zakątek biograficzny

środa, 05 kwietnia 2017

Odpoczywam ostatnio trochę od bloga, co jest eufemistycznym sposobem powiedzenia, że wzięłam na siebie tyle obowiązków, iż padam z nóg i nie mam siły na pisanie niczego ponad to, co muszę. Tak czasem bywa, ostatnio nawet częściej niż czasem. Zresztą czytelniczo w marcu też nie zaszalałam - tak, jak w styczniu i w lutym czytałam książkę za książką, tak w marcu kilka wyjazdów zajęło mi skutecznie czas i myśli, a wraz z pierwszymi wiosennymi dniami do głowy uderzyło mi słońce, ptaki, spacery i rower. Któregoś pięknego popołudnia usiadłam jednak na balkonie, delektując się tym, że wreszcie znowu mogę czytać na zewnątrz, i wzięłam absurdalnie nie przystającą do tej idyllicznej sytuacji książkę. Przy akompaniamencie pierwszych trzmieli, skuszonym ziołami, które zakwitły właśnie na parapecie, zaczęłam czytać o czarno-białych, zimowych górach, o lodowych szczelinach i soplach na twarzy. Słońce się schowało, a ja przeniosłam się do środka i czytałam dalej, zapominając o tym, że za kilka godzin trzeba będzie wstać do pracy.

"Spod zamarzniętych powiek" czyta się trochę tak, jakby słuchało się długiej opowieści przy ognisku. Adam Bielecki opowiada o tym, jak doszło do tego, że został jednym z najbardziej rozpoznawalnych, odnoszących sukcesy, a zarazem wzbudzającym chyba najwięcej niechęci polskim wspinaczem. Opowiada o swoich sukcesach i porażkach, o ludziach, którzy byli dla niego ważni, a także o tym, jak z jego perspektywy wyglądała zakończona tragicznie zimowa wyprawa na Broad Peak. Miejscami trochę tłumaczy się z tego, jaki jest, wiedząc już dobrze, za co najczęściej jest krytykowany. Całość układa się w fascynującą opowieść o bardzo ciekawym człowieku, który całe życie podporządkował swojej pasji.

Pierwsze kroki

Najciekawsze są chyba początki. A może były najciekawsze dla mnie, bo trudno było mi nie śmiać się, kiedy czytałam o perypetiach nastoletniego Adama, próbującego wydostać się z Kirgizji bez pieniędzy. Pojechał tam, żeby wejść na swoje pierwsze siedmiotysięczniki - Pik Lenina (będący moim marzeniem, które się raczej nie ziści) i Chan Tengri. Zdobył oba szczyty, ale ile przy tym było emocji, ile prowizorki, ile pozytywnego szaleństwa! Zabrakło mu pieniędzy na powrót, ale świat sprzyja marzycielom (zawiało Coehlo, wiem), toteż znalazł się obcy człowiek, który pożyczył sto dolarów, znalazła się prowadnica, która wpuściła go do pociągu bez biletu, znalazł się współpasażer, który potrafił namówić celników do niezauważenia młodego Polaka, jadącego na gapę. Adamowi udało się wrócić do Polski na czas, w dodatku z tytułem najmłodszego zdobywcy Chan Tengri w historii.

Na swoje upragnione ośmiotysięczniki czekał naprawdę długo. Zaczął się wspinać już jako trzynastolatek (nie pozwolono mu się zapisać na kurs skałkowy, bo był za młody), ale w najwyższe góry trafił dopiero jako dwudziestoośmiolatek. Teraz ma trzydzieści trzy lata, na koncie dwa zimowe wejścia na niezdobyte wcześniej zimą ośmiotysięczniki, dwa wejścia letnie, a dzisiaj ogłosił, że w najbliższym czasie wyrusza ponownie w Himalaje, aby spróbować wytyczyć nową trasę na północnej ścianie Czo Oju. Trudno się dziwić, że jego sukcesy wzbudzają zawiść. Adam jest szybkim wspinaczem, w góry ubiera się lżej niż inni, chodzi szybciej, łatwiej przemarza, kiedy musi czekać. Tempo, w jakim wszedł na Broad Peak, a następnie z niego zszedł, sprawiło, że zamiast gratulacji z powodu wejścia na szczyt i wyrazów współczucia z powodu śmierci przyjaciół, spotkał się z nienawiścią i oskarżeniami o to, że nie pomógł kolegom. Kiedy jednak już po Broad Peaku rozpoczął zbiórkę na portalu crowdfundingowym, próbując zdobyć w ten sposób fundusze na wyprawę na Kanczendzongę, w godzinę zebrał kwotę, o jaką prosił. Po dwóch tygodniach pieniędzy było dość, żeby sfinansować cały wyjazd i dokupić brakujący sprzęt. Okazało się, że Bielecki ma nie tylko hejterów, ale też fanów, a wielu ludzi jest skłonnych go wspierać, okazując w ten sposób solidarność i poparcie.

Nowe pokolenie himalaistów

Polski himalaizm nie jest już taki, jak niegdyś, za czasów Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz, Krzysztofa Wielickiego, Leszka Cichego i innych. Bohaterowie tamtego pokolenia wspinaczy albo zginęli w górach, albo zajęli się biznesem, odchodząc od wspinaczki wysokogórskiej. Artur Hajzer próbował wskrzesić polski himalaizm zimowy - szkolił młodych, zabierał ich w wysokie góry, wypróbowywał nowoczesne metody treningu. Zginął w Himalajach, ale wygląda na to, że jego idea nie została całkiem zarzucona. Młodzi wspinają się inaczej. Wielu z nich nie postrzega już himalaizmu w kategoriach szlachetnego cierpienia. Wspinają się sportowo, w stylu alpejskim, cenią sobie przejścia trudnych tras równie wysoko, co zimowe wejścia na ośmiotysięczniki. Rozumieją, że aby zdobyć pieniądze, muszą dobrze żyć z mediami.

Adam Bielecki wspina się dopiero od dwudziestu lat. A może już? Trochę to wcześnie na biografię, ale ta książka ma sens. Te dwadzieścia lat wspinania się obfitowało w zdarzenia dramatyczne, ciekawe, czasem niezwykłe. Autorzy musieli dokonać pewnej selekcji, niektórym wyprawom poświęcili dużo więcej miejsca niż innym. Nic nie nie jest to wstawione na siłę, opowieść płynie gładko i potoczyście.

A choć zazwyczaj nie wspominam fizycznej stronie książki, nie mogę się tym razem powstrzymać, żeby nie wspomnieć o tym, jak ładnie została wydana. Poszczególne sekcje oddzielone są rysuneczkami czekanów, przy numerach stron widnieje sylwetka wspinacza, mnóstwo jest też zdjęć z wypraw. Przyjemnie się taką książkę trzyma w ręku, warto więc wybrać właśnie wersję papierową. Bo to, że przeczytać trzeba, to nie ulega chyba wątpliwości?

