osiedle reportażu

środa, 14 marca 2018

Czasami może się nam wydawać, że sporo wiemy na temat historii USA. Nie ma się co oszukiwać – miewam takie złudzenia. Zresztą to chyba nic dziwnego, zważywszy, że zdarza mi się prowadzić takie zajęcia. Na szczęście od czasu do czasu zdarza się reporter, który sprowadza mnie na ziemię, opowiadając historię ważną i straszną, o której prawie nic lub zupełnie nic nie wiedziałam.

Tak było z książka Davida Granna, którego talent wielbię odkąd przeczytałam „Zaginione miasto Z” (KLIK). Jego opowieść o tajemniczych zabójstwach Indian Osage, których nieszczęście polegało na tym, że znaleźli się wśród najbogatszych ludzi w Stanach, to taka soczewka, w której można zobaczyć spory kawałek historii, a co gorsza, także niepokojące odbicie teraźniejszości. Donald Trump podpisał przecież zgodę na poprowadzenie rurociągu w bezpośrednim sąsiedztwie rezerwatu Standing Rock, zamieszkanego przez Sjuksów, ignorując tym samym wielomiesięczne protesty Indian, święte dla nich miejsca pochówku ich przodków, a także ich bezpieczeństwo (rurociąg stworzy zagrożenie dla zasobów wody pitnej). Historia, którą opisuje Grann, jest bardziej dramatyczna, ale zasadniczo dotyczy tego samego – braku poszanowania dla mniejszości, traktowania ludzi o innym kolorze skóry z pogardą i nienawiścią, usprawiedliwianie zbrodni na nich popełnianych.

Przekleństwem Indian Osage stało się bogactwo, które – paradoksalnie – zawdzięczali białym. Podobnie jak inne plemiona, Indianie Osage byli stopniowo wysiedlani ze swoich ziem. Rząd Stanów Zjednoczonych dał im tereny, których nikt nie chciał – nieurodzajne i nieprzyjazne. Okazało się jednak, że pozornie bezwartościowe działki kryją w sobie wielkie zasoby ropy, a Indianie zaczęli pobierać opłatę za dzierżawę. Kwoty rosły, aż wreszcie Osagowie, ku wzburzeniu sporej części społeczeństwa, zostali milionerami.

I wtedy zaczęli ginąć. Od kuli, od nieznanej choroby, od trucizny. Ginęli także ci, którzy za bardzo interesowali się tajemniczymi zgonami.

W „Czasie Krwawego Księżyca” David Grann skupia się na historii jednej rodziny. Opowiada o tym, jak umierały siostry, ich mężowie i inne osoby z nimi związane. Nikt nie widział powiązań, śmierci wydawały się przypadkowe i niezwiązane ze sobą. Dopiero niejaki Tom White, agent działającego od niedawna Biura Śledczego, podjął śledztwo, nie spodziewając się zresztą, jak wiele trudności napotka.

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza opisuje smutne losy rodziny Mollie Burkhart, jednej z głównych bohaterek reportażu Granna. Druga, najobszerniejsza, skupia się na śledztwie White’a i na procesie. Wreszcie trzecia, współczesna, jest opowieścią reportera o zbieraniu materiałów, a także szokującym uzupełnieniem całej historii. Razem składają się w przerażającą opowieść o chciwości i wyrachowaniu.

„Czas krwawego księżyca” to reportaż historyczny, który czyta się jak powieść, zapominając, że to prawdziwa historia. Grann doskonale zrekonstruował żmudne i skomplikowane śledztwo, jego Tom White to bohater z krwi i kości – naiwny idealista, który popełnia błędy, ale wytrwale dąży do celu. Jednocześnie autor unika prostych osądów, szuka wyważonych słów na opisanie nawet największych drani. Wypatruje odcieni szarości nawet w najgłębszej czerni, ale nikogo nie usprawiedliwia.

To przerażająca opowieść, świetnie napisana i wstrząsająca. Poznajemy losy jednej rodziny, ale to tylko kropla w morzu przemocy, którego doświadczyli Osagowie. „Ta ziemia wciąż przesiąknięta jest krwią” – mówi jedna z rozmówczyń autora. Zarówno ona, jak i inni współcześni potomkowie ofiar wciąż szukają prawdy.

Moja ocena: 5/6

David Grann "Czas Krwawego Księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI"

Tłum. Piotr Grzegorzewski

Wydawnictwo W.A.B. 2018

niedziela, 25 lutego 2018

Chociaż sama zaproponowałam takie zestawienie, przyznam, że nie do końca podoba mi się takie postawienie sprawy. Owszem, wszystkie książki, które wymienię, czyta się w ten specyficzny, właściwy lekturze kryminałów, sposób. Mówiąc kolokwialnie – wciągają. O ile jednak w przypadku kryminałów intryga powstała w głowie autora lub autorki, o tyle wszystkie te reportaże bazują na ludzkich tragediach. Nie sięgamy po nie po to, żeby nas wciągnęły i żeby miło spędzić czas. Sięgamy po to, żeby dowiedzieć się tego, o czym bieżące przekazy medialne nie wspomniały. Po to, żeby spróbować zrozumieć.

Niemniej książki te czyta się „na jednym oddechu”. Być może tym bardziej dlatego, że opowiadają o czymś, co się zdarzyło, o prawdziwych ludziach i o dramatach, które stały się ich udziałem. Jeśli więc boicie się reportaży i omijacie ten gatunek szerokim łukiem, w przekonaniu, że nie jest dla was, być może jedna z poniższych książek przekona was, że warto zmienić zdanie?

Zacznę od tytułów, których na zdjęciu brak:

Ewa Winnicka „Był sobie chłopczyk”, Wydawnictwo Czarne 2017

W przypadku tej książki najłatwiej zrozumieć dylematy, o których wspomniałam powyżej. Straszliwa tragedia, która opisuje autorka, nie może nie poruszyć. Ponieważ jednak relacjonowały ją wszystkie tabloidy, możemy czuć obawy, sięgając po książkę reporterską. Czy nie będzie się ona ocierać o sensacyjność? Na szczęście tak nie jest, a książka Winnickiej jest najlepszym chyba przykładem na to, w jaki sposób reportaż może i chyba powinien objaśniać świat. Przedstawiając historię chłopczyka z Cieszyna, którego zwłoki wyłowiono ze stawu i który pozostał anonimowy przez dwa lata, z punktu widzenia policji, rodziców i innych członków rodziny, autorka próbuje pokazać nam sprawę na tyle wielostronnie, żebyśmy zrozumieli trochę więcej. I mimo że tak naprawdę nie da się chyba zrozumieć ani tego, że ktoś zabija własnego syna, ani tego, że dziadkowie, kuzyni, ciotki, przyrodnie rodzeństwo i sąsiedzi mogą przez dwa lata udawać (przed innymi i chyba też przed sobą), że wszystko jest w porządku i że w rodzinie nie zniknęło żadne dziecko, to „Był sobie chłopczyk” jest przede wszystkim opowieścią o tym, jak do tego doszło.

Rozpisałam się, z czego wynika, że powinnam poświęcić tej książce osobny wpis. Póki co zachęcam do zmierzenia się z nią.

Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów”, Wydawnictwo Czarne 2017

Tej książki chyba nie trzeba przedstawiać – uhonorowano ją Nagrodą Literacką Nike. Żyłam w PRL-u i teoretycznie dużo wiem o tym, jak wtedy było, a mimo to lektura reportażu o sprawie Grzegorza Przemyka wstrząsnęła mną. Uświadomiła mi ogrom aparatu, który tuszował takie przestępstwa. Niby wszystko wiadomo, a od lektury trudno się oderwać.

I dalej:

Truman Capote „Z zimną krwią”, tłum. Rudolf Krzysztof Filip, Dom Wydawniczy Rebis 2013

Pionierska książka, jedna z pierwszych reporterskich prób zrelacjonowania prawdziwej zbrodni. Capote opowiada o morderstwie czteroosobowej rodziny farmera z Kansas, relacjonuje nie tylko samą zbrodnię, ale też poszukiwanie sprawców, aż do ich egzekucji. Doskonale napisana książka, która ma to, co Hanna Krall nazywa nadwyżką – tę wartość dodaną, dzięki której reportaż nie jest tylko o tym, o czym jest.

