poniedziałek, 29 października 2018

Jesienią ciągnie mnie do kryminałów, ale w tym roku albo wyjątkowo wybrzydzam, albo nie mam szczęścia - nie udało mi się przeczytać żadnego, który by mnie w pełni zadowolił. Żaden nie okazał się też całkowitym rozczarowaniem, więc ostatecznie nie było aż tak źle, ale przyznam, że nadal czekam na coś, co spodoba mi się bez zastrzeżeń. Co gorsza, nie napisałam tu w ogóle o ostatnich takim zachwycie ("Susza" Jane Harper, moją nieblogową recenzję możecie znaleźć tutaj). Niemniej, parę fajnych książek się tej jesieni trafiło, choć ideału wśród nich nie było.

Andrew Mayne "Naturalista", tłum. Jacek Żuławnik, Wydawnictwo W.A.B.

Książka, o której zrobiło się głośno za sprawą wyjątkowo oryginalnej akcji promocyjnej (egzemplarz "Naturalisty" ukryto w lasach w kilku miastach, czytelnicy o północy wyznaczonego dnia wyruszyli na poszukiwania), a na którą miałam ochotę jeszcze zanim się ukazała. Jako partnerka naukowca z ciekawością czekałam na thriller, którego bohaterem jest bioinformatyk, rozwiązujący zagadki kryminalne z użyciem metod naukowych. Postać profesora Theo Craya okazała się niestety rozczarowaniem. Theo angażuje się w śledztwo niemal od pierwszych stron, ale nie do końca wiadomo, dlaczego. W lesie zostają znalezione zwłoki jego byłej studentki, a on sam jest początkowo podejrzany. Kiedy tylko policja go wypuszcza, zaczyna prowadzić własne dochodzenie, wiele ryzykując i oddając się temu całkowicie. Mam wrażenie, że autor chciał jak najszybciej przejść do ciekawszej części powieści i nie chciało mu się zadbać o wiarygodność bohatera i jego motywację.

Samo śledztwo jest dość ciekawe, choć dziwnie poszarpane - przeskakujemy od jednej zamordowanej dziewczyny do drugiej, a łatwość, z jaką Theo je znajduje, jest nie do końca wiarygodna. Intryga okazuje się na szczęście wciągająca, a "Naturalistę" czyta się szybko i przyjemne, ale nie mogę powiedzieć, żeby spełnił moje oczekiwania.

Moja ocena: 4/6

Peter May "Na szlaku trumien", tłum. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros

Peter May od lat należy do moich ulubionych autorów kryminałów. Jego książki trudno zresztą jednoznacznie sklasyfikować, ponieważ zagadka kryminalna jest w nich tylko pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i trudnych kwestiach. W tej książce wrócił do miejsca, które było tłem jego najlepszego cyklu (recenzja pierwszej części tutaj), czyli na Hebrydy Zewnętrzne. Okoliczności przyrody są więc wyjątkowo pociągające - jest wyspa, wzburzone morze i dużo deszczu. W otwierającej książkę scenie na plaży leży przemarznięty i przemoczony mężczyzna. Cudem się uratował, ale nie pamięta, co właściwie mu zagrażało. Nie wie też, kim jest, jak się nazywa i dlaczego przed chwilą wyczołgał się z wody. Ktoś prowadzi go do pobliskiego budynku, który okazuje się być jego domem. Odwiedzają go sąsiedzi, a on nie wie, czy powinien się przyznać do amnezji. Kiedy zaś na pobliskiej wyspie znalezione zostają zwłoki, mężczyzna boi się, że to on jest mordercą.

To dobra powieść, od której nie mogłam się oderwać, choć irytował mnie główny bohater i inne pojawiające się w niej postaci. Na pewno jednak warto przeczytać, zwłaszcza jeśli jesteście fanami mrocznych, wyspiarskich kryminałów.

Moja ocena: 4.5/6

"Rok we mgle" Michelle Richmond, tłum. Krzysztof Uliszewski, Wydawnictwo Otwarte

Kolejna książka, która zaczyna się na plaży. Abby szykuje się do ślubu, a że jej narzeczony ma sześcioletnią córeczkę, zostanie nie tylko żoną, ale i macochą. Matka małej Emmy zniknęła, odzywa się tylko czasami i najwyraźniej nie dba o dziewczynkę. Abby zabiera ją na plażę i trzyma mocno za rękę, ale w pewnej chwili rozprasza ją robienie zdjęć. Dziewczynka znika we mgle.

