środa, 27 czerwca 2018

Siostry Mitford, u nas prawie nieznane, były prawdziwymi celebrytkami w Wielkiej Brytanii w latach trzydziestych i do dzisiaj nie zostały zapomniane. Powieści Nancy Mitford, zwłaszcza „Pogoń za miłością” i „Miłość w chłodnym klimacie”, mają coraz to nowe wydania. Od kilku miesięcy czytam zbiór listów sześciu sióstr, przy czym muszę zaznaczyć, że trwa to tak długo nie dlatego, że idzie mi to z trudem, ale dlatego, że sobie tę uroczą, mądrą i pełną fantastycznych cytatów książkę dawkuję. A ponieważ „Miłość w chłodnym klimacie” ukazała się właśnie po polsku, stwierdziłam, że to dobra okazja, by wreszcie tę powieść przeczytać.

Zanim jednak zdradzę, czy mi się podobała, należałoby wyjaśnić, skąd wziął się szum wokół sześciu sióstr. W końcu niejedna arystokratyczna rodzina miała sporo córek, a że pisanie listów od zawsze należało do typowych arystokratycznych rozrywek, większość z nich może poszczycić się bogatą korespondencją, a niektóre także innymi próbami literackimi. Pochodzące z rodziny posiadającej tytuł szlachecki, choć nie bardzo znaczący, siostry Mitford, wsławiły się jednak licznymi skandalami, związkami z ważnymi postaciami i bardzo udanymi próbami literackimi.

Nancy została znaną pisarką, a jej powieści są inspirowane wątkami autobiograficznymi. Jej bliskim przyjacielem był Evelyn Waugh, z którym wymieniła setki listów. Jessica zrobiła karierę dziennikarską w Stanach, dokąd uciekła z poślubionym w sekrecie synem szwagierki Churchilla.  Diana była rodzinną pięknością, została faszystką, wzięła ślub w domu Goebbelsa, a gościem na uroczystości był Adolf Hitler. Przyjaźń z Hitlerem zawarła także Unity, ale po wybuchu wojny próbowała popełnić samobójstwo. Deborah wyszła za księcia Devonshire, tym samym wchodząc do jednej z najważniejszych rodzin angielskich. Zamieszkała w Chatsworth (w serialu BBC Chatsworth staje się siedzibą paną Darcy’ego – Pemberley), przestawała z rodziną królewską i z państwem Kennedy. Najmniej rzucała się w oczy Pamela, która prowadziła spokojne życie.

Trudno się więc dziwić, że siostry budziły zainteresowanie, tym bardziej, że wszystkie były doskonale wykształcone, oczytane i błyskotliwe. Powieści Nancy Mitford pozwalają nam się domyślać, jak mogło wyglądać ich życie, a na pewno stanowią wgląd w świat ludzi posiadających tytuły, ludzi, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia.

„Miłość w chłodnym klimacie” to lekka i urocza opowieść o Polly Hampton – pięknej córce najbardziej szacownej rodziny w okolicy, która długo nie przejawia inklinacji do małżeństwa, doprowadzając tym swoją matkę do rozpaczy, by znienacka oznajmić, że wychodzi za bardzo nieodpowiedniego mężczyznę. Załamani rodzice całe nadzieje przerzucają na nieznanego im kuzyna Polly, który stanie się dziedzicem ich majątku i tytułu. Cedric mieszka w Kanadzie, a przynajmniej tak im się wydaje, są więc pełni obaw co do jego ogłady i towarzyskiego potencjału. Kiedy jednak młodzieniec wkroczy na scenę, sprawi im niemałą niespodziankę.

Narratorką jest Fanny, przyjaciółka Polly, dużo bardziej konserwatywna, ironizująca, ale sympatyczna dziewczyna, która potrafi śmiać się z siebie. Niewiele się w tej książce dzieje, a czytelnik oczekujący nagłych zwrotów akcji raczej się rozczaruje. Niemniej, całość skrzy się dowcipem, każda postać, nawet drugoplanowa, sprawia wrażenie rzeczywistej, i trudno nie polubić nawet największych snobów. Nancy Mitford potrafi spojrzeń na każdego w czuły sposób, bezlitośnie obnażając jego słabostki, a jednocześnie mu je wybaczając i sprawiając, że i my o nich zapominamy.