Hampton Sides „Ogar piekielny ściga mnie”, tłum. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Czarne 2017

Pisałam już o tej książce, powtórzę się – opowieść o zamachu na Martina Luthera Kinga i o śledztwie oraz pościgu to doskonały reportaż historyczny. Ma wszystko, co trzeba – autor dotarł do imponującej liczby źródeł, przedstawił je w sposób arcyciekawy, z werwą opowiedział całą historię i przy okazji rozprawił się z wieloma mitami. Trudno odłożyć.

Carl Bernstein, Bob Woodward „Wszyscy ludzie prezydenta”, tłum. Piotr Tarczyński, Wydawnictwo Agora 2014

Historia słynnego dziennikarskiego śledztwa, które doprowadziło do ujawnienia afery Watergate. Jeśli mało wiecie o historii USA, warto przeczytać. Jeśli wiecie sporo – tym bardziej. To jedna z trudniejszych lektur na tej liście, jeśli chodzi o płynność czytania. Mnogość nazwisk i faktów sprawia, że łatwo się zgubić, warto robić sobie notatki. Niemniej, sama historia śledztwa porywa, tym bardziej, że opisują ją ci sami ludzie, którzy je prowadzili. Piszą sucho, tak jakby chcieli obalić własny mit. Ja jednak przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, choć ostrzegam, że to książka dla dociekliwych i wytrwałych. Jeśli jednak nie odstrasza ją drobiazgowość, jest duża szansa, że dacie się wciągnąć.

Åsne Seierstad „Jeden z nas”, tłum. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo W.A.B. 2015

Nie miałam ochoty czytać tej książki. Masakra na wyspie Utøya wycisnęła ze mnie już niejedną łzę, nie chciałam wiedzieć nic więcej o człowieku, który jej dokonał. Bardzo sobie jednak cenię Åsne Seierstad, która zresztą nie miała tej książki w planach. Zamówiono u niej artykuł, kiedy jednak zaczęła się zagłębiać w temat, przesiedziała dziesiątki godzin na sali sądowej, napisała książkę. O Breiviku, o ofiarach, a przede wszystkim o tym, jak przez lata dorastał w społeczeństwie, niejako wśród nas. Źle się czyta tę książkę, jej ciężar emocjonalny przygniata. Niemniej to doskonały reportaż, od którego trudno się oderwać i którego nie sposób zapomnieć.

Katherine Boo „Zawsze piękne”, tłum. Adriana Sokołowska – Ostapko, Wydawnictwo Znak 2013

Doskonała książka o życiu w slumsach Bombaju została nagrodzona National Book Award i zdobyła szereg nominacji, w tym do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Mam jednak wrażenie, że przesza u nas trochę bez echa. Autorka przez trzy lata mieszkała ze swoimi bohaterami, a jej reportaż pokazuje Indie nie od cukierkowej, egzotycznej strony. Trudno nie poczuć więzi z bohaterami i przerażenia na myśl o ich losie, a że książka jest świetnie, pięknie napisana, czyta się ją o wiele za łatwo.

Roman Cílek „Ja, Olga Hepnarová”, tłum. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera 2016

Dwudziestodwulatka wjeżdża ciężarówką w przystanek tramwajowy, zabijając stojących tam ludzi. Po chwili z niezmąconym spokojem oświadcza, że zrobiła to celowo. Skazano ją na karę śmierci – jako ostatnią kobietę w Czechach, a książkę o niej i o tym, dlaczego, czyta się jak thriller. I znowu, jak w kilku poprzednich – od początku wiadomo, jak się ta historia kończy, a mimo to nie można przestać czytać.

Kamil Bałuk „Wszystkie dzieci Louisa”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2017

Sensacyjna historia dawcy nasienia, który został ojcem baaardzo wielu osób w Holandii, jest przede wszystkim opowieścią o jego dzieciach. O poszukiwaniach, o dochodzeniu do prawdy, o odkrywaniu, że ma się wiele rodzeństwa, o którym się nie wiedziało. O tym, czy można być bratem / siostrą tak wielu odmiennych ludzi. Świetnie napisana, poszczególne części kończą się niespodziankami, których nie powstydziłby się scenarzysta dobrego serialu.

David Grann „Zaginione miasto Z”, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B. 2010

Jedna z moich ulubionych książek wszech czasów, nie wiem, czy to nie za jej sprawą tak bardzo polubiłam reportaże. Historia obsesji sprzed stu lat i wyprawy, mającej na celu wyjaśnienie zagadki zaginięcia wiktoriańskiego podróżnika w dżungli amazońskiej. Doskonała!

Dodalibyście coś do listy? Nie zmieściła mi się „Światu nie mamy czego zazdrościć” – nie mogłam się od niej oderwać i myślę o tym, żeby przeczytać ją ponownie. Nie zmieściło się „Niebo jest nasze” Koernera, wydane w serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne i choćby ze względu na temat niezwykle wciągające. Chętnie dowiem się, jaki reportaż was wciągnął, i to nawet wbrew trudnej tematyce?

środa, 07 lutego 2018

Kilka lat temu zachwyciłam się książka Davida Granna "Zaginione miasto Z" (recenzja tutaj). Trudno mi więc było nie porównywać reportażu Douglasa Prestona do tamtej lektury. Nic dziwnego, że "Zaginione Miasto Boga Małp" mnie nie olśniło - mimo podobieństw nie jest to przecież ta sama, ani nawet taka sama książka, a podświadomie na to chyba liczyłam. Spróbuję jednak zachować obiektywizm, zwłaszcza że lektura sprawiła mi sporo przyjemności i gdybym nie znała książki Granna, nie byłabym raczej rozczarowana.

"Zaginione Miasto Boga Małp" to solidna relacja z wyprawy, która sama w sobie była naprawdę sensacyjna. Kto by się spodziewał, że w XXI wieku można jeszcze całkiem poważnie szukać ruin ogromnego miasta? Wydaje nam się, że kula ziemska jest już zbadana, jeśli ludzie nie docierają do jakiegoś jej zakątka, z pewnością został on dokładnie sfotografowany z satelity. A jednak w dżungli Hondurasu wciąż kryje się mnóstwo niespodzianek. To teren trudny do eksploracji, także dlatego, że kontrolują go kartele narkotykowe. O wężach, pająkach i chorobach roznoszonych przez owady nawet nie wspominam.

Co gorsza, dżungla jest tak gęsta, że dokładnie porasta starożytne ruiny, można stać metr od rzeźby, ściany lub ołtarza i ich nie zauważyć. Nic dziwnego, że od pokoleń krążą legendy o tym, że kryją się tam prawdziwe skarby.

Bohaterowie książki Prestona poświęcili sporą część życia na to, żeby odnaleźć Miasto Boga Małp. Pierwsza część książki to relacja historyczna - poznajemy ludzi, którzy twierdzili, że dotarli do ruin, ale nie potrafili tego udowodnić. Czytamy o szyfrach i sekretnych mapach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o kolejnych próbach, które się nie powiodły. Czekamy na relację z wyprawy pełnej niebezpieczeństw i niepewności. Napięcie jednak nie rośnie, współcześni odkrywcy korzystają z najnowszych technologii i miasta szukają z daleka, z powietrza, na fotografiach.

Ciekawie robi się dopiero w połowie książki, kiedy nasi bohaterowie trafiają do dżungli. Od tej części opowieści nie mogłam się wręcz oderwać. Niby wszystko toczyło się nieźle, ale jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że zaraz coś się wydarzy.

I faktycznie - najbardziej dramatyczna część książki dotyczy tego, co się działo po powrocie. Mimo że autor przeplatał swoją opowieść dość chaotycznymi wynurzeniami na temat przyczyn znikania wielkich cywilizacji, nie mogłam się oderwać od lektury. Przy okazji sporo się dowiedziałam, zarówno o tym, co może się przydarzyć, kiedy wrócimy z dżungli (nie wiem, czy nie wolałabym tego nie wiedzieć!), jak i o problemach współczesnego Hondurasu.

"Zaginione Miasto Boga Małp" nie jest tak pasjonującą lekturą, jak bym się spodziewała, ma słabe fragmenty i nieco dziwnie rozłożone napięcie. Na szczęście druga część książki ratuje sytuację. Zresztą może jakie czasy, takie wyprawy? Epoka romantyków już minęła, przyszła pora na solidnie przygotowanych, może nieco nudnawych, ale skutecznych miłośników nowych technologii? Chcąc być sprawiedliwa, muszę przyznać, że niektórzy uczestnicy wyprawy opisywanej przez Prestona całkiem przypominają dawnych zapaleńców. Warto przeczytać, choćby po to, żeby uwierzyć, iż nie wszystko zostało już odkryte i przebadane.