Ciąg dalszy to bolesna opowieść o rozpadzie rodziny, która dopiero miała zaistnieć, i o upartym poszukiwaniu dziewczynki. Najbardziej zaangażowana jest w to właśnie Abby, którą męczy poczucie winy. Kiedy wszyscy będą chcieli dać za wygraną, ona nie odpuści, i ten wątek jest najciekawszą częścią książki. Niestety, autorka postanowiła go ubarwić licznymi wspomnieniami głównej bohaterki, które niewiele wnoszą, za to spowalniają akcję. Całość czyta się nie najgorzej, a im bliżej końca, tym akcja przyspiesza, książce jednak przydałoby się lekkie skrócenie.

Moja ocena: 4/6

Alma Katsu "Głód", tłum. Danuta Górska, Wydawnictwo Albatros

Z tą książką wiązałam duże nadzieje, pomysł na powieść był bowiem przedni. Autorka wykorzystała prawdziwą historię wyprawy grupy osadników, którzy, podobnie jak tysiące innych, postanowili przedostać się do Kalifornii i zacząć tam nowe życie. Załadowali na wozy swój dobytek, zebrali się w grupę (tak było bezpieczniej) i wyruszyli. Niestety, zamiast wyjechać w pierwszych dniach przedwiośnia, zwlekali, tym samym ryzykując, że zima dopadnie ich podczas trudnej przeprawy przez góry. Obrali więc nową, niesprawdzoną, ale bardzo obiecującą trasę, która miała być dużo krótsza. Niestety, okazała się ona wyjątkowo trudna i praktycznie nieprzejezdna dla zaprzężonych w woły wozów. Pionierzy zmuszeni byli zimować w górach, a większość z nich nie dożyła wiosny.

Alma Katsu zrobiła dobry użytek z tej smutnej opowieści, a także starannie wykonała research. Jej bohaterowie to postaci historyczne, a główna oś wydarzeń wiernie trzyma się faktów. Dodała jednak elementy nie do końca realistyczne, jakby to, co spotkało członków feralnej wyprawy, nie było samo w sobie dość przerażające. Myślę, że powieść podobałaby mi się dużo bardziej, gdyby nie zawierała elementów horroru. Trudno też było mi polubić bohaterów, którzy byli tak drobiazgowo opisani, że aż nudni.

Niemniej, przeczytałam z zaciekawieniem i cieszę się z tej lektury, jako że mało wiedziałam o wyprawie Donnera. Fani horrorów i elementów nadprzyrodzonych w thrillerach powinni być zachwyceni.

Moja ocena: 4/6


Udało wam się przeczytać ostatnio jakiś naprawdę doskonały kryminał? Taki przynajmniej na piątkę?

niedziela, 21 października 2018

Czasem otwieram książkę na chwilę, żeby sprawdzić, czy faktycznie okaże się tak dobra, jak mówią. Wiele godzin później z żalem stwierdzam, że powinnam jednak iść spać. A po przewróceniu ostatniej strony wiem, że długo jeszcze będę o tej historii myśleć.

Guzel Jachina to debiutująca rosyjska pisarka tatarskiego pochodzenia. Chciałabym wiedzieć więcej o życiu różnych grup i narodowości, które składały się dawniej na ZSRR, a dzisiaj albo tworzą Rosję, albo zamieszkują kraje Azji Środkowej i Kaukazu, marzą mi się książki kirgiskie, kazachskie, tadżyckie... Tym chętniej sięgnęłam więc po tę powieść, której autorka luźno inspirowała się losami swojej babci. Dostałam wszystko, czego oczekiwałam i dużo więcej. „Zulejka otwiera oczy” to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku, może nawet najlepsza.

Tytułowa bohaterka to młoda Tatarka. Są lata trzydzieste XX wieku, Zulejka mieszka na wsi w Tatarstanie i całymi dniami stara się spełnić oczekiwania starszego od siebie męża i jego zrzędliwej i jędzowatej matki. Jest przekonana, że jej się poszczęściło, bo mąż bije tak, żeby za bardzo nie bolało, jest zaradny i potrafi zadbać o gospodarstwo. Wprawdzie wszystkie ich dzieci umarły zaraz po urodzeniu, a teściowa robi, co może by uprzykrzyć jej życie, ale Zulejka nie narzeka. Pewnego dnia jednak w jej monotonne, wypełnione harówką życia wkracza Historia. Do wsi po raz kolejny przybyli Rosjanie. Bywali tu już wcześniej, rekwirując zapasy żywności i inne dobra. Teraz chcą przejąć całe gospodarstwa, które mają stać się częścią kołchozów. Maż Zulejki nie zamierza się na to godzić. Stawia opór i ginie, zastrzelony przez wierzącego w nowy porządek społeczny idealistę – Iwana Ignatowa.