W tle zaś mamy wielki świat. Wystawne przyjęcia, bale, kolacje u oksfordzkich akademików, wizyty u fryzjerów, nieudane podwieczorki. Świat rodem z Downton Abbey, ale dużo bardziej ludzki, zwyczajny. Tak jak w scenie, w której Fanny, Polly i jej matka, lady Montdore, wracają ze ślubu przyjaciółki. Na dworze pada, ale, jak pisze Fanny, „szofer okrył nas wszystkie wielką niedźwiedzią skórą i podstawił ogrzewacz pod nasze srebrne giemzowe pantofelki”. Rozwodzi się jeszcze nad tym, jak przytulnie im było, po czym mówi:

„Lady Montdore ujęła to następująco:

– Uwielbiam siedzieć tutaj taka sucha i patrzeć, jak ci biedni ludzie mokną”.

Lady Montdore nie wie, co jest stosowne, jest tak przekonana o swojej wyjątkowości, że pojęcie taktu jest jej całkowicie obce. Jest męcząca i egotyczna, choć potrafi mieć złote serce. Pragmatycznie podchodzi do kwestii życiowych, podobnie zresztą jak większość bohaterów powieści. Wszystko kręci się wokół związków, ale miłość w wydaniu arystokratycznym jest, jak zresztą tytuł sugeruje, niezbyt gorąca.

„Nie wychodź za mąż za byle kogo, z miłości – przestrzegała [lady Montdore]. – Pamiętaj, że miłość nie trwa wiecznie, musi się skończyć, ale jeśli poślubisz to wszystko, będziesz to miała do końca życia. Nie zapominaj, że pewnego dnia będziesz w średnim wieku, i pomyśl, jak czuje się kobieta, której nie stać na parę brylantowych kolczyków”.

„To wszystko” oznacza wszelkie dobra materialne, które dla bohaterów „Miłości w chłodnym klimacie” są najistotniejsze. Nikt się z tym nie kryje, co autorka bez krygowania się oznajmia. Nic nie jest tematem tabu i nic nie umyka bacznemu spojrzeniu lady Montdore. Fanny opisuje ją w sposób, który jest jednocześnie niezwykle trafionym podsumowaniem samej autorki. Piszę, że „była niezrównana, kiedy szło o wzięci pod lupę (…), nic nie umknęło jej świdrującemu oku, żadne też miłosierne zahamowania nie tonowały jej komentarzy na temat tego, co zaobserwowała”.

Taka właśnie jest sama Nancy Mitford. Nie każdemu się tak książka spodoba, ale jeśli lubicie słodkogorzkie, ironiczne spojrzenie na świat i nie odrzuca was na sam dźwięk słowa „hrabia” lub „książę”, „Miłość w chłodnym klimacie” powinna natychmiast wskoczyć na szczyt listy lektur na najbliższe miesiące.

Moja ocena: 6/6

Nancy Mitford "Miłość w chłodnym klimacie"

tłum. Aleksandra Ambros

Wydawnictwo Czytelnik 2018



piątek, 15 czerwca 2018

Zwróciłam na tę książkę uwagę ze względu na okładkę. Rzadko mi się to zdarza, zazwyczaj wybieram lektury bardzo starannie, czytając recenzje, sprawdzając autora. Tym razem wystarczył ptaszek i temat. Zresztą jak miałaby mnie nie zainteresować oparta na faktach opowieść o zapomnianej malarce ptaków z epoki wiktoriańskiej?