Moja ocena: 4/6

"Zaginione Miasto Boga Małp" Douglas Preston

Tłum. Dariusz Żukowski

Wydawnictwo Agora 2018

niedziela, 21 stycznia 2018

Planowanie każdej podróży zaczynam od listy lektur. Jeszcze zanim kupiłam bilety do Izraela, zamówiłam kilka książek, których mi brakowało i powyciągałam z półek takie, które się od dawna kurzyły. Miałam wrażenie, że nic nie rozumiem, że sytuacja w Izraelu i Palestynie jest tak skomplikowana, że nie zdołam jej pojąć. Po przeczytaniu tych dziesięciu książek wiem i rozumiem  więcej, ale wciąż nie potrafię tego wszystkiego pojąć. Wyjazd już za parę tygodni, będę więc czytać dalej, a potem pytać, patrzeć, rozmawiać. Chcę wiedzieć więcej.

Dlatego poniższa dziesiątka nie może być żadną miarą traktowana jako dziesięć najlepszych książek o Izraelu. To dziesięć książek, które na mnie zrobiły duże wrażenie. Nie zmieściła się na niej książka Smoleńskiego "Oczy zasypane piaskiem" (choć na zdjęciu jest), choć jest równie dobra, jak pozostałe, ale chciałam zrobić miejsce dla innych autorów. Zastanawiałam się też nad "Moją Ziemią Obiecaną" Ariego Shavita, ale zdecydowałam, że ograniczę literaturę faktu i umieszczę kilka powieści. Dobrą książką jest "Izrael oswojony" Eli Sidi - mieszkającej w Izraelu Polki. Chętnie przyjmę wasze sugestie co do kolejnych lektur. Co jeszcze warto przeczytać o Izraelu albo z Izraelem w tle?

Paweł Smoleński „Izrael już nie frunie”, wyd. Czarne

Choć powstawała ponad 10 lat temu, nie straciła niestety na aktualności. Gdybyście mieli przeczytać tylko jedną książkę o Izraelu, reportaż Smoleńskiego byłby niezłym wyborem. Ja przeczytałam niemalże jednym tchem.

Marcin Gutowski „Święta ziemia”, wyd. Znak

Równie dobrym byłaby lektura książki Gutowskiego. Podobnie jak poprzednia, jest próbą stworzenia pewnej mozaiki losów i za ich pośrednictwem opowiedzenia o tym jakże skomplikowanym i skonfliktowanym państwie. Autor rozmawiał z dziesiątkami osób, jego książka prezentuje bardzo wielostronny obraz Izraela i Palestyny.

Rajah Shehadeh „Palestyńskie wędrówki”, tłum. Anna Sak, wyd. Karakter

Kończę powoli lekturę i od razu wpisuję na listę. Autor, palestyński prawnik, przemierza wzgórza Palestyny i opowiada o tym, jak jego kraj znika, zasiedlany przez izraelskich osadników, jak gaje oliwne zmieniają się w betonowe pustynie, jak kolejni Palestyńczycy tracą swoją ziemię. Nie ma w tej książce zamachów bombowych. Shehadeh opisuje cichą i podstępną przemoc, powolne znikanie kraju.

Przede mną jeszcze druga książka tego autora, „Obcy w domu”, także wydana przez Karakter, mam przeczucie, że też mogłaby się znaleźć w tym zestawieniu.

Susan Abulhawa „Wiatr z północy”, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, wyd. Prószyński i S-ka

Pierwsza powieść na liście, ubrana w okładkę, która odstraszy niejednego czytelnika… To historia palestyńskiej rodziny, która zostaje przesiedlona do obozu uchodźców w Dżeninie, który jest nam zapewne mało znany, a był miejscem wyjątkowo tragicznych wydarzeń. Dowiedziałam się o niej od Chihiro, za której blogiem nieodmiennie tęsknię, tutaj znajdziecie jej przekonującą recenzję.

Louisa Waugh „Spotkajmy się w Strefie Gazy”, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka

Zachwyciłam się wcześniejszą książką tej autorki (recenzja tutaj), miałam więc wysokie oczekiwania względem tej. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Autorka zamieszkała na pewien czas w Strefie Gazy i poznała ją od nie całkiem typowej strony. Zaprzyjaźniła się z Gazańczykami, brała z nimi udział w nielegalnej zabawie sylwestrowej, jadała u nich w domach, spotykała ludzi bardzo zamożnych i skrajnie ubogich. Zobaczyła, jak uparcie Gazańczycy próbują żyć normalnie. Przystępnie napisana, poruszająca książka.

Paweł Smoleński „Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew”

Druga książka Smoleńskiego na liście, ale nie mogłam jej pominąć, jest bowiem jedynym tak wyczerpującym źródłem wiedzy na temat izraelskich Beduinów – społeczności, która nie pasuje do swojego kraju i nie chce się do niego dopasować.

Guy Delisle „Kroniki jerozolimskie”

Jedyna w tym zestawieniu i chyba w ogóle pierwsza wśród moich dziesiątek powieść graficzna. Jeśli znacie tego autora, nie muszę jej wam rekomendować, sami wiecie, jak doskonałe są jego książki. Można je określić mianem komiksów non-fiction, choć znawcy gatunku pewnie mieliby zastrzeżenia do słowa komiks. Żona autora pracuje dla Lekarzy bez granic, on sam zaś zajmuje się dzieckiem i próbuje poznać miasto, w którym się akurat osiedlili. Nie unika trudnych tematów, polityki i konfliktów, ale dzięki formie stają się one bardzo przystępne. Mam zamiar podsunąć tę lekturę córce. Tutaj znajdziecie recenzję "Kronik birmańskich" tego samego autora.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”, tłum. Anna Halbersztat, wyd. Marginesy

Kolejna powieść, opisująca dzieje trzech pokoleń pewnej rodziny. Wszystko zaczyna się od samobójstwa trzech pionierów z wioski położonej na terenie Palestyny, potem zaś następuje opowieść o odkrywaniu tajemnic, o zemście i przebaczeniu. Ta historia mogłaby się zdarzyć wszędzie, a mimo to mam wrażenie, że sporo się dowiedziałam o Izraelu podczas lektury. Nie czytałam jeszcze „Rosyjskiego romansu” tego samego autora – akcja toczy się w środowisku syjonistów, liczę więc na kolejną pouczającą i dobrą lekturę.

Zeruya Shalev „Ból”, tłum. Magdalena Sommer, wyd. W.A.B.

Zaruya Shalev to jedna z najbardziej znanych pisarek izraelskich. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa – Meir Shalev jest jej kuzynem. W Polsce ukazało się kilka jej książek. Czytałam tylko „Ból”, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Główna bohaterka została dziesięć lat wcześniej ranna w zamachu terrorystycznym i wciąż doświadcza silnych napadów bólu. Przypadkowe spotkanie z dawną miłością przywołuje też inne demony. To książka o traumach i rozczarowaniach, o byciu matką i żoną, o samotności. W tle zaś mamy Izrael – zamachy, obowiązkową służbę wojskową, radykalizujące się społeczeństwo.

Amos Oz „Opowieść o miłości i mroku”, tłum. Leszek Kwiatkowski, wyd. Rebis

Autobiografia wielkiego pisarza początkowo onieśmiela – objętością, rozmachem, tematyką. Zaczyna się w Jerozolimie w latach czterdziestych ubiegłego wieku, a kończy w 2001. To nie tylko biografia pisarza, to także, a może przede wszystkim, biografia narodu i państwa. Początkowo czyta się ją ciężko, pod koniec żal się rozstawać.


środa, 24 maja 2017

Cicho się tu zrobiło ostatnio. Im więcej się dzieje w mojej głowie, tym mniej na blogu. Ponieważ założyłam kiedyś, że nie będę tu pisała z poczucia obowiązku, pozwalam sobie na tę ciszę, choć wiem, że możecie się niecierpliwić. W końcu maj, nowości tyle, że nie starcza księgarnianych półek i mojej podłogi na nie. Leżą w stosach – reportaż Kamila o holenderskiej spermie, debiut Horsta, wyszperana w antykwariacie powieść o Namibii. Chcę je czytać, ale nie teraz, nie w tej chwili.