Świat Zulejki się kończy. Ma kilka minut na spakowanie się i wraz z innymi mieszkańcami wsi – „kułakami”, jak ich nazywają Rosjanie, jedzie do Kazania, a stamtąd dalej, pociągiem w głąb Związku Radzieckiego. Dowódcą transportu zostaje Ignatow, i ani on, ani wywożeni na Syberię chłopi i inni „wrogowie” systemu nie wiedzą, jaki los ich czeka.

Opowieść o Zulejce chwyta za gardło, albo i za serce, od pierwszych stron. Jest coś hipnotycznego w sposobie pisania autorki, co sprawia, że zapominamy o otaczającym nas świecie i w kilka sekund przenosimy się do kazańskiego więzienia, w którym zesłańcy spędzają długie tygodnie, potem do dusznego pociągu, odsyłanego z jednej zapadłej dziury do kolejnej, aż wreszcie na rzekę Angarę, gdzie wysadzono garstkę tych, którzy przeżyli trudy podróży. W środku tajgi, bez zapasów, ciepłej odzieży i potrzebnych narzedzi, będą musieli urządzić sobie życie. Choć tytułową bohaterką jest Zulejka, a jej przemiana z zahukanej służącej w kogoś zupełnie innego stanowi główny wątek powieści, równie istotną i może nawet jeszcze ciekawszą postacią jest Iwan Ignatow. Idealistyczny i gorliwy wyznawca stalinizmu, przekonany, że postępuje słusznie, stopniowo przywiązuje się do ludzi, których uważał za zdrajców. Początkowo próbuje o nich zadbać, bo wierzy, że mają jeszcze swoje zadanie do wypełnienia i że przyczynią się do budowy kraju. Później zaczyna dostrzegać w nich ludzi, coraz trudniej przychodzi mu wykreślanie z akt kolejnych nazwisk tych, którzy umarli. Najbardziej zaś konfuduje go to, co czuje do Zulejki, której męża zastrzelił.

Tatarka i Rosjanin, ludzie i historia, opresyjny system i rodząca się wspólnota wykluczonych – „Zulejka otwiera oczy” to powieść o wielu warstwach i znaczeniach. W budowanym nad Angarą obozie niejeden z zesłańców odnajdzie swoje miejsce, swoją wolność, choć w niewoli. Każdy z nich stanie się też nam bliski, autorka bowiem nikogo nie zaniedbuje, portretując ich z czułością i uwagą. Każdy jest inny, ale muszą trzymać się razem. W tajdze nikt nie przetrwałby w pojedynkę, nawet ich komendant.

Zmieniają się wszyscy, zarówno skazańcy, jak i Ignatow. Początkowo wszyscy są bezwolni. Zulejka wykonuje polecenia męża i teściowej, Ignatow – swoich przełożonych. Inny ważny bohater, Wolf Karłowicz Lejbe, chowa się przed światem w iluzjach tworzonych przez jego umysł, nie potrafi stawić czoła rzeczywistości. Nad Angarą będą musieli zmierzyć się z samodzielnością, jedni z lepszym, inni z gorszym skutkiem.

Autorka wzorowała się na opowieściach babki, która została uznana za kułaczkę i zesłana na Syberię. Trafiła do tajgi nad Angarą, gdzie wraz ze współtowarzyszami musiała zbudować osadę z niczego. Do końca życia czuła się związana z ludźmi, których tam spotkała, utrzymując z nimi stały kontakt. Nie była pierwowzorem Zulejki, ale opisała świat, w którym jej wnuczka Zulejkę umieściła. Świat brutalny i pełen bólu, w powieści przedstawiony bez znieczulenia.

Powieść Guzel Jachiny stała się fenomenem wydawniczym. W Rosji sprzedano ponad 120 tysięcy egzemplarzy, nagrodzono ją też prestiżowymi wyróżnieniami. Książka ukazała się już w 24 krajach. Nie dziwi mnie to, żałuję tylko, że u nas przeszła prawie bez echa. To powieść, której lektura z jednej strony boli, z drugiej urzeka. Czytajcie ją, czytajcie koniecznie.