Powieść Melissy Ashley jest zresztą też w jakimś stopniu efektem przypadkowej fascynacji. Autorka zainteresowała się ptakami Australii, zaczęła je obserwować, i wreszcie przeczytała biografię wiktoriańskiego ornitologa, twórcy pierwszej monografii ptaków Australii. W niej natrafiła na wzmiankę o Elizabeth Gould - żonie rzeczonego badacza, która nie tylko towarzyszyła mu w wyprawie na Antypody, ale też stworzyła litografie do wszystkich jego dzieł i bardzo wydatnie przyczyniła się do jego sukcesu. Jej ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki, a dorobek zaiste imponujący - w ciągu dziesięciu lat spod jej pędzla wyszło 650 tablic. Okazało się jednak, że o jej życiu prawie nic nie wiadomo, pod jej litografiami podpisywał się także jej mąż, a biografowie Goulda ledwo o niej wspominają.

Melissa Ashley zaczęła więc zgłębiać temat, jeżdżąc do rozrzuconych po świecie archiwów i docierając do potomków Elizabeth. Efektem jest powieść, w której oczywiście sporo zostało przez autorkę dopowiedziane i wyobrażone, jednak zasadnicza historia oparta jest na faktach.

Elizabeth wyłania się z niej jako bardzo interesująca postać, pełna wewnętrznych sprzeczności. Z jednej strony matka licznej gromadki dzieci, najwyraźniej bardzo im oddana, z drugiej - porzuca je na długie dwa lata, by towarzyszyć mężowi podczas wyprawy jego życia. Preparuje z nim zwierzęta, maluje u boku Edwarda Leara, dyskutuje z Karolem Darwinem, hoduje egzotyczne ptaki. Robi to, co robiło wielu wiktoriańskich dżentelmenów.

Czy frustrował ją fakt, że cała chwała spływa na jej męża? Czy dopisanie jego inicjałów do jej ilustracji przyjmowała jako coś oczywistego? Czy rzeczywiście, tak jak sugeruje to autorka powieści, dostrzegała zagrożenie, jakie wiktoriańskie zbieractwo stanowi dla przyrody? Czy sprzeciwiała się zabijaniu zwierząt na użytek kolekcji? Mam wrażenie, że Melissa Ashley trochę za bardzo uwspółcześniła postać Elizabeth. Jej bohaterka ubolewa nad tym, jak wiele ptaków zabija jej mąż, obawia się, że jego chciwość może zagrażać przetrwaniu gatunków. Owszem, Elizabeth komentowała to w listach, ale autorka chyba trochę za dużo do tych komentarzy dopowiada. A może nie? Może to ja nie doceniam pani Gould?

"Malarka ptaków" przywraca pamięć o niezwykłej kobiecie i jej dokonaniach, i za to autorce należą się słowa uznania. Przyznam, że wolałabym przeczytać porządną biografię, a nie powieść, i po zakończeniu lektury zaczęłam szukać czegoś solidniejszego. Niestety, okazało się, że Elizabeth Gould nie doczekała się obszernego opracowania, tym cenniejsza więc wydaje się praca Melissy Ashley. Owszem, mam sporo zastrzeżeń do tej książki. Postaciom brakuje głębi, sama Elizabeth jest trochę zbyt cukierkowa, zbyt pozytywna. Z drugiej strony jednak wiktoriańska obsesja na punkcie gromadzenia okazów przyrodniczych odmalowana jest doskonale, a całość czyta się z przyjemnością. Przeglądam teraz ilustracje Elizabeth Gould (błogosławiony niech będzie internet), i nie wątpię, że będziecie robić to samo po lekturze!

Moja ocena: 4/6

Melissa Ashley "Malarka ptaków"

tłum. Agnieszka Wyszogradzka-Gaik

Wydawnictwo Czarna Owca 2018

| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Wyróżnienia
Top 5 najnowszych lektur
O mnie
Przeczytane w 2018
Przeczytane w 2017
Przeczytane w 2016
Przeczytane w 2015
Przeczytane w 2014
Przeczytane w 2013
Przeczytane w 2012
Przeczytane w 2011
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2009
Najpopularniejsze notki
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2007
Akcje czytelnicze Miasta Książek
Polskie blogi o książkach - polecam!
Blogi różne (polecam!)
Angielskie strony o książkach
Angielskojęzyczne blogi o książkach
Napisz do mnie
Podziel się czytaniem
Szablon pochodzi stąd
Zdarzyło się dziś
Tagi



Miasto Książek on Facebook









Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...