Moja ocena: 5/6

Adam Bielecki, Dominik Szczepański "Spod zamarzniętych powiek"

Wydawnictwo Agora 2017


piątek, 22 lipca 2016

Dziewczyna ma dziewiętnaście lat, poznaje intrygującego chłopaka, który podróżował po świecie i otacza go aura przygody. Nie zastanawia się długo - rzuca swoją pasję, czyli śpiewanie i wychodzi za mąż.

Tak zaczyna sę historia Judy Fairbairns, która dla swojego Alexa stała się kimś nowym. Pozornie to historia, jakich wiele: wczesny ślub, dużo dzieci, uzależnienie od męża, frustracja i poczucie niespełnienia. Ta opowieść jednak po pierwsze toczy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody - na dość odludnej i dzikiej szkockiej wyspie, a jej bohaterka w pewnym momencie postanawia odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Książka opowiada o tym, w jaki sposób do tego doszło.

Jeśli, podobnie jak ja, kiedykolwiek marzyliście o życiu na odludziu, blisko przyrody, po lekturze "Island Wife" możecie poczuć radość z tego, że tego marzenia nie zrealizowaliście. Prowadzenie gospodarstwa na szkockiej wyspie nie jest zbyt relaksującym zajęciem. Judy i Alex nie są zresztą żółtodziobami. Zanim podjęli decyzje o kupnie ogromnej posiadłości na odludziu, przez kilka lat prowadzili farmę w Anglii. Zdobyli doświadczenie w opiece nad zwierzętami, nauczyli się zarabiać na turystyce, ale Alexowie wygodne życie szybko przestało wystarczać. Wymyślił przeprowadzkę na północ, zaś Judy nie miała w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Nie miała zresztą wiele do powiedzenia w wielu kwestiach związanych z ich codziennym życiem, nawet tak trywialnych, jak to, w którym pomieszczeniu będzie stała pralka.

Wydaje się, że początkowo jej to zbytnio nie przeszkadzało. Zakochana w Alexie, gloryfikowała go i słuchała we wszystkim. Trudno powiedzieć, czy rodził się w niej wtedy bunt - nawet po latach, kiedy już zrozumiała, jak wiele z siebie oddała temu związkowi, obraca różne paskudne zachowania swojego męża w żart. A może było całkiem inaczej? Może to teraz, kiedy czara goryczy zdążyła się przelać, dramatyzuje i nie pamięta, że Alex dowodził ich życiem, bo tak było dla niej łatwiej i wygodniej? Nie możemy tego wiedzieć, ale ponieważ poznajemy tylko relację Judy, musimy mieć świadomość, że jest ona siłą rzeczy bardzo jednostronna.

Na wyspie zamieszkali w posiadłości, którą wkrótce przekształcili w dobrze prosperujący pensjonat. Wynajmowali turystom pokoje we własnym domu i domki gościnne, oferowali pełne wyżywienie, a także atrakcje w postaci wycieczek łodzią. Podczas jednego z rejsów Alex dostrzega wieloryba. Wcześniej nikt nie zdawał sobie sprawy, że te potężne ssaki żyją w tych wodach. Alex rozdmuchuje temat, opracowuje program, który połączy badania naukowe z ofertą turystyczną, a wkrótce potem staje się prawdziwym ekspertem od wielorybów. Wieloryby stają się jego pasją, realizuje się jako przewodnik i naukowiec, zaprasza do współpracy młodych naukowców, szkoli studentów. W tym czasie Judy rodzi kolejne dzieci, łącznie piątkę, pierze, sprząta, gotuje, znowu sprząta, robi zakupy, sprząta. W jej życiu nie ma miejsca na pasje, jest tylko ciągłe zmęczenie, ciągła gonitwa.

Taki model życia rodzinnego nie mógł się sprawdzić, nie w przypadku kobiety, która ma swoje marzenia i zacięcie artystyczne. Pojawia się coraz więcej zgrzytów. Alex nalega, by najstarszy syn wyjechał do szkoły z internatem, wbrew woli Judy, która wie, jak straszne może być życie w takiej szkole. Ona nie umie się sprzeciwić, ale cierpi, a gdy okazuje się, że miała rację, że to był bardzo zły pomysł, załamuje się. Takich sytuacji jest wiele. W tej rodzinie prawo do ostatecznej decyzji we wszystkich ważnych kwestiach ma mąż.

Brzmi to raczej przygnębiająco, choć Judy w swojej opowieści stara się przedstawiać także blaski swojego życia. Zachwyca się dzikim pięknem wyspy, podkreśla, jak niezwykłym człowiekiem jest jej mąż, jak wybitny ma umysł i jak wspaniale idzie mu wszystko, czego tylko się dotyka. Z rozrzewnieniem opisuje dzikie dzieciństwo swojej gromadki i te opowieści o dzieciakach biegających po wzgórzach, wychowujących się razem z owcami, spędzających całe dnie na dworze brzmią idyllicznie i bardzo działają na wyobraźnię. Na pierwszym planie jest jednak cały czas Judy i jej przepracowanie, rozczarowanie, wreszcie depresja.

"Island Wife" to dość nierówna książka. Z jednej strony jest poruszającym obrazem walki, jaką autorka stoczyła o samą siebie - walki toczonej nie tyle z nierozumiejącym problemu mężem, co z sobą samą. Niestety, jest w niej wiele egzaltacji, trudno też się nie irytować podczas lektury. Judy chyba sama nie wie, czy była ze swoim mężem szczęśliwa, czy wręcz przeciwnie, a nas denerwuje jej potulność. Alex wydaje się straszliwym bucem, którego jednak wszyscy kochają.

Najbardziej rozczarowuje obraz samej wyspy. Kocham północne wyspy i fascynują mnie jako miejsce do życia, jednak Judy Fairbairns nie potrafi pisać o swojej wyspie w sposób interesujący. Jej zachwyty nad krajobrazem wydają się wymuszone, tak jakby sama siebie przekonywała, że to niezwykłe miejsce. Na szczęście udaje jej się dość plastycznie odmalować realia życia nad brzegiem morza. Podobały mi się historie o zwierzętach, które przewinęły się przez ich dom - niektóre były autentycznie poruszające.

Nastawiałam się na dużo lepszą lekturę, ale nie żałuję godzin spędzonych nad tą książką. Zawsze dobrze spojrzeć na wszystko z innej strony i dowiedzieć się, jak może wyglądać życie, którego wiele osób zazdrości. Nie polubiłam autorki, ale wydaje mi się, że udało mi się ją zrozumieć, a to też nie jest aż tak częste.

Moja ocena: 3.5/6

Judy Fairbairns "Island Wife"

Wyd. Two Roads 2013

poniedziałek, 30 maja 2016

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być chirurgiem - człowiekiem, który bez zawahania rozcina ludzkie ciało, potrafi naprawić to, co w nim szwankuje, a jednocześnie jednym fałszywym ruchem ręki może wyrządzić olbrzymią szkodę? Chyba każdy, kto musiał poddać się jakiejś operacji, czuł swego rodzaju podziw, szacunek i lęk, zadając jakiekolwiek pytanie swojemu lekarzowi. Świat sali operacyjnej nas fascynuje i przeraża. Henry Marsh, wybitny brytyjski neurochirurg, nie tylko uchyla przed nami zamknięte drzwi, ale także szczerze wyznaje, jak to jest być człowiekiem, którego codziennością jest krojenie ludzkiego mózgu.