Moja ocena: 6/6

Guzel Jachina "Zulejka otwiera oczy"

Tłum. Henryk Chłystowski

Wydawnictwo Noir sur Blanc 2017



niedziela, 14 października 2018

Zaczęło się dramatycznie. Wysiadaliśmy właśnie, kiedy zatłoczonym autobusem szarpnęło, a chwilę później U leżał ze zwichniętym kolanem na chodniku. Zwiedzanie Wiecznego Miasta zaczęliśmy więc od szpitalnej izby przyjęć. Kolano jako tako nastawiono, przed północą dotarliśmy wreszcie do wynajętego domku, ale jasne było, że razem nie pozwiedzamy.

Cóż, będzie za to pretekst do powrotu, choć tak naprawdę go nie potrzebuję. Pięć dni w Rzymie to żart, pięćdziesięciu by było mało. Ale nawet w tak krótkim czasie udało mi się dotrzeć do kilku miejsc, których nie powinien ominąć żaden miłośnik literatury. Wybrałam dla was pięć z nich, a jeśli znacie inne, chętnie o nich poczytam!

Keats-Shelley House

Pierwsze miejsce będzie najłatwiejsze do odnalezienia, znajduje się bowiem zaraz przy Schodach Hiszpańskich. Dla mnie było jednym z dwóch najważniejszych. To tutaj John Keats spędził ostatnie miesiące życia. Można zajrzeć do pokoju, w którym zmarł, spojrzeć przez okno na zatłoczone schody. Dla mnie było to przejmujące doświadczenie, myślę zresztą, że te ciche, pełne książek i rękopisów pokoje na każdym wywrą wrażenie.

Keats przyjechał do Rzymu w nadziei, że ciepły klimat wpłynie korzystnie na jego zdrowie. Chorował na gruźlicę, musiał więc zdawać sobie sprawę z tego, że całkowity powrót do zdrowia jest niemożliwy - wtedy była to choroba nieuleczalna. Pobyt we Włoszech być może odwlekł na kilka miesięcy to, co nieuniknione.

Oryginalne meble z sypialni Keatsa spalono po jego śmierci. Gruźlica była wtedy prawdziwym postrachem, na wszelki wypadek unikano więc kontaktu z przedmiotami, których dotykali chorzy. Wnętrze zostało jednak dość szybko odtworzone. Inne pokoje zawierają oryginalne meble, a także mnóstwo eksponatów zgromadzonych już w późniejszych latach, takich jak rękopisy i szkice Keatsa i jego przyjaciół.

Muzeum gromadzi też pamiątki po Percym Shelleyu, choć ten nigdy tu nie był. Bardzo chętnie odwiedziłby Keatsa, był bowiem wielbicielem jego poezji. Keats jednak nieufnie podchodził do Shelleya, który po pierwsze nie cieszył się zbyt dobrą reputacją (delikatnie rzecz ujmując), a po drugie był arystokratą, co w młodym poecie budziło niechęć. Dla mnie jednak ta część wystawy była wyjątkowo ciekawa, jako że niedawno skończyłam tłumaczyć biografię Mary Shelley - żony Percy'ego, i Mary Wollstonecraft - jego teściowej. W jednym z ciasnych pokoików znalazłam rękopis listu, który kilka tygodni wcześniej przekładałam na polski - poczułam ciarki na plecach!

Cmentarz protestancki

Przenieśmy się więc od razu w drugie związane z tymi samymi osobami miejsce, które dla mnie będzie chyba stałym celem pielgrzymek. Nawet jeśli nie obdarzacie Keatsa i Shelleya specjalną atencją, podczas pobytu w Rzymie koniecznie wybierzcie się na tak zwany English Cemetery, czyli protestancki cmentarz. To wyjątkowo klimatyczne miejsce, którym trudno się nie zachwycić, powstało z myślą o Anglikach, którzy licznie odwiedzali Wieczne Miasto podczas tzw. Grand Tour, czyli wyjazdów na kontynent celem podziwiania sztuki europejskiej i nabywania ogłady. W XVIII wieku taką wycieczkę (często trwającą kilka lat) odbywał każdy szanujący się dżentelmen. Jeździły też panie, choć nie aż tak licznie. Nie wszyscy wracali z takich wyjazdów cało i zdrowo, zwłaszcza że w Rzymie można było wówczas zachorować na malarię. Katoliccy Włosi nie pozwalali na pochówek protestantów na swoich cmentarzach. Przez wieki ciała niekatolików grzebano za murami miejskimi, aż wreszcie powstał ten cmentarz.

