej prawdy – nie wie, kim byli jej prawdziwi rodzice, na których poszukiwania wyrusza autor książki.

Takich przywracających wiarę w człowieka historii jest tu wiele. Szabłowski chce zresztą pokazać wszystkich sprawiedliwych, nie ogranicza się więc do Ukraińców pomagających Polakom. Opisuje los Żydów i ludzi różnych narodowości, którzy z narażeniem życia ukrywali ich, często przez wiele miesięcy. Opowiada o Czechach, jednym ze swoich narratorów czyniąc czeskiego pastora. To jego ustami oskarża Polaków o wyniosłość, dumę, pogardę dla Ukraińców i celowe utrudnianie im życia. Wie, że taka diagnoza wygłoszona przez Polaka lub Ukraińca byłaby podważona przez jedną lub drugą stronę, Czecha zaś, w dodatku głęboko wierzącego pastora, dobrego człowieka, nieco trudniej oskarżyć o stronniczość.

I choć książka składa się z wielu krzepiących historii, mimo to lektura „Sprawiedliwych zdrajców” mrozi krew w żyłach. To, że straszne rzeczy działy się na Wołyniu w 1943 roku wiemy, jednak dopiero Szabłowski uświadomił mi z całą mocą, jak strasznie było potem. Jak to jest, mieszkać w jednej wiosce z ludźmi, którzy bestialsko mordowali dzieci? Jeden sąsiad wyprowadzał Polaków ukradkiem z wioski, ukrywał ich na swoim strychu, a drugi przychodził mu ten strych przeszukać. Po wojnie mieszali nadal obok siebie, jedni modlili się przy nieoznaczonych mogiłach, a inni pili herbatę ze szklanek po Polakach. Wszyscy znali prawdę o jednych i drugich. Jest w książce Szabłowskiego jedna historia, o której nie mogę przestać myśleć, historia pewnej kobiety, której zrozumieć nie mogę. Przeczytajcie, będziecie wiedzieli, o której historii myślę.

Kiedy Polacy zaczęli wracać na Wołyń, szukając prochów swoich rodziców i dziadków, przywitała ich wrogość, nieufność w najlepszym razie. Miejscowi dobrze wiedzą, gdzie znajdują się masowe groby. Jedni omijają je traktorem, zostawiając porośnięty drzewami pagórek, inni wysypują na nich śmieci. Jak oni przeżyli te wszystkie lata obok siebie?


Bałam się emocjonalnej reakcji, ale czytałam z suchymi oczami, choć ze ściśniętym sercem. Nawet, kiedy jedna z bohaterek mówi, że jej największym marzeniem było wtedy zginąć od kuli, a nie od siekiery. Mała dziewczynka, która myśli o czymś takim. Najgorsze jest jednak chyba co innego – nie wyciągnęliśmy z historii Wołynia żadnych wniosków. Czy kierujące banderowcami marzenie o czystej Ukrainie, zamieszkanej tylko przez czystej krwi Ukraińców, nie jest niepokojące podobne do coraz głośniej wypowiadanych haseł rodzimych „patriotów”?

Nie przepracowaliśmy rzezi wołyńskiej. Nie mówiono o niej przez lata, a teraz nie chcemy kłaść na szali naszych stosunków z Ukrainą, domagając się nazwania rzeczy po imieniu. Ale nienawiść się wciąż tli. We wczorajszym Dużym Formacie Konrad Oprzędek pisze o narastającej agresji względem Ukraińców w Przemyślu. Jedna z ukraińskich bohaterek Szabłowskiego mówi: „I tak to się będzie ciągnąć, proszę pana. Będziemy liczyć ofiary i każdemu wyjdzie co innego. Wy będziecie na nas patrzeć z góry. My was będziemy za to nienawidzić”. I dopiero po tej pełnej rezygnacji diagnozie poczułam, że mi się oczy pocą.

Dobrze więc, że Szabłowski napisał taką koncyliacyjną książkę. Paulina Małochleb stwierdziła, że Szabłowski działa na szkodę polityki pamięci i początkowo byłam skłonna się z nią zgodzić. W imieniu moich dziadków, którzy przecież mają coraz mniej czasu, chciałabym usłyszeć ukraińskie wyznanie win. Chciałabym, żeby właściwe nadano rzeczy imię, nie godząc się na półprawdę w imię budowania stosunków politycznych, w imię pomocy krajowi ogarniętemu wojną. Jest jednak coś, czego chcę jeszcze bardziej – chcę, żeby to, co wydarzyło się na Wołyniu, się już nie powtórzyło. Nie chcę banderowców z polskimi flagami. Dlatego uważam, że Szabłowski miał rację, podkreślając taki właśnie aspekt wołyńskiej prawdy.

Bohaterowie Szabłowskiego nie traktują tego, co zrobili, jako czegoś wyjątkowego. Niektórzy wiedzą, że reporter szuka ludzi, którzy ratowali Polaków i Żydów, ale nie myślą nawet, że sami mogliby się zaliczyć do tej kategorii. Jedna z jego rozmówczyń mówi: „myśmy z mamą i ciotką tylko nosiły jedzenie do lasu". Dla niej to coś mało znaczącego, wtedy nie wiedziała nawet, że grozi im za to śmierć. Dzisiaj wie, a mimo to nie uważa, że zasługuje na wzmiankę w książce. Są też i tacy, którzy zdają sobie sprawę z tego, że uratowali komuś życie, i czekają na jakikolwiek znak ze strony tej osoby. My czekamy na przepraszam, oni – na dziękuję. Albo przynajmniej na wiadomość, że ktoś, dla kogo ryzykowali życie, ocalał, że to straszliwe ryzyko nie poszło na marne.

I faktycznie, nie wiem, kim były Ukrainki, które uratowały moją babcię. Zastanawiam się, czy ona w ogóle zna ich imiona. Pradziadkowie na pewno to wiedzieli, ale jest już za późno, żeby ich o to spytać. A może te kobiety czekały też na jakąkolwiek wiadomość? Robi mi się trochę wstyd. Trzeba było reportażu, żeby przyszło mi do głowy, że przesłanie takiej wiadomości mogło być możliwe, że trzeba to było zrobić.

Szabłowski pisze doskonale. Składa tę swoją książkę z cegiełek, trzyma czytelnika w niepewności, pisze o tych, co ratowali i (choć dużo mniej) o tych, co mordowali. Do ostatniej chwili nie ujawnia informacji, które rzucają całkiem nowe światło na poszczególne historię. Jego puenty czasem całkowicie wytrącają z równowagi, a przecież czytanie o Wołyniu i tak jest delikatnym balansowaniem między przerażeniem a nienawiścią.

Nie mogę się otrząsnąć po tej lekturze. Mam nawet problem z tym, żeby przestać teraz pisać. I to chyba jest najlepszą miarą książki. To, że chce się po niej rozmawiać, że nie można wyrzucić jej z myśli. Przeczytajcie. Koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Witolda Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

Wydawnictwo Znak 2016

 



niedziela, 12 czerwca 2016

Dawno temu, w epoce Edo, w Japonii popularna była gra o nazwie "Sto opowieści grozy". Ludzie zbierali się wieczorami, zapalali świece i opowiadali historie o duchach, upiorach, o zmarłych, którzy nie chcą odejść ze świata żywych. Po każdej opowieści gaszono jedną świecę. Wierzono, że po każdej opowieści w pokoju pojawia się kolejny duch.

W książce "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni zebrała swoje sto opowieści grozy, w których przywołuje duchy i upiory. Jej opowieści są jednak prawdziwe, choć chwilami dotyczą świata położonego na pograniczu jawy i snu. Zresztą o tragedii, która dotknęła Japonię w 2011 roku, trudno opowiadać w sposób suchy i rzeczowy.