Przeczytałam "Po pierwsze, nie szkodzić" z chorobliwą wręcz fascynacją. Marsh opisuje rzeczy, o których wolimy nie myśleć - błędy popełniane przez lekarzy i wąską granicę między operacją zakończoną sukcesem, a całkowitą katastrofą. W jego pracy każdy błąd bardzo drogo kosztuje. Pęknięcie tętniaka podczas operacji najprawdopodobniej oznacza śmierć pacjenta, usuwając guza można wyciąć za wiele, trwale upośledzając człowieka, którego próbuje się ratować, lub za mało. Marsh, doświadczony lekarz, z bezlitosną szczerością opowiada o błędach, które popełnił, i o ludziach, którzy zapłacili za niego najwyższą cenę. Każdy rozdział opowiada o innym problemie neurochirurgicznym, każdy zawiera też opis konkretnego przypadku.

Na szczęście nie wszystkie historie kończą się tragicznie. Nie liczyłam, ale chyba większość opowiada o pacjentach, którym Marsh zdołał pomóc. Często jednak było trudno i cudem tylko udawało się uratować sytuację. Nieprzypadkowo użyłam słowa "cudem", jako że Marsh zdaje się wierzyć, że szczęście lub pech odkrywają bardzo istotną rolę podczas operacji. Tak wiele rzeczy może pójść źle i nawet najlepszy chirurg nie jest w stanie zapobiec wszelkim potencjalnym problemom.

Jak żyć ze świadomością, że z powodu lekkomyślności, zbytniej wiary we własne siły, ze zmęczenia, lub po prostu z nieuwagi popełniło się błąd podczas operacji mózgu? Henry Marsh przeprowadza wnikliwą autoanalizę, próbując zrozumieć samego siebie. Im jest starszy i bardziej doświadczony, tym łatwiej godzi się z myślą o tym, że czasem trzeba się poddać. Nie potrafi być tak buńczuczny i pewny siebie, jak dawniej. Mam wrażenie, że ta książka jest swego rodzaju pokutą, wyznaniem, którego nie mógł uniknąć. Chylę czoła przed tym niezwykłym człowiekiem, który nie tylko wybrał tak trudną i wymagającą niesamowitej odwagi specjalizację, ale przede wszystkim ma w sobie dość pokory i odwagi, by przyznać się do tego, że jest omylny, i że nie raz mu się udało także dzięki łutowi szczęścia.

To dość mroczna, ale fascynująca i świetnie napisana książka. Nie jest to też po prostu kronika trudnych przypadków. Marsh opowiada o swoich wyjazdach na Ukrainę, gdzie próbował pomóc miejscowemu chirurgowi w jego pracy, o operacji swojego synka, kiedy to dowiedział się, że lekarzowi wcale nie jest łatwiej poradzić sobie z lękiem o swoich bliskich, a także o absurdach brytyjskiej służby zdrowia. W tle pojawia się sporo terminów medycznych, a także bardzo plastycznych, wręcz poetyckich opisów wnętrza naszej czaszki. Wszystko jednak podane w sposób bardzo przystępny, poruszający, a zarazem napawający spokojem. Warto przeczytać.

Moja ocena: 5.5/6

niedziela, 06 grudnia 2015

W grudniu czytam Jane Austen. Od kilku lat już wracam do jej książek w tym miesiącu, w którym się urodziła, i namawiam was do tego samego. W tym roku Miesiąc z Jane zacznę jednak od dziesiątki. W końcu dzisiaj niedziela!

Tym razem niedzielna dziesiątka nie spodoba się osobom, które nie znają angielskiego. Niestety, po polsku nie wydano zbyt wielu książek o Jane Austen i jej powieściach... Liczę jednak, że ktoś z mojej listy skorzysta, bo są na niej same fascynujące książki! A żeby zrozumieć, dlaczego powieści Jane Austen są niezwykłe, trzeba zdobyć pewną wiedzę na temat jej epoki i tego, jak wyglądała literatura przed nią. Te książki nie tylko w tym pomogą, ale także zapewnią doskonałą rozrywkę - starałam się bowiem nie wybierać czysto akademickich rozpraw, ale książki, które czyta się lekko i z przyjemnością.

Paula Byrne "The Real Jane Austen: A Life in Small Things"

Opowieść o Jane snuta przez pryzmat osiemnastu przedmiotów, które należały do pisarki lub które wiążą się z nią w jakiś sposób. O życiu Jane wiemy tak naprawdę niezbyt wiele - praca biografów jest w dużym stopniu odgadywaniem i dopowiadaniem sobie różnych rzeczy. Podejście Pauli Byrne jest więc dość oryginalne i zdecydowanie inne. Opowiada więc o indyjskim szalu i o Angielkach, które polowały na mężów w Indiach, o koronce i zakupach, o obrazie, o kabinie kąpielowej. Te przedmioty są punktem wyjścia do opowieści o epoce, w której naszej pisarce przyszło żyć i razem tworzą całkiem ciekawą i różnorodną całość.

Claire Tomalin "Jane Austen: A Life"

Wielu biografów opisało życie Jane Austen, a raczej to, co na jego temat wiemy. Muszę przyznać, że nie potrafię powiedzieć, która z tych biografii jest moją ulubioną, ale skłaniam się właśnie ku książce Claire Tomalin. Tomalin jest rzetelna, ale nie bezkrytyczna, analizuje listy i inne dostęone dokumenty i przyznaje, czego nie wie. W dodatku ma lekkie i ostre pióro, lektura jej książek to prawdziwa przyjemność!

David Selwyn "Jane Austen and children" i "Jane Austen and leisure"

Długo polowałam na te dwie książki, zwłaszcza na "Jane Austen and leisure", na której mi bardzo zależało, a którą trudno było zdobyć w sensownej cenie. David Selwyn opowiada o epoce, analizując powieści Jane Austen. Opowiadając o tym, jak wychowywano wtedy dzieci i spędzano wolny czas, rzuca więcej światła na to, co dzieje się w powieściach. I odwrotnie - przez analizę powieści snuje opowieść o tym, jak wychowywano wtedy dzieci i spędzano wolny czas.

John Mullan "What matters in Jane Austen? Twenty crucial puzzles solved"

Lubiany krytyk literatury odpowiada na dwadzieścia intrygujących pytań dotyczących powieści Jane. Między innymi wyjaśnia, czy siostry naprawdę spały razem, opowiada, jak wyglądali bohaterowie powieści Jane i dlaczego niektórzy z nich nigdy się nie odzywali. Sprawdza, co czytali i czy uprawiali seks. Analizuje metody oświadczania się i sprawdza, które były skuteczne. Wyjaśnia, kiedy bohaterki rumieniły się i ile miały lat. Opowiada o tym wszystkim z werwą i poczuciem humoru, przy okazji pokazując sporo wydarzeń w nowym świetle.