Czytam za to lektury do szkoły reportażu, większość nie po raz pierwszy, ale jednak teraz to czytanie jest trochę inne. Niektórych nie mogę wyrzucić z głowy, zajmują całą przestrzeń. Najpierw przez dwa tygodnie chodziłam z „Panią Stefą”, zapomnianą bohaterką, która po cichu robiła swoje w strasznych czasach. Potem na kilka dni nie mogłam opuścić pewnej pacyficznej wyspy, która jest tak niepodobna do raju, że bardziej chyba już nie można („Jutro przypłynie królowa”). Wreszcie z lekkim ociąganiem sięgnęłam po „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Pamiętałam tę książkę bardzo dobrze. Nie wiem, czy w ogóle da się ją zapomnieć, ale skoro przypominałam sobie wszystkie lektury zadane na ten zjazd, sięgnęłam i po tę. Spędziłam nad nią wiele dni  (nie umiałam przeczytać więcej niż kilkanaście stron dziennie). Czytałam o Ruandzie, o Leo, którego matka wypchnęła wraz z braćmi przez małe okienko, o pięcioletnim Vincencie, który nie uciekł, o Juliette, która ocaliła tylko jedno dziecko. Czytałam i nie było we mnie miejsca na żadne inne lektury.

Przeczytajcie tę książkę, jeśli jej jeszcze nie znacie. Ci ludzie zasługują na to, żebyśmy się o nich dowiedzieli, tym bardziej, że mordercom chodziło właśnie o to, aby wymazać ich z powierzchni ziemi. Nie pozwólmy na to. Nie bójcie się. Będzie bolało, bo jak miałoby nie boleć? Będziecie może płakać, odkładać książkę po kilkunastu stronach, ale potem otworzycie ją znowu. Nie wiem, czy ktoś pisze o ludobójstwie tak, jak Tochman, który składa te swoje słowa tak pięknie i tak przerażająco zarazem.

Nie można po prostu tej książki odłożyć na półkę i sięgnąć po kolejną, dlatego jeszcze trochę sobie tutaj pomilczę. Za dzień czy dwa coś poczytam, napiszę recenzję, obejrzę odcinek serialu. Ale jeszcze nie dzisiaj.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Od książki Artura Domosławskiego zaczęła się moja przygoda z reportażem.

Wcześniej istniały dla mnie tylko dwa nazwiska - Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego. Byli dla mnie mistrzami, stanowiącymi klasę samą w sobie. Sięgając po ich książki, nie myślałam o tym, że czytam reportaże. Czytałam Kapuścińskiego i Krall, nie podejrzewając nawet, że mogliby mnie zainteresować inni autorzy tego gatunku. Oczywiście, zdarzało mi się przeczytać jakiś reportaż, ale robiłam to niejako mimochodem, przeważnie dlatego, że zainteresował mnie konkretny temat. I tak, przygotowując się do wyjazdu do Argentyny, sięgnęłam po "Gorączkę latynoamerykańską".

Nie mogłam się od tej lektury oderwać. Domosławski otworzył mi oczy, odmitologizował kontynent, na który się wybierałam. Czytałam przez kilka dni, jednako zadziwiona tym, jak wygląda świat, i tym, że można tak o nim pisać. "Gorączka latynoamerykańska" jest jak Panorama Racławicka, którą, jako wrocławianka, oglądałam po wielokroć. Zadziwia rozmachem i ambicją, w pierwszej chwili przytłacza, ale przyglądając się kolejnym fragmentom, odkrywamy sceny, grymasy, emocje. Ameryka Domosławskiego przeraża. To przesiąknięty korupcją i krwią kontynent, na którym wciąż dzieją się rzeczy niewyobrażalne, autor zaś porusza się po nim w pełni swobodnie, przybliżając nam zarówno polityczne niuanse, jak i problemy środowiska naturalnego. Fawele, lasy deszczowe, gangi, zamachy, rebelianci - dowiadujemy się o nich dużo więcej, niż byśmy chyba chcieli.

Nie sięgnęłam po tę książkę po raz drugi, trochę obawiając się, że nie olśni mnie już sposób, w jaki została napisana. Teraz jednak to zrobię, ponieważ wydawnictwo Wielka Litera wydaje najważniejsze książki Domosławskiego w nowej, spójnej szacie graficznej. W pięknych i poręcznych wydaniach ukażą się w tym tygodniu zarówno "Gorączka latynoamerykańska", jak i trzy inne tytuły: "Kapuściński non-fiction", "Śmierć w Amazonii" i "Wykluczeni".

"Kapuściński non-fiction" to książka, której nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jej losy były wyjątkowo malownicze. Wydawnictwo wypłacające wysoką zaliczkę autorowi, a następnie wycofujące się z wydania, wdowa po Kapuścińskim wytaczająca proces, mający wstrzymać publikację biografii męża, konkurencyjna biografia powstająca mniej więcej w tym samym czasie. Piotr Bratkowski, którego obszerny tekst o całej tej historii został zamieszczony w nowym wydaniu "Kapuścińskiego non-fiction", słusznie zauważył, że dzieje tej książki nadawałyby się na scenariusz hollywoodzkiego filmu. Siedem lat później wiemy już, że w sporze prawnym wygrał autor. Nowe wydanie jest nie tylko pełne, ale nawet rozszerzone. Wzbogacają je liczne materiały na temat kontrowersji, jakie wokół tej biografii narosły.

Wzbogacone o posłowie zostało także nowe wydanie "Śmierci w Amazonii". Przez moment zastanawiałam się, czy to nie najsmutniejsza z czterech książek, wydaje mi się jednak, że sporządzanie podobnego rankingu nie byłoby uczciwe. To historia ludzi, którzy żyją i chcieliby nadal żyć w amazońskiej dżungli, tych, którym to przeszkadza, a także, a może przede wszystkim, tych, którzy próbują stawać w obronie tych pierwszych. To bardzo odległy od naszego świat, ale w opowieści Domosławskiego staje się zadziwiająco bliski. Nie ma tu prostej historii o zagrożonej dżungli i ludziach, którzy ją wycinają. Jest skomplikowany i groźny świat pełen subtelnych zależności i powiązań.

"Wykluczeni" to jedyna książka, której jeszcze nie czytałam, choć fragmenty pochłonęłam zaraz po premierze pierwszego wydania. Tym razem Domosławski przemierza bardzo oddalone od siebie miejsca, oddając głos ludziom z różnych powodów wykluczonym. Czytam powoli, dawkując sobie, nie chcąc zbytnio się spieszyć z lekturą. Nie dlatego, że to, o czym pisze Domosławski, jest trudne do zaakceptowania, choć faktycznie niełatwo czytać o krzywdach, jakie ludzie sobie wyrządzają. Przede wszystkim dlatego, że po każdej historii, każdym temacie, czuję potrzebę ponoszenia go w sobie. Czasem gorączkowo przeszukuję internet w poszukiwaniu petycji do podpisania. Mam poczucie, że powinnam coś zrobić, wyjść z kręgu tych, którzy milczą i nie podejmują żadnego działania.

Czytajcie Domosławskiego, jeśli chcecie zrozumieć to, co dzieje się wokół nas. Jeśli boicie się imigrantów, czytajcie Domosławskiego. Jeśli nie rozumiecie, dlaczego "ekoterroryści" protestują przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskiej, czytajcie Domosławskiego. Nie poczujecie się lepiej, ale zyskacie wiedzę, zrozumiecie coś, może zmienicie zdanie na jakiś temat, a może utwierdzicie się w swoich przekonaniach. Pewne jest przede wszystkim to, że będziecie odczuwać satysfakcję, jaką przynosi obcowanie z mądrym, ważnym, a do tego doskonale napisanym tekstem.


piątek, 30 września 2016

Moi dziadkowie są z Wołynia.

Można powiedzieć, że wyrosłam na historiach o rzezi wołyńskiej, choć do niedawna nikt jej tak nie nazywał. Babcia była małą dziewczynką, dziadek nastolatkiem, mieszkali w dwóch różnych powiatach wołyńskich, kiedy uzbrojeni w widły i kosy sąsiedzi dali sobie prawo do czegoś niewyobrażalnego. Babci i dziadkowi udało się to, co nie udało się być może nawet stu tysiącom Polaków z Wołynia. Uciekli, wywieziono ich do Niemiec, a potem trafili na Dolny Śląsk, gdzie zamieszkali w tej samej, podwrocławskiej wiosce.