Mam wrażenie, że narrację medialną dotyczącą tsunami zdominowała kwestia elektrowni atomowej w Fukushimie i następstw katastrofy, którą zapoczątkowała awaria chłodzenia reaktorów spowodowana przez wielką falę. Katarzyna Boni nie spieszy się jednak z opowieścią o elektrowni. Najpierw oddaje głos ludziom, którzy stracili swoich bliskich, domy i dorobek całego życia. Nie znając języka, reporterka jedzie do Japonii i z pomocą tłumacza rozmawia z osobami na różne sposoby dotkniętymi tragedią. Wysłuchuje zwierzeń małżonków i rodziców, towarzyszy mnichowi cierpliwie wysłuchującemu lamentów osób, które ocalały. Odwiedza tymczasowe osiedla, które stały się domem dla tysięcy bezdomnych. Nie boi się dotknąć kwestii kontrowersyjnych - opowiada o duchach, które dzwoniły po pogotowie, wsiadały do taksówek, przychodziły bawić się swoimi zabawkami. Spotyka ludzi, którzy czasem tracą władzę nad własnym ciałem, oddając je nie mogącym zaznać spokoju zmarłym.

Młoda reporterka odważnie podeszła do trudnego tematu. O duchach opowiada z takim samym skupieniem, z jakim relacjonuje dramatyczną walkę o schłodzenie reaktorów. Pisząc reportaż, gatunek, było nie było, mocno osadzony w świecie rzeczywistym, z pełną powagą opisuje wydarzenia, w które normalnie byśmy nie uwierzyli. W tej smutnej opowieści o świecie zniszczonym przez ocean nic jednak nie dziwi i nie razi. Jeśli w ciągu kilku minut mogą zniknąć domy, sklepy, szkoły, ulice, ogrody, zabawki i las, jeśli ocean może tak po prostu zabrać kilkanaście tysięcy ludzi, to czy można uznać cokolwiek za niemożliwe?

Tsunami pojawiło się w przekazach medialnych, by po kilkunastu dniach zniknąć, ustępując pola nowszym wydarzeniom. Mieszkańcy regionu Tōhoku do dzisiaj muszą mierzyć się ze skutkami katastrofy. Niektórzy wciąż nie mogą spać, odwiedzają nieczynną budkę telefoniczną, by mówić do swoich bliskich, którzy odeszli. Dwaj mężczyźni nauczyli się nurkować i wytrwale przeszukują dno oceanu w nadziei, że natrafią na szczątki swoich ukochanych - żony i córki. Ludzie, których domy i firmy zabrała woda, mieszkają nadal w barakach, choć miały one być tylko tymczasowymi mieszkaniami.

Katarzyna Boni napisała doskonały reportaż, który nie tylko przybliża rozmiar tragedii, ale także rzuca ciekawe światło na społeczeństwo japońskie. Opowiada o stosunku do śmierci, o trosce o przodków, o bliskich związkach z zaświatami. Obnaża nieudolność władz, które nie są w stanie pomóc ofiarom, a jednocześnie relacjonuje bohaterską walkę o niedopuszczenie do wybuchu elektrowni atomowej.

Autorka snuje swoje opowieści, starannie dobierając właściwe słowa. Każdy rozdział to osobna historia, każdy też ma inną formę, doskonale dobraną do treści. Każda kolejna postać otrzymuje swój głos, a sama autorka czasem pokazuje siebie w konfrontacji z rozmówcami, by innym razem usunąć się całkowicie w cień. W efekcie dostajemy książkę nietypową, nie tylko poruszającą, ale też doskonale napisaną. Myślę, że będzie to jeden z lepszych reportaży tego roku.

Moja ocena: 5.5/6

czwartek, 21 stycznia 2016

W dzieciństwie uwielbiałam książki Centkiewiczów. Życie na Grenlandii wydawało mi się niezwykle romantyczne. Chciałam mieć igloo zamiast domu, ubierać się w kilkanaście warstw skór i żyć w ciemnościach przez całą zimę. Kwestię polowań jakoś pomijałam, zimno również wydawało się drugorzędne. Do dzisiaj pozostał mi sentyment do zimnych i pustych krain, a tundra zajmuje bardzo wysoką pozycję na miejscu moich ulubionych miejsc wakacyjnych. Po lekturze książki amerykańskiego dziennikarza Mitchella Zuckoffa, grenlandzkie lodowce nagle nabrały nowego kolorytu. Zawsze wiedziałam, że Arktyka jest niebezpieczna, jednak tego, przez co przeszli bohaterowie tej książki, nie byłam sobie w stanie wyobrazić.

Trzy katastrofy

"Lodowe piekło" to opowieść o trzech katastrofach lotniczych, które miały miejsce na Grenlandii w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim o ludziach, którzy w tych katastrofach brali udział. Początkowo wydawało mi się, że ciąg wydarzeń, który opisuje Mitchoff, jest całkiem nieprawdopodobny. Najpierw rozbija się samolot transportowy z pięcioma lotnikami na pokładzie. Wiadomo, że wszyscy przeżyli, na ich poszukiwania zatem wyruszają załogi innych samolotów. Cztery dni później rozbija się jeden z samolotów biorących udział w poszukiwaniach, na pokładzie ma dziewięć osób. Znowu wszyscy przeżyli, teraz więc trzeba szukać dwóch samolotów. Prawie trzy tygodnie później ginie bez śladu kolejny samolot, którego dwaj piloci dokonali rzeczy niezwykłej - dotarli do jednego z wraków, wylądowali na lodowcu, zabrali dwóch wycieńczonych mężczyzn i odstawili ich bezpiecznie na pokład amerykańskiego kutra. Następnego dnia powrócili po kolejnych rozbitków, zabrali jednego z nich, po czym w trakcie lotu powrotnego prawdopodobnie rozbili się o lodowiec.

Takie nagromadzenie katastrof nie było chyba jednak niczym niezwykłym na Grenlandii w trakcie II wojny światowej. Amerykańskie samoloty lądowały na tej największej wyspie świata w drodze do Anglii, by uzupełnić paliwo. Wiele z nich nie docierało do celu. Latanie nad Grenlandią było niczym hazard. Urządzenia pomiarowe pokazywały jedynie wysokość nad poziomem morza, łatwo było więc wlecieć prosto w zbocze góry, których na tamtych obszarach nie brakuje, a których nie sposób dostrzec w gęstej mgle lub śnieżycy. Piloci tracili orientację i nie byli w stanie określić, w którą stronę lecą. Kiedy urywała się łączność, odnalezienie zaginionego samolotu było bardzo trudne.

Na lodowcu

Tym razem jednak jeden z rozbitych samolotów udało się odnaleźć. Dziewięciu mężczyzn z samolotu B-17 schroniło się w tylnej części przełamanego na pół samolotu. Jeden miał połamane żebra, jeden odmrożenia na stopach, ale ogólnie byli w niezłym stanie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien drobiazg. A może nawet dwa. Był listopad. Zaczynała się arktyczna zima. A samolot rozbił się na lodowcu, między licznymi szczelinami, które ukryte były pod świeżym śniegiem. Poruszanie się na piechotę było wykluczone - boleśnie przekonał się o tym jeden z rozbitków, który odszedł o kilka kroków za daleko. Nie było także mowy o tym, żeby między szczelinami wylądował jakikolwiek samolot ratunkowy. Dziewięciu mężczyzn było całkowicie odciętych od świata.