Roy & Lesley Adkins "Eavesdropping on Jane Austen's England. How our ancestors lived two centuries ago"

Fakty z życia Jane i jej rodziny są tu umieszczone w szerszym kontekście. To książka o kraju, w którym żyła Jane i jej bohaterki, wciągająca i dobrze udokumentowana. Są tu rozdziały o podróżowaniu, o życiu rodzinnym, o leczeniu i zakupach. Wiele tekstów źródłowych i ciekawe przykłady.


Anna Przedpełska-Trzeciakowska "Jane Austen i jej racjonalne romanse"

Jedyna pozycja w języku polskim, która załapała się do dzisiejszej dziesiątki, ale na szczęście naprawdę warta uwagi. Tłumaczka powieści Jane Austen opowiada nie tylko o życiu pisarki, ale także o jej twórczości, próbując powiązać jedno z drugim. Czyta się to bardzo przyjemnie.

"Jane Austen's Letters" pod redakcją Deidre Le Faye

Większość tego, co wiemy o życiu pisarki, pochodzi z jej listów, zwłaszcza tych, które wymieniała ze swoją siostrą Cassandrą. Niestety, Jane poprosiła siostrę o zniszczenie znacznej części listów, co też ta uczyniła po śmierci pisarki. Mimo to listy Jane warto znać, jeśli chce się coś o niej wiedzieć, i choć jako całość mogą być dość nudną lekturą dla osób nieprzyzwyczajonych do czytania zbiorów listów z tamtej epoki, jest wśród nich sporo tekstów błyskotliwych i zabawnych.

William Deresiewicz "A Jane Austen Education: How Six Novels Taught Me About Love, Friendship, and the Things That Really Matter"

I wreszcie dwie książki, których niestety nie mam, a w każdym razie nie na papierze, nie załapały się więc na zdjęcie, ale muszą znaleźć się w tej dziesiątce. Deresiewicz pisze o tym, dlaczego warto czytać powieści Jane wiele razy. Dzięki takim powolnym i wielokrotnym lekturom udało mu się nie tylko lepiej zrozumieć twórczość Austen, ale także nauczyć się wielu mądrych rzeczy dotyczących związków i uczuć. Jest to więc nie tylko książka o powieściach Jane, ale także o tym, czego może nas nauczyć czytanie.

Claire Harman "Jane's Fame: How Jane Austen Conquered the World"

Błyskotliwa opowieść o tym, co działo się z twórczością Jane już po jej śmierci. Harman zaczyna tak naprawdę już od momentu, kiedy Jane decyduje się na publikację swoich powieści, po czym w bardzo zajmujący sposób opowiada o tym, jak radzili sobie ze spuścizną po siostrze i ciotce członkowie jej rodziny. Śledzimy losy powieści Jane w epoce wiktoriańskiej i w XX wieku, by wreszcie zadziwić się niezwykłym sukcesem serialu "Duma i uprzedzenie", wyprodukowanego przez BBC w 1995 roku, który zapoczątkował prawdziwe szaleństwo. A ja z chęcią przyznaję, że biorę w nim udział!

Lubicie czytać o pisarzach i ich twórczości czy wolicie po prostu czerpać przyjemność z lektury ich dzieł? Ja kocham biografie i lubię wiedzieć jak najwięcej, i chyba nie jest to tylko skrzywienie zawodowe, bo lubiłam to już jako licealistka!

W tym miesiącu spodziewajcie się więcej tekstów na temat Jane, a jeśli chcielibyście sobie przypomnieć którąś z jej powieści, to może przeczytacie "Emmę"? Powieść ta kończy w tym roku 200 lat!

czwartek, 11 grudnia 2014

Jak tu nie lubić grudnia! Nie tylko zaczyna się moimi urodzinami, a kończy Świętami i tradycyjnym, noworocznym wyjazdem w góry, ale w dodatku w samym środku przypadają urodziny jednej z ulubionych i najważniejszych dla mnie pisarek. Co roku w Mieście Książek otwieramy z tej okazji nie tyle szampana, bo Jane nie pochwalałaby chyba takiej rozrzutności, ale buteleczkę z dobrą, owocową nalewką domowej roboty. A wcześniej piszemy o Jane, czytamy jej książki, oglądamy ekranizację z ulubionym panem Darcym i generalnie zachwycamy się wszystkim, co z nią związane.

Zapraszam do współudziału zarówno tych, którzy brali udział w zeszłorocznym Miesiącu z Jane, jak i nowych gości. W tym roku zaczynamy świętowanie nieco później, zamiast Miesiąca proponuję zatem Tydzień z Jane. Napiszcie coś na jej temat u siebie na blogach, tutaj w komentarzach, albo po prostu, nic nikomu nie mówiąc, spędźcie wieczór z jedną z jej książek. Zapraszam! Urodziny Jane przypadają w najbliższy wtorek, 16 grudnia, możemy jednak tydzień potraktować umownie i przeciągnąć go aż do końca przyszłego tygodnia!

Ja zaś zacznę od napisania kilku słów o książce, którą specjalnie na tę okazję zachowałam - biografii Jane, która ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa W.A.B. Właściwie nie jest to biografia w prawdziwym tego słowa znaczeniu, bardziej portret autorki i nieformalny przewodnik po jej powieściach.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska jest tłumaczką, przełożyła na polski powieści Jane Austen, a także wiele innych klasyków literatury angielskiej. Nie jest to też jej pierwsza próba napisania biografii - jest autorką znanej i lubianej książki o siostrach Brontë, "Na plebanii w Haworth". Jej tłumaczenia są znakomite i wcale się nie starzeją, i nawet jeśli ktoś podejmie próbę ponownego przełożenia powieści Jane na język polski, zapewne skorzysta z genialnych tytułów Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, która na trwałe zapisały się już w języku polskim. "Rozważna i romantyczna" to prawdziwy majstersztyk, zwłaszcza że tytuł oryginalny ("Sense and sensibility") nie jest bynajmniej łatwy do przełożenia i kryje w sobie wiele znaczeń.

Przedpełska-Trzeciakowska nie kryje tego, że darzy Jane Austen wyjątkowym sentymentem i w związku z tym nie sili się nawet na obiektywną biografią. Snuje opowieść o pisarce, o której wie bardzo dużo, nie dbając o udokumentowanie przytaczanych faktów lub też o poważniejszą krytykę. Trochę szkoda, bo lepiej udokumentowana książka wypełniłaby lepiej lukę na naszym rynku, a lekkość prowadzenia opowieści nie musiałaby wcale ucierpieć. Dostajemy więc książkę, która do miana akademickiej nie pretenduje, jest jednak miłą opowieścią dla fanów pisarki, a także może stanowić dobre wprowadzenie do studiów nad nią.

Losy Jane opowiedziane są chronologicznie, ale historia życia przeplatana jest rozdziałami analizującymi kolejne powieści. Autorka próbuje pokazać związki między twórczością a życiem Jane, uwypuklając jej stosunek do otaczającego ją świata, wartości, którymi się kierowała. Często cytuje jej listy, a także listy jej bratanic i bratanków, którzy chętnie wspominali słynną ciotkę we wzajemnej korespondencji.