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam wsłuchiwać się w ich opowieści, niepełne zresztą i często urywane. Świadomość tego, co właściwie stało się na Wołyniu, rosła we mnie stopniowo. W domu dziadków zaczęli pojawiać się historycy, a także dalecy krewni rekonstruujący dzieje naszej rodziny. Ja też zaczęłam wypytywać, jednocześnie bojąc się usłyszeć za dużo. Zaczęliśmy kupować książki o Wołyniu, które kartkowałam raczej, niż czytałam, szukając wzmianek o pradziadkach i dalszych krewnych. Nie sposób jednak było nie przeczytać jednej czy drugiej relacji – wystarczyło, że oko prześlizgnęło się po stronie, a już wpadało się w sam środek jakiejś strasznej, smutnej opowieści.

To wszystko sprawiło, że do książki Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy” podeszłam bez niewinności czytelnika, który o Wołyniu słyszał co nieco, ale raczej bez szczegółów. Wiem, co się działo w 1943, wiem, że gdzieś w wołyńskiej ziemi pochowani są moi krewni, którym uciec się nie udało. Wiem, że kiedyś tam pojadę, ale nie czuję się jeszcze gotowa. Może nigdy gotowa nie będę.

Wiedziałam więc, czego się spodziewać, i bałam się szczegółowych opisów popełnianych zbrodni, bałam się, że choć nie jestem przesadnie wrażliwa, na tę książkę zareaguję emocjonalnie. Nastawiłam się rozdrapywanie ran. Tymczasem okazało się, że Szabłowski starannie unika krwawych detali, za cel obierając sobie nie tyle opowiedzenie o zbrodniach, ile pokazanie, że świat, także świat Wołynia, nie jest czarno-biały.

Jak sam tytuł wskazuje, Szabłowski szuka sprawiedliwych. Szuka Ukraińców, którzy zamiast mordować, pomagali, narażając przy tym życie swoje i swoich rodzin. Wielu z nich zginęło. Dzięki nim ocalały zapewne tysiące Polaków. Dzięki nim ocalała też moja babcia, jej rodzeństwo i rodzice.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron poczułam niezadowolenie. Jak to? Zamiast wołania o sprawiedliwość dla ofiar, o przeprosiny ze strony Ukrainy, o publiczne kajanie się, dostaliśmy opowieść o sprawiedliwych Ukraińcach? Przecież to oczywiste, że po każdej stronie byli źli i dobrzy, wszyscy wiedzą, że podczas gdy jedni ukraińscy sąsiedzi zbroili się w karabiny i motyki, inni biegli ostrzegać Polaków. Tak sobie przez moment pomyślałam. A potem się zreflektowałam.

To, co jest oczywiste dla mnie, słuchającej opowieści o Ukrainkach, które moją dziesięcioletnią babcię i jej starszą siostrę wyprowadziły z wioski, które ukryły moich pradziadków, narażając życie ocaliły moją rodzinę, nie jest wcale oczywiste dla wielu. W czasach rosnącej nienawiści do każdego, kto jest w jakimkolwiek stopniu obcy, trzeba głośno mówić, przypominać, wołać, że świat nie jest czarno-biały. Że nie każdy Ukrainiec to banderowiec, i że nie każdy Polak był niewinną ofiarą. Szabłowski pisze, że „nie morduje nacja ani religia. Mordować może człowiek, i to człowieka należy winić”.


„Sprawiedliwi zdrajcy” to reportaż doskonały, napisany tak, że nie sposób się od lektury oderwać. Szabłowski splata swoją opowieść z wielu nitek. Wprowadza bohaterów, a następnie ich porzuca, zostawiając nas w niepewności co do ich losów. Całość spina jak klamrą historią pani Hani, Polki, która jako mała dziewczynka została znaleziona przez Ukraińców, a następnie wychowana przez ukraińską rodzinę. Wzięcie do siebie polskiego dziecka było wtedy wydaniem na siebie wyroku śmierci, a jednak o małej Hani wiedziała cała ukraińska wioska. Nikt nie zdradził, dziecko i jego przybrani rodzice przeżyli, a Hania dopiero jako osoba dorosła dowiedziała się  prawdy o swoim pochodzeniu. Nie całej prawdy – nie wie, kim byli jej prawdziwi rodzice, na których poszukiwania wyrusza autor książki.

Takich przywracających wiarę w człowieka historii jest tu wiele. Szabłowski chce zresztą pokazać wszystkich sprawiedliwych, nie ogranicza się więc do Ukraińców pomagających Polakom. Opisuje los Żydów i ludzi różnych narodowości, którzy z narażeniem życia ukrywali ich, często przez wiele miesięcy. Opowiada o Czechach, jednym ze swoich narratorów czyniąc czeskiego pastora. To jego ustami oskarża Polaków o wyniosłość, dumę, pogardę dla Ukraińców i celowe utrudnianie im życia. Wie, że taka diagnoza wygłoszona przez Polaka lub Ukraińca byłaby podważona przez jedną lub drugą stronę, Czecha zaś, w dodatku głęboko wierzącego pastora, dobrego człowieka, nieco trudniej oskarżyć o stronniczość.

I choć książka składa się z wielu krzepiących historii, mimo to lektura „Sprawiedliwych zdrajców” mrozi krew w żyłach. To, że straszne rzeczy działy się na Wołyniu w 1943 roku wiemy, jednak dopiero Szabłowski uświadomił mi z całą mocą, jak strasznie było potem. Jak to jest, mieszkać w jednej wiosce z ludźmi, którzy bestialsko mordowali dzieci? Jeden sąsiad wyprowadzał Polaków ukradkiem z wioski, ukrywał ich na swoim strychu, a drugi przychodził mu ten strych przeszukać. Po wojnie mieszali nadal obok siebie, jedni modlili się przy nieoznaczonych mogiłach, a inni pili herbatę ze szklanek po Polakach. Wszyscy znali prawdę o jednych i drugich. Jest w książce Szabłowskiego jedna historia, o której nie mogę przestać myśleć, historia pewnej kobiety, której zrozumieć nie mogę. Przeczytajcie, będziecie wiedzieli, o której historii myślę.

Kiedy Polacy zaczęli wracać na Wołyń, szukając prochów swoich rodziców i dziadków, przywitała ich wrogość, nieufność w najlepszym razie. Miejscowi dobrze wiedzą, gdzie znajdują się masowe groby. Jedni omijają je traktorem, zostawiając porośnięty drzewami pagórek, inni wysypują na nich śmieci. Jak oni przeżyli te wszystkie lata obok siebie?


Bałam się emocjonalnej reakcji, ale czytałam z suchymi oczami, choć ze ściśniętym sercem. Nawet, kiedy jedna z bohaterek mówi, że jej największym marzeniem było wtedy zginąć od kuli, a nie od siekiery. Mała dziewczynka, która myśli o czymś takim. Najgorsze jest jednak chyba co innego – nie wyciągnęliśmy z historii Wołynia żadnych wniosków. Czy kierujące banderowcami marzenie o czystej Ukrainie, zamieszkanej tylko przez czystej krwi Ukraińców, nie jest niepokojące podobne do coraz głośniej wypowiadanych haseł rodzimych „patriotów”?

Nie przepracowaliśmy rzezi wołyńskiej. Nie mówiono o niej przez lata, a teraz nie chcemy kłaść na szali naszych stosunków z Ukrainą, domagając się nazwania rzeczy po imieniu. Ale nienawiść się wciąż tli. We wczorajszym Dużym Formacie Konrad Oprzędek pisze o narastającej agresji względem Ukraińców w Przemyślu. Jedna z ukraińskich bohaterek Szabłowskiego mówi: „I tak to się będzie ciągnąć, proszę pana. Będziemy liczyć ofiary i każdemu wyjdzie co innego. Wy będziecie na nas patrzeć z góry. My was będziemy za to nienawidzić”. I dopiero po tej pełnej rezygnacji diagnozie poczułam, że mi się oczy pocą.