Na szczęście nie groziła im śmierć z głodu - kiedy zostali zauważeni, wojskowe samoloty zaczęły zrzucać im paczki z zaopatrzeniem. Problemem było precyzyjne celowanie, jako że niemożliwe było zbieranie paczek, które spadły kilka metrów od samolotu. Oprócz prowiantu, w paczkach była ciepła odzież i śpiwory, jednak we wraku samolotu cały czas panowała ujemna temperatura, i nie mówię tutaj o kilku stopniach poniżej zera. Wszystko przemakało, zaś wysuszenie śpiworów i kurtek nie było możliwe.

Nierówna walka

Macie bujną wyobraźnie? Spróbujcie wymyślić, co mogło pójść nie tak podczas organizowanej w sekrecie akcji ratunkowej, a ja wam zdradzę, że wszystko, co wymyśliliście, stało się naprawdę. Szalały burze śnieżne, ludzie odmrażali sobie części ciała, wpadali do szczelin, chorowali fizycznie i psychicznie. Psuł się sprzęt, ratownicy pakowali się w tarapaty, a wszystko to trwało 148 dni. 148 dni spędzonych na lodowcu podczas arktycznej zimy.

Autor sporo faktów zdradza już na początku książki. Wiemy, ilu mężczyzn zostanie na zawsze wśród lodów Grenlandii, choć nie znamy nazwisk wszystkich ofiar. Wiemy, że pierwszy rozbity samolot nigdy nie został odnaleziony. Wiemy, że ratownicy, którzy ocalili dwóch rozbitków, przepadli bez śladu. Być może lepiej byłoby nie znać tak wielu istotnych szczegółów już na wstępie. A jednak od lektury nie sposób się oderwać, a napięcie praktycznie nie słabnie.

Mogę zarzucić autorowi, że za dużo miejsa poświęca sprawom technicznym, że pisze dość schematycznie, starając się przekazać czytelnikowi wszystko, co wie. Kiedy pojawia się jakakolwiek nowa postać, autor czuje się w obowiązku zrelacjonować całą biografię tej osoby, zaczynając od miejsca urodzenia. Mimo to przeczytałam "Lodowe piekło" w ciągu dwóch wieczorów, niecierpliwie przerzucając kartki z nudniejszymi fragmentami. Chciałam się tylko dowiedzieć, jakim cudem ci młodzi, często zupełnie niedoświadczeni mężczyźni przetrwali to piekło.

I w tym aspekcie Mitchell Zuckoff nie zawodzi. Doskonale prowadzi narrację, pokazując nam, co działo się w głowach każdego z nieszczęsnych rozbitków. Opowieść o katastrofie okazuje się tak naprawdę opowieścią o niesamowitej odwadze, sile i wytrwałości. O tym, jak proste rytuały pomagają przetrwać niewyobrażalne.

To oczywiście bardzo amerykańska książka. Jaki inny kraj zresztą z takim poświęceniem ratowałby swoich ludzi? Pieniądze nie grały żadnej roli, szanse powodzenia również. Cała akcja wydawała się niemożliwa do przeprowadzenia, ale nikt nie miał wątpliwości, że trzeba ją przeprowadzić.

Współczesny wątek jest zresztą równie amerykański. W 2012 roku na Grenlandię wyruszyła grupa zapaleńców, którzy postanowili odnaleźć zaginione ciała dwóch ratowników i jednego rozbitka i przywieźć je do domu. Ten wątek jest tak naprawdę najmniej interesujący, ale zgrabnia spina całość.

Jeden z biorących udział w akcji ratunkowej lotników powiedział: "Arktyka to bezlitosny wróg. Walczy z tobą każdą bronią, jaką ma pod ręką, atakuje bez ostrzeżenia, a najmocniej uderza wówczas, gdy wydaje ci się, że już ją pokonałeś". Okazuje się, że nawet z takim wrogiem można czasem wygrać, choć koszty tej nierównej walki są niewiarygodnie wysokie.

Moja ocena: 5/6

Mitchell Zuckoff "Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii"

Tytuł oryginalny: Frozen in Rime. An epic story of survival and a modern quest for lost heroes of world war II

Tłumaczenie Mariusz Gądek

Wydawnictwo Znak literanova 2016

niedziela, 18 października 2015

Tak naprawdę zestawienie w jednym tekście książki Jona Krakauera "Wszystko za Everest" i autobiografii Becka Weathersa "Everest. Na pewną śmierć" jest zabiegiem dość okrutnym. Nie da się porównać reportażu, który należy już do klasyki literatury górskiej i dostał nominację do nagrody Pulitzera ze średnio napisaną opowieścią o życiu jednego z uczestników tragicznej wyprawy na Górę Gór. Jednak skoro obie książki ukazały się w Polsce mniej więcej w tym samym czasie, prawie jednocześnie z premierą filmu "Everest", a ich autorzy wspinali się na Everest tego feralnego dnia w tej samej ekipie, stwierdziłam, że napiszę o nich obu.Od razu jednak zaznaczę - tak naprawdę tylko książka Krakauera jest książką o górach. Beck Weathers wprawdzie opowiada o tym, co stało się na Mount Evereście, ale poświęca temu mniej więcej jedną trzecią książki, podczas gdy reszta tekstu to historia jego życia przed i po tragedii. Warto o tym wiedzieć, sięgając po jego książkę.

Czy w ogóle warto czytać o kolejnej górskiej tragedii? Nie tak dawno pisałam o tym, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie "Mordercza góra", opowiadająca o tym, dlaczego na stokach K2 w krótkim czasie zginęło jedenaście osób. Po co sięgać po kolejną historię nieudanej wspinaczki? Czy rzucą więcej światła na to, dlaczego ludzie chodzą w wysokie góry i tam giną? Czy powiedzą nam coś nowego o ludziach?

10 maja 1996 roku na Everest wchodziło trzydziestu czterech wspinaczy. Dwunastu z nich zginęło, z czego ośmiu brało udział w dwóch komercyjnych wyprawach. Innymi słowy - zapłacili ogromne kwoty za to, że ktoś pomoże im bezpiecznie wejść na najwyższy szczyt Ziemi.

Stawia to całe wydarzenie w nieco innym świetle. Inaczej osądzamy zawodowych wspinaczy, którzy stale ryzykują życiem i mają ogromne doświadczenie, a inaczej tych, którzy wchodzą na górę, choć być może nie powinni. Wiele osób ich potępia, uważając za bogaczy, którym się wydaje, że wszystko można kupić. Czytając książki Krakauera i Weathersa przekonamy się, że tak naprawdę większość z nich to zwykli ludzie, którzy dali się ponieść niezwykłemu marzeniu. Wyprawa na Everest często pochłania oszczędności ich życia.

Jon Krakauer brał udział w wyprawie prowadzonej przez Roba Halla, uważanego za gwiazdę wypraw komercyjnych. Rob był rozważny i dobrze zorganizowany, jego ekspedycje uważano za niezwykle bezpieczne. Krakauer, który wspinał się od lat, marzył o wejściu na Everest, ale nie mógł sobie na nie pozwolić. Jednak wzrost popularności wejść za pieniądze zainteresował naczelnego magazynu "Outside", dla którego Krakauer pracował. Zaproponowano Krakuerowi, żeby pojechał na komercyjną wyprawę jako uczestnik i napisał potem artykuł o plusach i minusach takich wyjazdów. Pisarz nie zastanawiał się długo, co więcej, postanowił, że spróbuje wejść na sam szczyt.

Co to oznacza dla czytelnika? Rzadko zdarza się, aby relację z wysokogórskiej wyprawy pisał zawodowy reporter, doskonale władający piórem, który jest jednocześnie pełnoprawnym uczestnikiem wyjazdu i wspinaczem. Jacek Hugo-Bader pojechał pod Broad Peak i napisał bardzo dobrą, choć kontrowersyjną, książkę, jednak zawsze był tylko kimś z zewnątrz, kto nie do końca rozumie świat wspinaczy. Krakauerowi w dodatku nie tylko wziął udział w wyprawie na Mount Everest, ale także stał się mimowolnym uczestnikiem i świadkiem jednej z największych tragedii, jakie rozegrały się na zboczach tej góry.