Dzisiaj cmentarz przypomina oazę. Jest tu zielono, cicho i melancholijnie. W słońcu wygrzewają się koty, które znalazły tu dom i są pod dobrą opieką. Każdy nagrobek to oddzielna opowieść.

Podobnie jak większość osób odwiedzających to miejsce, szukałam przede wszystkim dwóch grobów. Pierwszy znalazłam nieco z boku, na trawniku.

To nagrobek Keatsa, który nie chciał, by wyryto na nim jego nazwisko. Poprosił, by umieszczono jedynie napis: "Tutaj spoczywa ten, którego imię zapisano na wodzie".

W centralnej części cmentarza, u stóp kamiennej piramidy, pochowano Percy'ego Shelleya. Mąż Mary Shelley utonął w Morzu Śródziemnym. Jego ciało zostało wyrzucone na brzeg, a pochówkiem zajął się przyjaciel, nieco szemrany typek, który zresztą zarezerwował dla siebie miejsce obok Percy'ego. Mary przyjechała tu dopiero wiele lat później.


Cytat wyryty na płycie nagrobnej pochodzi z "Burzy" Szekspira i w tłumaczeniu Barańczaka brzmi:

Już niestraszne mu cierpienia

W klejnot morza się przemienia.

Nimfy morskie biją w dzwon.

Na tym samym cmentarzu pochowano też trzyletniego syna Mary i Percy'ego, Williama. Jego śmierć była ogromną tragedią i w jakimś sensie zapoczątkowała ciąg zdarzeń, których końcem było wyrzucenie na brzeg ciała Percy'ego.

Mogłabym o nich pisać długo, ale się powstrzymam. Przeczytajcie Buntowniczki Charlotte Gordon, kiedy się już ukażą (w przyszłym roku), jeśli chcecie wiedzieć więcej (przeczytajcie koniecznie, bo zarówno Mary Shelley, jak i Mary Wollstonecraft miały niesamowicie ciekawe życie).

Dom Goethego

Łatwo na niego trafić, znajduje się bowiem w pobliżu najpopularniejszych zabytków, czyli Schodów Hiszpańskich i Fontanny di Trevi. Goethe spędził we Włoszech tylko dwa lata, ale ten pobyt wywarł na nim wielkie wrażenie. Jego rzymskie mieszkanie przy Via del Corso zostało przerobione na muzeum. Niestety, wnętrze nie jest tak atrakcyjne, jak dom Keatsa, ponieważ praktycznie nie ma w nim mebli ani innych elementów wyposażenia. Można za to obejrzeć sporo rękopisów, pierwsze wydania jego książek i obrazy.

Nie jest to może miejsce, do którego warto specjalnie jechać (o ile nie jesteście wielkimi fanami Goethego), ale warto wstąpić przy okazji spaceru po okolicy.

Antico Caffè Greco

Domy to jedno, ale znani pisarze bywali przecież na mieście, jadali, spotykali się ze znajomymi. I chyba każdy zajrzał do tej słynnej kawiarni, oddalonej zaledwie o kilka kroków od Schodów Hiszpańskich. Do regularnych bywalców należeli Byron, Percy i Mary Shelleyowie, Dickens Goethe. Nad kawiarnią mieszkał kiedyś Hans Christian Andersen - niestety jego mieszkania nie można zwiedzać.

Na tej samej ulicy mieszkali William Thackeray i lord Tennyson, a kilka przecznic dalej Henryk Sienkiewicz. Ceny w kawiarni są stosowne do okoliczności, ale przy barze można wypić pyszne espresso za grosze, a na następnej przecznicy można kupić chyba najsłynniejsze rzymskie tiramisu. Mowa o Pompi Tiramisu - lokalu, który od ponad sześćdziesięciu lat prowadzi rodzina Pompich. Powiem tak - było to jedyne miejsce, które podczas tych pięciu dni odwiedziłyśmy dwa razy!