Dobrze więc, że Szabłowski napisał taką koncyliacyjną książkę. Paulina Małochleb stwierdziła, że Szabłowski działa na szkodę polityki pamięci i początkowo byłam skłonna się z nią zgodzić. W imieniu moich dziadków, którzy przecież mają coraz mniej czasu, chciałabym usłyszeć ukraińskie wyznanie win. Chciałabym, żeby właściwe nadano rzeczy imię, nie godząc się na półprawdę w imię budowania stosunków politycznych, w imię pomocy krajowi ogarniętemu wojną. Jest jednak coś, czego chcę jeszcze bardziej – chcę, żeby to, co wydarzyło się na Wołyniu, się już nie powtórzyło. Nie chcę banderowców z polskimi flagami. Dlatego uważam, że Szabłowski miał rację, podkreślając taki właśnie aspekt wołyńskiej prawdy.

Bohaterowie Szabłowskiego nie traktują tego, co zrobili, jako czegoś wyjątkowego. Niektórzy wiedzą, że reporter szuka ludzi, którzy ratowali Polaków i Żydów, ale nie myślą nawet, że sami mogliby się zaliczyć do tej kategorii. Jedna z jego rozmówczyń mówi: „myśmy z mamą i ciotką tylko nosiły jedzenie do lasu". Dla niej to coś mało znaczącego, wtedy nie wiedziała nawet, że grozi im za to śmierć. Dzisiaj wie, a mimo to nie uważa, że zasługuje na wzmiankę w książce. Są też i tacy, którzy zdają sobie sprawę z tego, że uratowali komuś życie, i czekają na jakikolwiek znak ze strony tej osoby. My czekamy na przepraszam, oni – na dziękuję. Albo przynajmniej na wiadomość, że ktoś, dla kogo ryzykowali życie, ocalał, że to straszliwe ryzyko nie poszło na marne.

I faktycznie, nie wiem, kim były Ukrainki, które uratowały moją babcię. Zastanawiam się, czy ona w ogóle zna ich imiona. Pradziadkowie na pewno to wiedzieli, ale jest już za późno, żeby ich o to spytać. A może te kobiety czekały też na jakąkolwiek wiadomość? Robi mi się trochę wstyd. Trzeba było reportażu, żeby przyszło mi do głowy, że przesłanie takiej wiadomości mogło być możliwe, że trzeba to było zrobić.

Szabłowski pisze doskonale. Składa tę swoją książkę z cegiełek, trzyma czytelnika w niepewności, pisze o tych, co ratowali i (choć dużo mniej) o tych, co mordowali. Do ostatniej chwili nie ujawnia informacji, które rzucają całkiem nowe światło na poszczególne historię. Jego puenty czasem całkowicie wytrącają z równowagi, a przecież czytanie o Wołyniu i tak jest delikatnym balansowaniem między przerażeniem a nienawiścią.

Nie mogę się otrząsnąć po tej lekturze. Mam nawet problem z tym, żeby przestać teraz pisać. I to chyba jest najlepszą miarą książki. To, że chce się po niej rozmawiać, że nie można wyrzucić jej z myśli. Przeczytajcie. Koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Witolda Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

Wydawnictwo Znak 2016

 



niedziela, 12 czerwca 2016

Dawno temu, w epoce Edo, w Japonii popularna była gra o nazwie "Sto opowieści grozy". Ludzie zbierali się wieczorami, zapalali świece i opowiadali historie o duchach, upiorach, o zmarłych, którzy nie chcą odejść ze świata żywych. Po każdej opowieści gaszono jedną świecę. Wierzono, że po każdej opowieści w pokoju pojawia się kolejny duch.

W książce "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni zebrała swoje sto opowieści grozy, w których przywołuje duchy i upiory. Jej opowieści są jednak prawdziwe, choć chwilami dotyczą świata położonego na pograniczu jawy i snu. Zresztą o tragedii, która dotknęła Japonię w 2011 roku, trudno opowiadać w sposób suchy i rzeczowy.

Mam wrażenie, że narrację medialną dotyczącą tsunami zdominowała kwestia elektrowni atomowej w Fukushimie i następstw katastrofy, którą zapoczątkowała awaria chłodzenia reaktorów spowodowana przez wielką falę. Katarzyna Boni nie spieszy się jednak z opowieścią o elektrowni. Najpierw oddaje głos ludziom, którzy stracili swoich bliskich, domy i dorobek całego życia. Nie znając języka, reporterka jedzie do Japonii i z pomocą tłumacza rozmawia z osobami na różne sposoby dotkniętymi tragedią. Wysłuchuje zwierzeń małżonków i rodziców, towarzyszy mnichowi cierpliwie wysłuchującemu lamentów osób, które ocalały. Odwiedza tymczasowe osiedla, które stały się domem dla tysięcy bezdomnych. Nie boi się dotknąć kwestii kontrowersyjnych - opowiada o duchach, które dzwoniły po pogotowie, wsiadały do taksówek, przychodziły bawić się swoimi zabawkami. Spotyka ludzi, którzy czasem tracą władzę nad własnym ciałem, oddając je nie mogącym zaznać spokoju zmarłym.

Młoda reporterka odważnie podeszła do trudnego tematu. O duchach opowiada z takim samym skupieniem, z jakim relacjonuje dramatyczną walkę o schłodzenie reaktorów. Pisząc reportaż, gatunek, było nie było, mocno osadzony w świecie rzeczywistym, z pełną powagą opisuje wydarzenia, w które normalnie byśmy nie uwierzyli. W tej smutnej opowieści o świecie zniszczonym przez ocean nic jednak nie dziwi i nie razi. Jeśli w ciągu kilku minut mogą zniknąć domy, sklepy, szkoły, ulice, ogrody, zabawki i las, jeśli ocean może tak po prostu zabrać kilkanaście tysięcy ludzi, to czy można uznać cokolwiek za niemożliwe?

Tsunami pojawiło się w przekazach medialnych, by po kilkunastu dniach zniknąć, ustępując pola nowszym wydarzeniom. Mieszkańcy regionu Tōhoku do dzisiaj muszą mierzyć się ze skutkami katastrofy. Niektórzy wciąż nie mogą spać, odwiedzają nieczynną budkę telefoniczną, by mówić do swoich bliskich, którzy odeszli. Dwaj mężczyźni nauczyli się nurkować i wytrwale przeszukują dno oceanu w nadziei, że natrafią na szczątki swoich ukochanych - żony i córki. Ludzie, których domy i firmy zabrała woda, mieszkają nadal w barakach, choć miały one być tylko tymczasowymi mieszkaniami.

Katarzyna Boni napisała doskonały reportaż, który nie tylko przybliża rozmiar tragedii, ale także rzuca ciekawe światło na społeczeństwo japońskie. Opowiada o stosunku do śmierci, o trosce o przodków, o bliskich związkach z zaświatami. Obnaża nieudolność władz, które nie są w stanie pomóc ofiarom, a jednocześnie relacjonuje bohaterską walkę o niedopuszczenie do wybuchu elektrowni atomowej.

Autorka snuje swoje opowieści, starannie dobierając właściwe słowa. Każdy rozdział to osobna historia, każdy też ma inną formę, doskonale dobraną do treści. Każda kolejna postać otrzymuje swój głos, a sama autorka czasem pokazuje siebie w konfrontacji z rozmówcami, by innym razem usunąć się całkowicie w cień. W efekcie dostajemy książkę nietypową, nie tylko poruszającą, ale też doskonale napisaną. Myślę, że będzie to jeden z lepszych reportaży tego roku.

Moja ocena: 5.5/6

czwartek, 21 stycznia 2016

W dzieciństwie uwielbiałam książki Centkiewiczów. Życie na Grenlandii wydawało mi się niezwykle romantyczne. Chciałam mieć igloo zamiast domu, ubierać się w kilkanaście warstw skór i żyć w ciemnościach przez całą zimę. Kwestię polowań jakoś pomijałam, zimno również wydawało się drugorzędne. Do dzisiaj pozostał mi sentyment do zimnych i pustych krain, a tundra zajmuje bardzo wysoką pozycję na miejscu moich ulubionych miejsc wakacyjnych. Po lekturze książki amerykańskiego dziennikarza Mitchella Zuckoffa, grenlandzkie lodowce nagle nabrały nowego kolorytu. Zawsze wiedziałam, że Arktyka jest niebezpieczna, jednak tego, przez co przeszli bohaterowie tej książki, nie byłam sobie w stanie wyobrazić.