Jego książka powstała pół roku po powrocie z Nepalu, kiedy emocje jeszcze nie ostygły. Krakauer próbuje w niej dojść do prawdy o tym, co się stało, wyjaśniając nieścisłości i prostując nawet własne, wcześniejsze relacje. Zmaga się też z poczuciem winy - przeżył, podczas gdy jego towarzysze zginęli, a on nie jest pewien, czy na pewno zrobił wszystko, co mógł.

Historia Becka Weathers to jedna z najbardziej niesamowitych opowieści o tym, co może przetrwać człowiek. Weathers bowiem oślepł podczas wspinaczki, następnie zgubił się w śnieżycy i niemalże zamarzł, a szukający zaginionych wspinaczy koledzy znaleźli go następnego dnia i zostawili na pewną śmierć z absolutną pewnością, że nie da się go uratować. On jednak przeżył kolejną noc na mrozie i następnego ranka obudził się i zebrał siły na tyle, że udało mu się dojść o własnych siłach do obozu. Tam ponownie padł w namiocie, a koledzy byli pewni, że nie żyje, a on ponownie sprawił im następnego ranka niespodziankę. Jego los także prześladuje Krakauera, który poczuwa się do winy za to, że nie zajął się nim bardziej troskliwie.

Czy jednak można zająć się kimś troskliwie, jeśli samemu właśnie zeszło się w straszliwej burzy śnieżnej z najwyższego szczytu świata? Lektura kolejnych książek o górach utwierdza mnie w przekonaniu, że nie zawsze jest to możliwe, i że nie można obwiniać człowieka, który nie podołał, nawet jeśli są inni, którzy dali radę. Tego feralnego dnia na zboczach Everestu zginęli ci, którzy mieli najwięcej doświadczenia i którzy powinni byli ratować innych. Być może dlatego ich klienci nie zauważyli w porę, że z ratowanych powinni stać się ratującymi - w rozrzedzonym powietrzu mózg nie działa tak sprawnie i trudno zauważyć, że człowiek, który był naszym wspinaczkowym guru, stoi na granicy życia i śmierci.

Co ciekawe, nawet ci, którzy ratowali życie innym, narażeni zostali na ostrą krytykę. Krakauer nie pochwalił kilku rzeczy, które zrobił przewodnik konkurencyjnej ekipy, Anatolij Bukriejew. Ten jednak uratował przynajmniej dwie osoby i bardzo źle zniósł delikatne przecież słowa krytyki. Napisał własną książkę, która jednak nie przedstawia wydarzeń w wiarygodny sposób. Relacja Krakauera też bywa podważana, a on sam przyznaje, że pamięć bywa zawodna i że niektórzy uczestnicy wydarzeń zmieniają swoje opowieści.

"Wszystko za Everest" staje się tym samym nie tylko książką o górskiej tragedii, ale także ciekawym przyczynkiem do rozważań na temat tego, jak nasz mózg przetwarza wydarzenia, w których braliśmy udział. Czy możemy ufać własnej pamięci? I jak właściwie rozeznać się w tym, co wydarzyło się na Evereście, jeśli sami uczestnicy nie są pewni, co widzieli?

Dla mnie jest to też książka o marzeniach. Na Everest nie wchodzi się dlatego, że ma się kilkadziesiąt tysięcy dolarów na zbyciu. Nawet podczas najbezpieczniejszej wyprawy można zginąć, a jednak wciąż tysiące ludzi podejmują to wyzwanie. I choć lektura takich książek jak "Mordercza góra" czy "Wszystko za Everest" dość mocno studzi zapał, trochę zazdroszczę tym, którzy próbują realizować swoje marzenia i nie zważając na ryzyko, po prostu tam idą.

Co jednak dzieje się z człowiekiem, który poszedł i cudem przeżył? Jak można się pozbierać i ułożyć sobie życie po takiej tragedii? Jeśli ten aspekt was interesuje, sięgnijcie po książkę Weathersa. Podzielona na trzy części, opowiada o samym wejściu, następnie o życiu Becka i jego żony przed Everestem i wreszcie o tym, jak uratowali swoje małżeństwo i pozbierali się po jego powrocie. Nie jest to pasjonująca relacja i miejscami bywa wręcz nużąca, ale uzupełnia to, czego w wielu górskich książkach brakuje. Warto się z nią zapoznać choćby po to, żeby mieć świadomość, jak długi cień potrafi rzucać ośmiotysięcznik - wspinaczka zmienia człowieka na całe życie, nawet jeśli po cudownym ocaleniu rzuca on to zajęcie.

Trochę żałuję, że polski tytuł jest mocno mylący. Sugeruje, że książka opowiadać będzie o tym, co działo się na Evereście, tytuł angielski, "Left for dead: My journey home from Everest" jest jednak bliższy temu, co tak naprawdę stanowi treść książki. Zadziwił mnie też brak nazwiska tłumacza na stronie tytułowej, uważam że to dość poważne niedopatrzenie.

O tym, co wydarzyło się 10 maja 1996 roku na Evereście napisano więcej książek, i przyznam, że chętnie sięgnęłabym po kolejne relacje, porównanie różnych punktów widzenia może być bowiem bardzo interesujące. Z tego też powodu, choć książka Weathersa nie może się w najmniejszym stopniu równać z reportażem Krakauera, ale warto ją przeczytać, by zyskać pełniejszy obraz całej tej historii. A potem koniecznie należy zobaczyć film, ale o tym nie będę już tutaj opowiadać.

Beck Weathers, Stephen G. Michaud "Everest. Na pewną śmierć"

tłum. Janusz Ochab

Wydawnictwo Agora

Ocena: 3.5/6

Jon Krakauer "Wszystko za Everest"

tłum. Krystyna Palmowska

Wydawnictwo Czarne

Ocena: 6/6


niedziela, 12 lipca 2015

Planowałam przygotować listę dziesięciu książek na wakacje, ale jakoś w ferworze sesji przegapiłam początek wakacji! Przygotowałam jednak kilka niedzielnych dziesiątek dla osób, które lubią podróżować z książką. Zacznę od stosiku z książkami, które wykorzystuję do przygotowania swoich wakacyjnych wojaży. Nie jest to może kierunek szczególnie popularny wśród polskich turystów, ale obiecuję, że w następną niedzielę zabiorę was gdzieś bliżej. Tymczasem jednak zachęcam do czytania o Azji Środkowej - fascynującej, pełnej przyjaznych ludzi i zapierających dech w piersiach krajobrazów.

Peter Hopkirk "Wielka gra" - Ponieważ lubię podróżować nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie, lubię czytać książki o historii miejsc, które mnie ciekawią. Peter Hopkirk jest moim zdaniem nieco niedocenianym u nas autorem - jego książki czyta się jak pasjonujące powieści przygodowe. "Wielka gra" to opowieść o zwykłych ludziach zaplątanych w wielką historię - o oficerach brytyjskich i rosyjskich, którzy ryzykując życiem wyruszali na wyprawy w głąb nieznanych lądów, by zdobyć ważne informacje dla swoich krajów. Tytułowa wielka gra to trwające przez prawie sto lat rozgrywka o Azję Centralną, która toczyła się między dwoma mocarstwami - wiktoriańską Wielką Brytanią i carską Rosją. Trudno się oderwać od lektury.