Siłą rzeczy materiał, którym dysponowała, jest nieco ograniczony. Po przedwczesnej śmierci Jane, jej ukochana siostra Cassandra zniszczyła sporą część korespondencji - niektóre listy spaliła, z innych powycinała fragmenty, które jej zdaniem były zbyt osobiste. Sporo jest więc rzeczy, których się nigdy nie dowiemy, zwłaszcza jeśli chodzi o życie uczuciowe pisarki. Wciąż jednak została ogromna ilość materiału, i choć większość listów zawiera mnóstwo trywialnych informacji o cenach guzików i codziennych obowiązkach domowych, o romansach i skandalach znajomych i członków rodziny, to z tych skrawków można wciąż złożyć całkiem interesujący i nieoczywisty obraz życia tej starej panny z prowincji, którą dziewiętnastowieczny krytyk Thomas Macaulay postawił zaraz obok Szekspira, twierdząc, że znajduje się bliżej wielkiego mistrza niż jakikolwiek inny pisarz angielski.

Przedpełska-Trzeciakowska nie do końca wykorzystała dostępny materiał. Jej książka trochę ślizga się po wierzchu, ale też prawdopodobnie taki był zamysł autorki. Opowieść toczy się gładko, a niewtajemniczony czytelnik dowie się, dlaczego nigdy nie wyszła za mąż i czy oznacza to, że nikt jej się nie oświadczył, z kim się przyjaźniła, z kogo wyśmiewała, jak spędzała dnie i kiedy pisała. Czytelnik już znający odpowiedzi na te pytania także przeczyta książkę z przyjemnością, jako że napisana jest w lekkim, gawędziarskim stylu, z pewną czułością i wyraźną sympatią dla pisarki.

Nie dowiemy się tego, co być może jest najciekawsze - jak to się stało, że ta niespecjalnie wykształcona dziewczyna z prowincji napisała książki, które dwieście lat później wciąż są aktualne, wciąż zachwycają, bawią i wzruszają. Na to pytanie odpowiedzi po prostu nie ma. Angielski pisarz G.K. Chesterton tak o tym pisał: "Jane Austen od nikogo nie przejmowała pochodni, nikt też jej na drogę genialności nie wprowadzała - ona po prostu była geniuszem. Jej płomień zapalił się w niej samej - jak płomień pierwszego człowieka, który pocierał dwa suche patyki... Jej talent sprawił, iż to, co tysiące powierzchownie podobnych do niej osób uczyniłoby nudnym - stało się ciekawe."

Szkoda, że nie postarał się redaktor lub korektor i w książce jest kilka żenujących błędów - reżyser "Rozważnej i romantycznej" to Lang Lee (powinien być Ang Lee), Harriet Smith była nauczycielką (nie była), słynne pierwsze zdanie "Dumy i uprzedzenie" wygłosiła pani Bennet (bzdura). Trochę też razi wybielanie Jane na siłę - nie była przecież idealna, mogła kogoś nie lubić, nie trzeba zakładać, że jeśli napisała o kimś źle, to miała tylko zły dzień. Wielka szkoda też, że książki nie zaopatrzono w indeks, jego brak praktycznie uniemożliwia szybkie wyszukanie potrzebnych informacji. Tym niemniej dobrze, że ta książka powstała i przeczytałam ją z wielką przyjemnością. Jeśli jednak szukacie poważnej i szczegółowej biografii, musicie sięgnąć po książki w języku angielskim, na przykład równie lekko napisaną i wciągającą, ale jednak dużo bardziej wnikliwą i lepiej udokumentowaną książkę Claire Tomalin "JaneAusten: A Life", moją ulubioną biografię Jane. 

Moja ocena: 4/6


sobota, 22 listopada 2014

Nie da się ukryć - spora część mojego życia toczy się w rzeczywistości wirtualnej. Już przez sam fakt bycia blogerką jestem częścią świata, w którym ważne są fejsbuki, twittery i inne instagramy (choć przed tym ostatnim jeszcze się bronię)... Potrafię od czasu do czasu odłączyć się od sieci na kilka dni. Przez pierwszą dobę czuję pewien niepokój - tam gdzieś toczy się beze mnie życie i jakoś podświadomie czuję, że coś mnie omija, jednak szybko przestaję się przejmować i nie brakuje mi komputera. Podczas wakacji odłączam się prawie całkowicie na kilka tygodni i dobrze mi z tym. Jednak po powrocie wystarczą dwa - trzy dni i już - jestem z powrotem wciągnięta i w jakiś sposób uzależniona.

A gdyby tak odciąć się od tego wszystkiego na dłużej? Odważylibyście się? Dajmy na to na pół roku? I to nie tylko od internetu, ale w ogóle od komputera, a także telewizora, telefonu iPada i tym podobnych urządzeń? A przede wszystkim - odciąć od tego wszystkiego nasze dzieci?

Brzmi raczej nieprawdopodobnie - kto jak kto, ale dzieci, zwłaszcza nastoletnie, nie dadzą się odciąć od czegoś, co stanowi często esencję ich życia. Jest jednak ktoś, kto się na to odważył: Australijka Susan Maushart, samotna matka trójki nastolatków, postanowiła poddać swoją rodzinę eksperymentowi. Odłączyła nie tylko wspomniane wyżej urządzenia, ale nawet, w początkowej fazie, całkowicie pozbawiła całą rodzinę prądu! A potem opisała wszystko w szczerej i pobudzającej do refleksji książce "E-migranci: Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji".


Sądzicie, że jej dzieci protestowały, kiedy usłyszały o szalonym pomyśle matki? Otóż nie, nawet nie mrugnęły okiem. Jeśli jednak sądzicie, że trafiło jej się wyjątkowo dojrzałe i odważne potomstwo, jesteście znowu w błędzie. Susan wszystko wyjaśnia:

W ogóle mnie nie usłyszeli. No cóż, w końcu to nastolatki.

Gdy jednak dotarło do nich, co planuje matka, nie do końca wierzyli, że faktycznie będzie w stanie zrobić to im i sobie samej. Ostatecznie jednak przekonanie ich okazało się całkiem banalne - Susan ich po prostu przekupiła. Za udział w eksperymencie dostali od niej zapłatę. Co bynajmniej nie znaczy, że tryskali entuzjazmem lub chociaż uprzejmie nie krytykowali jej pomysłu. Co to, to nie! Sussy, młodsza córka, po prostu wyprowadziła się do ojca, gdy nagle w domu zapanowały ciemności, a kąpiel trzeba było brać w zimnej wodzie (wszyscy się zdziwili, gdy okazało się, że ich gazowy bojler ma elektryczny zapłon). Okazało się jednak, że dla znajomych pozostałej dwójki rodzeństwa, Billa i Anni, pomysł pidżama party w domu oświetlanym świecami wydaje się bardzo ekscytujący i życie towarzyskie całej rodziny zaczęło nabierać rozpędu.

Oczywiście, nie udało się odłączyć od elektroniki całkowicie. Dzieci miały dostęp do komputerów w szkole, chodziły do znajomych, by odrabiać u nich lekcje, albo choćby po to, by pooglądać telewizję. Susan zdawała sobie sprawę z tego, że tak będzie. Liczyła jednak, że samo odcięcie od elektroniki w domu przyniesie spektakularne efekty.