Trzy katastrofy

"Lodowe piekło" to opowieść o trzech katastrofach lotniczych, które miały miejsce na Grenlandii w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim o ludziach, którzy w tych katastrofach brali udział. Początkowo wydawało mi się, że ciąg wydarzeń, który opisuje Mitchoff, jest całkiem nieprawdopodobny. Najpierw rozbija się samolot transportowy z pięcioma lotnikami na pokładzie. Wiadomo, że wszyscy przeżyli, na ich poszukiwania zatem wyruszają załogi innych samolotów. Cztery dni później rozbija się jeden z samolotów biorących udział w poszukiwaniach, na pokładzie ma dziewięć osób. Znowu wszyscy przeżyli, teraz więc trzeba szukać dwóch samolotów. Prawie trzy tygodnie później ginie bez śladu kolejny samolot, którego dwaj piloci dokonali rzeczy niezwykłej - dotarli do jednego z wraków, wylądowali na lodowcu, zabrali dwóch wycieńczonych mężczyzn i odstawili ich bezpiecznie na pokład amerykańskiego kutra. Następnego dnia powrócili po kolejnych rozbitków, zabrali jednego z nich, po czym w trakcie lotu powrotnego prawdopodobnie rozbili się o lodowiec.

Takie nagromadzenie katastrof nie było chyba jednak niczym niezwykłym na Grenlandii w trakcie II wojny światowej. Amerykańskie samoloty lądowały na tej największej wyspie świata w drodze do Anglii, by uzupełnić paliwo. Wiele z nich nie docierało do celu. Latanie nad Grenlandią było niczym hazard. Urządzenia pomiarowe pokazywały jedynie wysokość nad poziomem morza, łatwo było więc wlecieć prosto w zbocze góry, których na tamtych obszarach nie brakuje, a których nie sposób dostrzec w gęstej mgle lub śnieżycy. Piloci tracili orientację i nie byli w stanie określić, w którą stronę lecą. Kiedy urywała się łączność, odnalezienie zaginionego samolotu było bardzo trudne.

Na lodowcu

Tym razem jednak jeden z rozbitych samolotów udało się odnaleźć. Dziewięciu mężczyzn z samolotu B-17 schroniło się w tylnej części przełamanego na pół samolotu. Jeden miał połamane żebra, jeden odmrożenia na stopach, ale ogólnie byli w niezłym stanie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien drobiazg. A może nawet dwa. Był listopad. Zaczynała się arktyczna zima. A samolot rozbił się na lodowcu, między licznymi szczelinami, które ukryte były pod świeżym śniegiem. Poruszanie się na piechotę było wykluczone - boleśnie przekonał się o tym jeden z rozbitków, który odszedł o kilka kroków za daleko. Nie było także mowy o tym, żeby między szczelinami wylądował jakikolwiek samolot ratunkowy. Dziewięciu mężczyzn było całkowicie odciętych od świata.

Na szczęście nie groziła im śmierć z głodu - kiedy zostali zauważeni, wojskowe samoloty zaczęły zrzucać im paczki z zaopatrzeniem. Problemem było precyzyjne celowanie, jako że niemożliwe było zbieranie paczek, które spadły kilka metrów od samolotu. Oprócz prowiantu, w paczkach była ciepła odzież i śpiwory, jednak we wraku samolotu cały czas panowała ujemna temperatura, i nie mówię tutaj o kilku stopniach poniżej zera. Wszystko przemakało, zaś wysuszenie śpiworów i kurtek nie było możliwe.

Nierówna walka

Macie bujną wyobraźnie? Spróbujcie wymyślić, co mogło pójść nie tak podczas organizowanej w sekrecie akcji ratunkowej, a ja wam zdradzę, że wszystko, co wymyśliliście, stało się naprawdę. Szalały burze śnieżne, ludzie odmrażali sobie części ciała, wpadali do szczelin, chorowali fizycznie i psychicznie. Psuł się sprzęt, ratownicy pakowali się w tarapaty, a wszystko to trwało 148 dni. 148 dni spędzonych na lodowcu podczas arktycznej zimy.

Autor sporo faktów zdradza już na początku książki. Wiemy, ilu mężczyzn zostanie na zawsze wśród lodów Grenlandii, choć nie znamy nazwisk wszystkich ofiar. Wiemy, że pierwszy rozbity samolot nigdy nie został odnaleziony. Wiemy, że ratownicy, którzy ocalili dwóch rozbitków, przepadli bez śladu. Być może lepiej byłoby nie znać tak wielu istotnych szczegółów już na wstępie. A jednak od lektury nie sposób się oderwać, a napięcie praktycznie nie słabnie.

Mogę zarzucić autorowi, że za dużo miejsa poświęca sprawom technicznym, że pisze dość schematycznie, starając się przekazać czytelnikowi wszystko, co wie. Kiedy pojawia się jakakolwiek nowa postać, autor czuje się w obowiązku zrelacjonować całą biografię tej osoby, zaczynając od miejsca urodzenia. Mimo to przeczytałam "Lodowe piekło" w ciągu dwóch wieczorów, niecierpliwie przerzucając kartki z nudniejszymi fragmentami. Chciałam się tylko dowiedzieć, jakim cudem ci młodzi, często zupełnie niedoświadczeni mężczyźni przetrwali to piekło.

I w tym aspekcie Mitchell Zuckoff nie zawodzi. Doskonale prowadzi narrację, pokazując nam, co działo się w głowach każdego z nieszczęsnych rozbitków. Opowieść o katastrofie okazuje się tak naprawdę opowieścią o niesamowitej odwadze, sile i wytrwałości. O tym, jak proste rytuały pomagają przetrwać niewyobrażalne.

To oczywiście bardzo amerykańska książka. Jaki inny kraj zresztą z takim poświęceniem ratowałby swoich ludzi? Pieniądze nie grały żadnej roli, szanse powodzenia również. Cała akcja wydawała się niemożliwa do przeprowadzenia, ale nikt nie miał wątpliwości, że trzeba ją przeprowadzić.

Współczesny wątek jest zresztą równie amerykański. W 2012 roku na Grenlandię wyruszyła grupa zapaleńców, którzy postanowili odnaleźć zaginione ciała dwóch ratowników i jednego rozbitka i przywieźć je do domu. Ten wątek jest tak naprawdę najmniej interesujący, ale zgrabnia spina całość.

Jeden z biorących udział w akcji ratunkowej lotników powiedział: "Arktyka to bezlitosny wróg. Walczy z tobą każdą bronią, jaką ma pod ręką, atakuje bez ostrzeżenia, a najmocniej uderza wówczas, gdy wydaje ci się, że już ją pokonałeś". Okazuje się, że nawet z takim wrogiem można czasem wygrać, choć koszty tej nierównej walki są niewiarygodnie wysokie.

Moja ocena: 5/6

Mitchell Zuckoff "Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii"

Tytuł oryginalny: Frozen in Rime. An epic story of survival and a modern quest for lost heroes of world war II

Tłumaczenie Mariusz Gądek

Wydawnictwo Znak literanova 2016

niedziela, 18 października 2015

Tak naprawdę zestawienie w jednym tekście książki Jona Krakauera "Wszystko za Everest" i autobiografii Becka Weathersa "Everest. Na pewną śmierć" jest zabiegiem dość okrutnym. Nie da się porównać reportażu, który należy już do klasyki literatury górskiej i dostał nominację do nagrody Pulitzera ze średnio napisaną opowieścią o życiu jednego z uczestników tragicznej wyprawy na Górę Gór. Jednak skoro obie książki ukazały się w Polsce mniej więcej w tym samym czasie, prawie jednocześnie z premierą filmu "Everest", a ich autorzy wspinali się na Everest tego feralnego dnia w tej samej ekipie, stwierdziłam, że napiszę o nich obu.Od razu jednak zaznaczę - tak naprawdę tylko książka Krakauera jest książką o górach. Beck Weathers wprawdzie opowiada o tym, co stało się na Mount Evereście, ale poświęca temu mniej więcej jedną trzecią książki, podczas gdy reszta tekstu to historia jego życia przed i po tragedii. Warto o tym wiedzieć, sięgając po jego książkę.

Czy w ogóle warto czytać o kolejnej górskiej tragedii? Nie tak dawno pisałam o tym, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie "Mordercza góra", opowiadająca o tym, dlaczego na stokach K2 w krótkim czasie zginęło jedenaście osób. Po co sięgać po kolejną historię nieudanej wspinaczki? Czy rzucą więcej światła na to, dlaczego ludzie chodzą w wysokie góry i tam giną? Czy powiedzą nam coś nowego o ludziach?