Peter Hopkirk "Obce diabły na Jedwabnym Szlaku" - Od tej książki zaczęłam znajomość z autorem. Mianem "obcych diabłów" Chińczycy zamieszkujący zapomniany przez świat Xinjiang określali zachodnich archeologów, badaczy i podróżników. Miasta znajdujące się niegdyś na Jedwabnym Szlaku, zasypane wiele lat temu przez piaski pustyni Takla Makan, stały się magnesem przyciągającym awanturników, szpiegów i naukowców, którzy na przełomie XIX i XX wieku wywieźli stamtąd wiele bezcennych dzieł sztuki. Hopkirk opowiada o tych mało znanych wyprawach w pasjonujący sposób, przybliżając nam dwuznaczny moralnie, ale intrygujący świat dawnych podróżników.

Laurence Bergreen "Marco Polo. Od Wenecji do Xanadu" - Stałam się fanką Bergreena po przeczytaniu jego książki o Magellanie. "Poza krawędź świata" to jedna z najlepszych książek historycznych, jakie czytałam, a "Marco Polo" nie jest dużo gorszą lekturą!

Ilias Esenberlin "Koczownicy" - Jedyna powieść w całym zestawieniu, co jest dość znamienne - nie wydaje się u nas jednak zbyt wiele literatury pięknej z tamtego rejonu świata. "Koczownicy" to kazachska powieść historyczna, opowiadająca o początkach państwa kazachskiego z punktu widzenia koczowników. Powieść czyta się niełatwo, ale świat w niej przedstawiony jest fascynujący.

Bijan Omrani "Asia overland: Tales of travel on the Trans-Siberian & Silk Road" - doskonałe kompendium wiedzy o historii transazjatyckich podróży lądem. Książka podzielona jest mniej więcej na dwie części, z których jedna opowiada o podróżach koleją przez Rosję, a druga o jedwabnym szlaku. Oprócz przeplatających się historii o podróżnikach, książka zawiera nieco (niezbyt aktualnych porad), ale przede wszystkim mnóstwo map, ilustracji i pięknych zdjęć.

Marzena Filipczak "Między światami" - Bezpretensjonalna opowieść o samotnych podróżach autorki po krajach Azji Centralnej - spotkania z ludźmi, szczypta historii, sporo humoru. Bardzo przyjemna lektura.

Colin Thubron "Cień Jedwabnego Szlaku" - Klasyczna już opowieść o podróży tym najdłuższym chyba szlakiem kupieckim na Ziemi. Thubron to doskonały pisarz, który posiada magiczną niemalże zdolność malowania obrazów słowem. Choć książka powstała już ponad dwadzieścia lat temu, nadal warto po nią sięgnąć i dać się uwieść. Pamiętać też należy, że nie jest to jedyna książka o Azji Środkowej tego autora - po "Utracone serce Azji" także warto sięgnąć.

Ludwika Włodek "Wystarczy przejść przez rzekę" - Zbiór reportaży z Azji Środkowej, przypominający mozaikę. Świetnie napisany, powoduje, że ma się ochotę natychmiast spakować plecak i wyruszyć w stronę tych rzadko odwiedzanych rejonów.

Helmut Uhlig "Jedwabny szlak" - Najbardziej chyba naukowe, nieco suche, ale za to dokładne opracowanie dotyczące historii jedwabnego szlaku. Ponieważ udało mi się kiedyś kupić kieszonkowe wydanie, czytałam tę książkę podczas pierwszej podróży do Azji Środkowej. Nie porwała mnie, ale dostarczyła dość solidną dawkę wiedzy.

Marcin Sawicki "Morze światła. Opowieści tadżyckie" - Jedyna książka w tym zestawieniu, której nie czytałam, jednak autor ma u mnie kredyt zaufania po swoich reportażach z Gruzji i Armenii. Poza tym stałam się fanką książek wydawanych przez Fundację Sąsiedzi - nie zawiodłam się na nich jeszcze ani razu i dziwnie przypuszczam, że tadżyckie opowieści Marcina Sawickiego też przypadną mi go gustu...

Czytaliście którąś z tych książek? A może zapomniałam o jakimś ważnym tytule? Wsiąkłam w azjatyckie lektury na dobre, bo czas najwyższy pomyśleć o wakacyjnych wojażach :)

A to oznacza oczywiście, że już za parę dni zaproszę was znowu na Inne strony :) Jeśli chcecie dowiedzieć się, co będę robić w Kirgistanie i w dość zapomnianym i rzadko odwiedzanym zakątku Chin, polubcie Inne strony na Facebooku!


sobota, 07 czerwca 2014

Należę do osób, które w góry ciągnie. Rozumiem ich magię. Nie zadaję pytań w stylu "po co oni tam się pchają?" Góry kocham i szanuję, choć niejedną głupotę dla nich w życiu zrobiłam. Kiedy byłam młodsza, tata zabierał mnie w Tatry i Beskidy. Jako dorosła byłam w Andach, w Himalajach, w górach Tienszan. Marzę o tym, żeby kiedyś wejść na sześciotysięcznik i wierzę, że to marzenie kiedyś urzeczywistnię - skoro z moją wcale nie rewelacyjną kondycją mogłam przebiec maraton, to nie ma rzeczy niemożliwych. 

Gór się jednocześnie boję. Może to nie jest właściwe słowo - czuję przed nimi respekt.W tym roku pobiliśmy całą rodziną nasz własny rekord wysokości, wchodząc na wysokość 4700 m n.p.m. Po raz pierwszy w życiu doświadczyliśmy też choroby wysokościowej - po nagłym wjechaniu z 1000 na 3200 metrów n.p.m. wszyscy troje spędziliśmy praktycznie dobę, nie będąc w stanie przejść więcej niż kilku kroków. Znałam to z książek, jednak rzeczywistość i tak mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że można czuć się tak słabym! Za oknem miałam jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam, nie mogłam jednak nawet przez to okno wyglądać, nie mówiąc o wyjściu. Wydarzeniem dnia było przejście do łazienki, ostrożnym krokiem, jakby się balansowało nad przepaścią. Rozsadzający czaszkę ból głowy, mdłości, kołatanie serca, a przede wszystkim ta przedziwna niemoc przypomniały, że do gór trzeba podchodzić z pokorą. Ale nie sprawiły, że przestaliśmy planować kolejne górskie wędrówki. Za to wydaje nam się, że trochę lepiej rozumiemy, co się dzieje z człowiekiem wspinającym się na naprawdę wysokie szczyty.

Z książkami o górach jest trochę tak jak z samymi górami - nie wszyscy chcą po nie sięgać. Wiele osób po prostu nie rozumie, po co czytać o szaleńcach z przerostem ambicji, którzy, zostawiwszy rodzinę na pastwę losu, ryzykują życiem by wejść na kawałek skały. Po co to robią? I dlaczego tyle osób im kibicuje? Po co o nich czytać?

Te pytania stają się szczególnie aktualne w czasach, w których rozgrywające się w wysokich górach tragedie za sprawą mediów trafiają pod nasze dachy. Cała Polska śledziła z zapartym tchem zdobycie Broad Peaku w marcu ubiegłego roku i dramatyczne zaginięcie dwóch z czterech zdobywców - Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki. Ludzie reagowali emocjonalnie, chociażby wyrażając na blogu Tomka swój żal, ale także frustrację. W wielu miejscach netu rozgorzały dyskusje na temat tego, po co oni tam w ogóle poszli, kto zawinił i czy powinno się w jakikolwiek sposób wspierać podobne wyprawy. Kwestia winy była oczywiście szczególnie gorąca. Ci, którym udało się zdobyć szczyt i przeżyć - Adam Bielecki i Artur Małek, spotkali się z ostracyzmem i otwartą krytyką. Najwięcej negatywnych emocji wzbudzał Adam, który jako najsilniejszy członek ekipy pierwszy wszedł na szczyt i pierwszy z niego wrócił, w dodatku schodząc pospiesznie do bazy, podczas gdy wciąż nie wiadomo było, czy Maciej lub Tomek jednak nie zejdą do obozu. W modnym ostatnio w naszym kraju duchu krucjaty uczyniono z niego wcielenie wszelkiego zła. Polski Związek Alpinizmu powołał specjalną komisję, która miała ocenić postępowanie uczestników wyprawy. I znowu w typowy dla nas sposób komisja składała się z ludzi, którzy wprawdzie ze wspinaczką mają dużo do czynienia, ale doświadczenia w Himalajach zimą, a tym samym kompetencji niezbędnych do rzetelnej oceny postępowania członków wyprawy, nie miał żaden z członków komisji.