Problemy pojawiły się tam, gdzie Susan się ich nie spodziewała. Najbardziej wrogo nastawieni do jej eksperymentu byli rodzice kolegów i koleżanek jej dzieci. Wydawali się przerażeni tym, co Susan chce zrobić i straszyli, że nic dobrego z tego nie wyniknie, a dzieciaki odcięte od Wikipedii zaczną mieć problemy w szkole. Rezygnacja z telefonu komórkowego wydawała im się całkowitym dziwactwem i wystawianiem dzieci na niebezpieczeństwo - skąd matka miałaby się dowiedzieć, że dzieciom coś grozi lub coś się stało? Na szczęście sekretarka szkoły podeszła do tego zdroworozsądkowo, stwierdzając, że jeśli naprawdę będzie się chciała ze Susan skontaktować, na pewno znajdzie jakiś sposób.

Szybko też okazało się, że to nie internet stanowił największy nałóg niektórych członków rodziny. Znacznie bardziej cierpieli z powodu braku muzyki. Sussy (która po pierwszych sześciu tygodniach wróciła od ojca), narzekała, że nie jest w stanie chodzić do sklepu bez swojego iPhnone'a. Sama Susan zresztą nie mogła się odnaleźć podczas codziennych spacerów z psem po plaży - brak słuchawek w uszach sprawiał, że czuła się nieomal nago.

Czy pół roku bez elektroniki zmieniło coś w życiu rodziny? Myślę, że odpowiedź jest oczywista. Ciekawe jest jednak obserwowanie skali i charakteru tych zmian, a także sposobu, w jaki zachodziły. Rodzina nagle zaczęła częściej jeść razem. Dawniej każdy zabierał talerz z jedzeniem i zaszywał się w swoim kącie, często w oddzielnym pokoju. Teraz bycie samemu stało się dużo bardziej nudne, niż bycie razem. Zresztą nuda właśnie okazała się największym katalizatorem przemian, jakie zaszły zarówno w dzieciach, jak i w matce. Z braku innych zajęć Bill odkurzył saksofon, na którym kiedyś uczył się grać. Zaczął znowu ćwiczyć i tak się w to wciągnął, że nie zarzucił gry nawet po zakończeniu eksperymentu. Wszyscy zaczęli więcej czytać - Bill, wcześniej praktycznie nieczytający, odkrył książki Murakamiego i, ku wielkiemu zdziwieniu matki, która sądziła, że będą dla niego za trudne, zakochał się w nich. Wszyscy zaczęli grać w planszówki i w karty, Anni nauczyła się gotować, wszyscy zaczęli wychodzić do kina i do restauracji. Zaczęli ich częściej odwiedzać znajomi, skuszeni nietypowymi rozrywkami. A przede wszystkim - wszyscy zaczęli ze sobą więcej rozmawiać. Prawdę mówiąc, Anni i Sussy zaczęły też spędzać całe godziny na rozmowach telefonicznych (Susan zainstalowała w domu zwykły telefon stacjonarny), nadrabiając w ten sposób niemożność śledzenia życia znajomych na Facebooku.

Co ciekawe, zmienił się także sposób, w jaki wykonywali różne zadania. Stała obecność w sieci wymusza wielozadaniowość. Sama coś o tym wiem - często oglądam film, jednocześnie podglądając, co się dzieje w sieci, szukam materiałów do wykładu, czytam książkę, słucham muzyki, rozmawiam... Nagły brak dodatkowych bodźców sprawił, że dzieci Susan przestawiły się na jednozadaniowość, i w znaczący sposób odbiło się to na ich wynikach w nauce. Oczywiście pozytywnie. I to mimo, że wszyscy zarzekali się, iż wcale nie uczyli się więcej - wręcz przeciwnie! Nagle wróciła umiejętność skupiania uwagi, a także zdolność myślenia wykraczającego poza chwilę teraźniejszą, co przejawiło się w planowaniu różnych zadań z wyprzedzeniem i wykonywaniu ich w znacznie krótszym czasie, niż wcześniej.

Susan Maushart opisuje te zmiany z zachwytem, ale zachowuje zdrowy dystans. Jej opowieść jest do bólu szczera i żadne przykre sceny nie zostały pominięte. Całość jest jednak przesiąknięta optymizmem, lekkie pióro i poczucie humoru sprawiają, że czyta się to świetnie, mając wrażenie, że słuchamy opowieści bliskiej znajomej. Nie jest to jednak tylko książka o sześciu miesiącach z życia jednej rodziny. Maushart dobrze przygotowała się do swojego eksperymentu. Przeczytała mnóstwo książek i artykułów o tym, co internet, telewizja i inne media robią z naszymi mózgami, a także o tym, jakie właściwie są dzieci urodzone jako "cyfrowi tubylcy". Cytuje te prace obficie, znajdując ciekawe powiązania i przykłady. W rezultacie "E-migranci" stają się mocno stymulującą lekturą, która nie skupia się bynajmniej na oczywistościach (myślę, że łatwo można było przewidzieć, że sześć miesięcy bez internetu i telewizji korzystnie wpłynie na życie rodzinne).

Nie sądzę, żeby wielu czytelników zdecydowało się na podobnie radykalny krok, jak autorka. Jestem jednak przekonana, że lektura tej książki sprawi, że częściej zaczną oni wyłączać komputer, nawet jeśli będą musieli się do tego zmuszać. Co ważne, warto wyłączać ten komputer własnym dzieciom, nawet narażając się na ich gniew i obrażanie się. Przykład tej australijskiej rodziny pokazuje, że po początkowym szoku dzieciaki świetnie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości, w której żaden ekran nie rozświetla wieczornych ciemności.

Moja ocena: 5/6

wtorek, 11 lutego 2014

Wybór lektury bywa ściśle związany z miejscem, w którym się aktualnie znajdujemy. Niektórzy się z tym nie zgadzają, ale ja doświadczyłam tego na własnej skórze. Mamy takie miejsce, drewniany dom w górach, wysoko na polanie, otoczony świerkami. Telefon traci tu zasięg, złapanie internetu graniczy z cudem, a jedynym źródłem ciepła jest kominek. Dwa – trzy razy w roku zaszywamy się tutaj na kilka dni, w cudowny sposób odrywając się od codzienności. Zazwyczaj biorę ze sobą torbę książek – ot, tak, żeby mieć wybór. Oczywiście, większość przywożę nieprzeczytaną, bo nigdy nie starcza mi czasu na wszystkie. Tym razem postanowiłam się ograniczyć. Wzięłam przecież Kindla, więc na papierze zabrałam tylko trzy książki – kryminał, jeden z hitów literatury fantastycznej ostatnich miesięcy i – całe szczęście – niedawno zamówioną książkę o książkach.