10 maja 1996 roku na Everest wchodziło trzydziestu czterech wspinaczy. Dwunastu z nich zginęło, z czego ośmiu brało udział w dwóch komercyjnych wyprawach. Innymi słowy - zapłacili ogromne kwoty za to, że ktoś pomoże im bezpiecznie wejść na najwyższy szczyt Ziemi.

Stawia to całe wydarzenie w nieco innym świetle. Inaczej osądzamy zawodowych wspinaczy, którzy stale ryzykują życiem i mają ogromne doświadczenie, a inaczej tych, którzy wchodzą na górę, choć być może nie powinni. Wiele osób ich potępia, uważając za bogaczy, którym się wydaje, że wszystko można kupić. Czytając książki Krakauera i Weathersa przekonamy się, że tak naprawdę większość z nich to zwykli ludzie, którzy dali się ponieść niezwykłemu marzeniu. Wyprawa na Everest często pochłania oszczędności ich życia.

Jon Krakauer brał udział w wyprawie prowadzonej przez Roba Halla, uważanego za gwiazdę wypraw komercyjnych. Rob był rozważny i dobrze zorganizowany, jego ekspedycje uważano za niezwykle bezpieczne. Krakauer, który wspinał się od lat, marzył o wejściu na Everest, ale nie mógł sobie na nie pozwolić. Jednak wzrost popularności wejść za pieniądze zainteresował naczelnego magazynu "Outside", dla którego Krakauer pracował. Zaproponowano Krakuerowi, żeby pojechał na komercyjną wyprawę jako uczestnik i napisał potem artykuł o plusach i minusach takich wyjazdów. Pisarz nie zastanawiał się długo, co więcej, postanowił, że spróbuje wejść na sam szczyt.

Co to oznacza dla czytelnika? Rzadko zdarza się, aby relację z wysokogórskiej wyprawy pisał zawodowy reporter, doskonale władający piórem, który jest jednocześnie pełnoprawnym uczestnikiem wyjazdu i wspinaczem. Jacek Hugo-Bader pojechał pod Broad Peak i napisał bardzo dobrą, choć kontrowersyjną, książkę, jednak zawsze był tylko kimś z zewnątrz, kto nie do końca rozumie świat wspinaczy. Krakauerowi w dodatku nie tylko wziął udział w wyprawie na Mount Everest, ale także stał się mimowolnym uczestnikiem i świadkiem jednej z największych tragedii, jakie rozegrały się na zboczach tej góry.

Jego książka powstała pół roku po powrocie z Nepalu, kiedy emocje jeszcze nie ostygły. Krakauer próbuje w niej dojść do prawdy o tym, co się stało, wyjaśniając nieścisłości i prostując nawet własne, wcześniejsze relacje. Zmaga się też z poczuciem winy - przeżył, podczas gdy jego towarzysze zginęli, a on nie jest pewien, czy na pewno zrobił wszystko, co mógł.

Historia Becka Weathers to jedna z najbardziej niesamowitych opowieści o tym, co może przetrwać człowiek. Weathers bowiem oślepł podczas wspinaczki, następnie zgubił się w śnieżycy i niemalże zamarzł, a szukający zaginionych wspinaczy koledzy znaleźli go następnego dnia i zostawili na pewną śmierć z absolutną pewnością, że nie da się go uratować. On jednak przeżył kolejną noc na mrozie i następnego ranka obudził się i zebrał siły na tyle, że udało mu się dojść o własnych siłach do obozu. Tam ponownie padł w namiocie, a koledzy byli pewni, że nie żyje, a on ponownie sprawił im następnego ranka niespodziankę. Jego los także prześladuje Krakauera, który poczuwa się do winy za to, że nie zajął się nim bardziej troskliwie.

Czy jednak można zająć się kimś troskliwie, jeśli samemu właśnie zeszło się w straszliwej burzy śnieżnej z najwyższego szczytu świata? Lektura kolejnych książek o górach utwierdza mnie w przekonaniu, że nie zawsze jest to możliwe, i że nie można obwiniać człowieka, który nie podołał, nawet jeśli są inni, którzy dali radę. Tego feralnego dnia na zboczach Everestu zginęli ci, którzy mieli najwięcej doświadczenia i którzy powinni byli ratować innych. Być może dlatego ich klienci nie zauważyli w porę, że z ratowanych powinni stać się ratującymi - w rozrzedzonym powietrzu mózg nie działa tak sprawnie i trudno zauważyć, że człowiek, który był naszym wspinaczkowym guru, stoi na granicy życia i śmierci.

Co ciekawe, nawet ci, którzy ratowali życie innym, narażeni zostali na ostrą krytykę. Krakauer nie pochwalił kilku rzeczy, które zrobił przewodnik konkurencyjnej ekipy, Anatolij Bukriejew. Ten jednak uratował przynajmniej dwie osoby i bardzo źle zniósł delikatne przecież słowa krytyki. Napisał własną książkę, która jednak nie przedstawia wydarzeń w wiarygodny sposób. Relacja Krakauera też bywa podważana, a on sam przyznaje, że pamięć bywa zawodna i że niektórzy uczestnicy wydarzeń zmieniają swoje opowieści.

"Wszystko za Everest" staje się tym samym nie tylko książką o górskiej tragedii, ale także ciekawym przyczynkiem do rozważań na temat tego, jak nasz mózg przetwarza wydarzenia, w których braliśmy udział. Czy możemy ufać własnej pamięci? I jak właściwie rozeznać się w tym, co wydarzyło się na Evereście, jeśli sami uczestnicy nie są pewni, co widzieli?

Dla mnie jest to też książka o marzeniach. Na Everest nie wchodzi się dlatego, że ma się kilkadziesiąt tysięcy dolarów na zbyciu. Nawet podczas najbezpieczniejszej wyprawy można zginąć, a jednak wciąż tysiące ludzi podejmują to wyzwanie. I choć lektura takich książek jak "Mordercza góra" czy "Wszystko za Everest" dość mocno studzi zapał, trochę zazdroszczę tym, którzy próbują realizować swoje marzenia i nie zważając na ryzyko, po prostu tam idą.

Co jednak dzieje się z człowiekiem, który poszedł i cudem przeżył? Jak można się pozbierać i ułożyć sobie życie po takiej tragedii? Jeśli ten aspekt was interesuje, sięgnijcie po książkę Weathersa. Podzielona na trzy części, opowiada o samym wejściu, następnie o życiu Becka i jego żony przed Everestem i wreszcie o tym, jak uratowali swoje małżeństwo i pozbierali się po jego powrocie. Nie jest to pasjonująca relacja i miejscami bywa wręcz nużąca, ale uzupełnia to, czego w wielu górskich książkach brakuje. Warto się z nią zapoznać choćby po to, żeby mieć świadomość, jak długi cień potrafi rzucać ośmiotysięcznik - wspinaczka zmienia człowieka na całe życie, nawet jeśli po cudownym ocaleniu rzuca on to zajęcie.

Trochę żałuję, że polski tytuł jest mocno mylący. Sugeruje, że książka opowiadać będzie o tym, co działo się na Evereście, tytuł angielski, "Left for dead: My journey home from Everest" jest jednak bliższy temu, co tak naprawdę stanowi treść książki. Zadziwił mnie też brak nazwiska tłumacza na stronie tytułowej, uważam że to dość poważne niedopatrzenie.

O tym, co wydarzyło się 10 maja 1996 roku na Evereście napisano więcej książek, i przyznam, że chętnie sięgnęłabym po kolejne relacje, porównanie różnych punktów widzenia może być bowiem bardzo interesujące. Z tego też powodu, choć książka Weathersa nie może się w najmniejszym stopniu równać z reportażem Krakauera, ale warto ją przeczytać, by zyskać pełniejszy obraz całej tej historii. A potem koniecznie należy zobaczyć film, ale o tym nie będę już tutaj opowiadać.

Beck Weathers, Stephen G. Michaud "Everest. Na pewną śmierć"

tłum. Janusz Ochab

Wydawnictwo Agora

Ocena: 3.5/6

Jon Krakauer "Wszystko za Everest"

tłum. Krystyna Palmowska

Wydawnictwo Czarne

Ocena: 6/6


 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...