Takie poruszające szeroką publikę tragedie są zawsze sprawami delikatnymi. Reporterzy, którzy chcieliby o nich pisać, muszą odczekać sporo czasu, zanim odważą się napisać coś na drażliwy temat. Kiedy jednak kilka zaledwie miesięcy po tragicznych wydarzeniach na Broad Peaku wyrusza kolejna wyprawa, mająca na celu odnalezienie ciał Maćka i Tomka i godne ich pochowanie, znajduje się reporter, który wie, że musi na tą wyprawę pojechać. Wie, że nie będzie mile widziany - kierownikiem wyprawy jest brat Macieja - Jacek Berbeka, który w środowisku zwany jest Siekierką - ostry, trudny, nieznoszący mediów człowiek. Wie też, że wielu okrzyknie go żerującym na grobach sępem. Udaje mu się jednak jakimś cudem przekonać Jacka, aby go zabrał i tym samym trafia na zobcza Broad Peaku - trafia w sam środek krwawiącej, niezabliźnionej rany.

Reporterem tym jest Jacek Hugo-Bader, a książka, która wtedy powstała, to "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" - idealny przyczynek do rozważań na temat tego, po co ludzi w góry chodzą, i po co inni o tych wyprawach czytają.


Hugo-Bader znakomitym pisarzem jest. Jego książka o Broad Peaku to świetnie napisane i głęboko poruszające studium pokory, pychy, uporu, i miłości właśnie. Trudno ją czytać, ale nie sposób się od niej oderwać. Hugo-Bader nie tylko jedzie pod Broad Peak z Jackiem Berbeką, z rodzicami Tomka Kowalskiego i z jego dziewczyną. Przeprowadza również wiele rozmów - trudnych - z poszczególnymi uczestnikami dramatu, z ludźmi gór, ze wspinaczami, którzy biorą udział w tej wyprawie, z członkami rodzin zmarłych alpinistów. Zbiera informacje o tym, jak ludzki organizm funkcjonuje na dużych wysokościach. Czyta o historii himalaizmu i wyszukuje przypadki, które mają jakikolwiek punkt styczny z tym, co się stało na Broad Peaku. Wszystko po to, by stworzyć jak najpełniejszy obraz wydarzeń, a przy okazji by znaleźć odpowiedź na pytanie, które nurtuje tak wiele osób. Po co oni to robią?

Książka jest porywająca, choć czyta się ją ze ściśniętym gardłem. Hugo-Bader potrafi radzić sobie ze swoim materiałem. Jest precyzyjny, pisze mocno i trafnie. Składa swoją opowieść z niewielkich kawałków, tak jakby próbował złożyć układankę w nadziei, że powstanie jakiś spójny obraz. Krótkie rozdziały przenoszą nas w czasie i przestrzeni - spotykamy ludzi, siedzimy w bazie pod Broad Peakiem, patrząc na czarujący chmurami wierzchołek K2. Czekamy na powrót dwóch Jacków, którzy poszli w górę pochować Tomka. Zaglądamy na strony internetowe, czytając emocjonalne, pełne nienawiści komentarze czytelników. Kawałek do kawałka, ale jednoznaczny obraz jakoś wyłonić się nie chce - nie może. Bo sprawa Broad Peaku nie jest taka prosta.

Hugo-Bader nie ocenia nikogo. Z jednej strony opowiada historie osób, które zostały uratowane przez swoich partnerów lub nawet obcych wspinaczy, gdy zabrakło im sił i dopadła ich ciężka choroba bardzo wysoko w górach. Jednocześnie jednak przytacza przykłady wypraw, podczas których zginęło kilka osób, które próbowały pomóc innym. Opowiada, jak straszliwe rzeczy dzieją się z ludzkim organizmem na wysokości bliskiej 8000 metrów, i dlaczego z takiej wysokości należy uciekać tak szybko, jak tylko to możliwe. Szuka odpowiedzi i mnoży pytania niemalże jednocześnie.

Niektóre fragmenty rozdzierają serce. Zapis rozmów prowadzonych przez radio przez Wielickiego i Tomka Kowalskiego jest najsmutniejszym chyba fragmentem książki. Konkurować z nim może chyba tylko opowieść o tym, co Tomek planował zrobić na szczycie góry. I chwila, gdy jego dziewczyna kupuje pierścionek zaręczynowy w tym samym pakistańskim sklepie, w którym pierścionek kupił dla niej kilka zaledwie miesięcy wcześniej radosny, podekscytowany przygodą chłopak. To w ogóle przeraźliwie smutna książka, nie tylko dlatego, że opowiada o tragedii, ale też dlatego, że opowiada o tym, jak my wszyscy w obliczu tragedii się zachowujemy. Osoby występujące w książce przepełnia nie tylko żal. Czują gniew, rzucają oskarżenia, chowają urazy, zmagają się z własnymi ciężarami.

Czy warto więc ją czytać? - spytacie zapewne. Tak, tak, po stokroć tak. Ta książka uświadomi nam, że w życiu nic nie jest czarne albo białe. Historia zimowego wejścia na Broad Peak to opowieść o wszystkich odcieniach szarości, pokazująca, że niemożliwa jest jednoznaczna ocena czyjegoś postępowania. I choć smutna to opowieść, momentami jarzy się jasnymi barwami. Przecież to też bajka o wielkich marzeniach, które się spełniły! Cena za nie zapłacona był za wysoka, ale i Tomek, i Maciej zrealizowali to, po co tam pojechali. Szaleńcza radość życia, którą charakteryzował się Tomek, przebija momentami do naszej świadomości. Warto przeczytać także po to, by pamiętać o takim entuzjastycznym wariacie, który czerpał z życia pełnymi garściami.

Obraz polskiego himalaizmu, który się z kart tej książki wyłania, nie jest jednak wesoły. Konflikty, zawiść, okrutne oskarżenia to jedna strona medalu. Drugą jest jakiś zadziwiający (być może pozorny) brak uczuć, który Hugo-Bader próbuje zrozumieć. Podczas jego pobytu w bazie pod Broad Peakiem ginie kilkunastu wspinaczy. Niedaleko stamtąd od ściany odpada Artur Hajzer (Berbeka nie chce nawet słyszeć o tym, aby udać się w tamtą stronę i pomóc pochować jego ciało). Autor książki rozmawia z partnerem Artura, Marcinem Kaczkanem, zaledwie kilka dni po tej tragedii. Patrzy mu w oczy i nie widzi w nich nic - żadnego śladu, że był świadkiem śmierci partnera. Docieka, dlaczego tak jest, ale nie zgaduje - zastanawia się, czemu ci twardzi ludzie tak obojętnie przechodzą wobec śmierci, ale nie stawia żadnych hipotez. Zostawia nam jedynie pytania.