Pierwszego wieczoru, po cudownym dniu spędzonym w słońcu na nartach (tak, dobrze słyszycie, i zapewniam was, że nasze sekretne miejsce nie leży gdzieś w Alpach, polskie góry są tu całkiem ładnie ośnieżone), siadłam przy kominku, wyjęłam pierwszą książkę, i po przeczytaniu kilku stron stwierdziłam, że coś mi nie pasuje. Wielkomiejski kryminał jakoś źle mi leżał w tym sielskim otoczeniu. Sięgnęłam po fantastykę, która okazała się całkiem wciągająca, wciąż jednak coś zgrzytało. Odłożyłam obie książki i zdałam sobie sprawę, że całkiem nieoryginalnie, w tym otoczeniu mam ochotę na jakąś opasłą powieść, z powolnie toczącą się akcją. Z żalem pomyślałam o „The Luminaries”, wielkim tomie nagrodzonym w tym roku Bookerem, który został w domu na półce. Miałam nawet myśl, żeby nie bacząc na to, że mam już wersję papierową, kupić elektroniczną, ale na szczęście wzrok mój padł na trzecią książkę, którą ze sobą przywiozła. „How to be a heroine; or what I’ve learned from reading too much” – biografia nałogowej czytelniczki, pełna opowieści o ukochanych bohaterkach literackich – to mogła być odpowiednia lektura do tego wyciszonego miejsca. Otworzyłam i przepadłam na cały wieczór, co jakiś czas żałując jeszcze bardziej, że nie mam tu przy sobie całej swojej biblioteczki. Książka Samanthy Ellis budzi bowiem chęć odkurzenia wielu starych lektur.


Pomysł jest prosty i bliski memu sercu – prześledzenie swojego życia i wyborów, jakich się dokonało przez pryzmat czytanych książek i uwielbianych bohaterek literackich. Dzielę przekonanie autorki, że lektury wpływają na decyzje, które podejmujemy, że uczymy się od postaci, z którymi identyfikujemy się przez lekturę. Samanthę Ellis i mnie różni bardzo wiele. Ona - wychowana w Londynie, w diasporze Żydów z Iraku, bardzo specyficznej i zamkniętej społeczności, rządzącej się surowymi obyczajami i zachowującej swoją odrębność, następnie studiująca literaturę w Cambridge, w wymarzonym Magdalen College. Ja – urodzona w komunistycznej Polsce, wychowana na wrocławskim blokowisku, dorastająca w czasach wielkich zmian. Jednak łączy nas zaskakująco wiele – obie kochałyśmy Sarę Crewe i Anię Shirley, i dzięki tym dwóm bohaterkom uwierzyłyśmy w to, że najważniejsza jest wyobraźnia. Emilka ze Srebrnego Nowiu obudziła w nas zamiłowanie do pisania i przekonanie, że są w życiu ważniejsze rzeczy niż małżeństwo. Scarlett O’Hara uczyła nas determinacji, ale też tego, jak łatwo wmówić sobie, że się kogoś kocha, podczas gdy człowiek ci przeznaczony jest tuż obok. Lizzy Bennet, Lucy Honeychurch, Catherine Earnshaw – to również moje przyjaciółki z dzieciństwa, które, wydawałoby się, znam doskonale.

„How to be a heroine” nie jest jednak książką wspominkową. Pomysł autorki jest dużo ciekawszy, a rodzi się z rozmowy stoczonej z przyjaciółką podczas wspólnej wycieczki na wrzosowiska w Yorkshire. Rozmowa dotyczyła Catherine Earnshaw, bohaterki „Wichrowych Wzgórz”. Przyjaciółka Samanthy stwierdziła, że Cathy była po prostu głupia i że o wiele lepiej byłoby postawić sobie za wzór stoicką, zasadniczą Jane Eyre. Samantha początkowo obruszyła się, ale po chwili zaczęła zastanawiać się na poważnie i zmuszona była przyznać rację przyjaciółce – Cathy nie jest tak idealna, jak jej się wcześniej wydawało. A skoro okazuje się, że myliła się co do jednej ze swoich ukochanych postaci, to jaka jest gwarancja, że nie myliła się co do innych? Postanowiła więc wrócić do lektur sprzed lat, surowo oceniając zarówno same bohaterki, jak i ich wpływ na jej własne życie.

Oczywiście, jest to ryzykowna próba. Sama wracam teraz do niektórych dawnych lektur – gdy czyta je moja córka, ja także odświeżam je sobie, żeby móc z nią o nich rozmawiać. Na szczęście, nie tracą swojego czaru, ale nie da się ukryć, że teraz widzi się więcej i inaczej. Ot, taki cykl o Ani – pierwszy tom jest tak samo czarujący, jak przed laty. Ale dalsze? Ania staje się matroną, przestaje być postacią z krwi i kości. Jest cudowna, dopóki nie wychodzi za mąż, potem zaś staje się tylko cieniem, postacią zbyt idealną, żeby mogła być prawdziwa. W ostatnich tomach nie jest już nawet Anią – jest panią Blythe.

Samantha Ellis zarzuca Ani to, że zbyt łatwo zrezygnowała z pisania. Ania w którymś momencie sama stwierdza, że teraz tworzy dzieła, które żyją – ma na myśli swoje dzieci. Faktycznie, trochę szkoda, że autorka pozwoliła jej potraktować swoją młodzieńczą twórczość jako błahą rozrywkę. Ellis, która zawodowo pisze dla teatru, jest tym szczególnie rozczarowana. Dlatego też Emilka ze Srebrnego Nowiu jest bardziej interesującą postacią. Ona wybiera swoją pasję, i jest w stanie poświęcić dla niej wszystko, nawet miłość ukochanego mężczyzny. Oczywiście, na końcu dostaje jedno i drugie, ale nie przychodzi jej to łatwo. Jest bardzo prawdziwa w swoim zaangażowaniu i poświęceniu.

Czy czytając „Przeminęło z wiatrem” też chciałyście, żeby Scarlett zdobyła Ashleya? Ja nie – nigdy nie lubiłam tego bezbarwnego słabeusza, która ma cudowną żonę, ale nie przeszkadza mu to brać Scarlett od czasu do czasu w ramiona, całować ukradkiem, jednocześnie zapewniając, że nigdy nie będą mogli być razem. Samantha Ellis jednak przyznaje, że chciała Ashleya dla Scarlett. Rett zdobył ostatecznie jej serce, ale nie mogła znieść tego, jak on i Scarlett unieszczęśliwiali się nawzajem. Przy kolejnym czytaniu jednak ze zdziwieniem stwierdziła, że równie ciekawą bohaterką jest Melania, którą zresztą sama Margaret Mitchell uważała za najważniejszą postać swojej powieści.

Samantha Ellis wspomina też sporo postaci, których nie znam zbyt dobrze. Nie czytałam „Franny i Zoey” Salingera, nie znam też zbyt dobrze Nandy, bohaterki „Frost in May” Antonii White. Na półce stoi wciąż nieprzeczytana „Cold Comfort Farm” Stelli Gibbons, klasyk z 1932 roku, którego bohaterka, Flora Poste, jest jedną z niewielu, które zdaniem Ellis nie straciły nic ze swojego uroku. Mam jednak swój zestaw postaci znaczących, i w przeciwieństwie do Ellis, nie wszystkie są postaciami kobiecymi. Tomek Wilmowski wywarł bardzo realny wpływ na moje późniejsze życie, zaszczepiając we mnie pasję do podróży i chęć dowiedzenia się jak najwięcej o historii i geografii odwiedzanych krajów. Kilku ważnych dla mnie bohaterów literackich można znaleźć na liście trzydziestu sześciu książek na trzydzieści sześć lat, którą sporządziłam w grudniu.