Open Door Bookshop

Co to by była za wycieczka, gdyby nie można z niej było przywieźć jakiejś książki! Ostatnim miejscem niech będzie więc księgarnia. Open Door Bookshop to prawdziwa instytucja. Od czterdziestu lat można tam kupić książki w języku angielskim (znajdzie się też coś po włosku). Księgarnia położona jest na Zatybrzu, które skradło moje serce, jest malutka, ale książek w niej co niemiara, a i ceny ma całkiem przyzwoite. No i jak wygląda!


Sporo mi jeszcze zostało do zobaczenia, ale myślę, że jak na pięć dni utrudnionego zwiedzania nie było najgorzej. Chętnie spędziłabym więcej czasu na Zatybrzu, pochodziła też po innych dzielnicach i poszukała domów kolejnych pisarzy...

Więcej zdjęć z Rzymu na Instagramie, tu i tu. Dopisalibyście coś do listy? Szukacie takich książkowych miejsc podczas wyjazdów?


 




poniedziałek, 01 października 2018

Podróż „dookoła świata, dookoła siebie”, „żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć”. Te urywki z okładki „Przebłysku” Roberta Rienta niepokojąco przywodzą na myśl książki Coehlo. Ale jest też blurb Pawła Cywińskiego, który raczej nie poleciłby podróżniczego kiczu, a i autor raczej wyrobił sobie już nie najgorszą markę. Postanowiłam przeczytać, tym bardziej, że co by nie mówić, wizja ucieczki w podróż jest mi bliska. Oczywiście wiem, że nie da się rozwiązać problemów, zmieniając po prostu miejsce pobytu, wystarczająco często czytam Thoreau. A jednak to kusząca wizja i tyle.

Robert Rient ją zrealizował. Spakował życie w kartony, rzeczy niezbędne upchnął w plecaku i wsiadł w pociąg na Syberię. Już na pierwszych stronach przyznał, że jednym z powodów wyjazdu jest nawracająca myśl o tym, by umrzeć. Jedziemy więc z nim koleją, a potem dalej, do Azji, Ameryki, na środek oceanu, przyglądając się, sprawdzając, czy mu taka podróż pomoże.

Na szczęście już pierwsze strony przekonują, że nie będzie to podróż w stylu „Alchemika”. Dni w kolei transsyberyjskiej są niczym koszmar na jawie – uciążliwy, jowialny współpasażer wypytuje, polewa, osacza. Oszczędzana na później jagodzianka okazuje się kapuśniaczkiem. Ciasnota pociągu oznacza ciągłe naruszanie przestrzeni osobistej. Autor zdaje się popadać w paranoję – boi się nawet czytać „Gułag” Anne Applebaum.

Im dalej jednak jedzie, tym się robi spokojniejszy. Z Syberii leci do Tajlandii, gdzie całymi dniami leży na plaży i patrzy na kraby. Wycisza się, ale kiedy zaczynam się obawiać, że jednak popadnie w kicz, pisze: „Nie jest mi jednak dane doświadczyć oświecenia. Chmara komarów brutalnie sprowadza mnie na ziemię”.

Jednocześnie im bardziej cieszy się otoczeniem, tym mniej wsłuchuje się w siebie, a jego pisanie staje się po prostu relacją z podróży. Ładnie napisaną pocztówką, na szczęście wyważoną i mądrą. Nie zawsze tak samo ciekawą, ale godną uwagi. Gdzieś po drodze, może w Nowej Zelandii, a może wcześniej, autor chyba nauczył się po prostu być, tu i teraz. Jego rozedrganie zniknęło. Czyli jednak?

Spodziewałam się tekstu olśniewającego, z którego będę wypisywać garściami zgrabne cytaty. Zamiast tego autor wybrał cytaty dla mnie (w przypisach komentuje swoją podróż słowami innych autorów i są to świetnie dobrane, wiele mówiące fragmenty) i po prostu opisał mi swoją podróż. Bez fajerwerków, momentami zbyt sucho, encyklopedycznie. Szkoda, bo chyba można było z takiej podróży wycisnąć więcej. Ale może nie taki był jej cel. Pierwsze rozdziały są lepsze, choć posępne, ale im dalej, tym mniej swady, a więcej krajoznawstwa.

Przeczytać więc można, zwłaszcza jeśli lubicie książki podróżnicze, ale nie sądzę, że to książka, która utkwi na dłużej w pamięci.

Moja ocena: 4/6

Robert Rient "Przebłysk"

Wydawnictwo Wielka Litera 2018



| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...