Polski Himalaizm Zimowy się nie skończył. Bielecki wspina się dalej, niedawno próbował zdobyć Kanczendzongę. Nanga Parbat to góra, którą wytrwale próbuje zimą zdobyć outsider polskiego alpinizmu, mocno szalony, radosny, ale chyba rozsądny Tomek Mackiewicz. Zarówno o nich, jak i o innych, będziemy na pewno nie raz słyszeć. Warto więc przeczytać książkę Hugo-Badera, żeby mieć trochę większe wyobrażenie o tym, z czym oni się zmagają i dlaczego. Do mnie przemawiają ich marzenia. Wpłacam kasę na ich wyprawy i czekam na książki, które napiszą. Bo jakoś irracjonalnie rozumiem, dlaczego to robią. Teraz nawet lepiej dzięki książce Jacka Hugo-Badera.

Nawet jeśli nie jesteście miłośnikami wspinaczki i nie śledzicie z zapartym tchem losów wypraw, przeczytajcie. Warto czytać tak doskonale napisane książki, otwierające okno na kawałek świata, którego na własnej skórze zapewne większość z nas nie pozna.

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 02 czerwca 2014

   Tak się ostatnio składa, że choć mam mało czasu na czytanie, to każda książka, którą biorę do ręki, przykuwa moją uwagę bez reszty. "Annapurna. Góra kobiet" to jedna z dwóch górskich książek, które ukazały się niedawno i które chciałam koniecznie przeczytać. Kocham góry, w żyłach mam góralską krew, i choć nie wspinam się, to rozumiem piękno i powab wspinaczki na wysokie szczyty.

Książka Arlene Blum to amerykański klasyk. Po raz pierwszy ukazała się w 1980 roku, był potem wznawiana, u nas ukazuje się dopiero po raz pierwszy. To historia niezwykła - opowieść o grupie kobiet, które weszły na Annapurnę, jeden z najtrudniejszych szczytów świata, w 1978 roku, kiedy kobieca wspinaczka dopiero raczkowała. Przed nimi tylko czterem wyprawom udało się odnieść sukces na zboczach tej góry - na szczyt weszło dopiero ośmiu mężczyzn, a dziewięciu zginęło na zboczach tej słynącej z lawin góry. W momencie, w którym powstał pomysł tej wyprawy - w 1972 roku - kobieca stopa nie stanęła jeszcze na szczycie ośmiotysięcznika. Kobiety postrzegane były jako płeć słabsza, zaś ich udział w wyprawach alpinistycznych uważano za zagrożenie dla integralności zespołu. Jedna z członkiń ekspedycji chciała swego czasu dołączyć do męskiej wyprawy na Makalu. Usłyszała wtedy: "Jeżeli chcesz wziąć udział we wspinaczce, powinnaś być gotowa na przespanie się z każdym mężczyzną z ekspedycji".

Pomysł wejścia na ośmiotysięcznik poddała Arlene Blum przypadkowo spotkana na szlaku Wanda Rutkiewicz. Wraz z Alison Chadwick-Onyszkiewicz postanowiły taką wyprawę zorganizować. Nie udało im się jednak dostać pozwoleń - najpierw zgody na kobiecą wyprawę nie dały nepalskie władze, pomysł wyprawy upadł więc. Gdy później powrócił, w nieco zmienionej formie, równie trudno było uzyskać pozwolenie od American Alpine Club. W międzyczasie pierwsze kobiece wejście na ośmiotysięcznik się dokonało - trzy członkinie japońskiej ekspedycji wspięły się na Manaslu. Arlene marzyła jednak o wyprawie bez udziału mężczyzn (dopuszczała tylko pomoc nepalskich tragarzy oraz Szerpów).

W końcu udało się - wszystkie niezbędne pozwolenia zostały uzyskane, z trudem zebrano też fundusze (pomagały w tym setki wolontariuszy). Do udziału w amerykańskiej kobiecej wyprawie na Annapurnę zgłosiły się setki kobiet. Starannie wybrano dziesiątkę, która miała już doświadczenie wysokogórskie, a przede wszystkim odwagę i determinację. Każda z dziesięciu pań była niezwykła osobowością. Jedna z nich przeszła kiedyś pieszo z Czech do Meksyku, żeby wziąć udział w olimpiadzie! Wiekowo były bardzo zróżnicowane - najmłodsza uczestniczka wyprawy miała zaledwie 20 lat, najstarsza miała zaś obchodzić swoje pięćdziesiąte urodziny podczas wyprawy. Zdecydowane, podekscytowane i silne, tworzyły grupę barwną i trudną do zarządzania.


Opowieść o ich wyprawie różni się nieco od męskich relacji z podobnych wejść. Arlene wiele miejsca poświęca emocjom panującym w grupie. Stara się być dobrą liderką i wie, że nie zawsze jej to wychodzi. Podejmowanie decyzji w ekipie, na którą składały się tak silne indywidualistki, nie było łatwe. Czasem lały się łzy, było sporo gorzkich chwil. Gdy góra zaczęła zsyłać na nie lawinę za lawiną, wszystkie uczestniczki wyprawy musiały zmierzyć się z wszechogarniającym lękiem - wiele razy pokonywały trasy, którymi schodziły lawiny, nosząc bagaże i zakładając kolejne obozy. Ryzykowały życiem, ale nie dopuszczały nawet myśli o tym, że miałyby się poddać. Gdy lawiny zaczęły stanowić bardzo realne zagrożenie, Alison powiedziała: "Nie chcemy o tym rozmawiać, bo jeżeli się przyznajmy, jak bardzo się martwimy, i będziemy o tym dyskutować, niechybnie dojdziemy do wniosku, że powinnyśmy się poddać. Pracowałyśmy na to tyle lat i nikt nie chce wracać teraz do domu. Więc zachowujemy się tak, jakby tematu nie było."

Wszystkie kochały jednak wspinaczkę. Konflikty wybuchały, gdy zbyt długo siedziały w obozie, lub gdy problemy logistyczne przysłaniały to, po co tam przyszły. Surowe piękno gór koiło nawet w najgorszych momentach. Targały nimi sprzeczne emocje, które otwarcie wyrażały. Marie powiedziała któregoś dnia: "Nie mogę się zdecydować, czy uwielbiam wspinaczkę, czy jej nie znoszę. Jestem oszołomiona pięknem tej góry, ale wykończona harówką. Poza tym śmiertelnie boję się lawin".

Trudno oderwać się od lektury, nawet jeśli się wie, jak się to wszystko skończy. Trochę szkoda, że wydawca najwyraźniej założył, że historia alpinizmu jest znana każdemu czytelnikowi i wszyscy wiedzą, jak skończyła kobieca wyprawa na Annapurnę. Ja nie wiedziałam, i wolałabym dowiadywać się stopniowo z kart książki. Jeśli też wolicie czytać, nie wiedząc, co będzie dalej, nie czytajcie przedmowy - Maurice Herzog już w drugim zdaniu zdradza, jakie będą losy wyprawy.

Mimo tej wiedzy, książkę czyta się świetnie. Aż kipi w niej od emocji - strachu, zachwytu, determinacji. Warto przeczytać, choćby po to, aby zaczerpnąć nieco motywacji do podejmowania prawdziwych wyzwań.

Moja ocena: 5/6



czwartek, 06 lutego 2014

Czy kraj tak olbrzymi i różnorodny jak Chiny można opisać w jednej książce? Oczywiście, nie jest to możliwe. Można jednak spróbować ująć to, co istotne, w dziesięciu zaledwie słowach. Rewolucja, niziny społeczne, podróbki, różnice - słowa-klucze, definiujące chińską rzeczywistość. Yu Hua, znany chiński pisarz, napisał książkę, w której wybrał dziesięć słów, za pomocą których opowiada o swoim kraju. Opowieść to osobista, gęsto przeplatana historiami z życia pisarza, zaś wizja Chin siła rzeczy subiektywna. Jednak w jakiś zadziwiający sposób z tych dziesięciu tekstów, napisanych lekko i przystępnie, wyłania się bardzo złożony i wieloznaczny obraz Państwa Środka.