„How to be a heroine” to lekka i przyjemna lektura. Nie ma tu zbyt pogłębionej analizy, styl przypomina notkę blogową – autorka jest zresztą blogerką i fragmenty książki ukazały się pierwotnie na jej blogu. Świetnie czyta się fragmenty dotyczące jej życia, zwyczajów kultywowanych w jej rodzinie, jej pierwszych związków. Duża część książki mówi zresztą o miłości. Fascynujące jest czytanie o tym, jak lektury pomogły autorce wydostać się poza swój krąg kulturowy, dały jej determinację do przełamywania barier i pokonywania oporu rodziców. Nie jest to poważna literatura, ale większość moli książkowych odnajdzie w niej sporo radości. Jeśli boicie się czytać po angielsku, ale chcielibyście spróbować, ta książka może być idealna – jest napisana bardzo przystępnym językiem, bez trudnego słownictwa. Mimo że autorka skończyła literaturę w Cambridge, pisze prosto i zrozumiale – to nie jest książka krytyczna, a pamiętnik, pisany dla osób, które tak jak ona kochają książki. Polecam, aczkolwiek ostrzegam – lista książek do przeczytania może się wam znacząco wydłużyć, Samantha wspomina bowiem dziesiątki tytułów i postaci, a pisze o nich z takim ciepłem i uczuciem, że trudno nie mieć ochoty na sięgnięcie zarówno po te, których się nie zna, jak i odświeżenie sobie tych lubianych, ale dawno nie czytanych.


Moja ocena: 5/6

 



środa, 04 maja 2011

   Nie mogę powiedzieć, żebym z radością witała koniec dwutygodniowej prawie przerwy od pracy, ale jest coś, co osłodziło mi powrót do domu. Kilka razy w trakcie majówki poczułam ukłucie żalu, że nie zabrałam ze sobą książki, która towarzyszy mi każdego dnia od początku tego roku, a która jest tak ogromną i ciężką cegłą, że niestety nie za bardzo nadaje się do podróży. "The Assassin's Cloak" pod redakcją Irene i Alana Taylor to antologia fragmentów dzienników i pamiętników, którą podczytuję regularnie od stycznia. Najpierw leżała na stoliku nocnym, później w pokoju dziennym obok fotela, a w tej chwili wywędrowała do łazienki. Mam ją już od dawna, i gdy 1 stycznia postanowiłam, że w tym roku będę ją czytywać codziennie, nie byłam pewna, na jak długo starczy mi cierpliwości i zapału. Okazuje się, że nie było się czego obawiać - jest większe ryzyko, że przeczytam kiedyś za dużo do przodu i skończę za szybko, niż że lektura ta mnie znuży.

Antologia ta została ułożona według prostego, acz genialnego schematu. Fragmenty nie są ułożone chronologicznie ani według ich autorów, lecz na podstawie dat nie uwzględniając roku. Każdego dnia możemy przeczytać, co się działo w życiach i umysłach osób żyjących w różnych miejscach i epokach. I tak 1 stycznia 1662 roku Samuel Pepys, wyrwany znienacka ze snu, zdzielił swoją żonę łokciem w twarz, w roku 1915 Virginia Woolf nie mogła zasnąć z powodu dzwonów bijących przez całą noc, które dawały jej nadzieję na rychły koniec wojny, a Adrian Mole zrobił listę noworocznych postanowień w roku 1983. Taki układ okazał się zaskakująco świeży i wciągający. Nie da się czytać wpisów jednej, konkretnej osoby, ale często natykamy się na wpisy autorów, których już znamy, albo poznaliśmy kilkanaście stron wcześniej. Mamy tu relacje z ważnych wydarzeń - po powrocie z majówki przeczytałam kilka wersji wrażeń po śmierci Hitlera. Przeglądając dalszą część książki, rzucił mi się w oczy taki wpis Franza Kafki z 2 sierpnia 1914 roku:

"Germany has declared war on Russia. - Swimming in the afternoon."

Pod datą 29 marca znajdziemy zapisane drżącą ręką ostatnie słowa kapitana Scotta:

"It seems a pity, but I do not think I can write more-

Last entry. For God's sake look after our people."

Wśród autorów jest sporo znanych nam dobrze osób: często pojawiają się Virginia Woolf, Dorothy Wordsworth, Samuel Pepys, John Evelyn, Henry David Thoreau, Lew Tołstoj. Jest też mnóstwo nazwisk, które nic mi nie mówią, co być może źle świadczy o mnie. Na szczęście z tyłu jest bardzo krótki, ale pomocny słowniczek biograficzny. Natykam się też od czasu do czasu na postaci osiemnastowieczne, które znam dość dobrze, mimo iż nie są zapewne powszechnie znani - wielebny James Woodforde, uroczy pastor z prowincji, który prowadził bardzo interesujący pamiętnik; Fanny Burney (no ona może akurat jest znana); Lady Elizabeth Grant, autorka "Memoirs of a Highland Lady". Łącznie książka zawiera ponad 1800 fragmentów autorstwa 170 osób! Uwielbiam momenty nagłych iluminacji, gdy odkrywam, że znam tę osobę i wiem, o czym pisze, pamiętam kontekst wydarzeń. Z przyjemnością też wynotowuję sobie rzeczy, które mnie zaciekawiają na tyle, że chciałabym ich kontekst poznać. Mam już oczywiście całą listę pamiętników do zdobycia.

Trochę szkoda, że większość autorów ujętych w antologii to Anglicy, przydałoby się trochę szersze spojrzenie, ale trzeba przyznać, że wtedy w jednym tomie nie dałoby się już zamknąć całości. Polecam do stopniowego podczytywania, poszerzania horyzontów, odnawiania dawnych znajomości. Urocza, pełna małych zachwytów i wielkich odkryć lektura. Warto wyjaśnić jeszcze pochodzenie tytułu - dlaczego płaszcz zabójcy? "Pamiętnik jest płaszczem zabójcy, który zakładamy, gdy chcemy dźgnąć towarzysza w plecy naszym piórem" - William Soutar, 1934.

Lubicie czytać pamiętniki i dzienniki? I co sądzicie o czytaniu książki w małych kawałkach przez cały rok? Podczytujecie coś regularnie czy wolicie przeczytać od razu całość? Próbowałam czytać w małych kawałkach wielotomowe powieści, na które nigdy nie mam czasu, ale nie sprawdziło się to - w pewnym momencie akcja mnie wciągała na tyle, że i tak rzucałam wszystko inne i czytałam. Taka antologia to jednak co innego - codzienna dawka humoru, wzruszeń i informacji, na tyle krótka, że nie znuży, i na tyle interesująca, że kusi każdego dnia.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
Bliskie mi adresy
Najpopularniejsze notki
O mnie
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...