Bo choć Yu Hua opowiada o swoich doświadczeniach, jest on przedstawicielem pokolenia, które doświadczyło naprawdę wstrząsających rzeczy. Sam zresztą pisze:

To wyjątkowe doświadczenie, jakie przypadło Chińczykom z mojego pokolenia - mając nieco ponad czterdzieści kilka lat, mieszkając w tym samym kraju, doświadczyliśmy dwóch, tak krańcowo odmiennych światów.

To właśnie zmiany są najważniejszym motywem spajającym wszystkie dziesięć tekstów. Yu Hua szczerze opowiada o tym, jak wychowany w czasach przewodniczącego Mao przestrzegał zasad wpajanych mu wówczas przez rodziców i szkołę. Jego pierwsze teksty literackie to wielkoformatowe gazetki, które wieszano na murach, w których ludzi dokonywali samokrytyki, opowiadając o tym, jak żałują swoich egoistycznych zachowań. Krytykowano siebie i innych, a pojawienie się w treści gazetki było obowiązkowe. Gdy jako uczeń stworzył gazetkę krytykującą nauczycieli, pominął jednego, który był naprawdę świetny i nie było go za co skrytykować. Przerażony nauczyciel, który nie chciał się wyróżniać, poprosił go po cichu, żeby jak najszybciej gazetkę przerobił, umieszczając w niej także i jego krytykę.

Fascynujący jest rozdział o czytaniu. Dzieciństwo i młodość Yu Hua przypadły na czasy rewolucji kulturalnej - książek wtedy po prostu nie było. Każdy dom oczywiście miał biblioteczkę, ale stały w niej jedynie dzieła zebrane przewodniczącego Mao. W szkolnej bibliotece było trochę powieści - takie same pamiętam z lat swojego dzieciństwa. Socjalistyczne, nawołujące do wytężonej pracy produkcje, których nie dało się czytać. My jednak mieliśmy jakiś wybór - oni nie. Yu Hua pokochał czytanie, ale szybko przeczytał wszystko, co w bibliotece było dostępne. Szukał książek u kolegów, pytając czy mają cokolwiek w innym kolorze niż czerwony (czerwona była słynna książeczka z najważniejszymi cytatami z Mao Zedonga) i nie w czterech tomach (cztery tomy miało wydanie dzieł zebranych). Niestety, nikt nie miał nic innego.

W czasach licealnych sytuacja nieco się poprawiła. Pojawiły się książki przemycane, pożyczane sobie ukradkiem. Były tak zaczytane, że przeważnie brakowało im okładek, często nie miały też początku albo końca. Czytano je, nie wiedząc, co to w ogóle są za dzieła. Lata później, gdy literatura zachodnia stała się w Chinach dostępna, Yu Hua czytał ją, odkrywając ze zdziwieniem, że część powieści zna, nie wiedział tylko, jak się nazywały.

Pewnego dnia kolega przyniósł jednak książkę, która nie była wybrakowana. Była to "Dama kameliowa" Dumasa, w wersji, jak się po latach okazało, skróconej. Yu Hua czytał ją jednocześnie z kolegą, z wypiekami na twarzy. Była tak zachwycająca, że żal było im się z nią rozstać. Postanowili, że zamiast czytać, przepiszą ją i będą mieli swój egzemplarz. Pisali cała noc, na zmianę - gdy jeden się zmęczył, szedł spać, a pałeczkę przejmował drugi. Zajęło im to całą noc (dobrze, że była to ta skrócona wersja), ale udało się. Następnej nocy zabrali się za lekturę, Yu Hua pierwszy. Na początku czytało się dobrze, wkrótce jednak znaki stały się coraz bardziej niewyraźne, w miarę jak chłopcy byli bardziej zmęczeni podczas pisania. Odczytanie fragmentów napisanych przez siebie samego było możliwe, ale bazgroły kolegi okazały się nie do odczytania. Nie bacząc więc na to, że był środek nocy, Yu Hua pobiegł obudzić kolegę, żeby ten tłumaczył mu swoje pismo. Kolejnej nocy także nie przespali - tym razem czytał kolega, a odcyfrowywaniem znaków musiał zajmować się Yu Hua.

Piękna to i zarazem przerażająca historia. Jak może funkcjonować społeczeństwo, które wychowało się całkiem bez literatury? A to przecież był w sumie jeden z mniej znaczących problemów tamtych czasów. Muszę też przyznać, że w czasie miesiąca, który spędziłam w zeszłym roku w Chinach, widziałam tylko jedną czytającą osobę. Jedną!

Jedyny czytający Chińczyk, jakiego spotkałam

Gorzka to książka, przedstawiająca zarówno Chiny, jak i Chińczyków bez żadnych upiększeń. Yu Hua nie oszczędza też samego siebie. Z bolesną szczerością opowiada, jak jako nastolatek dobrowolnie zaciągnął się do bojówek, które polowały na ludzi nielegalnie handlujących kartkami na żywność. Tak, w Chinach także funkcjonował ten wynalazek, a wszelka wymiana kartek była zakazana. Autor przyznaje, że zdarzyło mu się złapać człowieka, którego rodzina miesiącami nie jadła nic na oleju, oszczędzali bowiem kartki, żeby sprzedać je i w ten sposób zarobić na wesele syna. Oprócz swoich kartek miał on też sporo pożyczonych, gdy próbował je sprzedać, dopadli go szpiegujący go chłopcy, pobili i przekazali władzom.

"Chiny w dziesięciu słowach" to nie tylko opowieść o przeszłości. To przede wszystkim analiza porównawcza Chin takich, jakie były, i takich, jakie są. Bez zbędnych analiz - opowieści, które snuje autor, są tak trafne, że czytelnik sam potrafi dostrzec analogie i wyciągnąć wnioski. I tak historia o człowieku, który oszczędzał kartki na olej zestawiona jest z opowieścią o ludziach handlujących bez zezwolenia we współczesnym Pekinie. Gdy zostają złapani przez przedstawicieli władz, nie poddają się tak biernie i z rezygnacją, jak tamten człowiek sprzed lat. W ostatnich latach jeden z takich właścicieli straganów zabił urzędnika, który próbował mu skonfiskować nielegalny towar. W ciągu trzydziestu lat z kraju, którym rządziła polityka, Chiny zmieniły się w kraj, którym rządzi pieniądz.

Yu Hua potrafi pisać oględnie, tak, żeby nie narazić się zbytnio. Ta książka też jest napisana dość delikatnie, jednak mimo to autor naraził się chińskim władzom i "Chiny w dziesięciu słowach" nie zostały wydane w Chinach, mimo że autor jest tam bardzo popularny. Powodem jest to, że w książce wspomniane są wydarzenia na placu Tiananmen, i choć opisane są naprawdę szczątkowo i lakonicznie, sama wzmianka o nich wystarczyła, żeby książka stała się w Chinach zakazana. Zresztą książki Yu Hua, choć wielokrotnie nagradzane, są też w Chinach krytykowane, a autora uważa się za zbyt surowego w swojej ocenie.

"Chiny w dziesięciu słowach" czyta się doskonale. Autor pisze bardzo żywo i obrazowo, jego historie płyną lekko i bez wysiłku. Przeskakujemy kolejne rozdziały, coraz bardziej zafascynowani i zadziwieni. Obowiązkowa lektura dla każdego, kto interesuje się tym zmieniającym się i ważnym na międzynarodowej arenie krajem.

Moja ocena: 5.6

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...